Friday, January 30, 2015

Wybaczam, lecz nie zapomnę

Nie zgadzam się z popularnym poglądem, że prawdziwe przebaczenie polega na całkowitym wymazaniu winy z pamięci. Zapominanie bywa ułomnością, na którą cierpią zwłaszcza osoby starsze. Tymczasem naturalną rzeczą jest to, że staramy się pamiętać wszystko, co wydarzyło się w naszym życiu – chyba że są to chwile, o których wolelibyśmy nie pamiętać.

Osiągnąłem już wiek, w którym niestety coraz częściej pojawiają się bolesne momenty, gdy w pamięci powstaje jakaś dziwna luka. Nie potrafię wtedy przypomnieć sobie czyjegoś nazwiska, choć twarz na oglądanym zdjęciu jest mi doskonale znana. Staram się wówczas na wszelkie sposoby je odtworzyć i nieraz dopiero po jakimś czasie przychodzi nagłe olśnienie. Wołam wtedy z zachwytem: „Już wiem!”. Co za ulga – z moją pamięcią nie jest jeszcze tak źle.

Wzorem wszelkiego przebaczenia jest doskonały akt łaski, jaki okazał nam Bóg, nasz Ojciec niebieski. Jego Syn wziął na siebie nasze grzechy i oddał swoje życie na krzyżu, wołając: „Wykonało się!”. Czy można sądzić, że w tym momencie święty Bóg nagle stracił pamięć? Absolutnie nie!

Bóg oświadczył przez swojego proroka, że jest w stanie zmazać nasze winy: „Chodźcie, rozsądźmy! – mówi PAN: Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, to staną się białe jak śnieg, choćby były czerwone jak purpura, to staną się jak wełna” (Iz 1:18). Nigdzie jednak nie zapowiedział własnej amnezji, czyli totalnego zapomnienia o naszych nieprawościach. Powiedział natomiast: „To Ja, Ja sam wymażę twoje przestępstwa przez wzgląd na siebie samego i twoich grzechów nie będę wspominać” (Iz 43:25).

Prorok Jeremiasz rozwinął tę myśl i zapowiedział w imieniu Pana, że nastanie czas Nowego Przymierza: „Każdy swego sąsiada i każdy swego brata nie będzie już więcej uczyć, mówiąc: Poznajcie PANA! Oni wszyscy bowiem będą Mnie znać od najmniejszego do największego – wyrocznia PANA – ponieważ odpuszczę ich winę, a o ich grzechu nie będę już wspominać” (Jr 31:34). Aby nie było wątpliwości, o jakie odpuszczenie chodzi, autor Listu do Hebrajczyków przypomniał te słowa: „Takie jest Przymierze, które zawrę z nimi po tych dniach, mówi Pan. Złożę Moje prawa w ich sercach i napiszę je na ich umysłach, i ich grzechów ani nieprawości nie będę już pamiętał” (Hbr 10:16-17).

W dalszej części tego nowotestamentowego tekstu czytamy o krwi Jezusa, dzięki której mamy otwarte „wejście do świątyni, które On otworzył dla nas jako drogę nową i żywą przez zasłonę, to jest przez swoje ciało” (Hebr. 10:19-20). Gwarancją naszego wejścia do Bożej świątyni jest Nowe Przymierze, „gdyż wierny jest Ten, który złożył obietnicę” (w. 23). Tak więc to nie brak pamięci Boga daje nam pewność, że nie będzie On domagać się od nas zapłaty za grzechy, lecz słowa obietnicy: „twoich grzechów nie będę wspominać”. Właśnie dlatego podczas tej najważniejszej wieczerzy Jezus „wziął kielich i po dziękczynieniu podał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy, to jest bowiem Moja krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów (Mt 26:27-28).

Pewność przebaczenia nie tkwi w Bożej niepamięci, lecz we krwi Baranka Bożego. Obraz krwi był doskonale znany Izraelitom. Bóg zapewnił ich przecież, że w tę wielką noc, gdy będzie szedł, by porazić Egipcjan, „zobaczy krew na nadprożu i odrzwiach z obu stron, wtedy PAN przejdzie koło drzwi i nie pozwoli Niszczycielowi, aby wszedł do waszych domów i zadał cios” (Wj 12:23). Nas przed Bożym gniewem chroni krew Jego Syna – i to jest największa gwarancja, że Bóg nigdy nie wypomni nam naszych grzechów.

„Nie wspominać” oznacza nie wyciągać konsekwencji. Wiemy, że „zapłatą bowiem za grzech jest śmierć”, lecz „darem łaski Boga życie wieczne w Chrystusie Jezusie, naszym Panu” (Rz 6:23). Apostoł Paweł wyjaśnia w swoich listach fundament Bożego przebaczenia. Pisze, że „Bóg natomiast okazuje nam swoją miłość przez to, że gdy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za nas umarł. O wiele więc bardziej usprawiedliwieni, teraz, dzięki Jego krwi, zostaniemy przez Niego wybawieni od gniewu” (Rz 5:8-9). Możemy być pewni, że Bóg nie będzie wypominał nam grzechów, mimo że ma doskonałą pamięć – a gwarantuje to Jego niezłomna miłość.

