Monday, April 16, 2012

Fundament wiary

Ponad pół wieku temu, wspólnie z ojcem, kopaliśmy dół pod fundamenty naszego domu. To wspomnienie wyryło mi się w pamięci na lata – nie byłem przyzwyczajony do fizycznej harówki, a moje dłonie szybko pokryły się krwawiącymi pęcherzami. Pamiętam, że gdy tylko osiągnęliśmy niewielką głębokość, chciałem rzucić łopatę i uznać pracę za skończoną. Ojciec był jednak nieugięty: „W tym piaszczystym gruncie musimy kopać znacznie głębiej” – powtarzał.

Dziś, patrząc na nasz dom, wiem, że miał rację. Dom stoi stabilnie i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Jego trwałość zawdzięczamy solidnej podstawie – daliśmy szersze ławy i więcej cementu, niż wymagał projekt. Tak na wszelki wypadek.

Najsłynniejszym tekstem biblijnym o fundamentach jest przypowieść, którą Jezus podsumował Kazanie na Górze. Porównał on każdego, kto słucha Jego słów i wprowadza je w czyn, do człowieka budującego na skale. Taki budowniczy nie boi się powodzi ani wichur. Z kolei ten, kto poprzestaje na samym słuchaniu, przypomina kogoś, kto stawia dom bezpośrednio na ziemi. Taka konstrukcja w starciu z żywiołem natychmiast obraca się w ruinę (Łk 6,48-49).

Z fundamentem jest pewien problem: jest niewidoczny. Dla wielu obserwatorów liczy się to, co nad ziemią – estetyka i bryła budynku. Prawda o jakości fundamentu wychodzi na jaw dopiero z czasem. Klasycznym przykładem jest Krzywa Wieża w Pizie – dzwonnica postawiona na grząskim, mulistym gruncie. Choć dziś jest światową atrakcją, to gdyby nie kosztowne akcje ratunkowe i inżynieryjne zabiegi, dawno byłaby już tylko stertą gruzu.

Apostoł Paweł przenosi tę metaforę na grunt naszego życia. Twierdzi jasno: fundamentem jest Chrystus i nie ma innej opcji. Jako „umiejętny architekt” Paweł położył tę podstawę, ale ostrzegał, że każdy z nas musi uważać, jak na niej buduje (1 Kor 3,10-11). Naszym zadaniem jest wybór takich materiałów, które przetrwają próbę ognia.

Wcześniej pisałem o „wierze w wiarę”, ale teraz chcę się skupić na jej fundamencie. Spójrzmy na Abrahama. Bóg kazał mu opuścić rodzinne miasto i ruszyć w nieznane, nie podając nawet adresu docelowego. Abraham musiał wykazać się bezgranicznym zaufaniem. Szukał bowiem „miasta zbudowanego na trwałych fundamentach, którego twórcą jest Bóg” (Hbr 11,10). Dzięki tej postawie stał się „ojcem wierzących” – wzorem wiary praktycznej, wyrażonej konkretnym działaniem.

W nurcie sola scriptura uznajemy Biblię za jedyny fundament naszych przekonań. Wierzymy Słowu, nawet gdy pewne fakty kłócą się z ludzką logiką. Pamiętam z młodości rozmowę mojego ojca ze sceptykiem, który podważał historię Jonasza. Ojciec odpowiedział krótko: „Gdyby w Biblii było napisane, że to Jonasz połknął wieloryba, też bym w to uwierzył”. To jest wiara jako światopogląd.

Jednak istnieje też wiara praktyczna, czyli to, jak żyjemy na co dzień. Apostoł Jakub ostrzegał, że „wiara, jeżeli nie jest potwierdzona uczynkami, jest martwa sama w sobie” (Jk 2,17). Zauważył ironicznie, że demony też wierzą w Boga i drżą ze strachu, ale nic z tego nie wynika. Prawdziwa wiara – taka jak u Abrahama – współdziała z uczynkami i dzięki nim staje się doskonała.

Co jest fundamentem wiary doskonałej? Czy sama znajomość Biblii wystarczy? Znałem wielu ludzi, którzy stali się „rozbitkami wiary”. Samodzielnie wyznaczali sobie cele, wybierali role pastorów czy misjonarzy, podpierając się wyrwanymi z kontekstu wersetami. Szybko okazywało się, że to ich ambicja, a nie Boże powołanie. Musimy pamiętać, że Bóg jest suwerenny – nie możemy Go szantażować wersetami, by spełniał nasze zachcianki.

Fundamentem skutecznego działania jest rozpoznanie woli Bożej. Paweł pisał w Liście do Rzymian o przemianie myślenia: „Nie dostosowujcie się do tego świata, ale dajcie się przemienić przez odnowienie myśli, abyście potrafili rozpoznać, co jest wolą Bożą, co jest dobre, co Mu się podoba i co jest doskonałe” (Rzym 12,2). To coś więcej niż czytanie tekstu; to operacja na naszym umyśle dokonana przez Ducha Świętego. Bez tej przemiany będziemy widzieć tylko litery, a nie Boży plan na nasze życie.

Wzorem doskonałego poddania się woli Ojca pozostaje Jezus w ogrodzie Getsemani: „Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie” (Łk 22,42). Poznanie woli Bożej jest kluczowe, choć bywa trudne, bo często kłóci się z naszym instynktem przetrwania czy logiką.

Doskonale widać to w historii Pawła wracającego do Jerozolimy. Duch Święty ostrzegał go, że czekają go więzy i utrapienia. Gdy prorok Agabos wziął pas Pawła i związał sobie ręce, obrazując nadchodzące prześladowania, uczniowie zaczęli odradzać apostołowi podróż. Mieli dobre intencje, znali fakty, ale nie znali woli Bożej. Paweł natomiast wiedział, że musi tam iść. Jego wiara pozwoliła mu powiedzieć: „Niech się dzieje wola Pana” (Dz 21,14).

Bez solidnego fundamentu – bez osobistego poznania woli Bożej – nasza wiara zachwieje się przy pierwszej poważnej próbie. Potrzebujemy fundamentu, który pozwoli nam ufać Bogu nawet wtedy, gdy Jego plan wydaje się trudny, bolesny, a po ludzku wręcz ryzykowny.

Henryk Hukisz

Thursday, April 12, 2012

Chrześcijański horoskop?

