Thursday, December 24, 2015

Pieluszki Jezusa

 Kościół katolicki buduje swoje świątynie na relikwiach, tak można ogólnie określić odwoływanie się do fizycznych pozostałości po świętych. Źródłem relikwii są nie tylko święci późniejszych wieków, lecz przede wszystkim osoby występujące w Biblii. A już szczególną czcia otacza się wszelkie fizyczne, i nie tylko, elementy związane z Panem Jezusem.

Wprawdzie, w katechizmie katolickim, oficjalnie nie ma nauczania o relikwiach, co najwyżej przypisuje im się, iż są wytworem ludowych zwyczajów. A skoro „vox populi” uznano za „vox dei”, każdy budynek sakralny kościoła katolickiego musi posiadać jakieś relikwie, gdyż lud nie miałby się do czego odwołać w momentach osłabienia ich wiary. Takie przynajmniej świadectwa są zapisane w kronikach kościelnych.

Co wspólnego ma tytuł dzisiejszego rozważania z relikwiami? W Niemczech, w Akwizgranie, czy jak mówią rodowici Niemcy, w Aachen, znjaduje się ogromna katedra, do której wędrują pielgrzymi, aby oddać cześć relikwiom znajdujacym się w kunsztownie ozdobionym relikwiarzu. Właśnie tam znajduje się pieluszka Pana Jezusa - stąd moje wprowadzenie do tematu.

Skąd Maria wzięła pieluszki dla nowo narodzonego Dzieciątka? Czy w ogóle w historii narodzin Chrystusa znajduje się ten niezbędny dziś element każdych narodzin istoty ludzkiej? Przecież śpiewa się o nich w kolędach, a nawet, jedna z nich odpowiada na pierwsze pytanie, że Maryja „rąbek z głowy zdjęła, w który Dziecię owinąwszy…”. Ktoś powie, że przecież ewangelista Łukasz też zapisał, że Maria „porodziła syna swego pierworodnego, i owinęła go w pieluszki, i położyła go w żłobie” (Łuk. 2:7). Ba, nawet anioł Pański, który zjawił się pasterzom, udzielił im szczegółowej informacji, jak ropoznają Tego, który się narodził - „Znajdziecie niemowlątko owinięte w pieluszki i położone w żłobie „ (Łuk. 2:12). Szkopuł jednak w tym, że w oryginale nie ma mowy o pieluszkach, lecz jedynie o tym, że narodzone Dziecię zostało zawinięte [sparganoo], najprawdopodobniej w oddarte paski płótna, jakie znajdowało się w grocie przeznaczonej dla owiec.

Niestety, dzisiejsze opowiadania o narodzinach Pana Jezusa obrosły w ogromną ilość określeń i sytuacji, jakie nie były znane w czasach Chrystusa. Dlatego warto jest zapoznać się z informacjami na temat czasów biblijnych, aby lepiej zrozumieć te wszystkie szczegóły, które znajdują się w opisie ewangelistów. Jak zapisał Łukasz w swoim wprowadzeniu do opisu narodzin Pana Jezusa, "wszystko od początku przebadałem" (Łuk. 1:3), więc każdy element ujęty w opisie ma swoje znaczenie.

Po pierwsze, nie było takiej szopki, jakie dziś buduje się, niby na pamiątkę, tych najważniejszych narodzin. W ewangelii mowa jest jedynie o żłobie, zwykłym korycie, jakie używano do karmienia zwierząt, w tym przypadku, owiec. Narodziny Jezusa odbyły się, zgodnie ze szczegółowymi zapowiedziami proroków, którzy żyli kilkaset lat wcześniej. Zaskakujące jest jednak to, że każdy z tych szczegółów miał istotne znaczenie w życiu Chrystusa, gdyż wskazywał na Jego służbę jako Zbawiciela rodzaju ludzkiego.

Bardzo istotną informacją na temat okoliczności narodzin Pana Jezusa jest miejsce, czyli Betlejem. Jak wiemy, większość Izraelitów zajmowało się pasterstwem owiec, które były wypasane daleko od osiedli ludzkich. Jedynie owce przeznaczone do obrzędów ofiarniczych w świątyni, znajdowały się w pobliżu Jerozolimy. Pasterze pochodzacy z rodu :Lewiego przygotowywali te owce od momentu narodzin. Pierwszą czynnością była dokładna inspekcja każdej, dopiero co narodzonej owieczki pod względem jakości. W tym celu, każde jagnie, zaraz po narodzeniu, wycierano płótnem, aby obejrzeć całe jego ciało, czy nie posiada najdrobniejszej skazy, elemimującej je z przeznaczenia do złożenia na ofiarę. Te czynności dokonywane były w miejscu dobrze znanym dla pasterzy, dlatego gdy anioł Pański im powiedział, że znajdą niemowlę owinięte w płótno, które używane było do wycierania nowonarodzonych jagniąt, udali się do właściwego miejsca bezbłędnie.

Kilka tysięcy lat przed narodzinami Chrystusa, Abraham otrzymał niezwykłe polecenie, aby złożyć na ofiarę dla Pana swego jedynego syna Izaaka. Wiemy, że ta drastyczna historia zakończyła się szczęśliwie dla Izaaka, gdyż w ostatniej chwili Abraham „ujrzał za sobą barana, który rogami uwikłał się w krzakach. Poszedł tedy Abraham, a wziąwszy barana, złożył go na całopalenie zamiast syna swego” (1 Moj. 22:13).

Siedemset lat przed Chrystusem, prorok Izajasz przepowiedział, że Pan przygotuje ofiarę doskonałą, którą dotknie ”karą za winę nas wszystkich” (Izaj. 53:6). Gdy znęcano się nad Nim, „znosił to w pokorze i nie otworzył swoich ust, jak jagnię na rzeź prowadzone i jak owca przed tymi, którzy ją strzygą, zamilkł i nie otworzył swoich ust” (w. 7). Dlatego Jan Chrzciciel, który miał za zadanie wskazać na Tego, którego Bóg przygotował na ten właściwy moment, zawołał: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (Jan 1:29).

Pan Jezus, gdy się narodził, wypełnił wszystkie szczegółowe znaki, jakie bezbłędnie wskazywały, iż On jest tym jedynym, który dokona wybawienia ludzi z ich grzechów.

Gdy nadeszła godzina, na jaką przyszedł, jako doskonały Boży Baranek wszedł raz na zawsze do świątyni nie z krwią kozłów i cielców, ale z własną krwią swoją, dokonawszy wiecznego odkupienia” (Hebr. 9:12). Ten Chrystus, gdy się tylko narodził, został już owinięty w szczególną „pieluszkę”, w kawałek płótna, które używane było do sprawdzenia jagnięcia, że jest doskonałe, aby być później złożonym na ofiarę za grzechy.

Apostoł Piotr napisał później o Chrystusie: On grzechu nie popełnił ani nie znaleziono zdrady w ustach jego. On, gdy mu złorzeczono, nie odpowiadał złorzeczeniem, gdy cierpiał, nie groził, lecz poruczał sprawę temu, który sprawiedliwie sądzi. On grzechy nasze sam na ciele swoim poniósł na drzewo, abyśmy, obumarłszy grzechom, dla sprawiedliwości żyli; jego sińce uleczyły was" (1 Ptr. 2:22-24).

Warto o tym pamiętać w czasie obchodzenia Pamiątki Jego Narodzin, gdyż po to On przyszedł.

Henryk Hukisz

Friday, December 18, 2015

Nowy rodzaj ludzi

Jednym z największych znaków jakie Bóg dał grzesznej ludzkości, było poczęcie w dziewiczym łonie młodej Żydówki z Nazaretu. Prorok Izajasz pisał o tym szczególnym znaku już siedemset lat wcześniej, zanim Maria usłyszała z ust Bożego posłańca, iż właśnie ją Bóg wybrał do tego ogromnego dzieła. Czytamy w księdze tego proroka: „Oto panna pocznie i urodzi syna, i nada mu imię Immanuel” (Izaj. 7:14).

Pewnego dnia Gabriel, Boży anioł, ten sam, który wyjaśniał Danielowi zawiłości Bożego planu wielkich wydarzeń, jakie będą się działy na obliczu tej ziemi, odwiedził dopiero co poślubioną Józefowi niewiastę o wdzięcznym imieniu Miriam. Wiadomość, z jaką przyszedł Boży posłaniec, była nie z tej ziemi, gdyż dotyczyła zdarzenia, które wykraczało poza rzeczywistość tego świata. Brzmiała ona mniej więcej tak: „Nie bój się, Mario, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i urodzisz syna, i nadasz Mu imię Jezus” (Łuk. 1:30,31). Naturalne w tej niezwykłej chwili było jedynie zdziwienie Marii, wyrażone w pytaniu: „Jak to się stanie, przecież nie znam mężczyzny?” (w. 34).