Jeśli chodzi o to, jak my powinniśmy wybaczać sobie nawzajem, zasada jest podobna do tego doskonałego, Bożego aktu. My również nie musimy zapominać o doznanych krzywdach, musimy jednak zobowiązać się, że nigdy więcej nie będziemy ich wypominać. Wiem, że to niezwykle trudne. Dlatego – wzorem uczniów Jezusa, którzy słysząc nakaz wybaczania bez końca, prosili Pana: „Dodaj nam wiary” (Łk 17:5) – my także musimy stale o tę wiarę prosić.

Tak jak Bóg, kierując się miłością, postanowił nie wspominać naszych grzechów, tak i my potrzebujemy daru takiej miłości. Tylko ona pozwoli nam – mimo pamięci o wyrządzonych krzywdach – kochać naszych bliźnich tak, jakby nigdy nic złego nam nie zrobili.

Z pomocą przychodzi nam apostoł Jan, który w swoim liście wskazuje na źródło tej postawy. Znajduje się ono w samym Bogu, „gdyż Bóg jest miłością” (1 Jn 4:8). Dalej ten sędziwy już sługa pisze: „My poznaliśmy miłość, którą Bóg ma do nas i jej zawierzyliśmy” (w. 16). Jeśli naprawdę zaufaliśmy miłości, którą Bóg nam okazał, będziemy w stanie wybaczać tak jak On. Wówczas, zachowując pełną pamięć o doznanym złu, będziemy gotowi kochać i wybaczać naszemu winowajcy, nawet jeśliby siedemkroć na dzień zgrzeszył przeciwko tobie, i siedemkroć zwrócił się do ciebie, mówiąc: Żałuję tego (Łuk. 17:4 [BW]).

Henryk Hukisz

Thursday, January 29, 2015

Imitacja przebaczenia

Pamiętam, jak przed wielu laty w lokalnym zborze wybuchł konflikt pomiędzy kilkoma osobami. Ktoś wpadł wtedy na pomysł, aby rozwiązać tę sprawę w bardzo praktyczny sposób. Zaproponował, żeby każda ze stron sporu sporządziła listę zarzutów wobec swoich przeciwników, a po wspólnej modlitwie obie listy zostały podarte na strzępy i zniszczone. Nie znano jeszcze wówczas niszczarek do papieru, które z pewnością ułatwiłyby zamknięcie tego ciągnącego się od dłuższego czasu konfliktu.

Zapamiętałem tę sytuację, ponieważ uważałem, że nie tędy prowadzi droga do przebaczania krzywd, jakie ludzie wyrządzają sobie nawzajem. Zresztą nadal stoję na stanowisku, że wybaczenie bliźniemu nie jest sprawą łatwą i nie można tutaj uciekać się do technicznych wybiegów. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy powszechnie komunikujemy się drogą elektroniczną – za pomocą telefonów komórkowych i internetu – przebaczenie może stać się czymś niezwykle powierzchownym, będąc jedynie imitacją prawdziwego pojednania.

Niedawno otrzymałem SMS-a od osoby, która wcześniej mnie oczerniała. Napisała, że jest jej przykro z tego powodu, ale jednocześnie dodała, że postąpiłaby dokładnie tak samo, gdyby ta sytuacja się powtórzyła. Czy można uznać to za prawdziwe przeprosiny?

Biblijny fundament relacji

W Biblii znajdziemy wskazówki na każdy temat dotyczący naszego życia, również te mówiące o regulowaniu nieprawidłowych relacji pomiędzy osobami wierzącymi. Jestem głęboko przekonany, że najwspanialszą naukę w tej kwestii zostawił nam Pan Jezus. Odnajdujemy ją w Kazaniu na Górze, gdzie Nauczyciel mówił o konieczności pojednania się i uzyskania przebaczenia, zanim w ogóle zdecydujemy się złożyć Bogu jakikolwiek dar. Pisałem już o tym wcześniej w rozważaniu pt. „Wyrównaj rachunek z bliźnim”. Teraz chciałbym jednak skoncentrować uwagę na szczerości w podchodzeniu do spraw spornych – zwłaszcza wtedy, gdy czujemy, że powinniśmy przeprosić kogoś, kogo w jakikolwiek sposób skrzywdziliśmy.

Uważam, że tej kwestii nie wolno bagatelizować ani uciekać się do technicznych sztuczek, żyjąc w przekonaniu, że skoro zrobiliśmy to, co do nas należało, to ewentualny żal drugiej strony jest już tylko jej problemem. Zgodnie z nauczaniem Pana Jezus Bóg przebaczy: „nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” (Mat. 6:12).

