Wednesday, March 29, 2017

Zero bojaźni Bożej

 Jesienią ubiegłego roku, kilka tygodni po powrocie do kraju, zostałem zaproszony na spotkanie z okazji 499-tej rocznicy Reformacji. Ponieważ spotkania odbywało się pod hasłem „Święto Biblii”, z zainteresowaniem wybrałem się na nie w gronie kilku lokalnych pastorów ewangelicznych. Organizatorem tego spotkania była Poznańska Grupa Ekumeniczna, a gościem specjalnym był „br. Alois z Taizé, który wygłosił z okazji tego święta okolicznościowy wykład. W audytorium uniwersyteckim UAM zgromadziło się dość liczne grono przedstawicieli lokalnych społeczności protestanckich i katolickich propagatorów ekumenizmu.
Z ogromnym zaskoczeniem i niesmakiem wysłuchałem wykładu przeora Wspólnoty Ekumenicznej z Taize. Mówca, wiedząc, iż większość słuchaczy stanowią wyznawcy społeczności ewangelicznych, przekonywał do zupełnej uległości jedynej głowie kościoła, jaką jest papież oraz do oddania czci najświętszemu sakramentowi, czyli do uznania prawdziwości przemiany kawałka wafelka w autentyczne ciało Pana Jezusa.
Pisałem już wcześniej na temat dążeń działaczy ekumenicznych z kręgów kościoła rzymsko-katolickiego w rozważaniu „Jezus ekumenista?”. Zgodnie z założeniami katechizmu tego kościoła, jedynym celem ekumenicznej działalności jest przywrócenie „braci odłączonych” ponownie na łono jedynozbawczej organizacji religijnej, za jaką uważa się KRK.
W tym roku będziemy obchodzić pięćsetną rocznicę Reformacji. W Polsce, na początku lutego, Senat RP przyjął uchwałę, którą „pragnie uhonorować polskich protestantów, którzy współtworzyli oblicze religijne, kulturowe, społeczne i gospodarcze naszej Ojczyzny”. Warto jest zwrócić uwagę na fakt, iż ta ustawa została przyjęta 40 głosami „za” przy 27 „przeciw” i 17 wstrzymujących się. Kilku senatorów PiS wypowiadało się przeciw, uważając, iż Reformacja doprowadziła do największego rozłamu w kościele katolickim, a ponad to, „protestantyzm ma już niewiele wspólnego z chrześcijaństwem. Jest to rodzaj nowej religii, która podważyła wszystkie dogmaty Kościoła katolickiego” (senator Ryszka).  
Z niepokojem obserwuję wzrost zainteresowania pośród ludzi uważających się za ewangelicznie wierzących i branie udziału w różnego rodzaju wydarzeniach o charakterze jednoczącym chrześcijan. Samo określenie tego charakteru spotkań nie świadczy jeszcze o prawdziwej jedności, która możliwa jest jedynie w Chrystusie. Prawdziwy Kościół tworzą jedynie osoby, które doświadczyły łaski narodzenia się na nowo. Pan Jezus, jedyna i prawdziwa Głowa tego Kościoła określił jednoznacznie, kto znajduje się w Jego Kościele, słowami: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego” (Jan 3:5).  
500 lat temu, Marcin Luter przypomniał, że zbawienie jest darem łaski Bożej a nie efektem wykupionych odpustów. Ten augustiański mnich, po odbyciu pielgrzymki do Rzymu, aby dokonać wykupienia z czyśćca bliskiej mu osoby, zobaczył tam ogrom korupcji wśród hierarchów i dążenie do życia w przepychu, postanowił walczyć o biblijną prawdę o zbawieniu z łaski. Pomimo tego, że dążenia Lutra zostały wykorzystane do walki politycznej, głównie w ówczesnych Niemczech, prawdą pozostaje fakt, że dzięki jego działaniom mamy dziś Biblię w ojczystym języku.
Największym dokonaniem reformatora jest ukazanie biblijnej nauki o zbawieniu. Bóg dokonał odkupienia grzesznika w ofierze Swego Syna. Dzięki śmierci Chrystusa na krzyżu, usprawiedliwienie grzesznika dostępne jest dla każdego, kto uwierzy, a nie na drodze żmudnego przestrzegania praw kościoła katolickiego. List do Rzymian, którym głównie zajął się Luter, gdy przystąpił do tłumaczenia Biblii na język ojczysty, zawiera naukę apostolską, jaką zwiastował prawdziwy Kościół od początku swego istnienia. Czytamy w tym liście, że „niezależnie od zakonu objawiona została sprawiedliwość Boża, o której świadczą zakon i prorocy, i to sprawiedliwość Boża przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich wierzących. Nie ma bowiem różnicy, gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej, i są usprawiedliwieni darmo, z łaski jego, przez odkupienie w Chrystusie Jezusie, którego Bóg ustanowił jako ofiarę przebłagalną przez krew jego, skuteczną przez wiarę, dla okazania sprawiedliwości swojej przez to, że w cierpliwości Bożej pobłażliwie odniósł się do przedtem popełnionych grzechów, dla okazania sprawiedliwości swojej w teraźniejszym czasie, aby On sam był sprawiedliwym i usprawiedliwiającym tego, który wierzy w Jezusa” (Rzym. 3:21-26).
Tego zwiastowania nie usłyszą do dziś uczestnicy „mszy świętych”, gdyż nadal odprawia się tam misterium przeistoczenia opłatka w ciało Chrystusa, dzięki czemu następuje pogłębienie i odnowienie życia łaski otrzymanego na chrzcie świętym osoby należącej do kościoła katolickiego.  
Nigdy nie będę w stanie zrozumieć tego, że osoba odrodzona przez Ducha, narodzona do nowego życia w Chrystusie, może uczestniczyć w obrzędach liturgicznych, które są zaprzeczeniem nauki biblijnej o zbawieniu. Odwołanie do biblijnego wersetu „jedno ciało i jeden Duch” (Efez. 4:4) dla takich wspólnych imprez, nie świadczy jeszcze o jedności, jaką może sprawić jedynie obecność Chrystusa w Jego prawdziwym Ciele. Udział w organizowanej masowej imprezie w czasie tzw. „Bożego Ciała”, określonej mianem „Jednego serca, jednego ducha”, czy konferencji „Strefa Zero” jest przejawem braku bojaźni Bożej w sercach tych uczestników, który uważają siebie za narodzonych na nowo.  
Czytałem niedawno publiczne tłumaczenie jednego z pastorów, który usprawiedliwia swój udział w „Strefie Zero”, posłuszeństwem Chrystusowi, „który osobiście wziąłby udział w tym wydarzeniu”. Tak, to prawda, że Pan Jezus przyjął zaproszenie z rąk pewnego faryzeusza i zasiadł przy jego stole. Lecz miał odwagę powiedzieć mu prawdę wobec pokutującej niewiasty – „Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twojego domu, a nie dałeś wody dla nóg moich; ona zaś łzami skropiła nogi moje i włosami swoimi wytarła” (Łuk. 7:45). Przy innej okazji, gdy w sabat wszedł do domu jednego z przedniejszych faryzeuszów, nie uszanował jego „pobożności”, lecz wbrew jego przekonaniom na temat święcenia sabatu, uwolnił człowieka cierpiącego w chorobie (Łuk. 14:1-6).
Inny pastor pochwalił się na FB zdjęciem, na którym stoi wraz z duchownym katolickim przy ołtarzu i wspólnie odprawiają eucharystię. A przecież, według nauki tego kościoła, podczas tego misterium, na słowa kapłana, dokonuje się akt stwórczy Boga. Na słowo człowieka, stwarza się Ciało Boga, czyli najświętszy sakrament, bez którego nie może dokonać się zbawienie.
Apostoł Paweł wzywa wierzących i odrodzonych przez Ducha, aby dopełniali „świątobliwości swojej w bojaźni Bożej” (2 Kor. 7:1). A jest to bezpośrednie odwołanie do obietnic, jakie darowane są tym, którzy postanowili nie chodzić „w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością?” (2 Kor. 6:14). Słowa te są wypełnieniem polecenia „Rozszerzcie i wy serca wasze!” (w. 13). Apostoł Paweł nie rozumiał tego polecenia jako zachęcanie do braniu udziału we wspólnych imprezach z tymi, którzy „nie są posłuszni ewangelii Pana naszego Jezusa” (2 Tes. 1:8). Pisałem o tym wcześniej w rozważaniu pt. „Zwodzenie wybranych”.
Z pewnością w roku uroczystych obchodów 500-nej rocznicy Reformacji, kontrreformacja uaktywni się znów w różnych wydarzeniach. Bądźmy więc uważni, aby zachować świadectwo prawdy o zbawieniu, jakie Bóg łaskawie ofiaruje w Chrystusie. Pamiętajmy, że od czasów apostolskich, „nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni” (Dz.Ap. 4:12).
„Gość Niedzielny” informuje: „Katolicy uważają, że radosne świętowanie wydarzeń, które podzieliły Kościół, to niedobry pomysł”. Obawiam się, że ci, którzy zafascynowani są imprezami niwelującymi znaczenie Reformacji, czytają tę gazetkę zamiast Biblii.
Henryk Hukisz

