Monday, August 24, 2026

Boża diagnoza

Gdy mieszkałem jeszcze w Stanach Zjednoczonych, często gdy podróżowałem samochodem, słuchałem Moody Radio. Pewnego razu zainteresował mnie wywiad z osobą, która przeszła terapię nowotworową. Ponieważ sam miałem podobne doświadczenie, dlatego zacząłem uważnie słuchać.

Rozmówca opowiadał o tym, jak lekarz poinformował go, że nowotwór osiągnął już czwarty stopień zaawansowania. Chory, który najwyraźniej nie zdawał sobie wcześniej sprawy z powagi sytuacji, zapytał: Panie doktorze, a ile jest stopni? Lekarz spojrzał na niego spokojnie i odpowiedział: Tylko cztery.

Złą diagnozę najczęściej przyjmujemy z przerażeniem. Wielu ludzi, podejrzewając, że dzieje się z nimi coś niedobrego, odkłada wizytę u lekarza. Wolą nie wiedzieć. Jednak niewiedza nie usuwa choroby. Przeciwnie — może sprawić, że stracimy czas, w którym można było rozpocząć leczenie.

Dlatego człowiek, który rzeczywiście chce żyć, powinien chcieć poznać prawdę o swoim stanie, nawet jeśli jest ona bolesna. Tak samo jest z naszym życiem duchowym. Pan Jezus powiedział: „Poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi” (Jn 8,32). Słowa te są często powtarzane, również przez ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z wiarą w Boga. Tymczasem w ustach Jezusa nie są one ogólnym hasłem zachęcającym do poszukiwania wiedzy. Jezus mówi o prawdzie, która prowadzi człowieka do rzeczywistej wolności.

Człowiek nie może zostać uwolniony od problemu, którego nie chce rozpoznać. Nie można skutecznie leczyć choroby, której istnieniu się zaprzecza. I nie można rozwiązać fundamentalnego problemu człowieka, jeśli błędnie rozpozna się jego źródło.

Właśnie tutaj pojawia się jedna z najważniejszych różnic między biblijnym duszpasterstwem a poradnictwem, które ogranicza człowieka jedynie do jego psychiki, emocji, doświadczeń i społecznych uwarunkowań.

Psychologia może często bardzo trafnie opisać objawy i mechanizmy ludzkiego zachowania. Może pomóc człowiekowi zrozumieć jego lęki, reakcje, traumy, schematy myślenia czy problemy w relacjach. Nie należy lekceważyć tej wiedzy. Bywa ona pomocna w rozpoznawaniu wielu rzeczywistych problemów. Ale z perspektywy biblijnej sama diagnoza psychologiczna nie jest jeszcze pełną diagnozą człowieka.

Biblia objawia bowiem problem, którego człowiek nie jest w stanie rozwiązać samym poznaniem siebie. Jest nim grzech. Słowo Boże, wskazując na źródło naszych problemów, stawią tę kwestę jasno: „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rz 3,23). Grzech nie jest jedynie jednym z wielu możliwych problemów człowieka. Jest fundamentalnym problemem jego upadłej natury i zerwanej relacji z Bogiem. Dotknął całego człowieka — jego serca, myślenia, pragnień, decyzji i relacji z innymi.

Nie oznacza to oczywiście, że każda choroba, depresja, cierpienie czy zaburzenie psychiczne jest bezpośrednią konsekwencją konkretnego osobistego grzechu. Biblia nie pozwala na tak proste osądzanie człowieka. Sam Jezus odrzucił podobne myślenie, gdy uczniowie pytali Go o przyczynę cierpienia człowieka niewidomego od urodzenia (Jn 9,1–3). Jednak czym innym jest powiedzieć, że nie każde cierpienie wynika z konkretnego grzechu, a czym innym twierdzić, że problem grzechu nie ma fundamentalnego znaczenia dla zrozumienia człowieka. To właśnie grzech sprawił, że człowiek potrzebuje czegoś więcej niż poprawy swojego samopoczucia. Potrzebuje pojednania z Bogiem.

Psychologia może pomóc człowiekowi zrozumieć, dlaczego reaguje w określony sposób. Może nauczyć go, jak radzić sobie z emocjami. Może wskazać destrukcyjne schematy zachowania. Ale nie może sama udzielić odpowiedzi na pytanie: Co jest nie tak między człowiekiem a Bogiem? Nie może ogłosić przebaczenia grzechów. Nie może doprowadzić człowieka do pokuty. Nie może dokonać duchowego odrodzenia. Nie może dać nowego serca.

Dlatego zastępowanie biblijnego duszpasterstwa poradnictwem psychologicznym jest poważnym błędem. Duszpasterstwo nie może ograniczać się do tego, aby człowiek lepiej rozumiał siebie i lepiej funkcjonował. Jego zadaniem jest również doprowadzenie człowieka do prawdy o nim samym przed Bogiem. Tym, który objawia nam tę prawdę, jest Duch Święty, posługujący się Słowem Bożym. Jezus zawsze mówił swoim uczniom prawdę, nawet wtedy, gdy była ona dla nich trudna do przyjęcia. Gdy nie byli w stanie zrozumieć tego, co chciał im przekazać, posługiwał się przypowieściami, a po swoim zmartwychwstaniu „otworzył im umysły, aby mogli zrozumieć Pisma” (Łk 24,45).

Jezus zapowiadając przyjście Ducha Świętego, powiedział: „Gdy przyjdzie On, Duch Prawdy, wprowadzi was we wszelką prawdę” (Jn 16,13). Duch Święty nie został posłany po to, aby jedynie poprawić nasze samopoczucie. On prowadzi człowieka do prawdy — również tej prawdy, której często nie chcemy o sobie usłyszeć. A prawdziwa diagnoza bywa bolesna.

Podobnie jak lekarz nie może skutecznie leczyć chorego, jeśli ukryje przed nim rzeczywisty stan jego zdrowia, tak również prawdziwe duszpasterstwo nie może ukrywać przed człowiekiem tego, co Bóg objawia o jego sercu. Autor Listu do Hebrajczyków pisze: „Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić myśli i zamiary serca” (Hbr 4,12).

Słowo Boże dokonuje czegoś, czego nie może zastąpić żadna ludzka analiza. Nie zatrzymuje się jedynie na tym, co robimy, ale dociera do pytania, dlaczego to robimy. Nie tylko opisuje zachowanie, lecz odsłania zamiary serca. To właśnie dlatego biblijne duszpasterstwo nie może bać się słów takich jak: grzech, pokuta, odpowiedzialność, przebaczenie, posłuszeństwo i przemiana. Jeżeli człowiek gniewa się na innych, można analizować jego emocje i wcześniejsze doświadczenia. Ale Słowo Boże pyta również o to, co znajduje się w jego sercu.

Jeżeli człowiek nie potrafi przebaczyć, można próbować wyjaśnić mechanizmy, które stoją za jego zachowaniem. Ale Jezus nie tylko pomaga nam zrozumieć naszą reakcję. On również wzywa nas do przebaczenia. Jeżeli ktoś żyje w konflikcie z bratem, nie wystarczy pomóc mu poczuć się lepiej. Trzeba również przypomnieć mu słowa Jezusa: „Idź i najpierw pojednaj się z bratem swoim, a potem przyszedłszy, złóż dar swój” (Mt 5,24). Bóg w swojej miłości nie tylko stawia diagnozę. On daje również lekarstwo. Już dawno temu Salomon napisał: „Synu mój, daj mi swoje serce, a twoje oczy niechaj strzegą moich dróg” (Prz 23,26).

Nie wystarczy więc jedynie usłyszeć Bożą diagnozę. Trzeba jeszcze poddać się leczeniu. Jakub porównuje człowieka, który słucha Słowa, ale go nie wykonuje, do człowieka patrzącego w lustro: „Przypatrzył się sobie i odszedł, i zaraz zapomniał, jakim jest” (Jk 1,23–24). Samo rozpoznanie problemu nie prowadzi jeszcze do uzdrowienia. Nawet najlepsze lekarstwo nie pomoże choremu, jeśli pozostanie na półce. Sam muszę codziennie przyjmować przepisane mi leki. Kiedyś zapomniałem o tym przez dwa dni. Niemal natychmiast pojawiły się objawy, które ustąpiły dopiero wtedy, gdy ponownie zacząłem je przyjmować. Podobnie jest z duchowym życiem. Nie wystarczy przeczytać Boże Słowo, przyznać, że diagnoza jest prawdziwa, a następnie żyć tak jak wcześniej.

