Wednesday, February 26, 2020

Wirus w kościele

Każde wiadomości rozpoczynają się informacjami na temat nowych przypadków zarażenia koronawirusem. Ludzie, już nie tylko na dalekim wschodzie Azji, lecz w centrum Europy, chronią się przed tym niewidzialnym wrogiem, zakładając przeróżne maski na swoje twarze. W telewizji widziałem filmik, jak pewien człowiek w masce, stojąc na przystanku miejskiej komunikacji, kilka razy kichnął. Ludzie stojący najbliżej, zaczęli nagle oddalać się, aby na wszelki wypadek, nie ulec zarażeniu. Taka reakcja jest zrozumiała, przecież każdy dba o swoje zdrowie.

Nie o wirusie i sposobach uniknięcia niebezpieczeństwa zachorowania chcę pisać, ponieważ tym się nie zajmuję. Chcę natomiast pisać na temat zdrowej nauki w Kościele. Interesują mnie jedynie pewne analogie, jakie mogą lepiej ukazać, na czym, ma polegać nasza troska o trwanie w nauce apostolskiej. Czytamy już na początku o pierwszych chrześcijanach, że trwali oni w nauce apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i na modlitwach” (Dz.Ap. 2:42)

Apostołowie w swoich listach skierowanych do wierzących w Pana Jezusa pisali z troską aby trwali w tej nauce, jaką przyjęli, gdy usłyszeli Ewangelię zbawienia. Nowy Testament jasno określa sposób, w jaki okazywana była troska o zdrową naukę, wskazując na urząd nauczycieli w zborach. Powołany przez Boga i uzdolniony sługa Słowa, musiał posiadać szczególną zdolność, jak pisał Paweł, że miał to być mężczyzna „trzymający się wiernej wykładni nauki, aby był zdolny także podnosić na duchu przez zdrowe nauczanie i zawstydzać tych, którzy się przeciwstawiają” (Tyt. 1:9)

Zadaniem nauczyciela w Kościele było, i uważam, że nadal jest, troska o zdrową naukę i równocześnie zdolność do rozpoznawania i sprzeciwiania się nauce niezdrowej, czyli chorej. Apostoł Paweł polecił Tymoteuszowi, aby „niektórym nakazał nie nauczać błędnie ani się nie zajmować niekończącymi się mitami i rodowodami, które bardziej ukazują bezsensowne rozważania niż działanie Boga przez wiarę” (1 Tym. 1:3). Sądzę, że obecnie w większości zborów ten werset został wykreślony z Biblii, ponieważ pozwala się nauczać każdemu i wszystko, co może zapewnić większą frekwencję na nabożeństwach. Wszelkie próby zwracania uwagi, że coś jest niebiblijne, najczęściej spotyka się w protestem słuchaczy, którzy „według własnych pożądań będą sami sobie dobierać nauczycieli, którzy wyjdą naprzeciw ich oczekiwaniom” (2 Tym. 4:3).

Apostoł Paweł odważnie używał określenia „zdrowa nauka”., Każde inne nauczanie określał wprost, że jest „chore”. A dokładnie, został tu użyty wyraz „gangrena”, która powoduje powolny rozkład zdrowej tkanki naszych organizmów. Greckie słowo „gaggraina” występuje tylko raz w Nowym Testamencie w sytuacji, gdy Paweł radził Tymoteuszowi, „aby sam stanął przed Bogiem jako wypróbowany i nienaganny pracownik, który wiernie przekazuje Słowo prawdy” (2 Tym. 2:15). Natomiast o tych, którzy takiej nauki się nie trzymają, a zajmują się pospolitą i pustą mową, Paweł powiedział, że „ich nauka rozprzestrzenia się jak gangrena. Do nich należą Hymenaios i Filetos, którzy zeszli z drogi prawdy” (w. 17). Oryginalne słowo „gaggraina”, zostało dobrze oddane w Biblii Ekumenicznej, jako gangrena”, a w Biblii Gdańskiej - „kancer (rak)”. Autorzy tłumaczenia Biblii Warszawsko Praskiej oddali to określenie jako „zaraza”, gdyż taka jest charakterystyka tej choroby. Szerzy się ona jak epidemia, na którą nie ma, albo nie stosuje się żadnej szczepionki. Jej działanie w początkowym okresie jest często mało widoczne, a gdy już jej skutki są widoczne, często jest za późno na leczenie – pozostaje jedynie amputacja, aby chronić resztę organizmu kościoła.

