Friday, July 31, 2015

Quo vadis kościele?


W czasie studiów teologicznych bardzo interesowałem się dziejami kościoła. Chciałem jak najlepiej poznać jakie zmiany i w jakim czasie doprowadziły chrześcijaństwo do stanu, jaki ogólnie można było obserwować później  w kościołach historycznych.
Podejmując takie badania można zauważyć, że liturgie i wyposażenia budynków kościelnych przestawały nawiązywać do prostoty, jaka uderza z relacji zawartych na stronach Nowego Testamentu. Czytając opisy z czasów pierwszych dziesięcioleci chrześcijaństwa, można powiedzieć z całym przekonaniem, że życie pierwszych chrześcijan toczyło się wokół Osoby Jezusa Chrystusa. Wierzę, że oni na serio uznawali fakt, iż Głową Kościoła jest Pan Jezus. Osobę Ducha Świętego traktowano tak praktycznie, że niecałe dwie dekady od napełniania Jego mocą, zaprotokołowano jedną z pierwszych decyzji: „Postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my,...” (Dz.Ap. 15:28).  Nawet sprawy administracyjne, jak np. kogo wysłać z misją ewangelizacyjną, podejmowano po wysłuchaniu wpierw zdania, jakie ma Duch Święty (Dz.Ap. 13:2).
Później nastały czasy, gdy biskupi poczuli się panami kościołów. Stworzyli podział na duchowieństwo i laików, czyli świeckich (?). Sami siebie wynieśli na piedestały władzy, próbując swój standard życia dorównać do możnowładców tego świata. Dlatego coraz częściej w życiu wspólnot chrześcijańskich, główną rolę zaczęły odgrywać pieniądze i polityka. Utworzono ogólnoświatową stolicę kościoła, przypisując jej sukcesję apostoła Piotra. Naród był jeszcze niewykształcony, a duchowni posiadali wszelką wiedzę, dlatego udawało się przekonać lud, że przepych bazylik i pałaców kardynalskich jest kontynuacją życia Szymona rybaka i Jezusa, syna cieśli.
Dopiero średniowiecze, gdy duchowieństwo szalało bez opamiętania, zdzierając z biedaków opłaty na odpusty dla dusz przebywającym w wymyślonym na tą okoliczność czyśćcu, zaowocowało protestem Marcina Lutra.
Reformacja wywołała tak wielki szok, że nawet papieże zaczęli zastanawiać się nad tym, czy czasami  nie odeszli za daleko od nauki Pisma Świętego. Podjęto działania prewencyjne, aby nie dochodziło do kolejnych reformacji. W latach 1545-1563 odbył się Sobór Trydencki, na którym powołano do życia kontr-reformację. Miała ona na celu przeciwdziałanie reformacji, przez wprowadzanie odnowy w łonie kościoła rzymsko-katolickiego. Praktycznie polegała ona na utworzeniu najbardziej nienawistnej organizacji tępiącej rodzące się kościoły protestanckie. Reformacja przywróciła nauczanie o zbawieniu z łaski, a nie przez sakramenty udzielane według woli kapłanów rzymskich. Jezuici, zamiast utwierdzania w poprawnym wypełnianiu katechizmu katolickiego, do czego zostali powołani, mordowali heretyków w ramach świętej inkwizycji.
Na przełomie wieków XIX i XX, przez kościoły chrześcijańskie, głównie protestanckie, przetoczyła się fala ożywienia charyzmatycznego. Wpierw na terenie Stanów Zjednoczonych, gdzie chrześcijaństwo było bardziej biblijne niż w Europie, jak przysłowiowe „grzyby po deszczu”, rodziły się niezależne od kościołów historycznych społeczności, kierowane bezpośrednio przez Ducha Świętego. Zwiastowana ewangelia, nawiązując do nauczania apostolskiego, że „każdy bowiem, kto wzywa imię Pana, będzie zbawiony” (Rzym. 10:13), rodziła wiarę w sercach słuchaczy. Ludzie doznawali przebaczenia grzechów z łaski, a nie poprzez przynależność do kościoła.
Obecnie, gdy przyglądam się, w jaką stronę zmierza chrześcijaństwo, zauważam, że dzieje się podobnie jak w pierwszych wiekach, następuje odejście od zasadniczej linii, jaką wyznacza nauka apostolska. Mogę nawet powiedzieć, że jest dużo gorzej, gdyż na początku ogół wiernych nie znał treści Pisma Świętego. Obecnie, każdy posiada po kilka egzemplarzy Biblii w kilku różnych przekładach a do tego mamy dużo lepszy dostęp do tekstów w językach oryginalnych.
Pomimo tego, coraz dalej odchodzi się od wzorców biblijnych. Spotkania wierzących przestają  być zgromadzeniami, na których manifestowane są dary Ducha Świętego, których On udziela, „każdemu z osobna tak, jak chce” (1 Kor. 12:11). Zamiast tego, jak pisze apostoł Paweł: „Kiedy się zbieracie, każdy ma jakiś dar: śpiewania hymnów lub nauczania, lub objawiania tego, co zakryte, lub mówienia językami, lub tłumaczenia. Wszystko niech służy ku zbudowaniu” (1 Kor. 14:26), ustala się programy według najnowszych trendów w „show businessie”. Pastorzy bardziej interesują się lokalnymi potrzebami społecznymi , aby pozyskać jak najwięcej zwolenników, niż potrzebą zwiastowania ewangelii o pokucie i nawróceniu. Ewangelistów zastąpili mówcy motywacyjni, którzy zamiast ewangelii, realizują programy artystyczne.
Jak bardzo do współczesnego kościoła pasuje obraz zboru w Laodycei. Gdy patrzy się na nowoczesny wystrój kaplic nazywanych "mega church", na sceny dla muzyków uzbrojone w najnowszą technikę multimedialną, to można odwołać się do opinii Chrystusa o kościele, który mówi o sobie – „Jestem bogaty; oraz: Wzbogaciłem się i niczego nie potrzebuję, to jednak nie wiesz, że jesteś nędzny, pożałowania godny, biedny, ślepy i nagi” (Obj. 3:17).
Pan Jezus, będąc nadal Głową swojego Kościoła, który buduje od dnia Pięćdziesiątnicy, stoi poza współczesnymi zborami. Stoi i puka z nadzieją, że ludzie opętani współczesnymi trendami opamiętają się i wpuszczą Go do wewnątrz. Jak aktualne są słowa obawy, jakie wypowiedział Pan Jezus dwa tysiące lat temu: "Czy jednak Syn Człowieczy zastanie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?" (Łuk. 18:8).
Aby to mogło się stać, potrzebne jest jedno – zastosowanie się do rady, jakiej Chrystus udzielił zborowi w Laodycei. Pan Jezus wskazał na potrzebę powrotu do wiary, wypróbowanej w ogniu, powrotu do świętości, jaką uzyskać można dzięki krwi Baranka, oraz mieć wzrok pomazany olejkiem Ducha Świętego, abyśmy „wiedzieli, czym jest nadzieja, do jakiej was wezwała, czym jest bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i jak wspaniały jest ogrom Jego mocy względem nas, wierzących, według działania siły Jego potęgi. Tą właśnie mocą działał w Chrystusie, gdy wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy w niebiosach” (Efez. 1:18-20).
Lecz trzeba mieć uszy, aby usłyszeć „co Duch mówi do zborów” . Niestety, uszy wierzących są przygłuszone mocą głośników, z których leci jazgot dźwięków zgodnych z najnowszymi trendami muzycznymi. Oczy też przygasły, a raczej oślepły od blasku laserów bijących ze scen koncertowych. Dlatego obawiam się, że w tym pędzie za nowoczesnością, wielu nie usłyszy głosu „wołających na pustyni”, lecz popędzi za swoimi ulubionymi pasterzami.
Quo vadis kościele?