Gdy Izrael znalazł się po drugiej stronie Morza Czerwonego, a armia egipska została pogrzebana w jego wodach, Mojżesz i cały naród zaśpiewali pieśń zwycięstwa. Izrael poznał Boga jako tego, który wybawia i który jest jego lekarzem. Bóg powiedział: „Jeżeli pilnie słuchać będziesz głosu Pana, Boga twego, i czynić będziesz to, co prawe w oczach jego, i jeżeli zważać będziesz na przykazania jego i strzec będziesz wszystkich przepisów jego, to żadną chorobą, którą dotknąłem Egipt, nie dotknę ciebie, bom Ja, Pan, twój lekarz” (Wj 15,26). Nie chodziło jedynie o poznanie prawdy, że Bóg jest lekarzem. Izrael miał również słuchać Jego głosu i chodzić Jego drogami.

W tym właśnie miejscu wielu z nas zatrzymuje się w połowie drogi. Gdy czytamy Słowo, wówczas Duch Święty wskazuje nam coś konkretnego. Wiemy, że powinniśmy coś zmienić. Wiemy, że trzeba przeprosić, przebaczyć, porzucić grzech, naprawić relację albo zrezygnować z czegoś, co nie podoba się Bogu. Ale nic nie robimy.

Znam ludzi wierzących, którzy od lat pozostają w konflikcie z innymi chrześcijanami i nie widzą w tym większego problemu. Czasami próbują nawet rekompensować brak posłuszeństwa większą zewnętrzną pobożnością. Ale Bóg nie potrzebuje naszej religijnej aktywności jako zastępstwa za posłuszeństwo. Można śpiewać pieśni, modlić się, uczestniczyć w nabożeństwach i jednocześnie ignorować diagnozę, którą Bóg postawił naszemu sercu.

Najpiękniejszy przykład prawdziwej diagnozy i właściwej odpowiedzi znajdujemy na początku historii Kościoła. W dniu Pięćdziesiątnicy Piotr zwiastował Ewangelię. Nie próbował jedynie poprawić samopoczucia swoich słuchaczy. Pod działaniem Ducha Świętego postawił im prawdziwą diagnozę. Słuchacze zostali poruszeni do głębi i zawołali: „Cóż mamy czynić, mężowie bracia?” (Dz 2,37).

Zauważmy: gdy człowiek naprawdę zobaczy swój stan przed Bogiem, nie wystarczy mu już sama analiza. Musi pojawić się pytanie: „Co mam teraz uczynić?” Piotr nie odpowiedział wówczas: „Najważniejsze, żebyście lepiej zrozumieli siebie”. On powiedział wprost: „Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego” (Dz 2,38). To jest Boże lekarstwo na fundamentalny problem człowieka.

Jeżeli problem człowieka zostanie zredukowany wyłącznie do jego emocji, doświadczeń, traumy czy środowiska, można przez całe życie analizować objawy, nie docierając do najgłębszego problemu. Biblijne duszpasterstwo musi mieć odwagę powiedzieć człowiekowi prawdę — nie po to, aby go potępić, ale po to, aby doprowadzić go do Chrystusa. Bo Bóg, który odsłania chorobę, jest również Bogiem, który daje lekarstwo.

On nie mówi nam prawdy o naszym grzechu po to, aby pozostawić nas w rozpaczy. Pokazuje nam nasz rzeczywisty stan, ponieważ chce nas uratować. Duch Święty przekonuje człowieka o jego prawdziwym stanie. Słowo Boże odsłania to, co ukryte w sercu. Ewangelia wskazuje rozwiązanie. Chrystus przebacza grzechy, daje nowe życie i przez Ducha Świętego prowadzi człowieka w procesie przemiany.

Dlatego Bóg nadal posługuje się swoim Słowem, aby postawić nam najprawdziwszą diagnozę naszego wewnętrznego stanu. Pytanie brzmi nie tylko: Czy pozwolimy Bogu powiedzieć nam prawdę o nas samych? Ale również: Co zrobimy, kiedy tę prawdę usłyszymy?

Bo nie wystarczy spojrzeć w lustro i odejść. Nie wystarczy poznać diagnozę. Nie wystarczy nawet przyznać, że Bóg ma rację.

Trzeba przyjść do Lekarza, przyjąć Jego lekarstwo i pozwolić Mu prowadzić nas drogą posłuszeństwa. Diagnoza bez lekarstwa prowadzi do beznadziei. Lekarstwo bez prawdziwej diagnozy może okazać się bezużyteczne. Ale Bóg daje jedno i drugie.

A im wcześniej udamy się do Boga — tym lepiej dla nas.

Henryk Hukisz

Thursday, August 20, 2026

Polski Nechusztan

Znów zrobiło się głośno w mediach na temat gigantycznych figur stawianych w widocznych miejscach, które — jak można przypuszczać — mają wzmacniać religijną wiarę naszego narodu. Przed laty podobne emocje wzbudziła olbrzymia figura przedstawiająca Chrystusa, ustawiona w okolicy Świebodzina. Dzisiaj rodacy dyskutują natomiast o ogromnym posągu Marii, który stanął niedaleko Torunia.

Z okazji pojawienia się tej figury ktoś zamieścił w mediach społecznościowych uwagę: „Ciekawe, jak rodacy odebraliby zdjęcie tej figury opatrzone informacją, że przedstawia postać młodej Żydówki o imieniu Miriam”. Autor tych słów szybko został w komentarzach odsądzony od czci i wiary.

Nie jest to jednak dla mnie szczególnie zaskakujące, ponieważ niemal natychmiast przypomniała mi się podobna sytuacja sprzed lat. Prowadziłem wówczas audycję religijną dla Polonii w Chicago. Kiedy podczas rozmowy wspomniałem, że Maria, matka Jezusa, była Żydówką, usłyszałem od jednej z wierzących rodaczek zdumiewające wyjaśnienie: „Ona przecież przechrzciła się na katoliczkę”.

Ta wypowiedź mogła wywołać uśmiech, ale jednocześnie pokazuje, jak daleko religijna tradycja potrafi oddalić się od historycznej i biblijnej rzeczywistości.

Dla człowieka, który zna drugie przykazanie według biblijnego porządku, trudno również pozostać obojętnym wobec coraz liczniejszych religijnych posągów i figur. Przykazanie to, choć w popularnym katechetycznym podziale Dekalogu znane jest inaczej niż w biblijnym układzie, odnosi się właśnie do kwestii wizerunków i przedmiotów religijnej czci: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego wizerunku tego, co jest w górze na niebie i na dole na ziemi, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią” (Wj 20:4).

I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które prowadzi nas do biblijnej historii Nechusztana: czy nawet przedmiot, który początkowo powstał z Bożego polecenia i miał przypominać o Jego działaniu, może z czasem stać się bałwanem? Przenieśmy się więc do odległych czasów, gdy w Judzie panował król Ezechiasz. Był on jednym z tych władców, którzy przeprowadzili głęboką reformę religijną. W tym samym czasie północne królestwo Izraela chyliło się już ku upadkowi pod naporem Asyrii, a mieszkańcy tej części Ziemi Obiecanej coraz bardziej pogrążali się w religijnym synkretyzmie.

Ludność, która przybyła na te tereny, zaczęła łączyć kult PANA z kultem własnych bogów. Samarytanie, gdyż tak zaczęto ich nazywać: „Czcili PANA, a jednocześnie służyli swoim bogom według zwyczaju narodów, spośród których ich uprowadzono. Do dziś postępują według swoich dawnych zwyczajów. Nie ma wśród nich bojaźni PANA i nie postępują według Jego ustaw i nakazów, według Prawa i przykazania, według tego, co PAN nakazał synom Jakuba, któremu nadał imię Izrael” (2 Krl 17:33–34). Pamiętajmy, że nie można równocześnie oddawać czci Bogu i służyć obcym bóstwom. Taka mieszanka religijna była dla Boga obrzydliwością.

Mieszkańcy Judy, południowego królestwa rządzonego przez królów z domu Dawida, mieli pod tym względem więcej szczęścia. Wielokrotnie otrzymywali możliwość powrotu do służby jedynemu Bogu, który dał im tę ziemię. O Ezechiaszu czytamy, że: „Czynił to, co prawe w oczach PANA, tak samo jak czynił jego przodek Dawid” (2 Krl 18:3).

Nie była to jednak jedynie deklaracja powrotu do pobożności z czasów Dawida. Ezechiasz podjął konkretne działania. W kronikach królewskich czytamy: „On to usunął wyżyny, połamał stele, ściął aszerę i roztrzaskał miedzianego węża, którego uczynił Mojżesz, albowiem aż do tego czasu Izraelici palili mu kadzidło, a nazywali go Nechusztan” (2 Krl 18:4).