Friday, March 10, 2017

Wilki w stadzie


 Wczoraj, jak żywo przypomniała mi się pewna sytuacja, jakiej byłem świadkiem kilkanaście lat temu w Chicago.

Jak wiadomo, Chicago jest największym skupiskiem Polaków na świecie, poza Polską. Mówi się nadal, chociaż nie jest to już prawdą, że Chicago jest największym polskim miastem, zaraz po Warszawie. Polonia chicagowska posiada kilka organizacji, które pomagają rodakom na obczyźnie w załatwianiu wielu problemów, szczególnie w sytuacjach, gdy konieczne jest komunikowanie się w oficjalnym języku, jakim nadal, przynajmniej oficjalne jest język angielski.

Jedną z najstarszych organizacji polonijnych, bo założonej w 1880 roku, jest Związek Narodowy Polski (Polish National Alliance). Jednym z najdłużej urzędujących prezydentów tej organizacji był Edward Moskal, znany z nietuzinkowych wypowiedzi. Naraził się antysemickimi oświadczeniami tak bardzo, że mer Chicago obawiał się utrzymywać z nim jakiekolwiek kontakty, pomimo, że polonia stanowiła sporą część ludności tej aglomeracji. W 2005 roku w podeszłym już wieku pan Moskal zmarł i w PNA nastąpiła zmiana na stanowisku jej prezydenta. Demokratyczną większością głosów wybrano nowego prezydenta, pana Franka Spulę. Nie wszystkim jednak ten wybór spodobał się, więc przystąpiono do działania w typowy dla Polaków sposób – delegacja niezadowolonych z wyboru nowego prezydenta udała się do urzędującego mera Chicago z informacją, że pan F. Spula nie został legalnie wybrany na to stanowisko, więc nie powinien z nim się kontaktować. W prasie chicagowskiej ukazał się artykuł na ten temat, wyrażający zdziwienie „polską metodą załatwiania wewnętrznych spraw”.

Kilka lat po tym wydarzeniu, mer Chicago Richard Daley odwiedził siedzibę PNA, aby spotkać się z prezydentem organizacji Frankiem Spulą. Ponieważ w tamtym czasie byłem nieformalnym członkiem tej organizacji, prowadząc audycje radiowe na WPNA, oficjalnej stacji radiowej tej organizacji, uczestniczyłem w tym spotkaniu. Przy okazji zanotowałem inny typowo „polski” akcent – merowi wręczono wielką kilkulitrową butlę wódki dębowej. Stwierdzam obiektywnie, że gość odebrał prezent z miną wyrażającą ogromne zdziwienie.

Wczoraj, oglądając relację z wydarzenia mającego ogromną wagę dla nas Polaków, ze zdziwieniem słuchałem wypowiedzi niezadowolonych z tego wyboru, zawierające nienawiść, chęć pomszczenia, a przecież dotyczyło to naszego rodaka, drugiego Polaka. Czy nie ma żadnej więzi łączącej nas Polaków, jako przedstawicieli tego samego narodu?

Naród jest tworem Bożym. Był kiedyś czas, gdy Bóg organizował życie na ziemi, pośród potomków synów Noego dokonał podziału „według rodów ich w narodach ich. Od nich to wywodziły się narody na ziemi po potopie” (1 Moj. 10:32). Później, gdy zaczął działać Kościół Jezusa Chrystusa, zwiastując ewangelii wszystkim narodom, apostoł Paweł nauczał jednoznacznie, że Bóg „z jednego pnia wywiódł też wszystkie narody ludzkie, aby mieszkały na całym obszarze ziemi, ustanowiwszy dla nich wyznaczone okresy czasu i granice ich zamieszkania” (Dz.Ap. 17:26). Tak więc narodowość ma biblijne znaczenie. To, że jesteśmy Polakami, łączy nas i narzuca zobowiązanie niesienia Dobrej Nowiny rodakom. Niestety, obserwuję niepokojące zjawisko nawet wśród wierzących – sianie nienawiści wobec rodaków, naszych bliźnich, których Pan Jezus nakazał miłować – „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” (Mat. 22:39).

Przy tej okazji chcę odnieść się do podobnego zjawiska, jakie pojawiło się wśród swoich. Wiadomo, że był czas, którego nikt z nas nie wybierał. Żyliśmy w systemie narzuconym Polsce w okresie powojennym, który dziś jedynie wspominamy, jako czasy „PRL-owskie”. Ponieważ nawróciłem się do Boga ponad pół wieku temu, w latach 60-siątych i późniejszych musieliśmy działać ze świadomością, że istnieją specjalne służby represyjne i kontrolujące nas. A skoro Kościół jest społecznością ludzi wierzących różnych narodowości, utrzymywaliśmy kontakty z braćmi z innych krajów. Ówczesny system polityczny traktował te inne kraje jako wrogie Polsce, stąd nasilała się kontrola tych osób, które musiały te kontakty utrzymywać dla dobra i rozwoju naszej społeczności wyznaniowej. Pisałem już a ten temat przy innej okazji w rozważaniu „Anioł stróż”.

W ostatnich dniach nasiliła się działalność pewnych osób, o niezrozumiałym dla mnie nastawieniu do tamtej przeszłości. Nie wiem kto ich upoważnił, a szczególnie pana Adama Ciućkę, do publikowania wyrwanych z kontekstu, bez materiałów uzupełniających, informacji o naszych braciach., którzy w jego opinii byli „TW” dla służb bezpieczeństwa w czasach PRL? Jak pisze pan Ciućka, wiele dokumentów, na które się powołuje, zostało zniszczonych, skąd więc ma te informacje? Czy są to jego chore z nienawiści do bliźnich insynuacje, czy posiadał dostęp do tych materiałów, przed ich zniszczeniem. Kim więc jest pan Adam Ciućka?

