Friday, March 30, 2012

Błogosławiony smutek

„Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.” (Mat. 5:4) 
Smutek może być głęboki, niewymowny, może być wywołany przykrym zdarzeniem. Smutek ogarnia, pogrąża, przytłacza tak bardzo, że jest widoczny na twarzy i słyszalny w głosie. Nikt nie chce być smutny, więc dlaczego Jezus wzywał swoich słuchaczy do doświadczania błogosławieństwa smutku?
Zdarzyło sie to kilka wieków przed narodzinami Chrystusa, w Susie, odległej twierdzy perskiej, podczaszy króla Artakserksesa dowiedziawszy się o stanie w jakim znajdowała się Jerozolima i jej mury, stanął przed królem pogrążony w smutku. Nehemiasz, gdyż o niego chodzi, nie mógł ukryć wielkiego zasmucenia na swoim obliczu, chociaż zdawał sprawę z tego, że mógł to przypłacić swoim życiem. Jednak był to dla niego błogosławiony smutek, gdyż król zainteresował się jego przyczyną i w rezultacie wyposażył męża Bożego w niezbędne dekrety, aby mógł odpowiednio przygotowany pójść do Jerozolimy i rozpocząć jej odbudowę.
Siedemdziesiąt lat wcześniej, Bóg postanowił doświadczyć swój lud wieloletnią niewolą. Nie były to przypadkowe wydarzenia, lecz dokładny plan, jaki Bóg musiał zrealizować wobec nieposłuszeństwa Izraela. Tuż przed pojawieniem się Nehemiasza, inny Boży sługa Daniel, wychowany w prawdziwej pobożności, wybrał całkowite posłuszeństwo Bożemu Słowu. A mogł, jak większość Izraelitów, wmieszać sie w tłum, ożenić sie z jedną z pięknych niewiast babilońskich, założyć rodzinę i mieć prawo do „normalnego życia”. Wielu tak zrobiło, Daniel wolał zasmucić swoje oblicze, nałożyć włosienicę i w poście modlić się za cały naród? „Zgrzeszyliśmy, zawiniliśmy i postępowaliśmy bezbożnie, zbuntowaliśmy się i odstąpiliśmy od twoich przykazań i praw.” (Dan. 9:5) 
Smutek w sercu Daniela sprawił, że był otwarty na odebranie od Boga objawienia na miarę tego, jakie mamy na końcu naszej Biblii – objawienie o czasach ostatecznych. Daniel modlił się sercem ogarniętym żalem i wołał do Boga: „O Panie, usłysz, o Panie, odpuść! O Panie, dostrzeż i uczyń! Nie zwlekaj przez wzgląd na siebie, mój Boże, bo twoim imieniem nazwane jest to miasto i twój lud!.” (Dan. 9:19) Wtem przybył do niego Gabriel, mąż Boży i rzekł: „Danielu, oto wyszedłem, aby ci dać jasne zrozumienie.” (Dan. 9:22)
Daniel mógł zobaczyć dokładny czas Bożego nawiedzenia przez posłanie Mesjasza, ostatecznego rozwiązania ludzkiego problemu, jakim jest grzech i smierć. Według danych, jakie otrzymał Daniel, można dokładnie potwierdzić czas Chrystusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie. Tajemnica siedemdziesięciu tygodni zaczęła wypełniać się z dokładnością niespotykaną w świecie.
Daniel zdawał sobie sprawę z doniosłości chwili, to były niesamowicie wielkie wydarzenia. Gdy zobaczył w widzeniu jak ciężkie czasy nadejdą dla wiernego ludu Bożego, smutek znów zawładnął jego sercem. „W owym czasie ja, Daniel, byłem w żałobie przez trzy tygodnie.” (Dan. 10:2)  Z takim nastawieniem wewnętrznym, mógł zobaczyć nad brzegiem Wielkiej Rzeki męża niezwykłego, był to porównywalny obraz, jaki zobaczył Jan na wyspie Patmos. Następnie ktoś podobny do człowieka, posilił go i powiedział słowa ogromnnej pociechy: „Nie bój się, mężu miły, pokój ci! Bądź mężny, bądź mężny!” (Dan. 10:19)
Prawdziwe pocieszenie przychodzi najczęściej po chwili smutnej. Smutek, żal trwają jakiś czas, są spowodowane tęsknotą za świętością i czystością, do jakiej zostaliśmy stworzeni. Wewętrzny człowiek będzie zawsze sięgać do Bożych standardów. Biblia zawiera wiele opisów pokazujących nam, jak we wspomnianych przykładach Daniela i Nehemiasza, oraz wielu innych mężów i niewiast Bożych, jak wewnętrzny głos powodował zasmucenie, prowadzące do spotkania z Bogiem, źródłem prawdziwego poceszenia.
Chrystus wczuł się w autentyczny smutek, jaki ogarnął serca Marii i Marty, po śmierci ich brata Łazarza. Jezus „rozrzewnił się w duchu i wzruszył się” na widok innych ogarniętych żalem. Lecz wiedział, że jest to smutek na chwilę, bo Łazarz nie umarł, lecz „zasnął” (Jan 11:1-44) Wkrótce zapanowała ogromna radość w tym domu, a wiele osób uwierzyło w Chrystusa.
Smutek jest nam potrzebny do pełnego pojednania się z naszym Ojcem. Duch Święty, który zamieszkał w wewnętrznym człowieku, zapewnia radość i pokój, jakie są Jego owocem. Gdy pojawi się grzech, serce wypełnia się smutkiem, który prowadzi do wyznania i oczyszczenia. Dlatego Apostoł Paweł zaleca zwracać uwagę na ten wewnętrzny sygnał. „A nie zasmucajcie Bożego Ducha Świętego, którym jesteście zapieczętowani na dzień odkupienia.” (Efez. 4:30)
Apostoł Paweł wskazywał w swoich listach do zborów jak wielką rolę odgrywa zasmucenie w utrzymaniu prawidłowych relacji pomiędzy wierzącymi. Sam osobiście doświadczał wielkiego zasmucenia, jakie spowodowane było brakiem pokuty ze strony Izraela. Tak bardzo pragnął wiedzieć swoich braci według ciała włączonych do Ciała Chrystusowego, że odczuwał „wielki smutek i nieustanny ból w sercu swoim.” (Rzym. 9:2)
Natomiast pomiędzy wierzącymi, smutek prowadził do normalizacji relacji, czyli doznawania radości, jaką daje obecność Ducha Świętego. „A to właśnie napisałem, aby po przybyciu do was nie doznać smutku od tych, którzy mi radość sprawić winni, bo jestem tego pewien co do was wszystkich, że radość moja jest zarazem radością was wszystkich.” (2 Kor. 2:3)
Niestety, smutek często zastępował radość, gdyż realcje pomiędzy świętymi nie były poprawne. Dlatego Paweł zawsze z radością witał każdy smutek, który prowadził do upamiętania. Pisał do wierzących w Koryncie, którzy przysparzali mu wiele zmartwień – „teraz jednak cieszę się, nie dlatego, że byliście zasmuceni, ale że byliście zasmuceni ku upamiętaniu; zasmuceni bowiem byliście po Bożemu tak, że w niczym nie ponieśliście szkody z naszej strony.” (2 Kor. 7:9) Dalej wyjaśniał, że: „smutek, który jest według Boga, sprawia upamiętanie ku zbawieniu i nikt go nie żałuje; smutek zaś światowy sprawia śmierć.” (w. 10) Nawet więcej, ten rodzaj smutku przyczynia sie do większej gorliwości, pragnienia życia w niewinności, wywołuje wielką tęsknotę i zapał dla Pana. Można powiedzieć z całą stanowczością, jest to bardzo błogosławiony smutek.
Lecz najbardziej radosną wiadomością jest ta, która mówi, że nastanie w końcu taki moment, gdy „otrze wszelką łzę z oczu ich, i śmierci już nie będzie; ani smutku, ani krzyku, ani mozołu już nie będzie; albowiem pierwsze rzeczy przeminęły.” (Obj. 21:4).
I tak już pozostanie na wieki, czyli na zawsze.
Henryk Hukisz