Słowo „Nechusztan” najprawdopodobniej oznacza „coś z brązu” lub „brązowy przedmiot”. Niektórzy bibliści dostrzegają w tym określeniu również grę słów związaną z brązem i wężem. Co jednak najważniejsze, nazwa ta została użyta w odniesieniu do przedmiotu, który pierwotnie powstał z wyraźnego polecenia Boga, lecz z czasem stał się obiektem religijnej czci.

Dzięki prorokom działającym w Judzie mieszkańcy tego królestwa częściej powracali do Boga i Jego Prawa. Już wcześniej zdarzało się, że po okresach odstępstwa, pod wpływem prorockiego wezwania, niszczono święte gaje i ołtarze poświęcone obcym bogom. Wcześniejsze reformy religijne nie zawsze jednak obejmowały wszystko. W życiu narodu pozostawały jeszcze elementy o pogańskim pochodzeniu.

Tym razem sytuacja była jednak wyjątkowa.

Miedziany wąż był przecież przedmiotem o całkowicie biblijnym pochodzeniu — powiedzielibyśmy dzisiaj. Sam Bóg nakazał Mojżeszowi: „Sporządź sobie jadowitego węża i zawieś go na palu. Każdy ukąszony, który na niego spojrzy, pozostanie przy życiu” (Lb 21:8). Mojżesz, posłuszny Bożemu poleceniu, uczynił dokładnie to, co nakazał mu Bóg. Dzięki temu życie wielu Izraelitów, ukąszonych przez jadowite węże, zostało uratowane.

Co więcej, około półtora tysiąca lat później sam Pan Jezus nawiązał do tego wydarzenia, mówiąc Nikodemowi: „I jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne” (J 3:14–15). A jednak ten sam przedmiot, który powstał z Bożego polecenia i stał się narzędziem ocalenia, z czasem został przemieniony w bałwana.

Ludzie mają naturalną skłonność do zachowywania pamiątek. Sam kiedyś przywoziłem kamienie z miejsc, które miałem okazję odwiedzić. Nie widzę w tym nic złego i nie znajduję żadnej biblijnej podstawy, aby dopatrywać się w tym grzechu.

Niedawno, odwiedzając znajomą osobę w jej mieszkaniu, zobaczyłem na ścianie kamień oprawiony w ramkę. Pochodził on z dna strumienia, w którym ta osoba przyjęła chrzest. Obok znajdowała się również płyta CD z nagraniem kazania, które kiedyś wygłosiłem na temat kamieni, jakie Bóg nakazał Jozuemu zabrać z dna Jordanu, gdy Izraelici wchodzili do Ziemi Obiecanej.

Jozue zbudował z tych kamieni pomnik w Gilgal. Miały one służyć przyszłym pokoleniom jako przypomnienie Bożego działania. Czytamy: „Jozue powiedział do Izraelitów: Gdy w przyszłości wasi potomkowie zapytają swoich ojców: Co oznaczają te kamienie?, wtedy pouczycie waszych synów: Izrael przeszedł przez ten oto Jordan suchą stopą, ponieważ PAN, wasz Bóg, osuszył przed wami wody Jordanu, dopóki nie przeszliście, tak jak uczynił PAN, wasz Bóg, z Morzem Sitowia, które osuszył przed nami, aż przeszliśmy. Aby wszystkie ludy ziemi poznały, że ręka PANA jest mocna, i abyście bali się PANA, waszego Boga, po wszystkie dni” (Joz 4:21–24). Nigdzie jednak nie znajdujemy polecenia, aby tym kamieniom oddawać cześć.

Pomniki mogą być potrzebne następnym pokoleniom jako świadectwo Bożego działania. Ich celem powinno być jednak wskazywanie na Boga i oddawanie chwały Jemu, a nie otaczanie czcią samych przedmiotów. Biblia podaje wiele przykładów pomników wznoszonych dla upamiętnienia Bożego działania. Jedno z takich wydarzeń opisuje Samuel po zwycięstwie nad Filistynami: „Samuel zaś wziął jeden kamień i umieścił go między Mispą a Haszen. Nadał mu nazwę Eben-Haezer i powiedział: Aż dotąd pomagał nam PAN” (1 Sm 7:12). Dobrze jest pamiętać wydarzenia, które wskazują na Boga, przypominają o Jego mocy i świadczą o Jego zwycięstwie. Źle jednak dzieje się wtedy, gdy sam pomnik zaczyna być traktowany jako przedmiot czci.

Tak właśnie stało się z miedzianym wężem. Synowie Izraela zaczęli palić przed nim kadzidło. Przedmiot, który pierwotnie miał wskazywać na Boże miłosierdzie i posłuszeństwo Mojżesza, sam stał się obiektem religijnego kultu.

Bóg dał Izraelowi Dziesięć Przykazań, aby były przestrzegane. Warto więc w tym miejscu przytoczyć w całości drugie przykazanie: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego wizerunku tego, co jest w górze na niebie i na dole na ziemi, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, gdyż Ja, PAN, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, karzącym synów do trzeciego i czwartego pokolenia za winy ojców, którzy Mnie nienawidzą” (Wj 20:4–5).

Niestety, treść tego przykazania pozostaje praktycznie nieznana większości ludzi określających się mianem chrześcijan w naszym kraju. Dlatego wielu nie widzi niczego niewłaściwego w oddawaniu czci pomnikom i przedmiotom, nawet wtedy, gdy mają one związek z wydarzeniami opisanymi w Biblii.

Usunięcie drugiego przykazania z popularnego, skróconego układu Dekalogu, stosowanego w nauczaniu Kościoła katolickiego, wyrządziło — moim zdaniem — ogromną szkodę wiernym. Oficjalne wyjaśnienie głosi, że jego treść została zawarta w pierwszym przykazaniu, które zakazuje posiadania innych bogów.

W jednym z takich wyjaśnień czytamy: „Pierwsze przykazanie zakazuje czci fałszywych bogów. Dla chrześcijanina oznacza to wezwanie do niezachwianej wiary w prawdziwie wyzwalającego Boga i oddanie się Jemu. Fałszywymi i zniewalającymi nas bogami naszych czasów są: władza, dążenie do sukcesu i sławy, pieniądz”.

W takim ujęciu trudno jednak nie zauważyć, że pomija się problem niezliczonych pomników, obrazów i figurek, które wypełniają budynki sakralne oraz stoją przy drogach i w miejscach kultu.

Jeżeli rzeczywiście mają one służyć jedynie pamięci, to dlaczego przed niektórymi z nich buduje się ołtarzyki? Dlaczego ludzie przed nimi klękają, modlą się i wykonują gesty religijnej czci? Czy nie jest to właśnie praktyka, przed którą ostrzega drugie przykazanie?

Nie wolno nam zapominać o żywym Chrystusie. Apostoł Paweł napisał do Tymoteusza: „Pamiętaj o Jezusie Chrystusie, potomku Dawida, który został wskrzeszony z martwych zgodnie z moją Ewangelią” (2 Tm 2:8). Ani Paweł, ani żaden inny apostoł nie zachęcał wierzących do oddawania czci przedmiotom, które mogłyby mieć jakikolwiek związek z wydarzeniami opisanymi w Biblii. Pamięć, wiara i cześć mają być skierowane ku żywemu Bogu i ku Chrystusowi, a nie ku przedmiotom, które jedynie mogą przypominać o Nich.

Jeżeli ktoś nie zna żywego Chrystusa i nie należy do Niego, nawet pomnik przedstawiający Jezusa może stać się dla niego bałwochwalczym przedmiotem czci. Człowiek, który rzeczywiście ma Chrystusa w swoim sercu, nie powinien klękać przed nikim ani przed niczym innym, ponieważ tylko Jezus jest godzien najwyższej czci.

To przed Jego imieniem: „zgięło się każde kolano w niebiosach, na ziemi i pod ziemią i aby każdy język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca” (Flp 2:10–11).

Nie potrzebujemy więc pomnika, aby pamiętać o Chrystusie czy też o Marii. Warto jest pamiętać również o proporcjach, z jakimi ewangeliści opisują nam te Osoby. Wzór możemy wziąć z wizyty mędrców, gdy „weszli do domu, a gdy zobaczyli Dziecko i Jego matkę, Marię, padli na twarz, oddając Mu pokłon” (Mt 2:11). Czyżby nie zauważyli Marii?  

Potrzebujemy żywego Chrystusa — ukrzyżowanego, zmartwychwstałego i obecnego w życiu tych, którzy do Niego należą. To właśnie On, a nie kamień, metal, figura czy jakikolwiek religijny symbol, jest godzien naszej wiary, naszego posłuszeństwa i naszej czci.

