Friday, May 29, 2020

Pierwszy znak Jezusa


W 1955 roku w Des Plaines na przedmieściach Chicago,  Ray Kroc sprzedawca maszyn do koktajli mlecznych otworzył pierwszą restaurację franczyzową McDonald's. Od tego wydarzenia w przeciągu 65 lat znak dwóch złotych łuków opanował cały świat i prawie każde dziecko na ich widok jest w stanie zmusić swoich rodziców do zatrzymania się na hamburgera. Ten znak potrafi wzbudzić w organizmie niejednego dorosłego człowieka soki trawienne, w stopniu całkowitego zniewolenia. Lecz każdy człowiek wie, że tym znakiem nikt się nie naje. To nie znak, lecz zadowolenie wywołane jego widokiem sprawia, że porcja rzeczywistego pokarmu serwowanego pod tym szyldem, daje poczucie zaspokojenia głodu. Znak jest jedynie ważnym elementem handlowym, lecz nie stanowi głównego celu w tym biznesie.
Pozwólcie, że przejdę do tematu, jaki wynika z tytułu tego rozważania. Chcę pisać o znakach, jakie potwierdzały autentyczność służby Chrystusa. Wpierw jednak chcę nawiązać do sytuacji, gdy Chrystus, oskarżony przez przywódców religijnych o współpracę z Belzebubem, wskazał na prawdziwy znak potwierdzający Jego autentyczność - „Po owocach bowiem poznaje się drzewo” (Mat. 12:33). Zniesmaczeni taką uwagą Faryzeusze zażądali wprost od Pana Jezusa jakiegoś znaku, który mógłby ich przekonać, że jest prawdziwym Mesjaszem. Powiedzieli wówczas: „Nauczycielu, chcemy zobaczyć znak od Ciebie” (Mat. 12:38). Jak wiemy, Pan odwołał się do jedynego znaku, jaki potwierdza Jego posłannictwo, to jest „znak Jonasza”, czyli zmartwychwstanie po trzech dniach od Jego śmierci na krzyżu. To jest szczególny znak, gdyż w tym celu Chrystus przyszedł na ziemię.
Mając jednak na uwadze kwestię znaków w życiu Pana Jezusa, zachęcam zwrócić uwagę na pierwszy znak, o jakim napisał Jan. Jak wiemy, pod koniec swojej ewangelii, Jan opisując wiele wydarzeń z życia Pana Jezusa zauważył, że „gdyby zostały spisane szczegółowo, to cały świat, jak sądzę, nie pomieściłby ksiąg, które należałoby napisać” (Jan 21:25). To jednak pierwszemu zdarzeniu, o którym jest powiedziane, że było znakiem, Jan poświęcił sporo uwagi. Jest to bardzo dobrze znane wydarzenie, o którym z pewnością wiedzą rodacy - chodzi o zamianę wody w wino i to w dużej ilości.
Wpadła niedawno w moje ręce arcyciekawa książeczka napisana w 1872 roku autorstwa ks. dr. Leopolda Otto, ewangelickiego pastora warszawskiego i cieszyńskiego - „Książeczka o małżeństwie ułożona dla ludu chrześcijańskiego”. Na samym początku autor zastanawia się „dla czego Chrystus Pan najpierwszy cud swój uczynił na godach? Azali nie byłoby przystojniej, gdyby cud stał się w kościele Jerozolimskim podczas jakiego wielkiego święta, w obec kapłanów i starszych ludu Izraelskiego?” Rzeczywiście, dlaczego Pan nie uczynił czegoś bardziej spektakularnego, jak wzbudzenie z martwych, lub przynajmniej uzdrowienie niewidomego, jako pierwszy znak Swojej boskości?
Osobiście uważam, iż w życiu Pana Jezusa nie było przypadkowych sytuacji. Chrystus wybrał właśnie tę okazję, aby ujawnić Swój cel przyjścia na ziemię. Gdy otwieramy Biblię, to na samym początku czytamy, że „Bóg stworzył człowieka na swój obraz, stworzył go na obraz Boży, stworzył ich jako mężczyznę i kobietę. Następnie Bóg im pobłogosławił. I powiedział do nich Bóg: Bądźcie płodni, rozmnażajcie się i zapełniajcie ziemię, ...” (Rodz. 1:27, 28). I diabeł postanowił zniszczyć to wspaniałe Boże dzieło. Dlatego apostoł Jan napisał, że „po to objawił się Syn Boga, aby zniszczyć dzieła diabła” (1 Jan 3:8). Zupełnie celowo i świadomie Chrystus udał się do Kany Galilejskiej, aby zamienić około 120 litrów zwykłej wody w najprzedniejsze wino. Dlatego Jan zapisał: „Ten pierwszy ze znaków Jezus uczynił w Kanie Galilejskiej. Ukazał swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (Jan 2:11).
W tekście oryginalnym czytamy, że był to αρχην των σημειων [arche ton semeion] - „początkowy znak”, dzięki któremu uczniowie uwierzyli w Chrystusa, że jest zapowiadanym od wieków Mesjaszem. Chociaż większość rodaków zauważa jedynie darmowe wino, to tak na prawdę, to co wydarzyło się w Kanie, jest znakiem od Boga, dowodem Jego planu odkupienia ludzi z diabelskiej niewoli.
Zrobiłem sobie małe studium słowa σημειων [semeion], które oznacza nic innego, jak znak, szczególny znak potwierdzający, że coś jest autentyczne. W Nowym Testamencie to słowo zostało użyte 77 razy w 69 wersetach - od Ewangelii Mateusza do Księgi Objawienia. Aby opisać wszystkie przypadki, to musiałbym użyć analogii Jana odnośnie wszystkich czynów Chrystusa. Dlatego odniosę się jedynie do kilku miejsc, w których znajduje się słowo „znak”, nieraz przetłumaczone jako „cud”.
Jak już widzieliśmy, Faryzeusze żądali znaku od Pana Jezusa. Nic dziwnego, bo jak zauważył apostoł Paweł: „Żydzi domagają się znaków” (1 Kor. 1:22). Dlatego Paweł, a myślę, że i my w ślad za apostołem również powinniśmy przede wszystkim poszukiwać i głosić „Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, głupstwem dla pogan, a dla tych, którzy są powołani, zarówno dla Żydów, jak i Greków, Mesjaszem, mocą Boga i mądrością Boga” (1 Kor. 1:23). Jednak Żydzi nie zrozumieli znaczenia tego pierwszego znaku, jaki Chrystus uczynił w Kanie Galilejskiej, gdyż nadal nie rozpoznają Mesjasza.
Dziś nadal wielu ludzi, nie tylko pochodzenia żydowskiego, poszukuje bardziej znaków niż samego Chrystusa. Zarówno Chrystus, jak i Jego apostołowie ostrzegają, że w czasach ostatecznych „pojawią się bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i będą dokonywać wielkich znaków i cudów, żeby, o ile to możliwe, zwieść nawet wybranych” (Mat. 24:24). Warto zwrócić uwagę na pewien szczegół. W Kanie Jezus uczynił znak (εποιησεν), natomiast fałszywi nauczyciele i prorocy, będą znaki jedynie ukazywać (δωσουσιν).
Wierzę, że obecnie, dwa tysiące lat po tym, jak Chrystus czynił znaki i uzdolnił apostołów, aby zwiastowali Ewangelię w mocy Ducha Świętego i „współdziałał z nimi i potwierdzał ich słowa znakami, które im towarzyszyły” (Mk. 16:20). To my dziś, mając spisane Słowo Boże, czego oni nie mieli na początku, powinniśmy bardzo uważać na fałszywych cudotwórców znaków. Paweł ostrzega Kościół przed „działaniem szatana – z całą mocą wśród znaków i fałszywych cudów” (2 Tes. 2:9).
Jan pod koniec swego życia, będąc zesłanym na wyspę Patmos, jako więzień ewangelii, zobaczył i zapisał, „że z paszczy Smoka i z paszczy Bestii, i z ust Fałszywego Proroka wypełzły jak ropuchy trzy duchy nieczyste. Są to duchy demonów, które czynią znaki i wychodzą do królów całego świata, by zgromadzić ich do boju na wielki dzień Boga, Wszechmogącego” (Obj. 16:13,14).
Ostatnie użycie słowa σημειων [semeion] - „znak” znajduje się na końcu Biblii - „I została schwytana Bestia, a z nią Fałszywy Prorok, czyniący przed nią znaki, którymi zwiódł tych, co przyjęli znamię Bestii i oddawali pokłon jej obrazowi. Oboje zostali żywcem wrzuceni do jeziora ognia, płonącego siarką” (Obj. 19:20).
Oj, będzie się działo. Po jakiej stronie znajdą się poszukiwacze znaków, którzy dali się zwieść przez tego, który od początku wynosi się nad Boga.
Znak dwóch złotych łuków, jak powszechnie określa się tę "świątynię gastronomicznych doznań", jest jedynie symbolem i jego widok jeszcze nikogo nie nakarmił. Dziwi mnie dość powszechna tendencja pogoni  za znakami, nawet nieprawdziwymi, zamiast pragnienia doznania osobistej społeczności z Osobą Pana Jezusa.
Henryk Hukisz