Kościół jest społecznością ludzi niedoskonałych, usprawiedliwionych grzeszników. Apostoł Paweł pisze wyraźnie – „Bądźcie jedni dla drugich uprzejmi, serdeczni, odpuszczając sobie wzajemnie, jak i wam Bóg odpuścił w Chrystusie” (Efez. 4:32). Więc tylko te osoby, które doznały przebaczenia Chrystusowego, potrafią wybaczać innym. Dalej czytamy odnośnie naszych wewnętrznych relacji, że powinniśmy przyoblec się „jako wybrani Boży, święci i umiłowani, w serdeczne współczucie, w dobroć, pokorę, łagodność i cierpliwość, znosząc jedni drugich i przebaczając sobie nawzajem, jeśli kto ma powód do skargi przeciw komu: Jak Chrystus odpuścił wam, tak i wy” (Kol. 3:12,13). Taki jest Kościół, chyba, że ktoś nie jest odrodzony z Ducha, to nigdy nie zrozumie na czym polega umiejętność wybaczania.

Mając te myśli w sercu, z zazdrością czytam o apostole Pawle, który wobec swoich rodaków miał tak ogromne pragnienie, że wyznał: „Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, a poświadcza mi to sumienie moje w Duchu Świętym, że mam wielki smutek i nieustanny ból w sercu swoim. Albowiem ja sam gotów byłem modlić się o to, by być odłączony od Chrystusa za braci moich, krewnych moich według ciała, Izraelitów” (Rzym. 9:1-4).

Niedawno sprawdziłem, że w poznańskim oddziale IPN znajduje się jeden tom zawierający 22 strony dokumentów na temat mojej osoby. Chciałem wybrać się kiedyś do tego urzędu, aby zapoznać się z tym, co tam jest napisane. Myślę teraz jednak, że nie będę musiał, gdyż pan Ciućka zrobi to za mnie.

Henryk Hukisz

Sunday, February 26, 2017

Szczodrość serca

 Przypominam sobie zdarzenie z czasów, gdy byłem jeszcze studentem. Pewien brat z warszawskiego zboru zachorował i znalazł się w szpitalu. Wówczas inny przedstawiciel tej wspólnoty postanowił odwiedzić chorego. Gdy już wszedł do wieloosobowej sali szpitalnej, stanął przy jego łóżku, otworzył swoją Biblię i głośno przeczytał: “Rzekł jej Jezus: Jam jest zmartwychwstanie i żywot. Kto wierzy we mnie, choćby i umarł, żyć będzie” (Jan 11:25) . 
Dowiedziałem się później, że chory poczuł się nieco zdołowany tym wersetem, nie dlatego, że stracił nadzieję zmartwychwstania, lecz spodziewał się raczej słów pokrzepienia w rodzaju “Modlę się o ciebie i wierzę, że Pan cię podniesie”, lub coś w tym rodzaju.
Kilkadziesiąt lat później, gdy pełniłem posługę duszpasterską pośród wspólnoty polonijnej w Chicago, znalazłem się w szpitalu, praktycznie po raz pierwszy w życiu jako pacjent. Zapytany przez przyjmujacego lekarza, która to moja wizyta w szpitalu, zastanowiłem się chwilkę i odrzekłem: “Dokładnie nie pamiętam, gdyż jeszcze w Polsce, w Poznaniu oraz w Chicago i okolicy składałem mnóstwo wizyt w różnych spitalach odwiedzając chorych”. 
Zawsze roumiałem, że chorych należy odwiedzać, zarówno w domu, jak i w szpitalach. Ponieważ diaspora zboru, któremu posługiwałem w Chicago miała zasięg około 80 kilometrów, te wizyty wymagały sporo czasu na dotarcie do chorego. Gdy pewnego razu jeden z członków naszej wspólnoty zachorował, gdyż wykryto u niego nowotwór, natychmiast pojechałem, aby go odwiedzić. Nie miało znaczenia, że musiałem pokonać dystans 50 mil. Bardzo chciałem być z nim, pomodlić się i zostawić jakieś słowo pokrzepienia. Minął znów jakiś czas i ten brat przypomniał mi przy pewnej okazji słowa, jakie wówczas mu zostawiłem. Ja już ich nie pamiętałem, lecz on tak, i przypomniał mi słowa jakie powiedziałem mu w chwili największego przygnębienia, że osobiście wierzę, iż Pan go wyprowadzi i da mu jeszcze wiele lat błogosławionego życia.
Później, gdy stwierdzono, że mam nowotwór i muszę poddać się długotrwałej terapii, uświadomiłem sobie, że będę musiał spędzić sporo czasu w szpitalu. Najdłuższy pobyt trwał trzy tygodnie leżenia. Wydawało mi się, że trwa wieczność. Wówszas myślałem o moich dotychczasowych wizytach, gdy odwiedzałem innych. Dni mijały i nikt, oprócz najbliższej rodziny, nie poświęcił nawet kilku minut, aby przyjść i powiedzieć kilka słów pokrzepienia. Jedynie paru amerykańskich pastorów pamiętało o mnie i jestem im za to bardzo wdzięczny.
Niedawno czytałem Drugi list do Koryntian, cały jednym ciągiem, od poczatku do końca. Jest to dobry sposób, aby uchwycić główną myśl, jaką apostoł chciał przekazać wierzacym, do których pisał z zatroskaniem o ich duchowy rozwój. Tym razem, podczas lektury tego listu, uderzyło mnie słowo “szczodrość”. Apostoł wymienia je w kontekście ofiarności, pisząc, że “ochotnego dawcę Bóg miłuje” (2 Kor. 9:7)
Oryginalne słówko “hilaros” znaczy “chętny”, “dobrowolny” z zabarwieniem emocjonalnym “radosny”. Więc chodzi tu o postawę chętnego, płynacego z radosnego nastawienia dawania. I wcale nie chodzi jedynie o dawanie ofiary na tacę zborowa, lecz w ogólnym znaczeniu, czynienie czegokolwiek dla drugiego człowieka. 
Warto jest więc zastanowić się nad tym, jakimi motywami kierujemy się, gdy czynimy coś dla drugiej osoby. Czy robimy to z obowiazku, ponieważ rozumiemy, iż Bóg tego od nas oczekuje. Czy  kierujemy się wdzięcznościa za otrzymaną kiedyś przysługę. A może dopiero po napomnieniu, że taka winna być postawa człowieka wierzącego, zrywamy się do heroicznego poświęcenia swego czasu i finansowych możliwości.
Proponuję przeanalizować swą szczodrobliwość w oparciu o bardzo ważne słowa, jakimi Pan Jezus scharakteryzował owce, któte postawi w dniu Sądu Ostatecznego po swojej prawicy. Chrystus odwołał się do postawy, jaką posiadaja jego naśladowcy w przeciagu całego życia, zanim nastanie ten wielki dzień osądzenia nas z naszych postaw. Jezus rzekł: “Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata” (Mat. 25:34)
Po tych słowach Pan Jezus  wylicza różne sytuacje, w jakich Jego naśladowcy postąpią zgodnie z oczekiwaniem Pana, który pragnie wprowadzić grono swych wiernych sług do wiecznego Królestwa.