Apostoł Paweł nie obawia się podać imion nauczycieli chorej nauki, gdyż wywodzili się z istniejących zborów, aby ostrzegać przed konkretnymi osobami. Pisze o nich, że zeszli z drogi prawdy (2 Tym. 2:18), co znaczy, że na tej drodze byli. Nie pierwszy raz apostoł przestrzega przywódców lokalnego kościoła, że „po moim odejściu wejdą między was drapieżne wilki, które nie oszczędzą trzody. Także spośród was samych powstaną ludzie, którzy będą głosić przewrotne nauki, aby pociągnąć za sobą uczniów.” (Dz.Ap. 20:29,30)

Piszę o tym z troską o dzisiejsze zbory, gdyż tego rodzaju zagrożenie „gangreną”, obecnie powiedziałbym, „koronawirusem”, jest jak najbardziej realne. Działanie jest podobne do typowej zarazy, która szerzy się w sposób niekontrolowany. Wielu nieświadomie kontaktuje się z nosicielami takiej „zarazy”, i dopiero po jakimś czasie zauważa objawy chorobowe. Rozsiewaniu zaraźliwych wirusów niezdrowej nauki obecnie najlepiej sprzyja internet. Każdy może w swoim domowym zaciszu karmić się naukami, jakie najłatwiej trafiają do jego uszu, aby później dalej je przekazywać w mediach społecznościowych. Facebook jest pełen takich udostępnień.

Pamiętam dobrze czas, gdy byłem jeszcze pastorem w Poznaniu. Doświadczyłem wówczas sytuacji, gdy kilku liderów młodzieżowych zbuntowało się, i jak wówczas oświadczyli, że postanowili „opuśc Egipt” i wyszli ze zboru, pociągając za sobą sporą część młodych osób. Dzisiaj jeden z nich, jak sam siebie przedstawia na własnej stronie internetowej, jest „spadkobiercą nauczania i dorobku duchowego amerykańskiego pastora, ewangelisty, ale przede wszystkim nauczyciela Kennetha E. Hagina i tak jak jego autorytet, ma szczególne namaszczenie do nauczania”. Zanim odszedł, słuchał nauczania, że jesteśmy spadkobiercami dzieła, jakie wykonał Jezus Chrystus i musimy tylko Jego naśladować, a nie człowieka. Widocznie bardziej mu odpowiada nauczanie „amerykańskiego pastora”, niż Pana Jezusa. 

Kim jest, a raczej był Kenneth E. Haggin? Ogólnie jest uważany za „ojca” nie biblijnego nauczania znanego jako „wiara w wiarę”, „pozytywne wyznawanie”, „wizualizacja”, „ewangelia sukcesu”, z czego wyrosło później „Toronto blessing”. Namaszczenie, jakiego udziela swoim słuchaczom, polega na chuchaniu w kierunku odbiorcy tego „błogosławieństwa”, który na znak przyjęcia, pada na ziemię i może jeszcze dodatkowo fikać nogami (na YT dostępne jest wideo). Listę można jeszcze kontynuować, albo podawać nazwiska jego uczniów, jak np. Kenneth Copeland, który ostatnio stał się popularny przez to, że publicznie uznał prymat papieski i ogłosił swoją uległość wobec Watykanu.

Apostoł Paweł pisał do Tymoteusza: „Wzoruj się na zdrowej nauce, którą usłyszałeś ode mnie, w wierze i miłości w Chrystusie Jezusie. Tego pięknego depozytu strzeż z pomocą Ducha Świętego, który w nas mieszka” (2 Tym. 1:13,14). Dalej Paweł zapewnia swego naśladowcę i wiernego sługę Słowa „Jeżeli tak będziesz nauczał braci, okażesz się dobrym sługą Chrystusa Jezusa, karmionym słowami wiary i dobrej nauki, za którą poszedłeś” (1 Tym. 4:6)

Widocznie apostoł był świadomy zagrożenia, jakie niesie ze sobą zaraza niezdrowej nauki, skoro tak wiele miejsca poświęcił ostrzeżeniom, zachęcając równocześnie do trwania w Słowie Bożym, które jedynie jest prawdą i zapewnia zdrowy duchowy rozwój.

Na zakończenie jednego z listów Paweł napisał: „Tymoteuszu, strzeż tego, co ci powierzono, unikaj pospolitej, pustej mowy i sprzecznych twierdzeń fałszywej wiedzy. Niektórzy bowiem rozpowszechniając ją, pobłądzili w wierze. Łaska niech będzie z wami” (1 Tym. 6:20,21).

Zastanawiam się, czy w obliczu duchowej „zarazy” ludzie reagują tak samo, jak w czasie zagrożenia koronawirusem i skutecznie oddalają się od zarażonych wirusem niezdrowej nauki.

