Tuesday, May 12, 2026

Niech Pan błogosławi Izraelowi

Dla twórców nowoczesnego państwa niezwykle ważna była tradycja Zjednoczonego Królestwa Izraela pod panowaniem królów Dawida i Salomona (X wiek p.n.e.). Biblijne ustanowienie Jerozolimy stolicą przez Dawida jest powodem, dla którego Izrael od 1948 roku nie uznaje żadnego innego miasta jako swojej głównej siedziby. Pierwsze Państwo (świątynia Salomona) i Drugie Państwo (po powrocie z niewoli babilońskiej) są dla Żydów historycznymi dowodami na to, że ich niepodległość nie jest ideą nową, lecz odzyskaną.

W historii biblijnej i postbiblijnej kluczowy jest motyw Galut (wygnania). Zaczęło się od niewoli babilońskiej, a dopełniło po zburzeniu Drugiej Świątyni przez Rzymian w 70 roku n.e. Biblijni prorocy (np. Izajasz, Ezechiel) wielokrotnie zapowiadali „zgromadzenie wygnańców”. Współczesny Izrael przejął tę terminologię. Masowa imigracja Żydów po 1948 roku jest w Izraelu nazywana Aliją (dosłownie "wstąpieniem"), co jest terminem religijnym oznaczającym powrót do świętej ziemi.

Fundamentem biblijnym jest przymierze Boga z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem. W narracji tej ziemia (Kanaan) nie jest tylko terytorium, ale darem i elementem składowym tożsamości narodu. Deklaracja Niepodległości wprost odwołuje się do tego, że to tutaj naród żydowski się ukształtował – co jest bezpośrednim nawiązaniem do wyjścia z Egiptu i osiedlenia się w Ziemi Obiecanej pod wodzą Jozuego.

Refleksja nad powstaniem państwa Izrael nie może być jedynie suchym zapisem dat i faktów, gdyż jest to opowieść o powrocie, który w swej istocie zdaje się wymykać prawom czystej polityki. Gdy zagłębiamy się w tę historię, dostrzegamy, że nowoczesny syjonizm, zapoczątkowany pod koniec XIX wieku przez Teodora Herzla, był w rzeczywistości jedynie nowym głosem starożytnego wołania. U swej podstawy ruch ten wyrastał z biblijnego przymierza Boga z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem – obietnicy ziemi, która w świadomości żydowskiej nigdy nie przestała być „Eretz Jisrael”. To biblijne zakorzenienie sprawiło, że pojęcie „ojczyzny” nie było dla rozproszonego narodu jedynie ideą geograficzną, lecz duchowym centrum tożsamości, bez którego ich istnienie wydawało się niepełne.

Sytuacja międzynarodowa, która doprowadziła do przełomowego roku 1948, była splotem wielkich nadziei i niewyobrażalnych tragedii. Po tragicznych doświadczeniach Holocaustu, który był najmroczniejszą doliną w historii narodu, światowa opinia publiczna stanęła przed koniecznością rozwiązania problemu żydowskiej bezdomności. W 1947 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych, proponując podział Mandatu Brytyjskiego, podjęła próbę sprawiedliwego rozstrzygnięcia konfliktu między dwoma narodami roszczącymi sobie prawo do tej samej ziemi. Dla społeczności żydowskiej była to chwila, w której proroctwa o „zgromadzeniu wygnańców” – owa biblijna obietnica powrotu z najdalszych krańców ziemi – zaczęły przybierać kształt rezolucji i dokumentów dyplomatycznych.