Monday, May 18, 2020

Darmozjad

Wpierw wyjaśnię dlaczego używam słowa, jakiego z pewnością nikt nie kojarzy z Biblią, czy też naszym chrześcijańskim postępowaniem. Słowo „darmozjad” składa się z dwóch członów - „darmo” i „zjadać”. Tak więc darmozjadem jest taka osoba, która nie płaci nic za to, co spożywa. Według Słownika Języka Polskiego, darmozjadem jest „ten, kto żyje na cudzy koszt, z cudzej pracy” (SJP). I o to mi właśnie chodzi, że każdy, kto żyje nie płacąc za pracę drugiej osoby, z jakiej korzysta, jest zwykłym darmozjadem.

Lecz do czego ma się to odnosić? Z pewnością nie do zwykłego zjadania pożywienia. Chodzi mi o korzystanie z cudzej pracy, cudzego wytworu pracy bez zapłacenia za ten produkt. Pisałem już kiedyś na temat finansów w kościele oraz na temat wynagradzania pracy tych, którzy służą dobrami duchowymi. Ostatni bodajże wpis sprzed kilku już lat zatytułowałem „Kaznodziejski 'pysk'”, w którym przedstawiłem biblijne zasady dotyczące tej kwestii. Postanowiłem powrócić do tej sprawy w nowej sytuacji, w jakiej znajdujemy się obecnie, ponieważ wielu z nas nie ma okazji położyć na fizycznej tacy ofiary finansowej na „Boże dzieło”.

Słyszałem od kogoś, że pewien kaznodzieja, głosząc kazanie „on-line”, zwrócił uwagę, iż wielu jego słuchaczy należy do innych zborów, które przez zawieszenie normalnych zgromadzeń, utraciły możliwość uzyskiwania środków na utrzymanie swoich kaplic. Prosił on przeto, aby nie zapominać o tym ważnym obowiązku, jaki Boże Słowo nakłada na wiernych.

Myślałem ostatnio sporo o tej nowej sytuacji, pomimo tego, że osobiście nie jestem zależny od żadnej organizacji religijnej. Jestem po prostu „polskim emerytem”, który nie spoczywa na przysłowiowych „laurach”, lecz korzystam z możliwości dalszego służenia w Bożym Królestwie. Postanowiłem jednak odnieść się do tej kwestii, gdyż sądzę, że zaczyna szerzyć się postawa „darmozjadów”, którzy korzystają z duchowych pokarmów, nic nie ofiarując za nie ze swojej strony. Apostoł Paweł jasno naucza, że „ten, kto pobiera naukę, niech się dzieli wszystkimi dobrami z tym, który go naucza” (Gal. 6:6).

Obawiam się jednak, że w naszym narodzie, który w znacznej części został ukształtowany jeszcze w czasach tzw. komunizmu, nadal dominuje pojęcie pracy polegającej jedynie na operowaniu „sierpem i młotem”. Jakoś mało kto nadal docenia pracę intelektualną, gdyż uważa się, że ona dokonuje się bez fizycznego wysiłku. Niestety, nie można jej wykonać, szczególnie dziś, bez komputera, drukarki, tuszu, mikrofonu, kamery, smartfona, że o książkach i innych materiałach pomocniczych nie wspomnę. Obawiam się również, że nadal wielu w ewangelicznych wspólnotach myśli skrótowo, że obowiązuje zasada - „darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mat. 10:8).

Pamiętam czas sprzed prawie pół wieku, gdy wydaliśmy w zborze poznańskim kasetę muzyczną, którą nagrać pomogli nam przyjaciele z innego kraju. Próbowaliśmy rozprowadzać ją w zborach po symbolicznej cenie, aby uzyskać jakąś pomoc dla służby, jaką nasz zbór pełnił. Otrzymałem w tamtym czasie zamówienie z dość dużego liczebnie zboru - aż jednej kasety. Gdy zapytałem, dlaczego nie zamówią więcej, usłyszałem w odpowiedzi, że sami potrafią dla siebie skopiować tyle, ile potrzebują. Można i tak, czemu nie? Lecz co na to sumienie? No tak, trzeba je posiadać.

Osobiście lubię słuchać wspaniałych nagrań muzycznych zamieszczonych na YouTubie, głównie w języku angielskim. Zadziwia mnie ilość i jakość tych nagrań. Jest ich sporo dlatego, że w innych krajach odbiorcy pracy intelektualnej, odpowiednio wynagradzają autorów. Tam, za oceanem, żyje wielu muzyków i wykonawców pieśni chrześcijańskich, którzy utrzymują się sami i swoje rodziny z tej pracy, tak samo, jaki inni rzemieślnicy. Dzięki temu, mogą nawet uczynić więcej - umożliwiają innym bezpłatnie słuchać ich muzyki za pośrednictwem internetu. Myślę, że u nas nigdy nie dojdzie do tego, aby osoby wierzące zdolne muzycznie, utrzymały się ze swojej, bądź co bądź pracy w Bożym Królestwie. Podobnie jest w służbie Słowa, aby bez posiłkowania się zagranicznymi wyjazdami, jakiś kaznodzieja dbający o zdrową naukę, utrzymał się bez „łechtania uszu słuchaczy”.

Praca jest zawsze pracą, i jak naucza Paweł, aby ludzie wierzący „starali się prowadzić spokojne życie, spełniali swoje obowiązki i pracowali własnymi rękami, tak jak wam nakazaliśmy(1 Tes. 4:11). Paweł mówił również, aby „ci, którzy głoszą Ewangelię, żyli z Ewangelii” (1 Kor. 9:14). Natomiast już nie jako zalecenie, lecz wręcz napomnienie, Paweł pisze do tych, którzy uwierzyli, „aby spokojnie pracowali i jedli swój chleb” (2 Tes. 3:12). W tym ostatnim cytacie warte podkreślenia jest słówko „swój”, tzn. nie cudzy.

Warto jest również przypomnieć inne słowa odnośnie tej kwestii z nauczania apostolskiego. A mianowicie, aby „prezbiterzy, którzy dobrze sprawują swój urząd, powinni doznawać podwójnego szacunku, najbardziej zaś ci, którzy się trudzą głoszeniem Słowa i nauczaniem” (1 Tym. 5:17). Podwójna cześć, to nie tylko uznanie lub pochwała, to również należne honorarium za pełnioną służbę. I tu Paweł odwołuje się do starej zasady mojżeszowej, aby "nie zawiązywać pyska młócącemu wołowi" (1 Kor. 9:9).

