Thursday, January 22, 2026

Wiara dziedziczona

Nie wyobrażam sobie życia bez wiary; wręcz uważam za niemożliwe, aby nie wierzyć. Autor Listu do Hebrajczyków stwierdza wprost: „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu, bo trzeba, aby ten, kto zbliża się do Boga, uwierzył, że On jest i że nagradza tych, którzy Go szukają” (Hbr 11:6). Jakby na dowód, iż ta teza jest słuszna, przytacza życiorysy niezliczonej liczby ludzi, którzy „Przez wiarę pokonali królestwa, dokonali dzieł sprawiedliwych, doczekali spełnienia obietnic, zamknęli paszcze lwom, stłumili żar ognia, uniknęli ostrza miecza, zostali podźwignięci z niemocy, stali się waleczni na wojnie, odparli cudzoziemskie wojska” (w. 33, 34). Inni natomiast również przez wiarę „doświadczyli szyderstw i biczowania, ponadto kajdan i więzienia. Byli kamienowani, przerzynani piłą, ścinani mieczem, tułali się w skórach owczych i kozich, cierpieli niedostatek, ucisk i poniewierkę – świat nie był ich godny. Błądzili po pustyniach, po górach, jaskiniach i rozpadlinach ziemi” (w. 36-38).

Skąd wziąć taką wiarę, aby przetrwać w różnych doświadczeniach i osiągnąć wyznaczone cele? Nie chodzi tu o jakąkolwiek wiarę, gdyż – jak stwierdza apostoł Jakub – również „demony wierzą i drżą” (Jk 2:19). Chciałbym wskazać na źródła prawdziwej wiary, takiej, która przenosi przysłowiowe góry. Taką wiarę z pewnością posiadał Tymoteusz, wierny sługa Ewangelii i współpracownik apostoła Pawła. Gdy apostoł Paweł przybył do Listry, spotkał tam ucznia Pańskiego „o imieniu Tymoteusz, syna Żydówki, która przyjęła wiarę, i ojca Greka. Bracia z Listry i Ikonium dawali o nim dobre świadectwo” (Dz 16:1, 2). Później, już w osobistym liście do Tymoteusza, Paweł wspominał, że dobrze pamięta jego „nieobłudną wiarę, która najpierw stała się udziałem twojej babki Lois i twojej matki Eunike. Jestem też przekonany, że i twoim” (2 Tm 1:5).

Tymoteusz wyniósł z domu nieobłudną wiarę, którą przekazali mu domownicy, a szczególnie – jak wspomina Paweł – jego matka i babcia. Tymoteusz nie tylko obserwował postawę zaufania Bogu u swoich bliskich, lecz sam uczył się praktycznie stosować ją w swoim życiu. Paweł musiał to zauważyć, gdyż wystawił mu doskonałe świadectwo, radząc: Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i w czym pozostajesz wierny, pamiętając, od kogo się nauczyłeś. Od dzieciństwa znasz przecież Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu dzięki wierze w Chrystusa Jezusa” (2 Tm 3:14, 15).

Fundamentem wiary Tymoteusza była znajomość Pism. Dalej Paweł wyjaśnia, jakie treści budują wiarę, ponieważ wcześniej stwierdził, że „wiara przecież rodzi się ze słuchania, ze słuchania Słowa Chrystusa” (Rz 10:17). A wszelkie Pisma, na które powoływał się Chrystus, są „natchnione przez Boga i pożyteczne do nauczania, przekonywania, upominania, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przygotowany do czynienia wszelkiego dobra” (2 Tm 3:16, 17).

A na czym my dziś budujemy swoją wiarę? Jeśli chcemy posiadać Bożą wiarę, a nie taką, jaką mają demony, to musimy uczyć się natchnionych przez Boga Pism i trwać w ich znajomości. Pragnę podzielić się osobistym świadectwem z mego dzieciństwa. Jestem niezmiernie wdzięczny Bogu za moich rodziców i dom, w którym wychowywałem się w środowisku zupełnego zaufania Panu.

Wiara stała się udziałem w życiu moich rodziców, zanim jeszcze się poznali. Na Kresach Wschodnich, w rejonie Nowogródka, gdzie mieszkali, miało miejsce ewangeliczne przebudzenie. Ewangelia docierała do wielu miejscowości, a ludzie przyjmowali zwiastowanie o łasce przebaczenia grzechów dzięki ofierze Chrystusa na Golgocie. Mój tata mieszkał w małej wiosce na południe od Nowogródka. O tym, jak do mieszkańców tej miejscowości dotarła Dobra Nowina, pisze Edward Czajko, również mieszkaniec tej wsi:

Poselstwo Ewangelii przyniósł tu chłopiec z tej wsi, Łukasz Kurjan, który w tym czasie terminował u fryzjera w Nowogródku. Tam spotkał się ze świadectwem zielonoświątkowców i przyłączył do ich zboru. Odwiedzał rodzinną wieś, Kuźmicze, dzieląc się świadectwem żywej wiary w Chrystusa. Odzew na świadectwa jego słów i przemienionego życia był wspaniały. Zaczął powstawać zbór, który po kilku latach istnienia był dość liczny. Do zboru przystępowali ludzie z dwu sąsiednich wsi, z Kuźmicz i Boryszyna”.*

Po wojnie większość mieszkańców Kuźmicz, a wśród nich osoby wierzące ewangelicznie, wywędrowała na tereny zachodniej Polski. Ponieważ moi rodzice byli już ludźmi wierzącymi, przywieźli ze sobą Biblię, z której codziennie czytano Słowo Boże. Pośród zabudowań, w których zamieszkali moi rodzice, znajdowała się kaplica, gdyż poprzedni właściciel był protestantem niemieckim. Dzięki temu dość szybko w tym budynku zorganizowano zbór dla wierzących mieszkających w okolicznych wioskach. Mój tata był kaznodzieją i w każdą niedzielę podczas nabożeństw sadzał mnie obok siebie w pierwszej ławce. Dzięki temu od dzieciństwa byłem osłuchany z głoszonym Słowem Bożym, choć wówczas nie wszystko jeszcze rozumiałem.