Henryk Hukisz

Monday, February 17, 2020

Kościół i Goliat

Kiedy Pan Jezus zapowiadał budowę Kościoła, zapewnił, że „potęga śmierci go nie zwycięży” (Mat. 16:18). Kościół to „εκκλησιαν” [ekklesian], czyli zgromadzenie wybranych z tego świata. To są ci, którzy odpowiedzieli na wezwanie do naśladowania Syna Bożego. Chrystus przy innej okazji powiedział, że „będziecie znienawidzeni przez wszystkich ze względu na Moje imię. Kto jednak wytrwa do końca, będzie ocalony” (Mat. 10:22). Mając na uwadze koniec, Pan Jezus zapewniał, że to, co zwykle uważa się za koniec, czyli grób, „αδου”, [hadou], nie jest końcem Kościoła. Kościół trwa wiecznie, gdyż ci, którzy go tworzą, już za życia na ziemi, mają życie wieczne.

To pierwsze zdanie o Kościele zawiera w sobie już zapowiedź walki, sprzeciwu, ataku. Historia Kościoła Jezusa Chrystusa jest tego świadectwem. Od samego początku wyznawcy Chrystusa musieli dystansować się od filozofii tego świata. Paweł, największy apologeta naszej wiary, pisał do wierzących, że zadaniem ludzi Kościoła jest „budowanie Ciała Chrystusa, aż wszyscy dojdziemy do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary dojrzałości wynikającej z pełni Chrystusa” (Efez. 4:12). Dlatego bardzo ważne jest zachowanie właściwej postawy wobec świata, z którego wierzący wyszli. Paweł wprost nakazuje: „abyśmy już nie byli małymi dziećmi, niesionymi falami i powiewem wiatru jakiejkolwiek nauki, którą chytrze posługują się ludzie, zwodząc na manowce” (w. 14)

Chrześcijaństwo pierwszych wieków narażone było na zagrożenia, z jakimi musieli ścierać się ludzie wierzący. Główny atak nastąpił ze strony fałszywych nauczycieli, którzy z łatwością docierali do chrześcijan głosząc różne nauki. Paweł, pisząc list do Tymoteusza, którego pozostawił w młodym zborze efeskim „nakazał nie nauczać błędnie ani się nie zajmować niekończącymi się mitami i rodowodami, które bardziej ukazują bezsensowne rozważania niż działanie Boga przez wiarę” (1 Tym. 1:3,4). Jeden z ojców Kościoła, Grzegorz z Nysy (335 - 395 p.n.Ch.) narzekał, że „trudno było w tamtym czasie kupić chleb na rynku, albo pójść do łaźni, aby nie być zapytanym o to, czy Syn Boży był równy, czy nieco mniejszy od Boga Ojca” (Eikon). Kościół został zaatakowany przez różnych teologów i filozofów odnośnie nauki o Bogu Trójjedynym. Dopiero utworzenie Kanonu Pism Nowego Testamentu powstrzymało te ataki ponieważ wierzący otrzymali natchniony tekst.

Średniowiecze przyniosło zagrożenia w dziedzinie soteriologii, czyli podstawowej prawdy o zbawieniu. Dopiero Marcin Luter wyjaśnił publicznie, że nasze zbawienie jest efektem Bożej łaski, jak to zostało ujęte w pismach Pawła - „Łaską przecież jesteście zbawieni przez wiarę. Nie od was więc to pochodzi, lecz jest darem Boga. Nie z powodu uczynków, aby się nikt nie chlubił” (Efez. 2:8,9). Dzięki Reformacji, a przede wszystkim dzięki udostępnieniu Pisma Świętego szerokiemu gronu czytelników, każdy mógł samodzielnie uwierzyć i przyjąć Ewangelię. Dotychczas, jedynie kapłani katoliccy mieli wyłączne prawo nauczać lud, na czym polega zbawienie. Jak wiemy, było ono uzależnione od spełniania przeróżnych nakazów i zakazów, jakie wymyślano w tzw. stolicy apostolskiej. Dziś jest oczywiste, że każdy może czytać Biblię i otwierać się na działanie Ducha Świętego i mocy Słowa Bożego.