Myślę, iż warto jest przypomnieć sobie te zasady, szczególnie w obecnym czasie, gdy wiele duchowego pokarmu znajdujemy i nim się posilamy, za pośrednictwem internetu. Od nas zależy czy będziemy nadal mogli znajdować dobry pokarm.

Henryk Hukisz

Thursday, May 14, 2020

Niepodległość Izraela

Powstanie państwa Izrael jest silnie związane z obietnicą Boga, że na stałe osiądzie w ziemi, którą On im da. Na tym skrawku naszej planety ukształtowała się jego duchowa, religijna i państwowa tożsamość. Tutaj po raz pierwszy stworzył on państwo. Tutaj stworzył skarby kultury ogólnoludzkiej i przekazał całemu światu wieczną Księgę nad księgami.

A później, gdy siłą wygnano naród z jego ziemi, Żydzi zachowali z nią łączność i nigdy nie przestawali się modlić i mieć nadzieję, że do niej powrócą i że odtworzą w niej swoją polityczną wolność.

Kierowani tym historycznym i tradycyjnym przywiązaniem, Żydzi w każdym pokoleniu dążyli do tego, by powrócić do swojej dawnej ojczyzny. W ostatnich dekadach zaczęli powracać masowo. Pionierzy [mapilim] i obrońcy, spowodowali, że zakwitła pustynia, przywrócili do życia język hebrajski, zbudowali wsie i miasta, stworzyli kwitnącą społeczność, która kontroluje swoją ekonomię i kulturę. Zbudowali społeczność, która kocha pokój, ale wie, jak się bronić. Która przynosi innym błogosławieństwo postępu i pragnie niezależnego bytu narodowego.

W roku 5657 (1897), wezwany przez duchowego ojca Państwa Żydowskiego – Theodora Herzla, zebrał się Pierwszy Kongres Syjonistyczny i ogłosił prawo narodu żydowskiego do narodowego odrodzenia w swojej własnej ojczyźnie.

Prawo to zostało uznane w deklaracji Balfoura, 2 listopada 1917 roku i potwierdzona przez mandat Ligi Narodów, który dawał, w szczególności, międzynarodową sankcję dla historycznej łączności pomiędzy narodem żydowskim a Ziemią Izraela oraz prawo żydowskiego narodu do odbudowania swego Narodowego Domu.

Katastrofa, która niedawno spadła na naród żydowski – mord milionów Żydów w Europie – była kolejnym wyrazistym potwierdzeniem konieczności rychłego rozwiązania problemu bezdomności narodu poprzez odbudowanie w Ziemi Izraela państwa żydowskiego. Państwa, które otworzyłoby swoje bramy szeroko dla każdego Żyda, a narodowi przydałoby status uznanego członka społeczności narodów.

Żydzi ocaleni z holocaustu w Europie, Żydzi z innych części świata napływali do Ziemi Izraela, niezrażeni trudnościami, ograniczeniami i niebezpieczeństwami. Nigdy nie zaprzestali głosić i potwierdzać prawa do życia w godności, wolności i uczciwego trudu w swojej ojczyźnie.

Podczas II wojny światowej, żydowska społeczność tego kraju wniosła swój udział do walki toczonej przez kochające pokój i wolność narody z siłami nazistowskimi. Krew jej żołnierzy i wojenny wysiłek dało jej miejsce pomiędzy tymi, którzy utworzyli Narody Zjednoczone.

29 listopada 1947 roku Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło rezolucję wzywającą do ustanowienia państwa żydowskiego w Ziemi Izraela. Zgromadzenie Ogólne domagało się od mieszkańców Ziemi Izraela, by podjęli kroki niezbędne dla implementacji tej rezolucji. To uznanie prawa narodu żydowskiego do ustanowienia swojego państwa jest NIEODWOŁALNE (IRREVOCABLE).

To prawo jest naturalnym prawem narodu żydowskiego do bycia panami własnego losu, jak inne narody, w swoim suwerennym państwie.

Dlatego też, my, członkowie Rady Narodowej, przedstawiciele społeczności żydowskiej w Ziemi Izraela i ruchu syjonistycznego, zebraliśmy się tu dziś w dzień wygaśnięcia Mandatu Brytyjskiego nad Ziemią Izraela. Na mocy naturalnego i historycznego prawa oraz na mocy rezolucji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych, niniejszym ogłaszamy powstanie Państwa Żydowskiego w Ziemi Izraela, które znane będzie jako Państwo Izrael.

Ogłaszamy, że z chwilą wygaśnięcia mandatu w dniu dzisiejszym, wieczorem 6 ijar 5708 (15 maja 1948), do ustanowienia wybranych w zgodzie z konstytucją przyjętą do dnia 1 października 1948 władz państwa, Rada Narodowa pełnić będzie funkcję Tymczasowej Rady Państwa, a jej organ wykonawczy, Rząd Narodowy, będzie Tymczasowym Rządem Państwa Żydowskiego, zwanego Izraelem.

Państwo Izrael otwarte będzie dla żydowskiej imigracji z Diaspory i będzie wspierać rozwój kraju dla pożytku wszystkich jego mieszkańców. Zbudowane będzie na podstawach wolności, sprawiedliwości i pokoju – tak jak je widzieli prorocy Izraela. Państwo żydowskie zapewni wszystkim swoim mieszkańcom równość społeczną i polityczne prawa niezależnie od wyznania, rasy i płci. Gwarantować będzie wolność wyznania, sumienia, słowa, edukacji i kultury. Chronić będzie miejsca święte wszystkich religii i będzie postępować zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych.

Państwo Izrael jest gotowe do współpracy z przedstawicielami Narodów Zjednoczonych we wprowadzaniu w życie rezolucji z dnia 29 listopada 1947 roku oraz podejmie kroki mające na celu ekonomiczne zjednoczenie Ziemi Izraela.

Zwracamy się do Narodów Zjednoczonych z wezwaniem o pomoc dla narodu żydowskiego w odbudowie swego Państwa i o przyjęcie Państwa Izrael w poczet wspólnoty narodów.

Wzywamy – w samym centrum wymierzonej w nas napaści – arabskich mieszkańców Państwa Izrael do zachowania pokoju i współpracy w tworzeniu państwa na podstawie pełnego i równego obywatelstwa i należnej reprezentacji w jego tymczasowych i trwałych instytucjach.

Wyciągamy przyjazną dłoń do wszystkich sąsiadujących z nami państw i ich narodów oferując pokój i zgodne sąsiedztwo. Zwracamy się z wezwaniem do ustanowienia więzów współpracy z niezależnym narodem żydowskim zamieszkałym na swojej ziemi. Państwo Izrael gotowe jest wziąć udział we wspólnym wysiłku rozwoju całego Bliskiego Wschodu.

Wzywamy cały naród żydowski w Diasporze, by zjednoczył się poprzez imigrację i odbudowę z Państwem Izrael i stał u jego boku w dziele odbudowy i realizacji odwiecznego marzenia całych pokoleń – odrodzenia Państwa Izraela.

Z całą ufnością w Opoce Izraela, podpisujemy się własnoręcznie pod tą deklaracją przyjętą na sesji Tymczasowej Rady Państwa, na ziemi ojczystej, w mieście Tel-Awiwie, w ten szabat, piątego dnia miesiąca Ijar 5708 roku (14 maja 1948 roku).
__________________________________________________________________________

"PAN powiedział do Abrama: Wyjdź ze swego kraju, z miejsca swojego urodzenia i z domu swego ojca do ziemi, którą ci wskażę, a sprawię, że powstanie z ciebie wielki naród i będę ci błogosławił. Rozsławię twoje imię i staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy tobie błogosławią, a tych, którzy ciebie przeklinają, będę przeklinał. W tobie będą błogosławione wszystkie plemiona ziemi" (Rdz 12:1-3).

