Sunday, September 29, 2013

Wieloryb we wnętrzu Jonasza



 Oczywiście, że to jest niemożliwe w świecie realnym. Każdy czytelnik Biblii wie, że było odwrotnie, to Jonasz znalazł się we wnętrznościach wieloryba. Czy jednak wszyscy w to wierzą? Z pewnością spotkaliśmy sceptyków mówiących, że to tylko taki obraz, że w rzeczywistości to się nie wydarzyło.
Mój ojciec był prostym człowiekiem, czytał Biblię i wierzył we wszystko, co w niej jest napisane. Pewnego razu spotkał go człowiek uczony i postanowił zakpić z wiary mego ojca. Powiedział, że z naukowego punktu widzenia jest niemożliwe, aby wielka ryba, tak jak jest napisane w Biblii, połknęła całego człowieka, który później przez trzy dni mógłby przebywać w jej wnętrzu. To jest bzdura, jak można w takie rzeczy wierzyć, przekonywał mego ojca. Ja, mając wówczas nieco ponad dziesięć lat, z uwagą przysłuchiwałem się tej rozmowie. Pomyśłałem sobie, ciekawe jak sobie teraz tata z tym poradzi, przecież nie posiada odpowiedniego wykształcenia, aby wytłumaczyć dlaczego tak wierzy.
Tata, po chwili namysłu powiedział: „Wie pan co, ja wierzę we wszystko co jest napisane w Biblii, ponieważ jest ona Słowem Bożym. Gdyby - kontynuował tata - było napisane, że Jonasz połknął wieloryba, to też bym w to uwierzył.” Byłem dumny ze swego ojca.
Po latach, gdy miałem już osobistą relację z Bogiem, opartą na Chrystusie, moim Panu i Zbawicielu, nieraz przypominałem sobie to wydarzenie.  Zawsze gdy czytam swoją Biblię, wierzę we wszystko, co w niej się znajduje, nawet jeśli nie wszystko jeszcze pojmuję, to jednak wierzę w biblijne prawdy, ponieważ są natchnionym Słowem Bożym.
Dlaczego jednak wielu ludzi ma problem z zaakceptowaniem prawd bibilinych? Pomimo tego, że wierzą w to, iż Pismo Święte jest Bożą księgą, to nie uznają wszystkiego co zawiera. Myślę, że największym problemem jest to, że starają się przyjmować biblijne prawdy przez pryzmat własnego zrozumienia. Jeśli coś, o czym czytają, nie pasuje do przyjętego już pojęcia, szukają różnych powodów, aby nie uznać tej prawdy, tak jak jest zapisana. A to język jest obrazowy, to tłumaczenie jest niedokładne, albo znajdują tysiące innych powodów, aby nie uwierzyć. Gotowi są raczej prowadzić nieskończone dyskusje, aby dowieść swojej prawdy, niż uznać Bożą prawdę
Nasz stosunek do Biblii nie może być obojętny, musimy wierzyć jeśli nazywamy się wierzącymi. Obawiam się, że wielu czytelników Biblii, tak naprawdę nie wierzy Bogu, gdyż Jego wersja prawd biblijnych im nie odpowiada. Czy w takiej sytuacji można w ogóle mówić o tym, że ktoś jest wierzącym, jeśli nie przyjmuje Bożych prawd? Tak łatwo jest wpaść w pułapkę „badacza” Pism, z jakimi spotykał się Pan Jezus.
Chrystus mówił otwarcie o Swojej zależności od Ojca. Chociaż był Bogiem, będąc również w pełni człowiekiem, powiedział o sobie: „nie może Syn sam od siebie nic czynić, tylko to, co widzi, że Ojciec czyni; co bowiem On czyni, to samo i Syn czyni” (Jan 5:19).  Znam wielu pilnych „badaczy” Pisma Świętego, którzy na tej podstawie wierzą, że Jezus nie był Bogiem. Zgodnie z naszą logiką, oznacza to, że był mniejszy od Ojca, lecz On sam powiedział, że „Ja i Ojciec, jedno jesteśmy” (Jan 10:30). Jak to pojąć? Naszym rozumem z pewnoscią nie potrafimy, lecz wiarą możemy uznać tę podstawową prawdę o Panu Jezusie.
W czasach Jezusa było wielu znawców Pism, nawet nazywano ich „uczonymi w Piśmie”, lecz tak naprawdę, oni nie wierzyli w to, czego nauczał Pan Jezus. Kiedy Chrystus powiedział: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, kto słucha słowa mego i wierzy temu, który mnie posłał, ma żywot wieczny i nie stanie przed sądem, lecz przeszedł ze śmierci do żywota” (Jan. 5:24). Zaraz, zaraz, wołali ci znawcy Zakonu, przecież my spędzamy większość czasu na czytaniu i badaniu Pism, czy sprawy mają się właściwie. Wówczas Jezus wypowiedział swoją opinię o nich: „Badacie Pisma, bo sądzicie, że macie w nich żywot wieczny; a one składają świadectwo o mnie” (Jan 5:39). Życie wieczne posiada się na podstawie bezgranicznej wiary i zaufania Bożym prawdom, a nie znajomości Pism. Jedyną drogą do Boga jest Chrystus, dlatego On zaprasza wszystkich do Siebie, aby móc ich doprowadzić do Ojca. „Badacze” Pism wolą jednak pozostać przy swoim badaniu, dlatego Jezus rzekł: „ale mimo to do mnie przyjść nie chcecie, aby mieć żywot” (Jan 5:40).
W ubiegłym roku pisałem o zachowaniu właściwego szacunku do Biblii, która jest Słowem Bożym (Rozbiór Słowa). Osobiście staram się zawsze uznawać wyższość treści bibijnej nad wszelką inna treścią. Jednym z wyraźniejszych przykładów na to, że nasze zrozumienie i przyjęcie prawd biblijnych napotyka na trudności, jest kwestia uznania faktu, iż Bóg jest Stworzycielem wszytkiego co istnieje. Nauka o przyrodzie, jako jeden z podstawowych przedmiotów nauczania w szkołach, spowodowała tak wielkie uprzedzenie do prawdy objawionej w Biblii, że większość wierzących nie ma problemu z uznaniem teori ewolucji. Ktoś powie - po co robić sobie problem, skoro można sprawę pogodzić uznając, że Bóg stworzył świat na drodze ewolucji. „Wilk syty i koza cała” mówi znane przysłowie. Czy rzeczywiście?
W prawdzie w Biblii nie jest napisane, że Jonasz połknął wieloryba, lecz znajdziemy wiele innych prawd, jak np. „A synowie izraelscy szli środkiem morza po suchym gruncie, wody zaś były im jakby murem po ich prawej i lewej stronie” (2 Moj. 14:22), albo – „powiedział Jozue do Pana wobec Izraela:Słońce, zatrzymaj się w Gibeonie, A ty, księżycu, w dolinie Ajalon! I zatrzymało się słońce, i stanął księżyc, dopóki naród nie zemścił się na swoich nieprzyjaciołach” (Joz. 10:12,13). Takich przykładów świadczących, że treść Biblii nie idzie w parze z powszechną nauką jest dużo więcej.
Tak, zgoda, powiedzą „badacze” Pism, to należy rozumieć obrazowo, bo w rzeczywistości jest to niemożliwe. Biblijna prawda o wiecznym potępieniu, jest też jedynie obrazem. Bóg jest przecież miłością, dlatego nie może męczyć na wieki biednych grzeszników. Dobrze, powiem, w takim więc razie prawda o śmierci i zmartwychwstaniu, też może być rozumiana jako pewnien obraz. No nie, mówią „badacze”, to są fakty, natomiast wieczne potępienie należy do rzeczy przyszłych, które w Biblii są przedstawione obrazowo. Przecież cała Księga Objawienia jest jedną wielką alegorią, a tam jest napisane najwięcej o rzeczach, które dopiero będą się działy.
Jezus powiedział, stając przed grobem Łazarza: „Jam jest zmarwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (Jan 11:25).  W Księdze Objawienia czytamy natomiast, że w przyszłości Bóg „otrze wszelką łzę z oczu ich, i śmierci już nie będzie” (Obj. 20:4), tak więc w wieczności już nic nie będzie, ani śmierci, ani piekła, ani życia wiecznego. Do takiego wniosku można dojść, jeśli będzie się jedynie badać Pisma, a nie wierzyć i przyjmować to, co powiedział Bóg.
Dwaj uczniowie Jezusa, zaraz po Jego ukrzyżowaniu, ogarnięci rozpaczą, że nie stało się tak, jak się spodziewali, w drodze do Emaus spotkali Mistrza. Pan Jezus w wielkiej trosce o to, aby byli w stanie wierzyć i przyjmować Słowo Boże, „wykładał im, co o nim było napisane we wszystkich Pismach” (Łuk. 24:27). Bez tego, sami nie byliby w stanie pojąć o co chodzi z tym ukrzyżowaniem i zmartwychwstaniem.
Jezus powiedział, że my również, sami nie pojmiemy ani nie uwierzymy, jeśli nie posłuchamy Tego, „którego Ojciec pośle w imieniu moim, nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem” (Jan 14:26). To, co sami potrafimy, to dobrze pobłądzić, jak owca, która nie słucha głosu swego Pasterza.
Henryk Hukisz

Friday, September 27, 2013

Wieczne męki

Należę do wymierającego już pokolenia, które pamięta czasy stalinowskie w Polsce. Zapamiętałem szczególnie jedną informację z początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku – nie wiem, na ile jest prawdziwa – że Stalin miał zwyczaj cytować wersety biblijne, oskarżając ludzi wierzących o zdradę ojczyzny. Pokazując w Biblii miejsce, gdzie jest napisane, że „nasza zaś ojczyzna jest w niebie, skąd też Zbawiciela oczekujemy, Pana Jezusa Chrystusa” (Flp 3,20), żądał od wierzących oświadczenia, którą ojczyznę wybierają. Przypuszczam, że mogło to być prawdą, bo przecież sam diabeł pozwalał sobie na cytowanie Słowa Bożego podczas kuszenia Chrystusa.