Jednak ten powrót do korzeni spotkał się z gwałtownym i niemal całkowitym oporem ze strony sąsiadów. Z perspektywy krajów arabskich, powstanie Izraela było aktem obcym, naruszającym historyczną i religijną ciągłość świata islamu, który powstał w VII wieku (610 rok n.e.) na tych terenach. Kiedy 14 maja 1948 roku Dawid Ben Gurion odczytywał tekst Deklaracji Niepodległości, czynił to w cieniu nadciągającej inwazji. Atak pięciu armii arabskich, który nastąpił natychmiast po proklamacji, postawił nowo narodzone państwo przed próbą ognia. W narracji Izraela tamtejsze wydarzenia często przywołują biblijne obrazy walki Dawida z Goliatem – starcie nielicznego, słabo uzbrojonego narodu z potęgą koalicji państw sąsiednich. Ten militarny opór, choć motywowany politycznie, w oczach wielu stał się kolejnym rozdziałem odwiecznej walki o prawo Izraela do bycia „panem własnego losu”.

Rozważając tę historię, nie sposób pominąć symboliki. Wspomniany w tekście deklaracji fragment o tym, że pionierzy sprawili, iż "zakwitła pustynia", jest niemal dosłownym cytatem z Księgi Izajasza 35,1: „Niech się cieszą pustynia i wyschnięta ziemia, niech się raduje step, niech się pokryje kwiatami podobnymi do róży!”. Dla twórców państwa sukcesy rolnicze i technologiczne były postrzegane jako wypełnienie tych starożytnych wizji.  Trud pionierów, którzy przywrócili życie wyjałowionej ziemi, był w ich oczach wypełnieniem wizji proroka Izajasza. Budowa miast, wskrzeszenie języka hebrajskiego i stworzenie nowoczesnego społeczeństwa odbywało się z Biblią w jednej ręce i narzędziami budowlanymi w drugiej.

 Izrael powstał zatem na styku dwóch światów: nowoczesnego porządku prawnego ONZ oraz starożytnej wiary w „Opokę Izraela”. Jest to historia narodu, który mimo niechęci otoczenia i trudnych warunków geopolitycznych, wierzył, że jego obecność w tym miejscu jest nie tylko wynikiem dyplomacji, ale przede wszystkim sprawiedliwością dziejową zapisaną w Księdze nad Księgami. To właśnie ta głęboka więź z przeszłością pozwoliła Izraelowi przetrwać najtrudniejsze chwile i zbudować suwerenne państwo w sercu nieprzyjaznego regionu.

Warto przywołać konkretne głosy proroków, które przez tysiąclecia podtrzymywały nadzieję narodu na powrót do swojej Haaretz (Ziemi). Te starożytne zapowiedzi stanowią duchowy fundament, na którym opiera się tożsamość współczesnego Izraela:

W jednym z najbardziej poruszających fragmentów, Ezechiel opisuje Boga zbierającego swój lud z rozproszenia: „Tak mówi Pan BÓG: Oto Ja wezmę Izraelitów spośród narodów, tam gdzie poszli, zgromadzę ich zewsząd i wprowadzę ich do ich ziemi. Uczynię ich jednym narodem w kraju, na górach Izraela” (Ez 37,21-22).

Amos zapowiadał moment, w którym naród nie tylko powróci, ale odmieni oblicze ziemi i już nigdy nie zostanie z niej usunięty – co bezpośrednio koresponduje z determinacją twórców państwa w 1948 roku: „Wtedy odmienię los Mojego ludu Izraela, odbudują spustoszone miasta i je zasiedlą, zasadzą winnice i będą pili z nich wino, założą ogrody i będą jedli z nich owoce. Osadzę ich na ich ziemi i nie zostaną nigdy wyrwani z ziemi, którą im dałem − mówi PAN, twój Bóg” (Am 9,14-15).

Izajasz kreślił wizję przemiany natury, która towarzyszyć będzie powrotowi, co stało się inspiracją dla żydowskich pionierów osuszających bagna i nawadniających pustynię Negew: „Niech się cieszą pustynia i wyschnięta ziemia, niech się raduje step, niech się pokryje kwiatami podobnymi do róży! Niech zakwitnie bujnie i rozraduje się bardzo, niech wykrzykuje z radości!” (Iz 35,1-2).