A jak jest w naszych czasach, o których tak często mówimy, że są to już „czasy ostateczne”. Mówimy tak, ponieważ jesteśmy świadkami zmasowanych ataków na Kościół. Diabeł, Boży odwieczny przeciwnik wie, że jego dni są policzone. Jan, w swoich listach, które są datowane na koniec pierwszego wieku, ostrzega „Dzieci, jest już ostatnia godzina i tak, jak słyszeliście, antychryst nadchodzi, a nawet wielu antychrystów już się pojawiło. Po tym właśnie poznajemy, że jest ostatnia godzina. Wyszli oni od nas, lecz nie byli spośród nas” (1 Jan 2:18,19). Kiedyś, apostołowie wskazywali na współczesne im zagrożenia. Paweł, Jan, Piotr, Juda odwoływali się do słów Chrystusa: „Pojawią się bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i będą dokonywać wielkich znaków i cudów, żeby, o ile to możliwe, zwieść nawet wybranych” (Mat. 24:24), i ostrzegali wiernych w Kościele. 

A dziś? Jak gdyby zapanowała zmowa milczenia wśród przywódców współczesnych wspólnot ewangelicznych. Zamiast wzywania do ostrożności, zachęca się do naśladowania obecnej filozofii świata. Pozytywne wyznawanie, ewangelia sukcesu, poszerzanie horyzontów, korporacyjne zarządzanie - to współczesne drogi wprowadzania świeckich nauk do zborów. Nabożeństwa w niczym nie przypominają zgromadzenia ludu Bożego. Już nie słyszy się, że gdy schodzimy się w imieniu Pana Jezusa, tworzymy Dom Boży. Wspólne zgromadzenia przypominają raczej świeckie koncerty muzyki rozrywkowej, niż zalecenie apostoła Pawła: „Kiedy się zbieracie, każdy ma jakiś dar: śpiewania hymnów lub nauczania, lub objawiania tego, co zakryte, lub mówienia językami, lub tłumaczenia. Wszystko niech służy ku zbudowaniu” (1 Kor. 14:26). Oczywiście forma takiego zgromadzenia będzie dziś inna niż wtedy, lecz ma być tak, aby „w każdym jednak Duch objawiał się dla wspólnego dobra” (1 Kor. 12:7).

Dlatego przypomniał mi się Goliat. W czasie, gdy naród Boży był nieustannie atakowany przez największego nieprzyjaciela, „wtedy z obozu Filistynów wystąpił harcownik. Nazywał się Goliat z Gat” (1 Sam. 17:4). Ten, mierzący około trzech metrów olbrzym jest obrazem współczesnych zagrożeń nowotestamentowego ludu Bożego, czyli Kościoła. Wychodził on codziennie rano na wzgórza, aby donośnym głosem oznajmiać swoje prawa, i żądał aby Izrael im się podporządkował. Pomimo, że wojsko ludu Bożego stało gotowe do walki, nikt nie miał odwagi powiedzieć, że Izrael jest własnością Boga. Że Bóg jest ich wodzem, że El Szadaj, Pan Zastępów, gdy się odezwie, to góry będą się trzęsły a ziemia się rozstąpi. Widzieli to wielokrotnie. Byli świadkami olbrzymich Bożych znaków i cudów. Lecz milczeli.

Strach ich opanował - „Gdy Saul i wszyscy Izraelici usłyszeli słowa Filistyna, przerazili się i wpadli w popłoch” (1 Sam. 17:11). Ponieważ nie mieli odwagi, aby stanąć do walki o godność ludu Bożego, byli gotowi ulec, poddać się wpływom Filistynów. Podobnie jak współcześni przywódcy, dla spokoju i wygody własnego życia, ulegają wpływom filozofii świata. Obecni nauczyciele, pod wpływem światowych trendów, jak feminizm, zrównanie płci, a niedługo i homoseksualizm, ogłaszają uległość wobec świeckiej filozofii życia. Na synodach, konferencjach i w zborach naucza się tego, co modne w świecie. 

Największym zagrożeniem dla Kościoła naszych czasów jest feminizm, homoseksualizm i transwestytyzm, czyli totalne odstąpienie od porządku stworzenia, gdy Bóg „stworzył człowieka na swój obraza, stworzył go na obraz Boży, stworzył ich jako mężczyznę i kobietę” (1 Moj. 1:27). Odstąpienie od tej fundamentalnej prawdy jest równoznaczne z zaprzeczeniem całego stworzenia, jakie zostało opisane w Biblii. Oliver O’Donovan, jeden z czołowych współczesnych biblistów, profesor Uniwersytetu w Oksfordzie i w Edynburgu napisał: „Istoty ludzkie posiadają zróżnicowaną dwupostaciową seksualność, wyraźnie uporządkowaną na poziomie biologicznym w celu utworzenia związku heteroseksualnego w trybie prokreacji.” (Stworzenie i dyskryminacja).