Apostoł Paweł napisał później, że diabelskie metody nie zmieniają się od wieków, gdyż szatan wie, jak najskuteczniej zwodzić ludzi. Pisząc do wierzących w Koryncie, Paweł ostrzegał ich przed fałszywymi nauczycielami, wskazując na diabelski podstęp: „szatan przybiera postać anioła światłości” (2 Kor 11,14). Później, gdy spotkał się ze starszyzną zboru efeskiego, udzielił jej wielu rad odnośnie do okazywania właściwej troski o powierzoną im trzodę. Apostoł wiedział, że diabeł jest specjalistą od zastawiania pułapek. Słowo Boże mówi nam już na samym początku Biblii, że szatan wcielony w węża „był chytrzejszy niż wszystkie dzikie zwierzęta” (Rdz 3,1). Dlatego my dzisiaj powinniśmy również zwracać szczególną uwagę na jego podstępne sztuczki, aby nie dać się zwieść tak, jak udało mu się to osiągnąć w raju.

Uważam, że jedną z bardziej skutecznych pułapek, jakie szatan zastawia we współczesnym Kościele, jest przekonywanie wierzących, że nie ma piekła. Pisałem już o tym w maju ubiegłego roku (Piekła nie ma?), gdy w Stanach Zjednoczonych pojawiła się książka pod tytułem „Miłość zwycięża”. Autor tej publikacji, pastor dość dużego kościoła, przekonuje w niej ludzi, że piekła nie ma, ponieważ Bóg jest miłością. Jako argumentów Rob Bell używał wielu wersetów biblijnych na dowód swojej tezy. Obawiam się, że w ten sposób zostało zwiedzionych wielu ludzi, głównie dlatego, że współcześni chrześcijanie nie znają dobrze Biblii. Pisałem o tym na polskim blogu ze względu na zagrożenia, jakie często przychodzą do kraju zza oceanu.

Nie trzeba było długo czekać. Pod moim postem na ten temat znalazłem informację o blogu, na którym pewien pastor w Polsce przedstawia inne stanowisko niż ja. Idąc śladem, jaki zostawił autor tego wpisu, dowiedziałem się, że jest on nie tyle pastorem, co nauczycielem jednej ze szkół teologicznych w Warszawie. Tak więc jego wpływy są dużo szersze, niż może stworzyć pojedynczy zbór. Jest tam wykładowcą Wstępu do teologii protestanckiej oraz Wprowadzenia do Pisma Świętego. Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że nauczyciel akademicki, kształcący przyszłą kadrę nauczycieli i pastorów, poddaje w wątpliwość jeden z podstawowych dogmatów Kościoła, do którego ta szkoła należy. Kościół wyznaje w swoim „Credo”, że: „Bóg wyznaczył dzień, w którym będzie sądził świat sprawiedliwie przez Jezusa Chrystusa. W dniu tym będą sądzeni wszyscy ludzie oraz upadli aniołowie z szatanem na czele. Nastąpi wówczas powszechne zmartwychwstanie: sprawiedliwych w przemienionym ciele do życia wiecznego, niesprawiedliwych zaś – na wieczne potępienie. Dziedzictwem sprawiedliwych będzie «nowe niebo i nowa ziemia, w których sprawiedliwość mieszka», zaś niesprawiedliwych – «jezioro ogniste»”. Ta zasada wiary opiera się na szeregu wersetów biblijnych, które podane są w tekście wyznania wiary.

Wspomniany nauczyciel, po odwołaniu się do kilku wersetów biblijnych, stwierdza: „Gdyby piekło miało istnieć wiecznie, musielibyśmy pogodzić się z tym, że grzech i śmierć zostały uwiecznione, utrwalone na zawsze! Czyż Chrystus nie pokonał śmierci i grzechu? Czyż nie przyszedł na świat, aby pozbyć się tych rzeczy? Jeśli piekło będzie wieczne, to znaczy, że miłość i łaska Boga nie zdołały pokonać zła, bo ono pozostanie na «wieki wieków». To nie jest biblijny pogląd. Pismo Święte wielokrotnie używa symbolicznego języka do opisania ostatecznego losu grzeszników, ale jeśli zaczynasz rozumieć ten symboliczny język dosłownie, to znaczy, że nie rozumiesz go wcale”.

Kto tu nie rozumie Pisma Świętego?

Jeśli rzeczy ostateczne w Biblii zostały opisane językiem symbolicznym, to ta sama zasada odnosi się również do śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Takie teorie ogłaszali już najwięksi sceptycy Bożego natchnienia Biblii. Mógłbym zacytować tu szereg liberalnych teologów z Nietzschem na czele, twierdzących, że Bóg umarł, a cała historia o powstaniu Chrystusa z martwych została wyssana z palców przerażonych uczniów Pańskich.

Biblia wyraża się jasno i jednoznacznie: ludzie są przeznaczeni do życia wiecznego. Wszyscy powstaną z prochu ziemi, „jedni do żywota wiecznego, a drudzy na hańbę i wieczne potępienie” (Dn 12,2). Natomiast Nowy Testament podaje tę prawdę jeszcze bardziej zrozumiale – kara wiecznego potępienia spotka tych, którzy nie przyjmą Ewangelii mówiącej o zbawieniu przez Chrystusa. Paweł pisał do wierzących, aby wiedzieli, że: „gdy się objawi Pan Jezus z nieba ze zwiastunami mocy swojej, w ogniu płomienistym, wymierzając karę tym, którzy nie znają Boga, oraz tym, którzy nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa. Poniosą oni karę: zatracenie wieczne, oddalenie od oblicza Pana i od mocy chwały jego” (2 Tes 1,7-9).

Jeśli język ostatniej księgi Nowego Testamentu w przeważającej części jest alegoryczny, to w porównaniu z podanymi wersetami z listu Pawła można uznać jego dosłowność za uzasadnioną. Apostoł Jan, będąc na zesłaniu na wyspie Patmos, otrzymał objawienie od samego Pana Jezusa. Wizje, jakie widział, wypełnione są wypowiedziami aniołów – wiernych posłańców Bożych – którzy oznajmiali Janowi, co będzie się działo w czasach ostatecznych. Oto słowa, jakie zapisał Jan na polecenie Pana: „A diabeł, który ich zwodził, został wrzucony do jeziora z ognia i siarki, gdzie znajduje się też zwierzę i fałszywy prorok, i będą dręczeni dniem i nocą na wieki wieków. (...) I śmierć, i piekło zostały wrzucone do jeziora ognistego; owo jezioro ogniste to druga śmierć” (Ap 20,10.14-15).

Chyba nikt nie odmówi najwyższego autorytetu słowom Pana Jezusa, który powiedział – nie w przypowieści, lecz wprost: „Nie dziwcie się temu, gdyż nadchodzi godzina, kiedy wszyscy w grobach usłyszą głos jego; i wyjdą ci, co dobrze czynili, by powstać do życia; a inni, którzy źle czynili, by powstać na sąd” (Jn 5,28-29). Dalsza droga tych, którzy źle czynili (ponieważ ich grzechy na nich pozostaną, gdyż nie przyjęli wiarą usprawiedliwienia Chrystusa), została określona również dosłownie: „I odejdą ci na kaźń wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25,46).

Autor bloga, na którym pojawił się wpis o obrazowym języku Biblii odnośnie do wiecznego potępienia, najprawdopodobniej wywodzi swoją teologię z pism, jakimi posługują się Świadkowie Jehowy. Oni nie uznają wiecznego potępienia, nieśmiertelności duszy i wielu innych prawd biblijnych, dlatego dokonali własnego przekładu Biblii na użytek swoich poglądów. Ale to już inny temat.

