Friday, October 16, 2026

Anatomia ludzkiego zepsucia

Większość z nas z pewnością pamięta żart ze szkolnych lat, gdy na pytanie o stopniowanie przymiotnika „chory”, odpowiadało się z czarnym humorem: „chory, chorszy, trup”. Istnieją słowa, z którymi mamy problem przy tworzeniu trzeciego stopnia intensywności, ponieważ granica absolutna wydaje się nieprzekraczalna. Przymiotnik „zły” posiada stopniowanie nieregularne – mówimy „zły, gorszy, najgorszy” – lecz w ludzkich kategoriach nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić, czy istnieje stopień jeszcze bardziej zdegenerowany od tego, co uznaliśmy za najgorsze. To pojęcie będzie zawsze względne, zależne od naszej wiedzy, punktu odniesienia czy kontekstu.

Jeśli twierdzę, że wspominam najgorszy moment, ocena ta zależy od skali: czy porównuję ostatnie nieudane wakacje, czy też traumatyczne wydarzenie z całego swojego życia. Podobnie jest, gdy mówimy o ludziach: możemy jedynie bardzo powierzchownie określić stopień zepsucia człowieka w porównaniu z jakimś przyjętym przez społeczeństwo kryterium. Na przykład najgorszy nauczyciel w szkole wcale nie musi być w ogólnej ocenie najgorszym człowiekiem na świecie.

Z pewnością zgodzimy się wszyscy z tym, że generalnie można powiedzieć, iż człowiek jest z gruntu zły, ponieważ jest grzesznikiem. Warto w tym miejscu przypomnieć znany teologiczny aksjomat: „Człowiek grzeszy, ponieważ jest grzesznikiem, a nie jest grzesznikiem dlatego, że grzeszy”.

W tym na pierwszy rzut oka zawiłym stwierdzeniu kryje się klucz do zrozumienia ludzkiej kondycji – grzech nie jest jedynie zewnętrznym potknięciem, ale problemem natury każdego człowieka.

Chciałbym jednak zadać pytanie: na ile zły jest człowiek w rzeczywistości? Jak głęboko zdeprawowana jest ludzka natura po upadku? Przecież gołym okiem widać, że nie każdy człowiek wokół nas wykazuje dokładnie taki sam stopień moralnego zepsucia. W dyskusjach teologicznych spotykamy się nieraz z radykalnym twierdzeniem, że każdy ludzki byt jest w jednakowym stopniu zdolny do popełnienia najbardziej potwornej zbrodni, a nie czyni tego wyłącznie dlatego, że brakuje mu ku temu silnej woli lub sprzyjającej sposobności.

W tym miejscu muszę zgłosić stanowcze votum separatum wobec dogmatu uznawanego przez ortodoksyjnych zwolenników kalwinizmu, znanego jako „total depravity”, czyli „całkowite (zupełne) zepsucie”. Argumentem na rzecz mojego stanowiska są słowa samego Pana Jezusa, który powiedział: „Jeśli więc wy, choć jesteście źli, potraficie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej wasz Ojciec w niebie da, co dobre tym, którzy Go proszą” (Mt 7,11).

Uważam zatem, że nawet nienarodzony na nowo, upadły człowiek zachował w sobie zdolność do czynienia relatywnego, doczesnego dobra. Tak przynajmniej uważał Jezus, a z Jego zdaniem musimy się liczyć przede wszystkim.

Oczywiście, wszyscy bez wyjątku zaliczani jesteśmy do tej samej kategorii istot upadłych: „ponieważ wszyscy zgrzeszyli i są pozbawieni chwały Boga” (Rz 3,23). Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości, ponieważ wszyscy wywodzimy się z tego samego  zniszczonego źródła w Adamie i ponosimy identyczne konsekwencje: „Dlatego, tak jak przez jednego człowieka grzech przyszedł na świata, i przez grzech śmierć, tak też na wszystkich ludzi przeszła śmierć, bo wszyscy zgrzeszyli” (Rz 5,12). Zgadzamy się również bezapelacyjnie, że „zapłatą bowiem za grzech jest śmierć” (Rz 6,23).

Problem interpretacyjny pojawia się w momencie, gdy próbujemy precyzyjnie określić, jak głęboko sięga ta deprawacja. Czy człowiek w swoim naturalnym, upadłym stanie jest w stanie w ogóle zapragnąć zbawienia, jakie Bóg oferuje mu w Chrystusie? Czy też jest do tego organicznie i totalnie niezdolny? Radykalni zwolennicy tego poglądu twierdzą, że człowiek nienawrócony jest tak głęboko zepsuty, iż w jego umyśle nie może zrodzić się nawet najmniejsza, autonomiczna myśl o powrocie do Boga. Uważa się wręcz, że każdy grzesznik zieje taką nienawiścią do Stwórcy, że jego serce jest absolutnie zaimpregnowane na jakiekolwiek dobro.

Najczęściej cytowanym fragmentem na obronę tego stanowiska jest wypowiedź Jezusa na temat wnętrza ludzkiego: „We wnętrzu bowiem, w ludzkim sercu, rodzą się złe myśli, rozwiązłość, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, niegodziwość, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, bluźnierstwa, pycha i głupota. Całe to zło pochodzi z wnętrza człowieka i czyni go skalanym” (Mk 7,21-23).

Analizując ten tekst, warto jednak zauważyć, że Chrystus wcale nie stwierdził, iż wymienione wady stanowią jedyną, absolutną i wyłączną zawartość ludzkiego serca. Celem wypowiedzi Zbawiciela było wykazanie faryzeuszom, że prawdziwym, rytualnym brudem nie są rzeczy zewnętrzne i nieumyte ręce, lecz to, co rodzi się wewnątrz człowieka. Prawdą jest, że takie nieczystości mieszkają w ludzkim sercu, ale czy Pismo Święte twierdzi, że nie ma tam już zupełnie niczego innego?

Dlaczego o tym piszę? Uważam, że wmawianie ludziom, iż w każdym calu pałają świadomą nienawiścią do Boga i są absolutnie pozbawieni jakichkolwiek wyższych odruchów, tworzy fałszywy, skrajnie zniekształcony obraz zarówno Stwórcy, jak i człowieka.

Owszem, na kartach Listu do Rzymian Paweł maluje ciemny obraz ludzkości, która odwróciła się od Boga i wybrała własną pseudomądrość (por. Rz 1,18-32). Przeciwko tym, którzy świadomie i z premedytacją odrzucają objawioną prawdę, Bóg zachowuje swój święty gniew. Ci, którzy wybierają drogę świadomego buntu, muszą ponieść konsekwencje. Warto jednak zauważyć, że ten konkretny fragment Słowa Bożego dotyczy w pierwszym rzędzie doczesnych, namacalnych skutków grzesznego życia jako konsekwencji odrzucenia światła objawienia.

Apostoł Paweł pisze o życiu w usprawiedliwieniu, które staje się realnym udziałem człowieka przez wiarę. Przeciwieństwem tego jest egzystencja bez Boga i Jego mądrego prawa. Zwróćmy uwagę, że apostoł pisze o „gniewie Bożym” w czasie teraźniejszym: „Gniew Boży objawia się z nieba przeciwko wszelkiej bezbożności i niesprawiedliwości ludzi – którzy prawdę w niesprawiedliwość obracają” (Rz 1,18). W tym konkretnym wersecie nie chodzi o ostateczne, wieczne potępienie na sądzie ostatecznym, lecz o gniew przejawiający się jako bezpośrednia, naturalna konsekwencja łamania Bożego porządku stworzenia.

