Friday, July 31, 2015
Quo vadis kościele?
Thursday, July 30, 2015
Mój największy wróg
Wielu ludzi, nawet spośród tych, którzy nie wierzą w Boga,
uważa, że Chrystus pozostawił nam przede wszystkim przykład dobrego życia.
Najczęściej przedstawia się Go jako Tego, który czyni dobro i miłuje każdego
człowieka, ponieważ „trzciny nadłamanej nie dołamie, a lnu tlejącego nie
zagasi” (Mt 12:20). Tak, to prawda. Jednak gdy uważnie czytamy
wszystko, co powiedział, i przyglądamy się Jego postawie w różnych sytuacjach,
musimy przyjąć również inne Jego słowa: „Nie mniemajcie, że przyszedłem
przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (M.
10:34). Wysyłając swoich uczniów z poselstwem Ewangelii, Chrystus nie
ukrywał przed nimi, że spotkają się z wrogością ze strony ludzi. Mówił: „Oto
Ja posyłam was jak owce między wilki; bądźcie tedy roztropni jak węże i
niewinni jak gołębice” (Mt. 10:16).
Naszym największym wrogiem nie są jednak ludzie, do których
zostaliśmy posłani z Ewangelią. Naszego najgroźniejszego przeciwnika spotykamy
znacznie bliżej — wokół nas, a w pewnym sensie nawet w nas samych.
Słowo Boże, szczególnie na kartach Nowego Testamentu,
nieustannie przypomina nam o potrzebie czujności. „Przeciwnik wasz, diabeł,
chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając, kogo by pochłonąć” (1 Ptr 5:8).
Dlatego apostoł Paweł wzywa wierzących: „Przywdziejcie całą zbroję Bożą,
abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi” (Ef 6:11). Apostoł
Paweł wielokrotnie ostrzega przed wrogami, którzy nieustannie próbują nas
atakować. Dlatego zachęca do czujności i ostrożności, abyśmy nie wpadli w
zastawione na nas pułapki. Naszą najlepszą obroną jest codzienne trwanie w
zbroi Bożej.
Wszyscy z natury jesteśmy grzesznikami. Urodziliśmy się w
świecie dotkniętym skutkami grzechu i sami również od początku pozostajemy pod
jego wpływem. Paweł przypomina o tym w Liście do Efezjan: „Niegdyś
chodziliście według modły tego świata, naśladując władcę, który rządzi w
powietrzu, ducha, który teraz działa w synach opornych. Wśród nich i my wszyscy
żyliśmy niegdyś w pożądliwościach ciała naszego, ulegając woli ciała i zmysłów,
i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni” (Ef 2:2–3). W tym
fragmencie apostoł Paweł wskazuje na trzech przeciwników, którzy wciąż próbują
wywierać na nas wpływ. Są nimi: świat, diabeł i ciało.
Dopóki żyjemy, pozostajemy w świecie, który jest wrogo
nastawiony do Boga i do wszystkich, którzy świadomie zdecydowali się wierzyć w
Niego i żyć dla Niego. Nasz stosunek do świata został jasno określony przez
apostoła Jana: „Nie miłujcie świata ani tych rzeczy, które są na świecie.
Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca” (1 Jn 2:15). Apostoł
Jakub dodaje jeszcze mocniejsze ostrzeżenie dotyczące naszego stosunku do
świata: „Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem to wrogość wobec
Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem
Boga” (Jk 4:4).
Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że diabeł i jego
zastępy demonów są naszymi wrogami. Jedno jest jednak pewne: stając się dziećmi
Bożymi, zostaliśmy wykupieni krwią Baranka Bożego spod panowania księcia
ciemności. Czytamy o tym wyraźnie, że Bóg Ojciec uczynił nas zdolnymi do „uczestniczenia
w dziedzictwie świętych w światłości, który nas wyrwał z mocy ciemności i
przeniósł do Królestwa Syna swego umiłowanego” (Kol 1:12–13). Dzieci
Boże mają zapewnione zwycięstwo nad wszelkimi atakami diabła. Musimy jednak
zająć właściwą pozycję. Słowo Boże mówi: „Przeto poddajcie się Bogu,
przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was” (Jk 4:7).