Muszę od razu dokonać pewnego wyjaśnienia, jako że nasz przekład Biblii zmienia nieco treść proroczej zapowiedzi o tym cudownym poczęciu. Większość polskojęzycznych przekładów podaje, że ta zapowiedź dotyczy panny. W oryginale występuje tu słowo „dziewica”, co wówczas było równoznaczne z pojęciem "panna". Dziś mamy zupełnie inne skojarzenia w tym temacie.

Dlaczego tak ważne jest uznanie prawdy o dziewiczym poczęciu Chrystusa? Słowo Boże, które jest zawsze prawdą, mówi nam, że wśród wszystkich, którzy rodzą się w naturalny sposób, „nikt nie jest sprawiedliwy” (Rzym. 3:10)„ponieważ wszyscy zgrzeszyli i są pozbawieni chwały Boga” (Rzym. 3:23). A to znaczy, że cała ludzkość jest grzeszna. Takim rodzajem jesteśmy.

Dawid, powołany przez Boga do szczególnego zadania, napisał o sobie: „oto urodziłem się obciążony winą, moja matka poczęła mnie w grzechu” (Ps. 51:7). Tak więc wszyscy, którzy rodzą się w naturalny sposób, są grzesznikami i nikt z ludzi nie byłby w stanie dokonać tego, co Bóg postanowił uczynić dla okupienia ludzkości z przekleństwa grzechu. Tu znów powrócę do zawiłości językowych starodawnej zapowiedzi, jaką przekazał ludzkości prorok Izajasz. Gdy pisał do ludzi żyjących w duchowej ciemności, że zabłyśnie im wielka światłość, prorok użył bardzo precyzyjnego określenia: ponieważ narodziło się nam Dziecko, Syn został nam dany (Izaj. 9:5). Dziś, gdy śpiewamy o tym w kolędach, wydaje się, iż jest to zwykłe powtórzenie tej samej myśli. Lecz Bóg powiedział w tym zdaniu wielką prawdę o tym, iż narodzi się Dziecko, jako naturalny człowiek, który równocześnie będzie Synem Bożym. Syn został nam dany, On się nie narodził w tym momencie, gdyż jest odwiecznym Bogiem.

Podczas obchodzenia pamiątki narodzin Jezusa mówimy dość ogólnie o wielkim darze, jakim jest Jezus. Warto jest przy tej okazji przypomnieć sobie jedną z najbardziej znanych prawd w całej Biblii, którą zapisał ewangelista Jan: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że dał swego Jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (Jan 3:16). Godne podkreślenia jest to, że darowany nam Syn, nie pochodzi z naszego rodzaju ludzi - On przyszedł z góry, od Ojca.

Syn Boży nie mógł narodzić się w naturalny sposób z żadnej niewiasty na ziemi, gdyż posiadałby wspólną cechę wszystkich ludzi - byłby grzeszny. Wówczas, ofiara zadośćuczynienia, jaką przyszedł złożyć za nasze grzechy, nie byłaby doskonała. Dlatego Jezus jest odwiecznym Bogiem, jak czytamy w Biblii: „Na początku było Słowo, a Słowo było zwrócone ku Bogu i Bogiem było Słowo” (Jan 1:1). Kilka wierszy dalej znajdujemy wyjaśnienie, że „Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas pełne łaski i prawdy. Ujrzeliśmy Jego chwałę, chwałę jako Jednorodzonego od Ojca” (w. 14). Te wersety są świadectwem niezwykłości tych ponadnaturalnych narodzin.

Chrystus, by móc utożsamić się z naszym grzesznym losem, musiał przyjąć też ciało, jakie każdy z nas posiada. W narodzie izraelskim znana była idea składania krwawych ofiar na odkupienie z grzechów. Wszystko, co działo się w tym narodzie, stało się dla nas przykładem, było obrazem doskonałego dzieła odkupienia grzesznego rodzaju ludzkiego, jakie Bóg zaplanował jeszcze przed stworzeniem świata. Dlatego autor listu, skierowanego głównie do Żydów, napisał o Chrystusie: „Nie chciałeś ofiary i daru, ale przygotowałeś Mi ciało” (Hebr. 10:5).

Chrystus powiedział o Sobie, że On jest jedyną drogą do Ojca. Odwołując się do obrazu starotestamentowych ofiar, jakie Żydzi każdego dnia składali w świątyni, możemy lepiej zrozumieć, iż Jezus stał się dla nas drogą w ciele, jakie przyjął, rodząc się z naturalnej niewiasty, jaką była Maria. Nauczanie o "niepokalanym poczęciu Marii", podniesione do rangi dogmatu, jest pojęciem niebiblijnym. Jedynie Chrystus jest „drogę nową i żywą przez zasłonę, to jest przez swoje ciało” (Hebr. 10:20), jak czytamy również w tym liście, skierowanym do Izraelitów.

Narodziny Chrystusa były normalne, jak każde inne. Natomiast Jego poczęcie było nadnaturalne. Anioł, który zwiastował Marii tę wielką prawdę, gdy wyraziła zdziwienie, że dziewica nie może urodzić, odpowiedział jej: „Duch Święty zstąpi na ciebie i moc Najwyższego zakryje cię jak obłok, a Święty, który się narodzi, nazwany będzie Synem Boga” (Łuk. 1:35). Tak oto Jezus Chrystus, Swoimi narodzinami, zapoczątkował nowy rodzaj ludzki. On narodził się jako Człowiek, który pokonał wszelki grzech. On, w Swoim życiu, przeszedł wszystkie testy bezgrzesznego życia. Jak wiemy, Jezus był kuszony we wszystkim, przez co my przechodzimy w naszym życiu, gdyż był doświadczony „we wszystkim, oprócz grzechu” (Hebr. 4:15).

Pan Jezus rozmawiał z Nikodemem, bardzo religijnym człowiekiem, o sprawach wagi najważniejszej. Ta szczególna rozmowa dotyczyła właśnie tej kwestii, jak można stać się człowiekiem, który może oglądać Boże Królestwo. Chrystus powiedział bardzo wyraźnie, powtarzając tę prawdę dwukrotnie, że „jeśli się ktoś nie narodzi z góry, nie może ujrzeć Królestwa Boga” (Jan 3:3). Aby należeć do nowego rodzaju ludzi, jaki zapoczątkował Pan Jezus, każdy musi narodzić się z góry. 

Ewangelista Jan przedstawia nam szczególny opis przyjścia Chrystusa na ten świat. Jan nie pisze o Marii, o wędrówce do miasta Dawidowego, o żłobie i pasterzach. Zamiast tego, Jan podaje nam prawdę o narodzeniu się pierwszego Człowieka wolnego od przekleństwa grzechu, który był równocześnie Synem Bożym. Chrystus przyszedł do narodu wybranego, lecz niestety, nie został rozpoznany jako ich Mesjasz. Dlatego Jan napisał, że odwieczny Logos, Słowo, które stało się ciałem, daje prawo tym, którzy Je przyjęli, „stania się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w Jego imię” (Jan 1:12). Chodzi o tych, „którzy nie z krwi ani z woli ciała, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga zostali zrodzeni” (w. 13).

Świat próbuje podważyć prawdziwość cudownego poczęcia w łonie dziewicy. Lecz dla wierzących jest ono Bożym znakiem, że narodzony z tego poczęcia Chrystus, jest jedyną drogą dla nas grzesznych, abyśmy mogli poprzez cud nowych narodzin stać się Jego ludem i na wieki zamieszkać w Jego domu.

Zanim nastała ta godzina, na którą Chrystus przyszedł na ten świat w tych nadzwyczajnych narodzinach, powiedział o Sobie,  że "nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie" (Jan 14:6). W tym momencie Pan Jezus powiedział również o tym, że idzie "przygotować miejsce" abyśmy w Nim mogli bez żadnej już przeszkody wejść do Domu Ojca. A do tego ma prawo jedynie naród święty, jakim stajemy się dzięki odkupieniu nas za cenę Jego krwi.

Błogosławieństwa wejście do domu Ojca może dostąpić jedynie nowy rodzaj ludzi, zrodzony z góry. Niech ta myśl towarzyszy nam cały czas, nie tylko podczas nadchodzącej Pamiątki Jego Narodzin.