Przed laty, gdy byłem jeszcze młodym człowiekiem, na naszym osiedlu położonym na obrzeżu Poznania, na dobrych kilka lat zakotwiczył cygański tabor. Nie obawialiśmy się kradzieży, gdyż mówiono, że cyganie nie krzywdzą najbliższych sąsiadów. Natomiast, niemalże każdego dnia mogłem spotykać na ulicy cyganki nakłaniające do powróżenia z ręki.
Dziś, w dobie wszechobecnej techniki, przepowiadacze przyszłości posługują się komputerami, internetem, codzienną prasą i wydawnictwami drukowanymi. Niedawno przeczytałem, że w Polsce co siódma osoba korzysta z usług wróżek, horoskopów i innych form objawiania przyszłości. Tę liczbę tworzą zwykli zjadacze chleba, studenci, artyści, biznesmeni, politycy.  Czytamy nieraz, że nawet policja korzysta z tych nadprzyrodzonych usług w poszukiwaniu osób zaginionych. 
Któżby nie chciał znać swojej przyszłości?
Już od dawnych wieków ludzie pragnęli poznawać swoją przyszłość, co czeka ich w nieznanych sytuacjach, jak wojny, kataklizmy i inne zdarzenia. W Biblii znajdziemy wiele odniesień do tej kwestii, które wyrażają opinię Stwórcy na temat poznawania przyszłości - „Nie będziecie zwracać się do tych, którzy wywołują duchy albo wróżą. Nie będziecie zasięgać ich rady, abyście przez nich nie stali się nieczystymi. Ja jestem PANEM, waszym Bogiem” (3 Moj. 19:31).  Stąd, wniosek jest prosty – tylko Bóg zna naszą przyszłość i szukanie wiedzy na jej temat w innym źródle, jest grzechem, kropka. I na tym powinni poprzestawać ludzie, którzy uważają się za chrześcijan. Powiem wprost - pragnienie poznania swojej przyszłości jest odwrotnie proporcjonalne do pokładanego zaufania w Bożą opatrzność.
Nawet przeciętny czytelnik Biblii zna przykład z życia króla Sula, który usunął z kraju wróżbitów i wywołujących duchy (1 Sam. 28:3). Natomiast w sytuacji, gdy Bóg nie odpowiadał na jego pytanie odnośnie Filistynów, król rozkazał: „Poszukajcie mi kobiety wywołującej duchy, do której mógłbym pójść i uzyskać przez nią radę” (w. 7). Wiemy też, ile go to kosztowało, bo „szukał rady także u duchów zmarłych, a nie radził się PANA; dlatego On sprawił, że zginął, a królestwo przekazał Dawidowi, synowi Jessego” (1 Kron. 10:13,14).
Studiując historię świata możemy dowiedzieć się, że ludność starożytnego Babilonu najczęściej posługiwała się wyroczniami czarnoksiężników i wróżbitów. Bóg przedstawił Swoja opinię o tym narodzie Niech przyjdą i niech cię wybawią ci, którzy badają niebiosa, wpatrują się w gwiazdy i przepowiadają na każdy miesiąc, co ma cię spotkać (Izaj. 47:13). 
We wczesnym okresie Kościoła, którego zadaniem było zwiastowanie Bożej prawdy, chrześcijanie zachowywali stanowczą postawę wobec praktyk wróżbiarzy i czarowników. Apostoł Paweł, gdy przybył do Efezu, spotkał tam ludzi, którzy zajmowali się tymi praktykami. W tym przypadku możemy zobaczyć jaką moc ma Ewangelia wobec tych diabelskich praktyk. Czytamy, że wielu spośród tych, którzy uwierzyli, zajmowali się czarnoksięstwem - „Dość liczni z tych, co uprawiali magię, poznosili także księgi i palili je wobec wszystkich. Wartość ich obliczono na pięćdziesiąt tysięcy sztuk srebra. Tak potężnie rosło i umacniało się Słowo Pana” (DzAp. 19:19,20).
Zarówno czarnoksięstwo jaki wróżbiarstwo są praktykami diabelskimi. Wcześniej, gdy Apostoł Paweł był w Filippi, pojawiła się tam dziewczynka, która przeszkadzała w zwiastowaniu Ewangelii, chociaż to co mówiła, mogło być odebrane jako prawdziwe świadectwo o Apostole. Czytamy, że Paweł, służąc w mocy Ducha Świętego, rozpoznał demoniczne źródło tych słów i rzekł: „Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł. I w tej chwili wyszedł” (DzAp. 16:18).
W nauczaniu apostolskim znajdujemy wyraźne rozpoznanie, jakiej natury są tego rodzaju praktyki. Apostoł Paweł pouczał wierzących w zborach Galacji: „Znane są uczynki, jakie rodzą się z ciała. Są nimi: cudzołóstwo, nieczystość, wyuzdanie, bałwochwalstwo, magia, (...)” (Gal. 5:19,20). Takie są naturalne przejawy cielesnego zachowania, nie poddanego Duchowi Świętemu. Dlatego osoby uległe prowadzeniu Ducha, powinni jednoznacznie reagować na tego rodzaju przejawy działania mocy ciemności. Nie ma tu miejsca na szarą strefę, dowolnego odnoszenia się do tego rodzaju zjawisk według własnego uznania.
Dlaczego o tym piszę? Spotkałem się w swoim życiu i nadal się spotykam w zborach ewangelicznych ze zjawiskiem przepowiadania zdarzeń jak i przyszłości osób wierzących. Pamiętam szczególne zdarzenie sprzed wielu laty, gdy byliśmy na zborowym wyjeździe z młodzieżą i  była wśród nas osoba niewidoma. Nie wiadomo skąd, nagle odwiedził nas pewien zagraniczny kaznodzieja, który natychmiast zareagował na widok kaleki. Wypowiedział prorocze zdanie, składające się z siedmiu słów, co odebrał jako Boży znak, że na jego modlitwę, niewidomy przejrzy. A gdy tego wieczoru nic takiego się nie zdarzyło, prorok wcześnie rano, bez pożegnania i słowa wyjaśnienia, wyjechał.
Mógłbym przytoczyć więcej podobnych zdarzeń z mojej ponad pięćdziesięcioletniej służby w Bożym Królestwie. Wiem, że osoby czytające to rozważanie, mogłyby dodać podobne świadectwa.
Odwołam się jeszcze do jednego przykładu. Znów niezapowiedziana wizyta, tym razem kaznodziei, który pojawił się w poznańskim Zborze w czasie, gdy byłem pastorem. My Polacy mamy słabość do gości zagranicznych i często pozwalamy im nauczać, bez wcześniejszego rozeznania, kim są i co przynoszą. Ten gość, w czasie zwiastowania, zaczął wyznaczać ludzi do różnych służb, przepowiadając ich przyszłość. Było to coś w rodzaju: „ten brat w niebieskiej koszuli, będzie...”, albo: „ta siostra w zielonej bluzce...” i tak dalej. Zrobiłem wówczas coś, co zaskoczyło wielu zgromadzonych - przerwałem tłumaczenie i poprosiłem o zakończenie kazania. Oczywiście, później wyjaśniłem zaskoczonym słuchaczom moją decyzję, gdy się okazało, że ten niespodziewany gość, po prostu, okłamał mnie, gdy zapytałem go wcześniej, czy nie jest przypadkiem absolwentem znanej wówczas tzw. "szkoły wiary" w Uppsali. Swoją drogą, jeśli Duch Święty, jak zapewniał kaznodzieja, objawił mu to, co mówił, dlaczego nie powiedział mu, jakie imiona mają te osoby?
Uważam, że podciąganie takich praktyk pod dar prorokowania jest zwykłym przekrętem. Wierzę w dary Ducha Świętego i w to, że On jest nadal obecny w Kościele. Tylko, że takie praktyki, nie mają nic wspólnego z darem Ducha Świętego. O tym darze możemy przeczytać w Nowym Testamencie. W zborze korynckim, gdzie nie brakowało żadnego z darów, były problemy z darami innych języków i z prorokowaniem. Apostoł Paweł w liście do tego zboru poświęcił sporo uwagi tej właśnie kwestii, aby uporządkować praktykowanie tych darów.
Dary Ducha Świętego służą budowaniu zboru. Czytamy, że należy usilnie starać się o to, co buduje. Temu mają służyć dary, między innymi prorokowanie. „Ten natomiast, kto prorokuje, mówi do ludzi ku zbudowaniu i zachęcie, i pocieszeniu. Ten, kto mówi językami, samego siebie buduje, kto zaś prorokuje, buduje Kościół” (1 Kor. 14:3,4).  Widzimy tu wyraźnie, że dar prorokowania służy nie do przepowiadania przyszłości, lecz do „budowania, zachęcania i pocieszania” Kościoła.
Jezus Chrystus, pojawił się na ziemi również jako Prorok. Wraz z przyjściem Syna Bożego na świat, Bóg wykonał ostatni etap Swojego planu. Autor listu do Hebrajczyków informuje nas, że „Bóg, który dawniej wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał do ojców przez proroków, w tych ostatnich dniach przemówił od nas przez Syna” (Hebr. 1:1,2a). Był czas, gdy Bóg przemawiał przez proroków. Ich służba odgrywała wielką rolę w objawianiu Bożej woli narodowi wybranemu. Oni też zapowiadali kolejny, ostatni punkt Bożego planu odkupienia ludzkości przez ofiarowanie Chrystusa, jako Bożego Baranka. Jak czytamy, „w tych ostatnich dniach”, co znaczy, że to co Bóg powiedział przez Syna, jest Jego ostatnim Słowem. Jezus, oddając ducha na krzyżu, słowem „wykonało się” potwierdził, że Boży plan zbawienia został spełniony.
Teraz w Kościele, pod zarządem Głowy, którą jest Jezus Chrystus, wszystko dzieje się na nowych zasadach. Prorocza zapowiedź z czasów Izajasza - „Duch Pana nade mną, dlatego namaścił mnie, abym zwiastował ubogim Dobrą Nowinę. Posłał mnie, abym głosił więźniom uwolnienie i niewidomym przejrzenie, abym uciśnionych wypuścił na wolność” została wypełniona. Teraz nastał  „rok miłosierdzia Pana” (Łuk. 4:18,19).
Dlatego Apostoł Paweł naucza, że Chrystus ustanowił w zborze Pańskim „jednych apostołami, innych prorokami, innych głosicielami Dobrej Nowiny, jeszcze innych pasterzami i nauczycielami” (Efez. 4:11).  I tu mamy znów proroków, których rola polega na „budowaniu, zachęcaniu i pocieszaniu” wierzących, wraz z innymi sługami. Ich zadanie polega na tym, „aby uzdolnić świętych do dzieła służby, do budowania Ciała Chrystusa”  (w. 12).
Nie spotkałem w Biblii, aby w zborach nowotestamentowych prorocy zajmowali się przepowiadaniem życiorysów osób wierzących. Natomiast niedawno usłyszałem, że młodej osobie zaraz po nawróceniu, prorok przepowiedział, że założy kilkaset zborów (!).
Jaka jest odpowiedzialność takich proroków? Kilkanaście lat temu słyszałem na własne uszy, że jeden z naszych pastorów zostanie następnym „naczelnym” w Polsce. Tak się nie stało, i jaką odpowiedzialność poniósł prorok? Żadną, bo zniknął gdzieś za granicą. Dlatego Paweł, pouczając Koryntian odnośnie służby proroków, powiedział: „Prorocy natomiast, dwóch albo trzech, niech mówią, a inni niech to rozpoznają” (1 Kor. 14:29).  Gdzie są dziś ci, którzy mają rozpoznawać, czy takie prorokowania są prawdziwe? Najczęściej, jeśli nawet odważą się to uczynić, zostaną potraktowani jako "gaszący Ducha".