Pan Jezus, mówiąc o wielkiej miłości Ojca do zgubionych grzeszników, wskazał na ratunek, jaki został nam ofiarowany w krzyżu. Zostało to zapisane językiem zrozumiałym dla każdego: „jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy” (Jn 3,14). Po tych słowach pojawia się najbardziej znane zdanie zapisane w Biblii: „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny” (w. 16).

To, jak poważna jest to sprawa, podkreśla sam Pan Jezus, mówiąc: „kto wierzy w niego, nie będzie sądzony; kto zaś nie wierzy, już jest osądzony dlatego, że nie uwierzył w imię jednorodzonego Syna Bożego” (Jn 3,18).

Wybór, gdzie będziemy spędzać wieczność, należy do nas!

Henryk Hukisz

Błogosławione bankructwo



  Wielogodzinne oczekiwanie na kolejną porcję chemii w gabinecie infuzji zabijałem czytaniem. Popularne obecnie tablety nie były jeszcze tak dostępne, dlatego posługiwałem się moim małym laptopem wypełnionym sporą ilościę książek i artykułów. Z głębokiej zadumy wywołanej ciekawą lekturą wyrwał mnie nagle siedzący obok mnie mężczyzna, pytając: „Sprawdza pan jak stoją akcje na giełdzie?”

Po chwili zastanowienia odpowiedziałem, że nie muszę sprawdzać moich akcji, ponieważ posiadam najlepsze na świecie i najpewniejsze, które nigdy nie tracą na wartości. Spojrzał na mnie zdziwiony, oczekując w milczeniu na wyjaśnienie, co mam na myśli. Posiadam akcje Królestwa Niebieskiego, powiedziałem, które są ugruntowane na Bożych wartościach, i żaden kryzys ich nie zniszczy.

Apostoł Paweł scharakteryzował chrześcijan swojej epoki – „jako zasmuceni, ale zawsze weseli, jako ubodzy, jednak wielu ubogacający, jako nic nie mający, a jednak wszystko posiadający” (2 Kor. 6:10). Tak było kiedyś, gdy chrześcijanie pokładali swoją nadzieję nie w bogactwie tego świata, lecz w pewnych obietnicach, jakie Bóg umieścił w Chrystusie. Niestety, dzisiaj wielu wierzących w Boga uważa, ze prawdziwym znakiem błogosławieństwa w życiu jest bogactwo tego świata. Miarą Bożej opatrzności jest luksusowy samochód w garażu, willa z basenem, stanowisko co najmniej menadżera i wczasy spędzane pod palmami. Wielu pastorów i nauczycielu ewangelii dobrobytu, takie pojęcie błogosławieństwa demonstruje swoją postawą i manierami. 

Najbardziej popularnym podziałem ludzi w świecie jest podział na biednych i bogatych. Uważam, że jest to bardzo mylący podział, ponieważ jest zależny od przyjętej granicy bogactwa. Jeśli ją wyznaczymy na poziomie sześciocyfrowego rocznego dochodu, to większość znajdzie się na granicy ubóstwa. Natomiast, jeśli posiadamy żywność w lodówce, ubranie na sobie, dach nad głową i miejsce do spania, to jesteśmy bogatsi niż 75% ludzi na świeice. Dlatego prawdziwie brzmi oświadczenie majątkowe apostoła Pawła – „Nauczyłem się przestawać na tym, co mam: Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być nasycony, jak i głód cierpieć, obfitować i znosić niedostatek” (Filip. 4:11,12).  

Król Dawid, zanim zasiadł na tronie, znosił w swoim życiu doświadczenia, jakich nawet sobie nie wyobrażamy. Był ścigany przez króla Saula za to że Bóg mu błogosławił, musiał ukrywać się u największego wroga Izraela, udawał obłakanego, aby chronić swoje życie. Jednak nigdy nie tracił pewności, że Boża obecność mu towarzyszy w tych sytuacjach. Gdy pewnego razu wraz w towarzyszącą mu grupką przyjaciół wrócili do swojej kryjówki w miasteczku Syklag, zastali je splądrowane, spalone a rodziny zostały uprowadzone. W tej sytuacji, nawet jego przyjaciele odwrócili się od niego, obwinijając go za to nieszczęście. Dawid jednak „pokładał zaufanie swoje w Panu, swoim Bogu” (1 Sam. 30:6).

Lecz Dawid nie zawsze posiadał tak mocne przekonanie o Bożej obecności. Uczył się tego w różnych okolicznościach, jak każdy z nas, gdy oceniamy pewne sytuacje na swój sposób. Dawid, widząc jak dobrze powodzi się ludziom nieprawym, zastanawiał się: „Czy więc na próżno w czystości zachowywałem serce moje i w niewinności obmywałem ręce moje?” (Ps. 73:13). Lecz gdy przybliżył się do Pana, gdy spojrzał na tę sytuację w świetle Ducha Świętego, to zrozumiał, że oni stoją na śliskim gruncie, że „Znikają, giną z przerażenia. Jak pierzcha sen, gdy się człowiek budzi, tak Ty, Panie, gdy się ockniesz, wzgardzisz ich mrzonkami” (Ps. 73:19,20). Ten wspaniały Psalm kończy się duchowym morałem, a mianowicie, że „moim szczęściem być blisko Boga. Pokładam w Panu, w Bogu nadzieję moją, aby opowiadać o wszystkich dziełach twoich” (Ps. 73:28).  

Wszyscy znajdujemy się w jednakowym położeniu, żyjemy z Bożym, postanowieniem aby „raz umrzeć, a potem sąd” (Hebr. 9:27). Jakimi staniemy przed Bożą stolicą sądową? Czy będziemy mogli zabrać ze sobą nagromadzone materialne błogosławieństwa? Nasz rodzimy chrześcijański piosenkarz ujął tę prawdę w słowach: „Zabiorę do raju złota pełen wór, będzie jeszcze piękniej, będzie jeszcze złociej. Czy przez ciasnę brame przejedzie mój wóz? Nie będę po raju przecież chodził na piechotę” (Piotr Nazaruk, „Wielbłąd”). Lecz brama jest ciasna, i nic ze sobą nie wniesiemy, wszystko trzeba będzie zostawić.

Jednym z błogosławieństw, o jakich mówił Pan Jezus, jest stan ubóstwa – „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebios” (Mat. 5:3). Tak, powiedzą zaraz zwolennicy błogosławieństw materialnych, Jezus mówił o ubóstwie duchowym. Oczywiście, że tak Jezus powiedział, lecz nasz stan duchowy jest powiązany z naszą zewnętrzną sytuacją. Pan Jezus, znawca ludzkich serc powiedział nieco dalej, że „gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce twoje” (Mat. 6:21). Nie dajmy się zwieść myślom, że można być bogatym i żyć beztrosko. Znów odwołam się do słów Pana Jezusa – „Zaprawdę powiadam wam, że bogacz z trudnością wejdzie do Królestwa Niebios” (Mat. 19:23). A chyba nikt lepiej nie znał się na tym, kto wejdzie do Królestwa Bożego, jak Chrystus. 

Apostoł Paweł, który posiadł umiejętność radzenia sobie w każdej sytuacji materialnej, ostrzegał wierzących - „A ci, którzy chcą być bogaci, wpadają w pokuszenie i w sidła, i w liczne bezsensowne i szkodliwe pożądliwości, które pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie” (1 Tym. 6:9). Aby nie było żadnej wątpliwości co do bycia bogatym, Paweł ujmował i to zgadnienie w nauczaniu apostolskim. Pisał otwarcie, że warto jest być bogatym, lecz miał na uwadze inne wartości – „Bogaczom tego świata nakazuj, ażeby się nie wynosili i nie pokładali nadziei w niepewnym bogactwie, lecz w Bogu, który nam ku używaniu wszystkiego obficie udziela, ażeby dobrze czynili, bogacili się w dobre uczynki, byli hojni i chętnie dzielili się z innymi” (1 Tym. 6:17,18).

Błogosławieństwo nieposiadania bogactw tego świata owocuje w pokładaniu nadziei w pewniejszym bogactwie, jakim jest obecność Pana. Wszystko co posiadamy, zawdzięczamy Bożej łasce. Możemy wówczas powiedzieć wraz z apostołem Pawłem: „Dosyć masz, gdy masz łaskę moją, albowiem pełnia mej mocy okazuje się w słabości” (2 Kor. 12:9).

Pragnę zakończyć to rozważanie poleceniem, jakie zostawił dla nas apostoł Piotr: „Dlatego okiełzajcie umysły wasze i trzeźwymi będąc, połóżcie całkowicie nadzieję waszą w łasce, która wam jest dana w objawieniu się Jezusa Chrystusa” (1 Ptr. 1:13). Jeżeli całą nadzieję położymy w łasce, nie będzie potrzeby, aby pokładać ją w czymkolwiek innym.