Pan Jezus zostawił dla nas najlepszy przykład. Gdy został zapytany o to, co sądzi o prawie do rozwodu, powiedział: „Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku uczynił ich jako mężczyznę i kobietę?” (Mat. 19:4). Musimy też odwołać się do tego, co Bóg postanowił na początku. Stwórca dokonał rozdzielenia pomiędzy wodą i lądem, ziemią i niebem. On ustanowił nieprzekraczalne granice. Jeremiasz zadał retoryczne pytanie: „Czy nie powinniście się Mnie bać – wyrocznia PANA – czy nie powinniście drżeć przede Mną, który z piasku uczyniłem granicę morzu – wieczystym postanowieniem – której nie można przekroczyć? Rozszaleją się jego fale, lecz nie przemogą, wzburzą się, lecz go nie przekroczą.” (Jer. 5:22)

Potrzebny jest dziś Dawid, który odważnie powie: „Kim bowiem jest ten nieobrzezany Filistyn, że lży wojska Boga żywego?” (1 Sam. 17:26). Tu nie ma miejsca na rozprawy teologiczne, dysputy synodalne czy demokratyczne głosowania, by uzyskać przewagę choćby jednego głosu. Wystarczy odwaga, jakiej nabywa się w doświadczeniu przy pasieniu owiec. Wówczas wystarczy jeden kamień w ręku sługi Bożego, który staje w imieniu Pana, gdyż „ta wojna należy do PANA i to On wyda was w nasze ręce” (1 Sam. 17:47)

Henryk Hukisz

Saturday, February 15, 2020

Tysiącletni ciemnogród

Ekspresowa S5, nazywana lokalnie Wschodnią Obwodnicą Poznania, bardzo ułatwia dojazd do Gniezna, gdyż dzięki dotacjom z Unii Europejskiej, stała się nowoczesną drogą, zgodną ze standardami międzynarodowymi. Jadąc często tą  drogą, na kilku skarpach przy wiaduktach, jakie nad nią przebiegają, zauważyłem olbrzymi napis „Chrzcielnica Polski”, gdyż w pobliżu znajduje się właśnie Gniezno oraz Lednica, miejsca umownie związane w wydarzeniem, jakie miało zmienić historię Lechitów. Od roku 966, czyli już ponad tysiąc lat temu Polska stała się krajem chrześcijańskim, tak przynajmniej głoszą podręczniki szkolne, a wspomniany napis na przydrożnej skarpie jest pozostałością po wielkich obchodach 1050 rocznicy tego wydarzenia. 

Gdzie tak na prawdę odbył się chrzest Mieszka I, do dziś nie ma zgodności pomiędzy archeologami i historykami. Dla mnie osobiście najbardziej odpowiada Poznań, bo lubię moje miasto, nawet jeśli ten chrzest odbył się w zupełnie innym miejscu, o  ile w ogóle miał miejsce. Dlaczego tak uważam, bo z reguły jest tak, że przełomowe wydarzenia wywierają znaczące zmiany, które są widoczne po latach.

Chrzest, ten biblijny jest świadectwem prawdziwej wiary w Boga i uznaniem dzieła zbawienia, jakie dokonał Jezus Chrystus. Już sam chrzest Janowy świadczy o prawdziwej przemianie.  Od pragnących tego świętego zanurzenia w wodach Jordanu, Jan Chrzciciel oczekiwał, aby „wyznawali swoje grzechy” (Mat. 3:6). Jeśli natomiast nie było szczerego pragnienia odstąpienia od grzesznego życia, Jan mówił wprost: „Plemię żmijowe, kto wam podsunął myśl, że można uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc owoc godny opamiętania i nie łudźcie się, że możecie mówić sobie: Naszym ojcem jest Abraham” (w. 7,8). Lecz najważniejsze w Ewangelii jest to, że ten chrzest, jakiego udzielał Jan, był jedynie zapowiedzią - „Za mną zaś idzie mocniejszy ode mnie. Nie jestem godny podać Mu sandałów. On was będzie chrzcił Duchem Świętym i ogniem. Ma On w ręku przetak i oczyści swoje klepisko: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym” (w. 11,12).

Jeśli więc mówimy o chrzcie chrześcijańskim, to musi stać się coś tak znacznego, że po wielu wiekach widoczna będzie prawdziwa przemiana w życiu, a nie jedynie ceremonia pokropienia główki niemowlęcia. Apostoł Paweł, chociaż mógł powoływać się na Abrahamowe ojcostwo, to jednak powiedział: „Czy nie wiecie, że my wszyscy, którzy zostaliśmy zanurzeni w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zostaliśmy więc pogrzebani z Nim przez zanurzenie w śmierć, abyśmy tak, jak Chrystus został wskrzeszony z martwych dzięki chwale Ojca, i my prowadzili nowe życie” (Rzym. 6:3,4). Aż trudno byłoby sobie wyobrazić jak wyglądałoby życie w Polsce, w której wszyscy, no powiedzmy szczerze, przynajmniej większość, mogłaby zaświadczyć o takim chrzcie.