Kościół otrzymał natchnione Słowo Boże w całości. Biblia, jako Boże Słowo, jako księga spisana, jest zamknięta. Pan Jezus objawił Janowi, że "Jeśli ktoś doda coś do nich, to Bóg doda mu plag opisanych w tej księdze" (Obj. 22:18). W Biblii są zawarte wszystkie wskazówki i napomnienia dotyczące życia ludu Bożego. Członkowie Kościoła tym się różnią od członków narodu wybranego, że posiadają w sercach dar Ducha Świętego. On, jak zapowiedział Pan Jezus, "nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem" (Jan 14:26). Poszukiwanie czegoś więcej, niż powiedział Pan Jezus, jest niebezpieczne, gdyż może jedynie zwieść na manowce. 


Zaraz zaraz, mówią zwolennicy proroków wyszkolonych w specjalnych szkołach - to dlaczego byli potrzebni prorocy w pierwszych wiekach? Odpowiedź jest prosta - bo nie było spisanego Słowa Bożego, które nazywamy dzisiaj Nowym Testamentem, który zawiera naukę apostolską. Ten sam Duch Święty, który natchnął pisarzy ksiąg nowotestamentowych, mieszkając w sercach nowonarodzonych dzieci Bożych, przypomina wszystko, co zostało już objawione Kościołowi. Skoro zwiastowane Słowo Boże przez apostołów, miało moc zbawiać ludzi, to powinno i nam wystarczyć do zbawienia. Wszystko inne, co zostało dopowiedziane przez współczesnych proroków, nie służy zbudowaniu. Widzimy natomiast wyraźnie, że te współczesne "nowe przepowiednie", służą jedynie podziałom w Kościele. Ale to jest już inny temat.
Henryk Hukisz

Monday, April 9, 2012

Wyznanie setnika

Gdy mija czas świąteczny, zwykle mówimy: „Święta, święta i po świętach”. To potoczne powiedzenie oznacza, że pora już wrócić do codziennych obowiązków. Chciałbym jednak postawić ważne pytanie: co zrobiliśmy z tym, co usłyszeliśmy w tym szczególnym czasie? Chodzi mi o nasz odbiór przesłania Słowa Bożego, które Bóg skierował do nas – czy to poprzez zwiastowanie w zborze, czy przez osobistą lekturę Biblii.

Z pewnością podczas minionych świąt uczestniczyliśmy w nabożeństwach wielkopiątkowych lub przynajmniej w niedzieli wielkanocnej. Osobiście w tym okresie przyjąłem kilka wspaniałych myśli, które głęboko mnie poruszyły. Chcę podzielić się z Wami refleksjami poświątecznymi, które zrodziły się zarówno pod wpływem wysłuchanych kazań, jak i po przejrzeniu różnych komentarzy w mediach społecznościowych.

Świadek z Golgoty

Rozpocznę od postaci setnika, który stał na Golgocie i obserwował przebieg ukrzyżowania Chrystusa. Dobrze znamy jego reakcję na śmierć Syna Bożego: „A widząc to setnik, który stał naprzeciwko niego, że tak oddał ducha, rzekł: Zaprawdę, ten człowiek był Synem Bożym” (Mk 15:39). Wielu z nas zadaje sobie pytanie: co ten zaprawiony w boju rzymski żołnierz zobaczył w Chrystusie, że wydał tak niezwykłe świadectwo?

Setnicy byli zawodowcami, budującymi karierę w krwawych walkach z wrogami Imperium. Prawie codziennie ocierali się o śmierć, więc jej widok nie robił na nich większego wrażenia. Dzięki ogromnemu doświadczeniu cieszyli się pełnym zaufaniem dowództwa. Mieli władzę podejmowania samodzielnych decyzji, które były bezdyskusyjnie wykonywane przez podległy im oddział stu żołnierzy. Setnik na Golgocie miał obowiązek dopilnować egzekucji i oficjalnie stwierdzić zgon skazańców. Im szybciej umierali, tym wcześniej mógł wrócić do domu – to dlatego łamano nogi ukrzyżowanym, by przyspieszyć ich śmierć.

Nowy Testament przedstawia nam kilku setników. Pierwszego spotykamy w Kafarnaum, gdy prosi Jezusa o uzdrowienie cierpiącego sługi. Pamiętamy jego reakcję na słowa Jezusa: „Przyjdę i uzdrowię go” (Mt 8:7). Jego wiara zadziwiła samego Chrystusa, który stwierdził, że nawet w Izraelu nie spotkał kogoś o tak wielkiej ufności.

Kolejny to właśnie ten spod krzyża. Rzymski żołnierz miał odwagę głośno wypowiedzieć opinię o skazańcu pochodzącym z narodu wrogiego Rzymowi. To, co powiedział, nie było jedynie efektem emocji wywołanych widokiem niewinnego, spokojnie umierającego człowieka. On musiał dostrzec w tym skazańcu coś znacznie głębszego.