Ci, którzy świadomie decydują się na to, „aby hańbili swoje ciała między sobą” (Rz 1,24), w konsekwencji „dlatego sami na sobie ponoszą karę należną za zboczenie” (Rz 1,27). Czy Apostoł, wskazując na ludzi, którzy „uważali, że są mądrzy, a dali się ogłupić” (Rz 1,22), mówi o całej ludzkości en bloc, czy też o konkretnej grupie, która w sposób radykalny i ostentacyjny odrzuciła Boga?

Karę za te moralne dewiacje ludzie często ponoszą już w tym życiu, w swoich ciałach i psychice. Doskonale widać to na przykładzie Koryntu. W tamtejszym kościele, pośród świętych, znajdowali się ludzie o fatalnej przeszłości – dawni rozpustnicy, złodzieje czy współżyją z mężczyznami, o których Paweł pisał wprost, że w tamtym stanie „nie odziedziczą Królestwa Boga”. A jednak dodaje kluczowe słowa: „A takimi właśnie byli niektórzy z was. Ale zostaliście obmyci, uświęceni, usprawiedliwieni w imię Pana Jezusa Chrystusa i przez Ducha naszego Boga” (1 Kor 6,11).

Być może zanim przeżyli opamiętanie, doznawali w swoich ciałach doczesnych skutków Bożego gniewu w postaci chorób lub degradacji społecznej, będących naturalną konsekwencją ich grzechu. Jeśli starożytnemu złodziejowi ucięto rękę w ramach ówczesnego wymiaru sprawiedliwości, to po jego nawróceniu do Boga ta ręka w cudowny sposób nie odrastała – konsekwencja doczesna pozostawała.

Warto w tym kontekście wnikliwie przeanalizować werset z Listu do Rzymian 1,20: „To bowiem, co w Nim niewidzialne, Jego wieczna moc i boskość, są od stworzenia świata widoczne w dziełach, dlatego nie mają nic na swoją obronę”.

Skoro od samego początku istnienia świata, czyli również wtedy, gdy człowiek znalazł się już poza rajskim ogrodem, Boża moc i boskość mogą być przez ludzkość „widzialne dla umysłu przez Jego dzieła” [BT], to oznacza to jedno: Bóg doskonale wie, że ludzki intelekt i sumienie nie zostały doszczętnie i totalnie zresetowane. Człowiek wciąż posiada aparat poznawczy zdolny do zauważenia śladów Stwórcy w otaczającym go świecie.

Fakt, że jako ludzie nie jesteśmy w jednakowym stopniu zdemoralizowani, nie oznacza wcale, iż zbawienia potrzebują wyłącznie ci najgorsi kryminaliści. Na tym świecie nie ma ani jednego człowieka na tyle dobrego, aby mógł obejść się bez Chrystusa jako Jedynej Drogi.

Święty Bóg wymaga bowiem sprawiedliwości doskonałej, porównywalnej wyłącznie z Jego własną świętością. I dokładnie taką doskonałą sprawiedliwość oferuje nam w swoim Synu, Jezusie Chrystusie, który zadeklarował bezkompromisowo: „To dzięki Niemu jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby, jak napisano, ten, kto się chlubi, chlubił się w Panu” (1 Kor 1,30,31).

Henryk Hukisz

Tuesday, October 13, 2026

Dożynki przemocy

Czas żniw zawsze weryfikuje prawdę o tym, co zostało włożone w ziemię – żaden rolnik nie spodziewa się przecież pszenicy tam, gdzie zasiał chwasty. Choć w świecie ducha ta zasada jest równie bezwzględna, często żyjemy łudząc się, że konsekwencje naszych zaniedbań w jakiś sposób nas ominą. Zanim jednak spojrzymy na tragiczne żniwa przemocy na ulicach współczesnych miast i w cyfrowym świecie naszych dzieci, warto zatrzymać się nad prostym, lecz niezwykle uniwersalnym prawem duchowym, o którym przypomina nam Pismo Święte..

Na wstępie chcę nawiązać do wydarzenia sprzed 14. lat, gdy w Chicago panowała wręcz świąteczna atmosfera. Jeden z głównych kanałów informacyjnych, ABC 7 News, poinformował, że w uroczystościach dziękczynnych wziął udział sam burmistrz miasta oraz „top cop” – szef policji. W jednym z kościołów najbardziej zaangażowanych w walkę z przestępczością odbyła się specjalna uroczystość. Przyczyną tak uroczystego wydarzenia był fakt, że na ulicach miasta przez pełne 48 godzin nie doszło do żadnej strzelaniny.

Problem przemocy na ulicach Chicago od lat spędza sen z powiek władzom tej ogromnej aglomeracji. Uliczne gangi opanowują coraz większe obszary miasta, przenosząc się również do północnych dzielnic, gdzie dotychczas panował względny spokój. Zaledwie dwie doby bez strzałów rozbudziły nadzieję na odwrócenie tego katastrofalnego pędu do zabijania niewinnych ludzi. Pojawiły się nawet pomysły, aby do najniebezpieczniejszych rejonów miasta wprowadzić wojsko.

Zaskoczyła mnie ogromna pompa, z jaką obwieszczano te dwa spokojne dni w miejscu, gdzie ludzie przywykli już do doniesień o codziennych krwawych porachunkach. Warto zaznaczyć, że wiele organizacji społecznych stara się walczyć z tym zjawiskiem, jednak bez większych rezultatów.

Od wydarzenia, jakim rozpocząłem to rozważanie minęło czternaście lat. Warto i dzisiaj zadać proste i fundamentalne pytanie: skąd bierze się ta przemoc i czym dziś karmią się umysły młodego pokolenia?

Gdy przyjrzymy się codzienności dzieci i młodzieży, odpowiedź staje się jasna. Dawniej źródłem niepożądanych wzorców były głównie gry komputerowe i hollywoodzkie filmy. Dziś to zjawisko przybrało znacznie bardziej agresywną formę. Największym siewcą postaw i emocji stał się internet – ze swoimi nieustannie działającymi algorytmami, mediami społecznościowymi i platformami wideo.

Dziś młodzi ludzie spędzają długie godziny w świecie TikToka, YouTube’a czy Instagrama, gdzie bezmyślne algorytmy bezustannie podsuwają im treści żerujące na najniższych instynktach i silnych, negatywnych emocjach.

W tym cyfrowym szumie hejt oraz cyberprzemoc stały się niemal chlebem powszednim – młodzież z łatwością przyzwyczaja się do słownej agresji, publicznego poniżania rówieśników i niszczenia czyjejś reputacji, byle tylko zdobyć upragnioną popularność i parę wirtualnych „polubień”.

Co gorsza, ogromną widownię gromadzą patostreamerzy i patoinfluencerzy, u których wulgarność, uzależnienia i fizyczna przemoc transmitowane na żywo stają się lekkostrawną rozrywką dla nastolatków, a dla samych twórców – dochodowym biznesem. Obrazu dopełnia promowana na masową skalę kultura tak zwanych freak-fightów, gdzie idolami młodego pokolenia stają się ludzie budujący swój autorytet na agresji, wulgarnym języku i braku jakichkolwiek zasad moralnych. Nawet zwykłe gry w smartfonach uciekają od odpowiedzialności, ucząc dzieci zdobywania przewagi poprzez bezrefleksyjną eliminację przeciwnika i zacierając granicę między ludzkim cierpieniem a wirtualną zabawą.