Jeremiasz przypominał o niegasnącej więzi między narodem a jego terytorium, zapowiadając ponowne budowanie życia na wzgórzach Samarii: „Jeszcze cię odbuduję i będziesz odbudowana, Dziewico Izraela! Jeszcze przyozdobisz się w swe bębenki i wyjdziesz, tańcząc wśród rozradowanych. Jeszcze będziesz sadzić winnice na wzgórzach Samarii. Ci, którzy je zasadzą, będą z nich korzystać” (Jer 31,4-5).

Te proroctwa, czytane przez pokolenia w rozproszeniu, sprawiły, że powrót w 1948 roku do swojej ziemi był dla wielu nie tylko wydarzeniem politycznym, ale przede wszystkim duchowym wypełnieniem Słowa, które przetrwało próbę czasu i ogień historii.

Ponad to wszystko Bóg zapewnia: „Moje imię spocznie na Izraelitach, a Ja będę im błogosławił” (Lb 6:24-27).

Niech Pan błogosławi Izraelowi.

Henryk Hukisz

Monday, May 11, 2026

Don Colossus czy sługa?

Wydarzenia na Florydzie, gdzie postać Donalda Trumpa urasta do rangi niemal mitycznej, prowokują do postawienia trudnych pytań o granice podziwu i lojalności w Kościele. Określenie „Don Colossus” w kontekście posągu Trumpa na Florydzie może brzmieć mocno, a nawet przesadnie. Przyznaję – należę do pokolenia, u którego te słowa wywołują historyczne (podkreślam: historyczne, a nie histeryczne) drgawki. 
Ta wizualna manifestacja potęgi stała się idealnym tłem dla refleksji nad naturą przywództwa. Obraz lidera odlanego w złocie, niezależnie od intencji twórców, zbyt mocno przypomina mroczne karty z dziejów ludzkości, by przejść obok niego obojętnie.

Według historyków, kult jednostki „związany był ze sprawowaniem władzy przez jednoosobowe, autorytarne jednostki. Polegał na wprowadzeniu do powszechnej świadomości uwielbienia dla rządzącego, przekonaniu o jego wielkości, ponadprzeciętności, a także nieomylności (władzy przypisuje się cechy nadprzyrodzone)” (net). To samo źródło podaje również charakterystyczną cechę takich przywódców, a mianowicie, że nie tolerują żadnej krytyki swojej „nadprzyrodzonej” władzy. Gdy polityka zaczyna przypominać religię, a lidera otacza nimb nieomylności, wkraczamy na niebezpieczny grunt.

Kościół nie jest jednak wolny od tego rodzaju przywództwa. Mam na uwadze skrajne przypadki znane z historii chrześcijaństwa, gdy papieże sprawowali władzą absolutnego dyktatu. Posługiwano się wówczas tzw. „brachium seaculare”, czyli egzekwowaniem swoich decyzji za pomocą świeckiej władzy porządkowej. Znane są również przypadki przywódców sekt religijnych, którzy budowali swój autorytet na całkowitym uzależnieniu wiernych od swoich decyzji, powołując się na inspirację Bożą.

Jednak nie o tym chcę pisać. Mam na uwadze raczej takie sytuacje, gdy w lokalnym kościele pojawia się jednostka apodyktyczna, która samoistnie narzuca swoją władzę całej wspólnocie wierzących. Może to być pastor, lider młodzieżowy, lider uwielbiania, czy inna osoba, która wykorzystuje swoją wyjątkową fachowość, i domaga się uznawania swoich decyzji przez cały zbór. Zdarza się tak również, gdy np. zdolny biznesmen zostaje powołany do zarządzania jakimś działem życia zboru. Przypominam, że kościół kieruje się zupełnie innymi regułami, niż działalność biznesowa. Jeśli przykładowo, zdolny elektronik lub inżynier dźwięku zasiądzie za zborowym mikserem, może narzucić swoją absolutną władzę nad tą służbą.

