Tuesday, July 21, 2026

Starość według Biblii

Gdy przyglądamy się starości, zaczynamy wątpić w podstawową prawdę, że życie jest darem od Boga w każdej swojej fazie. Nasze zaangażowanie na rzecz ochrony życia odnosi się do walki o nienarodzone dzieci, którym grozi aborcja. Mówimy wówczas, że dostrzegamy w nich żywy obraz Boga. Musimy jednak zauważyć fakt, że należy chronić i szanować ludzkie życie od samych jego początków aż po kres — od narodzin do grobowej deski. Ta prawda zawarta została w liturgicznym zwrocie „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”.

Ten świat potrafi docenić co najwyżej pierwszą połowę ludzkiego życia. Druga — oznaczana przez powolną, lecz nieuchronną utratę sił fizycznych — staje się w jego oczach bezwartościowa. Wprawdzie chętnie powtarzamy, że każde życie ma wartość, ale czy potwierdzamy to codzienną praktyką? Jednym z najprostszych, a zarazem najbardziej wyrazistych sposobów, w jaki współczesny Kościół może stanąć w poprzek kulturowym trendom, jest przyjęcie, ochrona i okazywanie szacunku ludzkiemu życiu również w jego późnych latach.

Światowa narracja walki ze starością napędzana strachem głosi: Nie starzej się, bo staniesz się niewidzialny, niepotrzebny, staniesz się ciężarem dla innych.

Biblia natomiast wyrażą się o starości słowami pełnymi radości: Przyjmij upływ czasu z pełną satysfakcją, ponieważ jest ona naznaczona mądrością a jej wartością jest doświadczenie całego życia. W Bożej rodzinie nikt nie staje się niepotrzebny.

Co mówi Biblia na temat starości:

Po pierwsze: Pismo Święte ukazuje starość nie jako ubytek, lecz jako dopełnienie i pogłębienie tożsamości. Osoby starsze są w nim przedstawiane jako stróżowie międzypokoleniowego bogactwa, którego nie da się zdobyć inaczej niż przez lata doświadczeń oraz — w przypadku wierzących — przez owocną pracę Ducha Świętego. Choć charakter ich wkładu w społeczeństwo z czasem się zmienia. To jak mówi psalmista: „Jeszcze na starość wydadzą owoc, będą żywotni i pełni sił” (Ps 92, 15).

Tytuły i stanowiska mogą przeminąć, ale ludzkie wnętrze zapuszcza coraz głębsze korzenie. Dojrzały wiek wnosi mądrość, której nie sposób kupić ani przyspieszyć.

Po drugie: Słowo Boże przypomina, że osoby starsze są bezcenne. Ich doświadczenie i wgląd w życie czynią ich godnymi szczególnej czci: „Przed człowiekiem o siwych włosach wstaniesz i uszanujesz starca, a okażesz bojaźń wobec swojego Boga. Ja jestem Panem” (Kpł 19, 32). Ich perspektywa jest niezbędna dla zdrowia rodziny — zarówno tej naturalnej, jak i wspólnoty Kościoła. Mądrość ta powinna gwarantować im miejsce w samym centrum naszego życia, a nie na jego marginesie. To zaś nadaje ich egzystencji sens do samego końca.

Po trzecie: Sędziwy mąż Boży Hiob zadaje retoryczne pytanie: „Czy mądrość nie należy do starszych, czy długie życie nie daje roztropności” (Hi 12, 12). Jest to jakość, którą wykuwa wyłącznie czas i działanie Ducha. Starsze małżeństwo siedzące w kościelnej ławce może nie potrafi zaktualizować aplikacji w swoim smartfonie, ale z pewnością wie więcej o wierności, przebaczeniu i wychowaniu dzieci. Twoja babcia, która nigdy nie stosowała zabiegów medycyny estetycznej, może nosić w sobie sekret wewnętrznego piękna — sekret, którego z pewnością potrzebują młodsi.

Po czwarte: Biblia uczy, że starość jest darem, którym należy mądrze zarządzać. Słowa o tym, że „Siwe włosy są koroną chwały” (Prz 16, 31) mogą budzić dziś uśmiech pobłażania, lecz wielu ludziom nie jest dane dożyć tego wieku. Dla tych, którzy otrzymują tę koronę, staje się ona czasem podarowanym na budowanie więzi międzypokoleniowych i wierną służbę. Owszem, wiek osłabia zdrowie i wymaga opieki, ale nawet w tym doświadczeniu towarzyszy nam podtrzymująca obecność Boga: „Aż do waszej starości się nie zmienię, aż do wieku sędziwego  będę was dźwigać. Ja was uczyniłem i Ja będę nosić, Ja będę dźwigać i ratować” (Iz 46, 4). Bóg potrafi obrócić ku dobremu starcze ułomności a zmarszczki na ich twarzach przypominają o Bogu, który daję siłę do przetrwania.

Po piąte: Pismo Święte nakłada na nas święty obowiązek troski o starszych: „Szanuj swego ojca i matkę, aby długie było na ziemi twoje życie, które Pan, twój Bóg, da tobie” (Wj 20, 12; por. 1 Tm 5, 8). Jest rzeczą oczywistą, że sędziwy wiek naturalnie wiąże się z koniecznością wsparcia ze strony młodszych. Zamiast traktować opiekę jako uciążliwą konieczność, Biblia widzi w niej naturalny, piękny rytm życia. Troska o rodziców bywa trudna, ale jest dławiącym serce dłużną wdzięczności. Nawet tam, gdzie relacje z rodzicami były trudne, dojrzałość wzywa do udzielenia pomocy na miarę możliwości, w duchu przebaczenia.

Po szóste: Biblia stwierdza nieomylnie, że nasze dni są policzone przez Boga, a mądrość polega na umiejętności ich właściwego szacowania: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zyskali mądre serce” (Ps 90, 12). Chrześcijańskie godzenie się z wiekiem wynika z pojęcia łaski: czas dany przez Boga jest bezcenny, a świadomość jego upływu rodzi w nas życiową mądrość.

Banalne hasła w stylu „wiek to tylko liczba” zawierają drobne ziarno prawdy, lecz w gruncie rzeczy zdradzają nasz lęk wobec faktu, że czas mija. Wiek to nie jedynie cyfra, to kontrolka na liczniku naszego życia, mówiąca o tym, że zbliżamy się do celu podróży. Jeśli chcemy dobrze wykorzystać czas, który nam pozostał, musimy zachować realistyczne spojrzenie.

Prawdziwa jakość życia, to gotowość do niesienia pomocy starszym oraz świadectwo, jakie dajesz światu. Starość to sprawdzian stałości serca. Tylko prawda pozwoli nam przejść przez ten czas z godnością i łaską.

Henryk Hukisz

Monday, July 20, 2026

Muzeum znaków

Każdy, kto choć raz prowadził samochód, doskonale wie, jak kluczową rolę w ruchu drogowym odgrywają znaki. Pionowe, poziome, ostrzegawcze, nakazu, zakazu czy informacyjne – na naszych drogach jest ich całe mnóstwo. I choć czasami narzekamy na ich nadmiar, nikt z nas nie kwestionuje ich przydatności. Są niezbędne, by bezpiecznie i sprawnie dotrzeć do celu.

Jedna rzecz jest tu jednak fundamentalna: znaki jedynie wskazują na rzeczywistość, która istnieje niezależnie od nich. Zakręty, niebezpieczne wzniesienia czy rozwidlenia dróg nie powstają przecież z powodu tablic ostrzegawczych. Znaki mają za zadanie wyłącznie o nich informować. I dopóki stoją we właściwych miejscach na trasie, doskonale spełniają swoją funkcję. Jeśli jednak zdejmiemy je z poboczy i zgromadzimy w jednym miejscu, stracą swoje pierwotne przeznaczenie. Staną się jedynie martwymi eksponatami w magazynie lub muzeum.

Biblia również posługuje się kategorią znaku. Co więcej, poświęca jej ogromną przestrzeń. Zarówno na kartach Starego, jak i Nowego Testamentu słowo „znak” pojawia się w ponad stu czterdziestu wersetach. W języku hebrajskim słowo „owth” oznacza najczęściej znak, sygnał lub pomnik. Z kolei w nowotestamentowej grece pojęcie „semeia” tłumaczy się jako wskazówkę, cechę charakterystyczną lub oznaczenie czegoś.

Te biblijne określenia – dokładnie tak samo jak współczesne symbole – niosą w sobie wyłącznie informację o celu, do którego zmierzamy. Kiedy cel zostaje osiągnięty, a trudy podróży dobiegają końca, znaki naturalnie przestają nas interesować. Jeśli podczas długiej drogi poczujemy głód i zauważymy na horyzoncie charakterystyczne, złote łuki układające się w literę „M”, doskonale wiemy, że sam widok logotypu nie zaspokoi naszego głodu. Musimy fizycznie przekroczyć próg restauracji fast food. Znak nie jest posiłkiem – on jedynie wskazuje miejsce, w którym można go otrzymać.