Niech PAN cię błogosławi i strzeże.
Niech PAN rozpromieni nad tobą swoje oblicze i niech ci okaże miłosierdzie.
Niech PAN zwróci ku tobie swoje oblicze i niech cię obdarzy pokojem.

Bóg zapewnia, iż to błogosławieństwo sprawi, "że Moje imię spocznie na Izraelitach, a Ja będę im błogosławił" (Lb 6:24-27).

Niech Pan błogosławi Izraela.

Henryk Hukisz

Wednesday, May 6, 2020

Kościół domowy?

Należę do pokolenia, które pamięta pewną frazę z piosenki śpiewanej przez „Budkę suflera”, iż „do tanga trzeba dwojga”. Ten zwrot ma jednak dużo dłuższą historię, gdyż prawie sto lat temu, pewna amerykańska piosenkarka zdobyła popularność, śpiewając „Takes two to tango”.

Nie o piosence i tańcu jednak chcę pisać, lecz o tym, że coraz częściej słyszymy, iż wystarczy „dwóch lub trzech” aby powstał lokalny kościół. Zwolennicy takiej teorii powołują się na słowa Pana Jezusa, który obiecał być obecny pośród zgromadzonych w Jego imieniu, nawet w takiej liczbie. Tak, to prawda, że Pan Jezus w określonej sytuacji powiedział: „Gdzie bowiem dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich” (Mat:18:20).

Wspomniana obietnica jest najczęściej przywoływana w zgromadzeniach, które tworzy najwyżej kilka osób. Wówczas prowadzący pociesza obecnych, że Pan Jezus jest wśród nas. I rzeczywiście, ta obietnica jest o obecności Chrystusa wśród osób modlących się w jedności serc. Liczba jest nieistotna, nawet fizyczne usytuowanie obecnych osób. Przypominam sobie pewną zabawną sytuację, jaka wydarzyła się podczas pierwszych lat studiów na Ch.A.T. Mieliśmy zwyczaj pod koniec dnia spotykać się w jednym z pokojów akademika, aby wspólnie się modlić. Pewnego razu odwiedził nas brat zza wschodniej granicy i gdy zobaczył nas klęczących dookoła pokoju przy swoich łóżkach, zwrócił uwagę, że Jezus znajduje się pośród nas, dlatego też powinniśmy odwrócić się twarzami do środka. Lecz już tak na poważnie, powoływanie się na ten werset,  jako podstawę tworzenia lokalnego kościoła, jest zwykłym nadużyciem.

Aby właściwie zrozumieć tę obietnicę, musimy przyjrzeć się tej sytuacji, czyli w jakim kontekście została ona wypowiedziana. Pan Jezus, w tym fragmencie Ewangelii Mateusza, mówił o kilku różnych kwestiach.

Chrystus, po przemienieniu i uzdrowieniu epileptyka z mocy demonicznej, udał się z uczniami do Galilei, gdzie po raz drugi otwarcie im powiedział, że będzie wydany na śmierć, lecz trzeciego dnia z martwych powstanie. Natomiast Jego uczniowie, zamiast wziąć do serca tę zapowiedź, interesowali się tym, kto jest najważniejszy w Królestwie Niebieskim. Wówczas Pan Jezus, zamiast wygłoszenia nauki na temat prawdziwej wielkości, wziął małe dziecko, postawił je pośród nich i powiedział: „Zapewniam was, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mat. 18:3). Była to praktyczna ilustracja do wypowiedzi Chrystusa na temat wielkości, która w Bożym Królestwie polega na uniżeniu się. Następnie, Pan Jezus nauczał ich o niebezpieczeństwie gorszenia „maluczkich”. Morał, jaki płynie z tej nauki, jest prosty – aby mieć życie wieczne, lepiej jest pozbyć się czegoś, co może gorszyć. Obcinanie rąk i wyłupywanie oczu jest jedynie obrazem i nie należy tych poleceń brać dosłownie.

Pan Jezus wyraźnie określił cel swego przyjścia, porównując siebie do pasterza, który szuka zgubionych owiec. Przypowieść o stu owieczkach, z których jedna się zagubiła nie jest o pozostawieniu dziewięćdziesięciu dziewięciu na pastwę wilków czy złodziei. Jest to obraz miłości Boga, który posłał dobrego Pasterza, aby wykonał wolę Ojca. Chrystus zapewniał w dalszych słowach - "Tak też nie chce wasz Ojciec, który jest w niebie, aby zginął jeden z tych najmniejszych" (Mat. 18:14)

Po tym wyjaśnieniu, Chrystus mówił o stosowaniu dyscypliny wobec tych, którzy są w Królestwie Bożym i nadal grzeszą. W tym fragmencie występuje wyraźne nawiązanie do Kościoła. W sytuacji, gdy jest napominana osoba, która dopuściła się grzechu, należy wpierw sprawę załatwić w jak najmniejszym gronie, najwyżej jeszcze jednej lub dwóch osób. Ostatecznie, jeśli nie dojdzie do zamknięcia sprawy, ponieważ grzesznik, nie chce pokutować, należy zwołać zgromadzenie kościoła lokalnego, które ma możliwość rozwiązania tej kwestii, albo w ostateczności, będzie musiało dokonać wyłączenia takiej osoby ze swojego grona. W tym nauczaniu widać już jakąś strukturę kościoła - ktoś musi przeprowadzić tę sprawę przez kolejne etapy, musi zwołać zgromadzenie osób, które tworzą tę wspólnotę. W tym fragmencie, po raz drugi w tej ewangelii, występuje słowo „ekklesia”, które znaczy kościół, czyli zgromadzenie tych, którzy zostali powołani. Pierwszy raz Pan Jezus użył tego słowa nieco wcześniej, gdy pytał uczniów, za kogo Jego uważają. Wówczas powiedział o sobie - „zbuduję Mój Kościół, a potęga śmierci go nie zwycięży” (Mat. 16:18).

W tym rozdziale (Mat. 18), Pan Jezus używa słowo "ekklesia" mówiąc o modlitwie. W oryginalne, werset 19 rozpoczyna się słowem „palin” - "znów", "na nowo", wskazując, że jest to nowa myśl, nowy temat. Oczywiście, modlitwa jest elementem kościoła, jako zgromadzenia ludzi wierzących, lecz nie jest wyłącznie z nim związana. Słowo Boże naucza nas, iż powinniśmy modlić się nieustannie, a nie tylko w kościele. Pan Jezus mówi tutaj o jednomyślności w modlitwie, wskazując na potrzebę uzgodnienia wśród modlących się, o co mają wspólnie wołać do Boga. Liczba osób jest nieistotna, lecz aby można było o coś się zgodzić, potrzeba przynajmniej dwojga, jak do tanga w piosence. Główną myślą tych dwóch wersetów jest jedność w uzgodnieniu prośby modlitewnej, a nie struktura kościoła lokalnego.

Znamy wiele przykładów, szczególnie z Dziejów Apostolskich, że gdy pierwsi chrześcijanie modlili się, to „zgodnie wznieśli głos do Boga” (Dz.Ap. 4:24). Chrystus niejednokrotnie wskazywał swoim uczniom, że muszą zachowywać jedność, jeśli chcą trwać w Bożej obecności. Pan Jezus powiedział o sobie: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (Jan 10:30), dlatego oczekiwał od swoich uczniów, iż będą trwać w jedności ze sobą zawsze, a nie jedynie podczas wspólnych zgromadzeń. Chrystus, mówiąc o modlitwie, wskazał na wagę jedności serc, gdyż wówczas Ojciec da to, o co będą Go prosić. Zgoda wśród osób modlących się jest dla Chrystusa wyzwaniem, aby zaszczycić ten moment swoja obecnością. I o tym  właśnie mówił Pan Jezus, obiecując modlącym się Swoją obecność, niekoniecznie w geograficznym środku tego zgromadzenia.