Zjawisko to często rodzi się w ciszy, pod pozorem dbałości o jakość i profesjonalizm. Bardzo często do takiego wynaturzenia doprowadzają inni swoim „uwielbianiem” okazywanym liderowi. Potencjalny „dyktator” zaczyna wówczas uważać siebie za omal nieomylnego fachowca, który nie będzie liczyć się już z żadną inna opinią. Jeśli nawet zdarzy się, że ktoś zwróci mu uwagę, iż można zrobić coś inaczej, to albo zignoruje, albo obrazi się śmiertelnie i porzuci służbę.

Jakże inaczej wygląda model przywództwa wyrysowany na kartach Nowego Testamentu. Apostoł Paweł, wzór do naśladowania dla wszystkich działaczy kościelnych, najchętniej określał siebie jako „sługa”, używając greckiego określenia „dulos”, które przede wszystkim znaczy „niewolnik”. Prawie każdy swój list rozpoczynał takim właśnie przedstawieniem siebie. Nikt chyba nie posądza tego pokornego sługi Bożego o to, że były to jedynie kurtuazyjne słowa pozdrowienia, aby zrobić dobre wrażenie na czytelnikach. Dlatego, w jednym ze swoich listów napisał o sobie „ja, Paweł, więzień Chrystusa Jezusa, proszę za was, pogan.” (Ef 3:1).

W innym liście, gdy borykał się z dylematem, czy chcieć „umrzeć i być z Chrystusem”, czy „pozostać zaś w ciele", stwierdził jednoznacznie, gdyż to jest bardziej potrzebne ze względu na was” (Flp 1:22-24). Taka postawa wynikała z faktu, że dla niego „życie to Chrystus, a śmierć to zysk” (w. 21). Ten wierny Boży sługa nigdy nie liczył się z poklaskiem, nie budował swojego autorytetu mówieniem o tym, jak wielkie rzeczy czynił dla Boga.

A przecież wiadomym było, że doświadczał niesamowitych momentów duchowego uniesienia, którymi mógłby się chwalić. Można byłoby powiedzieć, że gdyby opowiadał o tym, co widział w czasie zachwycenia do trzeciego nieba, to oddałby chwałę Bogu. On jednak skromnie napisał o sobie: „Znam człowieka w Chrystusie” (2 Kor 12:2). Dlatego, gdy odmawiano mu prawa do apostolstwa, zamiast pisać o dokonaniach, napisał odważnie: „Dlatego upodobałem sobie słabości, obelgi, niedostatki, prześladowania i uciski z powodu Chrystusa, bo gdy niedomagam, wtedy jestem mocny. Stałem się szaleńcem! Wy mnie do tego zmusiliście, a przecież przez was powinienem być polecany. Niczego bowiem mi nie brakuje w porównaniu z wielkimi apostołami, jeśli nawet jestem niczym” (2 Kor 12:10,11).

Powiedzieć o sobie „jestem niczym”, może jedynie ten, kto postępuje zgodnie z zasadą: „Nie kierujcie się kłótliwością i próżną chwałą, ale z pokorą jedni drugich uznawajcie za ważniejszych od siebie” (Flp 2:3).

Apostoł Piotr, chociaż mógłby nieustannie powoływać się na władzę „kluczy”, jakie otrzymał od samego Chrystusa, pisał o sobie również, że jest sługą Chrystusa. Dlatego zaleca tym, którzy są „kimś” w kościele, aby troszczyli się o powierzoną trzodę Bożą, „nie jak ci, którzy mają władzę nad powierzonymi sobie, ale jak ci, którzy stają się wzorem dla trzody” (1 Ptr 5:3).

W świecie, który chce stawiać liderom złote posągi i bić pokłony przed ich rzekomą wielkością, Ewangelia pozostaje niewygodnym, ale ocalającym głosem rozsądku. Prawdziwy autorytet nie potrzebuje krzykliwej oprawy ani bezkrytycznego uwielbienia – on objawia się w cichej służbie i umiejętności bycia „niczym”, by Chrystus mógł być wszystkim.