Moc słowa i postawy

Chrystus swoją postawą i słowami zawsze wywoływał albo podziw, albo strach. Jedni mówili o Nim, że „uczył ich jako moc mający, a nie jak ich uczeni w Piśmie” (Mt 7:29). Inni, wysłani, by Go pojmać, wracali z pustymi rękami, wyznając z przerażeniem: „Nigdy jeszcze człowiek tak nie przemawiał, jak ten człowiek mówi” (Jn 7:46).

Następnego setnika spotykamy w Dziejach Apostolskich i znamy nawet jego imię – Korneliusz. Stacjonował w Cezarei, gdzie znajdował się główny garnizon wojskowy. Nie wiemy, skąd pochodził, ani dlaczego Łukasz od razu przedstawił go w tak pozytywnym świetle: jako człowieka „pobożnego i bogobojnego wraz z całym domem swoim, dającego hojne jałmużny ludowi i nieustannie modlącego się do Boga” (Dz 10:2). Można przypuszczać – i jest to moja osobista intuicja – że był to ten sam człowiek, który stał pod krzyżem. Dlaczego tak myślę? Ponieważ spotkanie z Chrystusem zawsze owocuje radykalną zmianą życia, zwłaszcza po tak niezwykłym wyznaniu.

Podobny kontrast widzimy u łotrów konających obok Jezusa. Jeden z nich urągał Mu: „Ratuj siebie i nas” (Łk 23:39). Drugi prosił pokornie: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy wejdziesz do Królestwa swego” (w. 42). Reakcja na śmierć Chrystusa zawsze jest dwojaka: albo odrzucenie i niewiara, albo przyjęcie Go z ufnością.

Współczesne głosy

Obserwowałem ostatnio dyskusję na profilu jednego z moich przyjaciół na Facebooku. Skoro wpisy są publiczne, pozwolę sobie na ich skomentowanie. Moją uwagę przykuł komentarz człowieka, który niegdyś podawał się za naśladowcę Chrystusa, lecz uznał, że nowotestamentowe fakty to „bzdura wymyślona w głowach chrześcijan”. Teraz kpi z wierzących i twierdzi, że biblijne wydarzenia nie są prawdziwe.

To przykład postawy podobnej do pierwszego złoczyńcy z krzyża. Nasuwa mi się tu refleksja: jak ocenić kogoś, kto po dwóch tysiącach lat uważa się za lepszego znawcę faktów niż naoczni świadkowie tamtych wydarzeń? Gdybym go spotkał, powiedziałbym mu wprost: „Nie wierzysz w Boga, bo sam postawiłeś siebie w Jego miejscu”. Świadczą o tym jego własne słowa: „Wierzę w to, że nastanie dzień, kiedy ogromna część ludzkości (...) zrozumie, że świat niematerialny istnieje tylko w mózgach zwiedzionych nieszczęśników”. Swoją tyradę kończy stwierdzeniem: „Bóg nie istnieje”. W domyśle należałoby dodać: „Ja istnieję i to ja mam rację”.

Spotkanie z Jezusem zawsze wymusza decyzję: albo wejście przez ciasną bramę na „wąską drogę, która prowadzi do żywota” (Mt 7:14), albo pozostanie na „przestronnej drodze, która wiedzie na zatracenie” (w. 13). Nie ma trzeciej drogi, choć wielu sądzi, że można zachować neutralność. Nawet Piłat, umywając ręce, musiał zadać pytanie: „Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego zowią Chrystusem?” (Mt 27:22).

Zaufanie wbrew wszystkiemu

Kolejna poświąteczna refleksja dotyczy słów Marty, siostry Łazarza. Powitała ona Jezusa z wyrzutem, gdy Ten w końcu przybył do Betanii: „Panie! Gdybyś tu był, nie byłby umarł brat mój” (Jn 11:21). Jak często nasza ufność do Boga wygląda podobnie? Czy mamy pretensje do Pana, któremu powierzyliśmy życie, gdy On postanawia zrobić coś „po swojemu”? Sprawdzianem prawdziwej wiary jest sytuacja, w której sprawy toczą się zupełnie inaczej, niż planowaliśmy.

Potrafimy sprawnie znajdować biblijne uzasadnienia, by domagać się od Boga realizacji naszych planów. Marta znała Pisma, miała swoją poprawną teologicznie koncepcję zmartwychwstania, a mimo to w tamtym momencie nie ufała Panu w pełni. Historia z domu Łazarza powinna nas zachęcać do całkowitego oddania się Bogu – nawet wtedy, gdy nasz plan już od kilku dni „cuchnie”. Jeśli naszym celem będzie to, „aby Syn Boży był przez to uwielbiony” (Jn 11:4), nic nie zdoła pokrzyżować Bożych zamierzeń.

Mimo że święta dobiegły końca, Bóg nadal działa z tą samą mocą. Jezus niezmiennie powtarza: „Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (Jn 11:25). Gdyby Pan Jezus zapytał dziś każdego z nas osobiście: „Czy wierzysz w to?”, co byśmy Mu odpowiedzieli?
Henryk Hukisz

Friday, April 6, 2012

Po osiemkroć błogosławiony

 W naszym paszporcie do Królestwa Niebios wymagane jest posiadanie ośmiu pieczątek potwierdzających zdobycie uprawnień do wszystkich błogosławieństw. Pan Jezus, ogłaszając na początku Swej działalności „Konstytucję Bożego Królestwa”, określił reguły wejścia do niego. „Albowiem powiadam wam: Jeśli sprawiedliwość wasza nie będzie obfitsza niż sprawiedliwość uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mat. 5:20). 