Obietnica obecności Chrystusa wśród osób modlących się nie jest dogmatyczną podstawą do uznania istnienia kościoła w każdym kilkuosobowym zgromadzeniu wierzących. Kościół, to coś dużo więcej, niż jedynie spotkanie kilku osób, aby wspólnie się pomodlić i pośpiewać refreny, niejednokrotnie przy kawie i ciasteczku. Nazywanie takich spotkań "kościołem domowym" jest nadużyciem i stoi w sprzeczności z biblijną nauką o kościele lokalnym. Powoływanie się na słowa apostoła Pawła - "Pozdrówcie także Kościół, który gromadzi się w ich domu" (Rzym. 16:5) jest bezzasadne. W tamtym czasie nie budowano kaplic, jak to czyni się obecnie. Wówczas większość lokalnych zgromadzeń ludu Bożego korzystała z otwartych domostw, które z pewnością miały o wiele większy metraż niż nasze M-3.

Kościół, jak próbował to zilustrować apostoł Paweł, podobnie jak nasze ciało, „to nie jest jeden członek, lecz liczne” (1 Kor. 12:14). Z tego obrazu wynika jasno, że Paweł nie porównuje kościoła do ameby, lecz bardziej skomplikowanego organizmu składającego się z licznych członków, jak przy najmniej oko, słuch, ręka, noga, głowa. Poszczególne części kościoła funkcjonują we wspólnym organizmie, ku wzajemnemu zbudowaniu. Dlatego „Bóg ustanowił w Kościele najpierw apostołów, po drugie proroków, po trzecie nauczycieli, następnie tych, co mają dar czynienia cudów, dar uzdrawiania, niesienia pomocy, rządzenia oraz mówienia językami” (1 Kor. 12:28). A do tego potrzeba dużo więcej ludzi, niż „dwaj lub trzej zgromadzeni w imię Jezusa”. A jak spełnić oczekiwania nowych wierzących co do chrztu, kto dokona zaślubin, załatwi pogrzeb na cmentarzu itd...? Pan Jezus, Głowa Kościoła nakazał wspominanie Jego śmierci, czyli przeprowadzanie Wieczerzy Pańskiej i dokonywanie chrztu w kościele, a nie w dwuosobowych grupkach. 

Niestety, dziś jak grzyby po deszczu powstają tzw. "kościoły domowe", każdy robi co chce, naucza czego chce, wymyśla własne formy pobożności. Pamiętajmy jednak, że jedność, zgodność musi występować również pomiędzy lokalnymi społecznościami, a nie w każdej osobno.

Z tym się chyba wszyscy zgodzicie, no nie?

Henryk Hukisz

Polecam inne rozważania o kościele

Saturday, May 2, 2020

Wieczność, to długi czas

Niedawno usłyszałem zdanie w języku angielskim, które zapadło mi głęboko w pamięci - „Eternity is too long, to be wrong”, co można przełożyć na nasz język - „Wieczność jest zbyt długa, aby się co do niej mylić”. Można w życiu nieraz się pomylić, podjąć niewłaściwą decyzję, co z pewnością przypłacimy konsekwencjami. Jeśli pomylimy się co do wieczności, to już na zawsze będziemy zdeterminowani ponosić skutki naszej decyzji. Warto jest więc dobrze się zastanowić nad tym, gdzie spędzimy naszą wieczność. Czyściec jest tylko wymysłem przywódców katolickich, którzy zamienili osobistą relację z Bogiem opartej na wierze, na spełnianie nakazów religijnych. W Biblii nie ma nawet pół słowa na temat możliwości zmiany decyzji po śmierci, gdzie spędzimy wieczność. 

Często spotykamy się z niepoważnymi rozmowami na temat wieczności. Szkopuł w tym, że gdy znajdziemy się po „tamtej” stronie, będzie już za późno, aby cokolwiek zmienić. Pamiętam rozmowę z pewnym człowiekiem, który powątpiewał w istnienie Boga. Zadałem mu wówczas proste pytanie oparte na zwykłej logice. Co jest lepsze - nie wierzyć w Boga i żyć według własnego standardu moralności i po śmierci dowiedzieć się, że On naprawdę istnieje? Czy, za życia uwierzyć w Boga i przyjąć Jego standard życia, nawet jeśli On nie istnieje? Od naszej decyzji zależeć będzie, gdzie będziemy spędzać wieczność.

Skoro wieczność jest powiązana z Bogiem, a Biblia jest jedynym znanym człowiekowi objawionym Słowem Bożym, zajrzyjmy na jej stronice, aby dowiedzieć czegoś więcej. W tej wspaniałej Księdze znajdujemy naprawdę bardzo dużo informacji na temat wieczności. W Starym Testamencie, słowo עולם [olam] występuje w podstawowej formie aż 438 razy. Natomiast w Nowym Testamencie, greckie słówko αιωνιον [aionion] można spotkać 73 razy. Starotestamentowe „olam” znaczy również długi czas, okres całego życia, natomiast greckie „aionion” znaczy „wiecznie”, „wieczność”, „bez końca” i najczęściej odnosi się do życia przyszłego. Zajrzyjmy więc do Nowego Testamentu, gdzie począwszy od ewangelii, przez historię pierwszego Kościoła, listy do zborów, nauczanie apostolskie, aż do księgi wprowadzającej do wieczności, spotykamy się z wyjaśnieniem, czym jest wieczność.

Ewangeliści zgodnie wprowadzają nas w opis życia i nauczania Jezusa Chrystusa. Mateusz donosi, że „Jezus chodził po całej Galilei, nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Dobrą Nowinę o Królestwie i uzdrawiał ludzi z wszystkich chorób i dolegliwości” (Mat. 4:23). Dobra Nowina odnosiła się nie do życia doczesnego, lecz do Królestwa Bożego, które nie ma końca, gdyż Bóg jest wieczny. Dlatego Pan Jezus zwracał uwagę na sprawy związane z życiem wiecznym. Pewnego razu przyszedł do Niego jakiś człowiek z prostym pytaniem: „Nauczycielu, co dobrego powinienem uczynić, aby osiągnąć życie wieczne?” (Mat. 19:16). Z tego opisu dowiadujemy się, że ten człowiek żył w zgodzie z Bożymi przykazaniami, lecz pomimo tego nie miał pewności, gdzie będzie spędzać swoją wieczność.

Nieco później, gdy Pan Jezus mówił już więcej o czasach przyszłych, o wieczności i sądzie, gdy Bóg „zasiądzie na tronie swojej chwały i zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. (...) Wtedy powie i do tych po lewej stronie: Odejdźcie ode Mnie przeklęci w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom” (Mat. 25:31,41). Nie wiem dlaczego nadal wielu, nawet wśród uważających się za wierzących w Boga, nie wierzy w piekło, wieczne odłączenie od Boga. Wprawdzie to okropne miejsce jest przeznaczone dla diabła, lecz razem z nim, wieczność będą spędzać demony i ludzie, którzy odrzucili łaskę zbawienia, jaką Bóg teraz oferuje.

Ewangelista Jan poświęcił wieczności najwięcej uwagi - w ewangelii 20 razy używa słówka „aionion” i w listach, jeszcze 6 razy. Warto jest więc przyjrzeć się, co pisze na ten temat. Już na samym początku ewangelii znajdujemy rozmowę Pana Jezusa z człowiekiem bardzo religijnym. Nikodem był nauczycielem w Izraelu, więc znał dobrze wszystko to, co na temat wieczności zostało napisane w Pismach. Pomimo tego, nie miał pewności, gdzie spędzi wieczność. Przyszedł więc do Jezusa, wypowiedział kilka grzeczności wobec Nauczyciela, lecz Pan Jezus, znając prawdziwe intencje tej nocnej wizyty, powiedział wprost: „Zapewniam, zapewniam cię, jeśli się ktoś nie narodzi z góry, nie może ujrzeć Królestwa Boga” (Jan 3:3). Jeśli ktoś nie ujrzy Królestwa Boga, to z pewnością ujrzy piekło z jego okropnościami. Aby taki los go nie spotkał, musi „narodzić się z góry”. To nie jest doktryna jakiegoś kościoła. Niestety, wielu tak uważa, że tego naucza jakiś odłam chrześcijański. Natomiast kościół powszechny, z grecka „katolicki”, uczy zupełnie czegoś innego - posłuszeństwa wobec doktryny, którą przyjęto w późniejszych wiekach dla wygody swoich wiernych.

