Thursday, November 28, 2019

Pomoc z Egiptu

W czasie, gdy pełniłem posługę duszpasterską w aglomeracji chicagowskiej, dwoje rodaków postanowiło wziąć ślub. Byli ewangelicznie wierzącymi, lecz pochodzili z katolickich rodzin. W spotkaniu, na którym omawialiśmy tą uroczystość, udział wzięły mamy obojga młodych. Pamiętam, jak podczas rozmowy na temat przebiegu zaślubin, jedna z matek na dowód, że nie aprobuje „ślubu bez księdza”, wybiegła na ulicę i leżąc na chodniku głośno odmawiała „zdrowaśki”.

Zanim wyjechałem za ocean, przez kilkanaście lat byłem pastorem zboru w Poznaniu. Był to okres szczególnego przebudzenia. Nawracało się sporo młodych ludzi, głównie studentów wielu poznańskich uczelni. Chrzty odbywały się kilkakrotnie w roku, nieraz kilkadziesiąt osób naraz. Jedna z tych uroczystości stanowi tło na moim profilu FB. Ten chrzest, jak i wiele innych, odbył się w basenie miejskiej pływalni, która znajdowała się w budynku przedwojennej synagogi.

Zdecydowana większość katechumenów wywodziła się z rodzin katolickich. Byłem świadkiem wielu zmagań, jakich ci młodzi ludzie doświadczali z powodu sprzeciwu rodziców. Dlatego, szanując prawa ich rodziców, do chrztu dopuszczane były osoby po osiągnięciu dojrzałości prawnej, gdyż wówczas sami decydowali o swoim życiu. Były oczywiście przypadki, gdy rodzice wyrzekali się swoich dzieci z powodu „zdrady tradycyjnej wiary”. Wiem, że w naszym tradycyjnie katolickim narodzie jest mnóstwo przypadków godnych przelania na papier książek, czy nawet mogłyby stanowić kanwę ciekawych scenariuszy filmowych.

Muszę z całym zdecydowaniem oświadczyć, że doktryna kościoła katolickiego, od kilkunastu wieków nie ma wielu wspólnych punktów stycznych z Biblią. Większość dogmatów, a szczególnie te najważniejsze, jak zbawienie, istota Boga, czy naśladowanie Chrystusa, są jedynie wymysłem gremiów soborowych, czy innych osób tzw. świętych. Nie będę teraz udowadniać tej tezy, wystarczy czytać Biblię, aby upewnić się, że wyznawcy kościoła katolickiego nie znają i nie praktykują Bożych Prawd, jakie znajdują się na stronach Pisma Świętego.

Dlaczego o tym piszę? Przede wszystkim dlatego, że pojawiła się w przestrzeni medialnej informacja na temat zaproszenia i udziału katolickiego działacza Marcina Zielińskiego w ewangelicznej imprezie, która została określona przez jej organizatorów, jako wydarzenie ewangelizacyjne. Opieram się na oficjalnej informacji organizatorów Bazy Centrum w Warszawie.

Pomimo licznych zapytań i wątpliwości, że „Zieliński w swoich filmach i podczas modlitw zwracał się do Maryi, zachęcał do robienia dla niej selfie, wyraził wiarę w dogmat o jej wniebowstąpieniu, stwierdził, że zna protestantów, którzy "kochają Matkę Bożą”, a także gorąco zachęcał do czytania katechizmu Kościoła katolickiego. Między innymi te fakty wzbudziły wątpliwość ewangelicznych chrześcijan.” (Tak na marginesie tej informacji, to albo pan Zieliński nie zna katechizmu, albo jest to błąd redaktorów tego tekstu - dogmat dotyczący Maryi brzmi „wniebowzięcie NMP”, a nie wniebowstąpienie).  

Pomimo takich opinii i zastrzeżeń, czytamy dalej w oświadczeniu organizatorów tej ewangelicznej konferencji: „Podjęliśmy decyzję o zaproszeniu Marcina Zielińskiego na konferencję znając go osobiście, jak i znając jego nauczanie i poglądy. (...) Rozpoznajemy, że Marcin Zieliński jest osobą używaną przez Boga w służbie modlitwy o uzdrowienie, a  ze względu na swój młody wiek, wierzymy, że będzie inspirować do takiej służby inne młode osoby” (żródło). Swoją drogą, ciekawy jestem co na to pastorzy, którzy regularnie modlą się o uzdrowienie w zborach zielonoświątkowych? A może już takich nie ma? Widocznie zbyt długo byłem poza naszym krajem.

Rano, jak zwykle, spędzam czas na lekturze Bożego Słowa. Jest to dla mnie szczególny czas łączności z moim Panem, gdy wsłuchuję się w Jego głos. Często odbieram zachętę do życia w zgodzie z Jego Słowem i proszę o siłę Ducha, aby naśladować mego Pana. Dziś czytałem w księdze proroka Izajasza takie słowa:

„Biada przekornym synom, mówi Pan, którzy wykonują plan, lecz nie mój, i zawierają przymierze, lecz nie w moim duchu, aby dodawać grzech do grzechu. Wyruszają hen do Egiptu, nie radząc się moich ust, aby oddać się pod opiekę faraona i szukać schronienia w cieniu Egiptu (...) wszyscy zawiodą się na ludzie, który jest nieużyteczny, nie udzieli pomocy ani nie da korzyści, przyniesie raczej wstyd, a nawet hańbę” (Izaj. 30:1,2, 5).

Pozostawiam ten tekst bez własnego komentarza. Dodam jedynie, że Egipt dla ludu Bożego był i zawsze pozostał jako oprawca, spod niewoli którego wyzwolił ich Pan. Jeśli przeniesiemy tę zależność do naszych czasów, to przez analogię można powiedzieć, że wielu naszych braci i sióstr w Chrystusie, zostało wyprowadzonych spod panowania tradycji, która narzucała, a nawet wprost zmuszała ich do postępowania zgodnego z doktryną katolicką, a nie tak, jak tego oczekuje Bóg. Pamiętam wiele rozmów z katechumenami, którzy mieli mnóstwo pytań, jak odnieść się do różnych tradycyjnych zwyczajów, jak na przykład: udział w mszy, przyjmowanie sakramentów, odmawianie różańca, klękanie przed obrazami i figurami, itp.

Osobiście nie miałem takich problemów, ponieważ zostałem wychowany od dziecka przez rodziców wierzących ewangelicznie. Lecz zdaję sobie sprawę, że osoby, które zdecydowały się wyjść z „katolickiego Egiptu”, nawet za cenę prześladowań, odrzucenia, czy nawet wyklęcia, chcą żyć w wolności Ducha, podporządkowując się Słowu Bożemu. Żyją zgodnie z postanowieniem, jakie można wyrazić w słowach: „Nigdy więcej Egiptu!”

