Friday, July 31, 2015
Quo vadis kościele?
Thursday, July 30, 2015
Mój największy wróg
Sunday, July 26, 2015
Tania chwała?
Monday, July 13, 2015
Wszechmogący Tatuś?
Podczas niedzielnego spotkania z przyjaciółmi rozmowa zeszła
na grunt teologiczny: jak właściwie powinniśmy zwracać się do świętego Boga?
Mój rozmówca zapytał wprost: „Co sądzisz o tytułowaniu Boga per Tatuś?”.
Niejednokrotnie słyszałem kaznodziejów, którzy z dużą
swobodą zachęcali wiernych do używania tego zdrobnienia, argumentując, że
„takie jest pierwotne znaczenie oryginału”. Postanowiłem więc podzielić się
moją opinią na ten temat. Mam nadzieję, że to rozważanie stanie się wyzwaniem
dla czytelników, a osoby o odmiennym zdaniu odpowiedzą konstruktywnym
komentarzem – bardzo na to liczę.
W przeciwieństwie do osób niezdecydowanych, mam w tej
kwestii wyrobiony pogląd. Uważam, że żaden człowiek – jako Boże stworzenie –
nie ma prawa zwracać się do Stwórcy słowem „Tatuś”. Bóg pozostaje Bogiem, a my
Jego stworzeniem. Pojednanie, które otrzymaliśmy w Jezusie Chrystusie, nie
znosi tej fundamentalnej hierarchii i powagi.
Godność dziecka a poufałość
Apostoł Paweł napisał: „Kiedy jednak nadeszła pełnia
czasu, Bóg posłał swego Syna, który narodził się z niewiasty, narodził się pod
Prawem, żeby wykupić tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy otrzymali przybrane
synostwo” (Ga 4:4,5).
Chrystus „uniżył samego siebie, gdyż był posłuszny aż do
śmierci, i to do śmierci na krzyżu” (Flp 2:8), aby podnieść nas z
upadku, w jakim ludzkość trwała od czasu Adama i Ewy. Dzięki tej niepojętej
łasce, poprzez wiarę, zyskaliśmy godność dzieci Bożych: „Tym zaś, którzy Go
przyjęli, dało moc stania się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w Jego imię”
(Jn 1:12). Na tym polega usynowienie – na nadaniu nam praw dziecka,
które w Bogu znajduje swojego Ojca. Ten przywilej realizuje się jednak
wyłącznie w Chrystusie, który zaznaczył: „Ja jestem drogą i prawdą, i
życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (Jn
14:6).
Wszystko, co posiadamy w sferze duchowej, mamy w Chrystusie
i przez Niego. Dlatego na nasz status musimy patrzeć przez pryzmat Jego relacji
z Ojcem. Gwarantem tego porządku jest Duch Święty, o czym czytamy w Liście do
Efezjan: „W Nim również, gdy uwierzyliście, zostaliście opieczętowani
obiecanym Duchem Świętym” (Ef 1:13). Jezus zwracał się do Boga
słowem „Ojcze” i dzięki Niemu my mamy to samo prawo. Nawet w godzinie
najcięższej próby w Getsemane Chrystus wołał: „Abba, Ojcze, Ty wszystko
możesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Lecz niech się stanie nie to, co Ja chcę,
ale to, co Ty” (Mk 14:36). Ewangelista Marek, pisząc pod
natchnieniem, podał nam jasne znaczenie słowa „Abba” – oznacza ono „Ojciec”.
Nie „Tata” czy „Tatuś”, lecz Ojciec.
Co mówi tekst oryginalny?
W Nowym Testamencie termin „Abba” pojawia się jeszcze
dwukrotnie i za każdym razem towarzyszy mu tłumaczenie: „Ojcze”. Każdy, kto
przypisuje mu inne znaczenie, dopuszcza się nadinterpretacji Słowa Bożego. Nie
da się tego uzasadnić „intymnością relacji”, jak to czynią niektórzy
współcześni nauczyciele.
Pozostałe dwa przypadki użycia tego zwrotu pochodzą od
apostoła Pawła. W Liście do Galacjan czytamy: „Ponieważ jesteście synami,
Bóg wysłał Ducha swego Syna do naszych serc, który woła: Abba, Ojcze!” (Ga
4:6). Z kolei w Liście do Rzymian Paweł wyjaśnia: „Otrzymaliście Ducha
usynowienia, w którym wołamy: Abba, Ojcze!” (Rz 8:15). W obu
tekstach widzimy inspirację Ducha Świętego, który prowadzi nas do oddawania
czci Bogu jako Ojcu – z należytym respektem.
W oryginale greckim widnieje zwrot „abba ho pater”.
Greckie słowo Pater oznacza po prostu „Ojciec” i nie zawiera żadnych
form zdrabniających. Samo zaś słowo Abba ma korzenie w językach
semickich (aramejskim, chaldejskim) i dzieli rdzeń z hebrajskim Ab,
które również oznacza „Ojca”. Choć to analiza skrótowa, jasno wskazuje na brak
podstaw do „tatusiowania”.