Jeśli więc przez ekrany telefonów nieustannie zasiewa się w młodocianych sercach zawiść, pogardę i obojętność na zło, to jakich owoców możemy spodziewać się w ich dorosłym życiu?

Jedna z najbardziej niepodważalnych prawd brzmi: „Co człowiek sieje, to będzie zbierać”. Apostoł Paweł, pisząc do wierzących, przypominał o tej prostej duchowej zasadzie: „Nie dajcie się zwodzić, Bóg nie pozwala szydzić z siebie. Co bowiem człowiek posieje, to będzie zbierał” (Ga 6,7). To prawo działa bezwzględnie: „Kto sieje w swoim ciele, jako plon z ciała zbierze zagładę. Kto zaś sieje w Duchu, z Ducha zbierze życie wieczne” (Ga 6,8).

Nie pomoże żadna prewencja, brak dostępu do broni ani uzbrojone oddziały policji na ulicach – czas żniw bezlitośnie ujawni jakość posianego w umysłach ziarna.

Pan Jezus, doskonały znawca ludzkiej natury, mówił: „Poznacie ich po owocach. Czy zbierają z cierni winogrona lub z ostu figi? Każde zdrowe drzewo rodzi dobre owoce, a chore drzewo owoce złe” (Mt 7,16–17). Apostoł Paweł uzupełnił tę myśl, wskazując na stan ludzkiego serca bez Boga: „Nikt nie jest sprawiedliwy, nie jest rozumny, nie szuka Boga, wszyscy zbłądzili, razem stali się nieużyteczni, nikt nie czyni dobra” (Rz 3,10–12).

Żadne socjologiczne programy ani światowe hasła w stylu „All you need is love” nie zmienią ludzkiej natury bez odrodzenia z Ducha Świętego. Żaden człowiek nie jest w stanie o własnych siłach przynieść Bogu dobrego owocu. Dlatego Chrystus powiedział jasno: „Zapewniam, zapewniam cię, jeśli się ktoś nie narodzi z góry, nie może ujrzeć Królestwa Boga” (Jn 3,3). Tu znowu apostoł Paweł śpieszy z wyjaśnieniem, że „Królestwo Boga przecież nie jest pokarmem i napojem, ale sprawiedliwością, pokojem i radością w Duchu Świętym. Ten bowiem, kto w tym służy Chrystusowi, podoba się Bogu i cieszy się uznaniem u ludzi” (Rz 14:17,18). Dlatego uważam, że najbardziej skutecznym programem naprawy społeczeństwa jest oferta złożona przez Chrystusa.

Apostoł Piotr pisał do wierzących: „Skoro oczyściliście swoje dusze przez posłuszeństwo prawdzie, aby nieobłudnie kochać braci, to nieustannie miłujcie jedni drugich czystym sercem, jako odrodzeni nie ze zniszczalnego nasienia, ale z niezniszczalnego, dzięki Słowu Boga, które żyje i trwa” (1 Pt 1,22–23). Bez nowego narodzenia z niezniszczalnego nasienia Słowa Bożego nie da się oczekiwać dobrych zbiorów – zbierzemy tylko to, co zostało wcześniej zasiane w sercach. Apostoł Jan dodał z pełnym przekonaniem: „Każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, gdyż pozostaje w nim nasienie Boga i nie może grzeszyć, bo narodził się z Boga” (1 Jn 3,9).

Bez tego Bożego posiewu nie ma możliwości, by w życiu człowieka pojawił się trwały i dobry owoc. Zaraz po optymistycznej wiadomości z Chicago, od której rozpocząłem to rozważanie, stacja podała kolejną informację: od kul w porachunkach gangów zginęła następna osoba, a kilka zostało rannych.

Radość z dwóch dni spokoju okazała się przedwczesna. Dopóki w sercach młodego pokolenia siany jest cyfrowy zgiełk, agresja i bezbożność, dopóty dożynki naszej cywilizacji będą przynosić jedynie smutne i gorzkie plony.

Przemoc, obojętność i moralny chaos nie pojawiają się w cieniu naszej cywilizacji nagle ani bez przyczyny. Są one zawsze konsekwencją powolnego, nieustannego procesu, który odbywa się na naszych oczach – w domach, na ulicach i na ekranach telefonów. Zanim zadamy sobie pytanie, dlaczego dzisiejszy świat staje się coraz bardziej bezwzględny, musimy zapytać o coś znacznie ważniejszego: czym karmione są umysły i serca tych, którzy jutro będą decydować o kształcie naszej rzeczywistości?

Henryk Hukisz

Monday, October 12, 2026

Cena uczniostwa - samodyscyplina

Dyscyplina to dziedzina we współczesnym Kościele niemal całkowicie zapomniana. Ani się jej nie naucza, ani nie stosuje – głównie z obawy przed utratą członków zboru. Jak bardzo potrzebujemy powrotu do biblijnej praktyki stosowania dyscypliny we wspólnocie wierzących, dobrze ilustruje cytat dr. Donalda A. Carsona, wykładowcy Trinity Evangelical Divinity School:

„Mamy skłonność do zmierzania w stronę nieposłuszeństwa i nazywamy to wolnością; trzymamy się przesądów i nazywamy je wiarą. Znajdujemy zadowolenie w braku samokontroli i nazywamy to relaksem; zaniedbujemy modlitwę, uciekając przed legalizmem; odrzucamy Boże wartości i nazywamy to wolnością życia.”

Samo nauczanie jednak na nic się nie zda, jeśli osoby tworzące społeczność nie potrafią stosować dyscypliny wobec samych siebie. Dlatego postanowiłem podjąć temat samodyscypliny.

Chrystus wymaga od każdego wierzącego, aby podporządkował Mu swoje życie. Bez tej uległości nie można być Jego uczniem. Każdy chrześcijanin musi więc dobrowolnie poddać się rygorowi wiary – czyli samodyscyplinie, samokontroli i wyrzeczeniu się siebie. Pan Jezus często do tego nawiązywał w Ewangeliach, a apostoł Paweł rozwinął ten temat w swoich listach.

Samodyscyplina jest bez wątpienia ograniczeniem osobistej wolności na rzecz wspólnego dobra. Jezus powiedział, że musimy wyrzec się siebie ze względu na Niego oraz na Kościół, który jest Jego Ciałem. Prawdziwym uczniem jest ten, kto nie z przymusu, lecz z własnej woli poddaje się dyscyplinie Chrystusowej nauki. Pan powiedział jasno: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje” (Mt 16,24).

Samozaparcie wynika z osobistej decyzji. To dobrowolne podporządkowanie się Bożym zasadom – zarówno w życiu prywatnym, jak i we wspólnocie kościelnej. Nie może ono być skutkiem presji otoczenia ani próbą zdobycia uznania i popularności.