Sytuacja, w jakiej te osoby stawia się obecnie, przez wprowadzanie do usługiwania i nauczania aktywistów kościoła katolickiego, z pewnością nie może być przyjęta z zadowoleniem i akceptacją. To tak, ja gdyby poddano w wątpliwość ich decyzję odejścia ze wspólnoty kościoła, który nie naucza i nie praktykuje Słowa Bożego. Wielu z nich mogłoby teraz zapytać: „To po co wychodziłem z KK?”

Proszę nie mówić, że to odosobniona sytuacja. O nie. W innym kościele ewangelicznym, przynajmniej z nazwy, lider młodzieży ślub bierze w kościele katolickim, przyrzekając kapłanowi, że swoje dzieci wychowa zgodnie z nauką katolicką. Pastor, uczestniczący w uroczystości zaślubin, stojąc obok katolickiego księdza, wyraził tym swoja aprobatę.

Nie chcę podawać innych przykładów, a jest ich naprawdę sporo. Pytam się więc: „Quo vadis kościele ewangeliczny?”

Henryk Hukisz

Wednesday, November 27, 2019

Surogat kościoła

Czy nazwa kościoła jest istotna? Ostatnio słyszę wypowiedzi wielu ignorantów, że kościół to tylko my, to tylko ludzie. Jako antytezę stawiają od razu, że kościół to nie budynek.

Jednak, jeśli za jedyne źródło poznania tego czym jest kościół, przyjmiemy Biblię, to zauważymy, że „eklesia”, jak to jest zapisane w tekście Nowego Testamentu, to coś więcej, niż tylko ludzie. Jest to również miejsce, czyli wspólne zgromadzenie „nie zaniedbujmy również wspólnych zgromadzeń” (Hebr. 10:25), jest to przede wszystkim obecność Jezusa „tam jestem pośród nich” (Mat. 18:20), czy też cel tego zgromadzenia „w Moje imię” (tamże). Jest też oczywiście dużo więcej wskazówek w Biblii, określających wyraźnie co jest kościołem, a co nie jest, oraz co tylko wygląda jak kościół, a z pewnością nim nie jest. Postaram się do tego tematu powracać częściej, aby ukazać prawdziwe oblicze Kościoła.

Jedną z cech charakterystycznych biblijnego kościoła lokalnego jest jego nazwa. Przez cały Nowy Testament, natchniony tekst uznany przez chrześcijan jako Słowo Boże, występują określone nazwania lokalnych wspólnot ludzi wierzących w Pana Jezusa. Spotykamy się  z kościołem w Jerozolimie, w Samarii, w Antiochii, w Koryncie, w Tesalonice lub np. „Kościół Laodycejczyków” (Kol. 4:16). Pan Jezus, już po upływie około 70 lat działalności Kościołów na ziemi, podyktował Janowi siedem listów „do siedmiu Kościołów, które są w Azji” (Obj. 1:4). Wierzę, że Jan uważnie słuchał Chrystusa, gdy podawał siedem adresów do tych szczególnych przesłań, aby właściwy list trafił do określonego nazwą kościoła, np. w Efezie, w Smyrnie, czy w Laodycei.

Dziś natomiast mamy niekończącą się mozaikę nazw wywieszanych na frontonach budynków, w których zgromadzają się ludzie wierzący w Pana Jezusa. Mamy określenia zaimkowe, jak np. Mój, Dla Ciebie, Dla Miasta, lub kogokolwiek innego. Dla odmiany, spotykamy się z nazwami zaczerpniętymi a Biblii, często bez dokładniejszego zbadania, co to słowo znaczy. Ostatnio zaczęły mnożyć się nazwy obcojęzyczne, jak np. Lifehouse, Shoreline, ICF, Amazing Grace - lista jest otwarta. 

Osobiście chcę zaproponować, aby na niektórych obiektach, w których odbywają się spotkania o charakterze religijnym, umieścić olbrzymi napis „SUROGAT”. Brzmi obco, wiele osób i tak nie zrozumie co ten wyraz znaczy, a z pewnością będzie nazwą adekwatną do tego, co dzieje się w tym miejscu. „Surogat (łac. surrogare, subrogare – wybierać zastępczo kogoś innego; także: podróbka) – rzecz o charakterze zastępczym, używana jako namiastka, substytut innej rzeczy” (wiki). Czytamy na wstępie wyjaśnienia znaczenia tego słowo w popularnej Wikipedii.  

Zadawałem już nieraz retoryczne pytanie, czy można „podrobić” Kościół? Z pewnością, nie! Nie da się utworzyć sztucznego tworu, który tylko dlatego, że wygląda jak kościół, stanie się automatycznie Kościołem. Rzeczywiście, gdyby Kościół był jedynie budynkiem, to z łatwością budowano by takie obiekty, aby rozpowszechnić chrześcijaństwo na świecie. Wiemy, że nie na tym polega ewangelizacja świata.

Paweł pisze do kościoła, który znajduje się w określonym miejscu: „Przypominam wam, bracia, Ewangelię, którą wam głosiłem, a którą przyjęliście i w której wiernie trwacie. Przez nią również dostępujecie zbawienia, jeśli zachowujecie ją tak, jak wam głosiłem, chyba że nadaremnie uwierzyliście” (1 Kor. 15:1,2). Paweł, z upływem czasu i pojawieniem się nowych członków tego konkretnego kościoła, nie przynosi nic nowego. Nadal ta sama Ewangelia. Biada, jeśli przyjdzie jakiś apostoł „surogat”, i będzie głosić inną ewangelię, bardziej współczesną, pasującą do odmiennej sytuacji, niż ta, jaka była przed laty.

Myślicie, że nie pojawił się taki „ewangelista”? Dzisiaj przedstawiłby się: „Jestem mówcą motywacyjnym, oto moja wizytówka z tytułami naukowymi i z linkami do stron internetowych, gdzie znajdziecie listę moich dokonań”. Owszem, przyszli, w prawdzie bez wizytówek, lecz w szatach apostolskich. Nieco później Paweł znów pisze list do tego samego kościoła i demaskuje takich mówców. 