Właśnie Jan, w swoim opisie życia i nauczania Pana Jezusa pisze, że „jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne” (Jan 3:15). Nikodem z pewnością znał dobrze historię z wężami na pustyni. Wiedział, że jedyną ucieczką przed śmiercią, było spojrzenie z wiarą na Boży ratunek. W tamtym czasie był to wąż umieszczony na drzewcu. Teraz Jezus wskazał na cel swojego przyjścia, na krzyż Golgoty. Dlatego zaraz w następnym wierszu czytamy - „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że dał swego Jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (Jan 3:16). Ten najbardziej znany werset z całej Biblii wyjaśnia, na czym polega draga zbawienia. Aby nie było żadnych wątpliwości, że jest to jedyny sposób uniknięcia kary za swoje grzechy, Jan dodaje - „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne, kto zaś nie jest posłuszny Synowi, nie doświadczy życia, ale gniew Boży pozostaje nad nim” (Jan 3:36).

Nawiązując do obrazu sądu, na którym musimy wszyscy kiedyś stanąć przed Bogiem, Jan przypomina słowa Jezusa, które są pieczęcią zbawienia - „Ja daję im życie wieczne, dlatego nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z Mojej ręki” (Jan 10:28). Czy można mieć większą pewność wieczności, aby z nadzieją oczekiwać na ten wielki dzień?

Apostoł Paweł w swojej wykładni teologii zbawienia, również bez żadnych wątpliwości wskazuje na jedyną drogę do Bożej wieczności. Wiadomo, pisze apostoł, wszyscy jesteśmy grzesznikami, a „zapłatą bowiem za grzech jest śmierć, a darem łaski Boga życie wieczne w Chrystusie Jezusie, naszym Panu” (Rzym. 6:23). Tylko dzięki łasce Bożej możemy mieć nadzieję życia wiecznego. Dlatego pisał później do młodego Tymoteusza - „Staczaj dobry bój wiary, uchwyć się żywota wiecznego, do którego też zostałeś powołany i złożyłeś dobre wyznanie wobec wielu świadków” (1 Tym. 6:12 [BW]).

Jak więc znaleźć, jak wejść na tę jedyną drogę, która prowadzi do życia wiecznego? Odpowiedzi należy szukać w Biblii, jedynej księdze, której autorem jest sam Bóg. Apostoł Paweł, chociaż był synem narodu wybranego, znał Boże przykazania i je wypełniał, to dopiero podczas osobistego spotkania z Jezusem, uwierzył w darowane z łaski zbawienie. Zachęcał do przyjęcia ewangelii przede wszystkim swoich rodaków, aby podjęli właściwą decyzję. Lecz gdy sprzeciwiali się, Paweł powiedział: „Jeśli jednak je odrzucacie i sami uznajecie się za niegodnych życia wiecznego, zwracamy się do pogan” (Dz.Ap. 13:46). Później powiedział do tych, którzy przyjęli zwiastowanie ewangelii: „zgodnie ze swoim miłosierdziem zbawił nas przez kąpiel odradzającą i odnawiającą w Duchu Świętym. Wylał Go na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, naszego Zbawiciela, abyśmy usprawiedliwieni dzięki Jego łasce, zgodnie z nadzieją stali się dziedzicami życia wiecznego” (Tyt. 3:5-7).

Wieczność staje się dziedzictwem dla tych, którzy narodzili się z góry, uwierzyli w darowane zbawienia z łaski i żyją w mocy darowanego Ducha Świętego, oczekując nadziei życia wiecznego. To wszystko wynika z Nowego Przymierza, jakie zapoczątkował Pan Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy. Autor listu do Hebrajczyków napisał o Jezusie: „Dlatego jest On pośrednikiem Nowego Przymierza, żeby ci, którzy zostali powołani do wiecznego dziedzictwa – gdy nastąpiła śmierć dla odkupienia przestępstw popełnionych w pierwszym Przymierzu – otrzymali obietnicę” (Heb. 9:15).

Jan, kończąc swoje pisma do wierzących, pragnie jeszcze raz podkreślić tę wielką prawdę o wieczności - „To wam, którzy wierzycie w imię Syna Bożego napisałem, abyście wiedzieli, że macie życie wieczne” (1 Jan 5:13).

Natomiast apostoł Paweł, mając pewność co do wieczności z Bogiem, zastanawia się: „Nie wiem, co wybrać. Obydwie możliwości są przede mną: chciałbym umrzeć i być z Chrystusem, bo to znacznie lepsze, pozostać zaś w ciele jest bardziej potrzebne ze względu na was” (Fil. 1:23,24).

Wierzę, że pewność tego gdzie znajdziemy się w wieczności, daje nam zupełnie inne nastawienie do obaw, jakie nam towarzyszą w tych niepewnych czasach. Nie możemy więc trwać w obojętności wobec tego, co uczynił dla nas Boży Syn, Jezus Chrystus.

O wieczności można byłoby pisać dużo więcej, lecz zakończę słowami z Listu do Hebrajczyków - „Dlatego trzeba, abyśmy szczególnie trzymali się tego, co usłyszeliśmy, żeby nie minąć się z celem. Skoro bowiem słowo ogłoszone przez aniołów okazało się niezawodne, a wszelkie wykroczenie i nieposłuszeństwo otrzymało słuszną odpłatę, to jak my jej unikniemy, jeśli zlekceważymy tak wielkie zbawienie, które Pan zaczął głosić, a Jego słuchacze nam potwierdzili?” (Heb. 2:1-3).

Naprawdę, można minąć się z celem, jeśli zlekceważy się tak wielkie zbawienie.

Henryk Hukisz

Saturday, April 25, 2020

Wieczerza Pańska on-line

Czas wspominania śmierci Pana Jezusa, który przypada o tej porze roku, z pewnością wywarł na nas niespotykane dotąd wrażenie. Zostaliśmy pozbawieni możliwości fizycznego przebywania w naszych zborach – szczególnie dotkliwie odczuliśmy to w Wielki Piątek. Choć rozdzieleni w swoich domach, myślami trwaliśmy na Golgocie, pod krzyżem naszego Pana, gdy w męczarniach spłacał dług naszych grzechów. Gdzieś z tyłu głowy wciąż jednak powracały obrazy z minionych lat, gdy wspólnie łamaliśmy chleb i dzieliliśmy się kielichem (choć dziś coraz częściej używamy pojedynczych kieliszków).

Obserwując życie Kościoła w dobie pandemii i zamkniętych kaplic, zauważyłem bardzo zróżnicowane podejście do obchodzenia Pamiątki Śmierci Pańskiej. Przyznam szczerze, że osobiście najbliższa jest mi postawa jednego z pastorów, który poinformował zbór, że do czasu powrotu do wspólnych zgromadzeń zawiesza obchodzenie Wieczerzy Pańskiej. Inni natomiast zachęcali do różnych form – od nabożeństw domowych po celebrację online.

Ta sytuacja skłoniła mnie do głębszego przestudiowania Biblii. Zadałem sobie proste pytanie: „Czym właściwie jest Wieczerza Pańska?”.

Z pewnością nie jest ona posiłkiem biesiadnym, na wzór tego, co działo się w I wieku w Koryncie. Apostoł Paweł poświęcił tej kwestii wiele uwagi w liście do zboru, który sam założył. Zanim jednak przeanalizujemy jego ocenę samej Wieczerzy, musimy przyjrzeć się duchowej kondycji ówczesnych wierzących.