Henryk Hukisz

Thursday, July 30, 2015

Mój największy wróg

Współczesne chrześcijaństwo często przybiera postać religii pacyfistycznej. Unika wszelkich potyczek i nieustannie ogłasza, że najważniejsza jest miłość. Od razu chcę zaznaczyć, że nie mam zamiaru pomniejszać znaczenia miłości, a szczególnie tej miłości, którą Bóg nas umiłował. Chcę jedynie podkreślić, że jako chrześcijanie, naśladowcy Chrystusa, mamy swoich wrogów, którzy nieustannie czyhają na naszą wolność.

Wielu ludzi, nawet spośród tych, którzy nie wierzą w Boga, uważa, że Chrystus pozostawił nam przede wszystkim przykład dobrego życia. Najczęściej przedstawia się Go jako Tego, który czyni dobro i miłuje każdego człowieka, ponieważ „trzciny nadłamanej nie dołamie, a lnu tlejącego nie zagasi” (Mt 12:20). Tak, to prawda. Jednak gdy uważnie czytamy wszystko, co powiedział, i przyglądamy się Jego postawie w różnych sytuacjach, musimy przyjąć również inne Jego słowa: „Nie mniemajcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (M. 10:34). Wysyłając swoich uczniów z poselstwem Ewangelii, Chrystus nie ukrywał przed nimi, że spotkają się z wrogością ze strony ludzi. Mówił: „Oto Ja posyłam was jak owce między wilki; bądźcie tedy roztropni jak węże i niewinni jak gołębice” (Mt. 10:16).

Naszym największym wrogiem nie są jednak ludzie, do których zostaliśmy posłani z Ewangelią. Naszego najgroźniejszego przeciwnika spotykamy znacznie bliżej — wokół nas, a w pewnym sensie nawet w nas samych.

Słowo Boże, szczególnie na kartach Nowego Testamentu, nieustannie przypomina nam o potrzebie czujności. „Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając, kogo by pochłonąć” (1 Ptr 5:8). Dlatego apostoł Paweł wzywa wierzących: „Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi” (Ef 6:11). Apostoł Paweł wielokrotnie ostrzega przed wrogami, którzy nieustannie próbują nas atakować. Dlatego zachęca do czujności i ostrożności, abyśmy nie wpadli w zastawione na nas pułapki. Naszą najlepszą obroną jest codzienne trwanie w zbroi Bożej.

Wszyscy z natury jesteśmy grzesznikami. Urodziliśmy się w świecie dotkniętym skutkami grzechu i sami również od początku pozostajemy pod jego wpływem. Paweł przypomina o tym w Liście do Efezjan: „Niegdyś chodziliście według modły tego świata, naśladując władcę, który rządzi w powietrzu, ducha, który teraz działa w synach opornych. Wśród nich i my wszyscy żyliśmy niegdyś w pożądliwościach ciała naszego, ulegając woli ciała i zmysłów, i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni” (Ef 2:2–3). W tym fragmencie apostoł Paweł wskazuje na trzech przeciwników, którzy wciąż próbują wywierać na nas wpływ. Są nimi: świat, diabeł i ciało.

Dopóki żyjemy, pozostajemy w świecie, który jest wrogo nastawiony do Boga i do wszystkich, którzy świadomie zdecydowali się wierzyć w Niego i żyć dla Niego. Nasz stosunek do świata został jasno określony przez apostoła Jana: „Nie miłujcie świata ani tych rzeczy, które są na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca” (1 Jn 2:15). Apostoł Jakub dodaje jeszcze mocniejsze ostrzeżenie dotyczące naszego stosunku do świata: „Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga” (Jk 4:4).

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że diabeł i jego zastępy demonów są naszymi wrogami. Jedno jest jednak pewne: stając się dziećmi Bożymi, zostaliśmy wykupieni krwią Baranka Bożego spod panowania księcia ciemności. Czytamy o tym wyraźnie, że Bóg Ojciec uczynił nas zdolnymi do „uczestniczenia w dziedzictwie świętych w światłości, który nas wyrwał z mocy ciemności i przeniósł do Królestwa Syna swego umiłowanego” (Kol 1:12–13). Dzieci Boże mają zapewnione zwycięstwo nad wszelkimi atakami diabła. Musimy jednak zająć właściwą pozycję. Słowo Boże mówi: „Przeto poddajcie się Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was” (Jk 4:7).

Najwięcej problemów przysparza nam jednak nasze własne ciało. Od świata możemy czasem oddalić się, choćby wtedy, gdy zamykamy się w naszej modlitewnej komorze. Diabeł musi ustąpić, gdy stajemy w posłuszeństwie Bogu i przeciwstawiamy mu się w imieniu Chrystusa. Od naszego ciała jednak nie uciekniemy aż do chwili, gdy nasz duch i dusza zostaną od niego ostatecznie uwolnione. Przez całą naszą doczesność musimy żyć w jego obecności. Mówiąc tutaj o „ciele”, nie mam oczywiście na myśli naszego fizycznego organizmu, lecz grzeszną naturę i skłonność do grzechu, którą Biblia określa jako pożądliwości ciała.

Apostoł Piotr kieruje do nas wyraźne ostrzeżenie: „Umiłowani, napominam was, abyście jako pielgrzymi i wychodźcy wstrzymywali się od cielesnych pożądliwości, które walczą przeciwko duszy” (1 Ptr 2:11). Te pożądliwości, zakorzenione w naszej upadłej naturze, nieustannie walczą przeciwko naszej duszy, która została już odkupiona przez Chrystusa. Dlatego uważam, że ciało — rozumiane jako sfera grzesznych pożądliwości — jest naszym największym wrogiem. To przeciwnik, z którym nie możemy zawierać żadnego kompromisu. Mamy natomiast „uważać siebie za umarłych dla grzechu, a za żyjących dla Boga w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6:11). To jest nasz wróg numer jeden.

Drodzy, nie zostaliśmy jednak pozostawieni samym sobie ani wydani na pastwę naszych cielesnych pożądliwości. Nasz Pan doskonale zna tę walkę, dlatego w swoim Słowie poświęcił wiele miejsca temu, w jaki sposób możemy odnosić zwycięstwo w codziennych potyczkach. Być może nie z każdej walki wyjdziemy zwycięsko. Czasami upadniemy, czasami poniesiemy porażkę. Jeżeli jednak pozostaniemy posłuszni Jego wskazówkom, możemy powstać i dalej iść za Chrystusem. Zwycięstwo ostatecznie należy do Niego.