Thursday, March 29, 2012

Błogosławiony brak

 „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebios.” (Mat. 5:3) 
Błogosławieństwem określamy zwykle posiadanie czegoś, zarówno rzeczy materialnej jak i wartości duchowej. Błogosławiony może być stan, niekoniecznie macierzyński, gdyż synonimem tego słowa jest „szczęśliwy”. Zgodnie z pojęciem słownikowym, wyraz „błogosławiony” jest przymiotnikiem biernym, co wskazuje na fakt, że potrzebna jest inna osoba, która może wyświadczyć nam to poczucie szczęścia.
Każdy woli być błogosławionym, lecz jak można zrozumieć bycie ubłogosławionym brakiem czegoś lub kogoś? Co miał na uwadze Chrystus, gdy widząc zgromadzony wielki tłum, rozpoczął Swoje nauczanie o Królestwie Niebios tym zagadkowym stwierdzeniem: „Błogosławieni ubodzy w duchu.”?
Po pierwsze, treścią nauczania Chrystusa było Królestwo inne, niż ludzie przyzwyczajeni są pojmować. Zauważmy, że ten liczny tłum z Galilei, z Dziesięciogrodzia, z Judei i z Zajordania powstał w trakcie gdy „obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w ich synagogach i głosząc ewangelię o Królestwie i uzdrawiając wszelką chorobę i wszelką niemoc wśród ludu.” (Mat. 4:23)  To, co Jezus mówił i czynił, nie było zwykłym wydarzeniem, to powinno już pokazać, że chodzi o coś innego, niż zwykła religia lub jakiś program naprawy społecznej. Dlatego, gdy „Jezus dokończył tych słów, zdumiewały się tłumy nad nauką jego. Albowiem uczył je jako moc mający, a nie jak ich uczeni w Piśmie.” (Mat. 7:28,29)
Jezus nigdy nie krył, że przyszedł od Ojca i reprezentuje na tej ziemi Jego interes. Szczególnie przywódcy religijni nie mogli się z tym pogodzić, gdyż uważali się za jedynych „dostawców” błogosławieństw dla ludu.
W innej sytuacji, znów liczny tłum zgromadził się wokół Chrystusa, a było to tuż przed świętem Paschy. Jezus zauważył zakłopotanie w oczach Filipa, gdy się go zapytał, skąd wziąć aż „tyle chleba”, aby wszystkich nakarmić. Kiedy „pięć chlebów i dwie ryby” wystarczyły dla pięciu tysięcy, tak że nawet zostało dwanaście koszów okruchów, ludzie wyznali: „Ten naprawdę jest prorokiem, który miał przyjść na świat.” (Jan 6:14)
Po tym cudownym nakarmieniu, rozpętała się dyskusja wokół tego, czym naprawdę człowiek może zostać ubłogosławionym. Jezus, widząc zadowolenie z materialnego chleba, jakim napełnili swoje żołądki, powiedział wprost: „Zabiegajcie nie o pokarm, który ginie, ale o pokarm, który trwa, o pokarm żywota wiecznego, który wam da Syn Człowieczy: na nim bowiem położył Bóg Ojciec pieczęć swoją.” (Jan 6:27)  No dobrze, Nauczycielu, więc co mamy robić, aby posiąść ten „niebiański pokarm”? – zapytali Go zaciekawieni z tłumu. Aby cokolwiek otrzymać, należy na to zasłużyć, uiścić cenę swoich uczynków – tak rozumieli Jezusa. Dlatego Jezus powiedział: „To jest dzieło Boże: wierzyć w tego, którego On posłał.” (Jan 6:29)  Odpowiedź Jesusa z pewnością wprawiła ich jeszcze w większe zakłopotanie.
Ponieważ lud ten był kiedyś karmiony przez czterdzieści lat manną z nieba, jaką Bóg dawał im przez Mojżesza, Jezus wykorzystał ten znany fakt aby powiedzieć o innym chlebie – który daje wieczne życie. „Albowiem chleb Boży to ten, który z nieba zstępuje i daje światu żywot.” (Jan 6:33)
Być może wielu ze słuchających spodziewało się teraz kolejnego cudu, w postaci „nowej manny z nieba”, która da im zbawienie od grzechów. Lecz zamiast tego usłyszeli znów coś bardzo dziwnego, a może była to najdziwniejsza rzecz, o jakiej kiedykolwiek usłyszeli. Jezus powiedział wprost: „Ja jestem chlebem żywota; kto do mnie przychodzi, nigdy łaknąć nie będzie, a kto wierzy we mnie, nigdy pragnąć nie będzie.” (Jan 6:35)
Pokarm należy do podstawowych potrzeb człowieka, jakie musi sobie zapewnić. W ogrodzie Eden, Adam i Ewa mieli pod dostatkiem pożywienia z wszystkich drzew tam zasadzonych, z wyjątkiem jednego. Pożądliwość tego, co zakazane doprowadziła do tego, co usłyszeli: „W pocie oblicza twego będziesz jadł chleb, aż wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz.” (1 Moj. 3:19)
Królestwo Boże, to wyzwolenie z zamkniętego kręgu „z proch – do prochu”. „Albowiem Królestwo Boże, to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym.” (Rzym. 14:17)  Aby wyzwolić się z tego błędnego koła śmierci, potrzebny jest inny pokarm, prawdziwy chleb z nieba – „Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił; jeśli kto spożywać będzie ten chleb, żyć będzie na wieki; a chleb, który Ja dam, to ciało moje, które Ja oddam za żywot świata.” (Jan 6:51)
To były bardzo trudne słowa, tak twardej mowy jeszcze nie słyszeli, dlatego wielu odeszło od Chrystusa, nawet spośród Jego uczniów. To nie pasowało do ich filozofii życia – „muszę coś zrobić, aby coś otrzymać”. Zresztą, tak byli uczeni przez całe życie. Kapłani zawsze czegoś żądali, jakiejś ofiary, koźlęcia, kilku drachm a tu, Ten, kogo nazwali „prawdziwym prorokiem” jaki miał przyjść, mówi że mają spożywać Jego Ciało.
Jezus powiedział: „Albowiem ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, we mnie mieszka, a Ja w nim.” (Jan 6:55,56)  Mieszkać w Jezusie i mieć Jezusa w sobie – czy może być coś większego, coś bardziej błogosławionego? Ale jak to osiągnąć?
Był w Izraelu faryzeusz imieniem Saul, jeden z najbardziej sprawiedliwych i pobożnych. Był tak gorliwy w czynieniu rzeczy, jakich wymagał zakon, że gotowy był tych, którzy z nim się nie zgadzali, wydawać na śmierć. Miał z tego powodu wiele zasług, mógł się tym chlubić wśród innych. Lecz tak naprawdę, był najbardziej ubogim w duchu w swoim czasie. Jego ubóstwo nie uszło uwagi Jezusa, który właśnie w tym celu przyszedł, aby stać się „chlebem życia wiecznego”. Zatrzymał pracowitego Saula na drodze do Damaszku i dał mu darmo prawdziwe błogosławieństwo.
Później, już jako Apostoł Paweł pisał do wierzących w Filippi: „Ale wszystko to, co mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę. Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa i znaleźć się w nim, nie mając własnej sprawiedliwości, opartej na zakonie, lecz tę, która się wywodzi z wiary w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga, na podstawie wiary, żeby poznać go i doznać mocy zmartwychwstania jego, i uczestniczyć w cierpieniach jego, stając się podobnym do niego w jego śmierci, aby tym sposobem dostąpić zmartwychwstania.” (Fil. 3:7-11)
Aby doświadczyć w pełni błogosławieństwa życia wiecznego, musimy stać się całkiem ubodzy, gdyż tylko opróżnione życie może być napełnione Królestwem Bożym.
Henryk Hukisz

Tuesday, March 27, 2012

Intensywność zła

 Większość z nas z pewnością pamięta żart z lekcji języka polskiego, gdy na pytanie o stopniowanie wyrazu „chory”, odpowiadało się: „chory, chorszy, trup”. Są przymiotniki, z którymi jest problem przy tworzeniu trzeciego stopnia intensywności, gdyż nie istnieje dla nich limit końcowy. Przymiotnik „zły” posiada stopniowanie nieregularne – mówimy „zły, gorszy, najgorszy” – lecz nie jesteśmy w stanie określić, czy istnieje stopień jeszcze gorszy od najgorszego. To pojęcie będzie zawsze względne, zależne od naszej wiedzy lub chęci wyrażenia tego stanu.

Jeśli chcę powiedzieć, że wspominam najgorszy moment, będzie to zależało od tego, czy wspominam ostatnie wakacje, czy całe swoje życie. Podobnie jest, gdy mówimy o ludziach: możemy jedynie względnie określić stopień zepsucia człowieka w porównaniu z jakimś przyjętym kryterium. Na przykład najgorszy nauczyciel wcale nie musi być najgorszym człowiekiem.

Człowiek jest z gruntu zły, gdyż jest grzesznikiem. Pozwólcie, że przypomnę tu często przytaczane określenie: „Człowiek grzeszy, ponieważ jest grzesznikiem, a nie jest grzesznikiem dlatego, że grzeszy”. Chyba rozumiemy, o co chodzi w tym dość zawiłym zdaniu?

W tym rozważaniu chciałbym zająć się kwestią, na ile zły jest człowiek. Jak bardzo zdeprawowana jest ludzka natura? Przecież wiadomo, że nie każdy jest w takim samym stopniu zepsuty. Spotykamy się nieraz z twierdzeniem, że każdy człowiek jest jednakowo zdolny do popełnienia najgorszej zbrodni, lecz tego nie czyni, ponieważ nie ma ku temu woli albo sposobności. Nie zgadzam się z określeniem używanym przez niektórych zwolenników kalwinizmu – total depravity, czyli „zupełne zepsucie” – i to jest moją początkową tezą w tym rozważaniu. Na swoją obronę biorę słowa Pana Jezusa, który powiedział: „Jeśli tedy wy, będąc złymi, potraficie dawać dobre dary dzieciom swoim, o ileż więcej Ojciec wasz, który jest w niebie, da dobre rzeczy tym, którzy go proszą” (Mt 7:11). Uważam więc, że nawet zły człowiek potrafi czynić dobro. Tak przynajmniej uważał Pan Jezus, a z Jego zdaniem powinniśmy się liczyć.

Wszyscy zaliczani jesteśmy do jednej kategorii – jesteśmy grzeszni – „gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej” (Rz 3:23). Co do tego nie ma dyskusji, gdyż wszyscy wywodzimy się z tego samego źródła i ponosimy te same konsekwencje. „Przeto jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, tak i na wszystkich ludzi śmierć przyszła, bo wszyscy zgrzeszyli” (Rz 5:12). Nad tym zagadnieniem nie ma dyskusji, wszyscy zgadzamy się, że „zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6:23).

Problem pojawia się w momencie, gdy chcemy przyjąć tezę, na ile człowiek jest zły i jak bardzo jest zdeprawowany. Czy jest w stanie zapragnąć swego zbawienia, jakie Bóg nam oferuje w Chrystusie? Czy w ogóle nie jest do tego zdolny?

