Sunday, August 30, 2026

YouTube na Areopagu

Łukasz, opisując pobyt apostoła Pawła w Atenach, zamieszcza pozornie prostą uwagę, która jednak bardzo trafnie ukazuje atmosferę tego miasta: „Wszyscy zaś Ateńczycy i przybysze tam mieszkający nie zajmowali się niczym innym, jak tylko mówieniem lub słuchaniem czegoś nowego” (Dz 17,21).

Mieszkańcy Aten lubili mówić i słuchać. Interesowały ich nowe idee, nowe poglądy i nowe nauki. Ich uwagę przyciągało wszystko, co było nowe i nieznane. Można odnieść wrażenie, że samo słuchanie nowinek stało się dla nich sposobem spędzania czasu. Chcieli wiedzieć, co jeszcze można wiedzieć o świecie, bogach, człowieku i życiu.

W takim właśnie środowisku znalazł się apostoł Paweł.

Jego pojawienie się w Atenach mogło zostać potraktowane jako pojawienie się kolejnego nauczyciela, który przynosi jakąś nową naukę. Łukasz rzeczywiście zauważa, że niektórzy Ateńczycy mówili o Pawle: „Zdaje się, że jest zwiastunem obcych bogów” (Dz 17,18). Byli gotowi go wysłuchać, ponieważ przypuszczali, że ma do powiedzenia coś, czego jeszcze nie znali.

Paweł jednak nie przychodzi na ateński Areopag jako dostawca religijnych nowinek. Nie staje przed nimi po to, aby zaprezentować własną filozofię Boga ani przedstawić swoją osobistą koncepcję religii. Nie przychodzi również po to, aby dopasować przesłanie Ewangelii do gustu swoich słuchaczy. Przychodzi jako zwiastun Chrystusa.

W Dz 17,23 mówi: „To więc, co czcicie, nie znając, to ja wam zwiastuję”. Używa tutaj słowa καταγγέλλω (katangellō), które oznacza ogłaszać, obwieszczać, publicznie zwiastować. Paweł nie mówi: „Opowiem wam, co ja myślę o Bogu”. Nie przedstawia własnej opinii jako religijnej prawdy. Mówi: „To ja wam zwiastuję”.

To jest zasadnicza różnica między prawdziwym zwiastowaniem a przekazywaniem własnych religijnych przemyśleń. Kaznodzieja nie jest autorem przesłania. Jest jego heroldem. Herold w świecie starożytnym nie tworzył wiadomości, którą miał ogłosić. Otrzymywał ją od władcy i miał ją wiernie przekazać. Mógł mieć własny głos i własny sposób mówienia, ale nie miał prawa zmieniać treści otrzymanego orędzia.

Tak samo jest z kerygmatem. Greckie κήρυγμα (kērygma) oznacza obwieszczenie, proklamację, zwiastowanie. Kazanie nie jest opowiadaniem własnych przemyśleń na temat Boga. Nie jest religijnym komentarzem, który kaznodzieja tworzy według własnego uznania. Jest ogłoszeniem tego, co zostało mu powierzone.

Dlatego Paweł, przemawiając do Ateńczyków, nie dostarczał im kolejnej porcji informacji przeznaczonej do zaspokojenia ich ciekawości. On skonfrontował ich z prawdą o Bogu.

Paweł mówił o Bogu, który stworzył świat i wszystko, co na nim istnieje. Mówił o Bogu, który jest Panem nieba i ziemi i który „nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką”. Mówił o Bogu, któremu nie służy się ludzkimi rękoma, „jak gdyby czegoś potrzebował”, ponieważ to On sam daje wszystkim życie, oddech i wszystko.

W tym miejscu pojawia się niezwykle ważna myśl. Bóg nie jest dziełem rąk człowieka. Greckie określenie χειροποίητος (cheiropoiētos) oznacza coś „uczynionego ręką”, „dzieło rąk ludzkich”. Człowiek może stworzyć posąg, zbudować świątynię i stworzyć religijny system, ale nie może stworzyć Boga, gdyż Bóg „nie jest uzależniony od posługi rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował” (Dz 17,25).

Bóg jest Stwórcą, a człowiek stworzeniem.