Już w pierwszych słowach apostoł punktuje podziały i ich przyczyny. Niestety, członkowie tamtego kościoła zaniedbali rozwój duchowy i relację z Duchem Świętym. Paweł napisał wprost: „Ale ja, bracia, nie mogłem przemawiać do was jak do ludzi Ducha, lecz jak do ludzi cielesnych, jak do dzieci w Chrystusie. Mleko dałem wam do picia, nie pokarm stały. Nie byliście bowiem jeszcze zdolni go przyjąć, a nawet teraz jeszcze nie możecie, ponieważ nadal jesteście ludźmi cielesnymi. Dopóki przecież zazdrość i niezgoda są między wami, czyż nie jesteście ludźmi cielesnymi i czy nie postępujecie w sposób czysto ludzki?” (1 Kor 3,1-3).

Nic dziwnego, że gdy tacy ludzie zasiadali do Wieczerzy, Paweł stwierdzał surowo: „Gdy się więc schodzicie w jednym miejscu, nie spożywacie Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem niezwłocznie zabiera się do spożywania własnej wieczerzy, i jeden jest głodny, a drugi pijany” (1 Kor 11,20-21). Zauważmy, że apostoł odmawiał ich praktykom nazwy Wieczerzy Pańskiej. Czy miał prawo oceniać ich intencje? I czy ja mam dziś prawo pisać o tym, jak należy obchodzić tę Pamiątkę? Takie pytania z pewnością postawi niejeden czytelnik.

Czym więc jest Wieczerza Pańska? Czy to sakrament? Moim zdaniem – nie. Według popularnych definicji „Sakrament (łac. sacramentum, gr. μυστήριον /mystērion/) – w chrześcijaństwie obrzęd religijny rozumiany jako widzialny znak lub sposób przekazania łaski Bożej, ustanowiony, zgodnie z wiarą, przez Chrystusa” (Wiki). Kluczowa jest tu zasada ex opere operato, która mówi, że sakrament jest skuteczny sam w sobie, niezależnie od wiary czy postawy udzielającego i przyjmującego.

Taka koncepcja ma więcej wspólnego z magią niż z Bożą łaską. Czy tego nauczał Jezus? Ewangeliści dokładnie opisują Ostatnią Wieczerzę. Nie znajdziemy tam tajemniczych ceremonii czy formuł mających moc fizycznej przemiany chleba. Mateusz pisze: „A gdy oni jedli, Jezus wziął chleb, pobłogosławił, połamał i dał uczniom, mówiąc: Bierzcie, jedzcie, to jest ciało moje. Potem wziął kielich i podziękowawszy, dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy; albowiem to jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów” (Mt 26,26-28).

Również Paweł, który nie był obecny w Wieczerniku, otrzymał od Pana jasną instrukcję: „Ja bowiem odebrałem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, której był wydany, wziął chleb i podziękowawszy, połamał i rzekł: To jest ciało moje za was wydane; to czyńcie na pamiątkę moją. Podobnie i kielich po wieczerzy, mówiąc: Ten kielich jest nowym przymierzem we krwi mojej; to czyńcie, ilekroć pić będziecie, na pamiątkę moją. Albowiem ilekroć ten chleb jecie, a z kielicha tego pijecie, śmierć Pańską zwiastujecie, aż przyjdzie” (1 Kor 11,23-26). Gdzie tu mistycyzm czy „zaklęcia”? To prosta, choć głęboka instrukcja obchodzenia Pamiątki.

Analizując te teksty, nie sposób pominąć elementu wspólnoty. Paweł podkreśla: „Gdy się więc schodzicie w jednym miejscu...” (1 Kor 11,20). Łukasz dodaje słowa Jezusa: „Gorąco pragnąłem spożyć tę paschę z wami, zanim ucierpię” (Łk 22,15). Chrystus nakazał przygotować wspólną izbę, by zasiąść z uczniami twarzą w twarz i podać im chleb do rąk. Śmiem twierdzić, że gdyby wtedy istniał internet, Pan Jezus nie zachęcałby do budowania tej szczególnej społeczności wyłącznie w trybie online.

Drugim kluczowym elementem jest kontekst Kościoła jako Ciała Chrystusa. Paweł ostrzega: „Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,29). Greckie słowo diakrinon oznacza „rozróżnianie” lub „rozpoznawanie”. To samo słowo pojawia się w kontekście daru rozpoznawania duchów oraz dojrzałości chrześcijańskiej: „Każdy bowiem, kto się karmi mlekiem, nie pojmuje nauki o sprawiedliwości, ponieważ jest niemowlęciem. Pokarm zaś stały jest dla dorosłych, którzy przez praktykę mają zmysły wyćwiczone do rozróżniania [diakrisis] dobra i zła” (Hbr 5,13-14). Potrzebujemy duchowej dojrzałości, by właściwie postrzegać Kościół i wypełniać nakazy Pana dokładnie tak, jak On je ustanowił.

Jeśli pójdziemy drogą nieograniczonego „unowocześniania” nakazów Pańskich, możemy dojść do absurdu. Czy wyobrażamy sobie chrzest, w którym pastor przez kamerkę wypowiada formułę, a wierny wchodzi do własnej wanny w innym mieście? Czy to wciąż byłby biblijny chrzest?

Z pewnością istnieje granica interpretacji, której przekraczać nie wolno, jeśli chcemy pozostać wierni Słowu.

Henryk Hukisz

Saturday, April 11, 2020

Pamiątka Śmierci

W tych dniach obchodzimy wielką pamiątkę Śmierci. Szczególnej Śmierci, niepowtarzalnej. Ta Śmierć dała nam wstęp do utraconego raju. Jeden z łotrów na krzyżu, wisząc obok Jezusa, usłyszał najwspanialszą wiadomość z ust samego Zbawiciela: „Zapewniam cię, dziś będziesz ze Mną w raju(Łuk. 23:43).

Lecz zanim to się stało, Pan Jezus wprowadził swoich uczniów w nową rzeczywistość, w przestrzeń Kościoła, którego budowanie rozpoczął kilka lat wcześniej. Wówczas powiedział do Piotra, któremu wyznaczył rolę „Inauguratora”, że to, co będzie budowane na Jego fundamencie, „potęga śmierci nie zwycięży” (Mat. 16:18). Pan Jezus Swój Kościół nazwał również Swoim Ciałem, czyli kontynuatorem Swojego Dzieła.

Ostatniego wieczoru, zanim „ nadeszła Jego godzina” (Jan 13:1), Pan Jezus zgromadził Swoich uczniów w górnej izbie, aby jak przystało na prawdziwych Izraelitów, spożyć z nimi Wieczerzę Paschalną. Lecz Chrystus wiedział, że w tym momencie Bóg realizuje Nowe Przymierze, dzięki czemu spełnia się zapowiedź: „odpuszczę ich winę, a o ich grzechu nie będę już wspominać” (Jer. 31:34). Dlatego Pan Jezus „wziął chleb, pobłogosławił, połamał go i dał uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie, to jest Moje ciało. Potem wziął kielich i po dziękczynieniu podał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy, to jest bowiem Moja krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mat. 26:26-28). Natomiast ewangelista Łukasz, jak lubię podkreślać, po dokładnym sprawdzeniu, dodał - „To czyńcie na Moją pamiątkę” (Łuk. 22:19).

Kościół, od pierwszych dni istnienia spełniał to plecenie. Czytamy w pierwszej księdze opisującej dzieje Kościoła, spisane też przez Łukasza, że ci, którzy uwierzyli Ewangelii, „trwali w nauce apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i na modlitwach” (Dz.Ap. 2:42). Kilka wierszy dalej czytamy również, że „codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, łamali chleb po domach i przyjmowali pokarm z radością i prostotą serca” (w. 46).