Na kartach Pisma Świętego pierwszy Boży znak pojawia się w tragicznych okolicznościach: „Pan dał też Kainowi znak, aby go nikt nie zabił, ktokolwiek go spotka” (Rdz 4,15). W późniejszej historii zbawienia widzialne znaki nieustannie towarzyszyły Przymierzom, jakie Bóg zawierał z ludzkością lub wybranym narodem. Noemu Bóg zagwarantował: „Mój łuk kładę na obłoku, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią” (Rdz 9,13). Barwna tęcza nie była jednak celem samym w sobie. Stanowiła jedynie drogowskaz wskazujący na istotę Bożej łaski, którą była obietnica: „Już nigdy żadne stworzenie nie zostanie zgładzone wodami potopu i już nigdy nie będzie potopu, który zniszczyłby ziemię” (Rdz 9,11).

Podobnie było w życiu Mojżesza. Dla niego kluczowa nie była pasterska laska, lecz żywe Słowo Najwyższego: „Będę z tobą, a to będzie dla ciebie znakiem, że Ja cię posłałem: Gdy wyprowadzisz lud z Egiptu, będziecie służyć Bogu na tej górze” (Wj 3,12). Przecież wszechmogący Bóg nie potrzebował kawałka drewna, by dokonywać spektakularnych cudów; wielokrotnie manifestował swoją potęgę bez jakichkolwiek rekwizytów.

Niezwykle wymowny moment miał miejsce podczas nocy paschalnej w Egipcie: „Krew będzie dla was znakiem na domach, w których będziecie przebywać. Gdy zobaczę krew, ominę was. I nie dotknie was plaga niszczycielska, gdy uderzę w ziemię egipską” (Wj 12,13). Spójrzmy prawdzie w oczy: to nie krew baranka miała w sobie magiczną moc ratowania synów Izraela przed aniołem śmierci. Ocaliło ich suwerenne, Boże postanowienie o wyrwaniu ich z domu niewoli. Krew była jedynie znakiem posłuszeństwa i wiary.

Już w trakcie exodusu z Egiptu pojawili się ludzie, którzy przypisywali znakom nadrzędną wartość. Wokół narodu wybranego zaczęli kręcić się samozwańczy prorocy, próbujący pociągnąć za sobą tłumy, które bardziej ufały spektakularnym zjawiskom niż samemu Bogu. Dlatego Pan stanowczo ostrzegał: „Jeśli powstanie wśród ciebie prorok albo ktoś, kto ma sny, i zapowie ci znak albo cud, i spełni się ten znak albo cud, o którym ci mówił...” (Pwt 13,2-3).

Zwróćmy uwagę na kluczowy szczegół: Słowo Boże nie każe nam ekscytować się samym faktem zaistnienia cudu. Cuda mogą się pojawiać, ale weryfikacją ich autentyczności jest zawsze głoszona treść. Tamci fałszywi prorocy, posługując się nadprzyrodzonymi manifestacjami, wzywali w rzeczywistości do duchowego odstępstwa: „Pójdźmy za innymi bogami, których nie znasz, i służmy im” (Pwt 13,3).

Takich kryzysów w historii Izraela było znacznie więcej. Choć znaki, których Bóg dokonywał przez stulecia, stanowiły bezdyskusyjne świadectwo Jego potęgi, nigdy nie były one punktem docelowym. Cała starotestamentowa rzeczywistość zmierzała do jednego, konkretnego momentu, co autor Listu do Hebrajczyków ujął słowami: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków” (Hbr 1,1).

Ten ostateczny, najważniejszy cel w historii świata również został zapowiedziany przez specyficzny znak. Pasterze na betlejemskich polach usłyszeli od niebiańskiego posłańca: „A to będzie dla was znakiem: Znajdziecie niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie” (Łk 2,12). Niestety, dla ogromnej większości współczesnych chrześcijan ten sentymentalny znak bezbronnego dzieciątka wciąż pozostaje ważniejszy niż dojrzała nauka dorosłego Chrystusa, który zadeklarował z pełną mocą: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14,6).

Skoro jest prawdą, że Bóg „u kresu tych dni przemówił do nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszystkiego, przez którego także stworzył światy” (Hbr 1,2), to czy nadal powinniśmy biegać za znakami? Przecież dzieło zbawienia w swojej kluczowej części już się dokonało. Dzięki niemu otrzymaliśmy przebaczenie grzechów i zostaliśmy opieczętowani jako Boża własność. Pełnia tego zbawienia objawi się wówczas, gdy Oblubieniec połączy się z Oblubienicą na niebiańskiej uczcie weselnej. Jednak pewność naszego udziału w tym wydarzeniu nie opiera się na oglądaniu cudów, lecz na doskonałej, skończonej ofierze Baranka Bożego.

Dlaczego więc Jezus obiecał swoim uczniom, że ich służbie będą towarzyszyć nadprzyrodzone przejawy? Ewangelista Marek zanotował te słowa: „Tym zaś, którzy uwierzą, takie znaki będą towarzyszyć: W moim imieniu będą wypędzać demony, będą mówić nowymi językami, węże będą brać do rąk, i choćby wypili coś śmiertelnie trującego, nie zaszkodzi im; na chorych będą kłaść ręce, a ci odzyskają zdrowie” (Mk 16,17-18). Dalej czytamy, że apostołowie „poszli i głosili wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał słowo towarzyszącymi mu znakami” (Mk 16,20). Księga Dziejów Apostolskich wielokrotnie potwierdza, że „przez ręce apostołów działo się wśród ludu wiele znaków i cudów” (Dz 5,12).

Ta sama księga opisuje jednak niezwykle pouczające wydarzenie z Samarii, gdzie ewangelizacyjnym kazaniom przysłuchiwał się pewien okultysta: „Nawet sam Szymon uwierzył, a gdy został ochrzczony, towarzyszył Filipowi. Widząc znaki i wielkie cuda, jakie się działy, zdumiewał się” (Dz 8,13).

Z ludzkiej perspektywy: spektakularny sukces. Wielu współczesnych chrześcijan uważa, że dokładnie tego brakuje dzisiejszemu Kościołowi. Sądzą, że gdybyśmy masowo produkowali takie znaki i cuda, budynki kościelne pękałyby w szwach. Tak podpowiada ludzka logika. Czy jednak myślenie Boga jest tożsame z naszym? Doskonale wiemy z dalszej relacji biblijnej, jak dramatycznie skończył Szymon Mag, pomimo swojego początkowego zauroczenia cudami. Znak zachwycił jego oczy, ale nie przemienił jego serca.

Musimy zadać sobie fundamentalne pytanie: kto jest suwerennym Panem Bożego żniwa? Czy Bóg w każdym okresie historycznym musi działać według tego samego szablonu? Analizując historię narodu wybranego, wyraźnie widać, że Bóg regularnie zmieniał swoją strategię. Gdy pojawiali się fałszywi prorocy zwodzący lud fałszywymi manifestacjami, Bóg podejmował radykalne działania ochronne, by ocalić biblijną „resztkę”.

Gdy uczniowie, patrząc na potężne mury świątyni jerozolimskiej, usłyszeli od Jezusa zapowiedź, że „nie zostanie tu kamień na kamieniu”, natychmiast zapytali: „Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znak Twojego przyjścia i końca świata?” (Mt 24,3). Odpowiedź Chrystusa była niezwykle praktyczna i stanowiła potężne ostrzeżenie: „Uważajcie, aby was ktoś nie zwiódł. Wielu bowiem przyjdzie w moim imieniu i będą mówić: Ja jestem Chrystusem. I wielu zwiodą” (Mt 24,4-5). Całą długą listę kosmicznych i społecznych zjawisk poprzedzających koniec epoki Jezus podsumował bezlitosną diagnozą: „Powstaną bowiem fałszywi Chrystusowie i fałszywi prorocy i czynić będą wielkie znaki i cuda, aby – jeśli to możliwe – zwieść także wybranych” (Mt 24,24).

Czyżbyśmy byli świadkami powtórki z historii? Wszystko na to wskazuje. Apostoł Paweł, odwołując się do błędów starożytnego Izraela, ostrzega nas bezpośrednio: „A to wszystko przydarzyło się im jako przykład dla nas i zostało zapisane ku przestrodze dla nas, do których dotarł kres wieków” (1 Kor 10,11).

„Kres wieków” rządzi się innymi prawami niż dynamiczny początek Kościoła. W historii biblijnej widać wyraźną prawidłowość: na samym starcie nowego etapu Bóg dokonywał potężnych cudów, które autoryzowały Jego posłańców i wskazywały na Jego wielkość. Jednak dzisiaj, w dobie gigantycznego ryzyka zwiedzenia podróbkami i demonicznymi manifestacjami, Bóg nie musi już epatować masowymi znakami.

Prorok Izajasz zapisał niegdyś porażające słowa Boga skierowane do religijnego, ale zepsutego narodu: „Gdy wyciągacie wasze ręce, odwracam od was moje oczy. Choćbyście mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham, bo wasze ręce są pełne krwi” (Iz 1,15). Musimy właściwie zinterpretować te słowa w kontekście współczesności. Żyjemy w czasach, w których Bóg już ostatecznie i kompletnie przemówił do nas przez swojego Syna (por. Hbr 1,2). Dlatego nowotestamentowe wezwanie, „abyśmy czasem nie zeszli z drogi” (Hbr 2,1), jest ostrzeżeniem przed kurczowym trzymaniem się naszych własnych, przestarzałych wyobrażeń o tym, jak Bóg „powinien” dziś działać.