Jedną z najważniejszych wskazówek znajdujemy w Liście do Galacjan, gdzie apostoł Paweł pisze wprost: „Według Ducha postępujcie, a nie będziecie pobłażali żądzy cielesnej” (Ga 5:16). Dalej wyjaśnia, że: „Ciało pożąda przeciwko Duchowi, a Duch przeciwko ciału, a te są sobie przeciwne, abyście nie czynili tego, co chcecie” (Ga 5:17).

W kolejnych wersetach znajdujemy bardzo praktyczne wskazówki dotyczące codziennego życia i zwycięstwa nad cielesnymi pożądliwościami. Paweł pokazuje nam, jakie pragnienia i postawy powinniśmy rozwijać, aby nie wpaść w pułapkę uczynków ciała.

Nie chodzi jedynie o to, aby czegoś sobie zakazywać. Życie według Ducha oznacza również rozwijanie w sobie tego, co rodzi się z obecności Ducha Świętego. Jest to Jego owoc, który zaczyna wzrastać w człowieku od chwili narodzenia na nowo.

Tym owocem jest: „Miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość” (Ga 5:22–23).

Pamiętajmy więc, że „Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli” (Gal. 5:1).

Wolność, którą otrzymaliśmy w Chrystusie, nie oznacza jednak braku walki. Przeciwnie — właśnie dlatego, że zostaliśmy wyzwoleni, musimy strzec tej wolności. Świat będzie próbował nas ponownie wciągnąć w swoje schematy. Diabeł nie przestanie zastawiać pułapek. A nasze ciało wciąż będzie próbowało odzyskać władzę nad naszym życiem.

Dlatego każdego dnia musimy wybierać, komu chcemy służyć. Nie możemy prowadzić rozmów pokojowych z grzechem ani zawierać kompromisów z tym, co chce ponownie uczynić nas niewolnikami.

Największego wroga nosimy bardzo blisko siebie. Nie zawsze przychodzi on z zewnątrz. Często przemawia przez nasze pragnienia, ambicje, słabości i pożądliwości. Dlatego największe zwycięstwa chrześcijanina nie zawsze rozgrywają się w widocznych bitwach, lecz w sercu — tam, gdzie każdego dnia musimy zdecydować, czy będziemy postępować według ciała, czy według Ducha.

I właśnie tam rozpoczyna się prawdziwa walka o wolność.

Henryk Hukisz

Sunday, July 26, 2015

Tania chwała?

Obserwuję ostatnio sporą fascynację różnego rodzaju festiwalami — mam tu oczywiście na myśli wydarzenia chrześcijańskie, często nazywane „festiwalami chwały”. Zastanawiam się jednak, komu tak naprawdę oddaje się cześć podczas takiego śpiewu. Z moją znajomością Biblii trudno mi doszukać się w tych wydarzeniach elementów typowych dla uwielbienia Boga — Stworzyciela nieba i ziemi — jakie znajduję na kartach Starego i Nowego Testamentu.

Tytuł rozważania zapożyczyłem z książki Dietricha Bonhoeffera „Naśladowanie”, w której autor zastanawia się, czy łaskę można traktować jak tani towar. Pisałem o tym w jednym z poprzednich artykułów (Tania łaska), starając się podkreślić cenę, jaką zapłacił Jezus Chrystus, abyśmy mieli do niej dostęp.

Uważam, że dokładnie to samo dzieje się dziś z próbami oddawania Bogu chwały. Organizowane współcześnie — nierzadko we współpracy z ludźmi nieodrodzonymi z Ducha — „festiwale chwały”, na których jedynie śpiewa się piosenki o Bogu i Jezusie, są typowym przykładem spłycenia prawdziwej czci, jakiej Bóg jest godzien. Pojawił się trend organizowania festiwali, zlotów, jarmarków i innych wielkich zgromadzeń przy akompaniamencie głośnych gitar i keyboardów. Wszystko to odbywa się na profesjonalnych scenach, w błysku laserów i reflektorów. Teksty piosenek bywają piękne i wzruszające, lecz jeśli całe wydarzenie zaczyna się i kończy na śpiewie, a brakuje w nim zwiastowania Ewangelii i wezwania do upamiętania, to mamy do czynienia z bardzo tanią, jarmarczną chwałą. Najlepszym sprawdzianem autentyczności takiego uwielbienia byłoby odłączenie zasilania w trakcie koncertu.

Pan Jezus w rozmowie z Samarytanką powiedział: „Bóg jest duchem, a ci, którzy Mu cześć oddają, powinni Mu ją oddawać w duchu i w prawdzie” (J 4:24). To jedno zdanie, wypowiedziane przez Tego, który najlepiej zna Ojca, zawiera dwa kluczowe warunki. Po pierwsze, Bóg szuka ludzi, którzy wielbią Go w Duchu — co oznacza, że prawdziwa chwała płynie wyłącznie z ust i serc tych, którzy narodzili się z Ducha. Po drugie, uwielbienie musi wypływać z serc, które poznały Boga i trwają w Prawdzie. Zgodnie ze słowami Jezusa, aby móc nazywać Boga Ojcem, trzeba najpierw poznać prawdę, która wyzwala (J 8:32).

Żydzi współcześni Jezusowi uważali, że do chwalenia Boga wystarczy samo pochodzenie od Abrahama. Odpowiedź Syna Bożego była dla nich szokująca. Jezus powiedział im wprost: „Wy macie diabla za ojca i chcecie spełniać pożądliwości waszego ojca. On był mężobójcą od początku i w prawdzie nie wytrwał, bo w nim nie ma prawdy. Gdy mówi kłamstwo, mówi od siebie, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8:44). Tylko Pan Jezus mógł wypowiedzieć tak surowe słowa, gdyż jedynie On znał prawdziwy stan ich serc.

Sam śpiew o Bogu to za mało — to nie to samo, co prawdziwe uwielbienie. Największym pragnieniem Boga jest to, „aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2:4). Można nauczyć się wspólnego wykonywania pieśni, ale to wcale nie oznacza, że Bóg je przyjmie. Bóg jest niezmienny — jak napisał apostoł Jakub: „U Niego nie ma żadnej odmiany ani nawet chwilowego zaćmienia” (Jk 1:17). A to znaczy, że tak jak wymagał od Izraela czci ze szczerego serca, tak tym bardziej oczekuje jej od Kościoła dzisiaj. Już w czasach proroka Izajasza Bóg zarzucał swojemu ludowi: „Ten lud zbliża się do Mnie ustami i czci Mnie wargami, ale jego serce jest daleko ode Mnie, a jego bojaźń przede Mną jest tylko wyuczonym ludzkim nakazem” (Iz 29:13).

Czy można zachwycać się tłumem śpiewającym podniosłe teksty? Jeśli serca śpiewających są nadal dalekie od Boga, bo nie zostały pojednane z Nim przez Chrystusa i nie nawróciły się w pokucie do Zbawiciela, to są to jedynie puste, tanie słowa. Pisałem o tym wcześniej (Jednego Ducha?) i chcę przypomnieć: Bóg godzien jest chwały oddawanej przez tych, którzy porzucili świat i zostali wyzwoleni z fałszywej religijności.