Nie sposób mówić o dyscyplinie, dopóki nie określi się jasno reguł i granic, których przekraczać nie wolno. Wyznaczone granice dają poczucie bezpieczeństwa – ludzie w ich obrębie mają określone prawa, ale również i obowiązki. Słowo Boże daje nam precyzyjne zasady, które powinny być nauczane i stosowane w Bożym Kościele.

Aby odnieść sukces w jakiejkolwiek dziedzinie, musimy zaakceptować reguły gry. Każdy muzyk, sportowiec, przedsiębiorca czy kaznodzieja musi znać obowiązujące zasady i skrupulatnie ich przestrzegać. Apostoł Paweł posługuje się obrazem ze świata sportu: „Każdy, kto staje do zawodów, wszystko wytrzymuje: tamci, aby zdobyć zniszczalny wieniec, my zaś niezniszczalny. Ja więc tak biegnę, lecz nie na oślep, walczę na pięści, lecz nie jak ktoś, kto uderza w próżnię, ale opanowuję własne ciało i traktuję jak niewolnika, abym innym głosząc naukę, sam nie został odrzucony” (1 Kor 9,25–27).

Apostoł przyznaje, że sam podlega reżimowi Bożych zasad. Polegają one na powstrzymywaniu tego, co wynika z ludzkich pożądliwości, a utwierdzaniu tego, co pochodzi z Ducha Świętego. Jest to bezpośrednie podporządkowanie własnej woli – woli Bożej. Paweł radzi wierzącym: „Postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem pożąda na przekór duchowi, duch natomiast przeciwko ciału. A tak są sobie przeciwne, że czynicie to, czego nie chcecie” (Ga 5,16–17).

Samodyscyplina to cecha charakteru pozwalająca na kontrolę własnych pragnień, decyzji i nawyków. Opiera się na wstrzemięźliwości, która jest owocem Ducha Świętego. Gdy chrześcijanin oddaje się pod panowanie Jezusa Chrystusa, owoc ten może się w nim rozwijać i dojrzewać.

Jak jednak kontrolować samego siebie? Według jakich kryteriów i w jaki sposób praktycznie stosować samokontrolę? Najlepszą odpowiedź daje nam Biblia. Paweł pisał do młodego kaznodziei, Tymoteusza: „Dlatego przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez nałożenie moich rąk. Nie dał nam bowiem Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i rozsądku” (2 Tm 1,6–7).

Apostoł zachęca Tymoteusza, aby dbał o ogień daru Ducha Świętego. Rozniecanie tego ognia powinno być codzienną troską każdego wierzącego. Nie chodzi tu o ponowne zapalanie zgasłego płomienia, lecz o stałe podtrzymywanie jego właściwej temperatury. Letni chrześcijanie, u których ten duchowy ogień przygasł, tracą siłę. Dlatego Biblia wzywa: „nie bądźcie ospali w gorliwości, bądźcie płomiennego ducha” (Rz 12,11).

Kiedyś, gdy domowe ognisko było jedynym źródłem ciepła i umożliwiało przygotowanie posiłków, dbanie o żywy ogień stanowiło podstawowy obowiązek domowników. Zaniedbanie tej reguły groziło chłodem i głodem – powolną śmiercią. Podobnie jest w życiu duchowym: gdy człowiek wierzący przestaje dbać o płomień Ducha, jego chrześcijaństwo zamienia się w pusty, religijny rytuał – rutynowe chodzenie do kościoła, mechaniczne czytanie Biblii i bezduszne odtwarzanie schematów. Taki klimat duchowego życia sprzyja pojawianiu się pokus i upadków wywołanych grzechem.

Dzięki ożywczemu działaniu Ducha Świętego, który zamieszkał w nas w momencie narodzenia się na nowo, możemy żyć wolni od lęku – w miłości i pod stałą kontrolą własnego stanu duchowego.

Samokontrola to także gotowość do poddawania samego siebie sprawdzianom. Pismo Święte wielokrotnie wzywa nas do testowania swojej wiary. Musimy robić to z własnej woli, nakładając na siebie duchowy rygor: „Sami siebie poddawajcie próbie, czy trwacie w wierze. Samych siebie doświadczajcie. Czy nie wiecie o sobie, że Jezus Chrystus jest w was? Chyba, że nie wytrzymaliście próby” (2 Kor 13,5).

Samodyscyplina oznacza ocenianie własnego postępowania w świetle Bożych zasad. Pomaga nam odnaleźć właściwe miejsce w Kościele i wiernie wypełniać powołanie, jakie Bóg nam wyznaczył. Chroni nas również przed przypisywaniem sobie ról czy darów, których nie otrzymaliśmy od Pana, a które chcielibyśmy pełnić jedynie z własnej ambicji. Paweł, pisząc o przemianie umysłu i rozeznawaniu woli Bożej, wzywa do trzeźwej i wstrzemięźliwej samooceny: „Mówię bowiem do każdego z was mocą danej mi łaski, abyście nie myśleli o sobie więcej niż należy, ale myśleli w granicach rozsądku, stosownie do wiary otrzymanej od Boga” (Rz 12,3).

Na tym właśnie polega działanie Bożej łaski – prowadzi nas do wyrzeczeń zgodnych z myślą Chrystusa. Apostoł Paweł tak charakteryzuje tych, którzy stają się godnymi miana Jego uczniów: „Objawiła się bowiem wszystkim ludziom zbawcza łaska Boga, która wychowuje nas, abyśmy odrzucili bezbożność i światowe pożądania, a żyli na tym świecie roztropnie, sprawiedliwie i pobożnie, oczekując spełnienia się błogosławionej nadziei i objawienia się chwały naszego wielkiego Boga i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. On wydał za nas samego siebie, aby nas wykupić z wszelkiej nieprawości i oczyścić dla siebie na własność lud gorliwy w pełnieniu dobrych uczynków” (Tt 2,11–14).

Gdy uświadomimy sobie, jak szybko przemija doczesne życie, łatwiej nam poddać się prowadzeniu Ducha Świętego – bo tylko On potrafi pokazać to, co naprawdę ma wartość w służbie dla Boga.

Henryk Hukisz

Sunday, October 11, 2026

Grzech teraźniejszy

Możliwe, że młodsze pokolenie nie kojarzy już jednej z ważniejszych pozycji w klasyce polskiej literatury – powieści Stefana Żeromskiego pt. „Dzieje grzechu”, której lekturę kiedyś musieliśmy zaliczyć w szkole. Od razu jednak zastrzegam: nie będę tutaj omawiać ani dramatu głównej bohaterki, Ewy Pobratymskiej, ani fabuły tej książki. Chciałbym jedynie odnieść się do niewielkiego fragmentu, w którym spowiednik rozmawia z bohaterką o naturze grzechu.

Duchowny, zwracając się do młodej dziewczyny, zachęcał ją do zachowania czystości, aby nie sprofanowała swojego ciała – kielicha, w którym zamieszkuje Duch Święty. Gdy poradził jej, by zamykała oczy na widok grzechu, ta zapytała wprost: „A co to jest grzech?”. Ksiądz odpowiedział wówczas, że grzechem jest po prostu zły czyn popełniony przez człowieka.