Henryk Hukisz

Monday, August 17, 2026

Czystość, której trzeba strzec

Miałem kiedyś niecodzienną okazję obserwować sytuację, gdy kilku pracowników porządkowało teren osiedla mieszkaniowego, przygotowując go do zimy. Za pomocą spalinowych dmuchaw zmiatali liście z trawników i chodników. Po kilku godzinach żmudnej pracy teren wyglądał naprawdę wspaniale – można było powiedzieć, że lśnił czystością. Opuszczając teren osiedla, z satysfakcją spoglądali na efekt swojej pracy.

Minęła chwila, gdy zauważyłem ruch na dachu jednego z budynków. Dwaj pracownicy innej firmy, również wyposażeni w dmuchawy, zaczęli zdmuchiwać liście z dachów i rynien. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. W myślach pojawiły się niezbyt pochlebne uwagi na temat synchronizacji prac zarządców osiedla.

Wszystkie liście, których na dachach było naprawdę sporo, zaczęły spadać na świeżo uporządkowane trawniki i chodniki, ponownie pokrywając je bezładną warstwą. W tym samym momencie przypomniały mi się słowa jednej z przypowieści Pana Jezusa. 

Po uwolnieniu człowieka opętanego od mocy demonicznych faryzeusze oskarżyli Chrystusa o współpracę z Belzebubem. Wówczas Jezus im odpowiedział: „Kiedy duch nieczysty wyjdzie z człowieka, błąka się po pustyni i szuka spoczynku, a gdy go nie znajduje, mówi: Wrócę do mojego domu, z którego wyszedłem. Przychodzi i zastaje go wysprzątanym i przystrojonym. Wtedy wyrusza i sprowadza siedem innych duchów, gorszych niż on sam. Wchodzą i tam mieszkają. I późniejszy stan tego człowieka jest gorszy od poprzedniego” (Łk 11:24–26).

Pisałem już wcześniej na tym blogu, że Pan Jezus nie zilustrował tą przypowieścią nauki o „połowicznym odrodzeniu”, jak sugerują współczesne interpretacje tego fragmentu. Ostrzegł raczej przed niebezpieczeństwem utraty czystości, którą pragnie dać człowiekowi.

Boży odwieczny wróg ma jeden cel: niszczyć to, czego dokonuje Stwórca. Dlatego apostoł Jan napisał: „Po to objawił się Syn Boga, aby zniszczyć dzieła diabła” (1 Jn 3:8).

Chrystus rzeczywiście dokonał tego dzieła na Golgocie. Apostoł Paweł pisze, że Jezus „przekreślając zapis dłużny, który świadczył przeciwko nam, i usunął go, przybijając do krzyża. Rozbrajając zwierzchności i władze, wystawił je na pokaz, gdy przez Niego odniósł triumf nad nimi” (Kol 2:14–15).

Dzieło Chrystusa jest doskonałe i dokończone. Wypowiadając na krzyżu słowa: „Wykonało się”, dał świadectwo zwycięstwa nad mocami ciemności. Jednak apostołowie, pisząc do wierzących w Chrystusa, nie pozostawiają nas bez ostrzeżenia: „Wasz przeciwnik, diabeł, jak lew ryczący krąży i szuka, kogo pożreć” (1 Ptr 5:8).

Ten diabelski ryk ma nas przestraszyć. Ma znaleźć dostęp do naszych myśli i serca, aby zabrudzić czystość, którą otrzymaliśmy dzięki krwi Baranka. Czystość, którą daje Chrystus, jest doskonała, ale nasze serce wciąż pozostaje podatne na zabrudzenie. Dlatego apostoł Jan pisze wprost: „Dzieci moje, piszę wam to, abyście nie grzeszyli. Gdyby jednak ktoś zgrzeszył, mamy Orędownika przed Ojcem – sprawiedliwego Jezusa Chrystusa” (1 Jn 2:1).

Kilka zdań wcześniej Jan przypomina również: „Jeśli wyznajemy nasze grzechy, to Bóg, który jest wierny i sprawiedliwy, odpuści nam grzechy i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 Jn 1:9).

W tym miejscu chciałbym jednak postawić pytanie: Czy jesteśmy wrażliwi na czystość, którą otrzymaliśmy dzięki krwi Chrystusa? Czy rzeczywiście robimy wszystko, aby jej strzec?

Nauka apostolska stawia tę kwestię bardzo jasno. Wzywa nas do uważnego i czujnego życia, abyśmy nie dopuścili do sytuacji, w której damy diabłu dostęp do naszych myśli i serca. Apostoł Piotr mówi: „Bądźcie trzeźwi, czuwajcie!” (1 Ptr 5:8). Apostoł Jakub również wzywa nas do przeciwstawiania się diabelskim zakusom: „Bądźcie więc posłuszni Bogu, przeciwstawiajcie się zaś diabłu, a on ucieknie od was. Zbliżcie się do Boga, a On zbliży się do was. Oczyśćcie ręce, grzesznicy, i uświęćcie serca, hipokryci” (Jk 4:7–8).

Apostoł Paweł w swoich listach do zborów wielokrotnie mówi o zwycięskim życiu wierzącego. Pokazuje, że droga dostępu diabła do naszego serca często prowadzi przez nasze cielesne nawyki, pragnienia i decyzje. Dlatego pisał: „Niech każdy z was utrzymuje swoje ciało w świętości i w poszanowaniu” (1 Tes 4:4), gdyż „wolą Boga jest bowiem wasze uświęcenie” (w. 3).

Chyba najbardziej znanym fragmentem dotyczącym tej wewnętrznej walki są słowa: „Polecam więc: Postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem pożąda na przekór duchowi, duch natomiast przeciwko ciału. A tak są sobie przeciwne, że czynicie to, czego nie chcecie” (Ga 5:16–17).

Wiemy, że Bóg pragnie używać nas w swoim Królestwie. Ale ponieważ On sam jest święty, pragnie również świętych naczyń – ludzi, których życie może być wypełnione Jego obecnością i chwałą. Dlatego Paweł zachęca wierzących: „Jeśli więc ktoś się oczyścił z tego wszystkiego, będzie naczyniem zaszczytnym, uświęconym, bardzo dogodnym dla Pana, przygotowanym do każdego dobrego dzieła” (2 Tym 2:21). Natomiast Pan Jezus był świadomy zagrożeń, jakie będą spotykały Jego uczniów w tym świecie. Dlatego modlił się do Ojca za nami: „Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, lecz abyś ich ustrzegł od złego” (Jn 17:15).

Musimy więc pamiętać, że diabeł będzie próbował wrzucać do oczyszczonego serca swoje „brudne liście”. Będzie szukał każdej szczeliny, każdego zaniedbania i każdego miejsca, przez które może ponownie dostać się do naszego życia. Ale musimy pamiętać, że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie. W Chrystusie mamy zwycięstwo. Jego dzieło na krzyżu jest dokonane, a Jego krew oczyszcza nas z każdego grzechu. Naszą odpowiedzialnością jest jednak czuwać, trwać w Chrystusie, poddawać się działaniu Ducha Świętego i nie pozwalać, aby to, co zostało oczyszczone, ponownie zostało zabrudzone.

Być może właśnie dlatego ostatnia obietnica skierowana do Kościoła brzmi tak wymownie: „Szczęśliwi, którzy płuczą swoje szaty, aby należała do nich władza nad drzewem życia i aby weszli przez bramy do miasta” (Ap 22:14).

Chrystus oczyszcza. Chrystus zwycięża. Ale człowiek, który otrzymał tę czystość, jest wezwany, aby jej strzec.

Henryk Hukisz

Saturday, August 15, 2026

Cud nowego życia

Dziś w 62. rocznicę doświadczenia ogromnej łaski narodzenia na nowo, nasunęła się taka oto refleksja: Cuda od zawsze wywoływały – i wciąż wywołują – ogromną sensację. Ludzie pragną ich doświadczać często dla samego wrażenia, jakie wywołują.

Największym cudotwórcą na ziemi był Jezus. Czterej ewangeliści opisali dla potomnych wiele z tych nadprzyrodzonych wydarzeń. Jan w swoim sprawozdaniu zamieścił znamienne słowa: „Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a gdyby je szczegółowo opisać, sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które należałoby napisać” (J 21,25). Żaden wierzący w Boga nie podważa tych czynów. Wszystkie były autentycznymi, nadprzyrodzonymi zdarzeniami, które nie mogłyby zaistnieć w uporządkowanym, naturalnym świecie.

To właśnie cuda sprawiały, że za Chrystusem podążały tłumy. Jednak ich jedynym celem było oddanie chwały Bogu. Gdy Jezus przybył nad Jezioro Galilejskie, wokół Niego zgromadził się tłum. Ludzie przyprowadzali chorych, kalekich i opętanych, a On ich uzdrawiał. „Tłum zdumiewał się, widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, ślepi widzą. I wielbili Boga Izraela” (Mt 15,31).