Henryk Hukisz

Thursday, September 26, 2013

Obcy ogień chwały

Oddawanie chwały Bogu należy do spraw priorytetowych w życiu prawdziwego chrześcijanina. Podkreślam: mam na myśli osobę, która nie tylko deklaruje wiarę w Boga, lecz na co dzień żyje zgodnie z Jego Słowem. Pan Jezus, na samym początku swojej misji, zwrócił uwagę tym, którzy pragnęli Go naśladować, że „nie każdy, kto mówi do Mnie: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios, ale ten, kto spełnia wolę Mego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21). Z kolei w rozmowie z Samarytanką oświadczył, iż „Bóg jest Duchem i Jego czciciele powinni Go czcić w Duchu i prawdzie” (Jn 4,24).

Wypowiedź ta dotyczyła poprawnego sposobu oddawania czci Bogu. Samarytanka uważała, zgodnie z tradycją ojców, że właściwym miejscem jest góra Garizim. Żydzi natomiast twierdzili, że jedynie Jerozolima jest uznanym przez Boga miejscem, ponieważ znajduje się w niej świątynia. Słowa Pana Jezusa wywarły na kobiecie tak wielkie wrażenie, że gdy pobiegła do swojego miasta, wołała do mieszkańców: „Idźcie, zobaczcie Człowieka, który powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Czy nie jest On Mesjaszem?” (Jn 4,29). Od dawnych czasów w Izraelu oczekiwano na przyjście Pomazańca, którym jest zapowiadany Mesjasz.

Oddawanie czci Bogu wiąże się z uznaniem Jego chwały jako jedynego Boga i Pana wszechświata. Biblia jest spisaną kroniką objawienia Bożej chwały ludziom – najpierw za pośrednictwem Mojżesza, później poprzez wydarzenia związane z narodem wybranym, a w końcu przez zesłanie Bożego Syna na ziemię w celu odkupienia grzesznej ludzkości. Zawsze w chwili pojawienia się znaków świadczących o Bożej obecności, świadkowie tego wydarzenia padali na oblicza, aby w ten sposób oddać Bogu cześć.

Jednym z miejsc, w których Bóg objawił Swoją chwałę, była góra Synaj. Mojżesz, przygotowując się do odebrania Bożych Przykazań, doświadczył czegoś niezwykłego: „Chwała PANA spoczęła na górze Synaj, a obłok okrywał ją przez sześć dni. W siódmym dniu zawołał On do Mojżesza ze środka obłoku” (Wj 24,16). Z opisu tego wydarzenia wiemy, że nikt nie mógł wejść na zbocze góry, a Mojżesz po zejściu na dół musiał zasłaniać swoje oblicze, gdyż lśniło ono od Bożego blasku.

Później, gdy Pan prowadził naród do Ziemi Obiecanej, nakazał Mojżeszowi wzniesienie Przybytku, w którym wyznaczono szczególne miejsce – Najświętsze. Izraelici, pragnąc oddać cześć Bogu, mogli wejść jedynie na dziedziniec, by złożyć ofiarę oczyszczenia, a dopiero potem, ze szczerym sercem, czcić Pana. Na ołtarzu w miejscu świętym płonął ogień, będący świadectwem świętości Boga, dlatego musiał być stale podtrzymywany. Lecz oddawanie czci nie ograniczało się jedynie do wizyt w Przybytku. Prawdziwa cześć, której godzien jest Bóg, wyraża się w posłuszeństwie Jego Słowu: „Będziesz więc przestrzegał przykazań Pana, twego Boga, abyś postępował Jego drogami i Jego się lękał” (Pwt 8,6).

Z uważnej lektury Biblii wynika, że Bóg jest niezwykle wyczulony na sposób, w jaki ludzie oddają Mu cześć. Cała historia narodu wybranego stanowi smutne świadectwo niewierności i odwracania się od prawdziwego Boga. Izraelici mieli tak zatwardziałe serca, że zachęcali się nawzajem do kultu bożków pogańskich. W świątyni ustawiano obrzydliwe posągi, by składać przed nimi ofiary, nie wyłączając ofiar z ludzi, zupełnie nie przejmując się Bożym gniewem.

Prorocy nieustannie wzywali do opamiętania, pokuty i nawrócenia, lecz ich głos bywał zagłuszany śpiewem ku czci pogańskich bożków. Dlatego historia tego narodu jest dzisiaj poważnym ostrzeżeniem dla Kościoła. Autor Listu do Hebrajczyków, kierując swe słowa głównie do synów i córek Izraela, ostrzega również cały Kościół, aby wierzący oddawali Bogu cześć w sposób godny: „A ponieważ otrzymujemy Królestwo niezmienne, trwajmy w łasce, dzięki której będziemy służyć tak, jak się Bogu podoba, z pobożnością i bojaźnią” (Hbr 12,28). Bardzo sugestywnie brzmią dalsze słowa tego listu, w których autor przywołuje wydarzenia sprzed tysięcy lat, gdy Mojżesz drżał z przerażenia, wchodząc na Bożą górę. Bóg przypomina nam dzisiaj: „Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebiańskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zgromadzenie, do Kościoła pierworodnych, zapisanych w niebiosach, do Boga, sędziego wszystkich, do duchów sprawiedliwych, uczynionych doskonałymi, do Jezusa, pośrednika Nowego Przymierza, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż krew Abla” (Hbr 12,22-24). Dlatego tym bardziej winniśmy oddawać Bogu cześć tak, jak jest to Mu miłe – „z nabożnym szacunkiem i bojaźnią”.

Jeszcze w czasach Mojżesza, gdy Przybytek na pustyni stanowił miejsce objawienia Bożej chwały, a Izraelici padali na oblicza na widok dymu unoszącego się nad namiotem, wokół tego miejsca panowała szczególna atmosfera. Namiot ten nazywano Świętym Przybytkiem ze względu na Bożą obecność. Wydarzenie, o którym chcę przypomnieć, miało miejsce bezpośrednio po wyświęceniu Aarona na kapłana i wyznaczeniu świętych służb, gdy złożono pierwsze ofiary: „Wyszedł bowiem ogień od PANA i strawił ofiarę całopalną i tłuszcz na ołtarzu. Gdy cały lud to zobaczył, krzyknął z radości i upadł na twarz” (Kpł 9,24).

Nie wiemy, ile czasu upłynęło od tego momentu, gdy dwaj synowie Aarona, Nadab i Abihu, znani z nie najlepszego prowadzenia się, „wzięli kadzielnice, włożyli do nich ogień, nałożyli na niego kadzidło i ofiarowali przed PANEM ogień inny niż ten, który był im nakazany” (Kpł 10,1). Reakcja Boga była natychmiastowa – podobnie jak w przypadku Ananiasza i Safiry w czasach apostolskich: „wyszedł ogień od PANA i strawił ich tak, że umarli przed PANEM” (w. 2).

Dlaczego o tym piszę? Jest to naturalna reakcja, jaką powinno mieć każde dziecko Boże na widok współczesnych scen, w których „oddaje się Bogu cześć” przy akompaniamencie – a raczej w muzycznym jazgocie – zespołów heavy metalowych. Zamiast słów uwielbienia dla Pana wszechświata, powtarzane są mantry wywołujące psychiczne odurzenie, zwłaszcza wśród zgromadzonej młodzieży. Widok ludzi trzęsących się w transie nie ma nic wspólnego z nabożnym szacunkiem i bojaźnią Bożą.

Jeśli ktoś uważa, że Bóg porządku i harmonii ma w tym upodobanie, ten najwyraźniej nie bierze na poważnie ostrzeżenia: „Albowiem Bóg nasz jest ogniem trawiącym” (Hbr 12,29).

Załączone do rozważania zdjęcie przedstawia "chrześcijański" zespół, o którym czytamy w Wikipedii - "Stryper – amerykańska grupa muzyczna wykonująca chrześcijański glam metal i cięższe odmiany rocka. Powstała w 1983 roku w hrabstwie Orange (Kalifornia). Zespół początkowo występował pod nazwą Roxx Regime, jednak szybko zmienił repertuar na zawierający wyznania wiary, co skutkowało również zmianą nazwy na Stryper. Nazwa została zaczerpnięta z księgi Izajasza 53:5 - (KJV), natomiast perkusista grupy rozwinął ją później jako akronim słów "salvation through redemption, yielding peace, encouragement and righteousness" ("zbawienie przez odkupienie, uzyskanie pokoju, chęci i sprawiedliwości").

Osobiście uważam, że łączenie ran Chrystusa z taką muzyką jest bluźnierstwem.

Henryk Hukisz

Friday, September 20, 2013

A kto święty, ...

 Apostoł Jan, w proroczej wizji jaką dał mu łaskawie oglądać Chrystus, widział rzeczy niesamowite. Czytelnik księgi, mylnie zwanej Objawieniem Jana, z wielkim zadziwieniem poznaje wydarzenia, których zrozumienie graniczy z cudem. Osobiście bardzo lubię zaglądać na ostatnie stronice „Objawienia Jezusa Chrystusa” (Obj. 1:1), na których malowany jest obraz  nowego nieba i nowej ziemi, gdyż tam „śmierci już nie będzie ani żałoby, ani krzyku, ani bólu już nie będzie; bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Obj. 21:4).