Polskich obywateli przebywających na terenie Stanów Zjednoczonych obowiązuje prawo tego państwa. Dlatego, aby legalnie wjechać do tego kraju, należy spełnić obowiązek posiadania odpowiedniej pieczęci w paszporcie. Bez niej, pozostaje się nielegalnym imigrantem. Wiem, że niektórzy tak robią, lecz sam fakt, że zdecydowali sie bezprawnie wjechać, nie usprawiedliwia tego czynu. Nie o tym jednak chcę teraz pisać, może innym razem.
Czy prawo łaski zwalnia kogokolwiek ze spełniania wymogów o jakich mówił Jezus Chrystus w Kazaniu na Górze? Aby nie było nieporozumienia, już na samym początku Jezus powiedział: „Nie mniemajcie, że przyszedłem rozwiązać zakon albo proroków; nie przyszedłem rozwiązać, lecz wypełnić. Bo zaprawdę powiadam wam: Dopóki nie przeminie niebo i ziemia, ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminie z zakonu, aż wszystko to się stanie” (Mat. 5:17,18).   Z pewnością zauważyliśmy, że ani niebo, ani ziemia jeszcze nie przeminęły, więc stąd wynika, że nadal nas obowiązuje Boże prawo, zwane Zakonem. Aby nie wywoływać niepotrzebnej dyskusji, oświadczam z całą stanowczością, że nasze zbawienie jest darem łaski Bożej, jak to zdecydowanie stwierdził apostoł Paweł - „nie z uczynków, aby się kto nie chlubił” (Efez. 2:9). Lecz, jak napisał dalej, zostaliśmy „stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili” (w. 10).
Nie ma większego błędu, jak twierdzenie, że Jezus wypełnił zakon za nas, i zwolnił nas z jego wymogów. Przecież wiemy dobrze, że Chrystus wzywał wszystkich: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mat. 11:28). I znów, aby ktoś nie pomyślał, że „ukojenie” polega na „nie czynieniu”, czytamy dalej w Chrystusowym zaproszeniu: „Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie” (w. 29, 30). 
O tym jarzmie chciałbym teraz napisać nieco więcej. Uważam, że Chrystus wypełniał w Swoim życiu na ziemi wszystkie warunki błogosławieństw, o których mówił na początku tego kazania. Pamiętajmy, że On niczego nie nauczał, czego sam nie uczynił. Tak samo jak nie musiał przyjąć chrztu z rąk Jana Chrzciciela, nie musiał uczyć się posłuszeństwa, gdyż był jego wzorem. A jednak zrobił to, aby wskazać nam drogę. Autor listu do rozproszonych Żydów napisał o Chrystusie: „Za dni swego życia w ciele zanosił On z wielkim wołaniem i ze łzami modlitwy i błagania do tego, który go mógł wybawić od śmierci, i dla bogobojności został wysłuchany; i chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał, a osiągnąwszy pełnię doskonałości, stał się dla wszystkich, którzy mu są posłuszni, sprawcą zbawienia wiecznego” (Hebr. 5:7-9).
Tak więc, Chrystus stał się dla nas wzorem postępowania, abyśmy naśladując Go, mogli mieć pewność, iż jesteśmy obywatelami Królestwa Bożego.  
Po pierwszebłogosławieni ubodzy w duchu.
Chrystus - „który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej” (Filip. 2:6-8).
Ta postawa Chrytstusa mówi nam wprost – „I nie czyńcie nic z kłótliwości ani przez wzgląd na próżną chwałę, lecz w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie. Niechaj każdy baczy nie tylko na to, co jego, lecz i na to, co cudze” (ww. 3,4).
Po drugiebłogosławieni, którzy się smucą.
Jezus udał się na Górę Oliwną, aby sie modlić. „Smętna jest dusza moja aż do śmierci; pozostańcie tu i czuwajcie ze mną” (Mat. 26:38).
Dzięki temu, że Jezus uległ całkowicie woli Ojca, otrzymaliśmy najlepszego Pocieszyciela – „Ale że wam to powiedziałem, smutek napełnił serce wasze. Lecz ja wam mówię prawdę: Lepiej dla was, żebym ja odszedł. Bo jeśli nie odejdę, Pocieszyciel do was nie przyjdzie, jeśli zaś odejdę, poślę go do was” (Jan 16:6,7).
Po trzeciebłogosławieni cisi.
O Chrystusie mówił prorok Izajasz – „Znęcano się nad nim, lecz on znosił to w pokorze i nie otworzył swoich ust, jak jagnię na rzeź prowadzone i jak owca przed tymi, którzy ją strzygą, zamilkł i nie otworzył swoich ust” (Izaj. 53:7).
Chrystus milczał przed panem tego świata, w rezultacie otrzymaliśmy największe dziedzictwo, życie wieczne. Jezus uwielbił Ojca w szczególny sposób -  „uwielbij Syna swego, aby Syn uwielbił ciebie; jak mu dałeś władzę nad wszelkim ciałem, aby dał żywot wieczny tym wszystkim, których mu dałeś” (Jan 17:1,2).
Po czwarte - błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości.
Chrystus bardzo pragnął darować swoją sprawiedliwość tym, którzy uwierzą. To było celem Jego przyjścia – „Teraz dusza moja jest zatrwożona, i cóż powiem? Ojcze, wybaw mnie teraz od tej godziny? Przecież dlatego przyszedłem na tę godzinę” (Jan 12:27). 
Zakon wymaga sprawiedliwego postępowania, w Chrystusie staje się to możliwe – „myśmy w Chrystusa Jezusa uwierzyli, abyśmy zostali usprawiedliwieni z wiary w Chrystusa, a nie z uczynków zakonu, ponieważ z uczynków zakonu nie będzie usprawiedliwiony żaden człowiek” (Gal. 2:16).
Po piąte - błogosławieni miłosierni.
W największej agoni, będąc umęczony do granicy wytrzymałości ludzkiej, Jezus wyrzekł: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią(Łuk. 23:34).
Piotr, który widział Jezusa umierającego na krzyżu, poznał prawdziwe oblicze miłości, dlatego pisał – „Nade wszystko miejcie gorliwą miłość jedni ku drugim, gdyż miłość zakrywa mnóstwo grzechów” (1 Ptr. 4:8).
Po szóste - błogosławieni czystego serca.
Gdy przyprowadzono grzesznicę do Jezusa, aby Go kusić, On rzekł: „Ja cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz” (Jan 8:11).
Wielu z nas uczyniłoby to samo, co oskarżyciele tej niewiasty, lecz teraz nasze serca zosotały oczyszczone gdyż zostaliśmy – „obmyci, uświęceni, i usprawiedliwieni w imieniu Pana Jezusa Chrystusa i w Duchu Boga naszego” (1 Kor. 6:11).
Po siódme - błogosławieni pokój czyniący.
Chrystus „z sobą pojednał wszystko, uczyniwszy pokój przez krew krzyża jego; przezeń, mówię, tak to, co jest na ziemi, jako i to, co jest na niebiesiech” (Kol. 1:20 [BG]).
Dziedzictwo pokoju z Bogiem otrzymaliśmy wszyscy – „Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa, dzięki któremu też mamy dostęp przez wiarę do tej łaski, w której stoimy, i chlubimy się nadzieją chwały Bożej” (Rzym. 5:1,2).
Po ósme - błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie.
O Jezusie przepowiadali prorocy – „Wzgardzony był i opuszczony przez ludzi, mąż boleści, doświadczony w cierpieniu jak ten, przed którym zakrywa się twarz, wzgardzony tak, że nie zważaliśmy na Niego” (Izaj. 53:3).
Piotr wiedział, że ta starotestamentowa obietnica dotyczy nas, dlatego pisał do wierzących – „On grzechy nasze sam na ciele swoim poniósł na drzewo, abyśmy, obumarłszy grzechom, dla sprawiedliwości żyli; jego sińce uleczyły was” (1 Ptr. 2:24).
To wszystko mamy w Chrystusie, który przyszedł aby wypełnić wymagania zakonu, wprowadzając nas na Swoją drogę do Ojca, na której my również wypełniamy te same wymagania. Bez cudu narodzenia się na nowo, nie byłoby to możliwe. 

Dlatego jedynie Bogu należy się chwała, za możliwość spełniania dobrych uczynków, do których On nas przeznaczył.
Henryk Hukisz