Najwięcej problemów przysparza nam jednak nasze własne
ciało. Od świata możemy czasem oddalić się, choćby wtedy, gdy zamykamy się w
naszej modlitewnej komorze. Diabeł musi ustąpić, gdy stajemy w posłuszeństwie
Bogu i przeciwstawiamy mu się w imieniu Chrystusa. Od naszego ciała jednak nie
uciekniemy aż do chwili, gdy nasz duch i dusza zostaną od niego ostatecznie
uwolnione. Przez całą naszą doczesność musimy żyć w jego obecności. Mówiąc
tutaj o „ciele”, nie mam oczywiście na myśli naszego fizycznego organizmu, lecz
grzeszną naturę i skłonność do grzechu, którą Biblia określa jako pożądliwości
ciała.
Apostoł Piotr kieruje do nas wyraźne ostrzeżenie: „Umiłowani,
napominam was, abyście jako pielgrzymi i wychodźcy wstrzymywali się od
cielesnych pożądliwości, które walczą przeciwko duszy” (1 Ptr 2:11).
Te pożądliwości, zakorzenione w naszej upadłej naturze, nieustannie walczą
przeciwko naszej duszy, która została już odkupiona przez Chrystusa. Dlatego
uważam, że ciało — rozumiane jako sfera grzesznych pożądliwości — jest naszym
największym wrogiem. To przeciwnik, z którym nie możemy zawierać żadnego
kompromisu. Mamy natomiast „uważać siebie za umarłych dla grzechu, a za
żyjących dla Boga w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6:11). To
jest nasz wróg numer jeden.
Drodzy, nie zostaliśmy jednak pozostawieni samym sobie ani
wydani na pastwę naszych cielesnych pożądliwości. Nasz Pan doskonale zna tę
walkę, dlatego w swoim Słowie poświęcił wiele miejsca temu, w jaki sposób
możemy odnosić zwycięstwo w codziennych potyczkach. Być może nie z każdej walki
wyjdziemy zwycięsko. Czasami upadniemy, czasami poniesiemy porażkę. Jeżeli
jednak pozostaniemy posłuszni Jego wskazówkom, możemy powstać i dalej iść za
Chrystusem. Zwycięstwo ostatecznie należy do Niego.
Jedną z najważniejszych wskazówek znajdujemy w Liście do
Galacjan, gdzie apostoł Paweł pisze wprost: „Według Ducha postępujcie, a nie
będziecie pobłażali żądzy cielesnej” (Ga 5:16). Dalej wyjaśnia, że: „Ciało
pożąda przeciwko Duchowi, a Duch przeciwko ciału, a te są sobie przeciwne,
abyście nie czynili tego, co chcecie” (Ga 5:17).
W kolejnych wersetach znajdujemy bardzo praktyczne wskazówki
dotyczące codziennego życia i zwycięstwa nad cielesnymi pożądliwościami. Paweł
pokazuje nam, jakie pragnienia i postawy powinniśmy rozwijać, aby nie wpaść w
pułapkę uczynków ciała.
Nie chodzi jedynie o to, aby czegoś sobie zakazywać. Życie
według Ducha oznacza również rozwijanie w sobie tego, co rodzi się z obecności
Ducha Świętego. Jest to Jego owoc, który zaczyna wzrastać w człowieku od chwili
narodzenia na nowo.
Tym owocem jest: „Miłość, radość, pokój, cierpliwość,
uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość” (Ga 5:22–23).
Pamiętajmy więc, że „Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej
wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod
jarzmo niewoli” (Gal. 5:1).
Wolność, którą otrzymaliśmy w Chrystusie, nie oznacza jednak
braku walki. Przeciwnie — właśnie dlatego, że zostaliśmy wyzwoleni, musimy
strzec tej wolności. Świat będzie próbował nas ponownie wciągnąć w swoje
schematy. Diabeł nie przestanie zastawiać pułapek. A nasze ciało wciąż będzie
próbowało odzyskać władzę nad naszym życiem.