Geneza współczesnej mody
Jako człowiek dojrzały, pamiętam czasy moich studiów
teologicznych i lektoratów języków biblijnych. Wtedy nikt nie odważyłby się
nadawać słowu „Abba” infantylnego wydźwięku. Trend ten pojawił się w latach
80., wraz z napływem zagranicznych kaznodziejów, których niejednokrotnie sam
tłumaczyłem z języka angielskiego.
Skąd wziął się pomysł na zmianę tradycyjnego rozumienia
słowa „Abba”?
W 1971 roku niemiecki teolog Joachim Jeremias napisał, że
słowo „Abba” było w istocie „dziecięcą paplaniną”, używaną w codziennych
relacjach z ojcem. Jednocześnie zastanawiał się, czy w czasach Chrystusa
dopuszczalne było, aby w ten sposób zwracać się do samego Boga. Później, w 1981
roku, amerykański biblista Georg Schelbert zauważył, że słowo to zawiera w
sobie specyficzny akcent wskazujący na bardzo osobistą relację i oznacza „mój
Ojciec”. Potwierdził to w 1983 roku profesor Geza Vermes.
Dyskusja ta trwała przez kilka lat, aż w 1988 roku James
Barr wyjaśnił ponad wszelką wątpliwość, że „Abba” wcale nie oznacza „tato”.
Stwierdził on: „W każdym razie nie było to dziecinne wyrażenie porównywalne
z 'tatusiem': było to bardziej uroczyste, odpowiedzialne i dorosłe zwrócenie
się do Ojca” (But in any case it was not a childish expression
comparable with 'Daddy': it was a more solemn, responsible, adult address to a
Father).
Warto w tym miejscu przypomnieć słowa apostoła Pawła: „Gdy
byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, myślałem jak dziecko, rozumowałem jak
dziecko. Kiedy zaś stałem się mężczyzną, zaniechałem tego, co dziecięce” (1
Kor 13:11). Jakikolwiek dodatkowy komentarz wydaje się tu zbędny, ponieważ
Bóg Ojciec oczekuje od nas dążenia do duchowej dojrzałości.
Podsumowanie i wyzwanie
Na koniec chciałbym sformułować wniosek, który jest zarazem
pytaniem i wyzwaniem: jeśli słowo „Abba” rzeczywiście oznaczałoby „Tatusia”, to
dlaczego przez dwa tysiące lat Bóg miałby pozbawiać swoje dzieci możliwości
zwracania się do Niego w tak czuły sposób? Przecież nigdzie w historii
chrześcijaństwa nie spotykamy dowodów na to, aby ktokolwiek wcześniej rozumiał
to słowo w ten sposób – aż do czasów nam współczesnych.
Bóg jest zawsze potężny i święty, a człowiek niezmiennie
pozostaje jedynie Jego stworzeniem. Dlatego uważam, że owo „tatusiowanie” Bogu
jest wyłącznie współczesnym trendem, wymyślonym przez zwiastunów religijnych
nowinek.
Thursday, July 9, 2015
Zwodzenie wybranych
Niestety, czasy, w których żyjemy – a wiele wskazuje na to,
że są to już czasy ostateczne – charakteryzują się znakami zapowiadanymi przez
Chrystusa i apostołów u progu istnienia Kościoła. Pan Jezus przestrzegał swoich
uczniów, a wraz z nimi cały Kościół: „Baczcie, żeby was kto nie zwiódł” (Mt
24:4).
Na co powinniśmy zwracać uwagę, aby nie dać się oszukać?
Odpowiedzią na to fundamentalne pytanie jest jedna rada: trzymajmy się Słowa
Bożego. Jest ono niezmienne, ponieważ jego autorem jest Bóg, który nie cofa raz
powziętych postanowień. Ta uwaga jest szczególnie aktualna dzisiaj, gdy mamy
powszechny dostęp do nauk głoszonych przez ludzi inspirowanych przez
przeciwnika Bożego. Diabłu zależy na tym, aby zwieść wierzących, a tych, którzy
dopiero szukają prawdy i zbawienia, próbuje zadowolić „inną ewangelią”, pozbawioną
mocy przemiany życia. Dlatego też jedną z najważniejszych przestróg biblijnych
na nasze czasy pozostają słowa Jezusa: „Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i
fałszywi prorocy i czynić będą wielkie znaki i cuda, aby, o ile można, zwieść i
wybranych” (Mt 24:24).