Jeżeli zachęca się do uwielbiania Boga osoby nieodrodzone z Ducha Świętego, które na co dzień oddają cześć obrazom czy figurom i uczestniczą w fałszywych rytuałach, to taki śpiew niczym nie różni się od „festiwalu chwały”, który zorganizował kiedyś Aaron pod Synajem. Gdy Mojżesz przebywał na górze, Izraelici nakłaniani przez błądzących przywódców „wstawszy wcześnie rano, złożyli ofiary całopalne i biesiadne; i usiadł lud, aby jeść i pić, a potem wstali, aby się bawić” (Wj 32:6). Atmosfera była iście festiwalowa — mimo braku nagłośnienia, laserów i efektów specjalnych.

Bóg jednak w swojej dobroci okazał Izraelowi łaskę. Wtedy Mojżesz prosił Pana: „Pokaż mi, proszę, Twoją chwałę!” (Wj 33:18). Mojżesz otrzymał ponowne zaproszenie na górę, by odebrać tablice Przykazań. Opis tego spotkania jest niezwykle istotny dla zrozumienia, jak należy zbliżać się do Boga przebywającego w obłoku swojej chwały.

Bóg oświadczył wtedy wyraźnie, że kto chce oddawać Mu cześć, nie może mieć udziału w pogańskim życiu okolicznych narodów: „Nie będziesz się kłaniał innemu bogu, albowiem Pan, którego imię jest 'Zazdrosny', jest Bogiem zazdrosnym” (Wj 34:14). Ceną za to, by nasza chwała stała się dla Boga miłą wonią, jest odłączenie się od wszystkiego, co Go obraża. Apostoł Paweł, ostrzegając wierzących, „aby nadaremnie łaski Bożej nie przyjmowali” (2 Kor 6:1), zadaje szereg retorycznych pytań: „Co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością? Albo jaka jest społeczność między światłością a ciemnością?” (2 Kor 6:14). Ludzie, którzy nie zostali ożywieni przez nieskazitelne nasienie Słowa Bożego, przypominają po prostu śpiewające mumie.

Obietnica Boga: „Będę wam Ojcem, a wy będziecie mi synami i córkami” (2 Kor 6:18) odnosi się do tych, którzy w praktyce odpowiedzieli na Jego wezwanie: „Wyjdźcie spośród nich i odłączcie się — mówi Pan — i nieczystego się nie dotykajcie, a Ja was przyjmę” (2 Kor 6:17). Tylko od takich ludzi Bóg przyjmuje chwałę, jakiej jest naprawdę godzien.

Pan przyjmie nas i nasze uwielbienie, jeśli posłusznie wypełnimy Jego woli. On pragnie mieć nas na wyłączną własność. Wyrzeczenie się wszystkiego, co uwłacza Bogu, to cena, jaką musimy zapłacić, aby nasza chwała nie była jedynie wyuczoną piosenką płynącą z ust, lecz z odnowionego serca. Król Dawid, gdy uświadomił sobie swój grzech, wołał: „Serce czyste stwórz we mnie, o Boże, a ducha prawego odnów we wnętrzu moim!” (Ps 51:12). Dopiero wtedy mógł dodać: „Panie, otwórz wargi moje, a usta moje głosić będą Twą chwałę!” (Ps 51:17).

Bóg niezmiennie kieruje do każdego z nas to samo zaproszenie: „Synu mój, daj mi swoje serce” (Prz 23:26).
Henryk Hukisz

Monday, July 13, 2015

Wszechmogący Tatuś?

Podczas niedzielnego spotkania z przyjaciółmi rozmowa zeszła na grunt teologiczny: jak właściwie powinniśmy zwracać się do świętego Boga? Mój rozmówca zapytał wprost: „Co sądzisz o tytułowaniu Boga per Tatuś?”.

Niejednokrotnie słyszałem kaznodziejów, którzy z dużą swobodą zachęcali wiernych do używania tego zdrobnienia, argumentując, że „takie jest pierwotne znaczenie oryginału”. Postanowiłem więc podzielić się moją opinią na ten temat. Mam nadzieję, że to rozważanie stanie się wyzwaniem dla czytelników, a osoby o odmiennym zdaniu odpowiedzą konstruktywnym komentarzem – bardzo na to liczę.

W przeciwieństwie do osób niezdecydowanych, mam w tej kwestii wyrobiony pogląd. Uważam, że żaden człowiek – jako Boże stworzenie – nie ma prawa zwracać się do Stwórcy słowem „Tatuś”. Bóg pozostaje Bogiem, a my Jego stworzeniem. Pojednanie, które otrzymaliśmy w Jezusie Chrystusie, nie znosi tej fundamentalnej hierarchii i powagi.

Godność dziecka a poufałość

Apostoł Paweł napisał: „Kiedy jednak nadeszła pełnia czasu, Bóg posłał swego Syna, który narodził się z niewiasty, narodził się pod Prawem, żeby wykupić tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy otrzymali przybrane synostwo” (Ga 4:4,5).

Chrystus „uniżył samego siebie, gdyż był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci na krzyżu” (Flp 2:8), aby podnieść nas z upadku, w jakim ludzkość trwała od czasu Adama i Ewy. Dzięki tej niepojętej łasce, poprzez wiarę, zyskaliśmy godność dzieci Bożych: „Tym zaś, którzy Go przyjęli, dało moc stania się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w Jego imię” (Jn 1:12). Na tym polega usynowienie – na nadaniu nam praw dziecka, które w Bogu znajduje swojego Ojca. Ten przywilej realizuje się jednak wyłącznie w Chrystusie, który zaznaczył: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (Jn 14:6).

Wszystko, co posiadamy w sferze duchowej, mamy w Chrystusie i przez Niego. Dlatego na nasz status musimy patrzeć przez pryzmat Jego relacji z Ojcem. Gwarantem tego porządku jest Duch Święty, o czym czytamy w Liście do Efezjan: „W Nim również, gdy uwierzyliście, zostaliście opieczętowani obiecanym Duchem Świętym” (Ef 1:13). Jezus zwracał się do Boga słowem „Ojcze” i dzięki Niemu my mamy to samo prawo. Nawet w godzinie najcięższej próby w Getsemane Chrystus wołał: „Abba, Ojcze, Ty wszystko możesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Lecz niech się stanie nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty” (Mk 14:36). Ewangelista Marek, pisząc pod natchnieniem, podał nam jasne znaczenie słowa „Abba” – oznacza ono „Ojciec”. Nie „Tata” czy „Tatuś”, lecz Ojciec.

Co mówi tekst oryginalny?

W Nowym Testamencie termin „Abba” pojawia się jeszcze dwukrotnie i za każdym razem towarzyszy mu tłumaczenie: „Ojcze”. Każdy, kto przypisuje mu inne znaczenie, dopuszcza się nadinterpretacji Słowa Bożego. Nie da się tego uzasadnić „intymnością relacji”, jak to czynią niektórzy współcześni nauczyciele.