Owszem, był specyficzny czas w historii, gdy „Bóg potwierdzał to znakami, cudami i różnymi przejawami mocy oraz darami Ducha Świętego, rozdzielanymi według Jego woli” (Hbr 2,4). Czy nie nadeszła już pora, byśmy zaczęli szukać samej woli Bożej i Jego świętego charakteru, zamiast niezdrowo ekscytować się spektakularnymi metodami?

Obserwując krajobraz współczesnego chrześcijaństwa, w którym w wielu miejscach na siłę generuje się „znaki i cuda”, by sztucznie napompować statystyki i zwiększyć popularność liderów, dochodzę do bolesnego wniosku: Bóg w tym nie uczestniczy. Pismo jasno deklaruje: „Nie oszukujcie się: Bóg nie pozwoli z siebie szydzić” (Ga 6,7). Nie ma sensu mnożyć w tym miejscu konkretnych, gorszących przykładów z internetu czy wielkich konferencji – wystarczy zachować trzeźwość myślenia i rozejrzeć się wokół.

Bardzo często tam, gdzie najgłośniej krzyczy się o cudach i uzdrowieniach, w rzeczywistości buduje się jedynie muzeum znaków. Ludzie gromadzą tam historyczne opisy, kopiują dawne formuły i imitują zachowania apostołów, jednak brakuje tam autentycznego, przemieniającego życie działania Ducha Świętego. Znaki zamknięte w takim religijnym skansenie stają się bezużyteczne. Nie prowadzą już nikogo do realnego celu – można je jedynie bezkrytycznie podziwiać, stojąc w miejscu.

Henryk Hukisz

Wednesday, July 15, 2026

Małżeństwo w świetle Biblii

Czym tak naprawdę jest małżeństwo? Albo inaczej: czy można uznać, że osoby żyjące w związku partnerskim tworzą również małżeństwo?

Dyskusję nad poprawnością pojęcia tego, czym jest święty związek małżeński, rozpętał kiedyś prowokacyjny plakat zawierający oświadczenie, że konkubinat jest grzechem, czyli złamaniem przykazania „Nie będziesz cudzołożyć”. Wiele osób reprezentujących różne środowiska społeczne wypowiada się na ten temat i jest rzeczą oczywistą, iż wypowiedzi te bardzo się między sobą różnią. Jakie więc zająć stanowisko wobec związku partnerskiego, aby być w zgodzie z Biblią? Mnie osobiście interesuje tylko biblijny punkt widzenia, gdyż jestem osobą wierzącą i uznającą jedyny autorytet, jakim jest właśnie Biblia.

Podstawową kwestią jest samo pojęcie tego, czym jest małżeństwo. Jak można zdefiniować ten powszechnie uznawany związek, jaki tworzą jeden mężczyzna i jedna kobieta, ślubując sobie dozgonną wierność? Za punkt wyjściowy musimy przyjąć naszą cywilizację i zwyczaje, jakie uznaje przynajmniej zdecydowana większość naszego społeczeństwa. Nie będziemy przecież brać pod uwagę definicji małżeństwa w środowiskach innych kultur, jak na przykład u społeczności zamieszkujących lasy tropikalne Nowej Gwinei czy Amazonii.

Po takim wstępie zawężam zakres pojęciowy do popularnie uznawanej definicji, którą podałem już wcześniej. A więc za małżeństwo będziemy uznawać związek dwojga osób, które zdecydowały się na zalegalizowanie tej relacji. Bez względu na to, czy są to osoby wierzące, które małżeństwo rozumieją jako zawarcie ślubu we właściwym dla swojego przekonania kościele, czy są to osoby niewierzące, które poprzestaną na ślubie cywilnym – małżeństwo jest instytucją prawną o określonych skutkach.

Czym natomiast jest konkubinat? W polskim prawie nie istnieje jedna, oficjalna definicja legalna konkubinatu. Oznacza to, że żaden kodeks (np. Kodeks cywilny czy Kodeks rodzinny i opiekuńczy) nie zawiera gotowego przepisu odpowiadającego na to pytanie. Powszechnie przyjmuje się, że: konkubinat to prawnie nieregulowane, trwałe współżycie dwojga osób, które bez zawarcia małżeństwa tworzą związek partnerski i prowadzą wspólne gospodarstwo domowe”. Należy podkreślić fakt, że jest to związek „bez zawarcia małżeństwa”.

Osoby należące formalnie do Kościoła rzymskokatolickiego uznają jedynie małżeństwo sakramentalne. Tacy ludzie będą mieli wątpliwości co do legalności małżeństwa cywilnego lub udzielonego przez pastora, który w pojęciu katolickim nie jest kapłanem. Dlatego w ich ocenie małżeństwo bez sakramentu jest jedynie konkubinatem.

Celowo podaję te przykłady, ponieważ chcę pokazać, iż pojęcie tego, co jest małżeństwem, a co jedynie związkiem partnerskim, będzie się różnić w zależności od punktu widzenia. Dlatego, jak powiedziałem już na początku, chcę spojrzeć na ten temat z perspektywy Słowa Bożego, czyli Biblii.

I tu pojawia się problem, gdyż w Biblii nie ma ani jednego słowa na temat zawierania ślubów – ba, nie występuje w niej nawet samo słowo „małżeństwo”. Oczywiście jest tam wiele mowy o mężach, żonach, dzieciach, rodzinach, a nawet o teściowych. W Biblii można jedynie znaleźć zwrot „pojął za żonę” albo – jak wyraził się Pan Jezus, mówiąc o czasie zmartwychwstania – że ludzie „nie będą się żenili ani nie będą wychodziły za mąż” (Mt 22:30). W Nowym Testamencie znajduje się nauka apostolska na temat relacji małżeńskich, wierności w małżeństwie oraz wychowania dzieci. Tak więc temat małżeństwa i rodziny jest jak najbardziej biblijny, chociaż samo to słowo nie zostało użyte, ponieważ nie było takiej potrzeby.

Spotkałem się z poglądem, że małżeństwo biblijne zostaje zawarte poprzez pierwszy akt płciowy. Podaje się nawet przykład z życia Izaaka, który wyszedł wieczorem na pole i zobaczył orszak jadący na wielbłądach. Wówczas Rebeka, jadąca w tym orszaku, zapytała o człowieka, który szedł przez pole. Jej sługa odpowiedział: „To jest mój pan!” (Rdz 24:65). Jak wiemy, tym panem był Izaak, który wysłał swego sługę do kraju Labana, aby przywiózł mu żonę. Po tym spotkaniu „Izaak wprowadził ją do namiotu Sary, swojej matki, i pojął Rebekę za żonę. Pokochał ją. I znalazł Izaak pocieszenie po śmierci swojej matki” (w. 67).

Zwolennicy teorii, iż prawdziwym aktem twórczym związku małżeńskiego jest rozpoczęcie współżycia płciowego – co z pewnością uczynił Izaak – twierdzą, iż „pocieszenie”, jakiego doznał wówczas ten jeszcze nieżonaty mężczyzna, spowodowało, że oboje stali się małżeństwem właśnie w tym momencie. Nic bardziej błędnego. Gdyż samo twierdzenie, iż współżycie płciowe zostało przypisane jedynie osobom tworzącym formalny związek małżeński, nie oznacza, iż sam akt seksualny ten związek kreuje.

Biblia wypowiada się dość obszernie na temat małżeństwa. Już na samym początku czytamy, że gdy Bóg stworzył człowieka, stwierdził: „Nie jest dobrze, jeśli człowiek jest sam, uczynię więc pomoc odpowiednią dla niego” (Rdz 2:18). I gdy już tę odpowiednią pomoc stworzył, przyprowadził ją do Adama, który stanowczo oświadczył: „Ta jest wreszcie kością z moich kości i ciałem z mojego ciała, ona będzie nazwana kobietą, gdyż z mężczyzny została wzięta” (w. 23). Myślę, że Bóg z zadowoleniem ogłosił zaistnienie pierwszego małżeństwa, które powstało na fundamencie ogłoszonego wówczas stwierdzenia: „Dlatego mężczyzna opuści swego ojca i matkę i połączy się ze swoją żoną i będą jednym ciałem” (w. 24). Warto tutaj zauważyć, że Adam i Ewa są w Biblii przedstawiani jako archetyp – pierwowzór każdego ludzkiego małżeństwa. Choć fizycznie nie mieli ziemskich rodziców, ich relacja stała się matrycą dla wszystkich kolejnych pokoleń.  Tak więc mamy już męża i żonę, czyli małżeństwo w całej pełni, chociaż nie ma jeszcze mowy o tym, do czego ich ten związek upoważniał. Później pojawią się dzieci, czyli powstanie rodzina. Temu tematowi Biblia poświęca bardzo dużo miejsca – trzeba ją tylko czytać, a nie słuchać tego, co opowiadają inni.