Choć cuda dokonywane przez Jezusa przynosiły ludziom realne dobro, to od tych, którzy o nie prosili, często wymagana była wiara. Pewien ojciec, zatroskany o zdrowie swojego syna, zwrócił się do Chrystusa słowami: „Jeśli coś możesz, zlituj się nad nami i pomóż nam!” (Mk 9,22). Jezus odpowiedział: „Co się tyczy słów: »Jeśli coś możesz« – wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy” (w. 23).

Jezus nie zawsze jednak uzależniał cud od wiary człowieka. Pewnego razu udał się do miasteczka Nain. Tuż przed bramą miejską natknął się na orszak żałobny. Nikt Go nie prosił o pomoc ani nie oczekiwał, że zwróci uwagę na pogrążoną w rozpaczy wdowę, która odprowadzała na cmentarz swojego jedynego syna. Na prośby o uzdrowienie było już za późno – nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że Nauczyciel może jeszcze cokolwiek zmienić.

Jednak dla Jezusa nie było żadnych przeszkód, ponieważ dla Bożych cudów nie ma granic. Zatrzymał orszak i zbliżył się do noszy. Jestem przekonany, że nie robił przy tym sztucznej, podniosłej miny ani nie podnosił głosu, gdyż zmarły i tak by Go nie usłyszał. Z pełnym litości współczuciem powiedział cicho: „Młodzieńcze, mówię ci: wstań!” (Łk 7,14). Po chwili chłopiec usiadł, po czym z pewnością zszedł z noszy, podszedł do zapłakanej matki i mocno ją objął. W obliczu tego niezwykłego wydarzenia „wszystkich ogarnął lęk i wielbili Boga, mówiąc: »Wielki prorok powstał wśród nas i Bóg nawiedził lud swój«. I wieść ta rozeszła się o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie” (w. 16–17).

Nie wszystkie cuda przyciągały tłumy – o niektórych ewangeliści wspominają jedynie pobieżnie. Jak już wspomniałem, ich celem nie było szukanie poklasku, lecz wywyższenie Ojca. Gdybyśmy spróbowali wyobrazić sobie dalsze losy owej wdowy i jej odzyskanego syna, z pewnością żyli dalej zwyczajnym życiem, znosząc jego trudy, aż w końcu śmierć ponowie zapukała do ich drzwi. Być może najpierw odeszła matka, a wskrzeszony syn umarł po latach w spokoju – bez żalu, że nie było przy nim Pana, by po raz kolejny podnieść go z mar.

Podobny los spotkał wskrzeszoną córkę Jaira czy Łazarza, który wyszedł z grobu o własnych siłach, będąc wcześniej żywym dowodem na to, jak realna i nieodwracalna jest śmierć. To samo dotyczyło zapewne wszystkich innych zmarłych, których przywrócono do życia – czy to przez słowa samego Jezusa, czy przez apostołów działających w mocy Ducha Świętego, jak w przypadku Tabity czy Eutychusa. Wszyscy oni w końcu i tak zmarli, niezależnie od tego, jak potoczyły się ich życiowe losy.

Samo zjawisko cudu nie powinno być dla nas celem samym w sobie – nasz wzrok powinien być skierowany na Tego, który go dokonuje. Za każdym dziełem Chrystusa stał Ojciec i tylko na Jego polecenie również dzisiaj słudzy Boga mogą czynić rzeczy niezwykłe. Jedynym właściwym celem takich wydarzeń pozostaje oddanie chwały Bogu, a nie człowiekowi, który jest jedynie narzędziem w Jego ręku.

Wierzę, że era cudów nie zakończyła się wraz ze zmartwychwstaniem Chrystusa. Kościół otrzymał nakaz składania świadectwa w mocy Ducha Świętego, a głównym celem tej misji jest uwielbienie Boga.

Problem polega na tym, że ludzie mają dziś tendencję do przypisywania sobie chwały za rzeczy niezwykłe. Nie chcę w tym miejscu rozstrzygać, na ile dzisiejsze wydarzenia są autentycznym działaniem Boga, a na ile jedynie zwykłymi zjawiskami ubranymi w wyreżyserowaną otoczkę niezwykłości. To temat na osobną dyskusję. Chcę jedynie podkreślić, że nawet najbardziej niezwykły cud fizyczny jest czymś ograniczonym w czasie i nie powinien stawać się obiektem naszej fascynacji. Cud przywrócenia do życia – jak w przypadku syna wdowy z Nain – przyniósł jedynie doczesny efekt i chwilowy zachwyt. Po pewnym czasie emocje opadły, a ludzie przestali mówić o tym z takim przejęciem jak na początku.

To, co zachwyca mnie najgłębiej, to fakt, że każde autentyczne nawrócenie grzesznika jest nieporównywalnie większym cudem niż fizyczne wskrzeszenie zmarłego. Nawrócenie to wzbudzenie do życia wiecznego, które nigdy się nie kończy. Dlaczego więc na wieść o czyimś nawróceniu nie ogarnia nas zachwyt i nie wielbimy Boga tak żarliwie, jak robiono to na drodze do Nain? A przecież powinniśmy!

Widocznie świadectwo przemiany życia wielu współczesnych chrześcijan nie jest wystarczająco wyraźnym dowodem na to, że dokonał się w nich cud nowo narodzenia. A przecież Jezus Chrystus „wyrwał nas z mocy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie – odpuszczenie grzechów” (Kol 1,13–14).

Nowe życie, które otrzymujemy od Chrystusa, to cud najdroższy z możliwych, ponieważ zapłacono za niego Jego świętą krwią. Apostoł Piotr, który widział na własne oczy wszystkie dzieła Mistrza, pisał do wierzących, aby pamiętali, „że nie czymś zniszczalnym, srebrem lub złotem, zostaliście wykupieni z waszego złego postępowania, przekazanego przez przodków, ale drogą krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy” (1 Pt 1,18–19).

Wszystkie inne cuda blakną w porównaniu z tym jednym. To jest najważniejszy i najbardziej kosztowny cud ze wszystkich. Dziękuję Bogu za ten niezwykły dar w moim własnym życiu – niech cały świat o tym usłyszy i odda Mu chwałę!

Henryk Hukisz

Thursday, August 13, 2026

Przez sprawiedliwość do obietnicy

W Księdze Rodzaju 18,19 znajdujemy słowa, które odsłaniają niezwykle ważną prawdę dotyczącą Bożego powołania i obietnicy: „Wybrałem go bowiem, żeby nakazał swoim synom i swemu przyszłemu rodowi, aby postępowali drogą Pana, czyniąc sprawiedliwość i prawo, tak by Pan wypełnił względem Abrahama to, co mu obiecał”. Bóg nie mówi tutaj jedynie o tym, że wybrał Abrahama, aby go pobłogosławić. Wskazuje również cel tego wyboru. Abraham miał stworzyć naród do życia na „drodze Pana”, a więc do życia opartego na sprawiedliwości i prawie. W tym kontekście Bóg mówi o wypełnieniu swojej obietnicy.

Nie oznacza to, że Abraham miał zasłużyć na Bożą obietnicę poprzez dobre uczynki. Obietnica zawsze wychodzi od Boga i jest darem Jego łaski. Abraham nie kupił sobie powołania własną sprawiedliwością. To Bóg pierwszy go wybrał, przemówił do niego i złożył mu obietnicę. Jednak człowiek, który tę obietnicę otrzymuje, zostaje wezwany do życia, które pozwala jej przynosić owoc. Sprawiedliwość nie jest więc ceną za otrzymanie obietnicy, lecz warunkiem jej owocności w życiu człowieka.

W hebrajskim tekście pojawiają się dwa ważne pojęcia: tzedakah i mishpat. Nie chodzi w nich tylko o formalne przestrzeganie przepisów. Tzedakah oznacza życie we właściwej relacji z Bogiem i drugim człowiekiem, natomiast mishpat wskazuje na praktyczne czynienie sprawiedliwości, ochronę słabszych i przywracanie właściwego porządku tam, gdzie został naruszony. Abraham miał więc stworzyć naród, w którym Boża obecność będzie widoczna nie tylko w wierze i kulcie, ale także w sposobie traktowania drugiego człowieka.

Właśnie dlatego historia Abrahama została umieszczona bezpośrednio przed opisem Sodomy. Biblia pokazuje tutaj dwa całkowicie odmienne sposoby życia. Abraham przyjmuje przybysza, okazuje mu gościnność, troskę i szacunek. Mieszkańcy Sodomy natomiast reagują na obcego przemocą i próbą jego upokorzenia. Jeden człowiek chodzi drogą Pana, drugi obraz przedstawia społeczeństwo, które odrzuciło Boży porządek.