Ta prawda ma również ogromne znaczenie dla kaznodziejstwa. Skoro Bóg nie jest dziełem ludzkich rąk, również Jego Słowo nie może stać się dziełem ludzkiego umysłu. Kaznodzieja nie ma prawa tworzyć własnego „Boga” z fragmentów Biblii ani budować własnego przesłania, a następnie podpierać go wyrwanymi z kontekstu wersetami.

Jego zadaniem jest zwiastować to, co Bóg powiedział.

I właśnie tutaj przesłanie Pawła z Aten jest nawiązaniem do słów skierowanych później do Koryntian: „Nie jesteśmy przecież jak wielu innych handlarzami Słowem Boga, lecz przemawiamy w Chrystusie, jak ludzie odznaczający się szczerością, jak ludzie posłani od Boga i stojący przed Bogiem” (2 Kor 2,17).

Określenie „handlować Słowem Bożym” jest niezwykle mocne. Paweł nie chce być człowiekiem, który wykorzystuje Słowo Boże do własnych celów. Nie chce manipulować nim tak, aby osiągnąć własną korzyść, zdobyć popularność czy potwierdzić własne poglądy. Słowo Boże nie jest towarem, którym można dowolnie handlować. Nie jest materiałem, który można dowolnie przetwarzać, aby dostosować je do potrzeb odbiorcy. O takich kaznodziejach Paweł pisał do Tymoteusza: „Nadejdzie bowiem czas, gdy zdrowej nauki nie będą znosić, ale według własnych pożądań będą sami sobie dobierać nauczycieli, którzy wyjdą naprzeciw ich oczekiwaniom” (2 Tm 4,3).

Analizując sytuację, jaka zaistniała w Atenach, widzimy jak bardzo aktualne zagrożenie występuje w obliczu współczesnego chrześcijaństwa.

Żyjemy w świecie, w którym dostęp do informacji jest praktycznie nieograniczony. Wystarczy otworzyć YouTube, aby w ciągu kilku sekund znaleźć setki, a nawet tysiące kazań, wykładów, komentarzy i „objawień” dotyczących Biblii. Możemy słuchać jednego kaznodziei, następnie drugiego, trzeciego i dziesiątego. Możemy porównywać ich interpretacje, poznawać ich opinie i śledzić najnowsze odkrycia.

Sam internet nie jest problemem. Może być bardzo pożytecznym narzędziem. Problem zaczyna się wtedy, gdy internetowe źródła zaczynają zastępować źródło podstawowe, którym dla chrześcijanina jest Pismo Święte.

Można bowiem dojść do bardzo paradoksalnej sytuacji: człowiek słucha coraz więcej kazań o Biblii, a coraz mniej czyta samą Biblię. Zna poglądy wielu kaznodziejów, ale coraz słabiej zna tekst Pisma Świętego. Wie, co powiedział jakiś popularny nauczyciel na YouTube, ale nie sprawdził, czy rzeczywiście tak mówi Słowo Boże. Wtedy pytanie: „Co mówi Biblia?” zostaje niepostrzeżenie zastąpione pytaniem: „Co powiedział ten kaznodzieja?” i jego przesłanie stanowi treść zwiastowania.

To jest poważne niebezpieczeństwo.

Ateńczycy chcieli słuchać czegoś nowego. Współczesny człowiek może również zostać uzależniony od nowości. Jedna wiadomość prowadzi do następnej, jeden zapis wideo do kolejnego, jedna „nowa interpretacja” do następnej. W świecie YouTube nowość jest szczególnie atrakcyjna, ponieważ algorytmy nieustannie podpowiadają człowiekowi kolejne treści.

Można więc stworzyć sobie współczesny Areopag we własnym domu. Nie trzeba już iść na ateński plac, aby słuchać nowych nauczycieli. Wystarczy ekran komputera lub telefonu. I właśnie dlatego współczesny Kościół potrzebuje szczególnej ostrożności. Nie każda nowa interpretacja jest prawdą. Nie każde „odkrycie” jest objawieniem. Nie każdy człowiek, który mówi o Biblii, jest jej wiernym zwiastunem.

Chrześcijanin powinien wracać do podstawowego pytania: „Co mówi Słowo Boże a nie co jest teraz popularne?” „Co powiedział najpopularniejszy kaznodzieja?” „Jakie jest najnowsze odkrycie na YouTube?” Nadal fundamentem zwiastowania jest: „Co rzeczywiście mówi Bóg?”