Błogosławione cierpienie


„Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie z powodu sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.” (Mat. 5:10) 
Cierpienie uszlachetnia – mówi dość popularne powiedzenie. I chociaż zdania na ten temat są podzielone, to jednak większość ludzi, którzy doznali w swoim życiu bólu, przeżyli coś w rodzaju osobistej transformacji, zmienili swoje nastawienie do siebie i do innych. Mogłem poznać osobiście jak wielki wpływ ma cierpienie na wiele spraw w  życiu, gdy zacząłem pokonywać skutki nowotworu w swoim ciele. Aby  utrwalić te przeżycia i móc dzielić się ich efektami z innymi, zacząłem pisać osobisty pamiętnik.
Oto krótki fragment ze wstępu:
„Kilka dni temu otrzymałem w prezencie urodzinowym książkę - “When Life Is Hard”, która jest osobistym świadectwem James’a McDonalda, pastora Harvest Bible Chapel w Rolling Meadows. Opisuje w niej, jak Bóg prowadził go przez podobne doświadczenie. Jej treść zachęca do studiowania Biblii w szczególnym czasie, gdy przechodzi się przez trudne momenty życia. Tego właśnie potrzebowałem najbardziej, aby uczyć się na nowo jak ufać Ojcu Niebieskiemu, gdy życie przynosi więcej cierpienia niż radości.
W tej sytuacji, nowego znaczenia nabrały słowa z Psalmu o moim Pasterzu - “Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną, laska twoja i kij twój mnie pocieszają” (Ps 23:4). W języku angielskim użyte jest wyrażenie “doliną cienia śmierci”, i to wskazuje dobitnie na sytuację w jakiej się znalazłem. Wprawdzie “cień śmierci” towarzyszy nam stale od chwili narodzenia, lecz nie zawsze tak wyraźnie odczuwamy jego realność, co dla mnie teraz stało się codziennością.
To jest niesamowite, gdy widzę jak Bóg układa puzzle mojego życia w piękną całość. Teraz, gdy spędzam większość czasu w poczekalniach różnych klinik, gdy widzę wokoło siebie ludzi, którzy znajdują się w różnych stadiach chemioterapii i radioterapii, gdy mam okazję rozmawiać z wieloma osobami o tym, jak oni przechodzą przez swoją “dolinę cienia śmierci” wiem, że nie dzieje się to przypadkowo, lecz jest sposobnością daną od Boga. To co dzieje wokoło mnie i to, w czym osobiście uczestniczę, jest częścią Bożego planu jaki On ma dla mnie. Pewna pani, którą spotykałem często w poczekalni jednej z klinik, gdy rozmawialiśmy o tym jak znosi swoje doświadczenie, mówiła: “Uważam się za wybraną przez Boga w celu niesienia pocieszenie dla innych, którzy znajdą się w podobnej sytuacji”.
Wśród wielu urodzinowych życzeń jakie ostatnio otrzymałem, kilkakrotnie powtórzył się werset – „Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was - mówi Pan - myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją” (Jer. 29:11).
Bóg nieustannie myśli o nas, On myśli i o mnie i Jego myśli wskazują na to, że ma jakiś plan dla mnie na kolejne lata mojego życia na tej ziemi. Wiem, że te doświadczenia jakie wynoszę ze swojego życia powinienem wykorzystać dla dobra bliźnich w Bożym Królestwie. Zdaję sobie sprawę z tego, że do tego potrzebne będzie odpowiednie przygotowanie, dlatego Bóg ma również wstępny plan przygotowujący mnie do tego głównego zadania.
W tej sytuacji, szczególnego znaczenia nabierają słowa z Listu do Hebrajczyków o karceniu syna przez miłującego Ojca. Bóg ma na uwadze poddanie mnie procesowi kształtowania, aby uzyskać w efekcie lepszego sługę. Zawsze tego chciałem, lecz nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaki sposób wybierze dla mnie Bóg. Chrystus, który doskonale zna Ojca, zapewnia, że Ojciec niebieski daje Swoim dzieciom tylko to, co jest dobre. Czy potrafię teraz szczerze Go wielbić za wszystko, co ma dla mnie?”
Jezus powiedział, że w Bożym Królestwie błogosławieństwem jest cierpienie prześladowań dla sprawiedliwości. Taka prezentacja życia nie jest zbyt zachęcającym zaproszeniem do „lepszego życia”. Nie rozumiem wielu tzw. „ewangelistów”, którzy nakłaniają ludzi do przyjęcia zbawienia, obiecując w imieniu Chrystusa, sielankowe życie, bez problemów, smutku i cierpienia. Nic dziwnego, że wielu, którzy dają się namówić na takie obietnice, gdy spotka ich niepowodzenie i cierpienie, odchodzą rozczarowani i zawiedzeni.
Czy można zrozumieć słowa Apostoła Jakuba, który przekonuje wierzących: „Poczytujcie to sobie za najwyższą radość, bracia moi, gdy rozmaite próby przechodzicie.” (Jak. 1:2) , gdyby Jezus nie mówił o cierpieniu i próbach, jakie czekają Jego naśladowców? Radością jest już sama droga, którą idzie się przez cierpienia, a błogosławieństwem jest wytrwanie na niej do końca. Prorocy i bohaterowie wiary Starego Testamentu zostawili nam przykłady, które zachęcają lepiej niż najśmielsze słowa. „Oto za błogosławionych uważamy tych, którzy wytrwali. Słyszeliście o wytrwałości Joba i oglądaliście zakończenie, które zgotował Pan, bo wielce litościwy i miłosierny jest Pan.” (Jak. 5:11)
Osobiście, jak daleko potrafię wrócić pamięcią wstecz, zawsze miałem trudność zapamiętania treści Księgo Hioba. Miałem ogólne pojęcie o tym Bożym cierpiętniku i niebywałej wytrwałości, która została sowicie nagrodzona. Dopiero teraz, gdy czytałem tę księgę na nowo, zrozumiałem dużo lepiej. Zobaczyłem, że ani sędziwi przyjaciele siedzący w milczeniu siedem dni i siedem nocy, ani młody przemądrzały Elihu, nie byli w stanie, ani zrozumieć cierpiącego Hioba, ani też mu pomóc. Dopiero sam Bóg, osobiście rozjaśnił mu Swój plan, wskazując na odwieczne, niezachwiane fundamenty, na których postawione jest Boże Królestwo. Jest to jedyna rzeczywistość, niezależna od tego, przez co człowiek przechodzi, która jedynie ostoi się i w niej można pokładać całkowite zaufanie na Bogu.  
Hiob podsumowuje swoje poznanie Boga, jakie otrzymał w cierpieniu i niewyobrażalnym bólu słowami: „Wiem, że Ty możesz wszystko i że żaden twój zamysł nie jest dla ciebie niewykonalny.” (Hiob 42:2)  Gdy żył w dobrobycie i powszechnie rozumianym szczęściu, miał jedynie ogólne poznanie Boga. Dopiero teraz mógł powiedzieć z pełnym przekonaniem: „Tylko ze słyszenia wiedziałem o tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię.” (w. 5) 
Nic w tym życiu nie jest trwałe, wszystko przemija jak zwiędnięta trawa i jej opadły kwiat. Słowo Boże trwa i ono daje siłę do trwania w cierpieniu, nawet największym, jakiego normalnie nigdy byśmy nie znieśli.
Apostoł Piotr, który wcześniej zapewniał o swojej gotowości pójścia w ogień za Chrystusem, nie wiedział, że nie ma w sobie wystarczająco sił, aby przyznać się do znajomości Pana, będąc zapytany o to przez dziewczynę przy ognisku. Doświadczony niejednym cierpieniem, prześladowany prawie w wymiarze każdego dnia, napisał do rozproszonych braci w Panu: „Na to bowiem powołani jesteście, gdyż i Chrystus cierpiał za was, zostawiając wam przykład, abyście wstępowali w jego ślady; On grzechu nie popełnił ani nie znaleziono zdrady w ustach jego; On, gdy mu złorzeczono, nie odpowiadał złorzeczeniem, gdy cierpiał, nie groził, lecz poruczał sprawę temu, który sprawiedliwie sądzi.” (1 Ptr. 2:21-23)
Dzięki Bogu za to uszlachetniające działanie cierpienia!
Henryk Hukisz