Niestety, po ponad tysiącu lat, pomimo powoływania się na tamto historyczne wydarzenie, widzimy na co dzień jaka jest Polska. Piszę o tym, gdyż mimo woli zestawiam współczesne wydarzenia z tym, jaki powinien być prawdziwy efekt chrztu. 

Jak donosi prasa, w czwartek 13 lutego 2020 roku, w Świętokrzyskim Centrum Onkologii w Kielcach wstawiono relikwie św. Faustyny, aby ulżyć pacjentom w cierpieniu. Są to relikwie pierwszego stopnia - z kości, które mają większą moc sprawczą. Dyrektor tej medycznej placówki wyjaśnia, że uczynił to „aby pacjenci mieli jeszcze jedną pośredniczkę w rozwiązywaniu ciężkich życiowych problemów” (Net)

Ten fakt należy zestawić z innym wydarzeniem, jakie głównie przebija w codziennych wiadomościach, a mianowicie, że tzw. większość sejmowa przyjęła ustawę o dofinansowaniu państwowej telewizji zajmującej się propagandą i dzieleniem narodu, zamiast dofinansowania onkologii właśnie. A województwo świętokrzyskie jest w najgorszej sytuacji, jeśli chodzi o czas oczekiwania na chemioterapię.  

Podobnych wydarzeń można znaleźć więcej, jak na przykład, w kaplicy Szpitala Powiatowego w Radomsku odbyła się uroczysta msza św. z wprowadzeniem relikwii błogosławionej pielęgniarki Hanny Chrzanowskiej”. Albo O relikwie św. Józefa Moscati poprosiło kilku lekarzy z naszego szpitala – mówi ks. Krzysztof Bal, kapelan Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 1 przy ul. Szopena w Rzeszowie.” Albo W suwalskim szpitalu odbyło się niezwykłe wydarzenie. Biskup ełcki Jerzy Mazur poświęcił nowe tabernakulum i relikwiarium. Podczas tej uroczystości zainstalowano także na stałe w kaplicy szpitalnej relikwie błogosławionej Hanny Chrzanowskiej  (Net)

Zamiast 2 miliardów na fachową aparaturę i leki, lepiej jest w „chrześcijańskim” kraju zaspakajać ludowe wierzenia, bo to nic nie kosztuje (oprócz kosztów religijnych uroczystości) a pieniądze przeznaczyć na propagandę, aby władza stosująca takie metody leczenia, utrzymała się jak najdłużej. Gest palca posłanki tej partii świadczy o tym dobitnie.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że alternatywą są ludzie, którzy propagują postęp i nowoczesność w kolorach tęczy, nie tej biblijnej, która daje nadzieję Bożej łaski, lecz są to ludzie, którzy „zamienili prawdę Bożą w kłamstwo, oddawali cześć i służyli stworzeniu zamiast Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki” (Rzym. 1:25).

Prawdziwą nadzieją dla Polski jest, nie odwołanie się do jakiejś ceremonii chrzcielnej sprzed tysiąca lat, bo jak widać, naród nadal brnie w duchowej ciemności. Jedyną szansą jest Ewangelia, jaką głosił Paweł, któremu Bóg powierzył zadanie aby „otworzył im oczy i odwrócił od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga, aby przez wiarę we Mnie otrzymali odpuszczenie grzechów i dziedzictwo ze świętymi” (Dz.Ap. 26:18)

Ta Ewangelia sprawiała, że ludzie, którzy w nią uwierzyli i przyjęli, teraz świadczą o tym „jak odwrócili się od bożków do Boga, aby służyć Bogu żyjącemu i prawdziwemu i aby oczekiwać z niebios Jego Syna, którego wskrzesił z martwych, Jezusa, który chroni nas przed nadchodzącym gniewem” (1 Tes. 1:9,10)

Tak było w Tesalonice.  A jak jest w Polsce - widać na co dzień.