Jak z pewnością zauważyliście, odwołuję się nieraz do powszechnej tutaj (powszechniejszej niż w Polsce) teologii kalwinistycznej. Ogólny zarys tej teologii został ujęty w akronimie „TULIP”, którego pierwsza litera „T” znaczy „totalna deprawacja” (Total depravity). Zwolennicy tego poglądu twierdzą, że człowiek nienawrócony jest tak zdeprawowany, że nie jest w stanie nawet pomyśleć o swoim zbawieniu. Uważa się, że każdy grzesznik pała, wprost zieje taką nienawiścią do Boga, że żadna dobra myśl nie jest w stanie zrodzić się w jego totalnie zepsutym sercu. Najczęściej cytowanym wersetem na obronę takiego stanowiska jest wypowiedź Jezusa na temat zawartości serca człowieka: „Albowiem z wnętrza, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, wszeteczeństwa, kradzieże, morderstwa, cudzołóstwo, chciwość, złość, podstęp, lubieżność, zawiść, bluźnierstwo, pycha, głupota; wszystko to złe pochodzi z wewnątrz i kala człowieka” (Mk 7:21-23). Aby nie wdawać się w niepotrzebną dyskusję, chcę jedynie zauważyć, że Jezus wcale nie powiedział, iż jest to jedyna i wyłączna zawartość ludzkiego serca. Celem wypowiedzi Chrystusa było ukazanie, że prawdziwym „brudem” nie są rzeczy zewnętrzne, lecz to, co pochodzi z wewnątrz. Prawdą jest, że „takie brudy” wychodzą z serca ludzkiego, ale czy tylko?

Dlaczego o tym piszę? Uważam, że wmawianie ludziom, iż wszyscy jesteśmy totalnie zdeprawowani i że pałamy nienawiścią do Boga, tworzy fałszywy obraz zarówno Boga, jak i człowieka.

Owszem, możemy przeczytać w Biblii (Rz 1:18-32), że ludzie odwrócili się od Boga i wybrali własną mądrość. Przeciw tym, którzy świadomie odrzucają zbawienie z łaski, Bóg zachowuje Swój święty gniew. Ci, którzy wybierają drogę buntu, którzy świadomie występują przeciwko prawdzie, muszą ponieść konsekwencje takiego wyboru. Ten fragment Słowa Bożego dotyczy w pierwszym rzędzie doczesnych skutków grzesznego życia jako świadomego odrzucenia ewangelii Chrystusowej.

Apostoł Paweł pisze o życiu w usprawiedliwieniu Bożym, jakie jest możliwe przez wiarę. Przeciwieństwem zbawienia z wiary jest wybór własnego stylu życia, bez Boga i Jego mądrego prawa; dlatego ci, którzy to czynią, skazują się na przewidziane z góry skutki. Zwróćmy uwagę, że Paweł pisze o „gniewie Bożym” w czasie teraźniejszym: „Albowiem gniew Boży z nieba objawia się przeciwko wszelkiej bezbożności i nieprawości ludzi, którzy przez nieprawość tłumią prawdę” (Rz 1:18). Nie chodzi więc tu o wieczne potępienie, które nastąpi, jeśli nie będzie upamiętania, lecz o „gniew” jako bezpośrednią konsekwencję łamania Bożego prawa natury.

Ci, którzy świadomie decydują się na to, „aby bezcześcili ciała swoje między sobą” (Rz 1:24), poniosą „na sobie samych należną za ich zboczenie karę” (w. 27). Czy Apostoł, wskazując na tych, którzy „mienili się mądrymi, a stali się głupi” (w. 22), mówi o wszystkich ludziach generalnie, czy tylko o tych, którzy odrzucili Boga? Karę za to zboczenie ludzie ponoszą już w tym życiu, natomiast wieczne potępienie poniosą, jeśli nie będą pokutować. W Koryncie, wśród świętych, byli „rozpustnicy i mężołożnicy”, o których wiadomo było, że „Królestwa Bożego nie odziedziczą”, lecz zostali „obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imieniu Pana Jezusa Chrystusa i w Duchu Boga naszego” (1 Kor 6:9-11). Być może zanim zostali „uświęceni”, doznawali na swoim ciele przejawu „doczesnego gniewu Bożego” w postaci choroby jako „należnej za ich zboczenie kary”. Jeśli złodziejowi ucięto rękę jako wymiar ówczesnej sprawiedliwości, po nawróceniu się do Boga ręka nie odrosła.

Warto zwrócić uwagę na Rzymian 1:20: „Bo niewidzialna jego istota, to jest wiekuista jego moc i bóstwo, mogą być od stworzenia świata oglądane w dziełach i poznane umysłem, tak iż nic nie mają na swoją obronę”. Jeśli od czasu stworzenia świata, czyli od początku, gdy człowiek znalazł się poza rajem, „moc i bóstwo” mogą być „poznane umysłem”, to widocznie Bóg wie, że ten ludzki umysł nie jest aż tak zdeprawowany, skoro przewidział taką możliwość.

To, że nie wszyscy jesteśmy jednakowo źli, nie znaczy, że zbawienia potrzebują tylko najgorsi. Nie ma ani jednego dobrego na tyle, aby nie potrzebował Chrystusa jako Jedynej Drogi. Chcę być dobrze zrozumiany i uniknąć niepotrzebnej dyskusji.

Święty Bóg wymaga sprawiedliwości porównywalnej jedynie do swojej i taką nam oferuje w Swoim Synu, Jezusie Chrystusie, który powiedział: „Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jn 14:6).