Zanim poszedłem do szkoły, aby nauczyć się czytać i pisać, mój tata używał Nowego Testamentu, by pokazywać mi litery i uczyć, co oznaczają poskładane z nich wyrazy. Pomimo że sam nie ukończył szkoły podstawowej – musiał bowiem zająć się utrzymaniem rodzeństwa po śmierci rodziców – to z wielką determinacją postanowił dobrze przygotować mnie do zdobywania wykształcenia. Mój tata chciał, abym oswoił się z Biblią, gdyż osobiście bardzo ją cenił jako fundament swojej wiary. Dlatego później, gdy miałem siedemnaście lat i starałem się ukształtować własny światopogląd, wiedziałem, że muszę określić się wobec Boga i Pisma Świętego. Gdy podjąłem świadomą decyzję naśladowania Chrystusa jako mojego Pana, zrozumiałem, że podstawą budowania relacji z Nim będzie Biblia, którą już znałem. Z tą różnicą, że teraz, po narodzeniu się na nowo, miałem już bardzo osobisty i emocjonalny stosunek do tej Księgi – szczerze ją pokochałem.

Takie jest moje osobiste świadectwo wiary, którą zdobyłem i nadal zdobywam dzięki Słowu Bożemu zawartemu w Biblii. Tę szczególną cechę budowania wiary poprzez lekturę Pisma zawdzięczam moim rodzicom. Za to wyjątkowe dziedzictwo nieustannie dziękuję Bogu.

A jakie dziedzictwo wynoszą z Twojego domu Twoje dzieci? Zadaję to pytanie świadomy zagrożeń, jakie niszczą współczesne rodziny. Obserwuję z olbrzymim niepokojem, że we współczesnych domach zamiast Biblii i wiary w Boże Słowo, dzieci wyposaża się w najnowsze elektroniczne gadżety i smartfony. Jakiej wiary nauczą się te pociechy, gdy zamiast w Biblii, będą zdobywać wiedzę o świecie i o sobie w cyberprzestrzeni?

Na zakończenie przypomnę słowa apostoła Pawła skierowane do Tymoteusza: Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i w czym pozostajesz wierny, pamiętając, od kogo się nauczyłeś. Od dzieciństwa znasz przecież Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu dzięki wierze w Chrystusa Jezusa” (2 Tm 3:14, 15).

Wednesday, January 14, 2026

Dokąd zmierzasz kościele?

Podczas studiów teologicznych fascynowała mnie historia Kościoła. Szukałem odpowiedzi na pytanie: w którym momencie i pod wpływem jakich mechanizmów chrześcijaństwo zaczęło przypominać potężną instytucję, tak daleką od swoich nowotestamentowych korzeni?

Analizując źródła, trudno nie zauważyć, że liturgia i architektura z czasem przestały odzwierciedlać prostotę pierwszych uczniów. W pierwszych dekadach życie chrześcijan koncentrowało się wyłącznie wokół Osoby Jezusa Chrystusa. Wierzący realnie uznawali Go za Głowę Kościoła, a Duch Święty był postacią tak namacalną, że przy podejmowaniu kluczowych decyzji – jak ta opisana w Dziejach Apostolskich (15:28) – zapisywano: „Postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my...”. Nawet logistyka misyjna była wynikiem wsłuchiwania się w głos Ducha, a nie osobistych układów – „Gdy pełnili służbę Panu i pościli, Duch Święty powiedział: Wyznaczcie już Mi Barnabę i Szawła do dzieła, do którego ich powołałem” (Dz 13:2).

Później nastała era hierarchów, którzy poczuli się panami wspólnot. Wprowadzono sztywny podział na „duchowieństwo” i „laikat”, wynosząc liderów na piedestały władzy. Z czasem standard życia hierarchów zaczął konkurować z luksusem możnowładców tego świata. Do serca Kościoła wkradła się polityka i pieniądze. Utworzono scentralizowaną stolicę, przypisując jej wyłączną sukcesję apostolską. Niewykształcony lud, wpatrzony w uczonych w piśmie duchownych, łatwo było przekonać, że złoto bazylik i kardynalskie pałace to naturalna kontynuacja drogi Szymona rybaka i Jezusa, syna cieśli.

Kiedy w średniowieczu nadużycia sięgnęły szczytu – handlowano odpustami, a biednych straszono mękami w czyśćcu – wybuchł protest Marcina Lutra. Reformacja była dla ówczesnego świata wstrząsem. Wywołała reakcję w postaci Soboru Trydenckiego i kontrreformacji, która z jednej strony próbowała uzdrowić moralność kleru, a z drugiej – za pomocą Inkwizycji – bezwzględnie zwalczać nowe prądy religijne. Choć dziś wiemy, że rola jezuitów była bardziej złożona, to faktem pozostaje, że teologiczny spór o zbawienie z łaski był tłumiony siłą.

Przełom XIX i XX wieku przyniósł falę ożywienia charyzmatycznego. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych jak „grzyby po deszczu” powstawały wspólnoty niezależne od historycznych struktur. Wróciła wiara w bezpośrednie prowadzenie przez Ducha Świętego i biblijna prawda, że „każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Rz 10:13). Zbawienie stało się relacją, a nie przynależnością do instytucji.

Jednak patrząc na dzisiejsze chrześcijaństwo, widzę niepokojący powrót do błędów przeszłości – choć w nowym opakowaniu. Dziś mamy nieograniczony dostęp do Pisma Świętego i tekstów oryginalnych, a mimo to oddalamy się od wzorców apostolskich bardziej niż kiedykolwiek.

Spotkania wierzących przestają być przestrzenią, w której Duch Święty udziela darów „każdemu z osobna tak, jak chce” (1 Kor 12:11). Zamiast biblijnej różnorodności darów, jak napisał apostoł Paweł:  „Kiedy się zbieracie, każdy ma jakiś dar: śpiewania hymnów lub nauczania, lub objawiania tego, co zakryte, lub mówienia językami, lub tłumaczenia. Wszystko niech służy ku zbudowaniu” (1 Kor 14:26), otrzymujemy precyzyjnie wyreżyserowane programy oparte na trendach show-biznesu.