Pozostałe dwa przypadki użycia tego zwrotu pochodzą od apostoła Pawła. W Liście do Galacjan czytamy: „Ponieważ jesteście synami, Bóg wysłał Ducha swego Syna do naszych serc, który woła: Abba, Ojcze!” (Ga 4:6). Z kolei w Liście do Rzymian Paweł wyjaśnia: „Otrzymaliście Ducha usynowienia, w którym wołamy: Abba, Ojcze!” (Rz 8:15). W obu tekstach widzimy inspirację Ducha Świętego, który prowadzi nas do oddawania czci Bogu jako Ojcu – z należytym respektem.

W oryginale greckim widnieje zwrot „abba ho pater”. Greckie słowo Pater oznacza po prostu „Ojciec” i nie zawiera żadnych form zdrabniających. Samo zaś słowo Abba ma korzenie w językach semickich (aramejskim, chaldejskim) i dzieli rdzeń z hebrajskim Ab, które również oznacza „Ojca”. Choć to analiza skrótowa, jasno wskazuje na brak podstaw do „tatusiowania”.

Geneza współczesnej mody

Jako człowiek dojrzały, pamiętam czasy moich studiów teologicznych i lektoratów języków biblijnych. Wtedy nikt nie odważyłby się nadawać słowu „Abba” infantylnego wydźwięku. Trend ten pojawił się w latach 80., wraz z napływem zagranicznych kaznodziejów, których niejednokrotnie sam tłumaczyłem z języka angielskiego.

Skąd wziął się pomysł na zmianę tradycyjnego rozumienia słowa „Abba”?

W 1971 roku niemiecki teolog Joachim Jeremias napisał, że słowo „Abba” było w istocie „dziecięcą paplaniną”, używaną w codziennych relacjach z ojcem. Jednocześnie zastanawiał się, czy w czasach Chrystusa dopuszczalne było, aby w ten sposób zwracać się do samego Boga. Później, w 1981 roku, amerykański biblista Georg Schelbert zauważył, że słowo to zawiera w sobie specyficzny akcent wskazujący na bardzo osobistą relację i oznacza „mój Ojciec”. Potwierdził to w 1983 roku profesor Geza Vermes.

Dyskusja ta trwała przez kilka lat, aż w 1988 roku James Barr wyjaśnił ponad wszelką wątpliwość, że „Abba” wcale nie oznacza „tato”. Stwierdził on: „W każdym razie nie było to dziecinne wyrażenie porównywalne z 'tatusiem': było to bardziej uroczyste, odpowiedzialne i dorosłe zwrócenie się do Ojca” (But in any case it was not a childish expression comparable with 'Daddy': it was a more solemn, responsible, adult address to a Father).

Warto w tym miejscu przypomnieć słowa apostoła Pawła: „Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, myślałem jak dziecko, rozumowałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężczyzną, zaniechałem tego, co dziecięce” (1 Kor 13:11). Jakikolwiek dodatkowy komentarz wydaje się tu zbędny, ponieważ Bóg Ojciec oczekuje od nas dążenia do duchowej dojrzałości.

Podsumowanie i wyzwanie

Na koniec chciałbym sformułować wniosek, który jest zarazem pytaniem i wyzwaniem: jeśli słowo „Abba” rzeczywiście oznaczałoby „Tatusia”, to dlaczego przez dwa tysiące lat Bóg miałby pozbawiać swoje dzieci możliwości zwracania się do Niego w tak czuły sposób? Przecież nigdzie w historii chrześcijaństwa nie spotykamy dowodów na to, aby ktokolwiek wcześniej rozumiał to słowo w ten sposób – aż do czasów nam współczesnych.

Bóg jest zawsze potężny i święty, a człowiek niezmiennie pozostaje jedynie Jego stworzeniem. Dlatego uważam, że owo „tatusiowanie” Bogu jest wyłącznie współczesnym trendem, wymyślonym przez zwiastunów religijnych nowinek.

Henryk Hukisz

Thursday, July 9, 2015

Zwodzenie wybranych

 Postanowiłem napisać o temacie, który od dłuższego czasu głęboko mnie niepokoi. W dobie internetu informacje rozprzestrzeniają się błyskawicznie, docierając do najdalszych zakątków świata. Z tego powodu coraz więcej osób jest narażonych na wpływ różnorodnych doniesień, które – często ilustrowane materiałami audiowizualnymi – zyskują w oczach odbiorców na wiarygodności.

Niestety, czasy, w których żyjemy – a wiele wskazuje na to, że są to już czasy ostateczne – charakteryzują się znakami zapowiadanymi przez Chrystusa i apostołów u progu istnienia Kościoła. Pan Jezus przestrzegał swoich uczniów, a wraz z nimi cały Kościół: „Baczcie, żeby was kto nie zwiódł” (Mt 24:4).

Na co powinniśmy zwracać uwagę, aby nie dać się oszukać? Odpowiedzią na to fundamentalne pytanie jest jedna rada: trzymajmy się Słowa Bożego. Jest ono niezmienne, ponieważ jego autorem jest Bóg, który nie cofa raz powziętych postanowień. Ta uwaga jest szczególnie aktualna dzisiaj, gdy mamy powszechny dostęp do nauk głoszonych przez ludzi inspirowanych przez przeciwnika Bożego. Diabłu zależy na tym, aby zwieść wierzących, a tych, którzy dopiero szukają prawdy i zbawienia, próbuje zadowolić „inną ewangelią”, pozbawioną mocy przemiany życia. Dlatego też jedną z najważniejszych przestróg biblijnych na nasze czasy pozostają słowa Jezusa: „Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i czynić będą wielkie znaki i cuda, aby, o ile można, zwieść i wybranych” (Mt 24:24).

Od pewnego czasu internet, a głównie platformy Facebook i YouTube, zalewane są doniesieniami o rzekomym „odnowieniu Ducha Świętego w Kościele rzymskokatolickim”. Kilka lat temu głośno było o powrocie do tego Kościoła kilku znanych ewangelistów i nauczycieli ewangelikalnych. W tym roku na placu św. Piotra w Watykanie ma odbyć się uroczystość poświęcona jedności i pokojowi w odnowieniu Ducha Świętego. Udział w tym wielkim koncercie zapowiedzieli popularni artyści znani z pieśni uwielbieniowych, tacy jak Darlene Zschech z Hillsong czy Don Moen, by wspólnie z papieżem Franciszkiem wielbić Boga „w jednym duchu”. Z kolei Rick Warren zdążył już nazwać głowę Kościoła katolickiego „naszym papieżem”.