Słowa, które Bóg wypowiedział na samym początku na temat małżeństwa, możemy dziś uznać za fundamentalną definicję tego związku. Do tego określenia odwołał się Pan Jezus, który z pewnością był obecny podczas stwarzania pierwszych ludzi i powoływania pierwszego małżeństwa. Gdy został zapytany przez faryzeuszy o istotę tego związku, a dokładnie o to, czy istnieje prawo do przerwania tej więzi, odpowiedział im: „Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku uczynił ich jako mężczyznę i kobietę? I oznajmił: Dlatego mężczyzna opuści ojca i matkę i połączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. Tak więc już nie są dwoje, lecz stanowią jedno. Co zatem Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” (Mat. 19:4-6). Według Pana Jezusa małżeństwo zostało ustanowione przez Stwórcę na samym początku jako nierozerwalny związek mężczyzny z kobietą. Jezus dodaje swoje słynne podsumowanie, którego nie ma w Starym Testamencie: „Tak więc już nie są dwoje, lecz stanowią jedno. Co zatem Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza” (Mk 10, 8-9). W pojęciu Pana Jezusa, małżeństwo zaistniało dzięki Bożemu połączeniu dwojga ludzi w jedno ciało – staje się jednym organizmem powołanym przez samego Boga. Dlatego małżeństwo według biblijnej koncepcji, jest nierozerwalne.

Również apostoł Paweł, wielki nauczyciel doktryny chrześcijańskiej, odpowiadając Koryntianom na zadane mu pytania odnośnie do tej szczególnej relacji pomiędzy mężczyzną i kobietą, napisał: „Z powodu jednak niebezpieczeństwa rozpusty niech każdy ma swoją żonę, i każda niech ma własnego męża” (1 Kor 7:2). Szczególnie w Koryncie, mieście legalnej prostytucji, to stwierdzenie było bardzo wymowne, gdyż wskazywało na jedyny Boży związek pomiędzy mężczyzną a kobietą. Dlatego później, pisząc do Efezjan i wskazując na podobieństwo między relacją zachodzącą między Chrystusem i Jego Kościołem (czyli między Oblubieńcem i Oblubienicą), wskazał również na trwałość małżeńską. Paweł, pisząc o małżeństwie, powołał się na słowa Bożego ustanowienia: „Dlatego mężczyzna opuści ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem” (Ef\ 5:31). Czy potrzebujemy jeszcze jaśniejszej definicji tego, czym jest biblijne małżeństwo?

Według Biblii małżeństwo jest przymierzem zawartym pomiędzy dwojgiem małżonków. A każde przymierze zawiera określone elementy, takie jak warunki, prawa i obowiązki. Dlatego małżeństwo jest zawierane w określonym czasie i na określonych zasadach. Skoro Bóg powołał ten szczególny związek do istnienia, On też jest głównym świadkiem jego zawarcia. Prorok Malachiasz wspomniał o tym, gdy pisał o niewierności małżeńskiej w Izraelu: „PAN był świadkiem w sprawie między tobą  żoną twojej młodości, której ty byłeś niewierny, choć ona związała się z tobą przymierzem jako twoja małżonka” (Ml 2:14).

Dlatego każde małżeństwo, według Bożego prawa, zachowuje wszystkie przykazania dotyczące wspólnego życia. Dotyczą one moralności, zależności, wsparcia, rodzicielskiej odpowiedzialności i wielu innych kwestii, których wspólne przestrzeganie wzmacnia więź małżeńską i jest gwarantem trwałości tego związku. Taka sytuacja może zaistnieć jedynie w formalnym związku, jaki świadomie tworzą dwie osoby. Konkubinat czyli związek partnerski nie daje w pełni takiej możliwości, gdyż nie wiążą się z nim stałe zobowiązania, jako że oparty jest na doraźnych ustaleniach. Każdy związek partnerski zakłada możliwość zakończenia relacji w dowolnym czasie. Taka relacja posiada cechy związku cywilno-prawnego, który można zakończyć na zasadach uregulowanych prawnie. W tym przypadku wszelkie relacje emocjonalne związane z posiadaniem potomstwa, są poza uregulowaniem prawnym. Zresztą samo posiadanie potomstwa jest kwestią wątpliwą, gdyż związki jednopłciowe nie posiadają takiej możliwości. Zupełnie na marginesie tej kwestii nawiążę do idei współżycia płciowego, jako powodu zaistnienia małżeństwa. Wprawdzie jako zboczenie, jednak jakieś współżycie jest możliwe w takich związkach.

Według Bożego ustanowienia małżeństwo jest związkiem między jednym mężczyzną i jedną kobietą, który może być zakończony dopiero śmiercią jednego z małżonków. Oryginalne hebrajskie słowo „dabak”, użyte w opisie aktu stwórczego małżeństwa, oznacza trwałe połączenie, a nie chwilową relację. To samo słowo w Biblii użyte jest w opisie praw spadkowych i oznacza dozgonne prawo dziedziczenia.

Na zakończenie tego rozważania na temat biblijnego pojęcia o małżeństwie chcę powrócić do opinii Chrystusa. Gdy zszokowani faryzeusze pytają, dlaczego w takim razie Mojżesz nakazał dać żonie list rozwodowy przy odprawieniu, Jezus odpowiada, opierając się na tej samej logice: Mojżesz pozwolił na rozwody tylko ze względu na „zatwardziałość serc” ludzi (jako mniejsze zło, chroniące np. kobiety przed porzuceniem bez środków do życia). Jednak Jezus podkreśla: „Mojżesz pozwolił wam na rozwód z powodu zatwardziałości waszych serc. Na początku jednak tak nie było” (Mt 19, 8).

Jezus użył stwierdzenia z Księgi Rodzaju 2,24 jako najwyższego argumentu przeciwko rozwodom. Zinterpretował stwórczy akt Boga jako przymierze, którego człowiek nie ma władzy rozwiązać. Dla Jezusa małżeństwo to nie umowa społeczna, którą można renegocjować, ale powrót do pierwotnej jedności z początku stworzenia.

Henryk Hukisz

Monday, July 13, 2026

Dramatyzm oczekiwania eschatologicznego

Eschatologia Nowego Testamentu nie jest chłodną, akademicką rozprawą o rzeczach ostatecznych, lecz jest pulsującym niepokojem i egzystencjalnym dramatem. Przejmujący opis w 2. Liście  Piotra, w którym „niebiosa z hukiem przeminą, żywioły zaś zostaną zniszczone w ogniu, i ziemia, i te dzieła, które na niej zostaną znalezione” (2 Ptr 3,10), nie ma na celu wywołania taniej sensacji. Apostoł celowo kreśli obraz całkowitego zniszczenia materialnego świata, aby zderzyć go z pytaniem o jakość ludzkiego życia: „Skoro to wszystko zostanie zniszczone, to jacy wy powinniście być w świętym postępowaniu i pobożności?” (2 Ptr 3,11).

Dramatyzm ten potęguje fakt, że oczekiwaniu na powtórne przyjście Chrystusa towarzyszy eschatologiczny paraliż wywołany przez czas. Gdy obiecany Dzień Pański zdaje się opóźniać, w sercach wierzących rodzi się śmiertelnie niebezpieczne znużenie. To właśnie w tę szczelinę zmęczenia wślizgują się szydercy. Ich argumentacja jest przewrotna i uderza w sam fundament Bożego porządku: „Gdzie jest obietnica Jego przyjścia? Odkąd bowiem zasnęli ojcowie, wszystko tak trwa, jak od początku stworzenia” (2 Ptr 3,4). Podobne ostrzeżenie do chrześcijan czasów ostatecznych kieruje Juda: „Wkradli się bowiem między was jacyś ludzie, od dawna skazani na potępienie, bezbożni, którzy łaskę naszego Boga zamieniają na rozpustę i wypierają się naszego jedynego Władcy i Pana, Jezusa Chrystusa” (Jud 4).

Zuchwałość zwodzicieli polega na próbie wmówienia Kościołowi, że historia jest zamkniętym, mechanicznym cyklem, w który Bóg nie zaingeruje. W ten sposób zdejmują z człowieka odpowiedzialność moralną – skoro nie ma sądu, teraźniejszość staje się placem zabaw dla ludzkich pożądliwości.

Apostoł Piotr nie jest odosobniony w swojej radykalnej diagnozie zagrożeń. Dlatego kieruje do wybranych, przebywających w rozproszeniu dramatyczne słowa: „Wy więc, umiłowani, wiedząc o tym wcześniej, miejcie się na baczności, abyście, zwiedzeni przez błędy ludzi nieprawych, własnej stałości nie doprowadzili do upadku”(2 Ptr 3:17). Cały Nowy Testament przeniknięty jest dramatycznym wołaniem o ochronę czystości Ewangelii przed wewnętrzną infiltracją fałszywych proroków i nauczycieli. Apostołowie rzadko ostrzegają przed wrogami zewnętrznymi – największy niepokój budzi błąd rodzący się wewnątrz wspólnoty.

W pożegnalnej, niezwykle emocjonalnej mowie do starszych Efezu w Milecie, Paweł kreśli proroczą i mroczną wizję przyszłości: „Wiem, że po moim odejściu wejdą między was drapieżne wilki, które nie oszczędzą trzody. Także spośród was samych powstaną ludzie, którzy będą głosić przewrotne nauki, aby pociągnąć za sobą uczniów” (Dz 20,29-30).

Użyte przez Pawła słowo „przewrotne” (diastremmena) oznacza coś wykręconego, zniekształconego. Fałszywi nauczyciele nie tworzą nowej religii od zera; biorą prawdę i subtelnie ją wykrzywiają, czyniąc z niej śmiertelną truciznę. Dziś rzadko sprawdza się listy polecające u zapraszanych gościnnie mówców. Nagradza się ich obfitymi oklaskami, gdyż mile łechcą uszy słuchaczy.