Henryk Hukisz

Friday, March 23, 2012

Drzazga większa od belki

Często ulegamy złudzeniu w ocenie wielkości przedmiotów, który z nich jest większy. Na zdjęciu obok, widzimy trzy samochody różnej wielkości, lecz tak na prawdę, wszystkie są dokładnie takie same. Podobnie możemy ulec złudzeniu w ocenie różnych innych wartości - bądźmy więc ostrożni.
W ewangelicznym zestawieniu dwóch drewniannych przedmiotów, o jakich mówił Jezus w Kazaniu na Górze, występują „źdźbło i belka”, co w jednym z nowszych przekładów Biblii zotało oddane następujaco: „Jak możesz powiedzieć swojemu bratu: Pozwól, że wyrzucę drzazgę z twego oka, a oto belka jest w twoim oku?” (Mt. 7:3).  W oryginale występuje słówko "καρφος" [karphos], które znajdziemy tylko w tym zastosowaniu, zarówno w Ewangelii Mateusza jak i Łukasza i oznacza ono suchą drewnianną szczapę lub gałązkę
Nie o wielkości mówił Jezus, lecz o właściwym podejściu do błędów, jakie z łatwością widzimy u drugich, nie widząc własnych. Odwołanie się do gabarytów tych elementów ma jedynie wskazać na konieczność uporania się wpierw z własnymi wadami, zanim przystąpimy do „poprawiania” drugich, bo fizyczna wielkość, jak widzimy na załączonym zdjęciu, może być zwodnicza.
Zanim zajmiemy się przysłowiową drzazgą i belką, kilka słów wstępu.
Pan Jezus rozpoczyna mowę na temat naturalnych relacji między ludźmi, wskazując na prawidłowe pojęcie na czym polega ocena postępowania drugiej osoby. Ta skłonność do wydawania sądów o drugich jest cechą naturalną, z tym się rodzimy i do końca życia mamy prawo do sądzenia. Zaraz, ktoś powie, przecież Jezus wyraźnie mówi: „Nie sądźcie, abyście nie zostali osądzeni” (Mt. 7:1).   Otóż okazuje się, że ten werset jest naczęściej cytownaym fragmentem z Biblii, zarówno wśród naśladowców Chrytsusa, jak i tych, którzy wolą sami sobie radzić w życiu. Muszę powiedzieć, że ten werset jest również najczęściej źle interpretowany, gdyż ludzie chcą tym zdaniem zamykać usta tym, którzy odważą się osądzić ich postępowanie.
Mamy prawo wydawać opinie na temat postępowania innych ludzi, lecz nie wolno nam osądzać motywów czyjegoś serca, ponieważ są to sprawy zakryte przed człowiekiem. Jedynie Bóg ma taką władzę, aby osądzić zawartość serca. Jedynie Boże Słowo jest „zdolne osądzić myśli i zamiary serca” (Hbr. 4:12).  Apostoł Paweł w wielu zborach, które powstały dzięki jego zwiastowaniu, doświadczał krzywdzącego osądzenia, a nawet pozbawiania go apostolstwa, które otrzymał od samego Chrystusa. Pisał do Rzymian, którzy osądzali wierzących na podstawie ich poglądów i wielkości wiary. „Ty, kim jesteś, że osądzasz cudzego sługę? Przed własnym panem stoi lub upada. Będzie jednak stał, gdyż Pan ma moc go postawić” (Rz. 14:4).
Jezus, wygłaszając Kazanie na Górze, zazwyczaj miał na uwadze faryzeuszów i uczonych w Piśmie. Bardzo często wyrzucał tej kaście „jedynie sprawiedliwych” ich sposób nauczania i osądzania innych. Już na samym początku Jezus powiedział: „jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie doskonalsza niż nauczycieli Prawa i faryzeuszy, nigdy nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mt. 5:20).
Faryzeusze i uczeni w Piśmie uważali, że jedynie oni zachowują Zakon i jakby mało było, dodali sobie jeszcze ponad 600 drobnych przepisów. Ich głównym zajęciem było demonstrowanie na ulicach pięknych i długich modlitw, oraz na każdym kroku podkreślali jak długo poszczą i ile dają jałmużny. Nikt z szarego ludu nie śmiał nawet równać sie z najgorszym z nich. Ich samousprawiedliwianie się zostało ocenione przez Chrystusa w porównaniu ich do „grobów pobielanych” – z zawnątrz biel, natomiast wewnątrz to, czego można spodziewać się w grobie.
Wszyscy mamy już taką naturę, że lepiej widzimy błędy u innych niż u siebie samych. Dlatego, aby mieć lepszy obraz samego siebie, najprościej jest mówić o wadach innych. Mój ulubiony felietonista z „Polityki”, kiedyś tak ocenił przebieg kampanii wyborczej w Polsce: „Autoportrety to były malowane piękną bielą, ale na czarnym tle grzechów, kłamstw, oszustw, niegodziwości i obłudy wszystkich innych partii”. Jest to najtańszy sposób pokazania siebie samego w bieli, jeśli wszystko dookoła namaluje się na czarno. Wówczas, nawet szary kolor razi w oczy. Zawsze drzazga w oku bliźniego wygląda na większą, niż jest w rzeczywistości.  
Jezus nie powiedział, że nie wolno sądzić, lecz wskazał na zależność – „Jaki bowiem wydajecie wyrok, taki i na was wydadzą, jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą” (Mt. 7:2). Innymi słowy, jeśli nie widzisz belki we własnym oku, to twoja ocena postępowania drugiego człowieka jest fałszywa. Dlatego przyjęcie interpretacji, że w ogóle nie wolno sądzić, oznacza ucieczkę od oceniania własnego postępowania. Skoro ja nie mogę nic powiedzieć o bliźnim, wara komukolwiek od osądzania mojego postępowania. Ci, którzy tak rozumieją te słowa, pójdą na śmierć w obronie takiego pojmowania.
Belka w przykładzie Jezusa oznacza konieczność dokonania oceny własnego postępowania. Biblia wzywa nas często do sprawdzania siebie samych przed Panem, czy idziemy prawidłowo. „Chrześcijanin” z „Wędrówki Pielgrzyma” nie sprawdzał siebie i opamiętał się dopiero gdy zauważył, że maszeruje po drugiej stronie muru. Ponieważ chciał dotrzeć do celu, musiał wrócić do wyłomu w murze, którym nieopatrznie opuścił swoją drogę. Musiał wyjąć „belkę”, która go wcześniej zaślepiła.
Apostoł Jakub pisze o lustrze, którym jest Słowo Boże, tak bardzo ostre, że jest zdolne osądzić nasze myśli, zanim przerodzą się w czyny.  Belce bardzo często towarzyszy gniew, bo jeśli na siłę chce się komuś udowodnić, że jest winien, to zazwyczaj pojawiają się złe emocje wywołujące zagniewanie. Dlatego Jakub, pisał: „Pod wpływem gniewu bowiem człowiek nie wykonuje sprawiedliwości Bożej. Dlatego odrzućcie wszelką nieczystość i bezmiar zła, i z łagodnością przyjmijcie zaszczepione w was Słowo, które ma moc zbawić wasze dusze” (Jk. 1:20,21). Jak możemy zauważyć, belką może być zagniewanie, złość, względnie inny rodzaj brudu, który Apostoł poleca odrzucić, aby móc przyjrzeć się sobie w zwierciadle Słowa Bożego. Z belką w oku nigdy nie będziemy w stanie zobaczyć problemu, z jakim boryka się nasz brat. A przecież po to jesteśmy w Ciele Chrystusowym, aby wzajemnie sobie pomagać, aby podnosić bliźniego.
Wówczas wypełni się ta zachęta, jaką Apostoł Paweł przekazał wierzącym w Efezie: „Trwając zaś w prawdziwej miłości, wzrastajmy pod każdym względem ku Temu, który jest Głową, Chrystusem. Przez Niego całe ciało – które jest harmonijnie złożone i połączone dzięki każdej umacniającej więzi, według miary właściwej każdemu członkowi – przyczynia się do wzrostu ciała, aby budować samo siebie w miłości” (Ef. 4:15,16). W tym miłosnym połączeniu w Ciele Chrystusa, będziemy musieli nieraz wyjmować drzazgi z oczu braci i sióstr. Wówczas nikt nikogo nie zrani, gdyż wolni od własnych belek, kierowni czystym spojrzeniem, będziemy zdolni okazywać pomoc swoim bliźnim w miłości.
Na zakończenie tego rozmyślania odsyłam do przykładu Dawida. Wystraczy przeczytać Psalm 51, w którym król wpierw uznał swoją winę, zobaczył własną belkę, by później móc zawołać do Pana: Boże, stwórz we mnie czyste serce i odnów we mnie moc ducha. Nie odtrącaj mnie od swego oblicza, nie odbieraj mi swojego świętego ducha(Ps. 51:12,13).
Po tej Bożej operacji oczyszczenia swego serca, Dawid mógł szczerze zawołać: Chcę nieprawych nauczać dróg Twoich, by nawrócili się do Ciebie grzesznicy(Ps. 51:15).
Henryk Hukisz

Wednesday, March 21, 2012

Cień Chrystusa

Platon, bodajże największy filozof z przełomu V i IV wieku p.n.e., uważany za twórcę idealizmu, z pewnością wywarł duży wpływ na poglądy Saula, późniejszego  Apostoła Pawła. Ten wszechstronnie wykształcony faryzeusz zdobywał wiedzę w czasie, gdy filozofia greków dominowała w kształtowaniu poglądów na temat ówczesnego świata. 
Przyjmuje się, że twórczość i poglądy Platona były dobrze znane Pawłowi, gdyż z jego listów możemy to wywnioskować, jako że nieraz odwoływał sie do idei głoszonych w tamtym czasie. Największe dzieło Platona p.t. „Państwo” zawiera opis dziwnej jaskini, zamieszkałej przez grupę ludzi zakutych w kajdany. Osoby te siedzą tak, że mogą jedynie patrzeć na stojącą przed nimi ścianę, na której, jak na ekranie, przesuwają się cienie rożnych przedmiotów.  Te przedmioty w rzeczywistości istnieją i poruszają się przed otworem tej jaskini. Ludzie w jaskini są zakuci w  kajdany, tak, że nie mogą nawet odwrócić głowy, aby zobaczyć rzeczywistość, mogą jedynie podziwiać jej cienie. Jeden z uwięzionych, uwolniony w cudowny sposób, wychodzi na zewnątrz i po chwili, gdy jego wzrok oswoił się już ze światłem słonecznym, może podziwiać wspaniałą kolorową rzeczywistość. Gdy znów powrócił do wnętrza jaskini, zaczął zachęcić pozostałych więźniów do jej opuszczenia, zachwalając cudowność świata rzeczywistego, lecz oni woleli pozostać w swojej krainie cieni.
Apostoł Paweł w Liście do Kolosan pisze o sprawach bardzo ważnych, starając się przedstawić wielkość Osoby Jezusa Chrystusa i o tym, jakie znaczenie to ma dla naszego życia duchowego. W tym liście Paweł pisze między innymi o tym, że w Chrystusie zostało stworzone wszystko, gdyż „On jest obrazem Boga niewidzialnego, pierworodnym wszelkiego stworzenia. W Nim bowiem zostało stworzone wszystko w niebiosach i na ziemi: rzeczy widzialne i niewidzialne, czy to trony, czy panowania, czy zwierzchności, czy władze – wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone” (Kol. 1:15,16).  Celem napisania tego listu było pragnienie doprowadzenia w mocy Ducha Świętego ludzi wierzących do pełnej dojrzałości. Paweł pisał o pewnej tajemnicy, którą jest „Chrystus w was, nadzieja chwały, którego zwiastujemy, napominając i nauczając każdego człowieka z wszelką mądrością, aby każdego człowieka ukazać doskonałym w Chrystusie. Dlatego też się trudzę, walcząc Jego mocą, która potężnie we mnie działa” (Kol. 1:28,29). 
Apostoł Paweł starał się pokazać czytelnikom tego listu, że Chrystus jest Bożą tajemnicą objawioną teraz dla poznania zbawienia, które jest tylko w Nim. Paweł był zaniepokojony faktem, że pojawiali się nauczyciele starający się odwrócić wierzących od rzeczywistości, którą jedynie jest Chrystus. Dlatego ostrzegał wierzących słowami: „Uważajcie, żeby was ktoś nie zniewolił filozofią i próżnym zwodzeniem, opartym na przekazie ludzkim, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie” (Kol. 2:8). 
Największym zagrożeniem, szczególnie w świecie hellenistycznym, była nauka znana jako gnostycyzm. Większość idei głoszonych przez zwolenników tej nauki znajdowali się pod wpływem filozofii Platona, który wprowadził takie pojęcia jak: idea dobra, wieczna idea, która jest doskonała, natomiast ciało jest siedliskiem zła i zepsucia. Wielu wierzących zostało urzeczonych takimi poglądami.
Dlatego Paweł pisał z całą stanowczością, że nasze zbawienie jest doskonałe przez to, że zostało w pełni dokonane w Chrystusie.  Wraz z odpuszczeniem grzechów można doznać łaski ożywienia, jakie mamy w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Tę rzeczywistość Bóg objawił w Swoim Synu w momencie, „gdy zostaliście pogrzebani razem z Nim w chrzcie, w którym również razem zostaliście wskrzeszeni dzięki wierze w działanie Boga, który wskrzesił Go z martwych. I was, którzy umarliście w grzechach i nieobrzezaniu waszego ciała, Bóg ożywił razem z Nim, darując nam wszystkie grzechy,” (Kol. 2:12,13).
Innym zagrożeniem, jakie występowało głównie pośród chrześcijan pochodzenia żydowskiego, był powrót do Zakonu. Religia Starego Testamentu nie była dla nich obca, dlatego istniało niebezpieczeństwo wprowadzenia do pobożności chrześcijan elementów z przeszłości. Nawoływano do przestrzegania sabatów, świąt żydowskich, do spożywania pokarmów czystych według zakonu i wiele innych zwyczajów. Paweł starał się wykazać za wszelką cenę, że zbawienie zostało całkowicie dokonane przez Chrystusa, jak pisał w Liście do Rzymian, że „końcem Prawa jest Chrystus, dla usprawiedliwienia każdego, kto wierzy” (Rz. 10:4).  Tryumf Chrystusa stał się faktem, który musiał uznać też i diabeł, ponieważ Jezus „przekreślając zapis dłużny, który świadczył przeciwko nam, i usunął go, przybijając do krzyża. Rozbrajając zwierzchności i władze, wystawił je na pokaz, gdy przez Niego odniósł triumf nad nimi” (Kol. 2:14,15). Nie ma więc już miejsca na uczynki zakonu, aby otrzymać pełnię łaski zbawienia.
Paweł odwołał się w tym liście do znanego wówczas obrazu cienia i rzeczywistości, pisząc: „Wszystko to są tylko cienie rzeczy przyszłych; rzeczywistością natomiast jest Chrystus” (Kol. 2:17).  Wobec Chrystusa, który jest Prawdą, już nic innego nie ma znaczenia. Paweł doświadczył tego w swoim życiu, gdyż cała jego dotychczasowa mądrość i własne dokonania stały się śmieciami wobec Chrystusa, czymś do czego nie warto było powracać.  Pisał o sobie: „Ale wszystko to, co mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę” (Fil. 3:7). Poznawszy Chrystusa i doskonałość jaką On daje, „wszystko to”, mając na uwadze dotychczasowe poglądy i zasady życia, uważał za szkodę dla poznania Chrystusa.
Apostoł Paweł pozostawił potomnym wszystkich wieków swoje wyraźne świadectwo o doskonałym zbawieniu, jakie Bóg przygotował w Chrystusie dla tych, którzy w Niego uwierzą - „Nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na przewyższające wszy­stko poznanie Chrystusa Jezusa, mojego Pana. Z Jego powodu wszystko poczytuję za nic i uważam za śmieci, aby zyskać Chrystusa i zjednoczyć się z Nim – nie dzięki mojej sprawiedliwości wynikającej z Prawa, lecz dzięki sprawiedliwości osiągniętej przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwości z Boga na podstawie wiary; aby Go poznać – zarówno moc Jego zmartwychwstania, jak i udział w Jego cierpieniach, upodabniając się do Niego w Jego śmierci; abym w ten sposób dostąpił zmartwychwstania” (Flp. 3:8-11).
Więźniowie w jaskini cieni mieli możliwość dokonania wyboru - kolorową i żywą rzeczywistość, albo cienie na ścianie. Podobnie jest w naszej duchowej rzeczywistości, mamy do wyboru - korzystanie w prawdy objawionej w Chrystusie, albo powrót do cieni, do obrazów, które jedynie wskazywały na Chrytsusa. Jeśli nawet są biblijne, to wyrządzają ogromną szkodę na drodze poznawania Chrystusa, który dla wierzących jest rzeczywistością.
Dziwią mnie pojawiające sie coraz częściej w zborach Chrystusowych powroty do judaizmu. Nawet ładnie brzmiące określenie „wspólnota mesjańska”, jeśli jest w niej zwiastowany powrót do świąt i obyczajów żydowskich, jest niczym innym, jak tylko „stratą ze względu na przewyższające wszy­stko poznanie Chrystusa JezusaCzyżby Chrystus już się znudził i poszukuje się cieni, być może nawet ciekawie zaprezentowanych, lecz będących zawsze tylko cieniami.
Nie ma innej Ewangelii, „są tylko tacy, którzy sieją zamęt wśród was i chcą sfałszować Ewangelię Chrystusa” (Ga. 1:7), pisał apostoł Paweł do ludzi już wierzących w Chrystusa. Mimo woli w takich sytuacjach słowo z Listu do Galacjan samo ciśnie się na usta - „Ale jeśli nawet my głosilibyśmy lub anioł z nieba głosiłby wam dobrą nowinę inną od tej, którą wam głosiliśmy, niech będzie przeklęty” (Gal. 1:8).
Słowo „przeklęty”, greckie „anatema” miało wówczas inne znaczenie niż obecnie i chodziło o odrzucenie tego, co nie jest Ewangelią.
Henryk Hukisz