Dlatego każdego dnia musimy wybierać, komu chcemy służyć.
Nie możemy prowadzić rozmów pokojowych z grzechem ani zawierać kompromisów z
tym, co chce ponownie uczynić nas niewolnikami.
Największego wroga nosimy bardzo blisko siebie. Nie zawsze
przychodzi on z zewnątrz. Często przemawia przez nasze pragnienia, ambicje,
słabości i pożądliwości. Dlatego największe zwycięstwa chrześcijanina nie
zawsze rozgrywają się w widocznych bitwach, lecz w sercu — tam, gdzie każdego
dnia musimy zdecydować, czy będziemy postępować według ciała, czy według Ducha.
I właśnie tam rozpoczyna się prawdziwa walka o wolność.
Henryk Hukisz
Sunday, July 26, 2015
Tania chwała?
Obserwuję ostatnio sporą fascynację różnego rodzaju
festiwalami — mam tu oczywiście na myśli wydarzenia chrześcijańskie, często
nazywane „festiwalami chwały”. Zastanawiam się jednak, komu tak naprawdę oddaje
się cześć podczas takiego śpiewu. Z moją znajomością Biblii trudno mi doszukać
się w tych wydarzeniach elementów typowych dla uwielbienia Boga — Stworzyciela
nieba i ziemi — jakie znajduję na kartach Starego i Nowego Testamentu.
Tytuł rozważania zapożyczyłem z książki Dietricha
Bonhoeffera „Naśladowanie”, w której autor zastanawia się, czy łaskę
można traktować jak tani towar. Pisałem o tym w jednym z poprzednich artykułów
(Tania łaska), starając się podkreślić cenę, jaką zapłacił Jezus
Chrystus, abyśmy mieli do niej dostęp.
Uważam, że dokładnie to samo dzieje się dziś z próbami
oddawania Bogu chwały. Organizowane współcześnie — nierzadko we współpracy z
ludźmi nieodrodzonymi z Ducha — „festiwale chwały”, na których jedynie śpiewa
się piosenki o Bogu i Jezusie, są typowym przykładem spłycenia prawdziwej czci,
jakiej Bóg jest godzien. Pojawił się trend organizowania festiwali, zlotów,
jarmarków i innych wielkich zgromadzeń przy akompaniamencie głośnych gitar i
keyboardów. Wszystko to odbywa się na profesjonalnych scenach, w błysku laserów
i reflektorów. Teksty piosenek bywają piękne i wzruszające, lecz jeśli całe
wydarzenie zaczyna się i kończy na śpiewie, a brakuje w nim zwiastowania
Ewangelii i wezwania do upamiętania, to mamy do czynienia z bardzo tanią,
jarmarczną chwałą. Najlepszym sprawdzianem autentyczności takiego uwielbienia
byłoby odłączenie zasilania w trakcie koncertu.
Pan Jezus w rozmowie z Samarytanką powiedział: „Bóg jest
duchem, a ci, którzy Mu cześć oddają, powinni Mu ją oddawać w duchu i w
prawdzie” (J 4:24). To jedno zdanie, wypowiedziane przez Tego, który
najlepiej zna Ojca, zawiera dwa kluczowe warunki. Po pierwsze, Bóg szuka ludzi,
którzy wielbią Go w Duchu — co oznacza, że prawdziwa chwała płynie
wyłącznie z ust i serc tych, którzy narodzili się z Ducha. Po drugie,
uwielbienie musi wypływać z serc, które poznały Boga i trwają w Prawdzie.
Zgodnie ze słowami Jezusa, aby móc nazywać Boga Ojcem, trzeba najpierw poznać
prawdę, która wyzwala (J 8:32).