W pasterskich Listach Pawła dramatyzm eschatologiczny osiąga punkt krytyczny. Apostoł wprost łączy odstępstwo doktrynalne z działaniem sił ciemności: „Duch zaś wyraźnie mówi, że w czasach ostatecznych niektórzy odejdą od wiary, dając posłuch zwodniczym duchom i naukom demonów” (1 Tm 4,1). Natomiast w 2 Liście do Tymoteusza Paweł dodaje, że będą to ludzie „udający pobożność, ale odrzucający jej moc” (2 Tm 3,5). Zwiedzenie u schyłku historii nie nosi maski jawnego satanizmu; nosi maskę religijnego humanizmu, uładzonej, bezkonfliktowej duchowości, która schlebia ludzkim uszom, eliminując krzyż, grzech i sąd.

Zbieżność myśli Piotra z innymi autorami widać wyraźnie w Listach apostoła Jana oraz w Liście Judy. Jan bez ogródek stwierdza: „Dzieci, jest już ostatnia godzina i tak, jak słyszeliście, antychryst nadchodzi, a nawet wielu antychrystów już się pojawiło. Po tym właśnie poznajemy, że jest ostatnia godzina” (1 Jn 2,18). Dla Jana pojawienie się heretyków negujących wcielenie Syna Bożego jest znakiem, że świat wszedł w fazę końcowego odstępstwa.

Z kolei Juda – w tekście niemal bliźniaczym do 2 Listu Piotra – piętnuje bezbożników, którzy „łaskę naszego Boga zamieniają na rozpustę” (Jud 4), i porównuje ich do błędu Balaama, szukających jedynie własnego zysku. W obliczu tak zmasowanego ataku na wierność Kościoła, zarówno Piotr, jak i Paweł nie poprzestają na diagnozie – zostawiają precyzyjną strategię walki o przetrwanie do Dnia Pana.

Dla apostoła Pawła kluczem do zachowania stałości jest radykalna wierność przekazanej nauki. W 2 Tesaloniczan 2,15 (w kontekście opisu działania "człowieka bezprawia") woła: „Dlatego więc, bracia, trwajcie i trzymajcie się mocno tradycji, którą przekazaliśmy wam ustnie czy też za pośrednictwem naszego listu”. Stałość nie jest wynikiem ludzkiego uporu, ale zakorzenienia w apostolskim depozycie wiary (paradosis).

W słynnym fragmencie z Listu do Efezjan Paweł przenosi tę walkę w wymiar nadprzyrodzony: aby ostać się w dniach złych, chrześcijanin musi przywdziać „pełną zbroję Bożą, abyście mogli stawić czoła zasadzkom diabła” (Ef 6,11), gdzie pasem jest prawda, a tarczą – wiara, zdolna zgasić pociski złego.

Apostoł Piotr w swoim Pierwszym Liście przygotowuje wiernych na prześladowania i zwiedzenie, wskazując na eschatologiczny finał tych zmagań: „A Bóg wszelkiej łaski, Ten, który w Chrystusie powołał was do swojej wiecznej chwały, po waszych krótkotrwałych cierpieniach, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i postawi na twardym gruncie” (1 Ptr 5,10).

Zwróćmy uwagę na nagromadzenie synonimów stabilności: udoskonali, utwierdzi, umocni, ugruntuje. To Boża odpowiedź na chwiejność świata. Człowiek ma poddać się temu procesowi poprzez trzeźwość i czujność, bo „diabeł, jak lew ryczący krąży i szuka, kogo pożreć” (1 Ptr 5,8).

Łącząc te wszystkie nici teologiczne, odkrywamy, dlaczego Piotr na sam koniec swojego autorytetu apostolskiego domaga się jednoczesnej czujności i wzrostu. Kościół zmierzający ku Dniowi Pana nie może być statycznym muzeum, które jedynie bezczynnie pilnuje swoich eksponatów przed złodziejami. Musi być okrętem, który płynie pod prąd eschatologicznego zwiedzenia.

Nasza „własna stałość” (sterigmos) staje się bezpieczna tylko wtedy, gdy jest stale zasilana świeżą łaską i głębszym, osobistym poznaniem Jezusa Chrystusa. Poza tą dynamiką rozwoju czeka nas wyłącznie dryf i asymilacja przez prądy współczesnego świata.

Najlepszą bronią przed wszelkiego rodzaju diabelskim zwiedzeniem jest nieustanne dążenie do lepszego poznania Chrystusa i Jego łaski.  Sędziwy Boży sługa Piotr radzi: „Wzrastajcie też w łasce i poznaniu naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Jemu niech będzie chwała i teraz, i do dnia wieczności. Amen” (2 Ptr 3:18).

Henryk Hukisz

Saturday, July 11, 2026

Walka o życie

Każdy z nas codziennie staje do duchowej walki, w której stawką nie jest chwilowe doznanie przyjemności, ale wieczne przeznaczenie naszej duszy. Apostoł Paweł odziera tę rzeczywistość ze złudzeń, stawiając radykalne ultimatum: „Jeśli zaś przy pomocy Ducha uśmiercacie uczynki ciała, będziecie żyć” (Rz 8,13). Te słowa to potężne echo bezwzględnego ostrzeżenia samego Jezusa, który wołał do nas: „Jeśli twoje oko prowadzi cię do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej jest dla ciebie, abyś z jednym okiem zyskał życie, niż mając dwoje oczu, został wrzucony w ogień Gehenny” (Mt 18,9). Zrozum to wreszcie: walka z żądzą to nie jest kosmetyczny lifting zachowania. To jest bezlitosna walka na śmierć i życie. Paweł z całą powagą przypomina wyrok: „Jeśli bowiem według ciała żyjecie, umrzecie, jeśli zaś przy pomocy Ducha uśmiercacie uczynki ciała, będziecie żyć” (Rz 8,13).

Wiara ratuje przed piekłem, i ta sama wiara, która ratuje przed piekłem, ratuje również przed żądzą. Nie twierdzę, że nasza wiara rodzi absolutną bezgrzeszność w doczesnym życiu. Chodzi o to, że rodzi ona wytrwałą walkę. Dowodem na posiadanie wiary usprawiedliwiającej jest to, że podejmuje ona walkę z nieczystością. Jezus nie obiecał, że żądza całkowicie zniknie. Powiedział, że dowodem na to, iż zmierzamy do nieba, jest gotowość do „wyłupienia sobie oka” zamiast godzenia się na życie w sidłach pożądliwości.

Jak ta walka wygląda w praktyce? Wyobraź sobie ten jeden ułamek sekundy, w którym uderza pokusa. Król Salomon w 7. rozdziale Księgi Przysłów kreśli przerażający obraz: oto naiwny, pozbawiony rozsądku młody człowiek kieruje swoje kroki do domu kobiety w ubraniu nierządnicy (Prz 7:7-20). Dziś nie musisz nawet wychodzić z pokoju. Wystarczy „wejść” do internetu, aby w Twojej głowie eksplodował erotyczny obraz, który mami, przyciąga i wzywa, by pójść dalej w przepaść. Skąd ta niszczycielska siła? Każda pokusa opiera się na podstępnym kłamstwie. Nikt z nas nie grzeszy z poczucia obowiązku. Lgniemy do grzechu tylko dlatego, że obiecuje nam on – przynajmniej na krótką metę – przyjemność i zaspokojenie. Często w takich momentach słyszymy dobrą, ludzką radę: „Przypomnij sobie Boże przykazanie: 'Świętymi bądźcie' (1 Pt 1,16) i zepnij się w sobie, by okazać posłuszeństwo temu nakazowi”. Choć intencja jest słuszna, w samej sile woli brakuje kluczowego elementu: wiary w zwycięską łaskę.

Wielu chrześcijan ponosi sromotną klęskę, ponieważ próbuje poprawić się moralnie o własnych siłach. Nie potrafią z głębi serca wyznać za apostołem Pawłem: „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. To zaś, co teraz przeżywam w ciele, przeżywam w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał za mnie samego siebie” (Ga 2,20). Walczą o czystość, zaciskając zęby, ale zapominają, że prawdziwa miłość i wolność nie są owocem ludzkiej samokontroli, lecz owocem żywej relacji: „W Chrystusie Jezusie bowiem nie ma znaczenia ani obrzezanie, ani jego brak, ale wiara, która działa przez miłość” (Ga 5,6).

Jeśli mamy uśmiercić grzech „przy pomocy Ducha”, musimy sięgnąć po narzędzia, które On nam daje. Przyglądając się Bożej zbroi, zauważamy, że tylko jeden element tej zbroi służy do zadawania ciosów i uśmiercania wroga: miecz. Został on nazwany mieczem Ducha (Ef 6,17). Uśmiercanie grzechu oznacza więc: „Zwróć się po pomoc do Ducha i chwyć za Jego miecz!”. Czym jest ten miecz? To Słowo Boga (Ef 6,17). To właśnie tutaj rodzi się i karmi nasza wiara, bo jak czytamy: „Wiara przecież rodzi się ze słuchania, ze słuchania Słowa Chrystusa” (Rz 10,17).