Henryk Hukisz

Friday, May 8, 2026

Paradoks krawędzi

Aby być chrześcijaninem, musisz stać się równoczesny Chrystusowi. Musisz stać się jednym z Jego uczniów, stojącym przed tym samym skandalem: oto biedny, wyszydzany człowiek twierdzi, że jest Bogiem. To nie jest kwestia intelektualnego uznania faktów historycznych, ale egzystencjalny wybór dokonany w obliczu paradoksu. Chrześcijaństwo to „niekończące się dążenie”. Każdego ranka musisz na nowo wybrać drogę krzyża. 

Wyobraź sobie człowieka stojącego na wąskiej, skalistej grani. Po jednej stronie rozciąga się świetlista przestrzeń – obietnica pełni, zapach wieczności i pokój, który „przewyższa wszelki umysł”. To terytorium łaski, darowanej przez Chrystusa. Po drugiej stronie zieje przepaść, która nie jest pustką, lecz gęstą mgłą obietnic bez pokrycia, gwałtownych impulsów i cielesnych żądz, które krzyczą o natychmiastowe nasycenie.

Kiedy myślimy o świętości, często popełniamy błąd, wyobrażając sobie bezpieczny zamek o grubych murach. Tymczasem autentyczne życie duchowe to raczej ruchoma piaskownica. Świętość uzyskana z łaski nie jest „posiadłością”, którą zamykamy w sejfie. To raczej drogocenny ogień, który niesiemy w dłoniach podczas wichury.

Walka z cielesnym pożądaniem nie jest tu jedynie kwestią moralnej dyscypliny czy treningu woli. To walka o tożsamość. Każda pokusa szepcze: „Jesteś tylko ciałem, jesteś tylko głodem, musisz to mieć, by przeżyć”. Chrześcijanin na krawędzi musi wtedy odpowiedzieć: „Jestem dzieckiem Boga, zostałem kupiony za ogromną cenę”. Duch Święty szepcze wewnątrz świątyni naszego ciała: „nie należycie do samych siebie? Zostaliście bowiem nabyci za wielką cenę. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6:19,20). To napięcie jest wyczerpujące, ponieważ pożądliwość uderza w najczulsze punkty – tam, gdzie nasza natura jest najbardziej spragniona bliskości, ukojenia czy poczucia mocy.

Życie na krawędzi polega na tym, że im bliżej Boga jesteś, tym ostrzej widzisz przepaść. Światło Chrystusa nie sprawia, że ciemność znika z Twojego wnętrza – ono sprawia, że przestajesz ją ignorować. Życie jest ekstremalną stawką. W przeciwieństwie do świata, który często bagatelizuje pokuszenia, chrześcijanin traktuje je jako realną śmierć – utratę łaski uświęcającej.

Słowa Jezusa o „odcinaniu ręki” czy „wyłupywaniu oka” wydają się wówczas jedyną opcją. Życie na krawędzi wymaga radykalnych cięć tam, gdzie pojawia się okazja do grzechu. To stan permanentnego czuwania. Chrześcijanin na krawędzi wie, że chwila nieuwagi, pychy lub pewności siebie, gdy mówi: „mnie to nie dotyczy”, jest momentem, w którym najłatwiej o upadek.

Apostoł Jakub opisuje tę walkę w sposób przejrzysty, bez cienia niedomówienia: „Każdy zaś jest doświadczany przez własną pożądliwość, która go pociąga i nęci. Następnie pożądliwość, gdy zaowocuje, rodzi grzech. Grzech zaś, gdy dojrzeje, rodzi śmierć” (Jk 1:14,15). To życie w stanie nieustającego świętego niepokoju. Nie jest to lęk, który paraliżuje, ale niepokój miłości, która boi się utracić to, co najdroższe. Chrześcijanin wie, że wystarczy jedno „tak” powiedziane pożądaniu, by osunąć się w dół. To „tak” nie niszczy miłości Boga do nas, ale niszczy naszą zdolność do przyjmowania tej miłości. To tak, jakby na własne życzenie przeciąć przewód tlenowy podczas wspinaczki wysokogórskiej.