Żydzi współcześni Jezusowi uważali, że do chwalenia Boga
wystarczy samo pochodzenie od Abrahama. Odpowiedź Syna Bożego była dla nich
szokująca. Jezus powiedział im wprost: „Wy macie diabla za ojca i chcecie
spełniać pożądliwości waszego ojca. On był mężobójcą od początku i w prawdzie
nie wytrwał, bo w nim nie ma prawdy. Gdy mówi kłamstwo, mówi od siebie, bo jest
kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8:44). Tylko Pan Jezus mógł wypowiedzieć tak
surowe słowa, gdyż jedynie On znał prawdziwy stan ich serc.
Sam śpiew o Bogu to za mało — to nie to samo, co prawdziwe
uwielbienie. Największym pragnieniem Boga jest to, „aby wszyscy ludzie
zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2:4). Można nauczyć się
wspólnego wykonywania pieśni, ale to wcale nie oznacza, że Bóg je przyjmie. Bóg
jest niezmienny — jak napisał apostoł Jakub: „U Niego nie ma żadnej odmiany
ani nawet chwilowego zaćmienia” (Jk 1:17). A to znaczy, że tak jak wymagał
od Izraela czci ze szczerego serca, tak tym bardziej oczekuje jej od Kościoła
dzisiaj. Już w czasach proroka Izajasza Bóg zarzucał swojemu ludowi: „Ten
lud zbliża się do Mnie ustami i czci Mnie wargami, ale jego serce jest daleko
ode Mnie, a jego bojaźń przede Mną jest tylko wyuczonym ludzkim nakazem”
(Iz 29:13).
Czy można zachwycać się tłumem śpiewającym podniosłe teksty?
Jeśli serca śpiewających są nadal dalekie od Boga, bo nie zostały pojednane z
Nim przez Chrystusa i nie nawróciły się w pokucie do Zbawiciela, to są to
jedynie puste, tanie słowa. Pisałem o tym wcześniej (Jednego Ducha?) i
chcę przypomnieć: Bóg godzien jest chwały oddawanej przez tych, którzy
porzucili świat i zostali wyzwoleni z fałszywej religijności.
Jeżeli zachęca się do uwielbiania Boga osoby nieodrodzone z
Ducha Świętego, które na co dzień oddają cześć obrazom czy figurom i
uczestniczą w fałszywych rytuałach, to taki śpiew niczym nie różni się od
„festiwalu chwały”, który zorganizował kiedyś Aaron pod Synajem. Gdy Mojżesz
przebywał na górze, Izraelici nakłaniani przez błądzących przywódców „wstawszy
wcześnie rano, złożyli ofiary całopalne i biesiadne; i usiadł lud, aby jeść i
pić, a potem wstali, aby się bawić” (Wj 32:6). Atmosfera była iście
festiwalowa — mimo braku nagłośnienia, laserów i efektów specjalnych.
Bóg jednak w swojej dobroci okazał Izraelowi łaskę. Wtedy
Mojżesz prosił Pana: „Pokaż mi, proszę, Twoją chwałę!” (Wj 33:18).
Mojżesz otrzymał ponowne zaproszenie na górę, by odebrać tablice Przykazań.
Opis tego spotkania jest niezwykle istotny dla zrozumienia, jak należy zbliżać
się do Boga przebywającego w obłoku swojej chwały.
Bóg oświadczył wtedy wyraźnie, że kto chce oddawać Mu cześć,
nie może mieć udziału w pogańskim życiu okolicznych narodów: „Nie będziesz
się kłaniał innemu bogu, albowiem Pan, którego imię jest 'Zazdrosny', jest
Bogiem zazdrosnym” (Wj 34:14). Ceną za to, by nasza chwała stała się dla
Boga miłą wonią, jest odłączenie się od wszystkiego, co Go obraża. Apostoł
Paweł, ostrzegając wierzących, „aby nadaremnie łaski Bożej nie przyjmowali”
(2 Kor 6:1), zadaje szereg retorycznych pytań: „Co ma wspólnego
sprawiedliwość z nieprawością? Albo jaka jest społeczność między światłością a
ciemnością?” (2 Kor 6:14). Ludzie, którzy nie zostali ożywieni przez
nieskazitelne nasienie Słowa Bożego, przypominają po prostu śpiewające mumie.