Słowo Boga ma moc ukazać podstęp szatańskich kłamstw. Kiedy pokusa mówi: „Grzech da ci szczęście”, Słowo Boże obnaża to oszustwo i pokazuje, gdzie kryje się prawdziwa, trwała radość. Przenosi nasz wzrok z chwilowego błysku pokusy na niezmierzone bogactwo obietnic Boga. Najskuteczniejszym sposobem na pokonanie żądzy nie jest myślenie o tym, jak bardzo jest podstępna, ale zachwycenie się Kimś, kto jest nieskończenie lepszy. Jezus obiecał: „Kto wierzy we Mnie, nigdy nie będzie odczuwał pragnienia” (Jn 6,35). Kiedy nasze serce – tęskniące za radością, sensem i pasją – zostaje nasycone obecnością Chrystusa, siła grzechu po prostu zanika. Nie skusimy się na tanią, zepsutą mielonkę, gdy przed nami stoi naczynie pełne najlepszych, królewskich potraw.

To jest właśnie sekret, który odkrył Mojżesz: „Dzięki wierze Mojżesz... nie chciał… korzystać z chwilowej rozkoszy grzechu... ponieważ liczył na zapłatę” (Hbr 11,24–26). Prawdziwa wiara nie jest ascetycznym rezygnowaniem ze szczęścia – ona jest dążeniem do szczęścia maksymalnego! Nie zadowala się marnymi podróbkami, bo wie, że u Boga jest „pełnia radości przed Jego obliczem, wieczne rozkosze po Jego prawicy” (Ps 16,11).

Rola Słowa Bożego polega na ciągłym zaspokajaniu naszego apetytu bliskością Boga i oduczaniu serca zwodniczego smaku pożądliwości. Gdy nadchodzi atak, chwytamy za miecz Ducha i konfrontujemy kłamstwa z rzeczywistością Bożego Słowa. Gdy żądza wmawia nam, że czystość to strata i nuda, pamiętamy, że „dążenie ciała rodzi śmierć, dążenie zaś Ducha owocuje życiem i pokojem” (Rz 8,6). Gdy pokusa wydaje się nieszkodliwa, Słowo ostrzega nas, abyśmy „powstrzymywali się od cielesnych żądz, które walczą przeciwko duszy” (1 Pt 2,11), ostrzegając, że ci, którzy szukają przyjemności życia, zostają zniewoleni i nie dochodzą do dojrzałości (Łk 8,14). Ponad wszystko jednak karmimy się obietnicą, że „Pan nie odmawia dobra postępującym uczciwie” (Ps 84,12) oraz: „Błogosławieni czystego serca, bo oni zobaczą Boga” (Mt 5,8).

Kiedy stajemy do walki z mieczem Ducha w ręku, Boża łaska zdziera lukrowaną otoczkę z trucizny, jaką jest żądza. Dzięki temu zaczynamy widzieć grzech w jego potwornej, niszczycielskiej rzeczywistości. Nasza wiara nie jest jedynie oglądaniem się wstecz i wspominaniem krzyża – ona jest też ufnym patrzeniem w przyszłość. Skoro Bóg uczynił tak wiele w przeszłości, to wiemy, że „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale wydał Go za nas wszystkich, jak i z Nim nie miałby nam darować wszystkiego?” (Rz 8,32). Głębokie nasycenie tą przyszłą łaską łamie potęgę żądzy.

Nasz wróg posługuje się kłamstwem, twierdząc, że grzech da nam lepszą przyszłość. My odpowiadamy Prawdą: to Bóg czyni naszą przyszłość nieskończenie szczęśliwszą. Wiara oparta na Bożym Słowie jest zwycięstwem, które pokonuje każde kłamstwo, ponieważ to w Bogu odnajduje swoje ostateczne i pełne spełnienie. Walcz o swoje życie!

Henryk Hukisz

Thursday, July 9, 2026

Wybrani – ale do czego?

Pisałem już niejednokrotnie na temat predestynacji, rozumianej jako nauka o Bożym przeznaczeniu człowieka do zbawienia. Wokół tej doktryny narosło wiele nieporozumień, co z kolei prowadzi do błędnych wniosków – na przykład takich, że Bóg z góry przeznaczył jednych do zbawienia, a drugich na wieczne potępienie. Stało się to przyczyną głębokiego podziału wśród chrześcijan ewangelicznych. Po jednej stronie barykady stoją zwolennicy radykalnej predestynacji, po drugiej natomiast gromadzą się obrońcy wolnej woli, czyli ludzkiej możliwości dokonania wyboru.

Osobiście uważam, że Bóg nikogo nie chce pozbawiać możliwości wyboru zbawienia, które jest darem łaski, ponieważ Chrystus złożył ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi. Każdy, kto pragnie, może podjąć decyzję i przyjąć wiarą ten wspaniały Boży dar. Jeden z najbardziej znanych wersetów biblijnych wprost wskazuje na taką alternatywę – możliwość wiary lub jej odrzucenia. Ewangelista Jan ujął to w słowach: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że dał swego Jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (Jn 3,16). Z kolei zwolennicy predestynacji uważają, że skoro wiara jest darem Bożym, to wierzyć mogą wyłącznie ci, którzy ten dar w suwerenny sposób otrzymali.

Zdaję sobie sprawę, że pełna odpowiedź na pytanie o istotę predestynacji nie zmieści się w ramach tego krótkiego rozważania. Dlatego chciałbym chociaż częściowo odnieść się do podstawowych pojęć związanych z przeznaczeniem oraz możliwością wyboru wynikającą z wolnej woli.

Przed laty przygotowałem obszerniejszy materiał do studium biblijnego na temat predestynacji, które wówczas prowadziłem. Proponuję teraz zapoznać się z wybranym fragmentem tamtego tekstu.

 

Podstawowe wersety omawiające kwestię Bożego wybrania, czyli szeroko pojętej predestynacji, znajdują się w Liście do Rzymian 8,28-30:

„Wiemy zaś, że tym, którzy miłują Boga, wszystko służy ku dobremu, tym, którzy są powołani [kletois] według Jego postanowienia [prothesin]. Tych bowiem, których przedtem poznał [proegno], przeznaczył [proorisen], żeby się stali podobni do obrazu Jego Syna, aby był On pierworodnym między wielu braćmi. Tych zaś, których przeznaczył [proorisen], tych też powołał [ekalesen], a których powołał [ekalesen], tych również usprawiedliwił, a których usprawiedliwił, tych także obdarzył chwałą”.

Oraz w Liście do Efezjan 1,3-6:

„Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa, który na wyżynach niebiańskich udzielił nam w Chrystusie pełni duchowych błogosławieństw. W Nim przecież wybrał [eklexato] nas przed założeniem świata, abyśmy stanęli przed Nim w miłości, święci i nieskazitelni. Według postanowienia swojej woli przeznaczył [proorisas] nas, abyśmy przez Jezusa Chrystusa stali się Jego synami, dla uwielbienia chwały Jego łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym”.

Słowa, które w tłumaczeniach najczęściej stosuje się zamiennie na określenie Bożego wybrania, wyróżniłem i podałem w nawiasach w ich greckim, oryginalnym brzmieniu.

Pierwsze pojęcie to powołanie lub wybranie (Rz 8,28; Ef 1,4). W języku greckim wywodzi się ono ze słowa kletos i oznacza kogoś wybranego do konkretnego zadania, zaproszonego do realizacji określonego celu. Z tego samego rdzenia pochodzi termin ekklesia, który znamy jako greckie określenie Kościoła – czyli zgromadzenia tych, którzy zostali wezwani i zaproszeni do tworzenia Ciała Chrystusa. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wierzących tworzących Kościół powszechnie nazywano „wybranymi” lub „powołanymi”.

Chciałbym jednak zwrócić szczególną uwagę na kwestię samego przeznaczenia – czyli tego, jak potocznie definiuje się predestynację. W cytowanych wersetach przywołałem oryginalne brzmienie słów, które w przekładach bywają oddawane tożsamo, choć w gruncie rzeczy są to trzy różne pojęcia.

I tak, mamy słowo proegno„przedtem poznał”, które najczęściej błędnie utożsamia się z odgórnym zdeterminowaniem losu człowieka. W naszym przekładzie oddano je właściwie, gdyż oznacza ono po prostu: „wiedzieć wcześniej, poznać uprzednio”. Bóg w swojej wszechwiedzy, jeszcze przed stworzeniem świata, wiedział, kto odpowie na Jego wezwanie, uwierzy i w rezultacie znajdzie się w gronie wybranych – czyli w Ciele Jezusa Chrystusa. Tylko te osoby będą zbawione, ponieważ poza Chrystusem nie ma możliwości osiągnięcia zbawienia. Cała dyskusja byłaby prostsza, gdyby tekst biblijny nie zawierał innych pojęć precyzujących, na czym polega Boży wybór. Bóg wiedział wcześniej, jaką decyzję podejmie każdy z nas w kwestii zbawienia, które zaoferował nam w swoim Synu.

Zbawienie jest suwerennym aktem Bożej łaski, na którą w żaden sposób nie zasłużyliśmy. Jednak decyzja o przyjęciu tego daru leży po stronie człowieka i zależy od jego wolnej woli. Według słów apostoła Pawła skierowanych do Rzymian, aby zostać zbawionym, należy spełnić dwa warunki: usłyszeć Ewangelię i przyjąć jej przesłanie wiarą. Kluczowe jest również publiczne wyznanie tej wiary: „Jeśli więc swoimi ustami wyznasz, że Panem jest Jezus, i uwierzysz w swoim sercu, że Bóg wskrzesił Go z martwych, będziesz zbawiony” (Rz 10,9-10).