Kiedy Paweł wędrował przez miasteczka Macedonii, głosząc Ewangelię taką samą jak w Koryncie, do Koryntu przyszli jacyś ludzie, którzy podawali się za apostołów. Paweł, z pewnością dzięki darowi Ducha Świętego, miał rozpoznanie jakiego ducha ci „apostołowie” reprezentowali. Dlatego powiedział wprost: „Tacy ludzie bowiem to fałszywi apostołowie, podstępni działacze, przebrani za apostołów Chrystusa” (2 Kor. 11:13). Skąd wiesz Pawle, z pewnością zapytało go wielu zwolenników nauczycieli, „którzy wychodzą naprzeciw ich oczekiwaniom” (2 Tym. 4:3). Przecież oni mówią tak pięknie, nic złego nie proponują, skąd masz taką pewność?

Paweł jednak z pełnym przekonaniem pisze dalej, że nie powinno ich to dziwić, „ponieważ sam szatan przybiera postać anioła światłości. Nic więc wielkiego, jeśli i jego słudzy przybierają postać sług sprawiedliwości” (2 Kor. 11:14,15). Paweł, chociaż nie słuchał bezpośrednio Kazania na Górze, to wiedział dokładnie, że Chrystus nauczał: "Wystrzegajcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, ale wewnątrz są wilkami” (Mat. 7:15). A przecież nakaz misyjny, jaki otrzymali uczniowie, apostołowie i cały Kościół brzmi: „Oto Ja posyłam was jak owce między wilki. Bądźcie więc czujni jak węże i łagodni jak gołębie” (Mat. 10:16), dlatego uważajcie na wilki w owczym przebraniu.

Fałszywy nauczyciel, prorok, nie ważne jak go nazwiemy, będzie głosić fałszywą, inna ewangelię. Nie tą, jaką Paweł przypomina znów koryntianom, którą przyjęli i są zachęcani, aby w niej trwali (1 Kor. 15:1,2). Natomiast celem fałszywych nauczycieli jest odwieść ludzi od szczerego zaufania w tę prawdziwą ewangelię, Takie jest zadanie, jakie sobie wyznaczył Boży przeciwnik, szatan. Wysyła on swoich sług, którzy przybierają wygląd prawdziwych apostołów. Dlatego Pan Jezus, w trosce o Swój Kościół, czyli ludzi którzy go tworzą, ostrzegał: „Pojawią się bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i będą dokonywać wielkich znaków i cudów, żeby, o ile to możliwe, zwieść nawet wybranych” (Mat. 14:24). Warto zauważyć, że środkiem zwodzącym są cuda, jak na przykład „cudowne uzdrowienia”, których nikt nie sprawdza. Obecnie, przy braku rozpoznania fałszywych nauczycieli i proroków, wiele kościołów, które ich przyjmują, są jedynie surogatami kościoła. 

Do kościoła w Laodycei Chrystus kazał napisać: „Chociaż mówisz: Jestem bogaty; oraz: Wzbogaciłem się i niczego nie potrzebuję, to jednak nie wiesz, że jesteś nędzny, pożałowania godny, biedny, ślepy i nagi” (Obj. 3:16). Myślę, że przywódcy tego kościoła, po otrzymaniu tego listu, powinny umieścić nad wejściem szyld: „SUROGAT”.

Do ilu jeszcze kościołów odnosi się ta sama sytuacja, gdy Chrystus stoi na zewnątrz i puka? Z pewnością nie ma Go wewnątrz, pośród „nawet dwóch albo trzech zgromadzonych” (Mat. 18:20). Prawdziwym Kościołem można nazwać jedynie takie miejsce, w którym pośród odkupionych Jego krwią, przebywa sam Chrystus. W końcu, to jest Jego Kościół.

Henryk Hukisz

Monday, November 25, 2019

Kościół nie-świadomy celu

Tytuł tego rozważania jest bezpośrednim odniesieniem do tytułu książki znanego z środowisku ewangelicznym amerykańskiego pastora Rick’a Warren’a. W moich rozważaniach na temat Kościoła, kilkakrotnie wspominałem tego człowieka, do którego niezbyt pasuje określenie pastor. Powinno używać się raczej tytułu mentor, menadżer albo innego odpowiednika jakiegoś fachowca z dziedziny biznesu lub polityki.

Powracam do pewnego zagadnienia, jakie z niepokojem obserwuję w życiu społeczności ewangelicznej w naszym kraju. Wprowadzana na szeroką skalę „rewitalizacja”, wbrew wyraźnym biblijnym zasadom budowania i rozwoju Kościoła, obejmuje coraz więcej lokalnych społeczności. Niedawno, w zborze odległym kilkaset kilometrów od stolicy, usłyszałem zapowiedź młodej osoby, która została zmotywowana na imprezie zorganizowanej w ramach „rewitalizacji”, że teraz dopiero będzie prawdziwy rozwój odnowionego kościoła. Przyznaję, obejrzałem sporo nagrań z tego wydarzenia, dlatego zaniepokoiło mnie to, jak szybko działa ten „rewitalizacyjny wirus”. 

Ponieważ już wcześniej pisałem na ten temat (Rewitalizacja czy regeneracja), dlatego teraz odwołam się do fragmentu z tego wpisu:

„Mieszkając poprzednio w Stanach Zjednoczonych miałem okazję z bardzo bliskiej perspektywy obserwować podobne zjawisko zachodzące w jednym z większych kościołów (ponad półtora tysiąca wiernych). Podczas wprowadzania do służby nowego pastora, mogłem obserwować wykorzystanie zaleceń Rick’a Warren’a z jego książki „Purpose driven church” (Kościół świadomy celu). Autor tego bestselleru zaleca stopniową wymianę starszych kościoła na nowych, którzy będą całkowicie ulegli pastorowi, a raczej jego planom dokonywania przekształceń w kościele. Celem jest ożywienie, czyli rewitalizacja, a metody, jakie mają do niej doprowadzić, zaczerpnięte są ze świata biznesu i polityki społecznej. Obserwując ten proces w znanym mi dobrze kościele, widziałem jak stopniowo usuwani byli starsi, którzy z tą społecznością byli silnie związani. Były to osoby wykonujące wiele służb, od nauczania dzieci, przez planowanie misyjne, do muzycznej. Na ich miejsce, nowy pastor wprowadzał młode osoby, które dotychczas niczym się nie zajmowały, powierzając im ważne dla całego kościoła służby. Taką metodę zaleca Rick Warren, który jest bardziej politykiem, niż biblijnie uformowanym sługą ewangelii. Kościół, o którym wspominam, ten rewolucyjny pastor porzucił już po kilku latach, po otrzymaniu lepiej płatnej posady w innym Stanie. Lecz zanim to zrobił, wprowadził następcę, który też był typowym menadżerem, a nie sługą Słowa.”