Henryk Hukisz

Sunday, November 29, 2015

Wyrośnie gałązka z pnia


Pamiątka Narodzin Pana Jezusa (najbardziej lubię tę nazwę nadchodzących świąt), jest wspaniałą okazją do przypomnienia sobie okoliczności, jakie towarzyszyły temu doniosłemu wydarzeniu. Ten dzień, a dokładnie, ta szczególna noc w Betlejem Judzkim, stała się osią zwrotną liczenia czasu przez mieszkańców ziemi. Nawet najzagorzalsi ateiści, wyznawcy wszystkich religii politeistycznych, podając datę wyznają, że już ponad dwa tysiące lat temu narodził się Ktoś tak szczególny i tak ważny na naszej ziemi, że wszyscy ludzie to wydarzenie upamiętnili zmianą kalendarza.
Tamten czas nie różnił się zbytnio od naszego, który wydaje się nam coraz bardziej trudny. Nawet najznakomitsi przepowiadacze przyszłości głowią się, jaka przyszłość nas czeka na naszej ziemi. Wojny, terroryzm, kataklizmy, zanieczyszczenie atmosfery, demoralizacja i narastająca obojętność na los człowieka, przyczyniają się do apokaliptycznych przewidywań, co do naszej przyszłości. Stephen Howkins, uważany przez współczesnych naukowców za najbardziej inteligentny umysł naszych czasów, przewidywał, iż jedynym ratunkiem dla ludzkości, jest ucieczka w przestrzeń kosmiczną, w celu skolonizowania nieznanej nam dziś planety.
Podobnie było przed Narodzinami Dzieciątka w betlejemskim żłobie. Od wielu wieków, zanim aniołowie ogłosili pasterzom narodziny Zbawiciela, Bóg zapowiadał nastanie idealnego świata, w którym panować będzie absolutny ład i porządek. Prorok Izajasz zapisał tę zapowiedź słowami, które dziś często znajdujemy na świątecznych kartkach 
Z pnia Jessego wyrośnie gałązka, pęd wyjdzie z jego korzeni.
Duch Pana spocznie na nim; Duch mądrości i rozumu, Duch rady i mocy, Duch wiedzy i bojaźni PANA.
(...)
W tym dniu narody będą szukać korzenia Jessego, który zostanie wzniesiony jako sztandar dla ludów, a miejsce jego zamieszkania będzie sławne.  (Izaj. 11:1-10)

Chcę w tym rozmyślaniu zwrócić naszą uwagę jedynie na pierwsze zdanie tego cudownego tekstu. Najnowszy przekład Biblii oddaje lepiej treść tego przesłania, gdyż w poprzednim, tzw. "brytyjskim" słowo "różdżka", kojarzyło się bardziej z wróżeniem, niż z Bożym planem. To, co zapowiedział Bóg przez Swego proroka Izajasza, spełnia się zgodnie z Jego odwiecznym planem ratunku dla grzesznego człowieka. Uważny czytelnik Biblii z pewnością zauważył, iż Boże plany realizują się dosłownie, nawet w najdrobniejszych szczegółach. Kiedy Bóg stworzył człowieka i dał mu w posiadanie ziemię i to, co ją napełnia, przewidział dla późniejszych społeczności ludzkich porządek w postaci rządów królewskich.
Oczywiście, Bóg nie miał na uwadze królów, jacy panowali nad narodami, które Boga nie znały. Dlatego, Bóg gniewał się na swój naród, gdy zapragnęli mieć króla „ tak jak jest u wszystkich narodów” (1 Sam. 8: 5). Wiemy, że król Saul nie był wzorem Bożego porządku i błogosławieństwa. Dopiero syn Jessego, Dawid, stał się królem według Bożego serca. Dlaczego Bóg ustanowił Dawida królem, a nie uznał Saula?
Odpowiedzi należy szukać dużo wcześniej. Gdy Bóg powołał Abrama, to obiecał mu - „Dam ci liczne potomstwo, wyprowadzę z ciebie narody i od ciebie będą się wywodzić królowie” (1 Moj. 17:6). Później, powtórzył tę obietnicę Jakubowi, dając mu polecenie: „Bądź płodny i się rozmnażaj. Niech powstanie z ciebie naród i wiele narodów i niech od ciebie wywodzą się królowie” (1 Moj. 35:11). Następnie, gdy Mojżesz udzielał proroczego błogosławieństwa swoim synom, jednemu z nich powiedział: „Nie będzie zabrane od Judy berło ani laska pasterska spomiędzy jego nóg, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i jemu będą posłuszne narody” (1 Moj. 49:10).
W międzyczasie wydarzyło się coś tragicznego, co spowodowało wstrzymanie Bożego planu posłania Zbawiciela z linii wywodzącej się z obietnicy danej Abrahamowi. Juda dopuścił się grzechu, przez spłodzenie nieślubnego syna Peresa. Według prawa, jakie Bóg dał Izraelowi, nieślubny syn pozbawiony był prawa do składania ofiar, czy zajmowania jakiegoś stanowiska w narodzie. To przekleństwo było zdjęte dopiero w dziesiątym pokoleniu. Tak więc przez dziewięć pokoleń nie mógł narodzić się Mesjasz, który pochodzi z lini królewskiej, ustanowionej przez Boga.
Z pewnością niewielu czytelników Biblii zauważyło, że Jesse, mieszkaniec Betlejem, był dziewiątym potomkiem Judy. Dlatego Bóg posłał proroka Samuela do Jessego, aby namaścił olejem następnego króla, który oczyści linię genealogiczną przyszłego Mesjasza. Nic dziwnego, że Bóg, który tak bardzo pragnął zrealizować Swój plan, ustanowił królem Dawida - „człowieka według swego serca” (1 Sam. 13:14).
Zapowiedź narodzin prawdziwego Króla, Bóg zawarł w obrazie gałązki wyrastającej z pnia. Czym jest pień? Martwym kawałkiem drzewa, drzemiącym spokojnie w ziemi. Pobożny Hiob, wypowiedział słowa nawiązujące do tej obietnicy – „Nawet drzewo ma nadzieję - choć je zetną, znowu się odrodzi i nie zabraknie mu młodych pędów. Choć zestarzeje się jego korzeń w ziemi i obumrze jego pień w piasku, to gdy poczuje wilgoć, odrasta i wypuszcza gałęzie jak młoda roślina” (Hiob 14: 7-9).
I gdy nastał właściwy moment, gdy nadeszła odwilż w Bożym planie, z martwego pnia, zalegającego w suchej ziemi przez wiele stuleci, nagle wyrosła „gałązka”, o jakiej mówił Izajasz w cytowanym już proroctwie. Nikt nie chciał w to uwierzyć, nikt nie rozpoznał Mesjasza w Dzieciątku narodzonym w betlejemskiej szopie dla zwierząt. Ten sam Izajasz pisał również i o tym – „Kto uwierzył temu, co usłyszeliśmy? Na kim się objawiło ramie PANA? On wyrósł przed Nim jak młody pęd, jak korzeń z wyschniętej ziemi. Nie miał postawy ani dostojeństwa, abyśmy chcieli na Niego patrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał” (Izaj. 53: 1-2).
Jezus Chrystus, jest tym Królem, nie tylko jednego narodu, lecz wszystkich ludów świata. On jest Królem królów i Panem panów.
Czekamy teraz na ten szczególny moment, gdy nie będzie nikogo, kto mógłby zerwać siedem pieczęci na księdze w ręku Boga, wówczas stanie się to, co zapisał apostoł Jan– „... oto zwyciężył Lew, Ten z pokolenia Judy, korzeń Dawida, aby otworzyć zwój i złamać jego pieczęci” (Obj. 5:5). W ten sposób wypełni się to proroctwo, gdy spełnią się słowa kończące naszą Biblię - „Oto miejsce przebywania Boga z ludźmi, i będzie mieszkał z nimi. Oni będą Jego ludem, a On, ich Bóg, będzie Bogiem z nimi. I otrze wszelką łzę z ich oczu, i śmierci już nie będzie ani żałoby, ani krzyku, ani bólu już nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Obj. 21: 3-4).
Alleluja!
Henryk Hukisz


Rozważanie na podobny temat:


"Narodziny Króla"

"Mój KRÓL"


Saturday, November 14, 2015

Boża źrenica

Najczulszym miejscem naszego ciała jest oko, a precyzyjniej – źrenica, stanowiąca centralny punkt gałki ocznej. Stwarzając człowieka, Bóg wyposażył nasz organizm w szczególny mechanizm obronny: powiekę, która reaguje automatycznie na każde zagrożenie. Nic dziwnego, że zarówno w literaturze, jak i w mowie potocznej, używamy zwrotu „chronić jak źrenicy oka”. Określamy tak szczególną opiekę, jaką otaczamy rzeczy najcenniejsze, na których nam najbardziej zależy.

Wyrażenie to pojawia się również w Biblii. Choć występuje rzadko, niesie ze sobą niezwykle istotne przesłanie.