Paweł, stojąc przed Ateńczykami, nie próbuje ich zaspokoić kolejną nowinką. Jego przesłanie nie kończy się na informacji. Prowadzi do decyzji. Bóg, którego Paweł zwiastuje, jest Stwórcą, ale również Sędzią. Człowiek jest odpowiedzialny przed Bogiem. Dlatego Paweł mówi: „Bóg wzywa teraz wszędzie i wszystkich ludzi, aby się nawracali” (Dz 17,30). Następnie ogłasza, że Bóg wyznaczył dzień sądu i dał tego dowód wszystkim, wzbudzając Chrystusa z martwych.

Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czym jest zwiastowanie?”  To nie jest dzielenie się ze słuchaczami jakąś ciekawostką czy inną nowinką. To również nie jest osobistą filozofią Pawła. To jest Boże przesłanie skierowane do człowieka.

Kazanie nie ma przede wszystkim zaspokajać ludzką ciekawość. Ma doprowadzić człowieka do spotkania z prawdą i postawić go wobec konieczności odpowiedzi.

Dlatego prawdziwe kaznodziejstwo nie powinno być konkursem na najbardziej oryginalne kazanie. Nie chodzi o to, aby po jego zakończeniu słuchacze nagradzali go oklaskami mówiąc: „Ależ ten człowiek ma ciekawe pomysły!”. Najważniejsze pytanie brzmi: „Czy usłyszeliśmy Słowo Boże? Czy zobaczyliśmy Chrystusa? Czy zostaliśmy wezwani do wiary, pokuty i posłuszeństwa?”

Paweł sam określa granicę swojego powołania niezwykle jasno: „Nie siebie samych bowiem głosimy, lecz Jezusa Chrystusa jako Pana, siebie natomiast jako wasze sługi z powodu Jezusa” (2 Kor 4,5). Nad każdą chrześcijańską kazalnicą powinno wisieć oczywiste przesłanie: „Nie głosimy samych siebie”.

Kaznodzieja może mieć osobowość, talent, wiedzę i własny sposób przekazywania myśli. Może korzystać z doświadczenia i różnych narzędzi. Ale kiedy staje przed Kościołem, nie otrzymuje prawa do zastąpienia Bożego przesłania własnym. Może wyjaśniać Słowo, ale nie może go poprawiać. Może zastosować Słowo do współczesnego życia, ale nie może zmienić jego znaczenia. Może korzystać z internetu, ale nie może uczynić z YouTube źródła prawdy. Może słuchać innych kaznodziejów, ale musi wszystko sprawdzać w świetle Pisma. Prawdziwy kaznodzieja nie prowadzi ludzi do siebie. Prowadzi ich do Chrystusa.

Dlatego problemem współczesnego Kościoła nie jest brak informacji. Mamy ich więcej niż kiedykolwiek. Problemem może być to, że ogrom informacji przesłania nam źródło. Możemy znać tysiące opinii o Biblii i nie znać Biblii. Możemy słuchać setek kazań i nie słyszeć Boga, ponieważ ciągle słuchamy człowieka. Możemy codziennie oglądać chrześcijańskie filmy, a jednocześnie coraz rzadziej otwierać Pismo Święte. Dlatego potrzebujemy powrotu do prostoty.

Paweł stanął na ateńskim Areopagu pośród ludzi, którzy uwielbiali nowinki, ale nie stał się producentem nowinek. Stał się zwiastunem prawdy. Nie głosił siebie. Nie handlował Słowem. Nie tworzył własnego Boga. Nie próbował zadowolić słuchaczy. On po prostu zwiastował Słowo Boże.

Współczesny Kościół nie potrzebuje kolejnego ateńskiego Areopagu, na którym każdy mówi co chce powiedzieć.

Kościół potrzebuje kaznodziejów, którzy — jak Paweł — potrafią stanąć pośród ludzi i powiedzieć: „Ja wam zwiastuję Chrystusa”.