Pastorzy stają się lokalnymi aktywistami lub influencerami, bardziej dbającymi o zasięgi i PR niż o zwiastowanie upamiętania. Ewangelistów zastąpili mówcy motywacyjni. Ewangelię zastąpiły programy artystyczne.

Współczesny Kościół niebezpiecznie przypomina zbór w Laodycei. Nowoczesne „mega-kościoły”, nasycone multimediami i najnowszą technologią, mówią o sobie: „Jestem bogaty i niczego mi nie brak”. Tymczasem Chrystus diagnozuje ten stan surowo: „nie wiesz, że jesteś nędzny, pożałowania godny, biedny, ślepy i nagi” (Ap 3:17).

Jezus, prawdziwa Głowa Kościoła, często stoi dziś na zewnątrz współczesnych zborów. Puka do drzwi, mając nadzieję, że ludzie ogłuszeni decybelami i oślepieni laserami, usłyszą Jego głos. Pytanie, które postawił dwa tysiące lat temu: „Czy jednak Syn Człowieczy zastanie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18:8), wybrzmiewa dziś z nową, przerażającą siłą.

Ratunkiem jest powrót do rady danej Laodycei: powrót do wiary wypróbowanej w ogniu, do prawdziwej świętości i do „olejku dla oczu” – mocy Ducha Świętego, abyśmy „wiedzieli, czym jest nadzieja, do jakiej was wezwała, czym jest bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i jak wspaniały jest ogrom Jego mocy względem nas, wierzących, według działania siły Jego potęgi. Tą właśnie mocą działał w Chrystusie, gdy wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy w niebiosach” (Ef 1:18-20).

Niestety, dopóki uszy wierzących będą przygłuszone jazgotem głośników, a oczy oślepione blaskiem scenicznych efektów, wielu nie usłyszy „głosu wołającego na pustyni”. Zamiast za Pasterzem, pobiegną za swoimi idolami.

Quo vadis, kościele?

Henryk Hukisz

Monday, January 12, 2026

Znaki towarzyszące

Uważam, że właśnie teraz, w czasie totalnego zamętu ideologii i trendów filozoficznych w świecie, jakie wkradają się do kościołów, chrześcijaństwo musi  powrócić do swoich początków. Dzieje Apostolskie i Listy napisane w tamtym czasie najlepiej świadczą o tym, że Chrystus wiedział, iż jedyną możliwością zwycięskiego zwiastowania Dobrej Nowiny, była obietnica, dlatego powiedział: „Nie oddalajcie się z Jerozolimy, ale oczekujcie obietnicy Ojca, o której usłyszeliście ode Mnie. Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym” (Dz 1:4,5). Niestety, współczesny kościół „oddalił” się od tej niezbędnej obietnicy i moc Ducha zastępuje mądrością doktorów teologii i psychologii. Uczniowie Chrystusa, okazali posłuszeństwo swemu Panu i „poszli i głosili wszędzie Dobrą Nowinę, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał ich słowa znakami, które im towarzyszyły” (Mk 16:20).

Apostoł Piotr, wbrew swoim dotychczasowym przekonaniom, okazał zupełne posłuszeństwo Słowu Bożemu, poszedł do domu Korneliusza i zwiastował ewangelię w mocy Ducha Świętego, który spoczął na nim w dniu Pięćdziesiątnicy. Dlatego czytamy w raporcie z tamtych czasów, że „kiedy jeszcze Piotr mówił te słowa, Duch Święty zstąpił na wszystkich, którzy słuchali nauki, Zdumieli się wówczas wierni pochodzenia żydowskiego, którzy przybyli z Piotrem, że dar Ducha Świętego został wylany także na pogan. Słyszeli bowiem, że mówią językami i wielbią Boga. Wtedy Piotr powiedział: Czy może ktoś odmówić chrztu tym, którzy otrzymali Ducha Świętego tak, jak my? I rozkazał ich ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa” (Dz 10:44-48).

Chciałbym rozpalić pragnienie tamtych czasów, aby Duch Święty dokonywał takich samych dzieł, aby nie było wątpliwości, czy można komuś odmówić chrztu. Dlatego przypominam sobie moje wczesne dni, gdy rozpoczynałem moja służbę Słowa. Był to czas przygotowania, czas zdobywania duchowych szlifów. Dlatego dzielę się moim osobistym świadectwem momentu, gdy zbliżyłem się do obietnicy napełnienia mocą Ducha Świętego. Jest to fragment książki, mojego osobistego świadectwa drogi, którą Pan mnie prowadził.

„Zdawałem sobie równocześnie sprawę, że oprócz przygotowania teologicznego to, czego potrzebowałem najbardziej, było otrzymanie Bożego namaszczenia do służby, do jakiej On mnie powołuje. Wychowany w środowisku zielonoświątkowym, wiedziałem o chrzcie w Duchu Świętym. Słyszałem często na różnych nabożeństwach osoby modlące się w niezrozumiały dla mnie sposób, a mianowicie wypowiadały słowa, jakich nie rozumiałem, gdyż brzmiały bardzo obco. Wiedziałem już, że w dniu Pięćdziesiątnicy, gdy Duch Święty zstąpił na pierwszych chrześcijan, pojawiły się nad nimi ogniste płomienie, a oni wypowiadali słowa, jakie Duch im poddawał (Dz 2,4). Bardzo pragnąłem otrzymać to namaszczenie i niejednokrotnie modliłem się o to, aby doświadczyć napełnienia Duchem Świętym. Teraz, będąc studentem protestanckiej uczelni teologicznej, postanowiłem gorliwie o to się modlić.
Był to chłodny zimowy wieczór, gdy wraz z kolegą z roku pojechaliśmy do Brwinowa, do zaprzyjaźnionej rodziny, która wspierała nas, studentów pozbawionych bliskiej relacji z naszymi domami. Powiedziałem, że chcę modlić się o chrzest w Duchu Świętym. Uklękliśmy i tak rozpoczęła się walka z osobistymi przekonaniami wyniesionymi z poprzednich modlitw. Miałem wyrobiony obraz tego, w jaki sposób rozpoznam, że już zostałem ochrzczony; czekałem, że nagle ogarnie mnie jakieś dziwne ciepło i zacznę modlić się innym językiem. Przyznam, że to wyobrażenie blokowało we mnie pełne otwarcie się na to, jak Bóg to uczyni. Dopiero po jakiejś chwili, zrezygnowany z oczekiwania na mój sposób, gdy ktoś zaintonował pieśń, w której powtarzały się słowa refrenu: „Tylko Mu wierz, tylko Mu wierz, wszystko tak prostym jest, tylko Mu wierz”... nie wiem, jak to się stało, ale zauważyłem, że modlę się bardzo żywymi słowami, których nie rozumiałem. Poczułem się, jakbym był gdzieś wysoko ponad ziemią i pragnąłem tylko jednego: aby uwielbić Boga najszczerzej, jak to możliwe. Kiedy już późną nocą wracałem z kolegą tramwajem przez Warszawę, on mnie uciszał, prosząc, abym już przestał głośno modlić się niezrozumiałym językiem.”