Obietnica Boga: „Będę wam Ojcem, a wy będziecie mi synami
i córkami” (2 Kor 6:18) odnosi się do tych, którzy w praktyce odpowiedzieli
na Jego wezwanie: „Wyjdźcie spośród nich i odłączcie się — mówi Pan — i
nieczystego się nie dotykajcie, a Ja was przyjmę” (2 Kor 6:17). Tylko od
takich ludzi Bóg przyjmuje chwałę, jakiej jest naprawdę godzien.
Pan przyjmie nas i nasze uwielbienie, jeśli posłusznie
wypełnimy Jego woli. On pragnie mieć nas na wyłączną własność. Wyrzeczenie się
wszystkiego, co uwłacza Bogu, to cena, jaką musimy zapłacić, aby nasza chwała
nie była jedynie wyuczoną piosenką płynącą z ust, lecz z odnowionego serca.
Król Dawid, gdy uświadomił sobie swój grzech, wołał: „Serce czyste stwórz we
mnie, o Boże, a ducha prawego odnów we wnętrzu moim!” (Ps 51:12). Dopiero
wtedy mógł dodać: „Panie, otwórz wargi moje, a usta moje głosić będą Twą
chwałę!” (Ps 51:17).
Monday, July 13, 2015
Wszechmogący Tatuś?
Podczas niedzielnego spotkania z przyjaciółmi rozmowa zeszła
na grunt teologiczny: jak właściwie powinniśmy zwracać się do świętego Boga?
Mój rozmówca zapytał wprost: „Co sądzisz o tytułowaniu Boga per Tatuś?”.
Niejednokrotnie słyszałem kaznodziejów, którzy z dużą
swobodą zachęcali wiernych do używania tego zdrobnienia, argumentując, że
„takie jest pierwotne znaczenie oryginału”. Postanowiłem więc podzielić się
moją opinią na ten temat. Mam nadzieję, że to rozważanie stanie się wyzwaniem
dla czytelników, a osoby o odmiennym zdaniu odpowiedzą konstruktywnym
komentarzem – bardzo na to liczę.
W przeciwieństwie do osób niezdecydowanych, mam w tej
kwestii wyrobiony pogląd. Uważam, że żaden człowiek – jako Boże stworzenie –
nie ma prawa zwracać się do Stwórcy słowem „Tatuś”. Bóg pozostaje Bogiem, a my
Jego stworzeniem. Pojednanie, które otrzymaliśmy w Jezusie Chrystusie, nie
znosi tej fundamentalnej hierarchii i powagi.
Godność dziecka a poufałość
Apostoł Paweł napisał: „Kiedy jednak nadeszła pełnia
czasu, Bóg posłał swego Syna, który narodził się z niewiasty, narodził się pod
Prawem, żeby wykupić tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy otrzymali przybrane
synostwo” (Ga 4:4,5).
Chrystus „uniżył samego siebie, gdyż był posłuszny aż do
śmierci, i to do śmierci na krzyżu” (Flp 2:8), aby podnieść nas z
upadku, w jakim ludzkość trwała od czasu Adama i Ewy. Dzięki tej niepojętej
łasce, poprzez wiarę, zyskaliśmy godność dzieci Bożych: „Tym zaś, którzy Go
przyjęli, dało moc stania się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w Jego imię”
(Jn 1:12). Na tym polega usynowienie – na nadaniu nam praw dziecka,
które w Bogu znajduje swojego Ojca. Ten przywilej realizuje się jednak
wyłącznie w Chrystusie, który zaznaczył: „Ja jestem drogą i prawdą, i
życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (Jn
14:6).