Na tym kończy się nasz wątek z Żeromskim. Obawiam się jednak, że do dziś większość ludzi ogranicza pojęcie grzechu wyłącznie do złego postępku. A co na ten temat mówi Biblia – nasze podstawowe źródło wiedzy o nas samych i o życiu? Otóż biblijne ujęcie grzechu sięga znacznie głębiej. Hebrajskie słowo „חָטָא” [chata] oznacza dosłownie: „nie trafić do celu”. To znacznie więcej niż tylko zrobienie czegoś złego. Nie trafić do celu to znaczy mijać się z zamysłem naszego Stwórcy – nie osiągać standardu życia, jaki On dla nas wyznaczył.

Dlaczego właściwe zrozumienie grzechu jest tak kluczowe? Jeśli sprowadzimy go wyłącznie do popełniania złych uczynków, łatwo wpadniemy w pułapkę samousprawiedliwienia – uznamy, że przecież „nic złego nie zrobiliśmy”. Tę złudną opinię o własnej bezgrzeszności najłatwiej buduje się poprzez porównywanie się z innymi, w naszych oczach znacznie gorszymi ludźmi. Prawda jest jednak taka, że to święty Bóg wyznacza standardy moralne, a nie my. Dlatego w zestawieniu z Bożym wzorcem zawsze wypadamy niesatysfakcjonująco.

Nie zamierzam omawiać problemu grzechu w sposób ogólny – nie pozwala na to ramy tego krótkiego rozważania. Jak wskazuje tytuł, chcę skupić się na grzechu, który pojawia się w doczesnym życiu dziecka Bożego. W wieczności ten problem znika raz na zawsze, gdyż tam „nic już nie będzie obłożone klątwą. A w mieście będzie tron Boga i Baranka, i Jego słudzy będą Mu służyć. I będą oglądali Jego oblicze, i Jego imię będą mieli na czołach” (Ap 22,3–4). W naszej obecnej rzeczywistości – zanim przekroczymy próg wieczności – apostoł Jan pod natchnieniem Ducha Świętego napisał wyraźnie: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to sami siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 Jn 1,8). Słowa te nie są wyrywkowe – Jan poświęca tej kwestii znaczne miejsce w swoim pierwszym liście. W kolejnym wierszu daje nam niezwykle praktyczną wskazówkę, co należy zrobić, gdy uświadomimy sobie obecność grzechu w swoim życiu: „Jeśli wyznajemy nasze grzechy, to Bóg, który jest wierny i sprawiedliwy, odpuści nam grzechy i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 Jn 1,9).

Niezaprzeczalną prawdą pozostaje równocześnie werset: „Każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, gdyż pozostaje w nim nasienie Boga i nie może grzeszyć, bo narodził się z Boga” (1 Jn 3,9). Czy te słowa stoją w sprzeczności z wcześniej zacytowanym fragmentem? Na pierwszy rzut oka może się tak wydawać, ale w Słowie Bożym nie ma sprzeczności.

Naszą grzeszną przeszłość – wszystkie winy popełnione zanim poznaliśmy Pana i narodziliśmy się na nowo – wziął na siebie Baranek Boży. Apostoł Piotr, cytując proroka Izajasza, przypomina wierzącym, że Chrystus „w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy martwi dla grzechu, żyli dla sprawiedliwości. Jego ranami zostaliście uleczeni” (1 Pt 2,24). Również apostoł Paweł, zwłaszcza w Liście do Rzymian, wyjaśnia, co stało się z grzechami tych, którzy zaufali Zbawicielowi: „Jego to Bóg ustanowił narzędziem przebłagania przez wiarę, dzięki Jego krwi, żeby okazać swoją sprawiedliwość przez odpuszczenie grzechów, które zaistniały wcześniej” (Rz 3,25). Doskonała ofiara Chrystusa w pełni zmyła naszą przeszłość.

Przez narodzenie się na nowo staliśmy się uczestnikami Boskiej natury, aby nie trwać w grzechu. Dopóki jednak żyjemy w doczesnym ciele, jego pożądliwości pozostają dla nas realnym zagrożeniem. Apostoł Paweł opisuje w Liście do Galacjan tę codzienną duchową walkę pomiędzy pragnieniami Ducha Świętego a zakusami ciała: „Ciało bowiem pożąda na przekór duchowi, duch natomiast przeciwko ciału. A tak są sobie przeciwne, że czynicie to, czego nie chcecie” (Ga 5,17). Sam apostoł przyznawał, że doświadczał tego wewnętrznego starcia: „Jeśli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to robię, ale grzech, który mieszka we mnie” (Rz 7,20). Z kolei apostoł Jakub przedstawia sam mechanizm powstawania grzechu: „Każdy zaś jest doświadczany przez własną pożądliwość, która go pociąga i nęci. Następnie pożądliwość, gdy zaowocuje, rodzi grzech. Grzech zaś, gdy dojrzeje, rodzi śmierć” (Jk 1,14–15). Warto zatrzymać się przy sformułowaniu „gdy grzech dojrzeje”. W Biblii Brzeskiej oddano to sensownie jako: „a grzech będąc dokonany, przynosi śmierć”. Greckie słowo [apotelestheisa] wskazuje na grzech całkowicie ukończony – taki, który osiąga swój ostateczny, niszczycielski cel.

Naturą grzechu jest prowadzenie człowieka ku śmierci. Ten nieunikniony proces został jednak przerwany przez Baranka Bożego na Golgocie, gdy wypowiedział On słowa: „Wykonało się”. W Chrystusie grzech utracił moc zadania nam ostatecznego ciosu. Dlatego apostoł Jan nawołuje wierzących, aby każdy popełniony grzech natychmiast wyznawać Chrystusowi, uniemożliwiając mu wyrządzenie duchowej szkody.

Grzech teraźniejszy w życiu chrześcijanina nie jest nieunikniony, lecz pozostaje możliwy. Nie wynika on z naszej nowej natury, lecz z chwilowej nieuwagi – gdy przestajemy chodzić w Duchu i ulegamy cielesnym pożądliwościom (Ga 5,16). „Teraźniejszy” znaczy w tym kontekście również „chwilowy” – trwa bowiem tylko do momentu wyznania. Nowa natura pcha nas do natychmiastowego oczyszczenia z brudu. Słuchajmy więc czujnie głosu Ducha Świętego, nie zasmucajmy Go i wyznawajmy nasze winy od razu, gdy On nam je ukazuje.

Henryk Hukisz

Saturday, October 10, 2026

Gramatyka grzechu

Mowy ojczystej uczyłem się w rodzinnym domu, a później w szkole, gdzie poznawałem zasady wyrażania swoich myśli i pragnień w ojczystym języku. Przyznaję, że nie byłem wtedy wybitnym uczniem – regułek gramatycznych uczyłem się na pamięć głównie po to, by zdać do następnej klasy. Dziś żałuję, że w tamtych latach nie przykładałem się bardziej do opanowania sztuki sprawnego posługiwania się językiem, aby trafniej wyrażać swoje myśli i lepiej rozumieć zapisane treści Słowa Bożego.

Dopiero na studiach, podczas nauki języków biblijnych, zacząłem rozumieć, jak kluczowa jest znajomość gramatyki dla prawidłowego odczytania tekstu pisanego. Uważam, że aby właściwie pojąć przesłanie Biblii, nie wolno nam bagatelizować konstrukcji językowych – czyli sposobu, w jaki dana myśl została zapisana. Niejednokrotnie dawałem temu wyraz we wcześniejszych wpisach na tym blogu.