Księga Powtórzonego Prawa, stanowiąca rzeczowe podsumowanie historii Izraela spisane przez Mojżesza, w swoich ostatnich rozdziałach zawiera kluczowy testament tego wiernego sługi Bożego. Rozdział 32, znany jako „Pieśń Mojżesza”, przywodzi na pamięć momenty wielkiego wybawienia, jakiego naród doświadczył podczas wyjścia z Egiptu i przejścia przez Morze Czerwone. Mojżesz rzucił wtedy wyzwanie ludowi: „Gdyż będę głosił imię PANA: Uznajcie wielkość naszego Boga” (Pwt 32:3). Wskazał na niezachwianą wierność Boga, który mimo niewdzięczności i nieposłuszeństwa Izraela, trwał przy swoim dziedzictwie: „Gdyż działem PANA jest Jego lud, Jakub miarą Jego dziedzictwa. Znalazł go w ziemi pustynnej, na pustkowiu, pośród dzikiego wycia. Otaczał go troską i pouczał, strzegł go jak źrenicy oka” (w. 9,10). Mojżesz użył tu pięknego obrazu: „Jak orzeł czuwa nad swoim gniazdem, krąży nad swymi pisklętami, rozkłada skrzydła, bierze je na nie i nosi na swoich piórach” (w. 11).

Wiele wieków później, gdy Izrael był pod panowaniem Dawida, naród nadal znajdował się pod tą szczególną ochroną. Dawid, zanim zasiadł na tronie, doświadczył wielu cierpień, lecz nigdy nie zwątpił w Bożą opiekę. Wołał: „Strzeż mnie jak źrenicy oka, ukryj mnie w cieniu swoich skrzydeł przed bezbożnymi, którzy mnie gnębią, przed nieprzyjaciółmi, którzy mnie otaczają!” (Ps 17:8,9). Bóg nigdy go nie zawiódł, gdyż Jego obietnice są niezmienne dla tych, którzy pragną Mu wiernie służyć.

Nawet gdy naród okazał się niewierny i nastał czas wojen, grabieży oraz siedemdziesięcioletniej niewoli babilońskiej, Bóg nie zapomniał o swojej „źrenicy”. Choć Izrael musiał ponieść konsekwencje swoich czynów, Boża miłość pozostała stała, bo przecież Pan „karci tego, kogo kocha, chłoszcze zaś każdego, którego przyjmuje za syna” (Hbr 12:6).

Prorok Zachariasz stał się głosem Boga przypominającym o tych obietnicach. Wzywał lud do powrotu: „Nawróćcie się do Mnie − wyrocznia PANA Zastępów − a wtedy Ja zwrócę się ku wam” (Za 1:3). Jerozolima, jako miasto wybrane przez Boga, pozostała przedmiotem Jego „wielkiej zazdrości” (w. 14). Do tych, którzy wciąż przebywali w Babilonie, Pan kierował ostrzeżenie: „Ratuj się, ty, który mieszkasz u córki Babilonu! Bo tak mówi PAN Zastępów... Kto was dotyka, dotyka źrenicy Mojego oka” (Za 2:11,12).

Bóg nie skończył z Izraelem. Apostoł Paweł, znający pieśń Mojżesza, pisał z przekonaniem: „Bóg nie odrzucił swojego ludu, który wcześniej poznał” (Rz 11:2). Dziwi mnie więc dzisiejszy brak zdecydowanego nauczania w Kościołach na ten temat. Taka postawa sprawia, że wierzący łatwo ulegają antysyjonistycznej propagandzie. Musimy pamiętać, że obietnica z Księgi Rodzaju pozostaje aktualna: „Będę błogosławił tym, którzy tobie błogosławią, a tych, którzy ciebie przeklinają, będę przeklinał” (Rdz 12:3).

Współczesna historia ukazuje wiele przykładów braku Bożego błogosławieństwa w sytuacjach, gdy przywódcy narodów boleśnie dotykali „źrenicy oka Pańskiego”. Niedawno zgłębiałem historię powstania państwa Izrael. Gdy ziemia palestyńska znajdowała się jeszcze pod kontrolą Wielkiej Brytanii, w 1946 roku rząd brytyjski zgodził się na powrót Żydów do ich ojczyzny w liczbie zaledwie około 15 tysięcy osób rocznie.

Wstrząsającym przykładem tamtej polityki było przechwycenie przez Brytyjczyków statku „Exodus”, na którego pokładzie znajdowało się cztery i pół tysiąca żydowskich uchodźców z Francji. Statek został siłą zawrócony do Hamburga, a jego pasażerów wysadzono na ląd – prosto w ręce tych samych nazistów, przed którymi uciekali. Nic więc dziwnego, że kraj, który przez wieki szczycił się tym, że nad jego terytorium słońce nigdy nie zachodzi, dziś mieści się zaledwie na jednej wyspie.

Żyjemy obecnie w czasie, w którym wypełniają się Boże zapowiedzi odnoszące się do narodu wybranego. Uważna lektura proroków Ezechiela, Zachariasza czy Malachiasza pozwala nam przygotować się na wydarzenia, które zostały tam zapowiedziane. Gdy nadejdzie czas powrotu Mesjasza: „Jego nogi staną na Górze Oliwnej, która jest na wschód od Jerozolimy, a ona na pół się rozpadnie od wschodu na zachód, i powstanie bardzo wielka dolina. Połowa góry odsunie się na północ, a druga połowa na południe” (Za 14:4).

W momencie, gdy oczy całego świata zostaną skierowane na Jerozolimę, „wtedy przyjdzie PAN, mój Bóg, a z Nim wszyscy święci” (Za 14:5). Wówczas też „PAN będzie królem nad całą ziemią; w tym dniu PAN będzie jedyny i jedno będzie Jego imię” (w. 9).

Trudno jest dziś ogarnąć wyobraźnią ogrom gniewu Bożego, jaki zostanie wylany na tych, którzy ważyli się dotykać Jego „źrenicy”. Apostoł Jan, w wizji otrzymanej od Pana, zapisał wstrząsający obraz tamtych dni: „W owych dniach ludzie będą szukać śmierci, lecz jej nie znajdą, i będą chcieli umrzeć, lecz śmierć ich omija” (Ap 9:6).

W związku z tym nieraz zadaję sobie pytanie: „Czy dziecko Boże, mając w swoim sercu Ducha Świętego, może przyłączyć się do przeciwników Syjonu, którego Bóg chroni jak źrenicy swego oka?”.

Henryk Hukisz

Rozmyślania na podobny temat:

ירושלם שלום

Friday, November 6, 2015

Prawdziwy bohater

 Bohaterstwo kojarzy się z honorem, lecz w naszych czasach nikt już nie  broni honoru. Któż bowiem chce walczyć o honor, gdy wszystko w życiu jest względne. Nie ma już prawdy absolutnej, nie ma więc o co kruszyć kopii, wszystko jest tylko kwestią uzgodnień. Nawet sprawy uznane za istotne, tracą swoją ważność w momencie, gdy na horyzoncie pojawia się nowa prawda, gdy świat zachwyca się nowym bohaterem.

Przed laty pisałem na tym blogu, w refleksji p.t. „Honor żołnierza”, o bohaterstwie prokuratora wojskowego, który w obronie honoru żołnierza, postrzelił się w twarz. Pisałem o tym, ponieważ do tego niefortunnego samobójstwa doszło w moim mieście, w Poznaniu. Ten oficer wojskowy nie potrafił nawet skutecznie sie postrzelić z własnej broni. Lecz, jak oświadczył ze szpitalnego łóżka, w którym znalazł się po zadaniu sobie niewielkiej rany na policzku, że uczynił to honorowo, gdyż nie chciał przynieść ujmy Rzeczpospolitej Polskiej.

Natomiast, gdy mieszkałem w Stanach Zjednoczonych, doszło do podobnego zdarzenia w niewielekim miasteczku na północ od Chicago, lokalny policjant postrzelił się również z własnej broni, lecz uczynił to skutecznie, gdyż zginął na miejscu. Sprawa bohaterskiego stróża prawa nie schodziła z łam prasy i czołówek telewizyjnych newsów przez kilka tygodni. Ten zdolny policjant popełnił samobójstwo nie tylko skutecznie, lecz tak przebiegle, że wszyscy, łącznie z szefem policji, jaki i miejscowe władze, uznali samobójcę za bohatera, poległego w obronie społeczeństwa, któremu wiernie służył. Pogrzeb odbył się z zachowaniem wszystkich procedur przewidzianych dla bohaterów narodowych, ponieważ w tym kraju w szczególny sposób traktuje tych, którzy zginęli "in line of duty", czyli na służbie.

Natomiast już po dwóch miesiącach dochodzeń i odrzucania pogłosek, że to mogło być samobójstwo, oficjalnie uznano za fakt, że ten policjant był łobuzem, kobieciarzem, defraudatorem pieniędzy podatników i lubieżnikiem internetowych stron dla dorosłych. Organizacja wspierająca finansowo rodziny poległych na służbie policjantów, domaga się teraz zwrotu udzielolonej pomocy. Mer miasteczka i jego administracja zastanawiają się, jak odebrać wszystkie honory, jakimi szczodrze obdarowano fałszywego bohatera.