Znów jestem w szpitalu. Podczas pierwszego pobytu zamieściłem krótki komunikat na FB. Kilkuset moich znajomych, od Australii, poprzez Azję, Europę, obie Ameryki aż do Alaski zareagowało, badź “lajkami”, badź kilkoma słowami pokrzepienia i zapewnienia o modlitwie. Jestem wszystkim ogromnie wdzięczny. Bóg jest dobry.
Później znalazłem się w domu. Minęły dwa tygodnie, czternaście dni i nikt, poza najbliższą rodziną nie wpadł na pomysł aby mnie odwiedzić. Mam na uwadze tych z najbliższego otoczenia terytorialnego. Choćby na chwilkę wpaść, aby powiedzieć osobiście, że życzy zdrowia i błogosławieństwa, by zrobić to z  nieprzymuszonego, szczodrobliwego serca.
Powinienem teraz obawiać się, że po tych słowach będę musiał spodziewać się zmasowanych odwiedzin w moim domu. Dlatego powinienem zasugerować, by chętni sprawdzali wpierw na mapie aktualnego natężenia ruchu jaki występuje przed moim domem na osiedlu, gdzie mieszkam, aby uniknać korków. 
Nie sądzę jednak, że to będzie konieczne, gdyż powinniśmy zwrócić uwagę również na drugą grupę stojącą przed Sędzią życia i śmierci. Kozły, jak nazwał Chrystus stojących po lewej stronie, będą odwoływać się do swoich odwiedzin, dobrych uczynków zrobionych w poświęceniu dla innych. Jednak Pan ich nie uzna, nie przyjmie tej ofiary, ponieważ nie wypływała ze szczodrobliwego serca. Nie znamy motywów jakimi kierowali się ci wszyscy, którzy prezentowali swoje uczynki przed obliczem jedynego sprawiedliwego sędziego. Jednak sam Pan stwierdził, że nie zostaną uznane za wystarczające, aby ich postawić po stronie życia.
Ostatni werset, jedna krótka  linijka, choć zdaje się, że została dopisana jakby przez pomyłkę, gdyż nie pasuje do “sola gratia”, jednak osobiście uważam, że ma swoja wymowę. Warto o tym pamiętać, zanim cokolwiek zrobimy, jakim sercem się kierujemy.
Piszę te słowa nie ze względu na mnie, gdyż w moim przypadku, to jak “musztarda po obiedzie”. Chodzi o wszystkich innych, jakich z pewnością znajdziemy wielu w około siebie, którzy czekają na kilka słów pokrzepienia. To właśnie głównie ich miałem na uwadze podczas pisania tego tekstu.
Henryk Hukisz

Wednesday, February 15, 2017

Jezus w ambulansie

 Dwa tygodnie temu wstawiłem na FB krótki komunikat – To stało się nagle, byłem już w ambulansie, "odjechałem" - jak powiedział lekarz. Gdy znów zobaczyłem sufit ambulansu i twarze lekarzy, usłyszałem "wróciłeś". Potem był szpital, zabiegi i powrót do życia. Jestem Bogu wdzięczny. Proszę o modlitwy, abym dobrze umiał wykorzystać darowaną szansę”.
W ciągu kilku następnych dni, kilkaset osób, od Australii, przez Europę aż do Kanady zareagowało „lajkami” oraz słowami otuchy i modlitwy do Pana życia i śmierci. Było to dla mnie, w tym szczególnym czasie bardzo ważne, gdyż wlewały w moje obolałe serce nadzieję i pewność, że Bóg ma dla mnie jeszcze jakieś zadanie. Wprawdzie ciało moje znajdowało na szpitalnym łóżku Kliniki Kardiologicznej w Poznaniu, lecz duch mój posilany niezliczonymi modlitwami, unosił mnie wysoko w przestrzeń, gdzie panuje Boża obecność.
Wszystko zaczęło się od bólu w okolicy serca. Wezwaliśmy ambulans i o pięciu minutach, gdy ratownicy stwierdzili jaki jest rzeczywisty stan, postanowili przetransportować mnie do szpitala. Mieszkam w dzielnicy, w której znajduje się jeden z największych cmentarzy w tym rejonie. Jadąc do centrum miasta, muszę zawsze objeżdżać ten teren. Tym razem, gdy ambulans znalazł się na ulicy Grunwaldzkiej, na wprost bramy cmentarnej, musiał zatrzymać się, gdyż mój stan uległ pogorszeniu. Jeden z ratowników powiedział do mnie kilkakrotnie: „Proszę nie zamykać oczu”. Poczułem, jak gdyby ktoś położył na moich powiekach ogromne ciężarki – nie mogłem powstrzymać ich przed opadaniem.
Po chwili, przed moimi oczami pojawiły się jakieś geometryczne figury, bardzo regularne, które ktoś starał się układać, jak puzzle, w jedną całość. Później, przez ten obraz zaczął przebijać się widok sufitu ambulansu, na którym coraz wyraźniej świeciła „ledowa” lampa. Chwilkę później zobaczyłem trzy twarze ratownika, którego oczy miały szczególny wyraz, jak gdyby mówiły: „to nie moja zasługa”. Po chwili bardzo łagodnym głosem, pełnym radości wyszeptał: „Wróciłeś”.