Mam nadzieję i o to się modlę, że niedługo będę mógł przekazać informację, iż wspomniane świadectwo ukaże się w całości w druku.

Henryk Hukisz

Tuesday, January 6, 2026

Ilu było królów w dniu Trzech Króli?

W związku z obchodzonym  w dniu 6. stycznia tzw. święcie Trzech Króli powinniśmy zadać sobie pytanie: „Skąd przybyli trzej królowie, których święci Kościół katolicki?”. Najprostszą odpowiedzią jest: znikąd, ponieważ tacy bohaterowie w ogóle nie istnieli. Biblia nic nie mówi o królach składających dary narodzonemu Dzieciątku. Na jej stronach możemy jedynie przeczytać o magach przybyłych ze Wschodu. Ewangelista Mateusz opisał to wydarzenie, nie podając żadnych szczegółów co do czasu tej wizyty. Wymienia tylko kilka informacji na temat spotkania z Herodem i złożenia pokłonu przed Dzieciątkiem, któremu przynieśli dary godne króla.

W Biblii czytamy, że gdy „Jezus urodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, do Jerozolimy przybyli mędrcy ze Wschodu i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król Żydów? Zobaczyliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przyszliśmy oddać Mu pokłon” (Mt 2:1-2). W oryginale tego zapisu znajduje się określenie „μαγοι” [magoi], które wówczas znaczyło „czarnoksiężnik”, „mędrzec”, „naukowiec” albo „badacz”. W Nowym Testamencie to słowo spotykamy jeszcze raz w opisie zdarzenia, jakie miało miejsce podczas pierwszej podróży misyjnej apostoła Pawła. Gdy apostoł wraz z Sylasem przeszli wyspę Cypr i znaleźli się w Pafos, „spotkali pewnego maga, fałszywego proroka żydowskiego imieniem Bar-Jezus” (Dz 13:6). W tym przypadku był to zły człowiek, który starał się za wszelką cenę odwieść miejscowego prokonsula Sergiusza od uwierzenia w Pana Jezusa.

Magowie z czasu narodzin Chrystusa byli z pewnością mędrcami, którzy badali zjawiska na niebie. Jak sami powiedzieli, podczas obserwacji zauważyli szczególną gwiazdę, która według nich oznaczała narodziny króla. Tak więc, czytając uważnie Biblię, możemy stwierdzić, że królem w tej historii był narodzony Zbawiciel, a nie mędrcy, którzy przyszli „oddać mu pokłon” (Mt 2:2). Jak przystało na Osobę, którą pragnęli uczcić, przynieśli ze sobą odpowiednie dary – „złoto, kadzidło i mirrę”. I tutaj znów spostrzegamy różnicę między opisem ewangelicznym a tradycją katolicką, która przetrwała do naszych czasów – dary były trzy, natomiast nic nie wiemy o liczbie ofiarodawców, oprócz tego, że występowali w liczbie mnogiej. Mogło ich być nawet kilkunastu, gdyż nic nie wskazuje na to, że było ich akurat trzech. A imiona, jakie wymyślono w ciągu wielu wieków utrwalania tradycji „Trzech Króli”, to zupełnie inna sprawa, którą można włożyć między bajki. Dziwić się jedynie można, że im dalej od narodzin Chrystusa, tym żywsza staje się tradycja poświęcona temu wydarzeniu. Wiadomo przecież, kto jest specem od przekręcania treści biblijnych.

Kim natomiast byli wspomniani przez ewangelistę Mateusza magowie? Zdania biblistów są podzielone: jedni uważają, iż byli dalekimi potomkami Abrahama, inni natomiast sądzą, że byli to Arabowie, którzy badali znaki towarzyszące Żydom rozproszonym na Wschodzie po niewoli babilońskiej. Osobiście skłaniam się ku tej drugiej wersji, gdyż z lektury ksiąg biblijnych wiemy, że nie wszyscy Żydzi wrócili do Ziemi Obiecanej. Wiemy również, że Bóg działał pośród swego narodu w rozproszeniu.

Sądzę też, że gwiazda, którą widzieli ci mędrcy, mogła być światłością, którą zobaczyli pasterze na polach betlejemskich, gdy pewnej nocy pojawił się na niebie „anioł Pana i chwała Pana zajaśniała wokół nich” (Łk 2:9). Skoro tak niezwykłe zjawisko towarzyszyło narodzinom Chrystusa, to uważni badacze nieba na dalekim Wschodzie musieli je też zauważyć i odpowiednio zareagować.

Istotną informacją na temat tej wizyty były dary, które zgodnie ze wschodnim zwyczajem składano królom. Ewangelista Mateusz podaje nam dość szczegółową informację, że mędrcy „weszli do domu, a gdy zobaczyli Dziecko i Jego matkę, Marię, padli na twarz, oddając Mu pokłon. Potem rozłożyli swe skarby i ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę” (Mt 2:11). Uważam, że wybór tych darów nie był przypadkowy. Z jednej strony były to, jak na ówczesne czasy i zwyczaje, podarunki drogocenne, godne króla. Ich symboliczne znaczenie nawiązuje natomiast do roli, jaką Bóg wyznaczył swemu Synowi, wcielając Go w Dzieciątko narodzone w Betlejem. Przy okazji warto zauważyć, że przybyli mędrcy oddali pokłon Chrystusowi, z pominięciem Maryi. Kult oddawania boskiej czci „Najświętszej Panience” jest późniejszym wytworem pobożności ludowej.