Wierzę, że żyjemy w czasie, w którym „Duch i oblubienica mówią: Przyjdź!” (Obj. 22:17), dlatego powinniśmy zwracać większą uwagę na wszelkiego rodzaju zachęcenia i przestrogi, gdyż „dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy” (1 Tes. 5:2)

Słowo Boże wyraźnie określa rodzaj wydarzeń, jakie będą miały miejsce na naszej ziemi, zanim Bóg wypełni Swój wielki plan odkupienia i zgromadzi wszystkich odrodzonych „nie ze zniszczalnego nasienia, ale z niezniszczalnego, dzięki Słowu Boga, które żyje i trwa” (1 Ptr. 1:23). W tym wielkim momencie nastąpi radykalne oddzielenie „owiec” od „kozłów”, gdyż tylko jedni usłyszą: „Zbliżcie się, błogosławieni Mojego Ojca, weźcie w posiadanie Królestwo, przygotowane wam od założenia świata” (Mat. 25:34).  Pan Jezus na samym początku Swej misji na ziemi zapowiedział wyraźnie, że „nie każdy, kto mówi do Mnie: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios, ale ten, kto spełnia wolę Mojego Ojca, który jest w niebie” (Mat. 7:21). I chociaż wielu będzie się usprawiedliwiać: „Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy w Twoim imieniu, czy w Twoim imieniu nie wypędzaliśmy demonów i w Twoim imieniu nie dokonywaliśmy wielu cudów?” (w. 22), to jednak usłyszą zdecydowane oświadczenie Chrystusa: „Nigdy was nie znałem, odstąpcie ode Mnie wy, którzy się dopuszczacie bezprawia” (w. 23).

Myślę, że współcześnie jest wielu chrześcijan, którzy nie znają tych słów, i nie chcą, aby im ktokolwiek je przypominał. Wielu nauczycieli w kościołach nie zwiastuje takiej ewangelii, wolą raczej mówić o tym, że łaskawy Bóg Ojciec przyjmie każdego, kto ma taką nadzieję. Przecież – mówią – Bóg jest miłością, i nikogo nie pośle do piekła. Zapomina się jednak, że oprócz miłości, święty Bóg nie przestaje być sprawiedliwym Bogiem. Dlatego apostoł Paweł, już na samym początku istnienia Kościoła wyprowadzał wierzących z błędu pisząc, że „Bóg nie pozwala szydzić z Siebie. Co bowiem człowiek posieje, to będzie zbierał” (Gal. 6:7)

Czyżby nasze zbawienie zależało od naszych uczynków? Przenigdy! Nasze uczynki są natomiast świadectwem prawdziwego odrodzenia z nasienia niezniszczalnego, czyli przez Słowo Boże, które jedynie trwa na wieki. Jeśli naprawdę zaufaliśmy Chrystusowi i poszliśmy Jego śladem, biorąc swój krzyż każdego dnia, „abyśmy tak, jak Chrystus został wskrzeszony z martwych dzięki chwale Ojca, i my prowadzili nowe życie” (Rzym. 6:4). Jedynie, będąc wszczepieni w Niego, w prawdziwy krzew winny, możemy wydawać w naszym życiu prawdziwy owoc Duch Świętego. 

Gdy przypomnimy sobie słowa, jakimi apostoł Paweł charakteryzuje chrześcijan czasów ostatecznych, to zrozumiemy, że wśród wierzących będzie wielu, „udających pobożność, ale odrzucających jej moc” (2 Tym. 3:5). Pozór, czyli zewnętrzna forma, nazewnictwo, ceremonie, tradycje,... to wszystko, co we współczesnym chrześcijaństwie zaczyna motywować ludzi do przyłączenia się. Można pewne wydarzenia nazywać poprawnie, jak np. „jedni sercem, jedni duchem”, albo „wolni w Chrystusie”, lecz czy naprawdę „szata zdobi człowieka”? Takie akcje porywają tysiące i w tłumie łatwiej jest wołać „Pani, Panie”. Lecz czy po takim „evencie” spadnie niemoralność i wzrośnie dobroć i miłość wśród ludzi na co dzień? Jak widzimy, w naszym tzw. "chrześcijańskim" narodzie, rośnie fala hejtu, który ostatnio wkrada się w szeregi pro katolickich przedstawicieli władzy.

Pan Jezus, Głowa Kościoła, daje wyraźne polecenie tym, których usprawiedliwił -„kto jest święty, niech się jeszcze uświęci” (Obj. 22:11). Czyżby nie wystarczyła świętość, jaką nabywa się w chwili narodzenia na nowo? Przecież Słowo Boże zapewnia nas, którzy weszliśmy na drogę odrodzenia, że już mamy życie wieczne, że jesteśmy „świętymi”, a szata sprawiedliwości Chrystusowej osłania nas przed świętym wzrokiem wszechwiedzącego i sprawiedliwego Boga. Dlaczego więc mamy jeszcze się uświęcać?

Posłuchajmy wspaniałej nauki apostoła Piotra, który wszedł na drogę, na której Pan prowadził go tam, gdzie nie chciał, aby swoją „śmiercią uwielbić Boga” (Jan 21:19). W liście do rozproszonych dzieci Bożych, czyli do tych, którzy nazywani zostali świętymi, Piotr pisał – „Jako posłuszne dzieci nie ulegajcie pożądliwościom, które kierowały wami wcześniej, gdy żyliście w nieświadomości, ale za przykładem świętego, tego, który was powołał, sami też bądźcie święci w swoim postępowaniu” (1 Ptr. 1: 14-16). Czyżby te słowa odnosiły się tylko do tych, którzy kiedyś byli rzucani dzikim zwierzętom na pożarcie, albo paleni na średniowiecznych stosach?

Myślę, że chrześcijanie naszej doby, zamiast dyskutowania na temat spędzania nago wolnego czasu w saunie, pokładając ufność w swojej wewnętrznej czystości myśli, powinni bardziej mieć na uwadze to wezwanie do świętości. Uważam, że nie powinno być przyzwolenia na nieuczciwość pośród nauczycieli Słowa Bożego, zakładając, że nawet przez „obłudne zwiastowanie” Bóg może zbawić grzesznika. Apostoł Paweł przestrzega wszystkich wierzących: "Tak więc każdy, kto  myśli, że stoi, niech uważa, aby nie upadł" (1 Kor. 10:12).

Powrócę na koniec do apostoła Piotra, który mając na uwadze brak czujności w czasach ostatecznych, wzywał wierzących, uświęconych i oczyszczonych krwią Baranka, że „skoro to wszystko zostanie zniszczone, to jacy wy powinniście być w świętym postępowaniu i pobożności, oczekując  przyjścia dnia Boga” (2 Ptr. 3: 11,12). Mając to właśnie na uwadze, Piotr pisze dalej: "Dlatego umiłowani, oczekując tego, postarajcie się, abyście zostali przez Niego znalezieni bez skazy i nagany w pokoju" (w. 14).

Jestem głęboko przekonany, że polecenie, jakie Pan Jezus kazał zapisać Janowi na wyspie Patmos „kto jest sprawiedliwy, niech jeszcze czyni sprawiedliwość, a ten, kto jest święty, niech się jeszcze uświęci(Obj. 22:11), odnosi się szczególnie do Kościoła czasów ostatecznych, czyli do nas.

Henryk Hukisz

Wednesday, September 18, 2013

Kogo głosimy?