To był szczególny moment, jak później to sobie uświadomiłem z położenia na mapie. Ambulans zatrzymał się przed skrzyżowaniem z ulicą Cmentarną. To tak, jak gdybym znalazł się na rozdrożu życia i śmierci – mógł skręcić w lewo, albo jechać dalej prosto do szpitala, gdzie miałem zapewnioną pomoc medyczną.
Podobnie jak w sytuacji, o której pisze apostoł Paweł do Koryntian, że znalazł się w utrapieniu „jakie nas spotkało w Azji, iż ponad miarę i ponad siły nasze byliśmy obciążeni tak, że nieomal zwątpiliśmy o życiu naszym; doprawdy, byliśmy już całkowicie pewni tego, że śmierć nasza jest postanowiona, abyśmy nie na sobie samych polegali, ale na Bogu, który wzbudza umarłych” (2 Kor. 1:8). Dlatego jestem Bogu wdzięczny za wasze wsparcie i modlitwy, i mogę dać świadectwo, że to, przez co Pan mnie przeprowadził, stało się przy waszym także współdziałaniu przez modlitwę (w. 11) za mnie.
Kościół, to jest Ciało Pana Jezusa, które wspólnie tworzymy, jest żywym organizmem, który spojony i związany „przez wszystkie wzajemnie się zasilające stawy, według zgodnego z przeznaczeniem działania każdego poszczególnego członka, rośnie i buduje siebie samo w miłości” (Efez. 4:16). Dalej, apostoł Paweł zachęca wierzących, aby „w każdej modlitwie i prośbie zanoście o każdym czasie modły w Duchu i tak czuwajcie z całą wytrwałością i błaganiem za wszystkich świętych” (Efez. 6:18).
Od zarania istnienia Kościoła, tej szczególnej społeczności świętych, możemy doświadczać mocy modlitwy. Pan Jezus, zakładając zręby tej duchowej budowli, pozostawił wiele wspaniałych obietnic, które są jak materiał budowlany - łączą nas w jedno Ciało. Jedną z tych obietnic jest zapewnienie, że „wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie, a spełni się wam” (Mar. 11:24). Dlatego też, już od pierwszego dnia, ci którzy uwierzyli, trwali „w modlitwach” (Dz.Ap. 2:42).
Jakiś czas później, gdy Piotr dowiedział się, że w Joppie pewna wierząca dziewczynka o wdzięcznym imieniu Dorkas umarła, postanowił skorzystać z obietnicy, jaką Pan Jezus dał Kościołowi. Gdy wszedł do domu, który napełniony był płaczem i wspomnieniami o uczynkach zmarłej, ten wierny sługa Pański, wbrew temu, co zobaczył, „padł na kolana i modlił się; potem zwrócił się do ciała i rzekł: Tabito, wstań! Ona zaś otworzyła oczy swoje i, ujrzawszy Piotra, usiadła” (Dz.Ap. 9:40).
Dlatego apostoł Jakub, który widział niejeden cud modlitwy, zachęca wierzących: „Cierpi kto między wami? Niech się modli (Jak. 5:13). Nie zawsze jednak wiemy jak się modlić, gdyż jedynie prośby wynikająca z ufności, jaką mamy do Jezusa, dają nam pewność, iż, „jeżeli prosimy o coś według jego woli, wysłuchuje nas” (1 Jan 5:14). Dlatego zawsze jest dobrze opierać się na głosie Pocieszyciela, który „wspiera nas w niemocy naszej; nie wiemy bowiem, o co się modlić, jak należy, ale sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach” (Rzym. 8:26).
Pan Jezus nie tylko uczył jak należy się modlić, lecz przede wszystkim, zostawił nam przykład. Jak wiemy, On sam często spędzał czas na modlitwie. Ewangeliści opisują nam dość dokładnie, że „gdy rozpuścił lud, wstąpił na górę, aby samemu się modlić. A gdy nastał wieczór, był tam sam” (Mat. 14:23). Lecz On nie był tam sam, gdyż był to czas szczególnej obecności z Ojcem, z którym rozmawiał o wszystkim co czynił i mówił. To właśnie podczas jednej z takich społeczności z Ojcem, „wygląd oblicza jego odmienił się, a szata jego stała się biała i lśniąca” (Łuk. 9:29). A gdy nadeszła chwila, na jaką przyszedł, „oddalił się od nich, jakby na rzut kamienia, i padłszy na kolana, modlił się, mówiąc: Ojcze, jeśli chcesz, oddal ten kielich ode mnie; wszakże nie moja, lecz twoja wola niech się stanie” (Łuk. 22:41,42).
Jestem Bogu wdzięczny za modlitwy świętych, za was wszystkich, którzy w tej godzinie próby, jaką ostatnio przechodziłem, byliście ze mną. Apostoł Paweł doświadczał również tej łaski, gdy wierzący modlili się za niego, aby Bóg otwierał przed nim drzwi do dalszej służby. Dlatego zachęcał wierzących do trwania w tym dobrym zwyczaju, pisząc, aby „w każdej modlitwie i prośbie zanoście o każdym czasie modły w Duchu i tak czuwajcie z całą wytrwałością i błaganiem za wszystkich świętych i za mnie, aby mi, kiedy otworzę usta moje, dana była mowa do śmiałego zwiastowania ewangelii” (Efez. 6:18,19).
Apostoł Jan, pod koniec swego życia zobaczył wspaniały obraz, gdy wszelkie kolano zgięło się i każdy język wyznał, „że Jezus Chrystus jest Panem, ku chwale Boga Ojca” (Filip. 2:11). Wówczas to, jeden z aniołów stojących przed Bożym ołtarzem, podniósł złotą kadzielnicę, z której unosił się dym „z modlitwami świętych” (Obj. 8:4). Wierzę, że nie zabraknie wśród tych modlitw i waszych.
Jestem Bogu szczególnie wdzięczny za waszą pamięć i modlitwy, jakie zanosiliście za mnie w tej godzinie próby, jakiej zostałem ostatnio poddany.
Henryk Hukisz

Monday, November 28, 2016

Jeśli tylko ...