Jestem przekonany, że te słowa modlitwy wypowiadamy dość często. Czy jednak zawsze zdajemy sobie sprawę z powagi i głębi tych kilku słów? Jasno z nich wynika, że Boże przebaczenie jest bezpośrednio uzależnione od tego, czy my sami przebaczamy osobie, która zawiniła wobec nas. Uważam, że fundamentem przebaczenia jest poczucie winy człowieka, który wyrządził krzywdę, a nie jednostronna decyzja osoby pokrzywdzonej. Przebaczenie w sytuacji, gdy winny nie uznaje swojego błędu, staje się puste i nie przynosi żadnego realnego efektu.

Warunek prawdziwego pojednania

Przebaczenie może mieć miejsce wyłącznie tam, gdzie winowajca dostrzega i uznaje swoją winę. Pamiętam, jak pewnego razu do moich drzwi zapukała osoba ze zboru i już od progu oświadczyła, że przyszła mnie przeprosić. Gdy zapytałem, za co konkretnie mnie przeprasza, usłyszałem w odpowiedzi, że przecież nic złego mi nie zrobiła. Czyżby chodziło o przepraszanie dla samego przepraszania?

Nie można traktować tej kwestii lekkomyślnie i tylko dla lepszego samopoczucia iść do kogoś, by przepraszać za coś, czego się nie popełniło. W tym miejscu chcę ponownie odwołać się do nauczania Pana Jezusa. Pewnego razu Chrystus rozmawiał ze swoimi uczniami o zgorszeniach, które pojawiają się między ludźmi. Powiedział im, że tych, którzy powodują upadek „maluczkich”, czeka kara gorsza niż utonięcie w morskich głębinach z kamieniem młyńskim u szyi. Wtedy też ostrzegł ich słowami: „Miejcie się na baczności. Jeśliby zgrzeszył twój brat, strofuj go, a jeśli się upamięta, odpuść mu” (Łuk. 17:2).

W tym jednym, prostym zdaniu Jezus podaje oczywisty warunek odpuszczenia winy – jest nim upamiętanie się (czyli opamiętanie i zmiana postawy) winnego. Bez tego nie ma mowy o prawdziwym odpuszczeniu; będzie ono jedynie namiastką, wspomnianą imitacją lub – używając współczesnego języka – zwykłą „podróbką”.

Owszem, powinniśmy sobie nawzajem zawsze przebaczać, lecz zgodnie ze wskazówką Pana Jezusa dzieje się to wtedy, gdy winny wyznaje, że żałuje swojego czynu. Chrystus nauczał, by odpuszczać wszelkie przewinienia, nawet: „jeśliby siedemkroć na dzień zgrzeszył przeciwko tobie, i siedemkroć zwrócił się do ciebie, mówiąc: Żałuję tego, odpuść mu” (Łuk. 17:4). Dla uczniów Chrystusa nie była to łatwa lekcja. Powiem więcej: było to zadanie wymagające szczególnej wiary, skoro odpowiedzieli Panu: „Przydaj nam wiary” (w. 5).

Droga do pełnego owocu

Apostoł Paweł uczył wierzących w Efezie, aby: „postępowali, jak przystoi na powołanie wasze, z wszelką pokorą i łagodnością, z cierpliwością, znosząc jedni drugich w miłości” (Efez. 4:1-2). Po wymienieniu kilku trudnych sytuacji życiowych, jakie mogą się między nimi pojawić – takich jak kłamstwo, gniew czy używanie niewłaściwych słów – wzywa ich do jednoznacznego uregulowania konfliktów: „Bądźcie jedni dla drugich uprzejmi, serdeczni, odpuszczając sobie wzajemnie, jak i wam Bóg odpuścił w Chrystusie” (Efez. 4:32).

Odpuszczenie grzechów, które otrzymujemy z Bożej łaski, jest nierozerwalnie uwarunkowane naszą pokutą i upamiętaniem. Niestety, coraz częściej współcześni ewangeliści i nauczyciele pomijają ten kluczowy temat. Zachęcają ludzi do przyjęcia zbawienia, ale bez wezwania do upamiętania. Myślę, że właśnie stąd bierze się późniejszy brak zrozumienia dla samej idei upamiętania, czyli do gotowości przyznania się do winy w sytuacji konfliktowej wewnątrz społeczności wierzących.

Zamiast tego kładzie się nacisk na przebaczenie dla samego przebaczenia. Niestety, taka postawa jest jedynie imitacją, która nie jest w stanie doprowadzić do pełnego pojednania – a to przecież ono powinno być zawsze prawdziwym owocem każdego przebaczenia.