Złoto z pewnością wskazuje na królewski charakter misji, z jaką Boży Syn przyszedł na naszą ziemię. Ciekawostką w ewangelicznym opisie tej wyjątkowej wizyty jest zwrot „król żydowski”, o którego wypytywali przybyli do Jerozolimy mędrcy ze Wschodu, a nie „król izraelski”, jakim posługiwali się uczeni w Piśmie. Ewangeliści niejednokrotnie nazywali Go królem, lecz nie takim, na jakiego oczekiwano ze względu na sytuację polityczną, lecz Królem innego królestwa. Chrystus, odpowiadając na pytanie Piłata o to, czy jest „królem żydowskim”, odrzekł: „Moje Królestwo nie jest z tego świata. Gdyby Moje Królestwo było z tego świata, wtedy Moi słudzy walczyliby, abym nie został wydany Żydom. Teraz jednak Moje Królestwo nie jest stąd” (Jn 18:36).

Dlatego uważam, że naśladowcy Chrystusa swoim życiem propagują zwyczaje i wartości innego Królestwa niż ten świat. Nowe życie, które jest rezultatem narodzenia z Ducha, charakteryzuje się wydawaniem owocu Ducha Świętego. Apostoł Paweł dał temu wyraźne świadectwo: „To więc mówię i w Panu składam świadectwo, abyście już nie postępowali tak, jak poganie w ich próżnym myśleniu” (Ef 4:17).

Kadzidło natomiast kojarzyło się ze służbą kapłanów, którzy spalali je przed ołtarzem, aby wskazać na szczególny charakter ofiar przynoszonych Bogu. Kapłani byli wyznaczani przez Boga, gdyż służba, jaką pełnili, odzwierciedlała pragnienie Bożego serca, którym jest pojednanie ze zgubionym grzesznikiem. Naszym kapłanem, nazwanym również Arcykapłanem, jest Chrystus, o którym Bóg powiedział: „Ty jesteś Moim Synem, dzisiaj Ja Ciebie zrodziłem. Podobnie mówi w innym miejscu: Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka” (Hbr 5:5-6). Nikt inny, jedynie Chrystus „stał się przyczyną wiecznego zbawienia dla wszystkich, którzy są Mu posłuszni” (w. 9).

Mirra wskazywała na cierpienie, jakie czekało narodzone Dzieciątko. Imię, jakie Mu dano na polecenie anioła Gabriela – „nadasz Mu imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od grzechów” (Mt 1:21) – wskazywało na rodzaj służby, jaka została Mu wyznaczona. Szczególnie prorok Izajasz zapowiadał przyjście „Sługi Pana”: „Oto Mój sługa, którego wspieram, Mój wybrany, w którym mam upodobanie. Zesłałem na niego Mojego ducha, on ogłosi narodom to, co sprawiedliwe” (Iz 42:1). Dokładny opis tej służby znajdujemy w najbardziej znanym rozdziale tego proroctwa:

„Dręczono go, lecz był pokorny i ust nie otworzył. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca milcząca wobec strzygących ją. Po uwięzieniu i wyroku został zabrany. Kto jednak zastanowi się nad jego pokoleniem, skoro został wyrwany z krainy żyjących i pobity za nieprawości Mojego ludu?” (Iz 53:7-8).

Słowa te możemy w pełni zrozumieć dopiero w momencie, gdy spojrzymy na Chrystusa ukrzyżowanego. Wówczas jasne stają się słowa wypowiedziane przez proroka Izajasza:

„Lecz on został przebity za nasze grzechy, zmiażdżony za nasze winy. Dla naszego dobra przyjął chłostę, dzięki jego ranom doznaliśmy uzdrowienia” (Iz 53:5).

Tak więc ta wyjątkowa wizyta mędrców ze Wschodu niesie dla nas szczególne przesłanie – wskazuje na służbę, która została powierzona Chrystusowi dla naszego zbawienia. Możemy też przy tej okazji zobaczyć, jak istotne dla poznania Bożych zamierzeń jest obserwowanie różnych znaków wskazujących na Boże działania w naszym życiu. Bóg ukazuje nam swój charakter, abyśmy poznali Go lepiej. Apostoł Paweł poucza nas, że „to bowiem, co w Nim niewidzialne, Jego wieczna moc i boskość, są od stworzenia świata widoczne w dziełach, dlatego nie mają nic na swoją obronę” (Rz 1:20).

Oddajmy więc Bogu chwałę za tę wizytę i za wszystko, co On czyni w nas i dla nas.

Henryk Hukisz 

Saturday, January 3, 2026

Ćwiczenie pobożności

Apostoł Paweł napisał do Tymoteusza dwa listy, w których udziela mu wielu porad duszpasterskich. Mając na uwadze „czasy ostateczne”, zwraca uwagę na dbałość o właściwą postawę duchową, aby nie ulegać światowym trendom. Rada duchowego ojca, jakim z pewnością był dla Tymoteusza, zawarta jest w krótkim zdaniu: „Ćwicz się w pobożności” (1 Tm 4:7). Chcąc jednak uchronić młodego nauczyciela przed błędnym rozumieniem Bożych zasad, doprecyzowuje: „Cielesne ćwiczenie bowiem na niewiele się przyda, prawdziwa zaś pobożność jest zawsze pożyteczna, gdyż zawiera obietnicę zarówno życia doczesnego, jak i przyszłego” (1 Tm 4:8). Apostoł nie odmawia cielesnym ćwiczeniom zasadności, lecz zachęca do zachowania właściwych proporcji, wskazując na wyższość pobożności nad tym, co materialne. Tę lekcję praktycznego chrześcijaństwa kończy kwintesencją: „Dbaj o siebie i o naukę, bądź wytrwały. Tak postępując, i siebie samego zbawisz, i tych, którzy ciebie słuchają” (1 Tm 4:16).