Henryk Hukisz

Saturday, August 29, 2026

Bóg, wiara i zdrowy rozsądek

Jedna z bardziej znanych wypowiedzi apostoła Pawła znajduje się w 26. rozdziale Dziejów Apostolskich. Paweł jest już więźniem i znajduje się w drodze do Rzymu, gdzie ma stanąć przed cesarzem. Jego podróż jest jednak czymś więcej niż tylko etapem postępowania sądowego. Kolejne przesłuchania stają się okazją do składania świadectwa o Jezusie Chrystusie przed przedstawicielami władzy rzymskiej oraz żydowskimi przywódcami.

Po wydarzeniach w Jerozolimie Paweł został przewieziony do Cezarei, gdzie przebywał pod nadzorem namiestnika Feliksa. Tam również pojawili się jego oskarżyciele. Arcykapłani i starsi żydowscy próbowali przedstawić przeciwko niemu zarzuty, jednak Paweł otrzymał możliwość obrony i jednocześnie wykorzystał tę okazję, aby złożyć świadectwo swojej wiary oraz spotkania z Chrystusem.

W końcu sprawą Pawła zainteresował się król Agryppa wraz z Berenike. Namiestnik Festus przedstawił królowi sytuację, zaznaczając, że nie znalazł w Pawle podstaw do oskarżenia, które uzasadniałoby jego skazanie. Agryppa zapragnął jednak osobiście wysłuchać apostoła. Paweł otrzymał więc możliwość przemówienia: „Możesz przemówić we własnej obronie” (Dz 26:1).

Paweł postanowił wykorzystać tę sposobność nie tyle do obrony własnej osoby, ile do przedstawienia prawdy o Jezusie Chrystusie. Opowiedział o wydarzeniu, które na zawsze zmieniło jego życie — o spotkaniu z Chrystusem na drodze do Damaszku.

Łukasz tak relacjonuje jego świadectwo: „W południe podczas drogi ujrzałem, o królu, światłość z nieba, jaśniejszą od słońca, która ogarnęła mnie i tych, co jechali ze mną. Gdy wszyscy upadliśmy na ziemię, usłyszałem głos, który mówił do mnie po hebrajsku: Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Trudno ci wierzgać przeciwko ościeniowi” (Dz 26:13–14).

To spotkanie nie było jedynie niezwykłym doświadczeniem religijnym. Stało się początkiem radykalnej zmiany kierunku życia Pawła. Chrystus powierzył mu określoną misję — miał pójść do pogan, aby „otworzyć im oczy i odwrócić od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga, aby przez wiarę we Mnie otrzymali odpuszczenie grzechów i dziedzictwo ze świętymi” (Dz 26:18).

Paweł wyjaśnił następnie, że właśnie z powodu głoszenia tego przesłania spotkał się z wrogością swoich rodaków. Żydzi próbowali go zabić, a następnie oskarżyli go przed władzami rzymskimi. Apostoł nie odstąpił jednak od powierzonego mu zadania, ponieważ wierzył, „że Mesjasz musi cierpieć, że jako pierwszy ze zmartwychwstałych będzie głosił światło ludowi i poganom” (Dz 26:23).

W tym momencie Festus nie wytrzymał: „Tracisz rozum, Pawle! Wielka uczoność przywodzi cię do szaleństwa” (Dz 26:24). Paweł odpowiedział natychmiast: „Nie tracę rozumu, najdostojniejszy Festusie, lecz słowa, które mówię, są prawdziwe i przemyślane” (Dz 26:25).

W tych dwóch wypowiedziach pojawia się niezwykle interesujące przeciwstawienie: szaleństwo i rozum. Festus uznał, że sposób myślenia Pawła jest irracjonalny. Paweł natomiast twierdził, że jego świadectwo jest prawdziwe i oparte na trzeźwym rozumowaniu.

Ostatecznie Agryppa wypowiedział słynne zdanie: „Niewiele brakuje, a przekonasz mnie, bym został chrześcijaninem” (Dz 26:28).

Kiedy Boża mądrość wygląda jak szaleństwo

W oczach ludzi wykształconych, wpływowych i osadzonych w dominującym systemie kulturowym przesłanie Pawła mogło rzeczywiście wydawać się szaleństwem. Człowiek wykształcony, dysponujący wiedzą i doświadczeniem, miałby podporządkować całe swoje życie ukrzyżowanemu i zmartwychwstałemu Mesjaszowi? Z perspektywy dominujących kryteriów ludzkiej mądrości było to trudne do zaakceptowania.