Ponieważ obserwuję zupełnie podobną sytuację w naszym kraju, chciałbym zwrócić uwagę wielu osobom, liderom, czy też pastorom, aby zdobyli się na, choćby odrobinę bojaźni Bożej, zanim przyłączą się do tego świeckiego programu niszczenia kościołów. Słowo Boże stawia tę kwestię bardzo zdecydowanie. Apostoł Paweł pisze z ogromnym zdziwieniem do ludzi wierzących w zborach Galacji: „Dziwię się, że tak szybko przechodzicie od Tego, który was powołał łaską Chrystusa, do innej ewangelii. Nie ma jednak innej. Są tylko tacy, którzy sieją zamęt wśród was i chcą fałszować Ewangelię Chrystusa” (Gal. 1:6,7). To, jak bardzo poważnie Paweł odniósł się do tej kwestii świadczą słowa, jakich użył dalej: „jeśli nawet my głosilibyśmy lub anioł z nieba głosiłby wam dobrą nowinę inną od tej, którą wam głosiliśmy, niech będzie przeklęty” (w. 8). Chyba widać wyraźnie, że chodzi o coś bardzo ważnego. To nie jest jakaś jedna z opcji zwiastowania ewangelii tak, czy nieco inaczej. 

Juda w swoim bardzo ważnym liście do Kościoła pisze również o podobnej sytuacji, że „wkradli się bowiem między was jacyś ludzie, od dawna skazani na potępienie, bezbożni, którzy łaskę naszego Boga zamieniają na rozpustę i wypierają się naszego jedynego Władcy i Pana, Jezusa Chrystusa” (Jud. 4). „Jacyś ludzie”, „tacy, którzy sieją zamęt”, to konkretne osoby, które świadomie działają pośród zdrowych zborów, aby odwieść od szczerego oddania się Bogu do posłusznych sobie słuchaczy. Jeden z popularnych komentatorów biblijnych wyjaśnia, co znaczy słowo „sieją zamęt” w zborach Galacji. Albert Barnes pisze: „że ich doktryna ma tendencję do całkowitego odwrócenia się (μεταστρέψαι metastrepsai), zniszczenia lub uczynienia ewangelii Chrystusa bezużyteczną”.

Głoszona inna ewangelia, nie taka, jaka doprowadza ludzi do przyjęcia zbawienia z łaski, odwołuje się do odczuć, czyli dobrego samopoczucia. Nie dziwi mnie tłum, jaki przyciąga ta ewangelia. Każdy chce się dobrze zabawić, odnieść pozytywne odczucia, że jest akceptowany, kochany i włączony do wspólnoty. Lecz nie taką ewangelię zwiastował Paweł i pierwsi chrześcijanie. Dziś nie wzywa się grzeszników do pokuty i opamiętania się, nawet jeśli mówcy powołują się na greckie słówko „metanoia”. Zamiast wezwania do opamiętania się, zaprasza się do powtarzania tzw. „modlitwy grzesznika”. 

Pamiętam czasy, gdy głównie amerykańscy ewangeliści przywieźli do nas ten model ewangelizacji. Znam wiele osób, które skorzystały z tej uproszczonej formułki „przyjęcia Jezusa”. Nie wszyscy, szczególnie te osoby, które nie chciały podporządkować się zdrowej nauce na temat uświęconego życia, dziś już ich nie ma wśród wierzących.

Przypomina mi się inny amerykański kaznodzieja. Paul Washer wywodzi się z środowiska tzw. „południowych baptystów”, który zaobserwował masowe zjawiska nawróceń z wykorzystaniem „modlitwy grzesznika”, lecz nie widział zmian w życiu tych osób. Postanowił poruszyć ten temat na konferencji młodzieży baptystycznej. Zwrócił uwagę na to, że Jezus przyzna się jedynie do tych, którzy weszli do Królestwa Bożego przez ciasną bramę i szli za Nim wąską drogą. Paul otwarcie ostrzegał dwa tysiące młodych ludzi na tej konferencji, że mogą trafić prosto do piekła, pomimo tego, że wyznają, iż są chrześcijanami. Ostrzegał młodzież przed braniem wzoru z Britney Spears i innych świeckich idoli, a nie z Chrystusa. Wzywał do odrzucenia świeckiego modelu życia, aby naśladować tylko Chrystusa.

Z ogromnym niepokojem obserwuję jak ewangelią nazywa się występ tancerki, koncert rockowy lub wygłaszanie mów motywacyjnych. Z pewnością, młodym ludziom to się spodoba i będą wychwalać na stronach internetowych, że czadowo się bawili. Lecz ten kierunek rozwoju kościołów ewangelicznych wskazuje niezbicie, że zamiast świadomości, iż Chrystus znajduje się w centrum, głównym zainteresowaniem, szczególnie młodych, będą imprezy rozrywkowe, nie koniecznie lokowane w Centrum.

Piszę ku przestrodze, aby uniknąć sytuacji, jaka miała miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie dopiero szokujące wezwania Paula Washer’a i wielu podobnych „głosów na pustyni” wskazało na prawdziwą i niezmienną ewangelię. Jezus powiedział, że jedynie On jest „drogą, prawdą i życiem i nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przeze Mnie” (Jan 14:6). Wiadomo też, że „jeśli się ktoś nie narodzi z góry, nie może ujrzeć Królestwa Boga” (Jan 3:5), nawet jeśli się zaliczy imprezę zorganizowaną jako współczesną ewangelizację, na której będzie czadowa kapela, odlotowa muzyka i występy najlepszych grup tanecznych. Paul Washer znalazł się na indeksie w Southern Baptist Convention, ale dzięki swojej zdecydowanej postawie obrony prawdziwej ewangelii, stał się popularny w internecie. Popularny nie znaczy, że stał się populistą.

Mam pytanie do pomysłodawców rewitalizacji - „Czy organizowanie imprez, na które ściąga się masę młodych ludzi, aby dobrze się bawili, jest zwiastowaniem ewangelii?”

Henryk Hukisz

Tuesday, November 19, 2019

Zamiana ról

Pragnę podzielić się fragmentem ciekawej lektury, jaka ostatnio pochłania moje myśli. Jest to książka, której oryginalny tytuł brzmi: „Recovering Biblical Manhood & Womanhood” (Response to Evangelical Feminism) autorstwa John Piper i Wayne Grudem (str. 106 - 107). Tytuł książki w polskim przekładzie powinien brzmieć: "Odzyskiwanie biblijnej męskości i kobiecości” (Odpowiedź na ewangeliczny feminizm).