Prorok Ezechiel jeszcze wyraźniej odsłania istotę problemu Sodomy: „Oto taka była wina Sodomy, twojej siostry: pycha, obfitość chleba i beztroski spokój, jaki miała ona i jej córki, ale nie wsparły ubogiego i potrzebującego” (Ez 16,49). U podstaw jej upadku znajdowała się więc nie tylko moralna deprawacja, ale również pycha, samowystarczalność i obojętność wobec potrzebujących. Sodoma miała wiele, lecz nie potrafiła wykorzystać swojego dostatku dla dobra drugiego człowieka. Jej problemem było życie skoncentrowane na sobie.

Na tym tle jeszcze wyraźniej widać znaczenie powołania Abrahama. Bóg chciał przez niego stworzyć inny rodzaj społeczności – ludzi, którzy nie będą żyli według zasad otaczającego świata, lecz będą odzwierciedlać Jego charakter. Dlatego Bóg mówi, że Abraham ma nauczyć swoich synów postępowania drogą Pana. Obietnica miała przechodzić przez kolejne pokolenia, ale razem z nią miała być przekazywana również sprawiedliwość.

Ta sama prawda powraca później w nauczaniu proroków. Micheasz mówi: „Tylko tego, abyś czynił sprawiedliwość, miłował życzliwość i abyś postępował pokornie z twoim Bogiem” (Mi 6,8). Amos natomiast woła: „Niech prawo rozlewa się jak woda, a sprawiedliwość jak niewysychający potok!” (Am 5,24). Bóg nie chce religijności, która ogranicza się do zewnętrznych praktyk, podczas gdy codzienne życie pozostaje niezmienione. Modlitwa, ofiara i świątynia nie mogą zastąpić sprawiedliwego życia.

Jezus również stawia sprawiedliwość w centrum życia człowieka wierzącego, mówiąc: „Szukajcie więc najpierw Królestwa Boga i Jego sprawiedliwości” (Mt 6,33). Nie chodzi o to, aby człowiek własnymi uczynkami zdobył zbawienie. Chodzi o to, że człowiek, który rzeczywiście przyjął Królestwo Boga, zaczyna żyć według jego zasad. Wiara nie pozostaje jedynie przekonaniem serca. Zaczyna kształtować sposób myślenia, relacje, decyzje i stosunek do drugiego człowieka.

Dlatego Jakub może powiedzieć, że „wiara, jeśli nie ma uczynków, sama w sobie jest martwa” (Jk 2,17). Nie chodzi o przeciwstawienie wiary i łaski uczynkom. Chodzi o pokazanie, że prawdziwa wiara zawsze prowadzi do przemiany życia. Abraham uwierzył Bogu, a jego wiara została potwierdzona przez posłuszeństwo. To właśnie dlatego jego życie stało się narzędziem realizacji Bożej obietnicy.

W Chrystusie ta prawda osiąga swoją pełnię. Jezus jest doskonałym obrazem człowieka, który całkowicie chodzi drogą Ojca. W Nim obietnica dana Abrahamowi dociera do wszystkich narodów. Chrystus nie tylko przynosi zbawienie, ale również pokazuje, jak wygląda życie całkowicie poddane Bogu. Człowiek przyjmujący Chrystusa nie zostaje więc powołany jedynie do otrzymania przebaczenia i błogosławieństwa. Zostaje powołany do nowego życia.

To prowadzi nas do bardzo osobistego pytania: Czy chcemy tylko Bożej obietnicy, czy również drogi, którą Bóg prowadzi do jej owocowania? Łatwo jest pragnąć błogosławieństwa, trudniej pozwolić, aby nasze życie stało się błogosławieństwem dla innych. Łatwo mówić o wierze, trudniej żyć w sposób, który tę wiarę potwierdza.

Historia Abrahama przypomina nam, że Bóg nie wybiera człowieka wyłącznie dla jego własnego dobra. Abraham został obdarowany błogosławieństwem po to, aby stać się błogosławieństwem dla innych. Został wybrany po to, aby jego życie, jego dom i jego potomstwo ukazywały światu Bożą sprawiedliwość.

Dlatego sprawiedliwość nie jest dodatkiem do wiary ani sposobem na zdobycie Bożej przychylności. Jest owocem życia, które zostało poddane Bogu. Obietnica jest darem łaski, ale jej owocowanie dokonuje się na drodze posłuszeństwa. Bóg nie tylko chce nam coś dać. Chce również przez nas coś uczynić. I właśnie dlatego wzywa nas, abyśmy – tak jak Abraham – postępowali Jego drogą, czyniąc sprawiedliwość i prawo.

Henryk Hukisz

Friday, August 7, 2026

Dajcie się przemienić

Kluczowy werset na temat przemiany, jakiej mogą doświadczyć osoby narodzone z Ducha Świętego, to słowa zapisane przez apostoła Pawła do wierzących w Rzymie: „Nie dostosowujcie się do tego świata, ale dajcie się przemienić przez odnowienie myśli, abyście potrafili rozpoznać, co jest wolą Boga, co jest dobre, co Mu się podoba i co jest doskonałe” (Rz 12,2).  

Aby w pełni zrozumieć to polecenie, musimy spojrzeć na pełny kontekst, w jakim ta prawda została zapisana. W poprzednim rozdziale Paweł odwołuje się do przymierza Boga z narodem wybranym. Izrael porównany zostaje do szlachetnego drzewa oliwnego i chociaż potknął się, tkwiąc w bałwochwalstwie, lecz nie upadł. „To niemożliwe!” – zapewnia Paweł – „Ale z powodu ich występku zbawienie stało się udziałem pogan” (Rz 11,11). Poganie, natomiast odcięci od dzikiego drzewa oliwnego, zostali „wszczepieni na ich miejsce i z korzeni czerpią soki drzewa oliwnego” (Rz 11,14).

Zestawienie metafory oliwnej z 11. rozdziału Listu do Rzymian z nauczaniem o przemianie z rozdziału 12. uderza swoją niezwykłą spójnością i ukazaniem ciągłości myśli Apostoła Pawła. Obie te sekcje łączą się w nierozerwalną całość, w której wewnętrzne, duchowe życie staje się bezpośrednim źródłem zewnętrznej metamorfozy.

Sok wyciągany z korzenia szlachetnego drzewa oliwnego (piotēs – żyzność, tłustość, pożywność), to nie tylko obietnice dane patriarchom, ale przede wszystkim życiodajny Duch Święty, który te obietnice ożywia. Tak samo człowiek włączony w Chrystusa nie żyje już własną siłą, lecz czerpie ze stałego, wewnętrznego źródła duchowego życia. Będąc gałązką z „dzikiego drzewa oliwnego”, został wszczepiony wbrew swej naturze w szlachetne drzewo. Jezus zapewniał: „Jeśli ktoś pragnie, niech przyjdzie do Mnie i niech pije (…) A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać ci, którzy uwierzyli w Niego” (Jn 7,37-39).

Kiedy Paweł pisał w Liście do Rzymian 12,2: dajcie się przemienić przez odnowienie myśli”, użył greckiego słowa metamorphousthe. Metamorfoza – podobnie jak w przypadku gąsienicy zmieniającej się w motyla – nie jest nakładaniem zewnętrznej maski ani powierzchowną zmianą zachowania. Jest natomiast ujawnieniem nowej natury, która została zaszczepiona wewnątrz. To właśnie ten duchowy „sok”, udostępniony wierzącym w momencie wszczepienia, wykonuje pracę odnawiania umysłu. Zmienia sposób myślenia, wartości i pragnienia, co w konsekwencji prowadzi do rozpoznania i pełnienia woli Bożej. Jest to logiczny ciąg argumentacji Pawła: najpierw zostajesz wszczepiony z łaski i zaczynasz czerpać duchowy sok, a konsekwencją tego przepływu życia jest głęboka przemiana całego twojego życia.