Dlaczego o tym piszę? A no właśnie dlatego, że Biblia zachęca nas, abyśmy stawali się bohaterami, wprawdzie nie zdarzeń państwowych, lecz wiary. W Nowym Testamencie, który jest zapisem pierwszych kilkudziesięciu lat istnienia Kościoła Jezusa Chrystusa, znajduje się tzw. „Lista Bohaterów Wiary”. Osoby, które na niej się znajdują, są prawdziwymi bohaterami. Czytamy o nich, że niezależnie od tego kim byli w życiu, „przez wiarę podbili królestwa, zaprowadzili sprawiedliwość, otrzymali obietnice, zamknęli paszcze lwom, zgasili moc ognia, uniknęli ostrza miecza, podźwignęli się z niemocy, stali się mężni na wojnie, zmusili do ucieczki obce wojska” (Hebr. 11:33,34). Na tej długiej liście prawdziwych bohaterów znajdują się królowie, przywódcy, prorocy, mężczyźni i kobiety, nawet o nienajlepszej reputacji, lecz takie, które „otrzymały z powrotem swoich zmarłych przez wskrzeszenie; inni zaś zostali zamęczeni na śmierć, nie przyjąwszy uwolnienia, aby dostąpić lepszego zmartwychwstania” (w. 35). To są osoby uznane za bohaterów przez Boga, gdyż Jemu wiernie służyli.

Dzisiaj, ci wszyscy bohaterowie, siedzą na trybunach naszego życiowego stadionu, przypatrują się naszym poczynaniom w biegu za Chrystusem i dodają nam odwagi, abyśmy dobiegli zwycięsko do mety.

W innej refleksji na podobny temat („Samotny bohater”), pisałem o naszym honorze, jaki mamy zachować w każdej sytuacji. Apostoł Paweł zostawił dla nas niepodważalny wzór bohaterstwa. Był wierny swemu Panu do końca, pomimo tego, że inni go opuścili. Paweł służył Bogu, nazywał siebie niewolnikiem Jezusa Chrystusa, dlatego nigdy nie zawiódł się, ponieważ, jak powiedział: „Pan stał przy mnie i dodał mi sił, aby przeze mnie dopełnione było zwiastowanie ewangelii, i aby je słyszeli wszyscy poganie; i zostałem wyrwany z paszczy lwiej” (2 Tym. 4:17)

Paweł zakończył swoje życie honorowo. Mógł powiedzieć o swojej służbie w Bożym Królestwie – „Dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem” (2 Tym. 4:7). To jest prawdziwe bohaterstwo, zachować wierność Panu do samego końca, pomimo wszelkich trudności i przeszkód.
Tego typu bohaterstwo może być również i naszym udziałem. Paweł zapewnia nas, że jest pewien Bożego uznania, pisząc: „teraz oczekuje mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu da Pan, sędzia sprawiedliwy, a nie tylko mnie, lecz i wszystkim, którzy umiłowali przyjście Jego” (2 Tym. 4:8).

Czy jesteś pewnien, że otrzymasz również swój wieniec z rąk Pana? Ten wieniec przeznaczony jest dla tych, którzy wytrwale oczekują na przyjście Pana, wypełniając ten czas okazywaniem miłości. Sprawdzianem tej miłości jest to, jak bardzo miłujemy swoich bliźnich. Apostol Jan napisał, że „albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” (1 Jan 4:20).

Prawdziwi bohaterowie są jedynie w Bożym Królestwie. W tym świecie, może udać się nawet samobójcy, że zostanie bohaterem, choćby na krótko.


Henryk Hukisz. 

Wednesday, October 28, 2015

Chrześcijański "Halloween"

Nie polecam obchodzenia diabelskiej tradycji, jaka w tych dniach opanowuje większość domów w tzw. chrześcjańskich narodach, lecz chcę jedynie skorzystać z okazji, aby nawiazać do niebezpiecznego trendu, jaki wdziera się do spłeczności ludzi wierzących. Nie jest to zbyt wdzięczny temat, dlatego podaję materiał, jaki znalazłem na stronie internetowej, na której można znaleźć więcej podobnych materiałów
GRAVE SUCKING

 Kiedy pierwszy raz spotkałem się z pojęciem Grave Sucking, byłem przekonany, że jest to jakiś żart. Makabryczny i mało śmieszny, ale jednak żart. Oglądając zdjęcia studentów szkoły Bethel Billa Johnsona, którzy leżąc na nagrobkach robili sobie zdjęcia upamiętniające te niezwykłe chwile, myślałem, że jest to niesmaczny fotomontaż przeciwników nauki pastora Johnsona. Kiedy już przekonałem się o prawdziwości tych zdjęć, odłożyłem zebrane informacje na bok z myślą, że nikt nie jest tak głupi, aby naśladować tych ludzi. Od tej chwili minęło 15 miesięcy i temat wrócił jak bumerang. Rosnąca popularność pastora Billa Johnsona i kościoła Bethel (m.in. Jesus Culture i służba Sozo) oraz bezpośrednie powiązanie ze zmarłym Johnem Grahamem Lake’em sprawiło, że chcieliśmy przedstawić polskiemu czytelnikowi tę nowoczesną metodę zdobywania Bożego namaszczenia. Bo właśnie tym jest Grave Sucking – „wyciąganiem” namaszczenia znajdującego się na zmarłych ludziach, którymi Bóg posługiwał się w przeszłości. Sam Bill Johnson stwierdził, że jest możliwe odzyskanie sfery namaszczenia, które pozostało po zmarłych i wykorzystanie go dla dobra przyszłych pokoleń.

Czy polscy wydawcy książek Billa Johnsona i fani Jesus Culture mają świadomość zjawiska nazywanego Grave Sucking? Właściwie trudno nam nakreślić, czym jest ta oparta na nekromancji praktyka, która jest bardzo popularna wśród studentów Bethel School of Supernatural Ministry. Oczywiście w przypadku kościoła Bethel za wszelką cenę starano się schrystianizować tę praktykę, jednakże podobnie, jak wiele innych zachowań, mających swoje korzenie w kościele Billa Johnsona, jest to zwykłe pogaństwo.

Studenci
 Bethel School of Supernatural Ministry poszukując duchowego namaszczenia odwiedzają groby znanych osób, „którymi potężnie posługiwał się Pan”, aby posiąść część ich duchowego obdarowania.

Dokładnie to samo uczynił Pierce, prosząc o namaszczenie, które było na kościach Lake’a. Szukając biblijnego uzasadnienia dla swoich zachowań przytacza historię człowieka, który ożył po zetknięciu się ze zwłokami zmarłego Elizeusza.

Być może to właśnie na tej starotestamentowej historii oparto główną doktrynę stojącą za poszukiwaniem duchowej mocy w ramach
 Grave Sucking. Dobrze, że w Polsce nie mamy za wielu grobów słynnych mężów Bożych, bo aż strach pomyśleć, co by uczynili z nimi wszyscy fani i zwolennicy Billa Jonhnsona.

Drogi czytelniku, jeśli fascynujesz się nauką pochodzącą z kościoła Bethel, ruchem Jesus Culture, prosimy cię, abyś zainteresował się duchową inspiracją stojącą za nauką Billa Jonhnsona. Zaangażowanie w praktyki poszukiwania duchowego namaszczenia poprzez okultystyczną wiedzę jest bardzo poważnym grzechem, mogącym sprowadzić katastrofalne skutki na życie człowieka.

Warto również pamiętać, że Stary Testament jednoznacznie naucza o kontaktach ze zmarłymi (Zobacz np. 5 Mojżeszowa 18:11; 1 Kronik 10:13-14; Izajasza 8:19-20). Natchnione Pisma Hebrajskie ostrzegają też przed skalaniem się przez kontakt z grobami lub ciałami zmarłych. Dlaczego więc Bóg miałby nagle zmienić swoje zdanie i zachęcać chrześcijan do poszukiwania namaszczenia Ducha Bożego w obszarach, które do tej pory uznawane były za nieczyste?

"Także każdy, kto w otwartym polu dotknie zabitego mieczem lub umarłego, lub kości ludzkich, lub grobu, będzie nieczysty przez siedem dni" (4 Mojżeszowa 19:16).

Bill Johnson nie jest w stanie oprzeć praktyk Grave Sucking o naukę biblijną. Ale nie dziwmy się, że człowiek, który stwierdził, że Bóg jest większy niż Jego książka, nie będzie nas prowadził do Słowa Bożego, ale do mistyczno – spirytualistycznych praktyk mających pozór pobożności i będących imitacją prawdziwego chrześcijaństwa. Co gorsze, wiele praktyk z kościoła Bethel sprawia, że chrześcijanie wyglądają w oczach niewierzących na kompletnych szaleńców. W takich sytuacjach jestem skłonny zgodzić się z ludźmi, którzy twierdzą, że Ruch Wiary został stworzony po to, aby ośmieszyć chrześcijaństwo ewangeliczne.