Ponieważ nie ma przekładu tej wartościowej pozycji na nasz język, poniżej prezentuję fragment rozdziału, w którym wyjaśniona jest kwestia stworzenia mężczyzny i kobiety, jako dwóch różnych istot, obdarowanych Bożym podobieństwem, a zarazem przeznaczonych do różnych ról i zadań. Autorzy tego opracowania fundamentalnego tematu w nauczaniu kościoła starają się wskazać na niebezpieczeństwo popularyzowania idei feministycznych we współczesnym kościele. 

____________________________________________

Co Bóg postanowił przy upadku (Rodzaju 1–3)


Jak nasz upadek w grzech wpłynął na Boży doskonały i paradoksalny porządek stworzenia mężczyzny i kobiety, jako dwóch różnych istot płciowych? Dlaczego Bóg postanowił ukarać nas z powodu tego upadku? 

Ci, którzy zaprzeczają stworzeniu męskiego zwierzchnictwa w 1 Mojżeszowej 1-2, często przekonują, że w 3 rozdziale tej Księgi, Bóg narzucił męskie zwierzchnictwo nad kobietą dopiero po upadku. W następstwie tej interpretacji, argumentują dalej, odkupienie w Chrystusie odwraca ten wyrok i przywraca kobiecie „pełną równość” z mężczyzną. Widzimy jednak, że Bóg ustanowił męskie zwierzchnictwo (nie męską dominację) w chwalebnym porządku stworzenia przed upadkiem. Naszym celem tutaj jest podsumowanie nauczania o męskości i kobiecości w 1 Mojżeszowej 3, szczególnie w wersetach 16–19, a następnie zakwestionować feministyczną interpretacja tego fragmentu.


Księga Rodzaju, czyli 1 Mojżeszowa 3 jest jednym z kluczowych rozdziałów Pisma Świętego. Gdyby nagle usunięto go z Biblii, Biblia nie miałaby już sensu. Życie też nie miałoby dłużej sensu. Jeśli wszyscy zaczęliśmy od rajskiej błogości, to dlaczego nasze życie jest tak bolesne? Księga Rodzaju 3 to wyjaśnia. A jeśli już coś poszło nie tak, jak powinno się stać, to czy jest jakaś nadzieja na przywrócenie utraconej błogości? Księga Rodzaju 3 daje nam tę nadzieję.


Ponieważ Paweł w 1 Tymoteusza 2:14 przytacza fakt zwiedzenia kobiety jako uzasadnienie, że męskie zwierzchnictwo jest również  przeniesione z domu do kościoła, zbadamy narrację tego zwiedzenia, studiując Księgę Rodzaju 3, wersety 16–19. 


W wersetach 1-5 Szatan, przebrany za węża, wciąga Ewę w rozmowę na temat jej życia. Parafrazując tę narrację, uwypuklamy jego chytre rozumowanie.


„Królowa Ewa”- wąż pyta ze zdziwieniem i niedowierzaniem - „coś mi nie pasuje. Czy to prawda, że Bóg zabronił wam dwojgu spożywać z któregokolwiek z tych drzew? To mnie niepokoi. W końcu, czyż nie powiedział, że wszystko jest „bardzo dobre”? I czy zarówno tobie, jak i królowi Adamowi nie nakazał panować nad wszystkim? Kochający was Stwórca nie nałożyłby na ciebie tak surowego ograniczenia, prawda? Ja nie tego rozumiem. Ewa, czy mogłabyś mi wyjaśnić ten problem?”


Ewa nawet nie wiedziała, że istnieje „problem”, ale wąż uprzedzając, zaniepokoił ją tym pytaniem. Powalił ją swoją argumentacją. Więc wąż zachęca Ewę, aby ponownie oceniła swoje życie, biorąc pod uwagę jego argumenty. W prawdzie ona coś przeczuwała, że należałoby bronić Bożego przykazania, jakim Adam podzielił się z nią, dlatego tłumaczy się się przed kusicielem mówiąc: „Wężu, mamy pozwolenie jeść z tych drzew, ale jest jedno drzewo, tutaj, w centrum ogrodu, o którym Bóg powiedział: „Nie będziecie z niego jeść i nie dotykajcie go, żebyście nie umarli”. W rzeczywistości Bóg powiedział: „Będziesz swobodnie jadł z dowolnego drzewa, z jednym tylko wyjątkiem”. Błędne cytowanie Ewy ogranicza pełnię Słowa Bożego do poziomu zaledwie niechętnego przyzwolenia: „Możemy jeść z drzew”. W jej wypowiedzi ogród nie wygląda tak samo. Drzewo Życia nie jest już w centrum (por. 1 Moj. 2, 9). Nawet o tym nie wspomina. Teraz w jej postrzeganiu rzeczywistości, w centrum znajduje się drzewo zabronione. Życie nabiera nowego, złowieszczego charakteru. Ewa też zmienia zakaz Boga, dodając od siebie, że „nie wolno go dotykać”. Jej zdaniem, teraz to ograniczenie nabiera innego znaczenia. W tym samym czasie tonuje groźbę Bożej kary, zmieniając - „umrzesz na pewno”, na brzmiące mniej groźnie „żebyście nie umarli”


Gdy poglądy Ewy odnośnie konsekwencji grzechu osłabły, wąż wykorzystuje jej punkt widzenia i podpowiedział: „Na pewno nie umrzecie”. Teraz widzimy, że szatan nie szukał informacji. On dokładnie wiedział, co Bóg powiedział. A potem udawał, że wyjaśnia Ewie istotny sekret: „Ewa, wyświadczę ci przysługę. Nie chcę być tym, który doprowadzi cię do złamania przykazania, ale powinnaś to wiedzieć, że Bóg, ustanawiając to ograniczenie, kieruje się czymś innym niż miłość. Prawda jest taka, że Bóg chce cię powstrzymać, chce ograniczyć twój potencjał. Ty uważasz, że tylko Bóg ma wiedzę o dobru i złu? Lecz tak na prawdę, On wie co wzbogaci twoje życie i to, co je zrujnuje. On też wie, że ten owoc da wam obojgu tę samą wiedzę, abyście osiągnęli poziom Jego zrozumienia i kontroli. Ewa, może to być dla ciebie szokiem, ale Bóg cię ogranicza. On nie jest twoim przyjacielem; On jest twoim rywalem. Ewa, musisz Go przechytrzyć. Wiem, że ten Ogród wydaje się wystarczająco przyjemny; ale tak na prawdę to wielki przekręt, który cię ogranicza, ponieważ Bóg czuje się zagrożony tym, kim moglibyście się stać. To drzewo, Ewa, jest twoją jedyną szansą na osiągnięcie twojego potencjału. Ewa, tak na prawdę,  jeśli nie zjesz z tego drzewa, to też umrzesz!