Kiedy powstawały nowe lokalne społeczności ludzi wierzących w Pana Jezusa, apostoł Paweł, w większości ich założyciel, pouczał odnośnie tego polecenia Pana Jezusa - „Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co też wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, której został wydany, wziął chleb i po dziękczynieniu połamał i powiedział: To jest Moje ciało za was wydane. To czyńcie na Moją pamiątkę” (1 Kor. 11:23,24). Te słowa są do dnia dzisiejszego odczytywane w kościołach, które są budowane na fundamencie nauki apostolskiej.

Chciałbym teraz przyjrzeć się bliżej tej sytuacji, w jakiej Paweł zdecydował się przypomnieć wierzącym w zborze korynckim, na czym polega obchodzenie pamiątki śmierci Pana Jezusa. Uważam, że te słowa, jakie znajdujemy w tym liście apostolskim są i dla nas ważnym pouczeniem.

Wówczas dochodziło do nieprawidłowości w obchodzeniu tej pamiątki. Odstępstwo koryntian było tak wielkie, że Paweł powiedział wprost: „Gdy się więc schodzicie w jednym miejscu, nie spożywacie Wieczerzy Pańskiej” (1 Kor. 11:20). Zewnętrzna forma przypominała wieczerzę, jaką uczniowie obchodzili z Chrystusem, lecz rzecz nie polega na zachowaniu jedynie elementów. Prawdziwe „łamanie chleba”, jak często ta pamiątka była nazywana w Nowym Testamencie, to nie spędzanie wspólnie czasu, lecz - „ile razy bowiem spożywacie ten chleb i pijecie kielich, śmierć Pana głosicie, aż przyjdzie” (w. 26).

Koryntianie zamienili prawdziwy sens tej pamiątki na biesiadę, w czasie której każdy „niezwłocznie zabiera się do spożywania własnej wieczerzy, i jeden jest głodny, a drugi pijany” (1 Kor. 11:21). Chyba każdy zgodzi się, że w takiej atmosferze nie ma mowy o ofierze Chrystusa i o zwiastowaniu Jego śmierci. Dlatego Paweł mówi, aby najedli się w domach, gdyż takim postępowaniem „znieważają Kościół Boży” (w. 22). Takiej formy obchodzenia pamiątki śmierci Pana Jezusa Paweł nie pochwala.

Po słowach pouczenia, na czym właściwie polega ta pamiątka, Paweł przystąpił do wyjaśnienia, kwestii wewnętrznej postawy osoby, która tę pamiątkę chce obchodzić. Przede wszystkim chodzi o godność, czyli sposób okazujący szacunek. Greckie słowo „αναξιως” [anaksios], znaczy przede wszystkim brak szacunku. Tego właśnie brakowało koryntianom, ponieważ zamiast dziękować za śmierć Chrystusa, upijali się winem i obżerali się przyniesionym jadłem. Musimy pamiętać, ze pierwsi chrześcijanie, codziennie spotykali się w świątyni, lecz „chleb łamali po domach” wyłącznie w gronie osób, które uwierzyły w Pana Jezusa i doświadczyły przebaczenia swoich grzechów.

Niestety, dziś w zborach ewangelicznych nie zachowuje się zwyczajów, jakie wynikają z nauki apostolskiej. Nie przestrzega się zasady - „Niech więc człowiek bada samego siebie i wtedy spożywa z tego chleba i pije z tego kielicha” (1 Kor. 11:28). W wieczerzy uczestniczą osoby niewierzące, małe dzieci, wszyscy obecni podczas tej pamiątki. Mało tego, zamiast nabożeństwa, organizuje się widowiska, koncerty, spektakle. Do usługiwania angażuje się aktorów, którzy być może profesjonalnie, lecz bez Ducha Bożego, wygłaszają biblijne teksty, nieraz z dachów budynków. Byle było ciekawiej, inaczej, bardziej atrakcyjnie.

Dalej apostoł Paweł wyjaśnia, że „kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało, spożywa i pije własne potępienie” (1 Kor. 11:29). Mocne słowa. Ktoś powie, że to był czas, gdy kłamców Ducha Świętego wynoszono ze zgromadzenia ludu Bożego „nogami do przodu”. Lecz dla Pawła, takie zachowanie podczas wieczerzy skutkuje ogromną stratą - „Dlatego to wśród was wielu jest słabych i chorych, i liczni umierają” (w. 30). „Słaby, chory i trup” - stopniowało się w dzieciństwie na lekcjach gramatyki. Czyżby Bóg pokarał te osoby, które bez szacunku wspominają śmierć Jego Syna? Odpowiedź zostawiam wam.

Paweł nakłania uczestników, niech każdy ”bada samego siebie i wtedy spożywa z tego chleba i pije z tego kielicha”. Bo „jeśli natomiast sami siebie osądzimy, nie będziemy sądzeni” (1 Kor. 11:31). Sami siebie osądzamy, sami siebie badamy, to funkcja, jaką w nas może dokonywać jedynie Duch Święty. Pan Jezus, zapowiadając Jego nadejście, powiedział, że „On Mnie uwielbi, bo z Mojego weźmie i wam objawi” (Jan 16:14). Tylko Duch Święty w nas, jeśli rzeczywiście przebywa, może pokazać nam nasz prawdziwy stan. Tylko On może poświadczyć wewnątrz naszych serc, gdyż „jeżeli nas serce nie oskarża, możemy śmiało stanąć przed Bogiem” (1 Jan 3:20 [B.W.].

Jeśli sami siebie nie osądzimy, nie pozwolimy Duchowi Świętemu, aby pokazał nam nasz wewnętrzny stan, to „jesteśmy sądzeni przez Pana, jesteśmy karceni, abyśmy nie zostali potępieni wraz ze światem” (1 Kor. 11:32). To słowo jest skierowane do osób wierzących, które nie słuchają Ducha Świętego. Paweł w tym samym liście mówi o nich „ ponieważ nadal jesteście ludźmi cielesnymi. Dopóki przecież zazdrość i niezgoda są między wami” (1 Kor. 3:2). Dlatego Bóg zapowiada swoją ingerencję w życie tych ludzi i poddaje ich „karceniu”. Paweł używa tu słowa „παιδευομεθα” [paideuometa], od słówka „paideuo”, które znaczy wychowywać, trenować. Znaczenie tego słowa jest dość szerokie, od „wychowywać dziecko”, do „biczować” („Każę Go więc ubiczować i uwolnię” [Łuk. 23:16]). Więc w zakresie znaczeniowym tego słowa znajdują się różne formy, jakie Bóg używa wobec swoich dzieci. On to czyni z miłości gdyż „Pan bowiem karci tego, kogo kocha, chłoszcze zaś każdego, którego przyjmuje za syna” (Hebr. 12:6). W tym wersecie słówko „paideuei” znaczy karać w celu kształtowania wewnętrznego charakteru dziecka Bożego. Bóg to czyni, ponieważ nie chce, aby Jego dziecko zostało potępione razem ze światem.

Dlatego zastanawiam się, czy ta pandemia, jaką wszyscy przechodzimy, nie jest czymś w rodzaju Bożego sądu nad Kościołem? Może nastaje czas „aby się rozpoczął sąd od domu Boga” (1 Ptr, 4:17).

W najbliższym czasie będę chciał zwrócić uwagę na tę kwestię, gdyż uważam, że w Bożym Kościele nadal obowiązuje ten sam porządek, jaki istniał na początku, gdy ci, którzy uwierzyli w Pana Jezusa „trwali w nauce apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i na modlitwach” (Dz.Ap. 2:42). Obawiam się, że ogłaszanie teraz postów i modlitwy, bez powrotu do „trwania w nauce apostolskiej” jest daremnym wołaniem. Już kiedyś Bóg musiał powiedzieć do swojego ludu: „Jeśli wyciągniecie ręce, to odwrócę od was oczy, nawet jeśli pomnożycie modlitwy, to ich nie wysłucham” (Izaj. 1:15).

Ale o tym później, może po świętach.

Henryk Hukisz