Od pewnego czasu internet, a głównie platformy Facebook i
YouTube, zalewane są doniesieniami o rzekomym „odnowieniu Ducha Świętego w
Kościele rzymskokatolickim”. Kilka lat temu głośno było o powrocie do tego
Kościoła kilku znanych ewangelistów i nauczycieli ewangelikalnych. W tym roku
na placu św. Piotra w Watykanie ma odbyć się uroczystość poświęcona jedności i
pokojowi w odnowieniu Ducha Świętego. Udział w tym wielkim koncercie
zapowiedzieli popularni artyści znani z pieśni uwielbieniowych, tacy jak
Darlene Zschech z Hillsong czy Don Moen, by wspólnie z papieżem Franciszkiem
wielbić Boga „w jednym duchu”. Z kolei Rick Warren zdążył już nazwać głowę
Kościoła katolickiego „naszym papieżem”.
Niedawno natknąłem się w sieci na informacje o działalności
polskiego ewangelisty, Marcina Zielińskiego. Występuje on głównie w środowisku
katolickim, modląc się o uzdrowienia chorych. Ludzie są zachwyceni – podobnie
jak na początku misji Jezusa, gdy tłumy lgnęły do Mistrza, pragnąc cudownego
uwolnienia od cierpień. Jednak Chrystusa to nie zadowalało; Jego nadrzędnym
celem było pojednanie ludzi z Ojcem poprzez cud nowego narodzenia. Wspomniany
ewangelista w nauczaniu o powtórnym przyjściu Chrystusa powołuje się na słowa
papieża, który podczas Soboru Watykańskiego II zapowiedział odnowę w Kościele.
Szczególnie zasmuciło mnie jednak stwierdzenie tego nauczyciela, jakoby
„Reformacja zraniła Kościół katolicki”, a dzisiejszym zadaniem ma być leczenie
tego zranienia poprzez pojednanie.
Pomyślałem wówczas, że taka nauka musiałaby logicznie
prowadzić do powrotu wszystkich tych, którzy dzięki Ewangelii wybrali prawdę i
opuścili instytucję głoszącą liczne herezje. Patrząc wstecz, skoro mowa o
Reformacji, należałoby wręcz przeprosić Kościół katolicki za „krzywdy”
wyrządzone przez reformatorów i ewangelistów nauczających, że jedynie Biblia
zawiera prawdę, a zbawienie jest wyłącznie darem łaski, nie zaś wynikiem
sakramentów serwowanych przez „jedynozbawczy” kościół.
Idąc dalej tym tokiem myślenia, musielibyśmy uznać, że
miliony ludzi, którzy uwierzyli w Ewangelię łaski i z tego powodu byli
nienawidzeni oraz mordowani przez świętą Inkwizycję, poniosły ofiarę daremną.
Zgodnie z tym, co głoszą dziś niektórzy, należało pozostać w Kościele
katolickim, posłusznie uczestniczyć w sakramentach i czynić zadośćuczynienie za
grzechy, aby po zakończeniu ziemskiej wędrówki rodzina mogła wykupić kilka mszy
w nadziei na wyrwanie duszy z czyśćca. Przecież papież Franciszek wciąż tak
naucza i tak postępuje w Kościele, którego jest głową.
Biblia naucza bardzo wyraźnie, że Bóg pragnie zbawienia
wszystkich ludzi, dlatego „kiedy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za
nas umarł” (Rz 5:8). Sam Jezus jednak podkreślił: „Ja jestem
droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jn
14:6). Czyżby zapomniał wówczas dodać, że w dziele zbawienia uczestniczy
także Jego matka, Maria? Że ludzie będą musieli czcić świętych, kłaniać się
przed posągami, spowiadać się kapłanom i wypełniać nakazaną pokutę?
Najwyraźniej tak – jeśli wierzyć współczesnym trendom, wedle których Bóg miałby
ogłosić „nową prawdę” o zbawieniu, uzupełnioną o wszystkie dodatki stworzone
przez katolicką tradycję.
Apostoł Paweł, który wiele wycierpiał dla Ewangelii, w którą
uwierzył i którą głosił, pisał, że Bóg „chce, aby wszyscy ludzie byli
zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2:4). Apostoł
Piotr dodał, że Pan „nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy
przyszli do upamiętania” (2 Ptr 3:9). Osobiście wierzę więc, że Bóg
nadal pragnie zbawienia każdego człowieka, ale pragnie również, by wraz z tym
zbawieniem ludzie poznali Prawdę – jedyną, którą jest Jezus Chrystus. Ta Prawda
została nam przekazana w natchnionym Słowie Bożym, w Biblii, abyśmy w nią
uwierzyli i zostali ocaleni.
Bóg się nie zmienia, gdyż „u Niego nie ma żadnej odmiany
ani nawet chwilowego zaćmienia” (Jk 1:17). Jeśli ktoś naucza
inaczej, staje się fałszywym nauczycielem. Może on wprawdzie czynić znaki i
cuda, ale służą one jedynie zwiedzeniu ludzi. To jest główny cel przeciwnika
naszego zbawienia, o czym przypomniał Jezus: „Potem przychodzi diabeł i
wybiera słowo z serca ich, aby nie uwierzyli i nie byli zbawieni” (Łk
8:12).