Dziś chciałbym przyjrzeć się bliżej kilku wersetom z 1. Listu Jana. W pierwszych rozdziałach apostoł porusza temat grzechu, z którym mierzy się każdy wierzący. Zacytujmy najpierw ten fragment:

„Jeśli mówimy, że grzechu nie mamy, sami siebie zwodzimy, i prawdy w nas nie ma. Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości.

Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, kłamcę z niego robimy i nie ma w nas Słowa jego. Dzieci moje, to wam piszę, abyście nie grzeszyli. A jeśliby kto zgrzeszył, mamy orędownika u Ojca, Jezusa Chrystusa, który jest sprawiedliwy” (1 Jn 1:8–2:1).

 W tym krótkim fragmencie słowo „grzech” pojawia się trzykrotnie jako rzeczownik oraz trzykrotnie jako czasownik. W tym miejscu muszę poczynić małą korektę gramatyczną: w niektórych tradycyjnych polskich przekładach słowo „grzeszyli” (1 Jn 2:1) powinno być oddane jako „zgrzeszyli”.

Dlaczego ma to aż tak duże znaczenie? Ponieważ wielu nauczycieli – opierając się na nieprecyzyjnym tłumaczeniu – wyciąga wnioski, jakoby chodziło tu o dwa zupełnie różne pojęcia. Sam, przyznaję, przez długi czas nieświadomie uważałem ten werset za podstawę do takiego rozróżnienia. Przyjęło się sądzić, że sformułowanie „abyście nie grzeszyli” oznacza ciągłe, nawykowe trwanie w grzechu (lub wręcz świadome, dobrowolne grzeszenie). Natomiast zwrot „jeśliby kto zgrzeszył” odnosi się do jednorazowego upadku, wynikającego z ludzkiej nieuwagi czy słabości. 

W tekście greckim w obu miejscach użyto tego samego słowa i tej samej formy gramatycznej (czasownik w trybie przypuszczającym czasu przeszłego/aoryst, w stronie czynnej). Jedyną różnicą jest to, że w pierwszym przypadku „ἁμάρτητε” [amartete], występuje w 2. osobie liczby mnogiej, natomiast drugie użycie „ἁμάρτῃ” [amatre], jest w 3. osobie liczby pojedynczej. Zobaczmy, jak brzmi dosłowne tłumaczenie pierwszego wersetu drugiego rozdziału w Grecko-Polskim Nowym Testamencie: „Dzieci me, to piszę wam, aby(ście) nie zgrzeszyli. I jeśli kto zgrzeszyłby, orędownika mamy przy Ojcu, Jezusa Pomazańca sprawiedliwego”.

Słowem kluczowym do właściwego zrozumienia tej myśli jest często pomijany zaimek wskazujący - „to”. Apostoł Jan na początku swojego listu wkazuje na fundamenty, na podstawie których możemy określić swój stan duchowy. Zaznacza, że objawione nam życie, to jest „to, co widzieliśmy i usłyszeliśmy, głosimy również wam, abyście i wy trwali we wspólnocie z nami. My zaś trwamy we wspólnocie z Ojcem i Jego Synem, Jezusem Chrystusem. A piszemy to, aby nasza radość była pełna” (1 Jn 1:3,4).

Ponieważ Bóg jest światłością, ludzie obdarowani nowym życiem są wezwani do chodzenia w światłości, aby tę społeczność utrzymywać. Na tym polega nowe życie, aby trwać w społeczności z Ojcem, gdyż jedynie trwanie w ścisłej więzi z Chrystusem sprawia, że „każdy, kto w Nim pozostaje, nie grzeszy” (1 Jn 3:6). W tym przypadku „nie grzeszy” ἁμαρτάνει [amartanei] występuje w czasie teraźniejszym trybu oznajmującego strony czynnej. Jest więc stwierdzeniem, że pozostając w ścisłej społeczności z Ojcem w Chrystusie, uzyskuje się wolność od grzechu.

Sprawdzianem naszego odrodzenia jest więc pytanie: czy rzeczywiście chodzimy w światłości? Pan Jezus powiedział: „Kto postępuje zgodnie z prawdą, dąży do światłości, aby wyszło na jaw, że uczynki jego dokonane są w Bogu” (Jn 3:21). Wskaźnikiem nowego życia jest nasze codzienne postępowanie. Kto trwa w złym, „nienawidzi światłości i nie zbliża się do światłości, aby nie ujawniono jego uczynków” (Jn 3:20).

Z drugiej strony, dopóki żyjemy na ziemi, obecność grzechu w życiu wierzącego wciąż się zdarza – nasza upadła natura stale pobudza nas do własnych pragnień. Brak uległości wobec Ducha Świętego, który chce wydawać w nas swój owoc, prowadzi do potknięcia. Jan nazywa to właśnie pojedynczym „zgrzeszeniem” – popełnieniem niewłaściwego czynu. Zdarza się to każdemu z nas. Nawet apostoł Paweł wyznał szczerze: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale zło, którego nie chcę – to czynię” (Rz 7:19). Dlatego Jan pisze wprost: „Jeśli mówimy, że grzechu nie mamy, sami siebie zwodzimy, i prawdy w nas nie ma” (1 Jn 1:8).

Naturalną potrzebą i dążeniem nowej natury w człowieku wierzącym jest jak najszybsze oczyszczenie się z popełnionego błędu. Wszyscy czerpiemy nadzieję ze wspaniałej obietnicy: „Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości” (1 Jn 1:9).

Apostoł Jan pisze do ludzi odrodzonych słowem Ewangelii, zachęcając ich do czujności i unikania sytuacji, w których mogliby upaść – stąd jego słowa zachęty: „abyście nie zgrzeszyli” (1 Jn 2:1). Cały Nowy Testament pełen jest praktycznych wskazówek, jak chronić się przed grzechem. Jednym z najlepszych sposobów na unikanie pokus jest karmienie umysłu tym, co „prawdziwe, co szlachetne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały” (Flp 4:8).

Walka z ciałem i pokusą zaczyna się w naszej sferze myśli. Jak ujął to Paweł: „Chociaż bowiem w ciele żyjemy, nie prowadzimy walki według ciała. Głównym orężem naszej walki nie są środki cielesne, lecz moc od Boga do burzenia twierdź. Udaremniamy złośliwe zamysły i wszelką pychę podnoszącą się przeciw poznaniu Boga i zniewalamy wszelką myśl do posłuszeństwa Chrystusowi” (2 Kor 10:3–5). Ten stan wewnętrznej czujności apostoł Jan nazywa w swoim Liście trwaniem w „społeczność z Ojcem i z Jego Synem, Jezusem Chrystusem” (1 Jn 1:3).

Głównym przesłaniem analizowanego fragmentu jest więc wezwanie: róbmy wszystko, aby nie zgrzeszyć. A jeśli już zdarzy się nam upadek, nie zostajemy sami – „mamy orędownika u Ojca, Jezusa Chrystusa, który jest sprawiedliwy” (1 Jn 2:1). Łaska i możliwość przebaczenia pokazują ogromną miłość Boga, który doskonale zna naszą słabość i wie, jakimi naczyniami jesteśmy. W końcu „nie zależy to od woli człowieka ani od jego zabiegów, lecz od miłosierdzia Bożego” (Rz 9:16).