W poradnikach na temat prowadzenia biznesu znajdziemy wiele dobrych rad, które powinniśmy stosować, jeśli chcemy odnieść sukces. Jedną z nich jest zwrócenie uwagi na zdobyte doświadczenia, osiągnięte odznaczenia czy posiadane wykształcenie.
Nie dziwi mnie widok ścian z certyfikatami wszelakiej maści, mówiące potencjalnym klientom o zdobytych wyróżnieniach przez fryzjera, agenta ubezpieczeniowego, czy sprzedawcę nieruchomości. Przyznam, że to robi wrażenie, gdy widzę jakie sukcesy w dziedzinie uprawianej działalności odnosi fachowiec, u którego chcę dobrze załatwić swoją sprawę.
Lecz jeśli w gabinecie pastora widzę na ścianie wywieszone przeróżne „świadectwa wielkości”, czuję się jakoś dziwnie. Nie dlatego, że takowych nie posiadam, lecz zastanawia mnie, czemu mają one służyć. Chyba tylko jednemu, abym poczuł się małym wobec człowieka, który już tyle w życiu osiągnął.
Powszechnie jest przyjęte, że w środowisku ludzi wierzących posługujemy się zwrotami „brat”, lub „siostra”, wyrażając w ten sposób przynależność do jednej rodziny w Chrystusie. Chociaż osobiście wolę mówić po imieniu, gdyż tak zwracam się w mojej fizycznej rodzinie, i nikt nie jest z tego powodu obrażony. Posługiwanie się zwrotami „brat, siostra”, może nieraz spowodować dość zabawną sytuację. Znam pewną siostrę w Chrystusie, która była lekarką pracującą w miejskim szpitalu. Pewnego razu, odwiedzając chorych leżących w wieloosobowej sali, spotkała tam siostrę ze zboru, która powitała ją dość głośno słowami: „Witam siostrę”. Słowa te wywołały zdziwienie u pozostałych chorych znajdujących się w tym pokoju, którzy zwyczajowo zwracali się tak do pielęgniarek, a nie do lekarza.
Moje spostrzeżenia nie są czystym wymysłem, gdyż mógłbym podać wiele przykładów. Posłużę się tylko kilkoma świadectwami, na potwierdzenie mojego zaniepokojenia. Znam wielu pastorów, sam jestem jednym z nich, dlatego tym bardziej byłem zaskoczony, gdy zobaczyłem w biurze „kolegi po fachu” wiszące na ścianie świadectwo tytułu dokrota teologii wiedząc, że edukację zakończył bodajże na poziomie matury. Na jakimś zgromadzeniu chrześcijańskim zwrócono publicznie uwagę, aby do wymienionej z nazwiska siostry w Chrystusie zwracać się per „siostra docent”. Innym znów razem byłem zaskoczony widząc pieczątkę pastora, który pod tytułem "Pastor", przed swoim nazwiskiem umieścił skróty: „mgr inż”. W tym momencie przypomniałem sobie słowa apostoła Pawła, człowieka bardzo wykształconego, któty napisał o sobie – „Albowiem nie siebie samych głosimy, lecz Chrystusa Jezusa, że jest Panem, o sobie zaś, żeśmy sługami waszymi dla Jezusa” (2 Kor. 4:5). Niedawno znalazłem  w osobistej notatce jednego z pastorów, że aktualnie doktoryzuje się. Tą informacją wyprzedził fakt zdobycia tytułu co najmniej o cztery lata - niech ludzie wiedzą, kim będzie.
Jan Chrzciciel, człowiek który osobiście znał Chrystusa, i poznał Jego wielkość, powitał Pana słowami: „nie jestem godzien, schyliwszy się, rozwiązać rzemyka u sandałów jego” (Mar. 1:7). Później, gdy poznał Jezusa jeszcze lepiej, o swoim udziale w Bożym planie posłania Zbawiciela świata, wyznał: „Nie może człowiek niczego wziąć, jeśli mu nie jest dane z nieba” (Jan 3:27). A gdy doznał wielkiej radości, uświadamiając sobie fakt, że może być przyjacielem Oblubienicy, wykrzyknął: „On musi wzrastać, ja zaś stawać się mniejszym” (w. 30).
Apostoł Paweł, chociaż osobiście nie spotkał się z Chrystusem, poznał w pełni, i to dość boleśnie, że wielkość i znaczenie znajdował w służeniu, a nie w  chlubieni się sobą czy zdobytymi tytułami. Dlatego oświadczył całemu Kościołowi – „Najchętniej więc chlubić się będę słabościami, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusowa” (2 Kor. 12:9). We wszystkim co robił w Bożym Królestwie, starał się czynić jedno, aby "z całą odwagą i jawnie moim postępowaniem uwielbiać Chrystusa" (Fil. 1:20 [BW-P]). Dlatego w swoich listach do wierzących rozsianych po całym Imperium Rzymskim pisał o Chrystusie, który "przyszedł na świat, aby zbawić grzeszników, z których ja jestem pierwszy" (1 Tym. 1:15). Mając na uwadze poprawne prezentowanie się przed ludźmi, polecił Tymoteuszowi, aby "pewnym ludziom przykazał, aby nie nauczali inaczej niż my" (w. 3). Sądzę więc, iż to polecenie powinno być honorowane również i przez obecnych nauczycieli, gdyż zawsze jesteśmy tylko sługami Jezusa Chrystusa.
Skoro nauka apostolska obejmuje rownież i to zagadnienie, jak mamy ukazywać siebie wobec bliźnich, apostoł Paweł radzi wierzącym w Filippi, a myślę, że i współczesnym chrześcijanom również – „w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie” (Fil. 2:3). Za wzór mamy Chrystusa, który, „chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej” (w. 6-8).
A przecież wszyscy jesteśmy uczniami Chrystusa!
Kogo więc głosimy, siebie, czy Pana?
Henryk Hukisz

Sunday, September 15, 2013

Chrześcijański "cruse control"


 Coraz więcej współcześnie produkowanych samochodów zostaje wyposażych we wszelkiego rodzaju urządzenia wspomagające kierowanie nimi. Oprócz, już powszechnie spotykanych urządzeń jak klimatyzacja, nawigacja satelitarna, czy „cruse control”, samochody posiadają możliwość prawie że bezosobowego prowadzenia. Urządzenia te potrafią ostrzegać przed kolizją, sygnalizują mimowolną zmianę pasa, którym pojazd się porusza, czy nawet mogą automatycznie utrzymywać jazdę po właściwym pasie ruchu, a  w razie niebezpieczeństwa potrafią spowodować zatrzymanie, po uprzednim sygnalizowaniu szarpnięciami pasów bezpieczaństwa. Posiadając samochód tak wyposażony, można prawie że, ustawić w czasie jazdy „cruse control”, włączyć wszystkie urządzenia zapewniające bezpieczeństwo, i uciąć sobie drzemkę za kierownicą, a na wszelki wypadek należy jeszcze ustawić na zegarze alarm, aby obudzić się przy ulubionej melodii z zasobów zgromadzonych na wewnętrznym twardym dysku. Obawiam sie jednak, że jeśli w ogóle się obudzimy, to przy dźwięku syren ambulansu i wozów policyjnych.
Wyjaśniam, że angielskojęzyczne wyrażenie „cruse control”, w Polsce znane jako „tempomat”, brzmi dla mnie lepiej, jako, że polskie kojarzy się bardziej z tępotą niż z automatyczną kontrolą prędkości poruszania się samochodu. Chyba że, twórcy tego pojęcia mieli na uwadze jego przeznaczenie dla tępych kierowców.
Nie o samochodach, ani o ich wyposażeniu chcę jednak pisać, lecz o naszej „jeździe” w chrześcijańskim życiu. Biblijne pojęcie życia odnosi się w prawdzie do chodzenia a nie do jazdy, ale w tamtym czasie nie znano jeszcze pojazdów mechanicznych. Apostoł Paweł pisał o naszym życiu porównując je do chodzenia. Pisze, że „niegdyś chodziliście według modły tego świata, naśladując władcę, który rządzi w powietrzu, ducha, który teraz działa w synach opornych” (Efez. 2:2). Natomiast teraz, gdy już poznaliśmy Pana Jezusa, Paweł powiedział, że jesteśmy „stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili” (w. 10). Myślę więc, że bez popełnienia wielkiego błędu teologicznego, mogę powiedzieć, że obecnie bardziej jeździmy, niż chodzimy w naszym życiu z Panem. Wszystkie cechy odnoszące się do chodzenia, można zastosować do naszej codziennej „jazdy” w Chrystusie.
Zasadnicza kwestia dotycząca naszego codziennego naśladowania Pana, polega na tym, że poruszamy się w określonym przez Boga środowisku. Apostoł Jan wyraził to jednoznacznie, że „jeśli mówimy, że z nim społeczność mamy, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie trzymamy się prawdy” (1 Jan 1:6). W tym momencie przypomniałem sobie chrześcijańskią piosenkę, której słowa porównują moje życie do jazdy samochodem. Treść tej piosenki mówi, że kiedyś kierowałem swoim samochodem sam, aż w pewnym momencie dodałem więcej gazu, i rozbiłem wóz. Natomiast od chwili, gdy oddałem kierownicę w ręce Jezusa, siedzę sobie bezpiecznie na fotelu pasażera. W rzeczywistości jest jednak tak, że nadal ja kieruję swoim życiem, słuchając wskazówek Pana, który zna każdy zakręt i niebezpieczeństwo na drodze mojego życia. Pan chce prowadzić mnie przez zawiłości i problemy życia wedłuch Bożej mądrości i wiedzy, dlatego moim zadaniem  jest ciągle Go słuchać i posłusznie wykonywać każdy manewr, aby się nie rozbić.
Powołując się na słowa apostoła Jana, możemy powiedzieć, że jeśli jeździmy „w światłości, jak On sam jest w światłości, społeczność mamy z sobą, i krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu” (1 Jan 1:7). Boża światłość, w jakiej obecnie znajdujemy się, zapewnia nam bezpieczeństwo poruszania się w najwyższym stopniu. W tej światłości ujawniane są natychmiast wszelkie błędy nawigacyjne, gdyż sam Chrystus powiedział: „kto postępuje zgodnie z prawdą, dąży do światłości, aby wyszło na jaw, że uczynki jego dokonane są w Bogu” (Jan 3:21). Dlatego Słowo Boże przypomina nam nieustannie, że „byliście bowiem niegdyś ciemnością, a teraz jesteście światłością w Panu. Postępujcie jako dzieci światłości” (Efez. 5:8).   
Postępowanie w światłości, to jazda z ciągle napiętą uwagą, aby nie wpaść w dziurę na drodze, jakich jest wiele, gdyż nasz przeciwnik ciągle zastawia na nas pułapki. Dlatego powinniśmy mieć zawsze łączność z Panem, który nam podpowiada, jak jechać uważnie. Pan Jezus dał nam wspaniałą obietnicę, mówiąc, że „gdy przyjdzie On, Duch Prawdy, wprowadzi was we wszelką prawdę, bo nie sam od siebie mówić będzie, lecz cokolwiek usłyszy, mówić będzie, i to, co ma przyjść, wam oznajmi” (Jan 16:13).  Dlatego później, apostoł Paweł napisał do wierzących, że „ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi” (Rzym. 8:14). Prowadzenie Ducha Świętego nie polega na zmuszaniu nas do wykonywana takich a nie innych manewrów, lecz doradza nam, jak mamy jechać.On nie przejmuje kierownicy naszego życia, lecz mówi nam jak mamy jechać. Dlatego musimy ciągle Go słuchać, aby być gotowymi do wykonania każdego polecenia.
Codziennym zadaniem dziecka Bożego, które pragnie poruszać się w światłości, zgodnie z Bożymi regułami życia, jest uważna jazda. Apostoł Jan określa taki stan trwaniem w społeczności z Bogiem. To coś więcej niż chodzenie do kościoła, niż udział w nabożeństwach, śpiewie nabożnych pieśni, czy nawet głośne modlitwy w społeczności wierzących.
Niestety, wielu uważa, że to wystarczy, aby spokojnie jachać swoim chrześcijańskim samochodem, w którym ustawiona jest jazda na „cruse control”. W międzyczasie można przecież zajmować się wieloma innymi sprawami, które potrafią coraz bardziej absorbować naszą uwagę. Nawet nie zauważymy, jak znajdziemy się na poboczu, albo na innym pasie ruchu, który nie prowadzi do Bożego celu.
Apostoł Piotr, gdy powoli dojeżdżał do swojego życiowego portu, skierował do wierzących słowa zachęty: „Dlatego, bracia, tym bardziej dołóżcie starań, aby swoje powołanie i wybranie umocnić; czyniąc to bowiem, nigdy się nie potkniecie. W ten sposób będziecie mieli szeroko otwarte wejście do wiekuistego Królestwa Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa” (2 Ptr. 1:10,11).
Do czego dokładamy więcej starań, do spraw Bożych, czy doczesnych, które chociaż są nieraz konieczne, lecz znajdują się zawsze na drugim planie? Jeśli wpadliśmy już w pułapkę jazdy na "cruse control", zanim zdarzy się coś nieprzewidzianego, Duch święty przypomina nam, że "że już czas, że już nadeszła pora, abyście się snu obudzili, albowiem teraz bliższe jest nasze zbawienie, niż kiedy uwierzyliśmy" (Rzym. 13:11).
Henryk Hukisz 