Grave Sucking
 to szaleństwo. To totalna głupota, ignorancja i aberracja od wszelkiej normalności, a momentami nawet wyszydzanie Boga. Ludzie głoszący podobne nauki nie mają w sobie bojaźni Bożej, nie mają czystości oraz pragnienia służenia Panu. Muszą oni pokutować za swoje bluźnierstwo, którego się dopuścili.

Czytelniku, pamiętaj, że budując się na nauce Billa Johnsona nie możesz oddzielić jej od wynaturzeń podobnych do
 Grave Sucking. Za tym wszystkim stoi jedna duchowość i możesz być przekonany, że nie jest to Boża duchowość.

__________________________________________

Materiał jest częścią artykułu na temat współczesnych zwiedzeń zamieszczonego na podanej niżej stronie:  http://zwiedzenie.blogspot.com/2015/09/curry-blake-i-duchowa-spuscizna-j-g.html

Sunday, October 25, 2015

Więcej niż pieśń

Wierzę, że każdy chrześcijanin ma swoje ulubione pieśni — albo tę jedną szczególną, po którą sięga w czasie burzy, nie tylko tej atmosferycznej. Nieraz pisałem na blogu, że moim ulubionym stylem jest Southern Gospel, ale chętnie słucham i nucę też utwory z innych nurtów muzyki uwielbienia, zwłaszcza gdy jestem sam. Do tej grupy należy utwór, który za każdym razem głęboko mnie porusza — tak bardzo, że nieraz pojawiają się łzy. Chodzi o pieśń „The Heart of Worship” angielskiego lidera uwielbienia i wykonawcy, Matta Redmana.

Słowa tej pieśni powstały w wyjątkowych okolicznościach. W kościele Soul Survivor w Watford na przedmieściach Londynu pastor Mike Pilavachi na jakiś czas zrezygnował z używania jakichkolwiek instrumentów podczas nabożeństw. Powodem tej radykalnej decyzji była refleksja, że oprawa muzyczna zaczęła przysłaniać samą treść i istotę uwielbienia. Matt, rozmyślając wtedy w samotności nad tym, czym jest prawdziwe wielbienie Boga we wspólnocie, napisał tekst, który szybko stał się międzynarodowym hymnem szczerego uwielbienia.

Pamiętam moment, gdy pod koniec pewnego nabożeństwa lider uwielbienia zaintonował pierwsze słowa: „When the music fades...”. Poczułem wtedy niesamowite poruszenie w sercu. Śpiewaliśmy razem słowa przypominające o tym, że Bóg nie oczekuje od nas samej muzyki czy pięknej formy. On patrzy głębiej — patrzy na serce i na to, z czym do Niego przychodzimy. Prawdziwe uwielbienie nie skupia się na nas ani na oprawie. Wszystko sprowadza się do Niego: It’s all about You, Jesus.

Bóg — Król o nieskończonej wartości — oczekuje czci, jaką mogą Mu oddać tylko ci, którzy zostali przez Niego duchowo zrodzeni na nowo. To odrodzenie czyni z nas nowe stworzenie. Jest aktem wielkiej Bożej miłości, która daje nam zdolność oddawania Mu chwały z czystego serca. Wiadomo, że nie chodzi tu o bezmyślne wyuczenie się kilku zwrotek i odśpiewanie ich w kościele. To potrafi zrobić każdy, nawet najbardziej zagubiony człowiek. Niedawno sam widziałem, jak podczas śpiewu najmocniej gestykulował i wymachiwał rękami mężczyzna, który przyszedł na nabożeństwo pod wpływem alkoholu.

Niestety muszę wrócić do bolesnego tematu: pozornego uwielbienia. Liderzy, nauczyciele i pastorzy, którzy angażują do zespołów uwielbienia osoby nieodrodzone i tworzą grupy śpiewające jedynie wyuczone religijne teksty, wyrządzają wielką szkodę — zarówno Kościołowi, jak i samym śpiewającym. Zauważyłem, że takie wydarzenia bywają często ogłaszane jako zwiastuny duchowego przebudzenia. Jeśli jednak prawdziwe nawrócenie — będące owocem pokuty i wyznania grzechów Chrystusowi — zastępuje się po prostu wspólnym śpiewaniem piosenek o religijnej treści, mamy do czynienia z zejściem z prawdy o nowym narodzeniu.

Tylko Bóg zna serce człowieka. Jeśli jednak widzi się ludzi, którzy z zaangażowaniem śpiewają o Bożej miłości, a zaraz po nabożeństwie wracają do tradycji będących zaprzeczeniem biblijnej prawdy, trudno wierzyć, że ich serca doświadczyły oczyszczającej mocy krwi Baranka.

Apostoł Paweł, zanim poznał Chrystusa, gorliwie trwał w tradycji żydowskiej i był przekonany o własnej sprawiedliwości. Gdy jednak dotarło do niego światło Ewangelii, zrozumiał, że musi porzucić wszystko, co było jedynie cieniem rzeczywistości objawionej w Jezusie. Nie chciał dłużej trwać w czymś, co stwarzało jedynie „pozory mądrości przez samowolną pobożność, poniżanie siebie i surowość wobec ciała” (Kol 2:23).

Dlatego wzywał wierzących do porzucenia dawnych praktyk. Sam złożył jasne świadectwo: „Ale to wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. Więcej nawet: wszystko uznaję za stratę wobec doniosłości poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana. Dla Niego wyzbyłem się wszystkiego i uznaję to za śmieci, bym pozyskał Chrystusa” (Flp 3:7–8). Od tego momentu Paweł nie pokładał już nadziei w świątynnych obrzędach, lecz żył sprawiedliwością wynikającą z wiary w Chrystusa.

Przenosząc to na nasze czasy: jeśli ktoś śpiewa pieśni o Bożej łasce, a jednocześnie szuka zbawienia w obrzędach, liturgiach czy oddawaniu czci obrazom i posągom, mija się z działaniem Ducha Świętego. Jezus wyraźnie zapowiedział rolę Duch Świętego: „Gdy On przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie” (J 16:8). Kiedy Duch Święty naprawdę dotyka człowieka, następuje przełom — tak jak w Efezie, gdzie po głoszeniu Słowa ludzie wyznawali swoje grzechy, a praktykujący magię przynosili i publicznie palili wartościowe księgi (Dz 19:18–19). Nie kalkulowali ich wartości, bo poznawszy Chrystusa, nie chcieli wracać do dawnego życia.

Efekt? „Słowo Pańskie rosło w moc i umacniało się” (Dz 19:20). Dziś często rośnie jedynie frekwencja na nabożeństwach — dlatego że „ładnie śpiewają”.

Pamiętajmy: Bogu nie chodzi o samą pieśń, ale o nasze serca. A kiedy serce naprawdę doznaje odrodzenia, będzie uwielbiać Boga nie tylko w rytm muzyki, ale każdego dnia — wydając owoc Ducha Świętego.

Henryk Hukisz

Rozmyślania o podobnej treści:
Kura czy jajko, co było pierwsze?

Sunday, October 18, 2015

Wesoły autobus

W latach 80. ubiegłego wieku na antenie Polskiego Radia królowała audycja „Wesoły autobus”, która promowała piosenkę biesiadną. Zdaję sobie sprawę, że wielu czytelników mojego bloga może nie pamiętać tamtych lat, dlatego pozwolę sobie przywołać tekst utworu, który do dziś brzmi w moich uszach wyjątkowo znajomo. Czołówka programu uderzała skoczną melodią i słowami:


„Sroczka na płocie

Wyjrzyjże no ociec, aha, aha

Co tak pędzi drogą, aż popatrzeć strach

Wesoły autobus, gna po kocich łbach (...)

Najsmutniejsza rzecz, karawaniarza twarz

Pełna śmiechu beczka, to autobus nasz (...)

Wszyscy słuchają, aha, aha

O czym dziś gadają, aha, aha

Baw się razem z nami do białego dnia

Wesoły autobus, gna po kocich łbach”

Choć to tylko piosenka, niesie ona konkretne przesłanie: najważniejsza jest beztroska. Twórcy audycji robili wszystko, by dostarczyć słuchaczom obiecaną „beczkę śmiechu”, wypełniając antenę anegdotami i melodiami mającymi wprawić wszystkich w stan ogólnej wesołości.

Osobiście nie mam nic przeciwko poczuciu humoru, uważam jednak, że musimy wyraźnie odróżnić powierzchowną wesołość od głębokiej radości, której źródłem jest Duch Święty. Wspominałem o tym już w tekście „Ewangelia na wesoło”, ale wracam do tematu, bo widzę, że ta granica coraz częściej się zaciera. Sytuacja staje się niebezpieczna, gdy liderzy kościołów – chcąc przypodobać się odbiorcom – zamieniają nabożeństwa w czystą rozrywkę. Moim zdaniem rolą Kościoła jest wspieranie wierzących w drodze do duchowej dojrzałości, której celem jest całkowite poddanie się Chrystusowi, a nie organizowanie beztroskich zabaw. Ostatnio spotkałem się nawet z sytuacją, w której zachęcano członków zboru do darmowych lekcji tańca w zaprzyjaźnionym klubie. W ofercie zajęć nie zabrakło dobrze zaopatrzonego baru (choć tam za drinki trzeba było już słono zapłacić).