Kluczowym mostem pomiędzy tą nauką a praktyką życia jest słowo „więc” użyte w Rzymian 12,1. Wielu biblistów uważa je za najważniejszy spójnik w całym Nowym Testamencie. Przez pierwsze 11 rozdziałów Paweł wykłada naukę, że wszyscy zgrzeszyli i potrzebują łaski, że zostaliśmy usprawiedliwieni z wiary, a nie z uczynków, oraz że zostaliśmy włączeni w prawdziwe drzewo oliwne i czerpiemy z niego życiodajny sok wbrew naszej naturze. Słowo „więc” spina tę naukę z codziennością. Paweł pisze: „Zachęcam więc was, bracia, przez wzgląd na miłosierdzie Boga...”. Miłosierdzie Boga to właśnie ta cała łaska wszczepienia – fakt, że będąc dziczką, zostałeś zasilony sokiem szlachetnej oliwki, choć na to nie zasłużyłeś. Powstaje z tego nierozerwalny ciąg logiczny: najpierw dostajesz dostęp do soku, czyli Duch Święty i życie Boże zaczynają w tobie płynąć; następnie, ze względu na obecność tego soku, oddajesz swoje ciało na żywą ofiarę; a na koniec sprawiasz, że ten wewnętrzny sok wywołuje metamorfozę umysłu. Bez słówka „więc” wezwanie z Rzymian 12,2 byłoby tylko kolejnym ciężkim nakazem moralnym i presją zewnętrzną. Z łącznikiem „więc” staje się ono naturalną konsekwencją: skoro płynie w tobie sok Bożego pnia, to twoje myślenie i życie naturalnie ulegają wewnętrznej przemianie.

Człowiek wierzący rozpoczyna nowe życie przez narodzenie z Ducha Świętego. Nie jest to jedynie przyjęcie nowego systemu przekonań, zasad moralnych czy zewnętrznego sposobu życia, lecz jest początkiem wewnętrznej przemiany człowieka, który otrzymuje nowe życie pochodzące od Boga. Od tej chwili staje wobec dwóch różnych sposobów kształtowania swojej egzystencji: może przyjmować schēma – schemat, formę i sposób funkcjonowania tego świata, albo może poddawać się działaniu Ducha Świętego, który prowadzi go ku obrazowi Chrystusa. Użyte przez Pawła w Rz 12,2 słowa wskazują na zasadniczą różnicę. Słowo syschēmatízesthe oznacza przyjmowanie istniejącego schematu i dostosowywanie się do narzuconego wzorca. Człowiek może pozwolić, aby otaczający go świat określił jego wartości, sposób myślenia, pragnienia i sposób reagowania – wtedy jego życie zostaje ukształtowane według zewnętrznego wzorca tego wieku.

Paweł wzywa jednak do czegoś zupełnie innego: metamorphoûsthe„dajcie się przemienić”. Forma tego czasownika wskazuje na proces, któremu człowiek się poddaje. Nie chodzi o samodzielne zbudowanie nowej osobowości ani o przyjęcie kolejnego zewnętrznego schematu. Chodzi o poddanie się działaniu Boga, który dokonuje przemiany od wewnątrz. Źródłem tej przemiany jest Duch Święty, a jednym z podstawowych obszarów Jego działania jest nous – umysł, czyli sposób rozumienia, oceniania i postrzegania rzeczywistości. Dlatego przemiana dokonuje się przez odnowienie myśli. Człowiek narodzony z Ducha nie jest już bezwolnym odbiorcą sposobu myślenia narzuconego przez świat. Jego umysł zostaje poddany procesowi odnowienia: dawne schematy są konfrontowane z prawdą Boga, a sposób myślenia zostaje stopniowo podporządkowywany Chrystusowi. Paweł opisuje ten proces również w 2 Liście do Koryntian 10,5 - „wszelki umysł zniewalamy do posłuszeństwa Chrystusowi”.

Jest to więc walka o sposób myślenia. To, co wcześniej kształtowało człowieka – wartości, przekonania, pragnienia i schematy tego świata – nie może już sprawować nad nim władzy. Każda myśl zostaje postawiona wobec Chrystusa. Nie chodzi o bezmyślne tłumienie myśli, lecz o ich poddanie prawdzie Chrystusa. Umysł zostaje odnowiony wtedy, gdy człowiek pozwala, aby Chrystus stał się miarą tego, co prawdziwe, dobre i godne przyjęcia. Proces ten prowadzi dalej – od odnowienia sposobu myślenia do przemiany całego człowieka. Paweł mówi w 2 Liście do Koryntian 3,18 - „My wszyscy zaś, którzy odsłoniętą twarzą odzwierciedlamy chwałę Pana, za sprawą Pana, którym jest Duch, przekształcamy się od chwały ku chwale w ten sam obraz”. Tutaj źródło przemiany zostaje nazwane wprost: Pan jest Duchem. To Duch Święty dokonuje w człowieku dzieła, którego celem jest obraz Chrystusa.

Dlatego chrześcijańska przemiana nie polega przede wszystkim na tym, że człowiek zaczyna zewnętrznie naśladować Chrystusa. Jej istotą jest to, że Duch Święty kształtuje w nim życie odpowiadające Chrystusowi. Zewnętrzne postępowanie staje się konsekwencją wewnętrznej rzeczywistości. Człowiek nie otrzymuje jedynie nowego schematu zachowania; otrzymuje nowe źródło życia, a Duch Święty stopniowo kształtuje jego wnętrze według obrazu Syna. Ten kierunek przemiany Paweł ukazuje w List do Rzymian 8,29, pisząc: „Tych bowiem, których poznał, przeznaczył, żeby się stali podobni do obrazu Jego Syna, aby był On pierworodnym między wielu braćmi”. Chrystus zaś jest „obrazem Boga niewidzialnego, pierworodnym wszelkiego stworzenia” (Kol 1,15) i w Nim objawia się Ojciec. Dlatego przemiana na obraz Chrystusa oznacza coraz pełniejsze odzwierciedlanie w życiu człowieka tego, jaki jest Bóg.

W tym miejscu musimy odwołać się do słów apostoła Piotra, które nabierają szczególnej głębi: „Przez to zostały nam dane cenne i najważniejsze obietnice, abyście dzięki nim stali się uczestnikami natury Boga” (2 Ptr 1,4). Nie oznacza to, że człowiek staje się Bogiem w sensie swojej istoty czy tożsamości. Oznacza natomiast rzeczywiste uczestnictwo w życiu pochodzącym od Boga. Człowiek, który narodził się z Ducha, nie tylko poznaje Boga z zewnątrz i nie tylko uczy się naśladować Jego zachowanie. Duch Święty prowadzi go do uczestnictwa w życiu Boga, kształtując w nim obraz Chrystusa.

Dlatego prawdziwa przemiana nie polega na tym, że chrześcijanin staje się człowiekiem, który po prostu zachowuje się inaczej niż świat, lecz staje się człowiekiem, który myśli inaczej, ponieważ został odnowiony od wewnątrz. Dlatego pragnie inaczej, ponieważ jego serce jest kształtowane przez Ducha; rozeznaje inaczej, ponieważ jego umysł został poddany Chrystusowi; i w konsekwencji żyje inaczej, ponieważ w jego życiu coraz wyraźniej objawia się obraz Syna. Ostatecznie jest to dzieło Boga w człowieku.

Henryk Hukisz

Thursday, August 6, 2026

Bóg nie szuka tłumów – szuka wiernych serc

Historia zbawienia objawia jedną z najbardziej niezwykłych prawd o Bożym sposobie działania. Człowiek od wieków skłonny jest oceniać możliwości przez pryzmat liczb, siły i zasobów. Władcy liczą armie, politycy liczą głosy, przedsiębiorcy liczą kapitał, a nawet wspólnoty chrześcijańskie nierzadko mierzą skuteczność swojej służby liczbą uczestników, wielkością budynków czy zasięgiem działalności. Tymczasem Bóg, którego drogi nie są drogami człowieka, patrzy na rzeczywistość zupełnie inaczej. Pismo Święte ukazuje, że gdy Pan postanawia rozpocząć nowe dzieło lub odmienić bieg historii, nie rozpoczyna od poszukiwania większości. Poszukuje ludzi, których serca są całkowicie oddane Jemu.

Słowa zapisane w Drugiej Księdze Kronik odsłaniają tę zasadę z niezwykłą prostotą: „Pan bowiem ogarnia spojrzeniem całą ziemię, aby wzmocnić serce tych, którzy są wobec Niego szczerzy (2 Krn 16,9). Nie czytamy tutaj, że Bóg wypatruje najpotężniejszych narodów, najliczniejszych zgromadzeń czy najbardziej wpływowych przywódców. Jego spojrzenie zatrzymuje się na sercu człowieka. To właśnie ono jest miejscem, od którego rozpoczyna się każde prawdziwe duchowe przebudzenie.