Henryk Hukisz


Tuesday, January 27, 2015

Warunkowa miłość Boża

 Odwiedzając kiedyś pewien Zbór, moją uwagę zwrócił napis umieszczony nad drzwiami kaplicy - „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mat. 11:28). Natomiast, gdy już opuszczałem to pomieszczenie, wewnątrz nad drzwiami widniał inny werset: „Ja cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz” (Jan 8:11).
Osobiście zgadzam się jak najbardziej z tą ideą, że Chrystus zaprasza do Siebie wszystkich grzeszników. Natomiast po spotkaniu z Panem Jezusem, odchodzimy do naszej codzienności z narzuconym przez Pana zobowiązaniem porzucenia grzechu. Jest to jak najbardziej warunek, który musimy spełniać, aby żyć z Chrystusem.
Piszę o tym powodowany spotykanym, szczególnie w kraju w którym jakiś czas mieszkałem, powszechnym zapewnianiem wierzących, że Boża miłość jest bezwarunkowa (unconditional love). Począwszy od popularnych piosenek religijnych, zapewniających w swojej treści, że na tym polega Boża miłość, iż przyjmuje każdego w takim stanie, w jakim się człowiek znajduje, a skończywszy na wezwaniach ewangelistów do przyjęcia zbawienia, jakie Bóg daje grzesznikom z łaski, upowszechnia się pojęcie bezwarunkowej miłości Boga do każdego grzesznika.  Oczywiście, jest to wielką prawdą o Bożej miłości, określonej w języku greckim jako „agape”, że Bóg kocha każdego człowieka. Najbardziej znany werset w całej Biblii „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał...” (Jan 3:16) sugeruje nam, że Bóg okazuje Swą miłość, nie stawiając żadnych warunków wstępnych. Lecz jeśli zwrócimy uwagę na dokończenie tego zdania, „aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”, to zauważymy warunek, że życie wieczne otrzymują tylko ci, którzy uwierzą w Chrystusa. Już na podstawie tylko tego jednego wiersza, nie można mówić, że wszyscy ludzie będa zbawieni, ponieważ Jezus umarł za grzechy całego świata.
Co na to sam Chrystus? Jego wypowiedzi odnośnie zbawienia są największym autorytetem w tej materii. Pewnej nocy, gdy przyszedł do Pana Jezusa jeden z pobożnych Żydów, Nikodem, to usłyszał z ust Nauczyciela: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego” (Jan 3:5). Znajdujące się w tym zdaniu jedno słówko świadczy dobitnie, iż człowiek musi spełnić jasno określony warunek, aby wejśćć do Królestwa Bożego. Tym warunkiejm jest narodzenie się na nowo, a to coś znaczy, i to bardzo dużo.
Aby nie było niejasności, muszę wyraźnie stwierdzić, że Boża miłość jest uniwersalna, to znaczy, że skierowana jest do wszystkich ludzi na całym świecie. Bóg dał Swego Syna, który „jest ubłaganiem za grzechy nasze, a nie tylko za nasze, lecz i za grzechy całego świata” (1 Jan 2:2), lecz Jezus określił wyraźnie, kto jedynie będzie zbawiony. Znamy dobrze sytuację, gdy Chrystus wziął małe dziecię i wskazując na nie, powiedział do uczniów: „Zaprawdę powiadam wam, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mat. 18:3). Czyż to nie jest warunkiem otrzymania zbawienia, o jakim Chrystus powiedział w tym zdaniu?
No dobrze, powiedzą zwolennicy bezwarunkowej miłości, ojciec przyjął w otwarte ramiona syna marnotrawnego, nie stawiając mu żadnych warunków. To jest doskonały obraz Ojca Niebieskiego, który przymuje w ten sam sposób każdego grzesznika. Czyżby?
Być może, ten ojciec z przypowieści nie wiedział, lecz z pewnością Ojciec Niebieski wie, że ten biedak, leżac przy świńskim korycie podjął decyzję: „A wejrzawszy w siebie, rzekł: (...) Wstanę i pójdę do ojca mego i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i przeciwko tobie, już nie jestem godzien nazywać się synem twoim, uczyń ze mnie jednego z najemników swoich” (Łuk. 15:17-19). To wejrzenie w siebie, które można inaczej nazwać pokutą, lub szczerym nawróceniem, było spełnienim warunku, o jakim mówił Pan Jezus, gdy wskazał na dziecię, stojące wśród uczniów.
Apostołowie, wysłani przez Chrystusa, szli i głosili ewangelię, wzywając wszystkich tymi samymi słowami, jakie padały z ust Zbawiciela: „Wypełnił się czas i przybliżyło się Królestwo Boże, upamiętajcie się i wierzcie ewangelii” (Mar. 1:15). Nikt z apostołów nie praktykował wezwania do podnoszenia rąk na znak przyjęcia Chrystusa i powstarzania słów „modlitwy grzesznika”. Gdy apostoł Piotr wygłaszał swoje pierwsze kazanie, słuchacze zapytali o to, w jaki sposób mogą być zbawieni. Wówczas, ten wierny sługa ewangelii, powiedział wprost o warunku, jaki musza spełnić – „Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego” (DzAp. 2:38). Apostoł Paweł nauczał później, że nie wystarczy jedynie okazać skruchę w sercu, lecz istnieje jeszcze inny warunek – „Bo jeśli ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i uwierzysz w sercu swoim, że Bóg wzbudził go z martwych, zbawiony będziesz” (Rzym. 10:9).
Podobnie jest później, gdy już uwierzymy w Pana Jezusa i przyjmiemy Go jako naszego Pana i Zbawiciela. Słowo Boże wskazuje wyraźnie na wiele warunków, jakie musimy wypełniać. Przede wszystkim, jak pisał apostoł Paweł, ci, których Bóg pojednał w Chrystusie muszą spełnić warunek wytrwałości - „jeśli tylko wytrwacie w wierze, ugruntowani i stali, i nie zachwiejecie się w nadziei, opartej na ewangelii, którą usłyszeliście, która jest zwiastowana wszelkiemu stworzeniu pod niebem” (Kol. 1:23). A do Tymoteusza pisał również o konieczności wytrwania, używając tego samego słowa określającego warunek – „jeśli z nim wytrwamy, z nim też królować będziemy; jeśli się go zaprzemy, i On się nas zaprze; jeśli my nie dochowujemy wiary, On pozostaje wierny, albowiem samego siebie zaprzeć się nie może” (2 Tym. 1:12,13).
Wiemy, że nie początek, lecz koniec życia świadczy o wytrwaniu w postanowieniu przyjęcia oferowanego nam z łaski zbawienia. Dlatego pragnę zachęcać każdego, kto uwierzył i otrzymał wieczną nadzieję, aby trwał w Chrytsusie, który jedynie jest mocen doprowadzić nas do domu Ojca, gdyż jak sam powiedział: „Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jan 14:6).
Pamiętajmy, że trwanie w Chrystusie, jest naszym codziennym obowiązkiem, gdyż od tego warunku zależy to, czy w ogóle jesteśmy nowym stworzenuiem – „Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe” (2 Kor. 5:17).
Henryk Hukisz

