Chrześcijaństwo to nie życiowa przygoda, choć często tak się je przedstawia, by przyciągnąć tłumy. Pan Jezus, oprócz dwunastu apostołów, miał wielu innych uczniów. Byli zdecydowani Go naśladować tylko dopóty, dopóki nie uznali, że staje się to zbyt trudne. Był nawet moment, gdy popularność Jezusa przyćmiła Jana Chrzciciela. Żydzi donieśli o tym Janowi z niepokojem: „Mistrzu! Ten, który był z tobą za Jordanem (...) oto On chrzci i wszyscy idą do Niego” (Jn 3:26).
Dzisiejsze chrześcijaństwo jest liczebnie jedną z
największych religii świata, ale czy najmocniejszą? Czy pośród nas przejawia
się Boża moc tak, jak na początku, gdy uczniowie pełni Ducha Świętego „poszli
i wszędzie głosili, a Pan im pomagał i potwierdzał ich słowo znakami” (Mk
16:20)?
Rozmawiałem kiedyś z jednym ze współczesnych sług Ewangelii,
którego Bóg potężnie używa na Dalekim Wschodzie. Zapytany, dlaczego Boża moc
objawia się tam tak realnie, odpowiedział krótko: „Tam ludzie bardziej
oczekują działania Boga niż teoretycznych wykładów o tym, kim On jest”. Bóg
jest Duchem – przejawia swoją obecność w mocy, a nie tylko w teoriach
wygłaszanych z ambon. Pierwsi chrześcijanie doskonale to rozumieli. Gdy
zakazywano im działania w imieniu Jezusa, wołali: „Panie, spójrz na ich
pogróżki i dozwól sługom Twoim, aby głosili z całą odwagą Słowo Twoje, gdy Ty
wyciągasz rękę, aby uzdrawiać i aby działy się znaki i cuda” (Dz
4:29-30). Na taką modlitwę Bóg odpowiedział z radością: zatrzęsło się
miejsce ich spotkania, a oni, napełnieni Duchem, z nową odwagą ruszyli do
świata.
Chrześcijaństwo to poważna sprawa. Kto decyduje się
naśladować Chrystusa, musi liczyć się z tym, że nieprzyjaciele Boga potraktują
go tak samo, jak potraktowali Mistrza. Jezus nigdy nie ukrywał ceny tej
decyzji: „Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy
nie ma, gdzie by głowę skłonił” (Łk 9:58). Nie obiecywał wygód na
ziemi, lecz zapewnił, że ci, którzy wytrwają, doznają wiekuistej chwały w domu
Ojca.
Podczas swojej ziemskiej służby Jezus musiał mierzyć się z
surowymi oczekiwaniami. Mówiąc o sprawach wiecznych, często spotykał się z
murem niezrozumienia – nawet u uczonych w Piśmie, jak Nikodem. Kiedy rozeszła
się wieść o cudzie chodzenia po wodzie, ludzie znów zażądali znaku. Żydzi
kochali cuda; w ich historii Bóg czynił ich mnóstwo, jak choćby manna na
pustyni. Dlatego pytali: „Jaki znak uczynisz, abyśmy zobaczyli
i uwierzyli Tobie?” (Jn 6:30).
W odpowiedzi Jezus wyłożył naukę o Prawdziwym Chlebie.
Wyjaśnił, że manna była tylko tymczasowym pokarmem, który ulegał zepsuciu,
natomiast Chleb Boży daje życie wieczne. „Ja jestem chlebem życia. Kto
przychodzi do Mnie, nie będzie głodny, a kto wierzy we Mnie, nigdy nie
będzie odczuwał pragnienia” (Jn 6: 35). Tłumaczył, że przyszedł wypełnić
wolę Ojca, a życie wieczne to ożywienie, które daje Duch: „Duch jest tym,
który ożywia, ciało nic nie pomaga. Słowa, które wam powiedziałem, są duchem
i życiem” (w. 63).
Mowa o „spożywaniu Jego ciała” (Jn 6:51) okazała się
dla słuchaczy zbyt trudna. Zaczęli się spierać: „Jak może On dać nam swoje
ciało do zjedzenia?” (Jn 6:52). Jezus jednak nie łagodził swojego
przekazu. Wyjaśnił, że tak jak chleb przenika organizm i daje mu siłę, tak On
musi przeniknąć nas całkowicie, by Jego życie objawiło się w nas. Naśladowanie
Go to całkowite wyrzeczenie się siebie: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech
się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”
(Mt 16:24).
Wielu uczniów, słysząc to, stwierdziło: „Twarda jest ta
mowa. Kto może jej słuchać?” (Jn 6:60). Gdy uświadomili sobie koszt,
wielu zawróciło i przestało z Nim chodzić. Reakcja Piotra była inna, pełna
pasji: „Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!”
(w. 68).
Jeśli poznaliśmy smak Prawdziwego Chleba, wiemy, że nie ma
nic ważniejszego niż życie dla Chrystusa. Słowo Boże nas nie rozpieszcza –
nazywa rzeczy po imieniu. Apostołowie od początku mówili o pełnym koszcie
wiary. Umacniając nowopowstałe zbory, przypominali: „Musimy przejść przez
wiele ucisków, aby wejść do Królestwa Bożego” (Dz 14:22).
Obawiam się, że współczesne chrześcijaństwo zostało
„nafaszerowane rodzynkami”. Dzisiejsi ewangeliści, zamiast o wyrzeczeniu, wolą
mówić o obietnicach sukcesu i wspaniałego życia tutaj, na ziemi. Jezus
tymczasem mówił: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeśli nie przyciągnie go
Ojciec, który Mnie posłał” (Jn 6:44). Niektórzy błędnie widzą w tym
elitarną predestynację, lecz Pan wyjaśnił: „A gdy Ja będę wywyższony ponad
ziemię, wszystkich do siebie pociągnę” (Jn 12:32).
Jezus pociąga do siebie każdego, zapraszając do ukrzyżowania
razem z Nim. Niestety, wielu woli Go naśladować bez niesienia własnego krzyża.
Pamiętajmy o Jego słowach: „Kto nie dźwiga swojego krzyża, a idzie za
Mną, nie może być Moim uczniem” (Łk 14:27).
Być może to „twarda mowa”, ale nie ma innej drogi do
zmartwychwstania.
Henryk Hukisz