Henryk Hukisz

Wednesday, October 7, 2026

Biblia Etiopska i List Judy

W przestrzeni internetowej rośnie zainteresowanie tematyką tzw. Biblii Etiopskiej. Zagadnienie to bywa nierzadko podnoszone do rangi kluczowego argumentu podważającego wiarygodność współczesnego kanonu Pisma Świętego. Większość materiałów na ten temat nie wychodzi jednak spod pióra teologów czy biblistów, lecz powstaje za sprawą twórców internetowych i amatorów, którzy powielają potoczne opinie. Aby rzetelnie ocenić tę kwestię, warto przyjrzeć się rysowi historycznemu etiopskiego chrześcijaństwa oraz konkretnemu wątkowi łączącemu go z Nowym Testamentem – nowotestamentowemu Listowi Judy.

Chrześcijaństwo dotarło do Etiopii już w IV wieku za panowania króla Ezany, a tradycja wiąże proces chrystianizacji z misją św. Frumencjusza (znanego jako Abba Salama). Kościół etiopski rozwijał się następnie w ścisłej łączności z chrześcijaństwem koptyjskim w Egipcie. Teksty biblijne przekazywano przede wszystkim w języku geez (ge'ez) – klasycznym języku liturgicznym tego regionu. Przekład powstawał stopniowo od starożytności, przechodząc w kolejnych wiekach korekty i tworząc bogatą tradycję rękopiśmienną.

To, co szczególnie wyróżnia Etiopski Kościół Ortodoksyjny, to szerszy kanon biblijny, obejmujący zazwyczaj 81 (lub według innych wyliczeń 87) ksiąg, podczas gdy kanon katolicki liczy 73 księgi, a protestancki – 66. Różnice te wynikają głównie ze sposobu liczenia i strukturyzacji pism. Nie oznacza to jednak, że Etiopczycy posługują się całkowicie odrębną Biblią. Rdzeń Pisma Świętego pozostaje wspólny: obejmuje księgi kanonu hebrajskiego, Ewangelie, Dzieje Apostolskie oraz Listy Apostolskie.

Różnica dotyczy zakresu pism dołączonych oraz tradycji interpretacyjnej. Najbardziej znaczącym przykładem tej specyfiki jest 1 Księga Henocha – apokryf, który zachował się w całości do naszych czasów właśnie dzięki tradycji etiopskiej. Tekst ten był jednak doskonale znany starożytnym chrześcijanom i znajduje bezpośrednie odzwierciedlenie w kanonicznym Liście św. Judy.

List Judy należy do najkrótszych pism Nowego Testamentu (liczy zaledwie 25 wersetów), będąc zarazem jedną z jego najbardziej niezwykłych ksiąg. Autor przedstawia się jako „…sługa Jezusa Chrystusa, a brat Jakuba” (Jd 1,1). W analizie biblijnej uznaje się go najczęściej za krewnego Jezusa i Jakuba (lidera Kościoła w Jerozolimie), który z pokory nie nazywa siebie bezpośrednio bratem Chrystusa. Wśród badaczy trwa dyskusja, czy utożsamiać go z apostołem Judą Tadeuszem, czy z inną postacią wczesnego Kościoła.

Głównym celem napisania listu było ostrzeżenie wspólnoty przed fałszywymi nauczycielami, którzy wprowadzali zamęt, relatywizm moralny oraz koncepcje gnostycyzujące. Autor charakteryzuje ich jako ludzi, którzy wykorzystują łaskę Bożą do rozpusty, odrzucają zwierzchność Boga i Chrystusa, szydzą z autorytetów duchowych oraz sieją podziały. Przestrzegając przed nieuchronnością kary za bunt i bezbożność, Juda odwołuje się bezpośrednio do tradycji Henocha.

W wersetach 14–15 czytamy: „O nich też prorokował Henoch, siódmy po Adamie, mówiąc: Oto przyszedł Pan wśród tysięcy swoich świętych, aby dokonać sądu nad wszystkimi i ukarać każdego bezbożnika za wszystkie bezbożne czyny i za wszystkie ostre słowa, które bezbożni grzesznicy wypowiedzieli przeciw Niemu.”

Słowa te stanowią niemal dosłowny cytat z 1 Księgi Henocha (1 Hen 1,9). Powołując się na to proroctwo, Juda wskazuje, że sąd nad złem nie jest nowym konceptem, lecz został zapowiedziany u zarania dziejów i obejmie zarówno czyn, jak i bezbożną mowę. Co więcej, nie jest to jedyne nawiązanie do tradycji apokryficznej w tym tekście:

-  Werset 6 „Aniołów, którzy nie zachowali swojego pierwotnego stanu, lecz opuścili własne mieszkanie, trzyma w ciemnościach do wielkiego dnia sądu, związanych nierozerwalnymi pętami”  nawiązuje do Czuwających – aniołów, którzy nie zachowali swojego pierwotnego stanu (por. 1 Hen 6–12).

-  Werset 9 „Archanioł Michał zaś, gdy dyskutował o ciele Mojżesza, spierając się z diabłem, nie odważył się wypowiedzieć bluźnierczego osądu, lecz powiedział: Niech cię Pan skarci!” przywołuje spór Archanioła Michała z diabłem o ciało Mojżesza, pochodzący z apokryfu Wniebowzięcie Mojżesza.

Obecność cytatów z pism pozakanonicznych stała się w pierwszych wiekach jedną z głównych przyczyn wątpliwości wokół Listu Judy. W I wieku proces kształtowania kanonu Nowego Testamentu dopiero się rozpoczynał. W II, III i IV wieku niektórzy teolodzy – w tym Euzebiusz z Cezarei, który zaliczył ten tekst do pism spornych (antilegomena), oraz Hieronim – wskazywali na ryzyko obniżenia rangi Pisma przez powoływanie się na apokryfy, a także na ograniczony, lokalny zasięg krążenia tego krótkiego listu.

Ostatecznie List Judy został oficjalnie włączony do kanonu Nowego Testamentu na synodach w Hipponie (393 r.) i Kartaginie (397 r.). Decyzję tę argumentowano kilkoma kluczowymi względami:

1.   Wczesne użycie i tradycja: List cytowali wcześniej Ojcowie Kościoła, tacy jak Tertulian, Klemens Aleksandryjski czy Orygenes, a sam tekst znajdował się już w Kanonie Muratoriego z II wieku.

2.   Sposób użycia apokryfu: Rozumiano, że odwołanie się do 1 Księgi Henocha miało charakter ilustracyjny – wykorzystywało powszechnie znany tekst kulturowy i nie oznaczało automatycznego uznania całego apokryfu za natchniony (analogicznie do św. Pawła cytującego pogańskich poetów podczas przemowy na Areopagu).

3.   Zgodność doktrynalna i doksologia: Przeważyła pełna spójność teologiczna listu w kwestii obrony czystości wiary oraz jego podniosłe zakończenie (Jd 24–25), „Temu zaś, który może was ustrzec od upadku i wobec swojej chwały postawić jako nienagannych i radosnych, jedynemu Bogu, naszemu Zbawicielowi, przez Jezusa Chrystusa, naszego Pana, niech będzie chwała, majestat, moc i panowanie przed wszystkimi wiekami i teraz, i po wszystkie wieki. Amen”, stanowiące jeden z najpiękniejszych hymnicznych opisów chwały Boga w całym Nowym Testamencie.