Polecam również - "Jezus, czy Jeszua"

Tuesday, March 20, 2012

Kamera na zakręcie drogi

 Kamery monitorujące są dziś tak popularne, że nikogo nie dziwi ich widok. Możemy je zobaczyć prawie w każdym budynku, na każdym skrzyżowaniu lub zakręcie drogi. Kilka lat temu ze zdziwieniem przeczytałem, że w Londynie jest około milion kamer, które nieustannie rejestrują wszystko, co znajduje się w ich polu widzenia.
Jeśli zdarzy się jakiś wypadek, albo jakieś przestępstwo, policja stara się uzyskać jak najwięcej informacji w celu wykrycia sprawcy. Wówczas te kamery spełniają bardzo pożyteczną rolę. Lecz jeśli nic złego się nie dzieje, to mamy obiekcje co do słuszności instalowania kamer w miejscach publicznych, ponieważ ograniczają naszą wolność i nie chcemy, aby oko Wielkiego Brata nas obserwowało.
Bóg jest Wszechwidzący, On nie potrzebuje kamer, On widzi każdego z nas w każdej sytuacji. Być może są takie miejsca, w których wolelibyśmy aby nie było żadnej kamery, a jednak nie da się uciec przed Bożym wzrokiem.
W Ewangeliach są opisane takie sytuacje, w których istnieje coś na kształt kamery, która dokładnie obserwuje całe zdarzenie. Są to najczęściej przypowieści, jak na przykład, o faryzeuszu i celniku. Bóg rejestruje każde słowo, każdy gest bohaterów tej historii, aby później pokazać prawdziwy obraz ich serc.
Dziś chcę spojrzeć okiem kamery ustawionej na zakręcie drogi schodzącej w dół z Jerozolimy do Jerycha. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie  jest tak realistyczna, że czujemy się jak w kinie, oglądając całe to zdarzenie na ekranie. Nawet archeolodzy w Izraelu odnaleźli ruiny zajazdu, w którym przysłowiowy Samarytanin umieścił pobitego człowieka. Wprawdzie obiekt ten niczym nie przypomina zajazdu (patrz zdjęcie obok), ale jest wyraźnym świadectwem prawdy o tym, kto jest bliźnim.  
Przypowieść ta jest ilustracją do pytania, jakie pewien uczony w Zakonie zadał Chrystusowi na temat uzyskania zbawienia. Jezus odpowiedział pytaniem, szanując status uczonego w Piśmie – „Jak czytasz?”  Znawca Zakonu odpowiedział poprawnie, że należy przestrzegać przykazania o miłowaniu Boga przede wszystkim, oraz bliźniego, jak siebie samego. Znał Zakon, dlatego zdawał sobie sprawę, że może zaplątać się w wyjaśnianiu na czym polega prawdziwa miłość do Boga, więc odbił „szybką piłkę” zadając pytanie: „A kto jest bliźnim moim?” (Łuk. 10:29).
Uczony w Piśmie chciał, by Chrystus podał mu listę osób, które należy uznać za bliźnich. W ten sposób mógłby znaleźć wymówkę, by nie pomagać tym, których na liście nie ma. Są więc i u nas osoby, których nie wpisujemy na listę tych, którymi należy się zająć. Jakie to wygodne, gdy widzimy człowieka z papierowym kubkiem na skrzyżowaniu ulic, szybko wyciągamy nasza listę i sprawdzamy – nie ma go! Co za ulga - możemy spokojnie jechać dalej.  
Jezus odwrócił całą sytuację, bo bliźnim w tej przypowieści, nie jest człowiek w potrzebie, lecz ten, który ją niesie. A to nie pasuje do naszej wyobraźni, bo sami nie możemy decydować o tym, komu pomóc, a kto jest poza listą. Tak bardzo lubimy być panami sytuacji.
Spójrzmy okiem kamery – co za błogosławieństwo móc zobaczyć to, co „wielu proroków i królów pragnęło zobaczyć” (Łuk. 10:24).  Właśnie, tuż przed rozmową z uczonym w Zakonie, Jezus powiedział na osobności Swoim uczniom, że mogą uważać się za szczęśliwych. widząc to, na co mogą patrzeć.
Oto drogą idzie kapłan, człowiek powołany do szczególnych zadań. Ma gęsto zapisany kalendarz spotkań i obowiązków. Są to tak ważne sprawy, że nie zawraca sobie głowy drobiazgami, spokojnie przechodzi na drugą stronę drogi. Oko kamery rejestruje nie tylko ślad jego stóp, lecz również myśli  jego serca. Kiedy nastanie czas składania raportów, jego długą listę spełnionych kapłańskich obowiązków nagle przerwie migawka z rejestru kamery – obraz odwróconej głowy. I to przyćmi wszystkie inne dzieła jakich dokonał w swoim życiu.
Nadchodzi lewita, on też ma wiele obowiązków - musi przygotować zwierzęta na ofiarę, a kapłan nie lubi, jak coś nie tak jest położone koło ołtarza. Przecież to co robi, służy większej liczbie ludzi i jest ważniejsze, niż ten jeden nieborak leżący na poboczu drogi. Może zmorzył go sen po wypiciu zbyt dużej ilości wina, dlatego nie zauważą człowieka w potrzebie? Szybko przechodzi na druga stronę drogi, żeby przypadkiem nie okazało się, że myli się w swoich domysłach.
Wreszcie, nadchodzi kolejna osoba, kamera rejestruje każdy jej krok. Widzimy wyraźnie, że nie zbacza na drugą stronę, lecz zwalnia, patrzy i widzi człowieka. Dla niego najważniejsze jest to, że to jest człowiek. Nie musi znać jego imienia, statusu społecznego, ani dokąd szedł. Tylko Jezus wiedział, że idzie z Jerozolimy do Jerycha, z miasta świętego, do przeklętego. Dla nas byłaby to bardzo ważna informacja – skoro wybrał taki kierunek, spotkała go słuszna kara.
Człowiek przy drodze leży pobity, „na pół umarły”. Z matematycznego punktu widzenia znaczy, że jest na pół żywy, lecz Chrystus podkreśla jego położenie – potrzebuje bliźniego, gdyż sam sobie nie może pomóc. To tak, jak ze szklanką do połowy pełną. W tej sytuacji ważne jest to, że istnieje możliwość zrobienia dobrego uczynku. Chrystus zwrócił uwagę na to, że czyniąc dobrze, ponosimy jakiś koszt. Nie ma znaczenia uczynek, który nas nic nie kosztuje. Ktoś skomentował tę przypowieść stwierdzeniem, że aby stać się "dobrym Samarytaninem", trzeba mieć kasę. 
Jezus podkreślił fakt, że Samarytanin mógł mieć tysiąc powodów, aby przejść na drugą stronę, nie zauważając Żyda. Lecz to właśnie ten, kto był pogardzany przez Żydów, zatrzymał się, uczynił wszystko, co wynikało z tej specyficznej sytuacji i pojechał dalej nie robiąc szumu wokół siebie. Gdyby nie oko kamery, nie wiedzielibyśmy nic o oliwie i o winie na rany, o bydlęciu, które posłużyło za ambulans, o dwóch denarach i zapewnieniu, że wszelkie dodatkowe koszty zostaną pokryte, gdy będzie wracać. Czy nie jest tak, że dziś wielu w obawie, że Bóg może nie zauważyć ich dobrego uczynku, może niekoniecznie piszą o sobie książki, lecz robią tak wielki szum, aby czasami przez przypadek sprawa nie poszła w zapomnienie.
Kto więc jest naszym bliźnim? To jest źle postawione pytanie. Powinniśmy zapytać się samych siebie: „Czy jestem bliźnim dla drugiego człowieka?”
W innej przypowieści - jak dobrze, że mamy ich wiele - Jezus mówił o wielkiej uczcie. Zaproszenia zostały rozesłane, może nawet wielu potwierdziło swój udział, lecz był wówczas taki zwyczaj, że specjalny goniec szedł jeszcze raz do domów zaproszonych osób i wołał: „Wieczerza gotowa!” (nie wysyłali wówczas SMS-ów.). Zaproszeni zaczęli się wymawiać, gdyż jeden kupił pole, drugi nabył parę wołów i musiał je wypróbować, jeszcze inny pojął żonę (koleżanka na studiach na egzaminie dodała, że też poszedł ją wypróbować).Tak łatwo jest znajdować wymówki. Kapłani i lewici też byli zbyt zajęci, aby podejść do człowieka w potrzebie.
Czy trudno jest znaleźć wymówkę? Może jesteśmy już ekspertami w tej dziedzinie. Co zrobił wówczas gospodarz uczty weselnej? Powiedział: „Wyjdź na drogi i ścieżki i przymuszaj innych do przyjścia, aby został zapełniony mój dom” (Łuk. 14:23). 
Kto jest moim bliźnim? Nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie, jeśli sami nie staniemy się jednym z nich. A najłatwiej jest poznać siebie, czy jestem bliźnim, gdy udam się między opłotki, tam, gdzie znajdują się ci, którzy są w potrzebie.
Tak jak kiedyś, tak samo i dzisiaj, Jezus mówi do nas: „Idź, i ty czyń podobnie” A można to zrobić jedynie, idąc po właściwej stronie drogi.
Henryk Hukisz