Sunday, January 25, 2015

Jestem fundamentalistą

 Określenie „fundamentalny” ma współcześnie złą konotację. Tym zwrotem najczęściej określa się fanatyków religijnych, którzy są zacofani w swoich poglądach i życiowej postawie. Nikt nie chce nawet rozmawiać z fundamentalistami, gdyż są nieugięci w swoich poglądach.
Gdy chcemy wyrobić sobie w miarę obiektywne pojęcie na temat fundamentalizmu religijnego, musimy wpierw dokonać małej analizy znaczenia i genezy tego określenia.
Słownik Języka Polskiego (PWN), podaje bardzo ogólnę definicję, że „fundamentalizm” to  tradycjonalistyczny i ortodoksyjny stosunek do wyznawanej religii”. Jednak nieco dalej wyjaśnia, że jest to „radykalizm w wyznawaniu jakiejś idei, odmawiający innym racjom prawa istnienia”. Dlatego powszechnie uważa się fundamentalistów za ludzi zacofanych, z którymi nie można nawet rozmawiać, gdyż są nieustępliwi. Tak negatywne pojęcie znaczenia tego określenia ugruntowali zwolennicy wszelkiego rodzaju liberalizmów, od kultury, przez religię do polityki włącznie. A jak jest na prawdę?
Zajmę się jedynie fundamentalizmem chrześcijańskim. Ze względu na formę mego rozważania, nie mam zamiaru wchodzić w szeroki zakres pojęciowy tego określenia, gdyż musiałbym poruszyć kwestie polityczne, kulturowe, a przede wszystkim inne religie, jak islam, gdyż ten rodzaj fundamentalizmu jest szczególnie bardzo niebezpieczny.
Fundamentalizm chrześcijański, mówiąc ogólnie, jest to „konserwatywny kierunek w teologii protestanckiej, który powstał jako reakcja na pojawienie się teologii liberalnej” (Wikipedia). I w tym miejscu fundemantalizm dostaje już zabarwienia bardziej pozytywnego, gdyż liberalizm w teologii nie wróży nic dobrego, jak tylko odstępstwo od prawdy biblijnej. Samo pojęcie „fundamentalizm” zostało wprowadzone w środowisku biblistów amerykańskich, w obronie ortodoksyjnej wiary protestanckiej, głównie dotyczącej Trójcy Świętej, dziewiczego narodzenia Chrystusa, zastępczej ofiary złożonej na Golgocie, zmartwychwstania i powtórnego przyjścia Pana Jezusa.   
Fundamentalizm chrześcijański, to przede wszystkim uznanie dosłownego natchnienia całej Biblii, z pominięciem ksiąg wtórno kanonicznych, czyli apokryficznych. Dlatego też, fundamentaliści uznają fakt stworzenia świata w ciągu sześciu dni, czyli tzw. teorię młodej ziemi, że została stworzona około szęść tysięcy lat temu. Jeśli chodzi o praktyczne życie chrześcijańskie, to uważa się, że ludzi wierzących obowiązują Boże nakazy podane w przykazaniach. Dlatego uznaje się małżeństwo jedynie pomiędzy mężczyzną i kobietą, oraz, że życie rozpoczyna się w momencie poczęcia i jedynie Bóg może zdecydować o jego zakończeniu.
Dlaczego ja jestem fundamentalistą? Przede wszystkim dlatego, że Pan Jezus, kończąc Swoje „kazanie na górze” powiedział o dwóch rodzajach odbiorców Bożego Słowa. Chcę należeć do tych słuchaczy Jego nauki, o których Pan Jezus powiedział: „Każdy więc, kto słucha tych słów moich i wykonuje je, będzie przyrównany do męża mądrego, który zbudował dom swój na opoce” (Mt 7:24). Zgodnie ze słowami Chrystusa, chcę, aby moje życie budowane było na jedynej Opoce, która ma moc sprawić, że przetrwa każdą burzę, jaka mnie spotka.
Apostoł Paweł, chociaż najprawdopodobniej nie słuchał „kazania na górze", lecz dzięki objawieniu jakie otrzymał od Pana, napisał: „Według łaski Bożej, która mi jest dana, jako mądry budowniczy założyłem fundament (...) Albowiem fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, który jest założony, a którym jest Jezus Chrystus” (1 Kor 3:10,11). Na te słowa możemy powiedzieć jedynie „Amen”, gdyż bez tego fundamentu, nie możemy zbudować niczego trwałego w swoim życiu.
Wierzę, że apostoł Paweł, będąc jeszcze faryzeuszem Saulem, znał Boże słowa kierowane przez proroków do Izraela, wskazujące na znaczenie fundamentu. Prorok Izajasz nakazał w imieniu Pana: „Twoi ludzie odbudują prastare gruzy, podźwigniesz fundamenty poprzednich pokoleń i nazwą cię naprawiaczem wyłomów, odnowicielem, aby w nich można było mieszkać” (Iz 58:12). Dlatego też, gdy pisał już jako sługa ewangelii Chrystusowej, wskazał na ten jedyny fundament, który jak skała towarzyszył ludowi Bożemu, „a skałą tą był Chrystus” (1 Kor 10:4).
Dziś Chrystus jest obecny w naszym życiu w swoim Ciele, czyli w Kościele, który On sam buduje. Skoro sam Chrystus zapewnia nas, że „bramy piekielne nie przemogą go” (Mt 16:18), dlatego możemy mieć pewność, że przetrwamy każde doświadczenie, jakie nas spotka  w tym życiu.
Apostoł Paweł, który doświadczył w swoim życiu tak wielu sprzeciwów i niebezpieczeństw, zachęca nas słowami: „Jak więc przyjęliście Chrystusa Jezusa, Pana, tak w Nim chodźcie, wkorzenieni weń i zbudowani na nim, i utwierdzeni w wierze, jak was nauczono, składając nieustannie dziękczynienie” (Kol. 2: 6,7).
Dlatego jestem fundamentalistą, gdyż wiem Kto jest moim fundamentem i od Niego nie odstąpię ani na trochę.
Henryk Hukisz