Niedawno natknąłem się w sieci na informacje o działalności polskiego ewangelisty, Marcina Zielińskiego. Występuje on głównie w środowisku katolickim, modląc się o uzdrowienia chorych. Ludzie są zachwyceni – podobnie jak na początku misji Jezusa, gdy tłumy lgnęły do Mistrza, pragnąc cudownego uwolnienia od cierpień. Jednak Chrystusa to nie zadowalało; Jego nadrzędnym celem było pojednanie ludzi z Ojcem poprzez cud nowego narodzenia. Wspomniany ewangelista w nauczaniu o powtórnym przyjściu Chrystusa powołuje się na słowa papieża, który podczas Soboru Watykańskiego II zapowiedział odnowę w Kościele. Szczególnie zasmuciło mnie jednak stwierdzenie tego nauczyciela, jakoby „Reformacja zraniła Kościół katolicki”, a dzisiejszym zadaniem ma być leczenie tego zranienia poprzez pojednanie.

Pomyślałem wówczas, że taka nauka musiałaby logicznie prowadzić do powrotu wszystkich tych, którzy dzięki Ewangelii wybrali prawdę i opuścili instytucję głoszącą liczne herezje. Patrząc wstecz, skoro mowa o Reformacji, należałoby wręcz przeprosić Kościół katolicki za „krzywdy” wyrządzone przez reformatorów i ewangelistów nauczających, że jedynie Biblia zawiera prawdę, a zbawienie jest wyłącznie darem łaski, nie zaś wynikiem sakramentów serwowanych przez „jedynozbawczy” kościół.

Idąc dalej tym tokiem myślenia, musielibyśmy uznać, że miliony ludzi, którzy uwierzyli w Ewangelię łaski i z tego powodu byli nienawidzeni oraz mordowani przez świętą Inkwizycję, poniosły ofiarę daremną. Zgodnie z tym, co głoszą dziś niektórzy, należało pozostać w Kościele katolickim, posłusznie uczestniczyć w sakramentach i czynić zadośćuczynienie za grzechy, aby po zakończeniu ziemskiej wędrówki rodzina mogła wykupić kilka mszy w nadziei na wyrwanie duszy z czyśćca. Przecież papież Franciszek wciąż tak naucza i tak postępuje w Kościele, którego jest głową.

Biblia naucza bardzo wyraźnie, że Bóg pragnie zbawienia wszystkich ludzi, dlatego „kiedy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za nas umarł” (Rz 5:8). Sam Jezus jednak podkreślił: „Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jn 14:6). Czyżby zapomniał wówczas dodać, że w dziele zbawienia uczestniczy także Jego matka, Maria? Że ludzie będą musieli czcić świętych, kłaniać się przed posągami, spowiadać się kapłanom i wypełniać nakazaną pokutę? Najwyraźniej tak – jeśli wierzyć współczesnym trendom, wedle których Bóg miałby ogłosić „nową prawdę” o zbawieniu, uzupełnioną o wszystkie dodatki stworzone przez katolicką tradycję.

Apostoł Paweł, który wiele wycierpiał dla Ewangelii, w którą uwierzył i którą głosił, pisał, że Bóg „chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy (1 Tm 2:4). Apostoł Piotr dodał, że Pan „nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania” (2 Ptr 3:9). Osobiście wierzę więc, że Bóg nadal pragnie zbawienia każdego człowieka, ale pragnie również, by wraz z tym zbawieniem ludzie poznali Prawdę – jedyną, którą jest Jezus Chrystus. Ta Prawda została nam przekazana w natchnionym Słowie Bożym, w Biblii, abyśmy w nią uwierzyli i zostali ocaleni.

Bóg się nie zmienia, gdyż „u Niego nie ma żadnej odmiany ani nawet chwilowego zaćmienia” (Jk 1:17). Jeśli ktoś naucza inaczej, staje się fałszywym nauczycielem. Może on wprawdzie czynić znaki i cuda, ale służą one jedynie zwiedzeniu ludzi. To jest główny cel przeciwnika naszego zbawienia, o czym przypomniał Jezus: „Potem przychodzi diabeł i wybiera słowo z serca ich, aby nie uwierzyli i nie byli zbawieni” (Łk 8:12).