Saturday, March 17, 2012

Wiara w wiarę

„Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu; kto bowiem przystępuje do Boga, musi uwierzyć, że On istnieje i że nagradza tych, którzy Go szukają” (Hbr 11,6) – to jeden z fundamentalnych wersetów biblijnych definiujących wiarę. Odgrywa ona kluczową rolę w naszej relacji ze Stwórcą, choć samo pojęcie wiary może funkcjonować również w oderwaniu od religii.

Każdy z nas w coś lub w kogoś wierzy. Nawet ateista żywi głębokie przekonanie o nieistnieniu Boga. Cała teoria ewolucji opiera się przecież na wierze, że z nicości powstało wszystko. Prawdę mówiąc, potrzeba niezwykle silnej wiary, by przyjąć taki paradygmat. Kreacjoniści również przyjmują fakt powstania świata aktem wiary, z tą jednak różnicą, że za przyczynę wszystkiego uznają Wszechpotężnego i Inteligentnego Boga, a nie bliżej nieokreśloną „biologiczną papkę”.

Potocznie uważa się, że wiara jest antytezą rozumu. Jak jest w rzeczywistości? Czym jest wiara, skoro stanowi niezbędny warunek nawiązania autentycznej więzi z Bogiem?

„Wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy” (Hbr 11,1) – to prawdopodobnie najlepsza definicja, ponieważ wprowadza nas w stan oczekiwania na rzeczy, które obecnie pozostają poza zasięgiem naszego wzroku. W dobie internetu można natknąć się na skrajnie różne opinie na ten temat. Wystarczy wpisać hasło „wiara” w wyszukiwarkę, by przeczytać najbardziej fantazyjne teorie. Nie jest to jednak mądra droga poznania. Na pewnym portalu, mieniącym się chrześcijańskim, można na przykład przeczytać, że „wiara jest po prostu Bogiem”.

Biblia pozostaje najlepszym i najpewniejszym źródłem poznania natury wiary. To z niej dowiadujemy się, że jest ona konieczna do uzyskania zbawienia i korzystania z Bożych obietnic. Przez wiarę przyjmujemy istnienie Bożego Królestwa, w którym obowiązują inne reguły niż te rządzące światem materialnym. Należy jednak pamiętać, że sama wiara nie jest siłą sprawczą – to Bóg dokonuje swoich dzieł, a my przyjmujemy je wiarą. Wiara nie jest narzędziem do wymuszania na Bogu spełnienia naszych zachcianek; jest ona drogą do otrzymania tego, o co prosimy zgodnie z Jego wolą.

Apostoł Jan wyjaśnia Boże zasady funkcjonowania wiary: „Taka zaś jest ufność, jaką mamy do Niego, iż jeżeli prosimy o coś według Jego woli, wysłuchuje nas. A jeżeli wiemy, że nas wysłuchuje, o co prosimy, wiemy też, że otrzymaliśmy już od Niego to, o co prosiliśmy” (1 Jn 5,14-15).

Warto zwrócić uwagę na użycie czasu teraźniejszego czasownika „mieć” (echomen), który w polskim tekście bywa tłumaczony jako „otrzymywać” lub „posiadać”. Nie wchodząc w zawiłości filologiczne, zauważmy, że polskie przekłady używają tu słów takich jak: „uzyskać” (BWP), „mieć” (BG) czy „posiadać” (BT). Istotny jest tu czas gramatyczny, ponieważ podobna forma występuje w innym wersecie, który kluczowo koresponduje z tym tematem. Chodzi o wypowiedź Jezusa o wierze zdolnej przenosić góry. Ewangelista Marek cytuje słowa Chrystusa: „Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie, a spełni się wam” (Mk 11,24).

Ten werset jest mi szczególnie bliski ze względu na osobiste wspomnienia. Jako student pierwszego roku teologii, znający już podstawy greki klasycznej, miałem okazję przyglądać się procesowi powstawania nowego przekładu Biblii z języków oryginalnych – tzw. Biblii Warszawskiej. Wydano wtedy „Cztery Ewangelie”, a profesorowie z mojej uczelni (ChAT) brali czynny udział w pracach. Pamiętam, jak na wykładzie z greki postanowiliśmy „zaskoczyć” wykładowcę pytaniem: „Dlaczego w Ewangelii Marka 11,24 użyto czasu przyszłego 'otrzymacie', skoro w oryginale występuje aoryst, co zgodnie z zasadami oznacza czas przeszły i powinno brzmieć 'otrzymaliście'?”

Wykładowca odpowiedział dość enigmatycznie, że wynika to z logiki całego zdania, co nas wówczas niezbyt satysfakcjonowało. Dziś uważam, że jest to dobry przekład, na którym można bezpiecznie opierać swoją wiedzę. Dobrze jednak, że możemy sięgać po inne tłumaczenia, a nawet tekst oryginalny (choć dysponujemy jedynie jego wiernymi kopiami z pierwszych wieków).

Niestety, niektórzy wykorzystali różnice w tłumaczeniach do stworzenia własnych interpretacji. Z czasem, dzięki popularności tych poglądów, powstały dogmaty oparte na koncepcji „wiary w wiarę”. Jest ona rozumiana jako mechaniczne uzyskiwanie odpowiedzi od Boga poprzez stanowcze wyznawanie, że „Bóg musi to uczynić, bo obiecał”. W takim ujęciu wiara staje się czynnikiem sprawczym, a Bóg zostaje zepchnięty na margines procesu. Fundamentem tego poglądu stała się właśnie błędna interpretacja Mk 11,24.