Henryk Hukisz

Tuesday, February 4, 2020

Uwspółcześnianie Biblii

Mają ulubioną lekturą szkolną były „Chłopi” Władysława Reymonta. Przyznam, że „Księgi Jakubowe” współczesnej noblistki też staram się polubić, lecz chyba nie w takim samym stopniu. „Chłopi” urzekają mnie nadal swoistym kolorytem wsi, pracą w polu i życiem w ówczesnych chałupach. Niczym nie da się zastąpić języka jakim posługiwał się „tamten” noblista. Czytając fragment rozmowy Boryny z samym sobą, gdy biadolił nad swoim wdowieństwem, to tak, jakbyśmy go słyszeli:
Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nieboszczki, co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę... 
(...) Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok idzie. Hanka kiej ta ćma łazi, a choruje jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze. 
Toć i marnieje wszystko… granule trza było dorznąć… we żniwa wieprzak zdechł... wrony gąski tak przebrały, że połowa ostała!... Tyle marnacji, tyle upadku!… Przez sito wszyćko leci, przez sito...
Ale nie dam! - wykrzyknął prawie głośno - póki rucham tymi kulasami, to ani jednej morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę...” (Chłopi, Część I Jesień)
Czy jest ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie uwspółcześnione wydanie „Chłopów”, w którym ziemniaki wykopuje olbrzymia zielona machina z żółtym napisem na boku „John Deere”? Albo Macieja pędzącego przez Lipce na ciągniku tej samej firmy? A później - jak Antek wysyła sekretne „sms-y” do Jagny, aby umówić się z nią w Starbucks’ie?
A przecież, dla lepszego zrozumienia tej klasycznej pozycji literackiej przez współczesnego czytelnika, powinno się uwspółcześnić tekst, który dla większości jest już niezrozumiały. Obawiam się, że wobec takiego „świętokradztwa”, zdecydowana większość miłośników polskiej literatury narodowej wyszłaby na ulice, by protestować.
Mnie jednak bardziej interesuje Biblia, Księga napisana pod Bożym natchnieniem. A to znaczy, że każde słowo w niej zawarte, jest Słowem Boga. Biblia jest Księgą niepowtarzalną, nie spotykaną w historii ludzkości. Dodam, że już nie będzie innej Biblii, bo wszystko, co Bóg chciał powiedzieć ludziom, zostało powiedziane. Autor Listu do Hebrajczyków, do narodu, z którym Bóg działał przez kilka tysięcy lat, napisał: „Bóg, który dawniej wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał do ojców przez proroków, w tych ostatnich dniach przemówił do nas przez Syna” (Hebr. 1:1). Dlatego dalej czytamy, że Ten, którego posłał u kresu czasów, „jeden raz się pojawił, aby zgładzić grzech przez własną ofiarę. I tak jak zostało postanowione w stosunku do ludzi, że raz umrą, a potem będzie sąd, tak też Chrystus raz ofiarowany, by wziąć na siebie grzechy wielu, po raz drugi już nie z powodu grzechu da się zobaczyć tym, którzy Go oczekując dla zbawienia” (Hebr. 9:26-28). Nie będzie już żadnej nowszej wersji. Chrystus, umierając na starodawnym krzyżu, głośno zawołał: „Dokonało się!” (Jan 19:30).
Biblia, jest właśnie tą Księgą w której Bóg objawia ludziom, na czym polega Jego odwieczny plan. Jest to święty plan, gdyż Bóg jest święty. Wszystko, co czyni, jest święte. Dlatego lubię nazywać Biblię Księgą Świętą, ponieważ zawiera święte Słowa. W Księdze Przysłów natomiast czytamy: „Każde słowo Boga jest sprawdzone, On jest tarczą dla tych, którzy uciekają się do Niego. Nie dodawaj nic do Jego słów, aby cię nie skarcił i abyś nie okazał się kłamcą” (Prz. 30:5,6).
Najczęściej posługujemy się tłumaczeniami Biblii, gdyż ze znajomością języków oryginalnych nie jest najlepiej. Nie mam nic przeciw temu, chociaż, gdy chcę upewnić się, o co właściwie chodzi w jakimś wersecie, to sięgam do słów, jakie zostały zapisane w oryginale. Przekłady Biblii są dobre, w większości są wiarygodne i najczęściej, za sprawą Ducha Świętego, prowadzą grzesznika wprost w ramiona Zbawiciela, który zaprasza: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mat. 11:28). Wiemy z własnego doświadczenia, iż uwierzyliśmy w Chrystusa nie dzięki temu, że nas ktoś przekonał intelektualnie, lecz dzięki osobistej relacji z Tym, komu mogliśmy bezgranicznie zaufać. Jezus wyraził się w tej kwestii jasno: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeśli nie przyciągnie go Ojciec, który Mnie posłał” (Jan 6:44). Ufamy Osobie, a nie literom tekstu - to jest chyba oczywiste!