To kłamstwo było wystarczająco wielkie, aby wywrzeć wpływ na całe życie i wystarczająco atrakcyjne, aby zamienić lojalność Ewy od Boga, do siebie samej. Kłamstwo powiedziało jej, że posłuszeństwo jest popełnieniem samobójstwa, pokora jest poniżeniem, a służba to służalczość. I tak poczuła się oszukana przez coś, co w rzeczywistości nie istnieje.


Po zaszczepieniu kłamstwa do jej umysłu, wąż milczy i pozwala Ewie mieć nowe spojrzenie na rzeczywistość, aby mogła już pójść własną drogą (1 Moj. 3: 6). Dzięki opisowi Mojżesza możemy sobie wyobrazić, jakie mogły być jej myśli:


 „To nie wygląda śmiertelnie, prawda? W rzeczywistości sprawia, że mam ślinkę w ustach! Jak może dobry Bóg zabraniać tak dobrych rzeczy? Jak sprawiedliwy Bóg mógł to tutaj umieścić przed nami, a następnie oczekiwać, że odmówimy sobie przyjemności? To jest również intrygująco piękne. I dzięki wyglądowi, jaki ma ten owoc, mogę wyzwolić nas z zależności od naszego Stwórcy. I kto to wie? Jeśli się dowie, że Go rozszyfrowaliśmy, to najwyżej zabierze to drzewo i utkniemy w tym więzieniu na zawsze! Zjedzmy to teraz, póki mamy szansę!”


Po dokładnym, szczegółowym opisie zwiedzenia Ewy, Mojżesz opisuje rzeczywisty akt grzechu Adama i Ewy bardzo prosto, bez żadnego szoku: „zerwała. . .  jadła i dała swemu mężowi, który był z nią, i on też zjadł”(1 Moj. 3: 6b).


Zwróć uwagę na to, co ten tekst Słowa Bożego mówi, a czego nie mówi. Tekst nie mówi, "wzięła trochę i zjadła. Jej mąż, który był z nią, również wziął nieco i zjedli ten owoc”. To, co się faktycznie wydarzyło, ma ogromne znaczenie ponieważ  Ewa przywłaszczyła sobie zwierzchnictwo Adama i otworzyła drogę do grzechu. Adam, który (jak się wydaje) stał biernie, pozwalając, aby Ewa została zwiedziona bez jego zdecydowanej interwencji. Adam, będąc ustanowiony jako głowa, ze swojej strony porzucił to stanowisko. Ewa została zwiedziona; Adam porzucił swoją odpowiedzialność. Oboje się mylili i razem doprowadzili ludzkość do upadku w grzech i śmierć. 


Zaskakujące jest to, że w tym wydarzeniu zostały odwrócone role, jakie Stwórca przypisał dla każdej z istot innej płci? Czy mamy tak nadal robić? Czy musimy wielokrotnie powtarzać ten upadek? Czy mamy to zinstytucjonalizować w ewangelizacji w imię Boga, który potępił to na samym początku?


Skoro Adam i Ewa razem popadli w grzech, to dlaczego Paweł obwinia Adama za nasz upadek w Rzymian 5: 12-21? Dlaczego Paweł nie obwinia Adama i Ewy razem? Czemu Księga Rodzaju 3: 7 mówi, że dopiero po tym, jak Adam przyłączył się do buntu, oczy obojga otworzyły się na ich stan? Dlaczego Bóg wołał do Adama: „Gdzie jesteś?” (1 Moj. 3: 9)?  Dlaczego Bóg nie wzywał obojga, Adama i Ewy do rozliczenia się razem? Ponieważ Adam, jako wyznaczona przez Boga głowa, był obciążony główną odpowiedzialnością za prowadzenie ich w partnerstwie w chwale dla Boga.

Spróbujmy wyjaśniać dlaczego Szatan zwrócił się do Ewy, a nie do Adama. Bóg powołał ją, aby pomogła Adamowi jako pomoc w rządzeniu światem. Gdyby Bóg odwrócił role, gdyby to Ewa została stworzona najpierw, a potem Adam jako jej pomoc, wąż bez wątpienia zbliżyłby się do Adama. Więc Ewa nie była moralnie słabsza niż Adam. Ale Szatan uderzył w zwierzchnictwo Adama. Jego słowa spowodowały, że Ewa przejęła na siebie główną odpowiedzialność w chwili pokusy: „Ty decydujesz, Ewo. Ty przewodzisz. Czy nie chcesz poćwiczyć roli  zwierzchnika?” Tak jak Szatan wpadł na takie rozumowanie, tak samo i Ewa zrobiła to z ogromnym skutkiem. Można przypuszczać, że ona naprawdę uwierzyła, iż odniesie sukces z korzyścią zarówno dla Adama, jak i dla niej samej. Adam natomiast przeciwstawił się Bogu z szeroko otwartymi oczami.

__________________________________________
Dziś po kilku tysiącach lat należy postawić na nowo  pytanie: "Czy Boży przeciwnik, zachęcony odniesionym sukcesem zwiedzenia Ewy, nie zamierza powtórzyć swojego sprawdzonego numeru?". 

Jakieś dwa tysiące lat temu 
Paweł ostrzegał wierzących  w Koryncie słowami: „Lękam się jednak, żeby, tak jak w swojej przebiegłości wąż zwiódł Ewę, tak i wasze umysły nie zostały przypadkiem odwiedzione od prostoty i czystości wobec Chrystusa" (2 Kor. 11:3). Osobiście uważam, że to ostrzeżenie jest jak najbardziej aktualne również i w naszych czasach.

Do szeregu pytań z cytowanego fragmentu książki należaloby dodać kilka z naszego podwórka. Jakie jest podłoże dążenia do wprowadzania kobiet do służby, która zgodnie z biblijinym zapisem, powierzana była jedynie mężczyznom? Czy możemy spokojnie przyglądać się, jak świecki egalitaryzm rujnuje Boży porządek Kościoła? Może jest niewielu, którzy gorliwie strzegą Bożego Słowa, lecz tak zapowiadał Chrystus w jednym z siedmiu listów do Kościołów: Znam uczynki twoje; oto sprawiłem, że przed tobą otwarte drzwi, których nikt nie może zamknąć; bo choć niewielką masz moc, jednak zachowałeś moje Słowo i nie zaparłeś się mojego imienia" (Obj. 3:8).

Henryk Hukisz


Monday, November 11, 2019

Zombi w kościele

Niedawno usłyszałem opinię o sobie, że jestem „kaznodzieją starej daty”. Powiem szczerze, że po chwili zastanowienia, ucieszyła mnie ta opinia, gdyż to znaczy, że nie ulegam współczesnym modom, trendom, czy przemianom, jakie dotykają środowisko ewangelicznego chrześcijaństwa. Wiem, że nie wszyscy podzielają takie stanowisko, lecz jak wielokrotnie wyrażałem to na moim blogu, wolę pozostać przy tym, co sprawdzone, pobożne, wyrażające poważanie, nawet jeśli jest staromodne.