Ciekawą perspektywę oferuje anglojęzyczny przekład ESV (English Standard Version). W komentarzu do tego wiersza w wersji Study Bible czytamy: „Bóg z przyjemnością daje dobre rzeczy tym, którzy Go proszą (Mt 7,11) i jest zdolny spełnić każdą prośbę, jeśli ma ona pobożne motywy (Jk 4,3) i jest zgodna z Bożą wolą (1 J 5,14). 'Tylko wierzcie, że otrzymaliście, a spełni się wam'. Ci, którzy ufają Bogu we właściwych sprawach i we właściwy sposób, mogą mieć pewność, że Bóg 'zaspokoi wszelką potrzebę waszą według bogactwa swego w chwale, w Chrystusie Jezusie' (Flp 4,19). Niektórzy niewłaściwie wykorzystują ten werset, twierdząc, że przy wystarczającej wierze Bóg już uczynił (lub uczyni) wszystko, o co poproszą. Musimy jednak zawsze zachowywać postawę Jezusa: pełne zaufanie Bożej mocy przy jednoczesnym poddaniu się Jego woli: 'wszakże nie co Ja chcę, ale co Ty' (Mk 14,36).”

Co zatem z tym nieszczęsnym aorystem? Czy powinno być „otrzymaliśmy”, czy „otrzymamy”? Odpowiedź tkwi w specyfice tego czasu greckiego. Aoryst pełni funkcję czasu przeszłego dokonanego, ale bywa również używany do wyrażania aspektu przyszłego, trybu przypuszczającego lub życzącego.

Podsumowując: Boga nie zmusimy do działania, nawet najbardziej precyzyjnie sformułowaną prośbą. Nie zaszantażujemy Go grecką gramatyką. Bóg jest suwerenny w wykonywaniu swojej woli. Najlepszym przykładem modlitwy wiary jest historia trędowatego z Ewangelii Marka. Członek ten w swojej beznadziejności zwrócił się do Chrystusa z pokorą i ufnością: „I przyszedł do Niego trędowaty z prośbą, upadł na kolana i rzekł do Niego: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić” (Mk 1,40).

Jezus odpowiedział: „Chcę” – i tak się stało. Ten wzorzec modlitwy, łączący pewność co do mocy Bożej z uznaniem Jego woli, jest najbardziej godny naśladowania.

Henryk Hukisz

Friday, March 16, 2012

Ojcowska zapłata

Zapłata jest należnością za wykonanie usługi lub dostarczenie żądanego towaru. Prawo do wynagrodzenia to podstawowe uprawnienie każdego człowieka; kwestią otwartą pozostaje jedynie wysokość i jakość tej zapłaty. W tym punkcie najczęściej mamy własne, subiektywne pojęcie o tym, ile nam się należy.

Czy w Biblii istnieje prawo, które świadczy o tym, że należy nam się jakaś zapłata? Ogólnie uważa się, że fundamentalnym pojęciem biblijnym jest łaska, dzięki której otrzymujemy największy dar – życie wieczne. Apostoł Paweł wyjaśnia, że na zbawienie nie można „zapracować” dobrymi uczynkami: „Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił” (Ef 2:8-9). Do tego należy dodać wskazanie samego Jezusa, który uczył, że nie powinniśmy spodziewać się zapłaty od ludzi, gdyż „darmo wzięliście, darmo dawajcie” (Mt 10:8). A jednak Chrystus wielokrotnie powtarza, że czeka na nas zapłata od Ojca w niebie.

Czytając Kazanie na Górze, zwróciłem uwagę na zwrot, jakiego użył Jezus, mówiąc o podstawowych obowiązkach naszego chrześcijańskiego życia.

Pierwszym z nich jest okazywanie miłości. Jezus określił to jako nowe przykazanie: „Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali” (Jn 13:34). Miłość jest też wymieniona jako pierwszy i najważniejszy owoc Ducha Świętego. Apostoł Jan napisał wprost: „Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością” (1 Jn 4:8).

Czy to właściwe, by oczekiwać wynagrodzenia za okazywaną miłość? Jezus zadał w tym kontekście retoryczne pytanie: „Bo jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę?” (Mt 5:46). Chrystus wcale nie powiedział, że oczekiwanie na zapłatę jest złe lub zastrzeżone tylko dla pogan. Wręcz przeciwnie – zwrócił uwagę, że odebranie zapłaty za miłość jest czymś naturalnym. Różnica polega na tym, że poganie miłują wyłącznie tych, którzy odwzajemniają ich uczucia. My natomiast otrzymaliśmy nowe przykazanie: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5:44). Stąd płynie prosty wniosek: jeśli miłujemy bliźniego bez względu na jego stosunek do nas, nie stracimy zapłaty od Ojca w niebie, ponieważ nie szukamy poklasku ani wzajemności ze strony ludzi.

W kolejnej części Kazania na Górze (Mt 6:1-18) Jezus kontynuuje nauczanie, mówiąc o pobożności, jałmużnie, modlitwie i poście. W tych wersetach znów przestrzega, abyśmy nie postępowali jak hipokryci, którzy robią to wszystko na pokaz, dla ludzkiej chwały. Jezus wielokrotnie powtarza tam obietnicę: „Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie”. Słowo „odpłaci” w oryginale greckim to apodidomi – wyraz złożony z przyimka apo („od”) oraz czasownika didomi („dawać”). Pośród wielu polskich znaczeń najbliższym sensem jest tu „rekompensata” lub „nagroda”.

Jedną z fundamentalnych cech Boga jest Jego sprawiedliwość, co oznacza, że On „odda każdemu według uczynków jego” (Rzym. 2:6). To wcale nie oznacza, że odpłata dotyczy wyłącznie nieposłuszeństwa i zatwardziałości serca. Jest to również sprawiedliwa nagroda dla tych, którzy czynią dobrze (Rz 2:10-11). Ci, którzy wypełniają swoje życie dobrymi uczynkami, otrzymają – zgodnie z zapewnieniem Bożego Słowa – „chwałę, cześć i pokój”.

Apostoł Paweł, bez wątpienia najbardziej pracowity z apostołów, w momencie odejścia do Pana miał świadectwo życia przepełnionego dobrymi czyni. Wyraził to w powszechnie znanych słowach: „Dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem; a teraz oczekuje mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu da Pan, sędzia sprawiedliwy, a nie tylko mnie, lecz i wszystkim, którzy umiłowali przyjście Jego” (2 Tm 4:7-8). Dlatego, gdy sam jeszcze trwał w duchowej walce i angażował się w służbę dla innych, zapewniał: „A tak, bracia moi mili, bądźcie stali, niewzruszeni, zawsze pełni zapału do pracy dla Pana, wiedząc, że trud wasz nie jest daremny w Panu” (1 Kor 15:58).

Z kolei ci, którzy świadomie szkodzili i czynili zło Pawłowi oraz innym sługom Bożym, również mogą być pewni sprawiedliwej odpłaty. Przykładem jest ostrzeżenie: „Aleksander, kotlarz, wyrządził wiele złego; odda mu Pan według uczynków jego” (2 Tm 4:14).

Oczekiwanie na sprawiedliwą rekompensatę z rąk Ojca jest czymś całkowicie właściwym. Tylko On potrafi sprawiedliwie ocenić nasz trud. Niestety z czysto ludzkich, cielesnych pobudek chcielibyśmy otrzymać tę nagrodę już za życia. Najczęściej oczekujemy niebiańskiej „wypłaty” w postaci zdrowia, powodzenia czy ludzkiego uznania. W doczesności bywa jednak zupełnie inaczej – i wtedy ogromne pokrzepienie odnajdujemy w Księdze Hioba.

Spójrzmy na naszego „wodza i dokończyciela wiary” (Hbr 12:2), który nas powołał i zapewnił o swojej obecności, gdy będziemy Go naśladować. Apostoł Piotr doskonale to zrozumiał i doświadczył tego w swoim życiu, o czym pisał później do wierzących: „Na to bowiem powołani jesteście, gdyż i Chrystus cierpiał za was, zostawiając wam przykład, abyście wstępowali w jego ślady; On grzechu nie popełnił ani nie znaleziono zdrady w ustach jego; On, gdy mu złorzeczono, nie odpowiadał złorzeczeniem, gdy cierpiał, nie groził, lecz powierzał sprawę temu, który sprawiedliwie sądzi” (1 Ptr 2:21-23).

Jezus powierzał sprawę Temu, który sprawiedliwie sądzi, podczas gdy my chcielibyśmy otrzymać pełne rozliczenie natychmiast, w tym życiu. Dzień Bożego sądu dopiero nadejdzie – to wtedy wszystkie uczynki zostaną sprawiedliwie ocenione, a należna rekompensata wypłacona. Jan w swoim Objawieniu widział te przyszłe wydarzenia. Gdy została zdjęta piąta pieczęć, rozległo się pełne tęsknoty wołanie tych, którzy zostali zabici dla Słowa Bożego: „Kiedyż, Panie święty i prawdziwy, rozpoczniesz sąd i pomścisz krew naszą na mieszkańcach ziemi?” (Ap 6:10). Bóg ma swój czas. Zgodnie z Jego odwiecznym planem nic nie wydarzy się ani za wcześnie, ani za późno. Sąd nastąpi wtedy, gdy „dopełni się liczba współsług i braci ich, którzy mieli podobnie jak oni ponieść śmierć” (Ap 6:11).

Jezus zapewnia każdego z nas: „Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie”, ale nie określa terminu. Mamy więc doskonałą okazję, by ćwiczyć się w cierpliwości i ufać Bożemu wyczuciu czasu.