Niebezpieczne jest „majsterkowanie” z tekstem przy tłumaczeniach na inne języki. Dzięki Bogu, że mamy już kilka wiarygodnych przekładów i dobrze jest z nich korzystać, porównując jakiś tekst między nimi. Lecz to co mnie niepokoi, to prawie że nagminne robienie tłumaczeń dla własnych celów, bo, coś się nie podoba w istniejących. I są to najczęściej tłumaczenia amatorskie. Pamiętam taki epizod, gdy będąc na studiach teologicznych, spotkaliśmy studenta, który postanowił przetłumaczyć Biblię z rosyjskiego na polski, bo przekład rosyjski bardziej mu się podobał. Oczywiście, udało nam się go od tego zamiaru odwieść.
Celem, jaki przyświeca tłumaczom, jest uwspółcześnienie tekstu Pisma Świętego. Zauważmy, że ten cel ma służyć przede wszystkim lepszemu intelektualnemu poznaniu znaczenia tekstu Biblii. Powinniśmy jednak pamiętać, że skoro Biblia jest tekstem natchnionym, to jedynie Duch Święty daje prawidłowe zrozumienie jej treści. Dobieranie wyrazów według ludzkiego upodobania, może jedynie zaciemnić poprawne zrozumienie. Pan Jezus wyraźnie określił zadanie Orędownika, którego obiecał posłać, że „On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu, bo nie wierzą we Mnie. O sprawiedliwości, bo odchodzę do Ojca i już Mnie nie zobaczycie. O sądzie, bo władca tego świata został osądzony” (Jan 16:8-11). Rozum staje się mało, o ile w ogóle, nieprzydatny.
Dlatego uważam, że przesadne dogadzanie rozumowi niekoniecznie służy czytelnikom, aby odebrali to, co rzeczywiście Bóg chce przekazać w Swojej Księdze. Lubię przy czytaniu Biblii odczuwać „innego ducha”, niż znajdujemy w księgach mądrości tego świata. Biblia posiada tę szczególną cechę, określoną jako „sacrum”, które można utracić przez oddanie treści „za pomocą górnolotnych słów lub mądrości” (1 Kor. 2:1). Dlatego Paweł starał się, by jego zwiastowanie „nie opierało się na przekonujących słowach mądrości, ale na ukazywaniu Ducha i mocy, aby wasza wiara nie opierała się na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Boga” (w. 4,5). 
Lubię przykład biblijnego Daniela. Gdy mędrcy tego świata nie byli w stanie zrozumieć rzeczy trudnych, to ten mąż Boży, który posiadał „nadzwyczajnego ducha, wiedzę i rozwagę oraz umiejętność” (Dan. 5:12), był w stanie zrozumieć prawdziwe przesłanie, jakie Bóg skierował do króla Belsazara. Tego Ducha potrzebujemy bardziej, niż dobierania słów, które jedynie kojarzą się z mądrością świata, a nie z Bożym przekazem.
Nawet najwspółcześniejsze słowa nie przemówią do czytelnika tak, jak może to uczynić Autor Biblii. Paweł, pisząc o sprawach duchowych, radzi Tymoteuszowi: „Rozważ, co mówię. Pan bowiem sprawi, że zrozumiesz wszystko” (2 Tym. 2:7). Podobnie jak dwaj uczniowie w drodze do Emmaus, nie byli w stanie rozumem pojąć, dlaczego Jezus umarł. Zrozumieli dopiero, gdy „otworzyły się im oczy” (Łuk. 24:31). Później, gdy pewna niewiasta przysłuchiwała się zwiastowaniu Ewangelii, „Pan otworzył jej serce” (Dz.Ap. 16:14), dzięki czemu uwierzyła, przyjęła chrzest i służyła Bogu.
Chrystus posłał apostoła Pawła, nie aby przekonywał intelektualnie swoich słuchaczy, dobierając odpowiednie słówka, lecz aby „otworzył im oczy i odwrócił od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga, aby przez wiarę we Mnie (Jezusa) otrzymali odpuszczenie grzechów i dziedzictwo ze świętymi” (Dz.Ap. 26:18). Tę rolę najlepiej wypełnia Duch Święty.
Jeśli potrafimy zrozumieć Reymonta w „Chłopach”, to nasz umysł będzie w stanie zrozumieć Boga w Biblii, w której znajdziemy wyrazy, niekoniecznie współczesne. Do uwierzenia w Zbawiciela i do zaufania łasce Bożej, może nas przekonać jedynie Duch Święty, a nie zrozumienie wyrazów, „Litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia” (2 Kor. 3:6).
Henryk Hukisz