W Księdze Daniela, w  wersji Biblii Gdańskiej, Bóg nazwany jest „Starodawny” (Dan. 7:9), co najnowszy przekład oddaje jako „Przedwieczny”. Dlatego bliższa jest mi postawa „kaznodziei starej daty”, niż współcześnie lansowani „mówcy motywacyjni”. Z takiego punktu postrzegam to, co dzieje się w moim środowisku.

Ostatnio studiowałem ponownie siedem listów do zborów w Księdze Objawienia. Uważam, że powinniśmy częściej powracać do lektury tego arcyciekawego materiału, gdyż dotyczy naszych czasów. W ostatnim liście, skierowanym do Kościoła w Laodycei, Chrystus przedstawia się jako „świadek wierny i prawdziwy, początek stworzenia Bożego” (Obj. 3:14). To znaczy, że gdy spotkamy się z Nim, już jako sędzią, to będzie oceniać nasze czyny zgodnie z kryterium z początku, a nie z końca czasów.

Zainteresowałem się pewnym szczegółem opisu stanu kościoła w Sardes. Już w pierwszym zdaniu Chrystus, „który ma siedem Duchów Boga” (Obj. 3:1), wydaje opinię, że jest to Kościół, o którym mówi „masz imię, które mówi, że żyjesz, a jesteś umarły”. To zdanie w tzw. Brytyjce, brzmiało „masz imię, że żyjesz, a jesteś umarły”. Porównałem z innymi tłumaczeniami i okazuje się, że rzeczywiście ten kościół posiadał imię, które brzmi, mówi, że jest to żywy kościół. Lecz Chrystus, który zna prawdziwy stan tego zboru mówi, że jest on martwy. I nad tym zacząłem się zastanawiać.

Dotychczas określenie „martwy”, w odniesieniu do kościołów rozumiałem, że są to takie formacje religijne, które może kiedyś, przed wiekami posiadały znamiona żywotności. Lecz po wprowadzeniu liturgii, zamiast prowadzenia Ducha Świętego, tradycji, zamiast nauki apostolskiej, stały się jedynie martwymi pomnikami. Takich wspólnot i organizacji znajdziemy wokół nas sporo. Lecz obserwując współczesne kościoły i ich działalność, które przyjmują piękne nazwy stwierdzam, że to wcale nie musi znaczyć, że są żywe w pojęciu Głowy Kościoła. 

Ostatnio zalecana rewitalizacja starych struktur zborowych polegająca na odmalowaniu pomieszczeń, w których odbywają się wspólne zgromadzenia miała przynieść ożywienie. Przez zainstalowanie nowoczesnego oświetlenia, projektorów, estrad i innych urządzeń z dziedziny „show buisness’u”, planowano doprowadzić do ożywienia zamierających zborów. Pisałem o tym szerzej w kilku wpisach na blogu. Odsyłam do jednego z nich „Rewitalizacja czy regeneracja”. 

Zauważyłem w naszej przestrzeni wyznaniowej sporo zmian wynikających z zalecanych sposobów rewitalizacji. Choćby nawet w stylu ubierania się osób usługujących. Radzi się między innymi, aby kaznodzieja nie ubierał się w marynarkę, koszulę i krawat, gdyż jest to „robocze ubranie urzędnika korporacji”. Dlatego zaleca się dżinsy i „ti-szorty” (oryginalna wymowa). Ponieważ internet, YT i inne komunikatory zapełniane są relacjami z najnowszych wydarzeń, czy też „ewentów”, dało mi to ogląd zachodzących przemian w „branży kościelnej”.

Przemyślenia nad opisem stanu kościoła w Sardes, który tylko z nazwy był żywy, rodzi we mnie przekonanie, że nastąpiło tam coś na wzór rewitalizacji. Przyjęto ładnie brzmiącą nazwę kościoła, tak aby w odbiorze zewnętrznym robić wrażenie, iż dzieją się tam Boże sprawy. Ludzie zawsze będą interesować się wydarzeniami, które zwracają na siebie uwagę. Plakaty, komunikatory, zapowiedzi typu: „będzie się działo” będą przyciągnąć tłumy. Tak było, jest i będzie. Tylko, czy są to metody, jakie stosuje Duch Święty, który jest dany Kościołowi, aby był jedyną „atrakcją” ewangelii?

Pozwólcie że przypomnę wydarzenie jak najbardziej biblijne. Zdarzyło się dość dawno, jakieś trzy i pół tysiąca lat temu. Gdy naród Boży wędrował z Egiptu do Ziemi Obiecanej, Pan wezwał Mojżesza na osobiste spotkanie na górze Synaj. Czas mijał, a Mojżesz nie wracał, więc lud domagał się, aby coś się działo. Zażądali więc od Aarona, aby zorganizował „ewent”, aby mogli uwielbić jakiegoś boga, skoro Ten który ich wyprowadził, jakoś nie dał się bliżej poznać. Zorganizowano społeczną akcję, każdy coś wniósł do wspólnego wydarzenia. Gdy scena była już gotowa, Aaron zapowiedział: „Jutro będzie święto na cześć Pana” (2 Moj. 32:5). Gdyby posiadali wówczas technikę, jaką posługujemy się obecnie, to myślę, że internetowe komunikatory byłyby przepełnione informacjami o wspaniałym wydarzeniu, jakiego dotychczas jeszcze nie było. Sms-y zachęcałyby każdego do wzięcia udziału w extra wydarzeniu, że będzie mega. „Boski dizajn” wykonał dekoracje a „boskie kobiety” poprowadzą warsztaty. Później w przestrzeni wspólnych rozmów, rozentuzjazmowani uczestnicy komentowali: „Ale odlot”, „Galaktyka”, „Szacun”, Jesteś mistrzem” i wiele podobnych. Aaron miał szansę zostać okrzyknięty celebrytą tamtych czasów. W Hollywood nadal tak się dzieje.

Biblijny opis tego wydarzenia z pewnością byłby inny, gdyby nie wstawiennictwo Mojżesza, ponieważ Pan chciał ich wytracić. Zginęła tylko pewna część, gdy „PAN uderzył lud za to, że zrobili złotego cielca” (2 Moj. 32:35). Bóg postanowił wstrzymać Swoją obecność pośród tego ludu o twardym karku. W rezultacie, „gdy lud usłyszał te surowe słowa, zasmucił się...” (2 Moj. 33:4), dlatego nie pozostawiono żadnych zapisanych świadectw radości i uwielbienia dla Aarona, jakie z pewnością płynęły z ust uczestników tej mega zabawy. 