Ta zasada przewija się przez całe Pismo Święte niczym złota nić łącząca kolejne pokolenia ludzi wiary. Już w czasach Noego, gdy niemal cała ludzkość pogrążyła się w nieprawości, Bóg nie rozpoczął od naprawiania świata przez większość. Wybrał jednego sprawiedliwego człowieka i jego rodzinę. W świecie pełnym przemocy i moralnego zepsucia wystarczyło jedno wierne serce, aby ocalić przyszłość całego rodzaju ludzkiego. Podobnie było z Abrahamem. Nie posiadał armii ani politycznej pozycji. Był pielgrzymem, którego Bóg wyprowadził z rodzinnej ziemi, składając mu obietnicę niemożliwą do spełnienia według ludzkich kryteriów. A jednak właśnie z tego jednego człowieka narodził się naród, przez który miało przyjść błogosławieństwo dla wszystkich ludów ziemi.

Jednym z najbardziej wymownych obrazów tej duchowej prawdy pozostaje jednak historia Gedeona. Kiedy Izrael znalazł się pod ciężkim uciskiem Madianitów, sytuacja wydawała się beznadziejna. Wróg rok po roku pustoszył kraj, odbierał plony i pozostawiał mieszkańców w nędzy. Izraelici ukrywali się w jaskiniach i górskich kryjówkach, żyjąc w nieustannym lęku. W takich okolicznościach Bóg powołał człowieka, który w swoich własnych oczach nie przedstawiał większej wartości. Gedeon uważał swój ród za najmniej znaczący w pokoleniu Manassesa, a siebie samego za najmniejszego w domu ojca. Właśnie dlatego stał się narzędziem, przez które Bóg zamierzał objawić swoją moc. Boży wybór nie opierał się na naturalnych zdolnościach, lecz na gotowości serca do posłuszeństwa.

Gdy Gedeon zgromadził trzydzieści dwa tysiące wojowników, mogło się wydawać, że przygotowania do walki dobiegły końca. Tymczasem właśnie wtedy Bóg wypowiedział słowa, które dla każdego stratega wojskowego brzmiałyby jak zaprzeczenie zdrowego rozsądku: „Wtedy PAN powiedział do Gedeona: Zbyt liczny lud jest przy tobie, abym w jego ręce wydał Madianitów. Mógłby się bowiem pysznić Izrael wobec Mnie, i mówić: Własną ręką się wybawiłem” (Sdz 7,2). W tych kilku zdaniach odsłania się głęboka motywacja Bożego działania. Nie chodziło wyłącznie o samo zwycięstwo nad Madianitami. Znacznie ważniejsze było to, komu po zwycięstwie przypadnie chwała. Jeżeli człowiek uzna, że zwyciężył dzięki własnej sile, łatwo zapomina o Tym, który jest prawdziwym Dawcą zwycięstwa.

Rozpoczął się więc proces oczyszczania armii. Najpierw odeszli wszyscy ogarnięci lękiem. Dwadzieścia dwa tysiące ludzi wróciło do swoich domów. Następnie pozostałych wojowników poddano próbie przy wodzie, która ujawniła ich duchową czujność. Ostatecznie przy Gedeonie pozostało jedynie trzystu ludzi. Z ludzkiego punktu widzenia oznaczało to niemal pewną klęskę. Jednak właśnie w tej chwili rozpoczęło się prawdziwe zwycięstwo, ponieważ nie było już miejsca na ludzką pychę. Cała nadzieja została złożona w Bogu.

Nie był to odosobniony przypadek. Ta sama zasada powraca wielokrotnie na kartach Biblii. Dawid stanął naprzeciw Goliata jako młody pasterz uzbrojony jedynie w procę i kilka kamieni, lecz wyznał, że „ta wojna należy do PANA i to On wyda was w nasze ręce” (1 Sm 17,47). Eliasz samotnie wystąpił przeciwko czterystu pięćdziesięciu prorokom Baala na górze Karmel, wierząc, że prawda nie potrzebuje większości, aby zwyciężyć. Daniel pozostał wierny Bogu pośród pogańskiego Babilonu, a jego trzej przyjaciele wybrali piec ognisty zamiast kompromisu z bałwochwalstwem. W każdym z tych wydarzeń Bóg objawiał swoją moc nie poprzez liczebną przewagę, lecz przez wierność tych, którzy bardziej bali się utracić społeczność z Nim niż własne życie.

Najpełniej tę zasadę widać jednak w osobie Jezusa Chrystusa. Choć podczas swojej ziemskiej służby gromadził tysiące słuchaczy, nie budował swojego Królestwa na tłumach. Ewangelie pokazują, że świadomie poświęcał najwięcej czasu dwunastu uczniom, a spośród nich jeszcze bliżej dopuszczał Piotra, Jakuba i Jana. Gdy po rozmnożeniu chleba tłumy szły za Nim, Jezus nie próbował utrzymać ich za wszelką cenę. Wygłosił wymagające nauczanie o kosztach uczniostwa: „Odtąd wielu Jego uczniów odeszło i już z Nim nie chodziło” (Jn 6,66). Nie zmienił swojego przesłania, aby zachować popularność, ponieważ nigdy nie szukał zwolenników. Szukał uczniów.

Po Jego śmierci i zmartwychwstaniu nie pozostały tysiące wiernych wyznawców. W Wieczerniku zgromadziło się zaledwie około stu dwudziestu osób. Z perspektywy Cesarstwa Rzymskiego byli grupą pozbawioną znaczenia. Nie dysponowali wojskiem, majątkiem ani politycznym wpływem. Mieli jednak obietnicę Chrystusa, że otrzymają moc Ducha Świętego. Gdy obietnica ta wypełniła się w dniu Pięćdziesiątnicy, rozpoczął się proces, który odmienił historię świata. Ewangelia rozprzestrzeniała się nie dzięki przewadze militarnej ani politycznej, lecz dzięki ludziom całkowicie oddanym Chrystusowi, gotowym cierpieć i umrzeć za prawdę o Jego zmartwychwstaniu.

Ten sam wzorzec powtarza się w całej historii Kościoła. Wielkie przebudzenia duchowe nie rodziły się przede wszystkim z rozbudowanych struktur organizacyjnych, lecz z niewielkich grup wierzących trwających na modlitwie i szukających Bożego oblicza. Bóg wielokrotnie rozpoczynał swoje dzieło od wiernej resztki, aby cała chwała należała wyłącznie do Niego. To dlatego prorok Zachariasz mógł zapisać słowa: „Nie dzięki sile i  nie dzięki mocy, lecz dzięki Mojemu duchowi!” (Za 4,6).

John Wesley pod koniec swojego życia (1790 r), w liście do jednego ze współpracowników napisał:  „Dajcie mi stu kaznodziejów, którzy nie boją się niczego oprócz grzechu i nie pragną niczego oprócz Boga, a nie obchodzi mnie ani trochę, czy będą duchownymi, czy świeckimi – tylko tacy wstrząsną bramami piekła i ustanowią królestwo niebieskie na ziemi.”

Ten wielki kaznodzieja postawił na całkowite zaufanie położone w Bogu, a w jego słowach kryły się dwie główne idee, zaczerpnięte z biblijnych historii o bohaterach wiary. Stawiał na tych, którzy: boją się tylko grzechu i pragną jedynie Boga. Wesley wierzył, że największym zagrożeniem dla chrześcijanina nie są prześladowania, bieda czy odrzucenie ze strony ludzi, lecz kompromis z grzechem. Kaznodzieja wolny od strachu przed ludzką opinią jest nieustraszony w głoszeniu prawdy.  Znaczenia miało jedynie serce całkowicie uświęcone i skupione na Chrystusie – wolne od chciwości, ambicji politycznych czy szukania własnej chwały.

Współczesny Kościół również potrzebuje na nowo odkryć tę duchową prawdę. Łatwo ulec pokusie oceniania Bożego błogosławieństwa według kryteriów świata. Łatwo uwierzyć, że o skuteczności służby decyduje liczba uczestników, rozmach przedsięwzięć czy siła oddziaływania. Tymczasem historia zbawienia niezmiennie świadczy o czymś innym. Bóg nadal poszukuje ludzi pokornych, wiernych i gotowych zapłacić cenę posłuszeństwa. To przez nich objawia swoją moc.

Dlatego najważniejsze pytanie, jakie każdy wierzący powinien sobie postawić, nie brzmi: „Jak wielkie jest moje dzieło?” ani „Ilu ludzi idzie za mną?”. O wiele ważniejsze jest pytanie: „Czy moje serce jest całkowicie oddane Bogu?”. To właśnie od odpowiedzi na nie rozpoczyna się wszystko. Tam, gdzie Bóg znajduje serce wolne od pychy, od lęku i od kompromisu, tam rozpoczyna dzieło, którego skutki często sięgają daleko poza jedno pokolenie. Tak było w czasach Gedeona, Dawida, apostołów i wielu wiernych świadków Chrystusa na przestrzeni wieków. I tak pozostaje do dziś.

Henryk Hukisz