Narracja życia na krawędzi osiąga swój punkt kulminacyjny w momencie, gdy chrześcijanin uświadomi sobie, że nie utrzyma równowagi sam. To wielka lekcja pokory: krawędź jest zbyt wąska dla kogoś, kto ufa tylko własnym nogom.

Prawdziwa walka z cielesnością nie polega na zaciskaniu zębów w samotności. Polega na rzuceniu się w ramiona Chrystusa za każdym razem, gdy zawróci się w głowie od widoku przepaści. Świętość na krawędzi to umiejętność natychmiastowego powrotu. Jeśli upadniesz – a życie na krawędzi zakłada taką ewentualność ze względu na naszą kruchość – istotą nie jest rozpacz nad upadkiem, ale szybkość, z jaką uchwycisz się wyciągniętej dłoni Zbawiciela.

Ostatecznie to życie nie jest ucieczką przed grzechem, ale pogonią za Miłością. Krawędź przestaje przerażać nie dlatego, że staje się szersza, ale dlatego, że Ten, który idzie obok, jest silniejszy niż grawitacja naszych słabości. Chrześcijanin nie ucieka od ciała dlatego, że jest ono złe, ale dlatego, że Boga kocha bardziej. Walka z pożądliwością to ochrona relacji z Chrystusem. Strach przed upadkiem nie jest strachem przed karą, ale strachem przed zranieniem Miłości.

Najbardziej uderzającą cechą takiego życia jest to, że chrześcijanin staje się najsilniejszy właśnie wtedy, gdy uznaje swoją całkowitą niezdolność do zachowania świętości bez Boga. Apostoł Paweł poznał osobiście ten paradoks mówiąc: „Gdy jestem słaby, wtedy jestem mocny” (2 Kor 12,10). Dzięki temu mógł zachować równowagę na krawędzi.

Henryk Hukisz

Monday, May 4, 2026

Widok z Bożej perspektywy

Wracaliśmy kiedyś z urlopu spędzanego na słonecznej Florydzie do Chicago, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Samolot podchodził do lądowania na lotnisku O’Hare od strony wschodniej. Ten szczególny moment daje pasażerom unikalną okazję, by spojrzeć na Chicago z góry. Widok jest spektakularny – z niskiej zabudowy miasta dumnie wyłania się śródmieście, zdominowane przez potężne drapacze chmur. Warto wtedy mieć pod ręką aparat, by uwiecznić tę panoramę, co zresztą możecie zobaczyć na załączonym zdjęciu.

Dopiero gdy zejdziemy na dół i znajdziemy się w wąskich korytarzach ulic, między tymi samymi wieżowcami, ukazuje nam się zupełnie inne miasto: pełne zgiełku, śmieci na chodnikach i hałasu ślamazarnie posuwających się aut. To doskonała lekcja tego, że czasem warto patrzeć na rzeczy z dystansu i z góry – ta zasada sprawdza się również w naszym życiu duchowym.

Wspominałem kiedyś, że często przypominam sobie  „Strumienie na pustyni” L.B. Cowmana – codzienne rozważania oparte na wybranych wersetach z Biblii. Rozważanie z 13 maja poruszyło mnie wyjątkowo mocno. Często bowiem zdarza się, że w odpowiedzi na nasze modlitwy oczekujemy czegoś zupełnie innego, niż to, co ostatecznie otrzymujemy od Pana.

Zachęcam do głębszego przemyślenia sytuacji, w których zwracamy się do Boga. Czy nie jest tak, że czasem przeoczamy Jego odpowiedź tylko dlatego, że nie pasuje ona do naszych wyobrażeń? Patrząc z „góry” – z Bożej perspektywy – możemy znacznie lepiej zrozumieć nasze rzeczywiste potrzeby.