P.S. Osobiście nie korzystam z "cruse control" podczas jazdy, nawet na autostradzie.

Monday, September 2, 2013

Przeklęte błogosławieństwo

Malachiasz, ostatni z proroków Starego Testamentu, sformułował wiele kluczowych prawd o Bożych oczekiwaniach wobec Izraela. Pan Jezus ujął tę samą myśl w rozmowie z Samarytanką, podkreślając: „Prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i prawdzie, bo takich czcicieli szuka Ojciec” (J 4,23). Malachiasz w swojej proroczej wizji szczegółowo diagnozuje religijność narodu wybranego – pisze wprost o postępującym zaniku bojaźni Bożej, co kontrastuje z uporczywym trwaniem ludu w zewnętrznych ceremoniach.

We wstępie do proroctwa Bóg przypomina potomkom Jakuba o ich wybraniu, które było wyrazem Jego ogromnej miłości. Pan błogosławił narodowi przez wieki, mimo jego nieustannych niewierności. Boża miłość była tak cierpliwa, że nawet wyrok siedemdziesięcioletniej niewoli babilońskiej miał na celu jedynie opamiętanie ludu. Prorok, posługując się obrazem relacji rodzinnej, pyta w imieniu Boga: „Syn czci ojca, a sługa swego pana. Jeżeli jestem ojcem, gdzież jest cześć dla Mnie? A jeżeli jestem panem, gdzież jest bojaźń przede Mną? – mówi Pan Zastępów” (Ml 1,6).

Pułapka religijnej rutyny

Izraelici, mimo żarliwych wezwań Pana do nawrócenia, trwali w obrzędach, łudząc się, że Boga można oszukać. Już wcześniej prorok Izajasz wskazywał na ten sam problem: mnożenie modlitw i świąt przy sercach dalekich od Boga staje się dla Niego ciężarem. Bóg zażądał wówczas: „Nie składajcie więcej ofiar bezwartościowych! [...] Nie mogę ścierpieć świąt i uroczystości” (Iz 1,13).

Za czasów Malachiasza sytuacja była podobna, lecz bardziej dramatyczna. Izraelici, ośmieleni brakiem natychmiastowej kary, zaczęli składać ofiary z tego, co było ślepe, kulawe i chore. Rozbestwieni w tym procederze, otwarcie twierdzili: „Stół Pana jest zbezczeszczony, a ofiarowany na nim pokarm – to rzecz godna pogardy” (Ml 1,12). Wobec takiej postawy Bóg odpowiedział stanowczo: „Rzucę na was przekleństwo i przeklnę wasze błogosławieństwo. Przeklnę je, ponieważ nie bierzecie sobie tego do serca” (Ml 2,2).

Jest to jedna z najsurowszych przestróg w Piśmie Świętym. Istotą problemu był brak chęci oddawania Bogu czci, na jaką zasługuje – czyli takiej, „która Mu się podoba: z nabożnym szacunkiem i bojaźnią” (Hbr 12,28). Bóg, w swojej tęsknocie za autentyczną relacją, prosił niemal z desperacją: „Kto między wami zamknie bramy świątyni, abyście nie zapalali ognia na moim ołtarzu daremnie?” (Ml 1,10). Zamiast posłuchu, Juda uprawiał duchowe cudzołóstwo, „zbezcześcił świątynię, którą Pan miłuje, i pojął za żonę córkę obcego boga” (Ml 2,11).

Nadzieja dla narodów

Księga Malachiasza zawiera jednak wiele zapowiedzi zbawienia dla pogan. Bóg, kontrastując hipokryzję Izraela z czcią innych narodów, ogłasza: „Od wschodu słońca aż po jego zachód wielkie jest imię moje między narodami, a na każdym miejscu składają kadzidło i czystą ofiarę memu imieniu, bo wielkie jest imię moje między narodami – mówi Pan Zastępów” (Ml 1,11). To proroctwo rzuca światło na słowa Jezusa o „prawdziwych czcicielach”, którzy są mili Bogu.

Można zapytać: dlaczego współczesny Kościół miałby się tym przejmować? Odpowiedź jest kluczowa. Apostoł Paweł przypomina, że „odrzucenie ich (Izraela) stało się pojednaniem świata” (Rz 11,15), a chrześcijanie, choć wywodzą się z „dzikiego drzewa oliwnego”, zostali wszczepieni w ten sam korzeń. Paweł ostrzega: „Bacz, abyś i ty nie stał się nieostrożny! Jeśli bowiem Bóg nie oszczędził gałęzi naturalnych, może nie oszczędzić i ciebie” (Rz 11,21).

Kościół czasów ostatecznych

Studiując listy pasterskie Pawła do Tymoteusza, dostrzegam przejmujący opis Kościoła czasów ostatecznych. Głównym niebezpieczeństwem jest porzucenie zdrowej nauki. Paweł ostrzega: „Przyjdzie bowiem czas, kiedy nie ścierpią zdrowej nauki, ale według swoich upodobań zbiorą sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, i odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom” (2 Tm 4,3-4).

Współczesny stan wspólnot jest łatwy do przewidzenia, gdy przestaje się dbać o naukę apostolską. Paweł dwukrotnie diagnozuje przyczyny tego stanu:

1.   „Duch wyraźnie mówi, że w późniejszych czasach niektórzy odpadną od wiary, skłaniając się ku duchom zwodniczym i naukom szatańskim, uwiedzeni obłudą kłamców...” (1 Tm 4,1-2).

2.   „W dniach ostatecznych nastaną trudne czasy: Ludzie bowiem będą samolubni, chciwi, chełpliwi, pyszni [...] miłujący bardziej rozkosze niż Boga” (2 Tm 3,1-4).