Przy okazji znajdujemy tu również cenną lekcję dotyczącą naszych rozliczeń z bliźnimi. To samo słowo, które odnosi się do Bożej odpłaty za nasze uczynki, Piotr odnosi do relacji między ludźmi: „A w końcu: Bądźcie wszyscy jednomyślni, współczujący, braterscy, miłosierni, pokorni; nie oddawajcie złem za zło ani obelgą za obelgę, lecz przeciwnie, błogosławcie, gdyż na to powołani zostaliście, abyście odziedziczyli błogosławieństwo” (1 Ptr 3:9). „Oddawanie” nie należy do nas – Bóg zarezerwował to prawo wyłącznie dla siebie. Apostoł Paweł, pisząc o tym samym, dodał: „pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę, mówi Pan” (Rz 12:19).

Czas oczekiwania na Boży „dzień wypłaty” powinniśmy wypełnić czynieniem dobra. Paweł zostawił nam niezwykle praktyczną wskazówkę: „Jeśli tedy łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeśli pragnie, napój go; bo czyniąc to, węgle rozżarzone zgarniesz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12:20-21).

Henryk Hukisz


Wednesday, March 14, 2012

Poranne rozmyślanie o nadziei

 Dziś rano musiałem udać się na badania kontrolne do kliniki w śródmieściu Chicago, i jak zwykle o tej porze dnia, na Kennedy Expressway zastał mnie poranny zator - przeciętna prędkość nie przekracza 10 mph. Był więc czas na poranne rozmyślanie, czemu ochoczo się oddałem przy włączonym Moody Radio.
Jest to jedna z najlepszych chrześcijańskich stacji radiowych jakie znam, dlatego mam ją zawsze włączoną. Słuchałem sobie muzyki, pieśni i rozmów, jakie w tym czasie są prowadzone. Oprócz lokalnych i ogólnych wiadomości, podawana jest informacja o sytuacji na drogach oraz wywiady z ciekawymi ludźmi.
Z ogólnych wiadomości dowiedziałem się, że Chicago jest najbardziej skorumpowanym miastem w Stanach Zjednoczonych. W czasie, gdy jeden z ostatnich gubernatorów odsiaduje swój wyrok za korupcję, jego następca szykuje się do więzienia w Colorado, aby odsiedzieć swoje lata, jakie system prawny mu zafundował, aby mógł przemyśleć swoją skorumpowaną politykę. Na marginesie tej sprawy, lokalne stacje telewizyjne przeprowadzają na żywo relacje spod domu byłego gubernatora, a wozy taransmisyjne już czatuja u bram więzienia, aby na żywo pokazać, jak Blago znika na kilkanaście lat za murami tego zakładu.
Trochę to przygnębiające, ale stojąc w korku, nawet taka wiadomść skraca czas przeznaczony na dotarcie do śródmieścia. Po kolejnym przerywniku muzycznym, była rozmowa z Kirk’iem Cameron’em, chrześcijańskim aktorem, który jest obecnie najlepiej rozpoznawalny jako strażak z filmu „Fireproof”. Kilaka dni temu wziął on udział w debacie telewizyjnej na temat ślubów homoseksualnych. Kirk znany jest ze swych radykalnych poglądów, jakie prezentuje na prowadzonym wraz z Ray’em Comfort’em portalu internetowym „The Way of the Master”.
W tym momencie zapomniałem o „traffic’u”, jak się tutaj mówi, i wsłuchałem się w wypowiedzi mojego faworyta, gdyż bardzo lubię tego brata w Chrystusie. Mówił o wielkich przemianach kulturowych w narodzie amerykańskim, szczególnie w zakresie moralności i zachowań społecznych. W czasie, gdy próbuje się przekonać społeczeństwo, że środowiska gejowskie mają prawo do wyrażania swoich poglądów, świadczących o odmiennym stylu życia, takie same próby demonstrowane przez zwykłych, chciałoby sie powiedzieć, normalnych chrześcijan, są traktowane jako przejaw nietolerancji, szowinizmu i bigoterii. Pytał się Kirk potencjalnych słuchaczy, dlaczego ja, jako chrześcjanin nie mogę wyrażać w miejscu publicznym swoich przekonań odnośnie związków małżeńskich, pomiędzy jednym mężczyzną i jedną kobietą na całe życie. Tak jak Bóg przykazał na samym początku – „Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoją i złączy się z żoną swoją, i staną się jednym ciałem” (1 Moj. 2:24).
To, co usyszałem później, zainspirowało mnie tak bardzo, że powstała myśl o napisaniu tego rozmyślania. Ponieważ nie mam wprawy w „tekstowaniu”, nie uległem pokusie pisania w czasie jazdy, co jest prawie normalnym zjawiskiem, szczególnie wśród młodocianych kierowców. Sumiennie wyznaję, że piszę dopiero po powrocie do domu.
Kirk Cameron został zapytany przez gospodarza audycji, co sądzi o współczesnej Ameryce. Odpowiedź była dla mnie tym bardziej szokująca, gdyż najczęściej słyszę w różnych wypowiedziach miejsciowych dziennikarzy i działaczy różnej maści, że nie ma drugiego takiego kraju jak ten. A gdy zdarzy się, że gdzieś na świecie źle potraktują obywatela tego kraju, wyrażane jest oburzenie – jak mógł ktos postąpić tak okropnie z Amerykaninem, który jest uosobieniem dobroci i niesie pokój wszystkim narodom świata.
Kirk powiedział: „Ameryka nie jest nadzieją dla świata, Ameryka potrzebuje nadziei, którą jest Jezus Chrystus” Krzyknąłem głośno „Amen” na te słowa. Dalej mówił, że ten kraj musi wrócić do wartości, jakie przyświecały jego twórcom.  Gdy były zakładane zręby państwowości na tym kontynencie, Biblia stanowiła główne źródło informacji, jaki system przyjąć dla przyszłych pokoleń na tej ziemi.
Nadzieja, to bardzo biblijne słowo. Moje myśli pobiegły już dalej tropem wersetów, które sobie przypominałem, posuwając sie dalej żółwim tempem na wydzielonym pasie lokalnej autostrady, który, jak na ironię, nazywa się „Express Lane”.
Jezus, który przyszedł na tę ziemię, aby wypełniły się proroctwa o Mesjaszu, jak zapowiadał Izajasz – stał sie jedyną nadzieją dla ludzkości – „A w imieniu jego narody pokładać będą nadzieję” (Mat. 12:21). Tekst żródłowy, zapowiadający nadejście Zbawiciela narodów rozszerza nasze spojrzenie na szereg błogosławieństw z tym związanych. Czytamy u Izajasza „Nie bój się, bom Ja z tobą, nie lękaj się, bom Ja Bogiem twoim! Wzmocnię cię, a dam ci pomoc, podeprę cię prawicą sprawiedliwości swojej. Oto zawstydzą się i będą pohańbieni wszyscy, którzy pienią się na ciebie, będą unicestwieni i zginą ci, którzy się z tobą spierają.Szukać będziesz, lecz nie znajdziesz tych, którzy z tobą walczą, będą unicestwieni i zmarnieją ci, którzy z tobą wojują.Bo Ja, Pan, jestem twoim Bogiem, który cię ująłem za twoją prawicę i który mówię do ciebie: Nie bój się, Ja cię wspomogę!” (Izaj. 41:10-13).
WOW! Co za wspaniała obietnica, Bóg jest naszym Bogiem, trzyma nas za rękę i mówi „Nie Bój się”. Lubię następny wiersz, w którym mówi do Izraela: „Nie bój się, robaczku Jakubie” Czy nie jest to wspaniałe zapewnienie, jakie może pochodzić jedynie z ojcowskiego serca?
Każdy człowiek pokłada w kimś lub w czymś swoją nadzieję. Dobry przykład widzimy w sytuacji, gdy Apostoł Paweł został postawiony przed namiestnikiem rzymskim Feliksem. Paweł mówił o Bogu, w którym położył swoją nadzieję – „pokładając w Bogu nadzieję, która również im samym przyświeca, że nastąpi zmartwychwstanie sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Dz.Ap. 24:15).   Chciał przez to wyrazić pewność, że bez względu na to, jak dalej potoczą się jego losy, on wie, że ma zapewniony udział w zmartwychwstaniu. Tego udziału nikt na całym świecie nie jest w stanie mu odebrać.
Feliks, natomiast, będąc człowiekiem wpływowym i majętnym, lecz był również chciwym, gdyż „miał nadzieję, że mu Paweł da pieniądze; dlatego też posyłał po niego częściej i rozmawiał z nim” (Dz.Ap. 24:26). 
Kilka rozdziałów później, gdy statkiem miotała szaleńcza burza, i „wszelka nadzieja ocalenia zaczęła w końcu znikać”, Paweł mógł znów odwołać się do nadziei, jaką pokładał w Chrystusie i On dał zapewnienie, że wszyscy wyjdą cało z opresji. „Lecz mimo obecnego położenia wzywam was, abyście byli dobrej myśli; bo nikt z was nie zginie, tylko statek” (Dz.Ap. 27:22).
My też, możemy położyć nasza nadzieję w Chrystusie i nigdy się nie zawiedziemy. On troszczy się o nas, w wielkich sprawach i małych. Mogłem tego doświadczyć w czasie tej porannej podróży.
 Zdobycie wolnego miejsca na szpialnym parkingu graniczy nieraz z cudem, szczególnie przed południem. Nie miałem odwagi głośno sie pomodlić, jedynie westchnąłem w duchu. Wierzę, że Duch Święty w niewysłowiony sposób westchął w tej sprawie do Ojca, bo gdy wjechałem na parking, czekało na mnie wolne miejsce, około dwadzieścia metrów od drzwi wejściowych.
„A Bóg nadziei niechaj was napełni wszelką radością i pokojem w wierze, abyście obfitowali w nadzieję przez moc Ducha Świętego” (Rzym. 15:13).
Henryk Hukisz