Ciągle fascynuje mnie jeden z listów apostoła Pawła, w którym stara się pokazać doniosłość i znaczenie Osoby Pana Jezusa. W liście do zborów w Kolosach i w sąsiedniej Laodycei, Paweł przedstawia Chrystusa, który jest „obrazem Boga niewidzialnego, pierworodnym wszelkiego stworzenia. W Nim bowiem zostało stworzone wszystko w niebiosach i na ziemi: rzeczy widzialne i niewidzialne, czy to trony, czy panowania, czy zwierzchności, czy władze – wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone” (Kol. 1:15,16).
Następnie Paweł pisze o wszechwładzy Chrystusa, który jest również „Głową Ciała – Kościoła, On jest początkiem, pierworodnym spośród umarłych, aby we wszystkim mieć pierwszeństwo” (Kol. 1:18). To znaczy, że wszystkich, którzy w Niego uwierzyli, „uzdolnił do udziału w dziedzictwie świętych w światłości” (w. 12), ponieważ „wybawił z mocy ciemności i prze­niósł do Królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie, uwolnienie od grzechów” (w. 13,14). Tymi słowami Paweł maluje obraz wspaniałości naszego zbawienia, jakie zostało nam darowane z łaski.
Jak więc widzimy, z Osobą Pana Jezusa związanych jest tak wiele prawd, o których musimy zawsze pamiętać, gdyż zgodnie z upodobaniem Boga, „w Nim zamieszkała cała pełnia” (Kol. 1:19). Dlatego możemy lepiej zrozumieć słowa Chrystusa, gdy wyjaśniał swoim uczniom wielką prawdę o latoroślach i o krzewie winnym: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi obfity owoc, bo beze Mnie nic nie możecie uczynić” (Jan 15:5). Nasze trwanie w Chrystusie wyrażą się poprzez aktywny udział w nowym życiu.
Doniosłość i wszechwładzę Chrystusa widzimy w największym Bożym dziele, jakim jest nasze zbawienie, odkupienie i włącznie do społeczności Kościoła, który jest Jego Ciałem. Tylko w Nim może być zrealizowane największe pragnienie Ojca, aby „przez Niego pojednać wszystko z sobą, czy to na ziemi, czy w niebiosach, czyniąc pokój przez krew Jego krzyża” (Kol. 1:20).
Bez zrozumienia tego, jak ogromne znaczenie ma to, kim jest Jezus Chrystus, nigdy nie pojmiemy pojednania grzesznego człowieka ze świętym Bogiem. Paweł pisze, że wszyscy „którzy kiedyś byliście obcymi i nieprzyjaciółmi z powodu myślenia przejawiającego się w złych czynach, teraz pojednał w Jego doczesnym ciele przez śmierć, aby postawić was przed sobą jako świętych, nieskazitelnych i nienagannych” (Kol. 21,22). Wierzę, że gdy Chrystus mówił uczniom o wielkiej miłości Ojca do grzesznego świata, iż dał Swego Syna, jako Baranka na ofiarę za nas, to zapewniał ich, że gdy odda Swoje życie za owce, to one już „nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z Mojej ręki” (Jan 10:28).
Apostoł Paweł pisze ten list do wierzących w Kolosach i w Laodycei, ponieważ dowiedział się od „Epafrasa, naszego umiłowanego współsługi” (Kol. 1:7), że pojawili się tam fałszywi nauczyciele, którzy starali się wmówić im, że ich zbawienie zależy też od „jedzenia i picia, czy też świąt, nowiu lub szabatów” (Kol. 2:16), a są to jedynie „cienie rzeczy, które mają nastąpić, rzeczywistością zaś jest Chrystus” (w. 17). Pisałem już wcześniej o tym w rozważaniu zatytułowanym „Cień Chrystusa”.
Aby uzyskać to wspaniałe zbawienie, nie musimy nic robić, gdyż Chrystus przez tę jedną ofiarę przecież uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy dostępują uświęcenia (Heb. 10:14). Teraz jednak chciałbym zwrócić uwagę na warunek, o którym pisze Paweł, wskazując na wielkość naszego zbawienia (Kol. 1:22) - jeśli tylko wytrwacie w wierze, ugruntowani, stali i niedający się odwieść od nadziei, jaką daje Dobra Nowina, którą usłyszeliście ogłoszoną wszelkiemu stworzeniu pod niebem” (Kol. 1:23). To zdanie rozpoczyna małe greckie słówko „ei”, które znaczy „jeśli”. Jest to „spójnik wprowadzający zdanie podrzędne określające warunek, od którego spełnienia zależy to, o czym jest mowa w zdaniu nadrzędnym” (PWN).
Widzimy więc, że musimy spełnić określony warunek, aby wypełniło się to, o czym jest mowa w poprzednim wersecie. Czyżby istniały jakieś warunki, od których uzależnione jest nasze zbawienie? Oczywiście, że tak. Ten warunek jeśli" spotykamy w Biblii tak często, że aż trudno jest zrozumieć, dlaczego niektórzy uważa, że nie musimy już nic robić, aby zachować dar zbawienia. Ten warunek, o jakim pisze Paweł, nie uzależnia otrzymania daru zbawienia, lecz jego zachowanie.
Oto inny przykład wskazujący na wyraźnie okerślony przez Chrystusa warunek. Pan Jezus powiedział Nikodemowi: „jeśli się ktoś nie narodzi z wody i Ducha, nie może wejść do Królestwa Boga” (Jan 3:5). Później, wysyłając uczniów na cały świat z ewangelią o zbawieniu, powiedział: „Kto uwierzy i zostanie ochrzczony, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, zostanie potępiony” (Mar. 16:16). Lista podobnych wersetów jest bardzo długa, lecz teraz chcę nasza uwagę zwrócić na kilka warunków, na jakie wskazał Paweł w tym jednym wersecie (Kol. 1:23), pisząc do wierzących w Kolosach i Laodycei.
Przyjrzyjmy się więc uważnie wersetowijeśli tylko wytrwacie w wierze, ugruntowani, stali i niedający się odwieść od nadziei, jaką daje Dobra Nowina, którą usłyszeliście ogłoszoną wszelkiemu stworzeniu pod niebemEwangelia jest zwiastowana „wszelkiemu stworzeniu”, lecz nie każdy będzie z tego powodu zbawiony, lecz jedynie ci, którzy uwierzą i wytrwają w naśladowaniu Chrystusa.
Zadajmy więc sobie zasadnicze pytanie: Czym jest ewangelia?” Paweł wyjaśnia to na początku tego listu, przypominając im, że „o niej wcześniej usłyszeliście w słowie prawdy Dobrej Nowiny, która dotarła do was” (Kol. 1:5). Tak więc, ewangelia jest PRAWDĄ, jest Bożą prawdą, o której Pan Jezus mówił w bardzo ważnym momencie, gdy stał przed Piłatem, który skazywał Go na ukrzyżowanie. Wówczas Chrystus wskazał na cel, w jakim przyszedł na ten  świat, mówiąc: „Ja po to się narodziłem i przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha Mojego głosu” (Jan 18:37). Później apostoł Paweł napisał, że Bóg „pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tym. 2:4). Tak więc, jednym z warunków zbawienia jest PRAWDA, którą musimy poznać, w nią uwierzyć i w niej trwać.
Jedynie Boża prawda wzbudza nadzieję bez której giniemy, jak pasażerowie okrętu, który wiózł Pawła do Rzymu. W momencie, gdy „zaczęła znikać wszelka nadzieja naszego ocalenia”, Paweł powiedział, że „mimo to wzywam was teraz, abyście byli dobrej myśli, bo nikt z was nie zginie, tylko statek” (Dz.Ap. 27:20,22). Podobnie dzieje się w sytuacji, gdy przyjmujemy ewangeliczne słowo Prawdy - otrzymujemy NADZIEJĘ, przygotowaną „dla was w niebiosach” (Kol. 1:5). Słowo Boże wzbudza nadzieję życia wiecznego, dlatego, aby tę nadzieję posilać, Paweł radzi: „szukajcie tego, co w górze, gdzie Chrystus zasiada po prawicy Boga. Myślcie też o tym, co w górze, a nie o tym, co ziemskie” (Kol. 3:1,2).
Prawdę i nadzieję przyjmujemy WIARĄ, gdyż „bez wiary nie można podobać się Bogu, bo trzeba, aby ten, kto zbliża się do Boga uwierzył, że On jest i że nagradza tych, którzy Go szukają” (Heb. 11:6). Jak już wcześniej pisałem, warunkiem przyjęcia zbawienia jest uwierzenie. Trwanie w nowym życiu, które otrzymujemy w efekcie uwierzenia, jest trwaniem w żywej wierze, jak pisze Paweł w innym liście: „A sprawiedliwy z wiary będzie żył” (Rzym. 1:17).
Również Pan Jezus mówił o naszej zależności od Niego, że „bez niego nic nie uczynimy”. Natomiast, jak zapewnia On sam, że ten, „kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi obfity owoc, bo beze Mnie nic nie możecie uczynić” (Jan 15:5). Efektem poznania prawdy, która wzbudza nadzieję, jest owoc, nie nasz, lecz Ducha Świętego, który zamieszkał w nas. Paweł w Liście do Galatów pisze, że tym owocem jest „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Gal. 5:22,23). Jestem w pełni przekonany, że pełny obraz tego owocu można przedstawić jednym słowem – MIŁOŚĆ. Każdy z poszczególnych elementów tego owocu możliwy jest jedynie dzięki miłości. Tak, jak rodzaj drzewa poznaje się po jego owocu, tak samo dzieje się z nami, jak rzekł Jezus: „Po tym wszyscy poznają, że jesteście Moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (Jan 13:35).
Podsumowując tę krótką refleksję na temat naszego zbawienia, chcę powiedzieć, że jeśli poznamy PRAWDĘ, która wzbudzi w nas NADZIEJĘ życia wiecznego i UWIERZYMY w Boże obietnice, które zrodzą w nas owoc MIŁOŚCI, możemy być pewni, że narodziliśmy się na nowo i mamy otwarte wejście do Królestwa Bożego. A to jest możliwe tylko dzięki łasce, gdyż wszystko przecież, co konieczne do życia i pobożności, Jego Boska moc dała nam w darze przez poznanie Tego, który powołał nas dzięki własnej chwale i doskonałości (2 Ptr. 1:3).
Pragnę zakończyć to rozważanie zapewnieniem, jakie kieruje do wierzących w Pana Jezusa apostoł Piotr: Dlatego, bracia, wykażcie jeszcze większą gorliwość, aby utwierdzić swoje powołanie i wybranie. Tak bowiem czyniąc, nigdy się nie potkniecie. W ten sposób też zostanie wam szeroko otwarte wejście do wiecznego Królestwa naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa (2 Ptr. 1:10,11).
Henryk Hukisz

Monday, June 27, 2016

Mój Czerwiec '56

Miałem wtedy dziewięć lat, więc nie rozumiałem jeszcze tego, co się wówczas wydarzyło. Tego dnia mój tata, jak zwykle wcześnie rano pojechał do pracy, gdy ja jeszcze smacznie spałem, Właśnie rozpoczęły się wakacje i już nie trzeba było wcześnie wstawać, jak to musiałem robić w ciągu roku szkolnego, gdyż do szkoły miałem dość daleko.
Mama, jak każdego dnia, zrobiła śniadanie, lecz już nie pamiętam co przygotowała. Być może była to jajecznica ze świeżych jajek ze szczypiorkiem zerwanym rano w przydomowym ogrodzie. Później bawiłem się, być może przekomarzałem się też z siostrami. Byłem jedynym chłopakiem w rodzinie z czterema dziewczynami, więc okazja ku temu zawsze się nadarzała.