Początek każdego roku charakteryzuje się wysypem deklaracji poprawy życia. W środowisku osób ewangelicznie wierzących przeważają postanowienia dotyczące modlitwy, lektury Słowa Bożego (często poprzez poszukiwanie dobrego „Rocznego planu czytania Biblii”) lub większego zaangażowania w pomoc potrzebującym. W tym rozważaniu chciałbym jednak odnieść się do obu sfer: zarówno fizycznej kondycji osoby wierzącej, jak i poprawy jej stanu duchowego.

Powinniśmy pamiętać, że Bóg stworzył nas jako jedność duszy i ciała, projektując nas tak, by obie te sfery rozwijały się w ścisłej relacji. Wszyscy wiemy, jak brak snu wpływa na nasze życie wewnętrzne. Podobnie duchowe wzloty i upadki oddziałują na nasz organizm. Prawdziwe chrześcijaństwo nie oddziela duszy od ciała, udając, że liczy się tylko to, co niewidzialne. Wierzymy, że ciało ma ogromne znaczenie. Apostoł Paweł zadaje nam retoryczne pytanie: „Czy nie wiecie, że wasze ciało jest świątynią obecnego w was Ducha Świętego, którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Zostaliście bowiem nabyci za wielką cenę. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6:19–20).

Oto kilka praktycznych rad, jak możemy uwielbiać Boga w naszych ciałach, ćwicząc jednocześnie prawdziwą pobożność:

1. Zdecyduj się na ruch Większość współczesnych zawodów wiąże się z siedzącym trybem życia. Coraz mniej dźwigamy i podnosimy, a zamiast tego „dziobiemy” w klawiatury komputerów. Jeśli Twoja praca wymaga aktywności fizycznej, prawdopodobnie nie potrzebujesz dodatkowego czasu na trening. Jednak „pracownicy biurowi” muszą uzupełnić deficyt ruchu, by osiągnąć naturalny dla człowieka poziom aktywności. Zacznij od czegokolwiek. Spacer się liczy! Piętnaście minut marszu dziennie to świetny początek. Czasem hasło „Po prostu to zrób” ma głęboki sens – zwłaszcza gdy zastanawiasz się, czy w ogóle wstać z kanapy. Odpowiedź brzmi: tak, zrób to!

2. Włącz w to Boga Nie chodzi o to, by robić cokolwiek dla samego robienia. Zanim zasiądziemy do posiłku, wielu z nas dziękuje Bogu za pokarm i prosi o siły. Podobnie powinno być z wysiłkiem fizycznym. Nie traktuj ćwiczeń jako czysto mechanicznej czynności. Módl się o swoje ciało. Proś Boga o mądrość: jak często, jak długo i w jaki sposób powinieneś trenować. Świadoma obecność Chrystusa pomoże uświęcić Twoje pragnienia. Niech nawyk ćwiczeń będzie nierozerwalnie związany z nawykiem modlitwy.

3. Zrozum rolę łaski i natury Jesteśmy oswojeni z działaniem łaski. Zasada Sola gratia (tylko łaska) jest fundamentem zbawienia, lecz w codziennym życiu łaska współgra z fizycznymi aspektami, takimi jak sen, relaks czy obcowanie z naturą. To, jak traktujemy nasze ciało, wpływa na naszą sprawność duchową – na jasność myślenia, reakcję na prawdę i energię do służby. Ciało bierze udział w „karmieniu duszy”. Skromna troska o kondycję może stać się znaczącą pomocą w korzystaniu z darów duchowych.

4. Ćwicz, aby służyć Jednym z celów ludzi narodzonych „z wody i Ducha” (Jn 3:5) jest stawanie się światłością dla świata, „aby widzieli wasze dobre uczynki i oddawali chwałę waszemu Ojcu w niebie” (Mt 5:16). Tragiczną porażką chrześcijańskiej miłości jest sytuacja, w której odmawiasz komuś pomocy, „bo musisz iść na trening”. Zadaj sobie pytanie: „Po co w ogóle ćwiczę?”. Czy nie po to, by mieć siłę służyć innym? Jeśli idziemy biegać w momencie, gdy moglibyśmy pomóc sąsiadowi w potrzebie, tracimy ewangeliczną proporcję. Prawdziwa pobożność, jak pisał Jakub, „polega na tym, aby się troszczyć o sieroty i wdowy w ich niedoli i zachować samego siebie nieskażonym przez ten świat” (Jk 1:27).

Wzmocnione fizycznie serce, płuca i mięśnie mają sprawić, że chętniej wstaniesz z kanapy, by wnieść komuś zakupy po schodach. Na siłowni ćwiczysz nie tylko ciało, ale i silną wolę, aby móc wybrać pomoc innym w najmniej wygodnych momentach. Stań się „naczyniem zaszczytnym, uświęconym, przygotowanym do każdego dobrego dzieła” (2 Tm 2:21).

Niech Bóg błogosławi Twoje postanowienia. Modlę się, „aby nasz Bóg uznał was za godnych swego powołania i z mocą wypełnił każde dobre pragnienie i dzieło wiary” (2 Tes 1:11).

Henryk Hukisz

Thursday, January 1, 2026

Za wszystko dziękujcie

Wdzięczność jest cnotą, której możemy doświadczać w całej pełni dopiero wówczas, gdy poznamy pełnię Bożej łaski. Jego miłość do człowieka jest tak ogromna, że przekracza nasze naturalne zdolności poznawcze. Jedynie dzięki łasce możemy uznać Bożą dobroć okazaną nam w Jezusie Chrystusie.

Czas minionych świąt był wspaniałą okazją do głębszych refleksji nad Bożą miłością, której mogliśmy doświadczyć w przebaczeniu naszych grzechów. Mógł tego dokonać jedynie Syn Boży, który przyszedł do nas jako Słowo, które „ciałem się stało i zamieszkało wśród nas, i ujrzeliśmy chwałę jego, chwałę, jaką ma jedyny Syn od Ojca, pełne łaski i prawdy” (Jn 1,14). Gdy w pełni zrozumiemy tę łaskę, w naszych sercach rodzi się ogromne pragnienie okazania wdzięczności.