Błędem byłoby sądzić, że te słowa dotyczą tylko świata zewnętrznego. Paweł pisze o ludziach, „którzy przybierają pozór pobożności, podczas gdy życie ich jest zaprzeczeniem jej mocy” (2 Tm 3,5). To osoby, które „zawsze się uczą, a nigdy dojść nie mogą do poznania prawdy” (w. 7). Jest to przerażający portret ludzi wierzących wewnątrz Kościoła.

Z niepokojem obserwuję, jak w naszych zborach przenikają cechy Kościoła odstępczego. Przywódcy, zamiast reagować na ten proces, skupiają się na innowacyjnych metodach uwielbienia, zapożyczonych ze świata. Koncerty i programy społeczne często służą przypodobaniu się ludziom, a nie Bogu. Kiedyś pastor dużego zboru wyznał mi, że musi studiować „zarządzanie masą ludzką”, by lepiej zarządzać zborem. Ja natomiast – być może zbyt naiwnie – wierzyłem, że to Duch Święty jest jedyną siłą kierowniczą w Kościele.

Czasem waham się, czy warto poddawać te zjawiska szczegółowej analizie. Obawiam się, że będzie to tylko „głos wołającego na pustyni”. Kto dziś zaryzykuje zastosować się do zachęty apostoła Pawła: „żebyś niektórym nakazał nie nauczać błędnie” (1 Tm 1,3) i – jeśli trzeba – usunąć ich ze zboru? Słowo Boże jest jasne: „Człowieka, który wywołuje odszczepieństwo, po pierwszym i drugim upomnieniu unikaj” (Tt 3,10). Zamiast tego, w imię źle pojętej tolerancji, pozwalamy takim osobom nauczać i prowadzić wspólnoty.

Pamiętajmy jednak o łasce, która nas naucza, że Chrystus „wydał samego siebie za nas, aby nas wykupić od wszelkiej nieprawości i oczyścić sobie lud na własność, gorliwy w dobrych uczynkach” (Tt 2,14). Natomiast autor Listu do Hebrajczyków ostrzega: „Uważajcie, abyście nie zrezygnowali ze słuchania Tego, który mówi. Jeśli bowiem tamci nie uniknęli kary, gdy zrezygnowali ze słuchania Tego, który pouczał na ziemi, to o wiele bardziej nie unikniemy jej my, którzy odwracamy się od Tego, który poucza z niebios” (Hbr 12,25).

Brak błogosławieństwa w dzisiejszych zborach – co w rzeczywistości jest stanem duchowego przekleństwa – może wynikać właśnie z prób oszukiwania Boga i zapalania na ołtarzu Jego chwały „cudzego ognia”.

Henryk Hukisz

Sunday, September 1, 2013

Narodowa pamięć


1 września 1939 roku – to data, która w moim życiu będzie zawsze kojarzyć się z rozpoczęciem II wojny światowej. Chociaż tego dnia nie było mnie jeszcze na świecie, lecz wychowałem się w czasie, gdy ta data była wspominana każdego roku na różnych uroczystościach i akademiach, dlatego nie jest mi obojętne, co się wówczas wydarzyło. Lecz pomimo tego uważam, że wspominanie nawet najbardziej tragicznych wydarzeń, nie powinno prowadzić do podziałów, wypominań i rewanżu.

Z niepokojem patrzę na dzielenie naszego narodu na lepszych i gorszych, na "dobrą zmianę" i "zdradzieckie mordy". Nawet rocznica II wojny staje się powodem do podkreślania różnic w pojmowaniu historii, tak głębokich, że organizuje się oddzielne obchody rocznicowe. Zamiast wojny, którą wspomina się, toczy się wewnętrzną wojnę podziału narodu, do tego stopnia, że wkrada się ten podział do wspólnot ludzi wierzących. Tego pojąc za nic nie potrafię, gdyż naszą prawdą jest Chrystus, a nie zrozumienie historii, którą zaczęto pisać na nowo.
W Starym Testamencie, Bóg nakazywał Swojemu ludowi, aby zachowywali w pamięci i przekazywali kolejnym pokoleniom to, co wydarzyło się w ich historii. Obecnie też wielu mówi, że znajomość historii swojego narodu kształtuje jego świadomość. Izrael, pamięć o holokauście wpisał w swoją rzeczywisość jako obywatelski obowiązek.  
Wydarzenia tego typu, jak wojny, ludobójstwa, okupacje, różnią się od innych narodowych tragedii, takich jak trzęsienia ziemi, powodzie, susze tym, że są powodowane przez ludzi. Dlatego we wspomnieniach o wojnach, pojawia się kwestia jak należy odnosić się w przyszłości do narodów, które te tragedie spowodowały. Najczęściej jest tak, że po zakończeniu wojny ci, którzy ją wywołali, zostali ukarani i usunięci z politycznej mapy. Lecz nadal żyją ludzie, którzy nie są bezpośrednio odpowiedzialni za to, co zrobili ich przywódcy. Bądąc wychowywany przez system oświatowy Polski Ludowej, uważałem każdego Niemca za wroga. Nawet wiele lat po wojnie, gdy odwiedzałem moich krewnych w byłym ZSRR, zauważyłem, że tam słowo „germaniec”, było synonimem złoczyńcy, chuligana, czyli każdego człowieka o złym charakterze.
Później, gdy zacząłem tworzyć własne pojęcia w oparciu o pełniejsze poznanie historii, a szczególnie dzięki znajomości prawd biblijnych, starałem się patrzeć na każdego człowieka przez pryzmat jego postępowania. Odwiedzając nieraz sąsiadów na Zachód od Polski, tych "wschodnich" jak i "zachodnich", starałem się patrzeć na ludzi niezależnie od ich  historii. Spotykałem się nieraz z większą sympatią wśród Niemców, niż byłem traktowany przez swoich rodaków w kraju. Ludzie są po prostu ludźmi, niezależnie od narodowości
Apostoł Piotr, gdy został zaproszony do domu poganina, a do tego, do swego okupanta, wpierw opierał się, lecz bardziej ze względów religijnch, niż politycznych. Gdy dał się już przekonać, ponieważ zrozumiał, że Bóg inaczej patrzy na ludzi, poszedł i przywitał zgromadzonych słowami: „Teraz pojmuję naprawdę, że Bóg nie ma względu na osobę, lecz w każdym narodzie miły mu jest ten, kto się go boi i sprawiedliwie postępuje” (DzAp. 10:34,25).
Pan Jezus, będąc Żydem znającym i przestrzegającym Zakon, z jednej strony zachowywał Swoją odrębność narodową, z drugiej natomiast, nauczał: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mat. 5:44). A przecież wiedział, że w Zakonie jest napisane: „Będziesz miłował bliźniego swego, a będziesz miał w nienawiści nieprzyjaciela swego” (w. 43). Czyżby świadczyło to, o wewnętrznej sprzeczności? Z pewnością, nie! Chrystus jest Panem wszystkich ludzi, bez względu na przynależność narodową i na nikogo nie patrzy przez pryzmat wydarzeń historycznych.
Pan Jezus jest Zbawicielem, a to znaczy, że Jego śmierć na krzyżu Golgoty, jest ofiarą odkupienia dla ludzi ze wszystkich narodów. Boże odkupienie jest doskonałe i zmywa wszystkie grzechy. Oczywiście wiemy, że droga prowadząca do uzyskanie przebacznenia grzechów prowadzi przez pokutę i przyjęcie go wiarą. Pan Jezus, po swoim zmartwychwstaniu, powiedział uczniom: „Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mat. 28:19). Ewangelista Łukasz wyjaśnia bardziej precyzyjnie na czym ma polegać wypełnianie tego polecenia  „począwszy od Jerozolimy, w imię jego ma być głoszone wszystkim narodom upamiętanie dla odpuszczenia grzechów” (Łuk. 24:47).
Bożym celem, do którego zrealizowania prowadzi Jego plan zbawienia, jest wieczność. Tam nie będzie już podziału na narody, nie będzie już pamięci historycznej, lecz będzie tam „tłum wielki, którego nikt nie mógł zliczyć, z każdego narodu i ze wszystkich plemion, i ludów, i języków, którzy stali przed tronem i przed Barankiem, odzianych w szaty białe, z palmami w swych rękach” (Obj. 7:9).
Jestem pewien, że tam nikt nawet nie pomyśli o tym, aby wspominać ziemską przeszłość, ponieważ serca i umysły wszystkich będą wypełnione jednym pragnieniem - oddawaniem czci i chwały Barankowi – „Godzien jesteś wziąć księgę i zdjąć jej pieczęcie, ponieważ zostałeś zabity i odkupiłeś dla Boga krwią swoją ludzi z każdego plemienia i języka, i ludu, i narodu” (Obj. 5:9).
Póki co, pamiętajmy o swojej historii, lecz żyjmy nadzieją nowej rzeczywistości.
Henryk Hukisz