Wszystko, co posiadamy w sferze duchowej, mamy w Chrystusie
i przez Niego. Dlatego na nasz status musimy patrzeć przez pryzmat Jego relacji
z Ojcem. Gwarantem tego porządku jest Duch Święty, o czym czytamy w Liście do
Efezjan: „W Nim również, gdy uwierzyliście, zostaliście opieczętowani
obiecanym Duchem Świętym” (Ef 1:13). Jezus zwracał się do Boga
słowem „Ojcze” i dzięki Niemu my mamy to samo prawo. Nawet w godzinie
najcięższej próby w Getsemane Chrystus wołał: „Abba, Ojcze, Ty wszystko
możesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Lecz niech się stanie nie to, co Ja chcę,
ale to, co Ty” (Mk 14:36). Ewangelista Marek, pisząc pod
natchnieniem, podał nam jasne znaczenie słowa „Abba” – oznacza ono „Ojciec”.
Nie „Tata” czy „Tatuś”, lecz Ojciec.
Co mówi tekst oryginalny?
W Nowym Testamencie termin „Abba” pojawia się jeszcze
dwukrotnie i za każdym razem towarzyszy mu tłumaczenie: „Ojcze”. Każdy, kto
przypisuje mu inne znaczenie, dopuszcza się nadinterpretacji Słowa Bożego. Nie
da się tego uzasadnić „intymnością relacji”, jak to czynią niektórzy
współcześni nauczyciele.
Pozostałe dwa przypadki użycia tego zwrotu pochodzą od
apostoła Pawła. W Liście do Galacjan czytamy: „Ponieważ jesteście synami,
Bóg wysłał Ducha swego Syna do naszych serc, który woła: Abba, Ojcze!” (Ga
4:6). Z kolei w Liście do Rzymian Paweł wyjaśnia: „Otrzymaliście Ducha
usynowienia, w którym wołamy: Abba, Ojcze!” (Rz 8:15). W obu
tekstach widzimy inspirację Ducha Świętego, który prowadzi nas do oddawania
czci Bogu jako Ojcu – z należytym respektem.
W oryginale greckim widnieje zwrot „abba ho pater”.
Greckie słowo Pater oznacza po prostu „Ojciec” i nie zawiera żadnych
form zdrabniających. Samo zaś słowo Abba ma korzenie w językach
semickich (aramejskim, chaldejskim) i dzieli rdzeń z hebrajskim Ab,
które również oznacza „Ojca”. Choć to analiza skrótowa, jasno wskazuje na brak
podstaw do „tatusiowania”.
Geneza współczesnej mody
Jako człowiek dojrzały, pamiętam czasy moich studiów
teologicznych i lektoratów języków biblijnych. Wtedy nikt nie odważyłby się
nadawać słowu „Abba” infantylnego wydźwięku. Trend ten pojawił się w latach
80., wraz z napływem zagranicznych kaznodziejów, których niejednokrotnie sam
tłumaczyłem z języka angielskiego.
Skąd wziął się pomysł na zmianę tradycyjnego rozumienia
słowa „Abba”?
W 1971 roku niemiecki teolog Joachim Jeremias napisał, że
słowo „Abba” było w istocie „dziecięcą paplaniną”, używaną w codziennych
relacjach z ojcem. Jednocześnie zastanawiał się, czy w czasach Chrystusa
dopuszczalne było, aby w ten sposób zwracać się do samego Boga. Później, w 1981
roku, amerykański biblista Georg Schelbert zauważył, że słowo to zawiera w
sobie specyficzny akcent wskazujący na bardzo osobistą relację i oznacza „mój
Ojciec”. Potwierdził to w 1983 roku profesor Geza Vermes.
Dyskusja ta trwała przez kilka lat, aż w 1988 roku James
Barr wyjaśnił ponad wszelką wątpliwość, że „Abba” wcale nie oznacza „tato”.
Stwierdził on: „W każdym razie nie było to dziecinne wyrażenie porównywalne
z 'tatusiem': było to bardziej uroczyste, odpowiedzialne i dorosłe zwrócenie
się do Ojca” (But in any case it was not a childish expression
comparable with 'Daddy': it was a more solemn, responsible, adult address to a
Father).