Thursday, April 5, 2012

Błogosławiony pokój

 „Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani.” (Mat. 5:9) 
Wśród najbardziej popularnych życzeń jakie składamy naszym najbliższym, jest życzenie pokoju. Oczywiście, mamy na uwadze, pokój wewnętrzny, nie ten, o jakim codziennie mówi się w świecie. Jezus został nazwany Księciem Pokoju, jedynie On może dać prawdziwy pokój, co też uczynił zaraz po zmartwychwstaniu, gdy spotkał się ze swoimi uczniami. Tego samego dnia, wieczorem , gdy uczniowie pełni obaw o swój dalszy los, zamknęli sie przed Żydami w wieczerniku, Jezus „stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam!” (Jan 20:19)
Słowo użyte przez Jezusa w Kazaniu na Górze, w języku greckim brzmi „eirenopoioi”. Zostało utworzone ze słów „eirene” - znaczy „pokój”, oraz „poieo”, oznaczającego „czynić” i występuje tylko w tym zdaniu. Podobną formę gramtyczną możemy spotkać w zdaniu użytym przez Apostoła Pawła, gdy opisuje Chrystusa, jako Głowę Kościoła, który jest „jest początkiem, pierworodnym z umarłych, aby we wszystkim był pierwszy, ponieważ upodobał sobie Bóg, żeby w nim zamieszkała cała pełnia boskości.” (Kol. 1:18,19)  On, to jest Chrystus, dokonał jedynego w swoim rodzaju dzieła na ziemi, które obejmuje swym zasięgiem całą ludzkość. Zgodnie z upodobaniem Boga, Chrystus „z sobą pojednał wszystko, uczyniwszy pokój przez krew krzyża jego; przezeń, mówię, tak to, co jest na ziemi, jako i to, co jest na niebiesiech.” (Kol. 1:20 [BG])
Bóg zawsze miał pokojowe myśli o człowieku.  Prorok Jeremiasz zapewniał, i to w momencie szczególnie niespokojnym, że Bóg nie przestaje opiekować się Izraelem. Gdy wszyscy inni prorocy mówili kłamliwie, że naród nie ulegnie królowi babilońskiemu, Jeremiasz zapewniał w imieniu Boga: „Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was - mówi Pan - myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją.” (Jer. 29:11)  I chociaż poszli do niewoli na siedemdziesiąt lat, Bóg o nich nie zapomniał.
Dlatego Jezus mówił otwarcie o pokoju, jaki On czyni, zarówno pomiedzy człowiekiem i Bogiem, jak i wśród ludzi, którzy wejdą do Królestwa Niebieskiego. Aniołowie z nieba nie mogli się doczekać, aby zwiastować nastanie prawdziwego pokoju i już na polach betlejemskich ogłaszali: „Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom, w których ma upodobanie.” (Łuk. 2:14)  Jezus, zaraz gdy tylko powołał pierwszych uczniów, wysłał ich na szczególną misję, mówiąc – „A gdy do jakiegoś domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój domowi temu. A jeśli tam będzie syn pokoju, spocznie na nim pokój wasz, a jeśli nie, wróci do was.” (Łuk. 10:5,6) 
Ta szczególna misja niesienia pokoju do ludzi i pozostawiania go w ich domach i sercach, jest głównym zadaniem Kościoła, Ciała Chrystusowego. Jezus, odchodząc do Ojca, nie pozostawił uczniów bez możliwiości czynienia pokoju na Boży sposób. Dlatego zostawił im obietnicę Pocieszyciela, Ducha Świętego, który w pełni zastąpi Chrystusa w niesieniu pokoju. Jezus powiedział: „Lecz Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w imieniu moim, nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem.” (Jan 14:26)  Po tym zapewnieniu, że będą zawsze dokładnie pamiętać to, co im powiedział, rzekł: „Pokój zostawiam wam, mój pokój daję wam; nie jak świat daje, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze i niech się nie lęka.” (Jan 14:27)
Świat nie ma i nie zna tego rodzaju pokoju, dlatego nie może też go czynić. Pomiedzy Królestwem Bożym i królestwem księcia tego świata nie będzie nigdy pokoju. Jezus powiedział o tym bardzo zdecydowanie – „Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz.” (Mat. 10:34)  Przez to, że ci, którzy uwierzą i pójdą za Jezusem, czyniąc Go swoi Panem, świat ich znienawidzi, nawet „staną się wrogami człowieka domownicy jego.” (Mat. 10:36)   Dlatego tak ważne jest, aby trzymać się Jezusa, Księcia Pokoju, który odniósł pełne zwycięstwo nad światem – „To powiedziałem wam, abyście we mnie pokój mieli. Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat.” (Jan 16:33)
Błogosławieństwo, jakie dziś rozważamy, jest dla tych, którzy czynią pokój. Oczywiście, aby móc czynić pokój, trzeba go wpierw otrzymać. Nie wystraczy mieć dobre życzenie, nie pomogą słowa, nawet najbardziej pokojowo wypowiedziane, czynić pokój mogą jedynie ci, którzy mają nim wypełnione serca.
Jak już wcześniej zauważyłem, Jezus dał obietnicę Pocieszyciela, który będzie ciągle przypominał, gdzie jest źródło prawdziwego pokoju. On sam, DuchŚwięty objawia się przez swój owoc, ktorym jest: „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość.” (Gal. 5:22) Apostolskie zachęcenie do trwania w pełni Ducha Świętego, ma na uwadze również gotowość czynienia pokoju pomiędzy wierzącymi, przede wszystkim – „Zachowujcie pokój między sobą.” (1Tes. 5:13)
Ponieważ wierzącymi są ludzie, może zdarzyć się, że z braku kontroli jaką może zapewnić Duch Święty, dojdzie do niepokoju pomiędzy nimi. Apostoł Jakub przestrzega adresatów swojego listu, aby unikali cielesności, z której wypływa kłótliwość i kłamstwo – „Bo gdzie jest zazdrość i kłótliwość, tam niepokój i wszelki zły czyn.” (Jak. 3:16)  Gdzie pojawiają się takie elementy, tam nie ma Bożej mądrości, lecz zamiast niej jest inna mądrość „przyziemna, zmysłowa, demoniczna.” (w.15). Dlatego Jakub wskazuje na cechy mądrości z góry, która jest „przede wszystkim czysta, następnie miłująca pokój, łagodna, ustępliwa, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, nie stronnicza, nie obłudna.” (w. 17)   Chodzi o to, aby wśród dzieci Bożych, tych, którzy zostali nazwani „synami i córkami Ojca Niebieskiego”, pojawił się owoc nowego życia – „A owoc sprawiedliwości bywa zasiewany w pokoju przez tych, którzy pokój czynią.” (w. 18)
Efektem posłuszeństwa Bożej mądrości, która jest umiłowaniem pokoju, jest owoc – czynienie pokoju. Gdy nasza natura nie chce poddać się tej mądrości, Bóg musi zastosować wobec swoich dzieci, które bardzo miłuje, skuteczną dyscyplinę. List do Hebrajczyków przynosi nam właściwe pouczenie. Bóg mówi: „Synu mój, nie lekceważ karania Pańskiego ani nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza; bo kogo Pan miłuje, tego karze, i chłoszcze każdego syna, którego przyjmuje.” (Hebr. 12:5,6)  Już wcześniej w innym rozważaniu pisałe o tym, że nie chodzi tu o chłostę, lecz doświadczenie, wprawdzie bolesne, ale mające na celu wychowawcze działanie wobec dziecka Bożego. O tym wychowawczym działaniu pisze dalej autor tego listu – „Żadne karanie nie wydaje się chwilowo przyjemne, lecz bolesne, później jednak wydaje błogi owoc sprawiedliwości tym, którzy przez nie zostali wyćwiczeni.” (Hebr. 12:11)   „Błogi owoc” w oryginale brzmi „karpon eirenikon”, co dosłownie znaczy „owoc spokojny, pełen pokoju”. 
Apostoł Paweł wskazuje na dużą zależność od nas samych, czy chcemy zachować pokój z innymi. Pisze tak: „Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie.” (Rzym. 12:18)
Jeśli więc chcemy doświadczać Bożego błogosławieństwa, od nas samych będzie zależeć, czy będziemy czynić pokój. Bycie synem i córką Bożą zobowiązuje!
Henryk Hukisz