Jeden z pastorów posunął się nawet do stworzenia swoistej „teologii wesołości”, by zapewnić swojej wspólnocie odpowiedni poziom „ubawu”. Tego typu trendy zazwyczaj docierają do nas zza oceanu. Mieszkając przez pewien czas w USA, wielokrotnie obserwowałem, jak tamtejsi duszpasterze stawiają na show. Dla mnie, wychowanego w tradycji, gdzie zgromadzonych wita się słowami „Chwała Panu” lub „Chwała Jezusowi”, pytanie: „Are you having fun?” (Czy dobrze się bawicie?) brzmi po prostu obco.

Wspomniany pastor ogłasza na stronie internetowej swojego zboru: „Zalecam wesołość wszystkim, którzy pragną pozyskiwać dusze”. Aby nadać temu hasłu większą wagę, powołuje się na postać słynnego „księcia kaznodziejów”, Charlesa Spurgeona, twierdząc, że takie zalecenie znalazło się w jego podręczniku.

Jako człowiek dociekliwy sprawdziłem oryginał. Słowa Spurgeona brzmią tam następująco: „I commend cheerfulness to all who would win souls; not levity and frothiness, but a genial, happy spirit” (Lectures to my students. Volume I). W rzetelnym tłumaczeniu oznacza to: „Wszystkim, którzy chcą zdobywać dusze, polecam pogodę ducha; nie lekkomyślność i pustą wesołość, lecz serdecznego, radosnego ducha”. Tymczasem autor „teologii wesołości” oparł się na niedokładnym przekładzie z komentarza Barclaya: „Zalecam wesołość wszystkim, którzy pragną pozyskiwać dusze. Nie groźby, nie pienienie się, ale duch szczerości i szczęśliwości”.

W tym samym dziele Spurgeon uczy adeptów teologii, jak operować głosem, by zwiastowane Słowo dotarło do słuchaczy we właściwy sposób. Jego kluczowa zasada brzmi: „A needful rule is — always suit your voice to your matter”, czyli: „Ważną zasadą jest to, byś zawsze dostosował swój głos do tematu, który poruszasz”. Nie sądzę, aby w Piśmie Świętym można było znaleźć treści, które należy przekazywać w sposób wywołujący u słuchaczy pusty śmiech.

Niestety, Biblia mówi jedno, a współcześni mówcy często bardziej dbają o „łechtanie uszu” publiczności niż o wierność Bożemu Słowu. Od zawsze uczono mnie, że priorytetem Kościoła jest głoszenie Ewangelii. Ewangelia to fundament: przesłanie o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. Nie potrafię sobie wyobrazić, by taką nowinę przekazywać w atmosferze biesiadnej zabawy. Skoro nawet ton głosu – jak uczył Spurgeon – musi współbrzmieć z powagą przekazu, to cały kontekst nabożeństwa powinien odzwierciedlać wagę Bożej prawdy.

Apostoł Paweł, pisząc wieki przed nami, ujął to najdobitniej:

„Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości, i w bojaźni, i z wielkim drżeniem” (1 Kor 2:2-3).

I niech ta postawa pozostanie fundamentem prawdziwego Kościoła aż do powrotu Pana.

Henryk Hukisz

Monday, October 12, 2015

Modlące się ręce

Modlitwa w życiu człowieka wierzącego, jest konieczna jak powietrze do oddychania.

Pan Jezus modlił się nieustannie, a chyba my potrzebujemy modlitwy bardziej niż On. Apostołowie prosili o to, aby modlić się o nich i o dzieło, które wykonują.

Paweł tak pisał do wierzących w zborach: „Bracia, módlcie się za nas” (1 Tes. 5:25). „Módlcie się zarazem i za nas, aby Bóg otworzył nam drzwi dla Słowa w celu głoszenia tajemnicy Chrystusowej, z powodu której też jestem więźniem” (Kol. 4:3).

O tym, jak ważną rolę odgrywa modlitwa w życiu ludzi wierzących, pisał również apostoł Jakub – „Wyznawajcie tedy grzechy jedni drugim i módlcie się jedni za drugich, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego” (Jak. 5:16).

Często, gdy myślimy o modlitwie, przypominamy sobie ten dobrze znany rysunek, przedstawiający modlące się ręce.

Oto historia, jak ten rysunek powstał.

Na początku XV wieku, w małej wiosce niedaleko Norymbergi, mieszkała rodzina z osiemnaściorgiem dzieci. Osiemnaście! Aby jedynie zadbać o jedzenie na stole dla tego motłochu, ojciec i głowa rodziny, z zawodu złotnik, pracował prawie osiemnaście godzin dziennie w swoim zawodzie. Chętnie też brał wszelkie inne płatne zajęcia, jakie mógł znaleźć w okolicy.

Mimo beznadziejnych warunków, dwóch najstarszych synów miało swoje marzenia. Obydwaj chcieli realizować swoje zamiłowanie do sztuki, ale dobrze wiedzieli, że ojciec nigdy nie będzie w stanie sfinansować choćby jednego z nich, aby mógł wyjechać do Norymbergi na studia.

Po wielu długich nocnych dyskusjach, chłopcy w końcu doszli do porozumienia. Będą rzucać monetą. Ten, który przegra, będzie musiał podjąć pracę w pobliskiej kopalni i ze swoich zarobków będzie opłacać studia swego brata. Potem, gdy brat, który wygra to losowanie, ukończy czteroletnie studia, będzie finansować swego brata w akademii, ze sprzedaży swoich prac, lub, jeśli to będzie konieczne, podejmie również pracę w kopalni.

W niedzielę, po powrocie z kościoła, rzucili monetę. Albrecht Dürer wygrał losowanie i udał się do Norymbergi. Albert podjął niebezpieczną pracę w kopalni, aby przez następne cztery lata finansować studia swego brata.  Drzeworyty i olejne obrazy Albrechta były o wiele lepsze niż większości jego profesorów. Zanim ukończył studia, zaczął już dobrze zarabiać na sprzedaży zleconych mu prac.

Gdy młody artysta wrócił do swojej wsi, rodzina Dürerów zorganizowała uroczystą kolację na powrót Albrechta. Podczas tego niezapomnianego posiłku przerywanego muzyką i śmiechem, Albrecht wstał aby wypić toast za swego ukochanego brata, który poświęcił wiele lat swojej pracy, dzięki czemu mógł spełnić swoje marzenia. Jego ostatnie słowa brzmiały: "A teraz, Albert, błogosławiony mój bracie, teraz twoja kolej. Teraz ty możesz pojechać do Norymbergi, aby zrealizować swoje marzenia, a ja zatroszczę się o ciebie."

Wszystkie głowy zwróciły się na drugi koniec stołu, gdzie siedział Albert. Po jego bladej twarzy spływały łzy, on zaś kręcąc opuszczoną głową z boku na bok, szlochając powtarzał w kółko: "Nie ... nie .. .nie, nie."

Wreszcie, Albert wstał i otarł łzy na policzkach

Spojrzał wokół długiego stołu na twarze kochanych osób, a następnie, trzymając ręce blisko swego prawego policzka, powiedział cicho: "Nie, bracie. Nie mogę jechać do Norymbergi, dla mnie jest już za późno. Zobacz, co cztery lata w kopalniach zrobiły z moimi rękoma! Kości w każdym palcu były przynajmniej raz złamane, a ostatnio cierpiałem na zapalenie stawów. Z moją prawą ręką jest tak źle, że nie mogę nawet trzymać kieliszka, aby wypić z tobą toast , tym bardziej, nie będę mógł poprowadzić piórem lub pędzlem delikatnych lini na pergaminie lub płótnie. Nie, bracie ... dla mnie jest już za późno. "

Minęło ponad pół wieku. Do tej pory setki dzieł Albrechta Dürera, jego mistrzowskie portrety, i kropkowane szkice, akwarele, węgiel, drzeworyty i miedzioryty wiszą w każdym wielkim muzeum na świecie. Lecz najprawdopodobniej, większość ludzi zna tylko jedno z dzieł Albrechta Dürera. Być może, znajduje się ono w wielu naszych domach lub biurach.

Pewnego dnia, aby oddać na zawsze hołd Albertowi, Albrecht Dürer starannie narysował spracowane ręce brata, ukazując cienkie palce podniesione ku niebu. Ten niesamowity rysunek nazwał po prostu "Ręce", ale  ludzie na całym świecie, okazując w swoich sercach wielkie uznanie, nazwali je "Modlące się ręce".