Nagle, całkowicie niespodziewania na ścieżce prowadzącej ze wsi do naszego domu pojawił się tata na rowerze. Wracał do domu, pomimo tego, że jeszcze było rano. Gdy wjechał na podwórze i zsiadł z roweru, powiedział niezrozumiałe dla mnie słowo – „Strajk”. Pomyślałem wówczas, że to musi być coś fajnego, gdyż tata był wcześniej w domu. Lecz on, jak zwykle to czynił, gdy popołudniami wracał z pracy, zaprzągł gniadego, i pojechał w pole. Dla niego była to wspaniała okazja zrobić coś więcej na polu, które wydzierżawił od znajomego rolnika, aby wystarczyło żywności dla całej rodziny.

Później dowiedziałem się, że tego właśnie dnia w Poznaniu było bardzo niebezpiecznie, gdyż wojsko wyjechało czołgami na ulice, i że strzelali do ludzi, którzy w jakimś celu protestowali. Ja tego nie rozumiałem, gdyż mieliśmy pod dostatkiem własnej żywności z pola, jakie tata uprawiał. W chlewie były zawsze świnie i krowy w oborze. Pamiętam dni, gdy było świniobicie. Wówczas, ze siostrami uciekaliśmy w pole, aby nie słyszeć przeraźliwego kwiku ofiary, dzięki jakiej mieliśmy pod dostatkiem kiełbas, boczek i inne mięsne dania na stole. Gdy później dowiedziałem się, że głównym powodem protestów był brak chleba i niskie zarobki, zacząłem rozumieć różnice pomiędzy ludnością miast i wiosek.

Kiedy znalazłem się w szkole średniej w Poznaniu, spotkałem się ze środowiskiem miejskim. Koledzy i koleżanki, którzy mieszkali w mieście wyjaśnili mi dokładniej o co chodziło w tym robotniczym zrywie. Zacząłem układać historyczne klocki w całość sytuacji politycznej w jakiej przyszło mi żyć i rosnąć. Przypomniałem sobie kilka wydarzeń, jakich w pełni nie rozumiałem. Pamiętam rok 1953, gdy w gazetach zobaczyłem zdjęcie Stalina i informację o jego śmierci. Pisano o wielkiej szkodzie, jaką ta śmierć wyrządziła naszemu narodowi. W szkole na lekcji języka polskiego czytałem o dobrym "wujku Soso", który bardzo kochał małe dzieci. Później dowiedziałem się, że Stalin był tyranem, który żelazną ręką narzucił władzę naszemu narodowi. Dziwiło mnie jedynie to, że te informacje nie pochodziły z podręczników historii, jedynie mówiono o tym z obawą, aby jakiś nieznajomy nie usłyszał i nie doniósł na milicję.

Poznański czerwiec 1956 roku przyniósł częściowe ulgi polityczne. Zmieniono podejście do dotychczasowej polityki informacyjnej. Można było swobodniej mówić o tym, co nurtowało zwykłych ludzi, robotników i rolników. Ludzie zaczęli odważniej wyrażać swoje protesty wobec władzy, już bardziej własnej, polskiej, chociaż nadal sterowanej z Moskwy. Myślę, że te pierwsze przemiany stały się zalążkiem kolejnych protestów, jakich w nowożytnej historii naszego kraju zaliczyliśmy przynajmniej kilka. Nie były to spokojne protesty, lecz kosztowne, gdyż począwszy od tego pierwszego, gdy zginęło około 70 osób, późniejsze były również połączone z ofiarami niewinnych ludzi.

W moich wspomnieniach o roku 1956 pojawia się również wątek węgierski. Trochę humorystyczny, chociaż w rzeczywistości dotyczył wydarzeń bardziej krwawych, niż to, co przeżywaliśmy  w Poznaniu. Pewnego dnia późnej jesieni, tata wrócił z pracy z wyrazem zdziwienia na twarzy. Mówił, że zbierają na węgiel dla kogoś, kogo nie znał. Pamiętam jego oburzenie, gdy mówił, że nam nie starcza węgla do ogrzania mieszkania, a można było kupić opał jedynie na przydział. Pamiętam dobrze, jak tata uszył specjalną torbę na kawałki drewna, które codziennie przywoził do domu z pracy. Był cieślą, więc wszystkie ścinki desek i kantówek skrzętnie gromadził na opał w domu. Dopiero po jakimś czasie, tata wyjaśnił, że za pierwszym razem nie usłyszał dokładnie na co była ta zbiórka pieniędzy. Chodziło o to, że robotnicy zbierali na Węgry, które ucierpiały na skutek interwencji armii radzieckiej, jaka krwawo stłumiła powstanie tego narodu przeciwko narzuconej władzy sowieckiej.

Plac Mickiewicza w Poznaniu, gdzie stoją dwa krzyże upamiętniające tamten protest, dziś często jest miejscem innych protestów. Teraz, pod pomnikiem Poznańskich Krzyży tłumnie gromadzą się niezadowoleni obywatele, aby wyrazić sprzeciw ograniczaniu wolności i demokratycznego trójpodziału władzy. Obecna władza nie ulega już wytycznym przysyłanym z Moskwy, lecz z innego ośrodka władzy, jaką demonstruje Watykan. Ta stolica, z nazwy apostolska, nie ma nic wspólnego z ewangelią. Jest to narzucanie władzy jednej opcji, z lekceważeniem woli innych, którzy mają inny światopogląd religijny. Z niepokojem obserwuję udział przedstawicieli obecnej władzy w różnych uroczystościach kościoła katolickiego, z lekceważeniem innych wyznań chrześcijańskich. Podobnie dzieje się odwrotnie, coraz częściej państwowe uroczystości odbywają się z udziałem duchowieństwa tylko jednego kościoła. A przecież konstytucja gwarantuje jednakowe prawa wszystkim obywatelom. Może dlatego Prezydentowi tak bardzo zależy, aby zmienić podstawowy akt prawny naszego państwa?

Czas na akcent biblijny, ponieważ moim celem nie jest wzywanie do sprzeciwu wobec władzy. Wyrażam jedynie obawę o to, czy jako ewangelicznie wierząca osobą, będę miał zagwarantowane prawo do swobodnego wyznawania mojej wiary. Póki co, staram się być posłuszny słowom proroka Jeremiasza, który w trudnym czasie wzywał naród Boży do pełnego zaufania Bogu – „starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie, i módlcie się za nie do Pana, bo od jego pomyślności zależy wasza pomyślność!” (Jer. 29:7). Izrael musiał zgodzić się na 70-cio letnią niewolę. Prorok Jeremiasz, posłuszny Bożemu słowu, kazał poddać się woli Bożej. Zapewniał też, iż Bóg będzie z nimi w tym trudnym czasie. Dlatego zalecał im modlitwę o pomyślność obcego im narodu, gdyż w tej pomyślności będą mogli doświadczać błogosławieństwa.

Bóg myśli o nas bez względu na to, jak wygląda sytuacja polityczna naszego narodu. Wierzę mocno w to, że jeśli będziemy modlić się o nasze miasta i wioski, w których mieszkamy, doświadczymy tej wspaniałej obietnicy – „Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was - mówi Pan - myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją” (Jer. 29:11).

Osobiście bardzo mi zależy na pomyślności mojego miasta Poznania, do którego powróciłem, aby wspólnie doświadczać błogosławieństwa z wieloma moimi braćmi i siostrami w Chrystusie.

Henryk Hukisz

Monday, June 20, 2016

Uwaga, Jonasz!