Warto w tym miejscu przypomnieć słowa apostoła Pawła: „Gdy
byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, myślałem jak dziecko, rozumowałem jak
dziecko. Kiedy zaś stałem się mężczyzną, zaniechałem tego, co dziecięce” (1
Kor 13:11). Jakikolwiek dodatkowy komentarz wydaje się tu zbędny, ponieważ
Bóg Ojciec oczekuje od nas dążenia do duchowej dojrzałości.
Podsumowanie i wyzwanie
Na koniec chciałbym sformułować wniosek, który jest zarazem
pytaniem i wyzwaniem: jeśli słowo „Abba” rzeczywiście oznaczałoby „Tatusia”, to
dlaczego przez dwa tysiące lat Bóg miałby pozbawiać swoje dzieci możliwości
zwracania się do Niego w tak czuły sposób? Przecież nigdzie w historii
chrześcijaństwa nie spotykamy dowodów na to, aby ktokolwiek wcześniej rozumiał
to słowo w ten sposób – aż do czasów nam współczesnych.
Bóg jest zawsze potężny i święty, a człowiek niezmiennie
pozostaje jedynie Jego stworzeniem. Dlatego uważam, że owo „tatusiowanie” Bogu
jest wyłącznie współczesnym trendem, wymyślonym przez zwiastunów religijnych
nowinek.
Thursday, July 9, 2015
Zwodzenie wybranych
Niestety, czasy, w których żyjemy – a wiele wskazuje na to,
że są to już czasy ostateczne – charakteryzują się znakami zapowiadanymi przez
Chrystusa i apostołów u progu istnienia Kościoła. Pan Jezus przestrzegał swoich
uczniów, a wraz z nimi cały Kościół: „Baczcie, żeby was kto nie zwiódł” (Mt
24:4).
Na co powinniśmy zwracać uwagę, aby nie dać się oszukać?
Odpowiedzią na to fundamentalne pytanie jest jedna rada: trzymajmy się Słowa
Bożego. Jest ono niezmienne, ponieważ jego autorem jest Bóg, który nie cofa raz
powziętych postanowień. Ta uwaga jest szczególnie aktualna dzisiaj, gdy mamy
powszechny dostęp do nauk głoszonych przez ludzi inspirowanych przez
przeciwnika Bożego. Diabłu zależy na tym, aby zwieść wierzących, a tych, którzy
dopiero szukają prawdy i zbawienia, próbuje zadowolić „inną ewangelią”, pozbawioną
mocy przemiany życia. Dlatego też jedną z najważniejszych przestróg biblijnych
na nasze czasy pozostają słowa Jezusa: „Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i
fałszywi prorocy i czynić będą wielkie znaki i cuda, aby, o ile można, zwieść i
wybranych” (Mt 24:24).
Od pewnego czasu internet, a głównie platformy Facebook i
YouTube, zalewane są doniesieniami o rzekomym „odnowieniu Ducha Świętego w
Kościele rzymskokatolickim”. Kilka lat temu głośno było o powrocie do tego
Kościoła kilku znanych ewangelistów i nauczycieli ewangelikalnych. W tym roku
na placu św. Piotra w Watykanie ma odbyć się uroczystość poświęcona jedności i
pokojowi w odnowieniu Ducha Świętego. Udział w tym wielkim koncercie
zapowiedzieli popularni artyści znani z pieśni uwielbieniowych, tacy jak
Darlene Zschech z Hillsong czy Don Moen, by wspólnie z papieżem Franciszkiem
wielbić Boga „w jednym duchu”. Z kolei Rick Warren zdążył już nazwać głowę
Kościoła katolickiego „naszym papieżem”.
Niedawno natknąłem się w sieci na informacje o działalności
polskiego ewangelisty, Marcina Zielińskiego. Występuje on głównie w środowisku
katolickim, modląc się o uzdrowienia chorych. Ludzie są zachwyceni – podobnie
jak na początku misji Jezusa, gdy tłumy lgnęły do Mistrza, pragnąc cudownego
uwolnienia od cierpień. Jednak Chrystusa to nie zadowalało; Jego nadrzędnym
celem było pojednanie ludzi z Ojcem poprzez cud nowego narodzenia. Wspomniany
ewangelista w nauczaniu o powtórnym przyjściu Chrystusa powołuje się na słowa
papieża, który podczas Soboru Watykańskiego II zapowiedział odnowę w Kościele.