Gdy następnym razem spojrzysz na kopię tego wzruszającego rysunku, przypatrz się mu dokładniej. Niech ci towarzyszy refleksja, że niczego nie dokonasz sam!

Autor nieznany

Saturday, October 10, 2015

Anatomia grzechu

Historia Dawida i Batszeby to prawdopodobnie jeden z najbardziej wyrazistych biblijnych przykładów pokazujących, jak niewinna z pozoru myśl potrafi przerodzić się w niszczycielski czyn. Ten szczegółowo opisany w Piśmie Świętym dramat pozwala nam prześledzić poszczególne etapy powstawania grzechu – stąd też tytuł tej refleksji: „Anatomia grzechu”.

Aby lepiej zrozumieć, co działo się w sercach bohaterów, musimy najpierw przyjrzeć się tłu tych wydarzeń. Choć na pierwszy rzut oka historia ta przypomina scenariusz taniego romansu, w kontekście biblijnym jest to przede wszystkim głęboki dramat.

Krok 1: Bezczynność i brak samokontroli

Wszystko zaczęło się w okresie, „gdy królowie wychodzili na wojnę” (2 Sam 11:1). Dawid podjął jednak decyzję, by zostać w swoim pałacu. Wielu komentatorów uważa, że to właśnie bezczynność otworzyła drzwi do grzechu. Twierdzą, że gdyby król był tam, gdzie jego wojsko, nigdy nie doszłoby do tej tragedii. Osobistej przyczyny upadku upatruję jednak nieco głębiej.

Dawid po prostu nie potrafił zapanować nad swoimi myślami. Zabrakło mu tego, z czym zmaga się wielu współczesnych mężczyzn i kobiet – wewnętrznej dyscypliny i samokontroli. Widok kąpiącej się kobiety zadziałał na niego jak natychmiastowy wyzwalacz pożądania, nad którym nie potrafił (lub nie chciał) przejąć kontroli. Nie chodzi tu o szukanie usprawiedliwień, ale z biografii Dawida jasno wynika, że miał słabość do kobiet. W ciągu dwudziestu lat panowania poślubił aż osiem żon. I choć wielożeństwo było wówczas powszechną praktyką na bliskowschodnich dworach, Dawid doskonale znał wolę Stwórcy. Wiedział, że zamysłem Boga dla małżeństwa od początku był związek jednego mężczyzny i jednej kobiety. Znał też Boże ostrzeżenie skierowane bezpośrednio do przyszłych królów Izraela: „Niech nie bierze sobie wielu żon, aby nie odwróciło się jego serce” (Pwt 17:17).

Krok 2: Spojrzenie, które staje się sidłem

Początek dramatu ma w sobie coś z filmowego napięcia: „Pewnego wieczoru Dawid podniósł się ze swego łoża i przechadzając się po tarasie domu królewskiego, ujrzał z tarasu kąpiącą się kobietę. Kobieta ta była bardzo piękna” (2 Sam 11:2).  Sformułowanie „pewnego wieczoru” mogłoby sugerować przypadek – sytuację, za którą nikt nie ponosi odpowiedzialności. W pewnym sensie tak było, jednak kluczowym problemem Dawida okazał się brak reakcji na to, co zobaczył. Dawid z pewnością znał historię Józefa w Egipcie. Gdy tamten wierny sługa został podstępnie osaczony przez żonę Potifara, uciekł, mówiąc stanowczo: „Jak więc mam dopuścić się takiej niegodziwości i zgrzeszyć przeciwko Bogu?” (Rdz 39:9). Dawid postąpił zupełnie inaczej.

Warto też zauważyć, że Batszeba nie pozostaje bez winy. Można zadać pytanie: dlaczego kąpała się w miejscu widocznym z dachu królewskiego pałacu? Czy jej zachowanie nie przypomina nieco postawy kobiety opisanej w Księdze Przysłów, która kusi młodzieńca słowami: „Mojego męża nie ma w domu, jest w dalekiej podróży” (Prz 7:19)? Gdy dochodzi do grzechu między dwojgiem ludzi, z reguły odpowiedzialność leży po obu stronach – pojawia się prowokacja, na którą przychodzi przyzwolenie.

Kluczowym elementem tej anatomii jest wzrok. Dawid nie tylko spojrzał, on zaczął się przyglądać. Biblia wielokrotnie ostrzega, że niekontrolowane spojrzenie prowadzi do tragedii. Najlepszym tego przykładem jest historia z początku ludzkości: „Wówczas kobieta zobaczyła, że drzewo ma owoce dobre do jedzenia, że jest rozkoszą dla oczu i wzbudza pożądanie, bo daje możliwość poznania. Zerwała więc z niego owoc, jadła i dała swemu mężowi, który był z nią, a on też jadł” (Rdz 3:6). Dlatego później bogobojny Hiob wyciągnął z tego lekcję, deklarując: „Zawarłem przymierze z moimi oczami, że nie będę wpatrywał się w dziewicę” (Hi 31:1).

Radykalną naukę na ten temat zostawił Jezus, który sprowadził problem cudzołóstwa właśnie do intencji serca i wzroku: „Jeśli więc twoje prawe oko jest przyczyną twojego upadku, wyłup je i wyrzuć. Lepiej bowiem będzie dla ciebie, gdy stracisz jedną część ciała, niż gdybyś cały został wrzucony do Gehenny” (Mt 5:29). Król Dawid zrozumiał to poniewczasie, modląc się później: „Odwróć moje oczy od rzeczy marnych, ożyw mnie na Twojej drodze” (Ps 119:37).

Krok 3: Iluzja pobożności i moralny kompromis

W procesie ulegania pokusie ogromną rolę odgrywa mechanizm fałszywej pobożności i racjonalizacji. Ludzie wierzący często próbują zagłuszyć sumienie faktem, że przestrzegają przecież innych przykazań. Dawid, zanim sprowadził Batszebę, upewnił się, że „ona właśnie oczyściła się ze swej nieczystości” (2 Sam 11:4), aby formalnie nie złamać przepisu: „Nie będziesz się zbliżał do kobiety, aby odsłonić jej nagość, podczas jej nieczystości miesięcznej” (Kpł 18:19). Dbał o drobny szczegół rytualny, ignorując fakt, że dopuszcza się zdrady i cudzołóstwa!  

Duch Święty bez wątpienia przypominał Dawidowi prawdę, którą setki lat później sformułował apostoł Jakub: „Kto bowiem wypełniałby całe Prawo, a przekroczyłby choćby jedno przykazanie, ten nie wypełnia Prawa” (Jk 2:10). Dawid nie złamał przepisu o nieczystości, ale ten jeden świadomy upadek sprawił, że stał się winny złamania całego Bożego Prawa.

Jak rodzi się śmierć?

Apostoł Jakub precyzyjnie opisuje ten duchowy proces: „Każdy zaś jest doświadczany przez własną pożądliwość, która go pociąga i nęci. Następnie pożądliwość, gdy zaowocuje, rodzi grzech. Grzech zaś, gdy dojrzeje, rodzi śmierć” (Jk 1:14-15). Historia Dawida to kliniczny przypadek tej zasady. Od niewinnego spaceru, przez zatrzymanie wzroku, aż po zbrodnię (późniejsze zabójstwo Uriasza) i duchową śmierć.

Pismo Święte nie pozostawia nas jednak bez nadziei. Bóg zawsze daje człowiekowi siłę do zwycięstwa nad pokusą, pod warunkiem, że zareagujemy w porę. Już na samym początku ludzkiej historii Bóg ostrzegał Kaina: „grzech czający się w pobliżu skusi cię, ty zaś masz nad nim panować” (Rdz 4:7).

Zamiast iść drogą kompromisu i bezczynności Dawida, warto wziąć sobie do serca inną zachętę z Listu Jakuba: „Błogosławiony człowiek, który nie podda się pokusie. Gdy przetrwa zwycięsko próbę, otrzyma jako wieniec nagrody życie wieczne, przyobiecane tym, którzy miłują Boga” (Jk 1:12 [B W-P]).  

Podsumowanie

Grzech pojawia się w sercu poprzez zastąpienie Bożego głosu własnymi zachciankami. Wierzę, że Dawid wyciągnął właściwy wniosek z tego wydarzenia, odpowiadając na retoryczne pytanie: „Jak młodzieniec zachowa swoje życie w czystości? Tylko przestrzegając słów Twoich!” (Ps 119:9).

Kiedy idziemy na kompromis, tracimy duchową równowagę, a wtedy wystarczy lekkie popchnięcie (pokusa), byśmy runęli w dół.

Dlatego lekarstwem nie jest tylko mechaniczne niegrzeszenie, ale codzienne „pilnowanie serca” i karmienie go tym, co czyste, by pokusa nie miała się do czego przyczepić.

Henryk Hukisz