Dzięki temu pragnieniu powstało mnóstwo wspaniałych pieśni. Wielu poetów chwyciło za pióro, aby w pięknych strofach wyrazić uwielbienie dla Boga za Jego ojcowską miłość. Dzięki doznaniu przebaczenia grzechów dostępujemy olśnienia, które pozwala patrzeć na wszystko, co nas otacza, z zupełnie innej perspektywy. Gdy w centrum naszego życia stanie Chrystus, jesteśmy w stanie szczerze przyjmować wszystko, czym On nas obdarowuje, jako dowód Jego łaski. Nawet zdarzenia, które w naturalny sposób przyjmowalibyśmy jako nieprzychylny los, odbieramy z wdzięcznością. Zaczynamy pojmować, że poprzez różne okoliczności Bóg może nas wychowywać i kształtować nasz charakter, aby dopasować nas do swoich zamierzeń.

Biblia staje się wówczas źródłem poznania Bożych planów, jakie On ma w swoim sercu wobec nas. Z pewnością bliskie stają się wtedy wersety, zarówno ze Starego, jak i z Nowego Testamentu, mówiące o Bożym sercu. Jak na przykład zapewnienie przekazane Izraelowi przez proroka Jeremiasza: „Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was – mówi Pan – myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją” (Jr 29,11). Czy też słowa, jakimi Mojżesz napawał nadzieją naród Boży, gdy wchodzili do Ziemi Obiecanej: „ziemia, do której idziecie, aby ją posiąść, nie jest taką jak ziemia egipska, skąd wyszliście, którą zasiawszy swoim ziarnem, nawadniałeś swoimi nogami jak ogród warzywny, lecz ziemia, do której się przeprawiacie, aby ją posiąść, to ziemia gór i dolin, zraszana z nieba wodą deszczu. Jest to ziemia, o którą Pan, Bóg twój, się troszczy. Stale spoczywają na niej oczy Pana, Boga twego, od początku roku do końca roku” (Pwt 11,11-12).

Wielu bohaterów biblijnych pozostawiło nam wspaniały przykład okazywania wdzięczności za wszystko, co może nas spotkać w życiu. Najlepszym przykładem jest Hiob, który na wieść o nieszczęściach, jakie go dotknęły, zawołał: „Nagi wyszedłem z łona matki mojej i nagi stąd odejdę. Pan dał, Pan wziął, niech będzie imię Pańskie błogosławione” (Hi 1,21). Dawid, pomimo pasma nieszczęśliwych zdarzeń towarzyszących mu przez większość życia, stworzył jeden z najwspanialszych zbiorów pieśni uwielbiających Boga. Psalmy do dzisiaj stanowią niewyczerpaną studnię pocieszenia i nadziei dla wszystkich, którzy ufają z całego serca swemu Panu. Często znajdujemy w nich słowa pokrzepienia w sytuacjach, gdy na pierwszy rzut oka wydaje nam się, że nie zdołamy ich znieść. Możemy wówczas wraz z Dawidem zawołać: „Będę cię wysławiał, Panie, całym sercem swoim, będę opowiadał wszystkim cuda twoje, będę się weselił i radował w tobie, będę opiewał imię twoje, Najwyższy!” (Ps 9,2-3).

Niestety, najczęściej w życiu spotyka nas pokusa, aby narzekać na los, który nas niezasłużenie dotyka. Mamy wówczas chęć podnieść w górę pięść i zawołać: „Boże, gdzie jesteś?”. Tak dzieje się w świecie, w którym ludzie nie znają Boga i nie wierzą w Jego suwerenną wolę. Wówczas, gdy wydarzy się tragedia, gdy ginie wielu niewinnych ludzi lub gdy ziemia przestaje być bezpieczną ostoją – ludzie wygrażają Bogu, twierdząc, że gdyby istniał, nie dopuściłby do nieszczęścia.

Chciałbym wywołać refleksję nad tym, czy nie powinniśmy częściej, a może i zawsze, okazywać Bogu wdzięczność za wszystko, co nas spotyka. Przecież, jak powiedział Pan Jezus, który doskonale znał Ojca: „słońce jego wschodzi nad złymi i dobrymi i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5,45). Apostoł Paweł, dzięki osobistemu doświadczeniu łaski narodzenia na nowo, poznał Boga, w którym wszyscy „żyjemy i poruszamy się” (Dz 17,28). Paweł nauczał później o Bogu, że „niewidzialna jego istota, to jest wiekuista jego moc i bóstwo, mogą być od stworzenia świata oglądane w dziełach i poznane umysłem” (Rz 1,20).

Jeśli możemy poznać Boga w Jego dziełach, to powinniśmy rozumieć, że On powiedział o sobie: „Jak niebiosa są wyższe niż ziemia, tak moje drogi są wyższe niż drogi wasze i myśli moje niż myśli wasze” (Iz 55,9). Czyż to nie wystarczy, aby bezgranicznie dziękować Mu za wszystko, chociaż nie rozumiemy celów, jakie realizuje On w naszym życiu?

Być może musimy udać się do warsztatu garncarskiego wraz z Jeremiaszem, któremu Bóg powiedział: „Wstań i zajdź do domu garncarza, a tam objawię ci moje słowa” (Jr 18,2). Boży prorok, przyglądając się pracy rzemieślnika, zrozumiał, że gdy „naczynie, które robił ręcznie z gliny, nie udało się – wtedy zaczął z niej robić inne naczynie, jak garncarzowi wydawało się, że powinno być zrobione” (w. 4). Czyż Bóg, nasz wspaniały Ojciec, nie musi nieraz wziąć i nas w swoje doskonałe ręce, aby coś poprawić i udoskonalić, byśmy „stali się podobni do obrazu Syna jego, a On żeby był pierworodnym pośród wielu braci” (Rz 8,29)?