Paweł wielokrotnie przeciwstawiał jednak mądrość Bożą mądrości świata. Pisał: „To, co głupie u Boga, jest mądrzejsze niż ludzie, a to, co słabe u Boga, jest mocniejsze niż ludzie” (1 Kor 1:25). A następnie, odwołując się do proroka Izajasza, przypominał: „Wytracę mądrość mądrych i rozum rozumnych obrócę wniwecz” (1 Kor 1:19). Nie oznacza to oczywiście, że chrześcijaństwo jest wezwaniem do odrzucenia rozumu. Przeciwnie. Paweł nie przeciwstawia wiary myśleniu jako takiemu. Przeciwstawia natomiast Bożą mądrość ludzkiej autonomii poznawczej — przekonaniu, że człowiek własnym rozumem może ustanowić ostateczne kryterium prawdy i samodzielnie określić rzeczywistość niezależnie od Boga.

Boża mądrość posługuje się inną logiką niż ta, którą często przyjmuje świat. Dlatego Paweł pyta: „Gdzie mędrzec? Gdzie nauczyciel Prawa? Gdzie badacz tego wieku? Czy Bóg nie uczynił głupstwem mądrości tego świata? Skoro bowiem z pomocą mądrości świat nie potrafił poznać Boga w Jego mądrości, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszonej nauki zbawić tych, którzy wierzą” (1 Kor 1:20–21).

W centrum tej Bożej mądrości znajduje się krzyż: „Nauka krzyża jest głupstwem dla tych, którzy dążą ku zagładzie, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor 1:18). Krzyż jest więc punktem, w którym ujawnia się zasadnicza różnica między Bożym sposobem wartościowania a ludzkimi kryteriami sukcesu, siły i mądrości. To, co dla świata może wyglądać jak słabość i porażka, w Bożym planie staje się miejscem objawienia Jego mocy.

Potrzeba przemiany umysłu

Aby człowiek mógł właściwie rozpoznać Bożą mądrość, potrzebuje nie tylko nowych informacji. Potrzebuje przemiany.

W Ewangelii Jana znajdujemy rozmowę Jezusa z Nikodemem, człowiekiem religijnym, wykształconym i należącym do elity żydowskiej. Jezus mówi mu o konieczności narodzenia się na nowo. Nikodem odpowiada pytaniem: „Jak to możliwe?” (J 3:9). To pytanie w pewnym sensie powtarza się przez całą historię ludzkości. Człowiek często próbuje zrozumieć Boże działanie wyłącznie za pomocą własnych kategorii poznawczych. Tymczasem Jezus wskazuje na potrzebę przemiany, której źródłem jest działanie Ducha Świętego.

Narodzenie na nowo nie oznacza rezygnacji z rozumu. Oznacza jego właściwe ukierunkowanie. Człowiek przestaje traktować własny umysł jako najwyższy autorytet i zaczyna poddawać swoje myślenie objawionej prawdzie Boga. Dlatego chrześcijańska wiara nie jest ucieczką od rzeczywistości ani rezygnacją z krytycznego myślenia. Jest wezwaniem do patrzenia na rzeczywistość z perspektywy Boga.

Problem polega jednak na tym, że nie każde zachowanie określane mianem „wiary” jest wyrazem Bożej mądrości. W historii Kościoła, począwszy od czasów apostolskich, pojawiały się również zachowania, które nie miały nic wspólnego z trzeźwą wiarą ani z porządkiem ustanowionym przez Boga.

Dobrym przykładem jest sytuacja w zborze korynckim. Podczas zgromadzeń dochodziło do nadużyć związanych między innymi z publicznym używaniem daru języków. Paweł nie kwestionuje istnienia tego daru, lecz zwraca uwagę na konieczność zachowania porządku i zrozumiałości podczas zgromadzenia. Pisze: „Jeśli więc zgromadziłby się cały Kościół w jednym miejscu i wszyscy mówiliby językami, a wejdą podczas tego ludzie prości bądź niewierzący, czy nie powiedzą, że szalejecie?” (1 Kor 14:23).