Przykłady takie jak 1 Księga Henocha czy Biblia Etiopska pokazują, że wczesne chrześcijaństwo funkcjonowało w bogatym otoczeniu literackim i kulturowym. Odbijające się w Liście Judy wątki z tradycji Henocha stanowią doskonały dowód na to, jak teksty zachowane dziś w całości w tradycji etiopskiej współtworzyły świat pojęciowy autorów Nowego Testamentu, nie naruszając przy tym integralności współczesnego kanonu Pisma Świętego.

Zakończę wypowiedzią na ten temat mojego przyjaciela Mirka Kulca: „… jeśli lubisz czytać, warto się zainteresować, ale czytać krytycznie. Poczuć smak literatury żydowskiego świata okresu Drugiej Świątyni i nie tylko.”

Henryk Hukisz

Tuesday, October 6, 2026

Cena angielskiej Biblii: Historia Williama Tyndale’a

Dzisiaj mija kolejna rocznica (490.) męczeńskiej śmierci jednego z głównych tłumaczy Biblii na język angielski. Później, na bazie tego tłumaczenia powstawały kolejne przekłady, od najbardziej powszechnej Biblii KJV, do współczesnego najlepszego tłumaczenia w języku angielskim ESV (English Standard Version). Warto przy tej okazji zapoznać się z dokonaniem tego wiernego Bożego sługi i męczennika.

Historia Williama Tyndale’a to przejmujące świadectwo poświęcenia, niezłomnej wiary oraz bezkompromisowej miłości do Słowa Bożego. Aby w pełni pojąć wagę jego misji, należy najpierw zrozumieć grozę czasów, w których przyszło mu żyć. XVI-wieczna Anglia, pod dominacją Kościoła katolickiego, traktowała próbę przełożenia Biblii na język ojczysty jako zbrodnię zagrożoną najsurowszymi karami. Przepisy prawne sprowadzały się w praktyce do faktu, że człowiek mógł spłonąć na stosie jedynie za to, że czytał lub uczył swoje dzieci Pisma Świętego po angielsku. Świadectwa z tamtej epoki, odnotowujące egzekucje młodych ludzi oraz całych rodzin za znajomość Modlitwy Pańskiej w języku ojczystym, pokazują, jak wielkim ryzykiem obarczona była jakakolwiek próba przybliżenia Boga zwykłemu człowiekowi.

Widząc głód duchowy rodaków, Tyndale żywił nadzieję na uzyskanie oficjalnej zgody na przygotowanie przekładu. Gdy w 1524 roku spotkał się z kategoryczną odmową, podjął decyzję, która bezpowrotnie zmieniła jego los. Uciekł z Londynu na Kontynent, wybierając los wygnańca i tułacza. Przez dwanaście lat spędzonych w Niemczech i Niderlandach żył w nieustannym ubóstwie, głodzie, chłodzie i niebezpieczeństwie. Największym ciężarem dla jego serca nie były jednak własne niewygody, lecz wieści z ojczyzny. Z głębokim bólem obserwował rosnącą falę prześladowań i śmierć swoich przyjaciół oraz współpracowników – takich jak John Frith, Richard Bayfield czy John Tewkesbury – którzy płonęli na stosach za udział w szmuglowaniu i czytaniu jego przetłumaczonego Pisma Świętego.

Okrutny opór ze strony władz kościelnych, uosabiany przez postać Tomasza Morusa, miał swoje powierzchowne i głębokie przyczyny. Na powierzchni zasłaniano się rzekomą prostactwem języka angielskiego oraz obawą przed błędnymi interpretacjami. W rzeczywistości jednak Kościół obawiał się utraty monopolu władzy i kontroli nad sumieniami ludzkimi. Przekład Tyndale’a uderzał w same fundamenty instytucjonalnego systemu sakramentalnego. Tłumacząc kluczowe pojęcia z języka greckiego zgodnie z ich pierwotnym znaczeniem – np. „presbyteros” jako starszy zamiast kapłan, „ekklesia” jako zgromadzenie zamiast kościół, czy „metanoeo” jako pokutować w sercu zamiast czynić sakramentalną pokutę – Tyndale obnażył brak biblijnego uzasadnienia dla wielu dotychczasowych praktyk i nauk, wskazując jednoznacznie, że człowiek zostaje usprawiedliwiony przed Bogiem wyłącznie z wiary.

Wytężona praca translatorska została brutalnie przerwana w maju 1535 roku w Antwerpii. Tyndale został zdradzony przez fałszywego przyjaciela, Henry’ego Philipsa, i uwięziony w chłodnych murach zamku Vilvoorde niedaleko Brukseli. Spędził tam osiemnaście miesięcy, znosząc powolne umieranie w lodowatej celi. Zachowany list z tego okresu ukazuje niezwykłą postawę tłumacza: prosząc zarządcę więzienia o ciepłą odzież czy lampę, błagał przede wszystkim o udostępnienie mu hebrajskiej Biblii, słownika i gramatyki, aby nawet w więziennym odosobnieniu kontynuować swoje powołanie. Do samego końca zachował cichą uległość wobec woli Bożej, gotów ponieść najwyższą cenę za wierność Chrystusowi.

Finał jego ziemskiego życia nastąpił na początku października 1536 roku. Potępiony jako heretyk i pozbawiony stanu kapłańskiego, 42-letni William Tyndale został przywiązany do palika, uduszony, a jego ciało spalono w ogniu. Jego ostatnie słowa, stanowiące żarliwą modlitwę: „Panie! Otwórz oczy królowi Anglii!”, okazały się prorocze. Wkrótce po jego śmierci Anglia otworzyła się na Słowo Boże w języku ojczystym, a jego praca stała się fundamentem pod kolejne pokolenia przekładów biblijnych. Życie Tyndale’a pozostaje wiecznym przypomnieniem, że posłuszeństwo Bożemu powołaniu bywa kosztowne, ale prawda Ewangelii – karmiona krwią świadków – ostatecznie zawsze zwycięża.

 Henryk Hukisz

William Tyndale (ok. 1494–1536) był angielskim uczonym, teologiem i wybitnym lingwistą, który stał się jedną z najważniejszych postaci chrześcijańskiej Reformacji. Gdy władze kościelne w Anglii stanowczo zabroniły wydawania Pisma Świętego w języku angielskim, w 1524 roku udał się na wygnanie do Europy Kontynentalnej. Przez dwanaście lat żył jako uciekinier w Niemczech i Niderlandach, znosząc skrajne ubóstwo, głód i nieustanne zagrożenie ze strony oprawców.

Główną misją jego życia było przełożenie Biblii bezpośrednio z języków oryginalnych — greki i hebrajskiego — na język ojczysty, tak aby każdy zwykły człowiek mógł samodzielnie poznawać Słowo Boże. Jego przekład Nowego Testamentu oraz części Starego Testamentu był potajemnie szmuglowany w beczkach i belach materiału do Anglii.

Jego misja przyniosła jednak trwałe owoce. Niedługo po jego męczeńskiej śmierci król Henryk VIII zezwolił na rozpowszechnianie anglojęzycznych Biblii w kraju. Praca Tyndale’a stała się fundamentem pod kolejne pokolenia przekładów (w tym słynną Biblię Króla Jakuba) oraz w znaczący sposób ukształtowała nowożytny język angielski.