Kościół żyje dlatego, że jego Pan jest żywy. Tylko dlatego. Sama nazwa niczego nie czyni. Forma zgromadzenia, choćby najnowocześniejsza, nie jest świadectwem Bożego życia, które pojawia się jedynie dzięki odrodzeniu przez „niezniszczalne Słowo Boga, które żyje i trwa” (1 Ptr. 1:23). Wszystko inne, nawet najbardziej uwielbiane przez człowieka, jest jedynie trawą, gdyż  „wszelka jego chwała jest jak kwiat trawy. Trawa więdnie i kwiat opada, a Słowo Pana trwa na wieki” (w. 24).

Wszystko co nie jest zrodzone ze Słowa Pana, chociaż ma kształt i wygląd, jakoby żyło, jest jedynie „zombi”. Niestety, „zombi” w naszych czasach jest bardzo modnym zjawiskiem.

Henryk Hukisz

Monday, November 4, 2019

Cesarzowi, co cesarskie

W czasie, gdy Jezus przemierzał Galilejskie i Judzkie wioski i miasteczka, słuchało Go mnóstwo ludzi. A On ich nauczał i nie wszystkim podobało się to, co mówił. Dlatego ówcześni nauczyciele i znawcy Prawa Bożego, kierowani zazdrością, “zastanawiali się, jak Go od razu dostać w swoje ręce” (Łuk. 20:19). Zamierzając to uczynić zadali Mu pytanie: “Czy wolno nam płacić podatek cesarzowi, czy nie?” (w. 22). W swoich sercach odczuwali już radość sukcesu sądząc, że teraz już Go mają. Lecz Pan Jezus udzielił prostej i zarazem bardzo logicznej odpowiedzi - Tak więc to, co cesarskie, oddajcie cesarzowi, a to co Boskie, Bogu” (Łuk. 20:25). Ta odpowiedź nie może mieć przeciwników ani nie można zastosować wobec niej dowolnej interpretacji - ona znaczy po prostu to, co jest oczywiste dla każdego - rozdział pomiędzy państwem i religią. 

W naszym kraju kościół katolicki, który jest instytucją religijną, jest silnie powiązany z tymi, którzy sprawują władzę polityczną. Dlatego nie dziwi mnie, chociaż powinno, uczestniczenie przedstawicieli tego kościoła w wydarzeniach o charakterze państwowym i odwrotnie. Moim zdaniem, w sprawowaniu władzy powinno obowiązywać rozdzielenie pomiędzy państwem i kościołami. Lecz, jak wiadomo, począwszy od czasów Konstantyna Wielkiego, kościół katolicki odchodził coraz bardziej od chrześcijaństwa biblijnego i staje się partią polityczną. 

Natomiast to, co obecnie obserwujemy w naszym kraju, to zawiązywanie się coraz silniejszej więzi „tronu i ołtarza”. Szczególnie w obecnej konfiguracji politycznej, obawiam się, że będziemy świadkami odwoływania się hierarchii kościoła do instrumentów władzy państwowej, w celu utrwalania swojej pozycji. Biada innowiercom - będą traktowani jak zdrajcy narodowi.

Oburza mnie rozwój sytuacji wokół zdarzenia wyplucia hostii przez 13-sto latka. Wezwanie policji przez duchownego mnie nie dziwi, bo niektórzy kapłani tej formacji religijnej mają zawężone horyzonty do doktryny jedynozbawczego kościoła, jaką wpojono im w seminarium. Natomiast niepokoi mnie reakcja policji, formacji państwowej, czyli również mojej, jako obywatela tego kraju. Tłumaczenie się strony państwowej, że policjanci byli uprawnieni do interwencji, gdyż mogłoby dojść do profanacji hostii, jest nie do przyjęcia. Hostia jest pojęciem religijnym i dla normalnie wierzącego, czy w ogóle nie wierzącego, jest zwykłym kawałkiem wafelka. 

Mój niepokój rośnie w miarę kształtowania się sytuacji powyborczej w kraju. Minowanie do najwyższej instytucji, chroniącej ustawę zasadniczą mojego „królestwa ziemskiego”, ludzi o poglądach ultrakatolickich, przywołuje u mnie słowa apostoła Piotra z Dziejów Apostolskich. Po jawnym cudzie, jaki dokonał się na słowa Piotra i Jana, gdy biedny paralityk na imię Jezus wstał zdrowy, apostołowie zostali doprowadzeni przed Sanhedryn. Przywódcy religijni zakazali im zwiastować to Imię. Wówczas Piotr wyznał: „Rozsądźcie, czy wobec Boga jest słuszne bardziej słuchać was niż Boga?” (Dz.Ap. 4:19)

Dlaczego mam obawy, że dojdzie do tego, iż ludzie wierzący ewangelicznie będą musieli wypowiadać te same słowa? Obserwuję już od dłuższego czasu, że obecnie władający naszym krajem traktują kościół katolicki jako panujący w Polsce. Według niektórych przywódców, prawdziwym Polakiem może być jedynie katolik. Tak już było, a z historii wcześniejszej wiadomo, że sądy w Polsce sprawowane były przez duchowieństwo katolickie. Niedawno studiowałem sytuację religijną w Chodzieży, gdzie sąd biskupi w 1725 roku nałożył na gminę żydowską karę 3 tysiące złotych za to, że pewnego człowieka „zmusili do porzucenia wiary katolickiej, że chrzest rzekomo przy pomocy pewnych ceremonii z niego zdjęli” (Kronika Kościołów Chodzieskich, str. 254). Czyżby do takich sądów ma doprowadzić obecna głęboka reforma sądownictwa w naszym kraju? Jeśli tak się stanie, to sądy będą zajmować się odejściem katolika od kościoła, w którym został ochrzczony, gdyż zostanie oskarżony o znieważenie sakramentu.

Aby nie było wątpliwości, nadal uznaję władzę, jaką naród wybrał w wolnych wyborach, gdyż taka zasada obowiązuje nas w doczesności. Pisałem o tym w ostatnim rozważaniu z okazji dokonania tego wyboru („Trzynastego”), co niniejszym linkiem przypominam. Lecz pozostaję przy tym, że „cesarzowi” należy się tylko to, co cesarskie, natomiast Bogu będę zawsze winien to, co Boże. 

I tego przekonania nie sprzedam za żadne 500+, czy inny obiecany bonus. 

Henryk Hukisz