Henryk Hukisz

Tuesday, July 7, 2015

Dwuosobowy kościół

 Należę do pokolenia, które pamięta pewną frazę z piosenki śpiewanej przez „Budkę suflera”, iż „do tanga trzeba dwojga”. Ten zwrot ma jednak dużo dłuższą historię, gdyż prawie sto lat temu pewna amerykańska piosenkarka zdobyła popularność śpiewając „Takes two to tango”.
Nie o piosence i tańcu jednak chcę pisać, lecz o tym, że coraz częściej słyszymy, iż wystarczy „dwóch lub trzech” aby powstał lokalny kościół. Zwolennicy takiej teorii powołują się na słowa Pana Jezusa, który obiecał być obecny pośród zgromadzonych w Jego imieniu, nawet w taki niewielkiej liczbie. Tak, to prawda, że Pan Jezus w określonej sytuacji powiedział: „Gdzie bowiem dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich” (Mat:18:20). Warto jest jednak przyjrzeć się temu bliżej, aby odpowiedzieć na pytanie, czy taką modlącą się grupke ludzi można nazwać kościołem.
W swoim dośc już długim zyciu zauważyłem, że wpomniana obietnica jest najczęściej przywoływana w zgromadzeniach, które tworzy najwyżej kilka osób. Wówczas prowadzący pociesza obecnych, że Pan Jezus jest pośród nas. Rzeczywiście, ta obietnica dotyczy obecności Chrystusa wśród osób modlących się w jedności serc. W tej sytuacji liczba jest nieistotna, nawet usytuowanie zgromadzonych osób. Przypominam sobie pewną zabawną sytuację, jaka wydarzyła się podczas pierwszych lat studiów na Ch.A.T. Mieliśmy zwyczaj pod koniec dnia spotykać się w jednym z pokojów akademika, aby wspólnie się modlić. Pewnego razu odwiedził nas brat zza wschodniej granicy i gdy zobaczył nas klęczących dookoła pokoju przy swoich łóżkach twarzami do ścian, zwrócił nam uwagę, że Jezus znajduje się pośrodku, dlatego też powinniśmy odwrócić się twarzami do środka. Lecz już tak na poważnie, powoływanie się na ten werset,  jako podstawę tworzenia lokalnego kościoła, jest już zwykłym nadużyciem.
Aby właściwie zrozumieć tę obietnicę, musimy przyjrzeć się tej sytuacji, czyli w jakim kontekście została ona wypowiedziana. Pan Jezus, w tym fragmencie Ewangelii Mateusza, mówił o kilku różnych kwestiach.
Chrystus po swoim przemienieniu na górze i uzdrowieniu później epileptyka z mocy demonicznej udał się z uczniami do Galilei, gdzie po raz drugi otwarcie im powiedział, że będzie wydany na śmierć, lecz trzeciego dnia z martwych powstanie. Natomiast Jego uczniowie, zamiast wziąć do serca tę zapowiedź, bardziej interesowali się tym, kto jest najważniejszy w Królestwie Niebieskim. Wówczas Pan Jezus, zamiast wygłoszenia nauki na temat prawdziwej wielkości, wziął małe dziecko, postawił je pośród nich i powiedział: „Zapewniam was, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mat. 18:3). Była to praktyczna ilustracja do wypowiedzi Chrystusa na temat wielkości, która w Bożym Królestwie polega na uniżeniu się wobec innych. Następnie Pan Jezus nauczał ich o niebezpieczeństwie gorszenia „maluczkich”. Morał, jaki płynie z tej nauki, jest prosty – aby mieć życie wieczne, lepiej jest pozbyć się czegoś, co może gorszyć. Obcinanie rąk i wyłupywanie oczu jest jedynie obrazem i nie należy tych poleceń brać dosłownie.
Pan Jezus wyraźnie określił cel swego przyjścia porównując siebie do pasterza, który szuka zgubionych owiec. Przypowieść o stu owieczkach, z których jedna się zagubiła nie jest o pozostawieniu dziewięćdziesięciu dziewięciu na pastwę wilków czy złodziei. Jest to obraz miłości Boga, który posłał Dobrego Pasterza, aby wykonał wolę Ojca, jaką jest poszukiwanie zgubionych owiec. Chrystus zapewniał w dalszych słowach - Tak też nie chce wasz Ojciec, który jest w niebie, aby zginął jeden z tych najmniejszych (Mat. 18:14)
Po tym wyjaśnieniu, Chrystus mówił o stosowaniu dyscypliny wobec tych, którzy są w Królestwie Bożym i nadal grzeszą. W tym fragmencie spotykamy się ponownie z nawiązaniem do Kościoła. Pierwszy raz Pan Jezus używa określenia „ekklesia”, które znaczy kościół, czyli zgromadzenie tych, którzy zostali powołani. Wówczas powiedział o sobie- „zbuduję Mój Kościół, a potęga śmierci go nie zwycięży (Mat. 16:18). Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, gdy jest napominana osoba, która dopuściła się grzechu. Pan Jezus poucza swoich uczniów, że wpierw należy sprawę załatwić w jak najmniejszym gronie, najwyżej jeszcze jednej lub dwóch osób. Jeśli natomiast nie dojdzie do zamknięcia sprawy na tym etapie, ponieważ grzesznik nie chce pokutować, należy zwołać zgromadzenie lokalnego kościoła, które ma możliwość rozwiązania tej kwestii, albo w ostateczności, będzie musiało dokonać wyłączenia takiej osoby ze swojego grona. W tym nauczaniu widać już jakąś strukturę kościoła, a mianowicie, że ktoś musi tę sprawę poprowadzić przez kolejne etapy polegające na tym, że musi zwołać zgromadzenie osób, które podejmie wiążącą decyzję. Widzimy więc, że jeśli dwóch lub trzech nie doprowadzi do załatwienia tej sprawy, musi zgromadzić się kościół „ekklesia”, który tworzy już dużo większa liczba osób. Z nauczania Pana Jezusa wynika, że jeśli i tych nie usłucha, powiedz Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik (Mat. 18:17).
W tym rozdziale (Mat. 18), Pan Jezus używa słowo "ekklesia" mówiąc o modlitwie - Ponadto zapewniam was: Jeśli dwaj spośród was na ziemi będą zgodnie o coś prosić, otrzymają to od Mojego Ojca, który jest w niebie. W oryginalne ten werset rozpoczyna się słowem „palin” - "znów", "na nowo", wskazując, że jest to nowa myśl, nowy temat. Oczywiście, modlitwa jest elementem życia kościoła, jako zgromadzenia ludzi wierzących, lecz nie jest wyłącznie z nim związana. Słowo Boże naucza nas nieustannie się módlcie (1 Tes. 5:17), a nie tylko w czasie zgromadzenia kościoła. Pan Jezus zwraca tutaj uwagę na znaczenie jednomyślności w modlitwie, wskazując na potrzebę uzgodnienia wśród modlących się, o co mają wspólnie wołać do Boga. Liczba osób jest nieistotna, lecz aby można było o coś się zgodzić, potrzeba przynajmniej dwojga, jak do tanga w piosence. Główną myślą tych dwóch wersetów jest jedność w uzgodnieniu prośby modlitewnej, a nie nakreślenie podstawy tworzenia lokalnego kościoła.
Znamy wiele przykładów opisanych w Dziejach Apostolskich, że gdy pierwsi chrześcijanie modlili się, to „zgodnie wznieśli głos do Boga” (Dz.Ap. 4:24). Chrystus niejednokrotnie nakazywał swoim uczniom, aby zachowywali jedność, jeśli chcą trwać w Bożej obecności. Pan Jezus powiedział o sobie: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (Jan 10:30), dlatego oczekiwał od swoich uczniów, iż będą trwać w jedności ze sobą zawsze, a nie jedynie podczas wspólnych zgromadzeń. Chrystus, mówiąc o modlitwie, wskazał na znaczenie jedności serc, gdyż tylko po spełnieniu tego warunku, Ojciec da to, o co będą Go prosić. Zgoda wśród osób modlących się jest dla Chrystusa wyzwaniem, aby zaszczycić ten moment swoja obecnością. I o tym  właśnie mówił Pan Jezus, obiecując modlącym się Swoją obecność, niekoniecznie w geograficznym środku tego zgromadzenia.
Obietnica obecności Chrystusa pośród osób modlących się nie stanowi doktryny, na podstawie której tworzy się kilkuosobowe kościoły. Kościół, to coś dużo więcej, niż spotkanie paru osób, aby wspólnie się pomodlić i pośpiewać refreny, niejednokrotnie przy kawie i ciasteczku. Nazywanie takich spotkań "kościołem domowym" jest nadużyciem i stoi w sprzeczności z biblijną nauką o kościele lokalnym. Powołanie się na słowa apostoła Pawła - Pozdrówcie także Kościół, który gromadzi się w ich domu (Rzym. 16:5) jest bezzasadne. W tamtym czasie nie budowano kaplic, jak to czyni się obecnie. Wówczas większość lokalnych zgromadzeń ludu Bożego korzystała z otwartych domostw, które z pewnością miały o wiele większy metraż niż współczesne M-3.
Apostoł Paweł pisząc o Kościele użył obrazu ciała które, „ma wiele członków, a wszystkie członki, chociaż jest ich wiele, są jednym ciałem, tak też jest i z Chrystusem” (1 Kor. 12:12). Ten obraz pokazuje jasno, że „ciało bowiem to nie jest jeden członek, lecz liczne (w. 14).  Paweł nie porównuje kościoła do ameby, lecz bardziej do skomplikowanego organizmu składającego się z licznych członków, jak na przykład: oko, słuch, ręka, noga, głowa. Poszczególne części kościoła funkcjonują we wspólnym organizmie, ku wzajemnemu zbudowaniu. Dlatego „Bóg ustanowił w Kościele najpierw apostołów, po drugie proroków, po trzecie nauczycieli, następnie tych, co mają dar czynienia cudów, dar uzdrawiania, niesienia pomocy, rządzenia oraz mówienia językami” (1 Kor. 12:28). A do tego potrzeba dużo więcej ludzi, niż „dwaj lub trzej zgromadzeni w imię Jezusa”.
Z tym się chyba wszyscy zgodzicie, no nie?
Henryk Hukisz

Polecam inne rozważania o kościele
„Zdrowy Kościół – pielęgnowanie”