Tuesday, January 13, 2015

Je ne suis pas Charlie



 W tych dniach zapytał mnie mój znajomy: „Jakie jest twoje osobiste zdanie na temat ostatnich wydarzeń w Paryżu?” To rozważanie jest w pewnym sensie odpowiedzią na to pytanie.
Niejednokrotnie mówiłem, że jako chrześcijanin, uznaję jedyną prawdę, tę, która znajduje się w Biblii. Moje codzienne życie staram się również prowadzić zgodnie z nauką biblijną, z przykazaniami Bożymi. Dlatego też, na każdą sprawę i na każde wydarzenie usiłuję spoglądać poprzez treść Biblii.
Na wstępie, chcę z całym przekonanien oświadczyć, iż jestem przeciwny jakiejkolwiek przemocy, a szczególnie terroryzmowi pod każdą postacią. Jak już pisałem w poprzednim rozważaniu, terroryzmem należy określić każde użycie siły przeciwko bezbronnym ludzio, Takim samym aktem przemocy jest atak samobójcy obładowanego ładunkami wybochowymi w tłumie ludzi na ulicy, jak również atak podjudzonych mieszkańców Paryża w noc św. Bartłomieja. Terroryzmem jest eksterminacja całego narodu w komorach gazowych, jak i spalenie spędzonych Żydów do stodoły w Jedwabnem. Oczywiście, to co wydarzyło się kikla dni temu w Paryżu, jest godne potępienia.
Dlaczego jednak wobec tego ostatniego aktu terroryzmu muszę powiedzieć coś więcej? Niepokoi mnie to, że tę tragedię wykorzystyje sie obecnie jako atak na wolność słowa. A co na to Kodeks Karny?
Art. 216 – Znieważanie osoby
§ 1. Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła,podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
§ 2. Kto znieważa inną osobę za pomocą środków masowego komunikowania,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku

Czy w kontekście obrony wolności słowa, jaką nagłaśniają obecnie media, można również bronić szydzenia z innych, bullingu, czyli zbioroweogo naśmiewania się z drugiej osoby, dlatego, że jest gorzej ubrana, grubsza, lub garbata?
Synonimem satyry jest szydzenie, naśmiewanie się z innych. Biblia ma określone stanowisko wobec tego „gatunku literackiego”. Dla mnie, dla człowieka, który uznaje jedynie standardy biblijne, bardzo wymowne jest zalecenia psalmisty: „Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych Ani nie stoi na drodze grzeszników, Ani nie zasiada w gronie szyderców” (Ps. 1:1). Dawid, jak również Salomon poświęcili wiele uwagi temu zjawisku, zawsze w świetle negatywnym. Salomon, wychwlający madrość ponad głupotę napisał: „Jak długo wy, prostaczkowie, kochać się będziecie w prostactwie, a wy, szydercy, upodobanie mieć będziecie w szyderstwie, a wy, głupcy, nienawidzić będziecie poznania?” (PrzSal. 1:22). Natomiast później, postępowanie tego rodzaju, jasno ocenił słowami: „Zuchwały i butny ma na imię szyderca, działa on z nadmiaru zuchwalstwa” (PrzSal. 21:24).
Szydera, w Starym Testamencie pojawia się najczęściej w wypowedziach proroków, którzy ukazywali obraz odstępstwa narodu wybranego od ich Boga., Pisali wprost - Pan mówi: „Ściągnęłoś na siebie winę przez krew, którą przelałoś; skalałoś się przez bałwany, które zrobiłoś, przybliżyłoś swój dzień i doszłoś do kresu twoich lat. Dlatego uczynię cię szyderstwem narodów i pośmiewiskiem wszystkich ziem” (Ezech. 22:4).
W Nowyn Testamenc ie, w nauczaniu Pana Jezusa nie ma miejsca na wyśmiewanie, gdyż ofiara Chrystusa objęłą wszystkich ludzi, bez względu na rasę, religię, status społeczny czy cokolwiek innego, co dzieli spełeczeństwa. Skoro Pan Jezus umarł za wszystkich, musimy odnosić się z poszanowaniem do każdego człowieka.
Naszym wzorem, jak powinniśmy odnosić się do innych, jest doświadczenie apostoła Pawła, który wpierw nienawidził wierzących w Jezusa, lecz gdy narodził się na nowo, przyjął Boże polecenie pójścia do pogan, „aby otworzyć ich oczy, odwrócić od ciemności do światłości i od władzy szatana do Boga, aby dostąpili odpuszczenia grzechów i przez wiarę we mnie współudziału z uświęconymi” (DzAp. 26:18).
W swoim nauczaniu, Paweł Pisał: „w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie (...)Takiego bądźcie względem siebie usposobienia, jakie było w Chrystusie Jezusie” (Filip. 2:3,5).
Inny werset, jaki nasuwa mi się w związku z wydarzeniem w paryskiej redakcji satyrycznej, są słowa ostrzeżnia: „Nie błądźcie, Bóg się nie da z siebie naśmiewać; albowiem co człowiek sieje, to i żąć będzie” (Gal. 6:7).
Henryk Hukisz

Saturday, January 10, 2015

Odległe echa paryskich terrorystów

Istnieje opinia, że najbardziej zaciekłe wojny w historii świata to wojny religijne. Być może jesteśmy świadkami kolejnej, wywołanej przez radykalnych muzułmanów, którzy pod wpływem nienawiści dokonują ataków terrorystycznych. Świat jeszcze nie otrząsnął się po zamachu na wieżowce WTC w Nowym Jorku, a w międzyczasie terroryści pokazali swoje zbrodnicze oblicze w kilku innych miejscach, takich jak Londyn czy Madryt. Teraz wszyscy z niepokojem patrzymy na Paryż.

W najbliższą niedzielę w tym mieście ma odbyć się ogromny protest z udziałem wielu przywódców państw z całego świata. Ma on wyrazić sprzeciw wobec nienawiści, głównie religijnej, która obecnie zagraża światowemu pokojowi. To rozumiem, lecz na marginesie tych wydarzeń pojawiają się różne przemyślenia, jako że Paryż kojarzy się z innym wydarzeniem o podobnym charakterze, choć wówczas nie nazywano tego terroryzmem.

Myślę o nocy św. Bartłomieja w 1572 roku. Wtedy to mieszkańcy Paryża, zainspirowani przez przywódców katolickich z królem Francji na czele, wyrżnęli w pień francuskich ewangelików reformowanych, przybyłych na wesele protestanckiego króla Nawarry, Henryka Burbona, z katolicką księżną Małgorzatą de Valois. Jakie były wówczas echa tej strasznej nocy, w którą zginęło około trzech tysięcy niewinnych chrześcijan? Historycy zapisali, że fala radości objęła całą katolicką Europę. Papież Grzegorz XIII odprawił mszę dziękczynną i wydał okolicznościowy medal (na załączonym zdjęciu).

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ nienawiść ma zawsze takie samo oblicze, niezależnie od skali jej przejawów. Dzisiaj, powodowani nienawiścią o podłożu religijnym, radykalni wyznawcy Mahometa dokonują aktów terrorystycznych na niewinnych ludziach. Giną dziesiątki, setki, a nawet tysiące osób, dlatego świat niepokoi się o dalszy rozwój tej fali nienawiści. Dzięki współczesnym mediom wiadomości obiegają błyskawicznie cały glob i wszyscy głęboko to przeżywamy.