Jest rzeczą oczywistą, że najpierw ktoś musi tę Ewangelię głosić, aby słuchacz miał w ogóle szansę przyjąć lub odrzucić Dobrą Nowinę. Apostoł Paweł stawia w tej kwestii serię pytań retorycznych: „Jak jednak mają wzywać Tego, w którego nie uwierzyli? Jak mają uwierzyć w Tego, którego nie usłyszeli? Jak mają usłyszeć bez tego, który by zwiastował?” (w. 14). Cena za nasze zbawienie została w pełni zapłacona przez Chrystusa. Fakt, że człowiek używa swojej woli, aby ten dar przyjąć, w niczym nie umniejsza wartości Bożej łaski. Z takim postawieniem sprawy nie zgadzają się jednak zwolennicy współczesnej teologii kalwińskiej.

Dwa pozostałe greckie słowa to prothesis„mieć zamiar, postanowić, położyć coś przed sobą” oraz proorisen„określić coś wcześniej, przeznaczyć do danego celu”. W obu przypadkach terminy te wskazują na cel, do którego osiągnięcia zostaliśmy wybrani. Tym celem jest upodobnienie się do Bożego Syna. Apostoł Paweł, szczególnie w Liście do Efezjan, podkreśla, że przeznaczeniem zaplanowanym przez Boga dla wybranych jest konkretne miejsce – miejsce „w Chrystusie”. To przeznaczenie staje się udziałem tych, którzy uwierzą.

Na początku Biblii, która obfituje w obrazy ilustrujące ogromne Boże pragnienie wyrwania ludzkości z mocy grzechu i śmierci, znajduje się historia o potopie. Bóg przygotował ratunek w arce, w której ocalało jedynie osiem osób. Możemy powiedzieć, że Bóg przeznaczył arkę jako miejsce ocalenia, natomiast Noe wraz z rodziną znaleźli się w niej z własnego wyboru – Noe był przecież „głosicielem sprawiedliwości” (2 Pt 2,5). W Księdze Rodzaju czytamy, że „Noe znalazł łaskę w oczach PANA” (Rdz 6,8). Ci ludzie podjęli decyzję, by żyć zgodnie z Bożym powołaniem i wiernie przy niej trwali, dlatego Bóg okazał im swoją łaskę.

Wiemy, że nikt z nas nie jest na tyle dobry, by wejść do nieba na podstawie własnej sprawiedliwości. Dlatego potrzebujemy Arki, którą jest dla nas Chrystus – to On wprowadza nas do wieczności z Ojcem. Bóg dokonał suwerennego wyboru: przeznaczył swego Syna, aby wyłącznie w Nim każdy, kto uwierzy, mógł dostępować zbawienia.

Zwolennicy skrajnie rozumianej predestynacji twierdzą, że Bóg jednych ludzi przeznaczył do zbawienia, a innych – zanim jeszcze się narodzili – z góry skazał na potępienie. Jak jednak pogodzić to z Bożą miłością? Czy Bóg tworzyłby ludzi tylko po to, by posłać ich do piekła? Apostoł Piotr wyraźnie napisał, że Bóg „nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz aby wszyscy znaleźli upamiętanie” (2 Pt 3,9).

Bóg pragnie mieć wielu synów i córek podobnych do Jego Syna, a to podobieństwo możemy osiągnąć jedynie w Chrystusie. Do tego zostaliśmy przeznaczeni przed stworzeniem świata, lecz decyzja o przyjęciu tego przeznaczenia zależy od nas. W tym celu Kościół głosi świadectwo o zbawieniu, aby ludzie zapragnęli je przyjąć: „A ten, kto pragnie, niech przychodzi, i kto chce, niech darmo weźmie wodę życia” (Ap 22,17).

Bóg dokonywał wyborów już w Starym Testamencie. Wybrał Izraela jako swój naród, przeznaczony do szczególnej misji – objawiania innym kulturom, kto jest jedynym i prawdziwym Bogiem. Hebrajskie słowo bachar oznacza: wybrać, dokonać selekcji, przeznaczyć do konkretnego celu. Bóg ogłosił przez Mojżesza wybór Izraela, ponieważ taka była Jego suwerenna wola:

„Ty bowiem jesteś dla PANA, twego Boga, świętym ludem. Ciebie wybrał PAN, twój Bóg, ze wszystkich narodów, które są na ziemi, abyś był Jego ludem i wyłączną własnością. PAN was upodobał sobie i was wybrał, nie dlatego, że jesteście liczniejsi od innych narodów – gdyż jesteście najmniejsi ze wszystkich narodów – lecz dlatego, że PAN was umiłował i chce dochować przysięgi, którą złożył waszym ojcom. Wyprowadził was PAN mocną ręką i wybawił z domu niewoli, z ręki faraona, króla Egiptu” (Pwt 7,6-8).

Bóg dokonał wyboru, jednak naród musiał w posłuszeństwie wyjść z Egiptu i wiernie realizować powierzone mu zadanie.

Warto podkreślić, że wybranie Izraela do tego ziemskiego celu nie miało automatycznie charakteru zbawczego. Podobnie było z wyborem Saula na pierwszego króla Izraela – powołano go do określonej roli społecznej i politycznej. „Wówczas Samuel powiedział do całego ludu: Czy widzicie, że ten, którego PAN wybrał, nie ma sobie równego pośród całego ludu?” (1 Sm 10,24). Gdy jednak król Saul okazał się nieposłuszny, stracił swój status: „Ponieważ wzgardziłeś poleceniem Pana, więc On odrzucił ciebie jako króla” (1 Sm 15,23).

Boży prorocy, kierując słowa do tego szczególnego narodu, znacznie częściej niż inni autorzy starotestamentowi używali określeń: „lud wybrany”, „mój wybrany”, „którego sobie wybrałem”

 

Powracając do pytania postawionego w tytule tego rozważania, chcę jedynie przypomnieć, że to w Chrystusie Bóg „wybrał [eklexato] nas przed założeniem świata, abyśmy stanęli przed Nim w miłości, święci i nieskazitelni. Według postanowienia swojej woli przeznaczył [proorisas] nas, abyśmy przez Jezusa Chrystusa stali się Jego synami, dla uwielbienia chwały Jego łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym”.

Apostoł Paweł napisał do Kolosan, że Bóg dokonał odkupienia w Chrystusie, co bez wątpienia jest aktem Jego ogromnej łaski. Jednak to, czy jako odkupieni ostatecznie staniemy przed Jego świętym obliczem, zależy od spełnienia warunku wytrwałości: „Jeśli tylko wytrwacie w wierze, ugruntowani, stali i niedający się odwieść od nadziei, jaką daje Dobra Nowina, którą usłyszeliście ogłoszoną wszelkiemu stworzeniu pod niebem” (Kol 1,23).

Warto również przypomnieć surowe słowa samego Chrystusa, który będzie nas ostatecznie rozliczał z tego, jak postępowaliśmy w życiu: „W owym dniu wielu Mi powie: Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy w Twoim imieniu, czy w Twoim imieniu nie wypędzaliśmy demonów i w Twoim imieniu nie dokonywaliśmy wielu cudów? Wtedy im oświadczę: Nigdy was nie znałem, odstąpcie ode Mnie wy, którzy się dopuszczacie bezprawia” (Mt 7,22-23).

Skoro zostaliśmy wybrani do świętości i synostwa, zachowajmy ten wybór do samego końca naszej ziemskiej wędrówki. Wierzę, że Duch Święty będzie nas wspierał w tej wytrwałości całą swoją mocą. Jestem przekonany, że bez Bożego wsparcia, jakie otrzymujemy w osobie Pocieszyciela, nie bylibyśmy w stanie sami dotrwać do końca. Pan Jezus, nasz Dobry Pasterz, daje nam silne zapewnienie: „Ja daję im życie wieczne, dlatego nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z Mojej ręki. Mój Ojciec, który Mi je dał, jest większy od wszystkich i nikt nie może wyrwać ich z Jego ręki” (J 10,28-29).

I to zapewnienie również mamy wyłącznie z Jego łaski.

Henryk Hukisz

Wednesday, July 1, 2026

Gotowi do obrony

Skoro my, Polacy, znamy się najlepiej na polityce i medycynie, to może teologię zostawmy teologom. Niestety, nieraz spotykamy się z sytuacją, gdy przeciętny chrześcijanin podejmuje się dyskusji lub próbuje publicznie odpowiadać na pytania dotyczące zagadnień biblijnych. To jest jak przysłowiowe porywanie się z motyką na słońce. Internet jest dziś wręcz zalewany wypowiedziami ludzi, którzy nie mają przygotowania, by rzetelnie i mądrze odpowiedzieć na stawiane kwestie natury teologicznej.