Saturday, July 4, 2015

Rozdwojony dom

 Już starożytni znali skuteczność zasady dzielenia społeczeństwa dla dobra rządzących, ponieważ łatwiej jest panować nad ludźmi, którzy dzielą się pomiędzy sobą. Zasada „divide et impera” polega na wzniecaniu konfliktów wśród poddanych, aby okupant mógł łatwiej sprawować narzuconą przez siebie władzę. Pierwsi zastosowali ją Rzymianie na Półwyspie Apenińskim, później stosowana była przez wielu cesarzy i królów państw starożytnych. Dobre efekty, wynikające z tej zasady, osiągali hitlerowcy na okupowanych terenach Europy Wschodniej, dzieląc podbite narody na lokalne grupy etniczne.
Lecz najlepszy przykład znajdujemy w Nowym Testamencie, gdy przywódcy izraelscy oskarżyli Chrystusa, że „On wypędza demony mocą Belzebuba, władcy demonów” (Łuk. 11:15). Wówczas Pan Jezus, znając ich zamysły, wyjaśnił: „Każde królestwo, rozdwojone samo w sobie, pustoszeje, i żadne miasto czy dom, rozdwojony sam w sobie, nie ostoi się” (Mat. 12:25).
Boże Królestwo jest jedno i jest budowane jednością ludzi, którzy stali się jego obywatelami. Pan Jezus, jako Głowa Kościoła, znał doskonale wartość jedności, gdyż powiedział: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (Jan 10:30). Później, przed swoim odejściem do Ojca, modlił się: „Ojcze święty, zachowaj w imieniu twoim tych, których mi dałeś, aby byli jedno, jak my” (Jan 17:11). Chrystus zabiegał w modlitwie o jedność Kościoła, ponieważ od niej załeżała wiarygodnośc świadectwa, jakie mu powierzył. W tej niezwykłej modlitwie wyraził swoje pragnienie, „aby wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a Ja w tobie, aby i oni w nas jedno byli, aby świat uwierzył, że Ty mnie posłałeś” (w. 21).
Prawdziwa jedność Ciała Chrystusa, którym jest Kościół, nie jest wynikiem naszych starań, czy programów jednoczących wszystkich w ramach ekumenicznych organizacji. Ta jedność jest efektem obecności Bożej chwały, jakiej Chrystus udziela – „A Ja dałem im chwałę, którą mi dałeś, aby byli jedno, jak my jedno jesteśmy” (Jan 17:22). To zjednoczenie dokonane przez Chrystusa jest mocą świadectwa, jakie Kościół niesie do ludzi tego świata. Jest ona niezbędnym czynnikiem przekonującym grzeszników, że Chrystus jest jedyną drogą do Ojca – „Ja w nich, a Ty we mnie, aby byli doskonali w jedności, żeby świat poznał, że Ty mnie posłałeś i że ich umiłowałeś, jak i mnie umiłowałeś” (w. 23).
Chyba z łatwością każdy uwierzy, że największym staraniem diabła jest rozbicie tej jedności. Jezus jest jedynymi drzwiami dla owiec, które przyszed szukać. Natomiast jego przeciwnik, „złodziej przychodzi tylko po to, by kraść, zarzynać i wytracać” (Jan 10:10). Zwykle jest tak, że diabeł nie przychodzi osobiście do kościoła, pokazując swoją wizytówkę. On ma na swoim utrzymaniu „wilki”, które najczęściej pojawiają się w odzieniu owczym. Trafnie to określił apostoł Paweł, mówiąc do starszych zboru efeskiego „że po odejściu moim wejdą między was wilki drapieżne, nie oszczędzając trzody, nawet spomiędzy was samych powstaną mężowie, mówiący rzeczy przewrotne, aby uczniów pociągnąć za sobą” (Dz.Ap. 20:29,30). Dlatego, według słów Pana Jezusa, gdy diabeł „widząc wilka nadchodzącego, porzuca owce i ucieka, a wilk porywa je i rozprasza” (Jan 10:12).
Takie działanie diabła, który rozbija jedność Kościoła, opisuje już apostoł Paweł, gdy dowiedział się od innych, że w Koryncie, jeden wierzący „wynosił się nad drugiego, stając po stronie jednego nauczyciela przeciwko drugiemu” (1 Kor. 4:6). Dlatego, mając na uwadze zachowanie darowanej im jedności, pisał: „proszę was, bracia, w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy byli jednomyślni i aby nie było między wami rozłamów, lecz abyście byli zespoleni jednością myśli i jednością zdania” (1 Kor. 1:10).
Piszę o tym ponownie, gdyż już raz chciałem wskazać na destrukcyjne działanie tych, którzy uniesieni własna ambicją, pociągają za sobą wielu wierzących, aby stworzyć własną wspólnotę, stając się jej przywódcą (Chrystus podzielony). Niestety, nadal wielu zostaje pociągniętych do tworzenia przeróżnych grup, pod mianem „Grupy Domowej”, lub „Kościoła Domowego”. Tym tworom chorej wyobraźni nadaje się określenia jedynego prawdziwego kościoła, jakoby według nowotestamentowego wzoru. Nic bardziej zwodniczego nie kryje się pod tymi działaniami, jak jedynie odwieczne rozbijanie jedności Kościoła Jezusa Chrystusa.
Gdy spojrzymy uważnie na historię Kościoła nowotestamentowego, to musimy zauważyć, iż jego siłą była jedność. Czytamy w Dziejach Apostolskich, że pierwsi chrześcijanie, „codziennie też jednomyślnie uczęszczali do świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z weselem i w prostocie serca” (Dz.Ap. 2:46). Łamanie chleba po domach, czyli obchodzenie Pamiątki Śmierci Pana Jezusa, czynione było oddzielnie przez tę samą grupę wierzących, gdyż będąc zgromadzeni w świątyni, nie mieli takiej możliwości.
Jakiś czas później, Łukasz opisując dzieje pierwszych chrześcijan, napisał: „A u tych wszystkich wierzących było jedno serce i jedna dusza i nikt z nich nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne” (Dz.Ap. 4:32). Pan Jezus, zgodnie z daną wcześniej obietnicą, potwierdzał zwiastowane Słowo znakami i cudami – „A przez ręce apostołów działo się wśród ludu wiele znaków i cudów. I zgromadzali się wszyscy jednomyślnie w przysionku Salomonowym” (Dz.Ap. 5:12). Nie w domu. Pisałem o tym w innym rozważaniu - "Dwuosobowy kościół".
Apsotoł Paweł modlił się o pierwszy Kościół: „A Bóg, który jest źródłem cierpliwości i pociechy, niech sprawi, abyście byli jednomyślni między sobą na wzór Jezusa Chrystusa, abyście jednomyślnie, jednymi usty wielbili Boga i Ojca Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (Rzym. 15:5,6).
Dlatego, ja również pozwolę sobie, prosić was słowami wielkiego Apostoła: „Proszę was, bracia, w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy byli jednomyślni i aby nie było między wami rozłamów, lecz abyście byli zespoleni jednością myśli i jednością zdania” (1 Kor. 1:10).
Henryk Hukisz