Szczególnie zasmuciło mnie jednak stwierdzenie tego nauczyciela, jakoby
„Reformacja zraniła Kościół katolicki”, a dzisiejszym zadaniem ma być leczenie
tego zranienia poprzez pojednanie.
Pomyślałem wówczas, że taka nauka musiałaby logicznie
prowadzić do powrotu wszystkich tych, którzy dzięki Ewangelii wybrali prawdę i
opuścili instytucję głoszącą liczne herezje. Patrząc wstecz, skoro mowa o
Reformacji, należałoby wręcz przeprosić Kościół katolicki za „krzywdy”
wyrządzone przez reformatorów i ewangelistów nauczających, że jedynie Biblia
zawiera prawdę, a zbawienie jest wyłącznie darem łaski, nie zaś wynikiem
sakramentów serwowanych przez „jedynozbawczy” kościół.
Idąc dalej tym tokiem myślenia, musielibyśmy uznać, że
miliony ludzi, którzy uwierzyli w Ewangelię łaski i z tego powodu byli
nienawidzeni oraz mordowani przez świętą Inkwizycję, poniosły ofiarę daremną.
Zgodnie z tym, co głoszą dziś niektórzy, należało pozostać w Kościele
katolickim, posłusznie uczestniczyć w sakramentach i czynić zadośćuczynienie za
grzechy, aby po zakończeniu ziemskiej wędrówki rodzina mogła wykupić kilka mszy
w nadziei na wyrwanie duszy z czyśćca. Przecież papież Franciszek wciąż tak
naucza i tak postępuje w Kościele, którego jest głową.
Biblia naucza bardzo wyraźnie, że Bóg pragnie zbawienia
wszystkich ludzi, dlatego „kiedy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za
nas umarł” (Rz 5:8). Sam Jezus jednak podkreślił: „Ja jestem
droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jn
14:6). Czyżby zapomniał wówczas dodać, że w dziele zbawienia uczestniczy
także Jego matka, Maria? Że ludzie będą musieli czcić świętych, kłaniać się
przed posągami, spowiadać się kapłanom i wypełniać nakazaną pokutę?
Najwyraźniej tak – jeśli wierzyć współczesnym trendom, wedle których Bóg miałby
ogłosić „nową prawdę” o zbawieniu, uzupełnioną o wszystkie dodatki stworzone
przez katolicką tradycję.
Apostoł Paweł, który wiele wycierpiał dla Ewangelii, w którą
uwierzył i którą głosił, pisał, że Bóg „chce, aby wszyscy ludzie byli
zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2:4). Apostoł
Piotr dodał, że Pan „nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy
przyszli do upamiętania” (2 Ptr 3:9). Osobiście wierzę więc, że Bóg
nadal pragnie zbawienia każdego człowieka, ale pragnie również, by wraz z tym
zbawieniem ludzie poznali Prawdę – jedyną, którą jest Jezus Chrystus. Ta Prawda
została nam przekazana w natchnionym Słowie Bożym, w Biblii, abyśmy w nią
uwierzyli i zostali ocaleni.
Bóg się nie zmienia, gdyż „u Niego nie ma żadnej odmiany
ani nawet chwilowego zaćmienia” (Jk 1:17). Jeśli ktoś naucza
inaczej, staje się fałszywym nauczycielem. Może on wprawdzie czynić znaki i
cuda, ale służą one jedynie zwiedzeniu ludzi. To jest główny cel przeciwnika
naszego zbawienia, o czym przypomniał Jezus: „Potem przychodzi diabeł i
wybiera słowo z serca ich, aby nie uwierzyli i nie byli zbawieni” (Łk
8:12).