Nie wiem, czy potrafimy sami to zrozumieć bez udziału Ducha Świętego, który wypełniając nasze serca, sprawia, że możemy dziękować „zawsze za wszystko Bogu i Ojcu w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (Ef 5,20). Tylko wówczas będziemy zdolni zrozumieć wielką prawdę zawartą w słowach: „Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzcie prośby wasze Bogu” (Flp 4,6).

Jeśli w naszych sercach zabraknie słów wdzięczności Bogu za wszystko, wówczas zamiast słowa „Dziękuję” będziemy zadawać pytanie „Dlaczego?”. Słowo Boże wzywa nas: „Przez Niego więc nieustannie składajmy Bogu ofiarę pochwalną, to jest owoc warg, które wyznają jego imię” (Hbr 13,15). Spełnić to możemy jedynie w Chrystusie, który okazał nam ogromną łaskę przebaczenia.

Henryk Hukisz

Tuesday, December 23, 2025

Świąteczna refleksja: Między marnością a Słowem

Ewangelista Łukasz opisał jedno zdarzenie, które omyłkowo łączy się z Betanią i domem Marii, Marty i Łazarza. Uważam, że Łukasz, który postanowił „wszystko dokładnie zbadać i po kolei wiernie ci opisać, abyś nabrał przekonania, że to, czego cię nauczono, jest prawdziwe” (Łk 1:3), celowo napisał, że Jezus „przyszedł do pewnej wioski. Tam kobieta imieniem Marta przyjęła Go do swojego domu” (Łk 10:38). W tym wydarzeniu nie ma nazwy miejscowości, nie ma Łazarza, nie ma mężczyzny w domu, a według tradycji tamtych czasów, gospodarzem powinien być mężczyzna.

W opisie tego wydarzenia scena zaczyna się od rewolucyjnego akcentu: „Marta przyjęła Go do swego domu”. Marta to postać silna, samodzielna i sprawcza. W świecie rządzonym przez mężczyzn, ona zarządza własnym domem. Jednak to właśnie jej siła staje się jej pułapką. W swoim dążeniu do perfekcyjnego ugoszczenia Mistrza, Marta staje się uosobieniem dramatu, który opisał Kohelet: „Przyjrzałem się wszystkiemu, co dzieje się pod słońcem, i doszedłem do wniosku, że wszystko jest ulotne i podobne do wiatru” (Koh 1:14).

Co łączy te dwie historie rozdzielone całym tysiącleciem? W greckim tekście Starego Testamentu (LXX), użyte zostało to samo słowo na określenie zakłopotania, jakie ogarnia kaznodzieję, gdy próbuje wszystkiego co dostępne w doczesności, aby określić sens życia, mówiąc, „że wszystko jest ulotne i podobne do wiatru” (Koh 2:11).

To greckie słowo to „περιεσπατο” periespato (być rozproszonym troskami, być zakłopotanym), jakie idealnie opisuje stan ducha Marty, ale też stan ducha wielu z nas w okresie Adwentu i świąt Bożego Narodzenia. Dziś zakłopotanie Marty przybiera formę gorączki zakupów, perfekcyjnie nakrytych stołów, lśniących podłóg i presji tradycji, która stała się celem samym w sobie. Jesteśmy „rozrywani” między tym, co wypada, a tym, co istotne. Nasze współczesne Boże Narodzenie często przypomina dom Marty tuż przed wejściem Jezusa: panuje w nim hałas naczyń, zapach potraw i narastające zdenerwowanie, że nie zdążymy ze wszystkim na czas. W tym „zagubieniu” i „zakłopotaniu” zapominamy o najważniejszym: świętujemy urodziny Kogoś, kogo nie mamy czasu wysłuchać.

Obok zakłopotanej Marty zasiada Maria. Jej postawa to cisza, która jest odpowiedzią na zgiełk świata. Maria rozumie to, co Kohelet ujął w słowach: „Na wszystko jest odpowiednia pora” (Koh 3:1). Rozumie, że nie da się przyjąć Chrystusa, będąc w nieustannym biegu.

Zajmując pozycję u stóp Jezusa, Maria dokonuje aktu najwyższej uległości. Wybiera bycie „uczniem” zamiast bycia „niewolnikiem tradycji”. To jest ta „lepsza cząstka”, o której mówi Jezus – jedyna wartość, która nie jest poddana prawu marności. Podczas gdy dekoracje zostaną zdjęte, a potrawy zjedzone (to wszystko jest biblijnym „הבל”  hebel – ulotnym tchnieniem). Natomiast słowo przyjęte w ciszy serca pozostanie na wieczność.

Jezus, odpowiadając na skargę Marty: „Marto, Marto, troszczysz się i zabiegasz o wiele” (Łk 10:41), zwraca się dziś do nas, uwięzionych w rytuałach przygotowań. To ponadczasowe przesłanie przypomina, że uległość wobec Nauczyciela jest ważniejsza niż troska o zwyczajne sprawy życia.

Jezus przywraca nam właściwą perspektywę: Gość jest ważniejszy niż ugoszczenie. To rewolucja w traktowaniu nie tylko kobiet, ale każdego człowieka – nikt z nas nie jest powołany jedynie do „obsługiwania” świąt, ale każdy do bycia ich sercem poprzez relację z Bogiem.

Prawdziwa mądrość polega na tym, by pośród „wszystkich marności pod słońcem” i całego grudniowego zgiełku, odważyć się na postawę Marii. To odwaga, by zostawić niepozmywane naczynia i nieperfekcyjne dekoracje, aby zasiąść u stóp Nauczyciela. Dopiero wtedy Boże Narodzenie przestaje być „gonitwą za wiatrem”, a staje się spotkaniem z Tym, który jako Jedyny jest wart naszej pełnej, niepodzielnej uwagi.

Zadajmy sobie pytanie o sedno analizowanej postawy jaka łączy wszystkie wątki – od statusu kobiety w I wieku, przez filozofię Koheleta, aż po współczesny zgiełk świąteczny: „Czy w moim dążeniu do bycia idealnym gospodarzem własnego życia (jak Marta), mam w sobie dość wolności i uległości, by porzucić marność doczesnych oczekiwań i zasiąść u stóp Nauczyciela jako Jego uczeń?”

Henryk Hukisz