Każdy kto mnie zna bliżej wie, iż bardzo lubię aforyzmy. Są to najczęściej jednozdaniowe sentencje na temat życia. Osobiście lubię takie, które można nazwać „kazaniami w jednym zdaniu”, gdyż zawierają wyraźną pointę, na temat naszego życia lub postępowania. Dziś przypomniałem sobie o jednym, który brzmi: Prawdziwy chrześcijanin nie wstydzi się Ewangelii, i nie przynosi jej wstydu.

Ta krótka sentencja, a szczególnie jej druga część, skojarzyła mi się podczas czytania ostatniego rozdziału Księgo Jonasza z tym, jaki obraz chrześcijaństwa widzą w nas nasi bliźni.

Księga Jonasza jest bardzo krótką księgą, lecz zawierającą sporo istotnych prawd o naszym życiu. Chociaż opisana w niej historia wydarzyła się kilka tysięcy lat wcześniej, to jednak możemy zobaczyć w niej współczesnego człowieka. Podobnie jak Jonasz, dzisiaj wielu chrześcijan ucieka od wykonania Bożej woli, jaką On im wyznaczył. Niedawno napisałem rozważanie o Jonaszu („Jonasz i muzułmanie”) w kontekście zadania, jakie Bóg zaplanował dla wielu społeczeństw, posyłając do nich muzułmańskich wygnańców. Wiem, że jest nadal spora liczba ludzi wierzących w Jezusa, którzy zamiast odebrać tę sytuację jako powołanie do zwiastowania ewangelii, sieją nienawiść do tych migrantów. Zamiast modlić się o możliwość złożenia im świadectwa, powielają filmiki o burdach wywołanych w krajach, do których przybyli. Czy naprawdę tym powinni zajmować się naśladowcy Chrystusa?

Dlaczego znów widzę Jonasza na naszych ulicach w niezbyt pozytywnej roli? Może wpierw zrobię wstęp, który lepiej naświetli myśl, z jaką chcę się podzielić.

Poszukując jakiejś informacji, najczęściej korzystamy z wyszukiwarek internetowych. Weźmy, na przykład, najpopularniejszą, jaką są Google. Jeśli zaczniemy wpisywać zdanie: „chrześcijaństwo to …” program automatycznie zaproponuje nam dokończenie tego zdania. Ku memu zaskoczeniu, pojawiły się kolejno takie uzupełnienia: …kłamstwo,  …sekta, …zło, …plagiat. Ani jednej pozytywnej podpowiedzi? Dlaczego?

Oczywiście nie jest to wiarygodne źródło wiedzy na temat chrześcijaństwa. Być może twórcy tej popularnej przeglądarko internetowej, celowo tak ustawili program. Zadałem sobie jednak pytanie, dlaczego tak niektórzy myślą o nas, wierzących w Jezusa, który jest ucieleśnieniem dobra?

Przypatrzmy się bliżej Jonaszowi. Ktoś powiedział, że ta księga powinna zakończyć się na trzecim rozdziale, na wspaniałej informacji o spełnionej misji w tym okrutnym mieście. Czytamy, że po tym, jak Jonasz ogłosił Boży sąd, ludność pokutowała i „gdy Bóg widział ich postępowanie, że zawrócili ze swojej złej drogi, wtedy użalił się Bóg nieszczęścia, które postanowił zesłać na nich, i nie uczynił tego” (Jon. 3:10). Prawdziwy „happy end”.

Lecz mamy jeszcze jeden rozdział, zapisany szczególnie dla nas, bo historia Niniwy jest już wydarzeniem zamkniętym. My nadal żyjemy i niestety, często zachowujemy się jak Jonasz. Dlatego musimy dokładnie mu się przyjrzeć, aby nie wyrządzać krzywdy dla mieszkańców naszych miast, osiedli i wiosek.

Z czwartego rozdziału Księgi Jonasza dowiadujemy się, że jej główny bohater był człowiekiem bardzo ortodoksyjnym. Jonasz wierzył prawidłowo, że Bóg, jest „Bogiem łaskawym i miłosiernym, cierpliwym i pełnym łaski, który żałuje nieszczęścia” (Jon. 4:2). Wow! - zawoła dziś wielu naśladowców Chrystusa. To jest bardzo zdrowy pogląd na temat Boga. Lepiej nie trzeba. Przyznam tu, że często widzę w sobie Jonasza, który wyznawał tak poprawną teologię. Jak wiecie, często daję temu wyraz w rozważaniach na moim blogu. Ba, nawet więcej, Jonasz był tak bardzo oddany swojemu zrozumieniu Boga, że rozgniewał się na śmierć na Boga za to, że okazał miłosierdzie pokutującym grzesznikom. Lecz jak widzimy, aby być prawdziwym chrześcijaninem, nie wystarczy mieć poprawne teologiczne zrozumienie Boga i Jego powołania nas do zadania, jakie nam powierzył.

Obawiam się, że bardziej myślimy o naszej teologicznej poprawności, niż o zgubionych grzesznikach, którzy idą na śmierć. Zbyt często zgadzamy się z tym, że skoro ludzie grzeszą, to powinni zginąć w ogniu piekielnym. Weźmy na przykład muzułmanów. Oni mają tak radykalne poglądy i do tego ścinają głowy chrześcijanom, że Bóg powinien ich wszystkich wrzucić wprost do ognia gorejącej siarki. Możemy nawet znaleźć wiele wersetów podpierających nasze poglądy na ten temat.

Ponieważ poglądy kształtują postępowanie, dlatego w konsekwencji takiego „prawidłowego” myślenia jest to, że nasze postępowanie jest tego odzwierciedleniem. Przypuszczam, że żaden miłujący Boga chrześcijanin nie weźmie do ręki kamienia, aby ciskać we wrogów Chrystusa, lecz wystarczy, że tak myśli. Pan Jezus powiedział, wprawdzie odnośnie zupełnie innej sfery życia, lecz uważam, że te słowa są prawdziwe w każdej innej, że „każdy kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim” (Mat. 5:28). Wsytarczy więc pomyśleć źle o hordach migrantów. To, jakie zdanie o chrześcijanach będą mieli przybywający do nas muzułmanie zależy od nas samych. Czy otworzą się na ewangelię, czy będą mieć zamknięte serca, zależy od tego, jak ich traktujemy na co dzień.

Ubiegłej niedzieli usłyszałem świadectwo pewnej starszej już osoby wierzącej. Mówiła o tym, że do sąsiedniego mieszkania wprowadziła się muzułmańska rodzina. Kierując się ewangelią, odwiedziła sąsiadkę, przynosząc świeżo upieczone ciasto. Wywiązała się krótka rozmowa, zakończona prośbą o pomoc w opanowaniu języka tego kraju i o przepis na to ciasto. Wizyty zaczęły powtarzać się, w czasie których poznała resztę rodziny. Później usłyszała, że są ich przyjaciółmi i mogą porozmawiać z nimi na wiele życiowych tematów. Ponieważ niedawno przybyli do obcego dla nich kulturowo kraju, mają wiele pytań i potrzebują pomocy. Kończąc swoje świadectwo, ta chrześcijanka powiedziała, że dziękuje Bogu za to, że przysłał im właśnie takich sąsiadów, którym może świadczyć o Jezusie.

Jestem mocno przekonany, że ta muzułmańska rodzina, na pytanie kim są chrześcijanie, nie pomyśli tak, jak to podpowiada internetowa przeglądarka.

Pan Jezus powiedział: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie” (Jan 13:35). O tym, czy Pan Jezus, mówiąc te słowa miał na uwadze i ciebie, zadecydujesz ty sam.

Henryk Hukisz