Inaczej było w średniowieczu i renesansie, gdy Luter, Kalwin i inni reformatorzy zaprotestowali przeciwko błędom Kościoła katolickiego, który bogacił się, sprzedając wiernym odpusty mające wyrywać z czyśćca ich zmarłych krewnych i przyjaciół. Wówczas przywódcy katoliccy, od papieża po lokalnych proboszczów, dokonywali podobnych aktów terroru – być może na mniejszą skalę i nie nazywano ich tak jak obecnie. Prawdą historyczną jest jednak, że z powodu różnych działań kontrreformacyjnych zginęła ogromna liczba niewinnych ludzi, tylko dlatego, że nie podporządkowali się doktrynie Kościoła rzymskiego.

Pisałem już wcześniej na moim blogu o stworzonym przez Kościół katolicki narzędziu do zwalczania reformacji, jakim byli jezuici ( we wpisie „Współczesny św. Szczepan”). Myślę, że nie pomylę się, jeśli powiem, że dzięki działaniom tej grupy religijnej – zarówno w czasie oficjalnej działalności wspieranej przez Watykan, jak i później, gdy te same zadania wypełniały inne formacje tego Kościoła – zginęło kilka milionów niewinnych osób, ponieważ uwierzyli w prawdziwą Ewangelię o zbawieniu z łaski.

Powracam do tego tematu, ponieważ wiem, że ta forma „terroryzmu” nadal pojawia się w wielu miejscach, tam gdzie ludzie wierzący w Jezusa Chrystusa pragną składać świadectwo o zbawiennej łasce. Doświadczyłem w swoim życiu pewnej prawidłowości, którą kiedyś ująłem tak: jeśli diabeł śpi spokojnie, to znaczy, że nic dobrego nie dzieje się w Kościele. Wystarczy prawdziwie zademonstrować swoją postawę wobec Boga i Jego prawdy, a zaraz pojawią się ataki. Tak jest od samego początku istnienia Kościoła Jezusa Chrystusa – wystarczy zajrzeć do pierwszego rozdziału historii Kościoła, czyli do Księgi Dziejów Apostolskich. Łukasz, który wszystko dokładnie zbadał i kolejno opisał, podaje, że apostołów Piotra i Jana, po tym jak Jezus uzdrowił chromego, żydowscy przywódcy religijni „kazali ich wychłostać, zabronili im mówić w imieniu Jezusa i zwolnili ich” (Dz 5:40). Później „targnął się król Herod na niektórych członków zboru i począł ich gnębić” (Dz 12:1), a gdy to spodobało się innym Żydom, „kazał pojmać i Piotra; (...) A gdy go ujął, wtrącił do więzienia i przekazał czterem czwórkom żołnierzy, aby go strzegli, zamierzając po święcie Paschy stawić go przed ludem” (w. 3-4). Większość apostołów, ewangelistów i innych sług Bożych w Kościele Jezusa Chrystusa zginęła jako męczennicy, zamordowani przez wrogów Ewangelii.

Historia prawdziwego Kościoła przeplatana jest wydarzeniami świadczącymi o zorganizowanej nienawiści wobec prawdy. Dzisiaj, szczególnie w krajach, w których dominują inne religie – głównie islam i buddyzm – chrześcijanie są prześladowani i mordowani. Lecz również na poziomie lokalnym, w krajach z większością ludności katolickiej, osoby wierzące ewangelicznie doświadczają prześladowań w różnej skali: od wyzwisk, po pobicia i niszczenie mienia. Zdarza się również, że lokalne władze, powiązane z Kościołem katolickim, wydają niekorzystne decyzje zborom starającym się o lokale służące do zgromadzeń religijnych. Wygląda na to, że w niektórych rejonach współczesnego świata średniowiecze się nie skończyło, a jezuici nadal działają, chociaż pod innymi nazwami.

W Poznaniu, przy ulicy Kościelnej, wciąż stoi zapuszczona działka na wysokości stacji benzynowej. Na niej mieliśmy budować obiekt sakralny dla naszego zboru. Były już gotowe plany wraz z makietą obiektu, istniały też odpowiednie decyzje władz miejskich wspierające ten projekt. Wówczas przeciwnicy tego Bożego dzieła przystąpili do akcji destrukcyjnej, będąc podsycanymi przez środowiska związane z lokalnym ośrodkiem reprezentującym jezuitów.

Lecz prawdziwy Kościół to nie budynki, gdyż Bóg, „będąc Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych” (Dz 17:24). Dlatego Kościół Jezusa Chrystusa, którym jest Jego Ciało, budowany jest na mocnym fundamencie i nikt ani nic nie jest w stanie stawić oporu Jego rozwojowi. Chrystus zapewniał, mówiąc: „Zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go” (Mt 16:18). Później powiedział swoim uczniom: „Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat” (Jn 16:33).

Henryk Hukisz