Poniżej zamieszczam pełny tekst rozważania z 13 maja w przekładzie Marii Selmowiczowej (wydanie ZKE), z zachowaniem jego oryginalnego stylu i pisowni. Wszystkie cytaty biblijne pochodzą z Biblii Gdańskiej z 1632 roku


„O co byśmy się modlić mieli, jako potrzeba, nie wiemy” (Rz 8:26).

„Wiele nieporozumień w naszym chrześcijańskim życiu ma miejsce w związku z odpowiedziami na nasze modlitwy. Bywa tak, że modlimy się o cierpliwość, a Ojciec nasz Niebieski daje nam takie warunki, w których nasza cierpliwość zostaje w wyższym stopniu poddana próbie, gdyż „ucisk cierpliwość sprawuje” (Rz 5:3).

Prosimy, aby Bóg dał nam pokorę, a On posyła cierpienie, gdyż my przez to, co cierpimy, uczymy się posłuszeństwa.

Modlimy się o to, aby pozbyć się egoizmu; wtedy Bóg zsyła takie wypadki, które wymagają od nas samozaparcia: abyśmy szukali pożytku dla ubogich i nauczyli się kłaść dusze swoje za braci.

Prosimy Boga o ciche i pokorne serce, jak u Baranka Bożego; i oto On stawia nas w pokorną służbę albo też w warunki, w których ludzie nas krzywdzą, a my nie protestujemy, aby nie oddawać złem za złe, tak „jako baranek na zabicie wiedziony był... i nie otworzył ust swoich” (Iz 53:7).

Prosimy o wybawienie od ducha rozdrażnienia – a oto nagle przylatuje istna burza pokuszeń, aby wywołać w nas zdenerwowanie. Prosimy o uspokojenie, a tu nerwy nasze są napięte do ostateczności, abyśmy zwracając się ku Panu zrozumieli, że ciszy, którą On daje – nic nie może zmącić.

Prosimy Pana, aby pomnożył w nas miłość; w odpowiedzi posyła nam cierpienia; na drodze naszej spotykamy się z pozornie nieprzyjemnymi ludźmi, którzy działają na nasze nerwy i ranią nasze uczucia swoim nierozważnym postępowaniem. Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa; nigdy nie ustaje, nie przeciwstawia się, nie wpada w rozdrażnienie. Pragniemy tego, aby widziany był w nas Chrystus, a na to On odpowiada: „Oto... przebiorę cię w piecu utrapienia” (Iz 48:10). „Izali wytrzyma serce twoje? Izali zdołają ręce twoje?” (Ez 22:14). „Czy podołacie?”

Ażeby mieć pokój i zwycięstwo, trzeba nauczyć się przyjmować wszystko jako z ręki Bożej: wszelką okoliczność, doświadczenie, czy też pozbawienie czegoś jako posłane przez Niego, naszego miłującego Ojca, i żyć na niebiosach, ponad chmurami, przed samym tronem Bożym i tam z góry spoglądając na wszystko, co nas otacza, jako na cząstkę wyznaczoną nam przez miłującego Ojca.”


Lektura tego fragmentu uświadamia nam paradoks chrześcijańskiego wzrostu: Bóg odpowiada na nasze prośby nie poprzez usunięcie trudności, ale poprzez dostarczenie narzędzi do ich pokonania. Chcemy owocu (cierpliwości, pokoju, miłości), ale Bóg daje nam „glebę”, w której ten owoc może wyrosnąć – a jest nią często trudna sytuacja lub wymagający człowiek.

Widok z samolotu nad miastem idealnie tu pasuje. Z dołu widzimy tylko korek i bałagan (nasze codzienne problemy), ale z góry widać cały plan miasta. Refleksja Cowmana uczy nas ufać, że „piec utrapienia” nie jest karą, lecz procesem uszlachetniania. Prawdziwy pokój nie polega na braku burz, ale na świadomości, że ponad chmurami zawsze panuje słońce Bożej obecności.

Henryk Hukisz