Zdaję sobie sprawę, że narażam się na powszechne potępienie ze strony samozwańczych apologetów, uważam jednak, że o tej amatorszczyźnie trzeba pisać odważnie. W sytuacjach, gdy liczy się każde słowo, a każdy wywód może stać się dla oponentów argumentem do ośmieszania naszej wspólnej wiary, kluczowe jest, aby wypowiadały się osoby odpowiednio przygotowane, a co najważniejsze – powołane do tego przez Boga. Zasadniczą regułą panującą w Kościele Jezusa Chrystusa jest prawda zapisana przez pierwszego i najlepszego apologetę biblijnego, samego apostoła Pawła: „I tak Bóg ustanowił w Kościele najpierw apostołów, po drugie proroków, po trzecie nauczycieli...” (1 Kor 12:28). Tak jak ciało każdego z nas składa się z niepowtarzalnych części i organów, tak prawdziwy, zdrowy Kościół Jezusa Chrystusa tworzą różne służby: „Tak bowiem jak jest jedno ciało i ma wiele członków, a wszystkie członki, chociaż jest ich wiele, są jednym ciałem, tak też jest i z Chrystusem. Ciało bowiem to nie jest jeden członek, lecz liczne” (1 Kor 12:12,14).

„Zaraz, zaraz!” – zawołają pewnie znawcy wszystkiego. Przecież jest napisane czarno na białym, że mamy być „gotowi zawsze do obrony wobec każdego, kto od was żąda słowa o tej nadziei, która jest w was” (1 Ptr 3:15). Tak, to prawda – każdy z nas powinien być gotowy do składania świadectwa własnym życiem i jasnego pokazywania, że pokłada nadzieję w Bogu. Z dalszych słów apostoła Piotra wynika jednak, że chodzi tu przede wszystkim o zachowanie czystego sumienia przed Chrystusem w obliczu oskarżeń ze strony tego świata. A jeśli mowa o naszym sumieniu, musimy pamiętać, że zostało ono oczyszczone krwią Baranka „z martwych uczynków, abyśmy służyli Bogu żyjącemu” (Hbr 9:14). W kontekście obrony przed zarzutami świata naszym zadaniem jest więc zachowanie tej czystości sumienia, którą z łaski podarował nam sam Chrystus. Świat będzie z nas szydził, „że wy nie nurzacie się wraz z nimi w tym samym zalewie rozpusty” (1 Ptr 4:4), i będzie atakował nas oszczerstwami. Nie ma tutaj jednak mowy o akademickiej obronie zasad wiary czy argumentowaniu na rzecz podstaw naszych przekonań. Chodzi wyłącznie o „słowa o tej nadziei, która jest w was”, czyli o wyjaśnienie, dlaczego postępujemy inaczej niż reszta świata. Rozumiemy przecież, że nasza decyzja o świętym życiu wynika z faktu, że Święty jest Bóg, w którym pokładamy nadzieję. Dla wszystkich wierzących przyszłość z Bogiem ma większą wartość niż jakikolwiek kompromis ze światem. I chyba się w tej kwestii nie mylę.

Jeśli natomiast chodzi o samą obronę wiary – czyli o wyjaśnianie, dlaczego tak, a nie inaczej rozumiemy Boga oraz Jego obietnice (co bezpośrednio przekłada się na praktyczną stronę naszego codziennego chrześcijaństwa) – to jest to już pewna sztuka, która wymaga głębszego zrozumienia Bożych prawd. Apostoł Piotr pisał o tym później, gdy poruszał temat rozumienia nauki apostolskiej w kontekście rzeczy przyszłych i teraźniejszych, od czego przecież zależy znalezienie się w gronie tych, których ta przyszłość dotyczy. Już wtedy byli „ludzie niewykształceni i niezbyt umocnieni”, którzy „przekręcają – podobnie jak i pozostałe Pisma – na własną zgubę” (2 Ptr 3:16). Dlatego Piotr ostrzega ówczesnych wierzących, co – jak sądzę – dotyczy również naszego pokolenia: „miejcie się na baczności, abyście, zwiedzeni przez błędy ludzi nieprawych, własnej stałości nie doprowadzili do upadku” (w. 17). Kolejne zdanie wskazuje na najskuteczniejszą metodę zachowania tej niewzruszonej postawy, a jest nią nieustanne wzrastanie „w łasce i poznaniu naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa” (w. 18).

Wdawanie się w spory z niewierzącymi wymaga ogromnych umiejętności. Niestety, najczęściej mamy do czynienia z czczą dyskusją, przed którą apostoł Paweł wyraźnie przestrzega. Pouczając młodego Tymoteusza, zachęca go słowami: „Wzoruj się na zdrowej nauce, którą usłyszałeś ode mnie, w wierze i miłości w Chrystusie Jezusie” (2 Tm 1:13), ponieważ powierzono mu wielki skarb. Jako jego duchowy ojciec nakazuje mu stanowczo: „Tymoteuszu, strzeż tego, co ci powierzono, unikaj pospolitej, pustej mowy i sprzecznych twierdzeń fałszywej wiedzy” (1 Tm 6:20). Paweł ze smutkiem musiał przyznać, że ci, którzy do takich czczych dyskusji przystąpili, „pobłądzili w wierze” (w. 21).

Apologetyka, bo tak nazywa się dziedzina nauki zajmująca się obroną prawd biblijnych, wymaga szczególnej umiejętności odpowiadania na zarzuty przeciwników – i to w taki sposób, by dochować wierności nakazom Jezusa. Wszyscy znamy słowa Chrystusa, które we współczesnym społeczeństwie bywają dość trudne do zastosowania: „Tego, co święte, nie dawajcie psom, a pereł nie rzucajcie przed wieprze, aby ich nie podeptały, nie rzuciły się na was i nie rozszarpały” (Mt 7:6). Choć jest to metafora lub przysłowie, którego kontekstu dziś nie wyczuwamy w pełni, kryje się w nim uniwersalna prawda, przekazana przez Jezusa nie tylko bezpośrednim uczniom, ale i kolejnym pokoleniom, aż do naszych czasów. Pisałem już o tym wcześniej w tekście „Psy, wieprze i perły”, choć wtedy patrzyłem na sprawę pod kątem samego zwiastowania. Ta sama zasada dotyczy jednak sytuacji o charakterze apologetycznym – nie zawsze powinniśmy angażować się w dyskusje z ludźmi, których jedynym celem jest ośmieszenie dzieci Bożych. Jezus doskonale radził sobie z tymi, którzy podchodzili Go celowo, by podważyć Jego rosnący autorytet. Kto z nas może jednak poszczycić się taką pełnią Ducha i mądrością, by znać odpowiedzi na pytania, zanim w ogóle zostaną zadane?

Apostoł Paweł, pisząc do Koryntian (którzy zdążyli się już podzielić na tych uważanych za lepszych i gorszych), stwierdził otwarcie, że ludzie różnią się od siebie. Zaakceptowanie tego faktu mogłoby pomóc nam we wzajemnym szacunku – o ile w ogóle jest on możliwy. Może brzmi to trochę jak przechwałka, ale Paweł napisał wprost: „Nam natomiast Bóg objawił to przez Ducha” (1 Kor 2:10). Co dokładnie Bóg nam objawił? Właśnie to, czego „człowiek poznający tylko zmysłami nie przyjmuje darów Ducha Bożego. Są one bowiem dla niego głupstwem i nie może ich zrozumieć, ponieważ można je badać jedynie w sposób duchowy” (w. 14). Czyli to, „czego oko nie ujrzało ani ucho nie usłyszało, ani co nie wstąpiło do serca człowieka, Bóg przygotował tym, którzy Go miłują” (w. 9).

Człowiek „zmysłowy” (w grece psychikos), czyli mówiąc precyzyjnie: człowiek nieodrodzony duchowo, to ktoś, kto porusza się wyłącznie w sferze naturalnych zmysłów. Nie chodzi tu o jego poniżanie, lecz o stwierdzenie faktu, że nie jest on w stanie pojąć prawd duchowych. Dla niego są one „głupstwem, i nie może ich poznać, gdyż należy je duchowo rozsądzać” (w. 14). Rozmawianie z nim o sprawach, których z definicji „nie może poznać”, jest po prostu nierozsądne. Co więcej, uwłacza to samej dyskusji, ponieważ dotyczy ona spraw czysto duchowych.

Spójrzmy na przykład apostoła Pawła. Gdy znalazł się w Koryncie – mieście głębokiej dekadencji moralnej – powiedział mieszkańcom, że nie przyszedł do nich „głosić wam tajemnicę Boga nie za pomocą górnolotnych słów lub mądrości” (1 Kor 2:1). Dlaczego? Odpowiedź jest oczywista. Chciał, jak sam ujął, aby „słowo i moje głoszenie nie opierały się na przekonujących słowach mądrości, ale na ukazywaniu Ducha i mocy” (w. 4). W rezultacie takiego zwiastowania w sercach tych zepsutych moralnie słuchaczy narodziła się wiara, która „nie opierała się na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Boga” (w. 5).

W takich okolicznościach żadna naukowa apologetyka nie dokonałaby tego, co sprawiły słowa wypowiedziane w mocy Ducha Świętego.

Do głoszenia ewangelii w mocy Ducha Świętego powołani jesteśmy wszyscy. Jednak do obrony doktryny powinni stawać ci, których Bóg do tego specjalnie powołał i wyposażył – ludzie, „którzy będą w stanie („ἱκανός” [ikanos] – kompetentny, odpowiedni) nauczać także innych” (2 Tm 2:2). O tym również wspominałem już we wcześniejszym artykule – „Kompetentni nauczyciele”.

Henryk Hukisz