Wednesday, April 4, 2012

Błogosławiona czystość

 „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.” (Mat. 5:8) 
Fragment Słowa Bożego, jaki najlepiej kojarzy mi się z czystością serca, to modlitwa Dawida, słowa, którymi wołał do Boga z całej duszy. Była ku temu szczególna potrzeba, gdy prorok Natan wskazał Dawidowi na to, co zanieczyszczało jego serce – grzech popełniony z Batszebą, żoną Uriasza.
Niegodność oglądania Boga, wyrzut sumienia towarzyszy grzechowi od samego początku. Adam i Ewa ukryli się przed Bożym wzrokiem w krzakach ogrodu Eden. Wszyscy ich potomkowie dziedziczą ten sam rodzaj zasmucenia, które jest szczególnie odczuwalne, gdy pojawia się myśl o Bogu. Wielu bohaterów biblijnych obawiało się o swoje życie, gdy usłyszeli głos Boga, lub mieli inne doznania Jego bliskości.
Król Dawid wołał: „Serce czyste stwórz we mnie, o Boże, a ducha prawego odnów we mnie! Nie odrzucaj mnie od oblicza swego i nie odbieraj mi swego Ducha świętego! Przywróć mi radość z wybawienia twego i wesprzyj mnie duchem ochoczym!” (Ps. 51:12-14) Dzięki oczyszczeniu serca, jakiego doświadczył Dawid, możemy dziś znajdować w Psalmach wiele wspaniałych obietnic o Bożej łasce i Jego miłosierdziu.
A kiedy Dawid już kończył swą służbę na tej ziemi, modlił się o następcę, o swego syna Salomona, aby i on potrafił zachować swoje serce w czystości i sprawności do służby Bożej. „Synowi mojemu, Salomonowi, daj serce niezłomne do przestrzegania twoich przykazań, twoich rad i twoich ustaw, i do wykonania wszystkiego, co niezbędne, aby zbudował dom, dla którego ja to przygotowałem.” (1 Kron. 29:19)
Jakub, wracając od Labana z całym swoim dobytkiem, na myśl o spotkaniu swego brata Ezawa, którego kiedyś oszukał, bał się wszystkiego. Bóg zgotował mu niezwykłe spotkanie w potoku Jabbok. Pragnienie otrzymania błogosławieństwa było tak ogromne, że za żadne skarby nie chciał puścić dziwnego męża, z jakim się mocował – „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz.” (1 Moj. 32:26)  Wierzę, że Jakub doświadczył w tym momencie oczyszczenia swego sumienia, bo nazwał to miejsce Peniel, co oznacza „Oblicze Boga”, gdyż powiedział: „Oglądałem Boga twarzą w twarz, a jednak ocalało życie moje.” (w. 30) 
Kiedy w roku śmierci króla Uzjasza, prorok Izajasz zobaczył w świątyni orszak aniołów i usłyszał ich potrzykroć wołających „Święty, święty, święty”, uświadomił sobie swoją nicość. Z pewnością, leżąc w prochu, wołał pokornie: „Biada mi! Zginąłem, bo jestem człowiekiem nieczystych warg i mieszkam pośród ludu nieczystych warg, gdyż moje oczy widziały Króla, Pana Zastępów.” (Izaj. 6:5) 
Bóg dokonuje oczyszczenia warg, serca, sumienia człowieka, aby mógł z nim mieć społeczność. Świętość Boga przeraża do tego stopnia, że człowiek szczery będzie obawiać się o swoje życie. Lecz dobroć Boga i pragnienie zachowania społeczności prowadzi do skutecznego rozwiązania.
Adam i Ewa otrzymali Boże „zasłony” nieczystości, której słusznie wstydzili się. Mojżesz otrzymał zasłonę na lśniącą od Bożej chwały twarz. Izajasz doświadczył oczyszczenia warg węgielkiem rozpalonym na Bożym ołtarzu.
Prorok Jeremiasz i Ezechiel, gdy otrzymali od Boga zapowiedź odkupienia całego rodzaju ludzkiego, przekazali nam wielką prawdę o nowym sercu, pokropionym wodą czystą. „I pokropię was czystą wodą, i będziecie czyści od wszystkich waszych nieczystości i od wszystkich waszych bałwanów oczyszczę was. I dam wam serce nowe, i ducha nowego dam do waszego wnętrza, i usunę z waszego ciała serce kamienne, a dam wam serce mięsiste. Mojego ducha dam do waszego wnętrza i uczynię, że będziecie postępować według moich przykazań, moich praw będziecie przestrzegać i wykonywać je.” (Ezech. 36:25-27) 
Do tej prawdy nawiązał  Pan Jezus w słynnej rozmowie z Nikodemem. Ten nauczyciel Izraela z pewnością dobrze znał zapowiedź nadejścia Mesjasza. Większość w tym narodzie z utęsknieniem oczekiwała na wybawienie z grzechów, co najlepiej wyraził sprawiedliwy i bogobojny człowiek z Jerozolimy o imieniu Symeon. Pełen Ducha Świętego powiedział: „Teraz puszczasz sługę swego, Panie, według słowa swego w pokoju, gdyż oczy moje widziały zbawienie twoje, które przygotowałeś przed obliczem wszystkich ludów: Światłość, która oświeci pogan, i chwałę ludu twego izraelskiego.”  (Łuk. 2:29-32)
Nikodem usłyszał, że jedynym sposobem na oglądanie Królestwa Bożego jest narodzenie się z wody i z Ducha. To było właśnie to, o czym pisał Ezechiel: „pokropię was czystą wodą, i będziecie czyści” oraz, „ducha nowego dam do waszego wnętrza.” Prawda, której nawet uczniowie Jezusa nie rozumieli, wypełniła się doskonale na Golgocie. Jezus dokonał zupełnego oczyszczenia ludzkich serc z grzechów, aby otworzyć drogę do Ojca. Tego mógł dokonać tylko Jezus, który powiedział o sobie: „Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie.” (Jan 14:6)
Żydzi znali bardzo dobrze świątynne rytuały obmywań, jakim musieli poddawać się zarówno kapłani, lewici, jak i zwykli grzesznicy, aby ich ofiary mogły spełnić wymagania zakonu. Niezliczone ilości ofiarowanych „kozłów i wołów oraz popiół z jałowicy” sprawiały, że ludzie doznawali poczucia „cielesnej czystości” (Heb. 9:13).  Dlatego autor tego listu do dzieci Izraela napisał: „o ileż bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego ofiarował samego siebie bez skazy Bogu, oczyści sumienie nasze od martwych uczynków, abyśmy mogli służyć Bogu żywemu.” (w.14) 
Tę czystość sumienia mamy darowaną z łaski, dzięki ofierze Chrystusa. Lecz czy jest coś, co należy do nas, co my musimy zrobić w kwestii czystości serc?
Apostoł Jakub pisze do wierzących bardzo praktyczny list, w którym zwraca uwagę na znaczenie uczynków. Pisze wprost, że „wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie.” (Jak. 2:17)  Dalej wskazuje na źródło prawdziwej pobożności, którym jest mądrość Boża udzielana chętnie każdemu, kto poprosi. Ta mądrość, wprowadzona do praktycznego życia zapewni utrzymanie serca w czystości, gdyż jest „przede wszystkim czysta” (Jak. 3:17). Dlatego Apostoł radzi, aby nie chwiać się jak fala morska, lecz „obmyć ręce i oczyścić serca” (Jak. 4:8) i zbliżyć się do Boga, aby odnieść zwycięstwo nad diabelskimi pokusami.
Pragnę zakończyć to rozważanie o czystym sercu zapewnieniem Apostoła Jana. „Patrzcie, jaką miłość okazał nam Ojciec, że zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i nimi jesteśmy. Dlatego świat nas nie zna, że jego nie poznał. Umiłowani, teraz dziećmi Bożymi jesteśmy, ale jeszcze się nie objawiło, czym będziemy. Lecz wiemy, że gdy się objawi, będziemy do niego podobni, gdyż ujrzymy go takim, jakim jest. I każdy, kto tę nadzieję w nim pokłada, oczyszcza się, tak jak On jest czysty.” (1 Jan 3:1-3)
Oczekujmy z czystym sercem na Pana, a z pewnością doświadczymy wiele Jego błogosławieństw.
Henryk Hukisz