To bardzo ważna zasada. Apostoł nie mówi, że wszystko, co dzieje się pod hasłem działania Ducha Świętego, automatycznie pochodzi od Boga. Duchowe doświadczenie musi pozostawać w zgodzie z prawdą, miłością, zrozumiałością i porządkiem.

Chrześcijaństwo nie jest wezwaniem do irracjonalności.

Szaleństwo religijne w epoce internetu

Współczesne środowisko medialne stworzyło dodatkową przestrzeń dla rozwoju religijnej nieracjonalności. Internet umożliwia natychmiastowe rozpowszechnianie treści, które wcześniej pozostawałyby na marginesie życia religijnego. Dziś niemal każdy może przedstawić się jako nauczyciel, prorok, uzdrowiciel czy duchowy autorytet.

Sam zetknąłem się w mediach społecznościowych z ofertą osoby, która deklarowała świadczenie „usług modlitewnych”, obejmujących między innymi wkładanie rąk, uzdrawianie, a nawet wskrzeszanie zmarłych.

Nie chodzi o to, aby odrzucić biblijne świadectwo dotyczące modlitwy o uzdrowienie czy Bożego działania w sposób nadprzyrodzony. Problem zaczyna się wtedy, gdy doświadczenie religijne zostaje przekształcone w usługę, a nadzwyczajne działanie Boga staje się elementem autopromocji i religijnego marketingu.

Nowy Testament nie zachęca wierzących do łatwowierności. Przeciwnie — wielokrotnie wzywa do rozeznawania, badania i odróżniania prawdy od fałszu.

Rozsądek jako dar Boga

Wróćmy więc do Pawła.

Jego „szaleństwo” nie było utratą rozumu. Było konsekwencją spotkania z Chrystusem i całkowitego podporządkowania Mu swojego życia. Dla świata Paweł mógł wyglądać jak człowiek, który zmarnował swoje wykształcenie, pozycję i możliwości. W rzeczywistości znalazł prawdziwy cel swojego życia.

Chrześcijaństwo nie potrzebuje jednak ludzi, którzy będą udowadniać swoją wiarę poprzez zachowania nierozważne, nieodpowiedzialne czy sprzeczne z rzeczywistością. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią połączyć wiarę z rozeznaniem.

Jest to szczególnie ważne w sytuacjach kryzysowych. Lęk przed chorobą, cierpieniem czy śmiercią jest doświadczeniem, którego nie można po prostu zlekceważyć. Wiara nie polega na zaprzeczaniu rzeczywistości zagrożenia. Nie polega również na przekonywaniu siebie, że wierzący jest automatycznie chroniony przed wszelkim cierpieniem.

Chrześcijańska odpowiedź na lęk nie jest zaprzeczeniem rzeczywistości, lecz zaufaniem Bogu pośród rzeczywistości. Dlatego Paweł przypomina Tymoteuszowi: „Nie dał nam bowiem Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i rozsądku” (2 Tm 1:7). W tym zdaniu znajdujemy niezwykle ważną triadę: moc, miłość i rozsądek. Żaden z tych elementów nie powinien być eliminowany na rzecz pozostałych.

Potrzebujemy Bożej mocy, aby wytrwać. Potrzebujemy miłości, aby właściwie odnosić się do innych. Potrzebujemy również rozsądku, aby właściwie oceniać rzeczywistość i podejmować odpowiedzialne decyzje.

Warto zwrócić uwagę na greckie słowo σωφρονισμός (sōphronismos), użyte w 2 Tymoteusza 1:7. Odnosi się ono do trzeźwego, zdyscyplinowanego myślenia, samokontroli i właściwego rozeznania. Nie opisuje więc braku odwagi ani duchowej ostrożności. Przeciwnie — wskazuje na umysł, który pozostaje pod kontrolą i potrafi właściwie oceniać sytuację.

To właśnie takiego umysłu potrzebuje współczesny chrześcijanin.

Nie potrzebujemy wiary, która boi się rozumu. Nie potrzebujemy również rozumu, który odrzuca Boga. Potrzebujemy wiary, która poddaje swój sposób myślenia Bożej prawdzie, oraz rozumu, który potrafi odróżnić autentyczną wiarę od religijnego mistycyzmu.

Paweł nie stracił rozumu, kiedy spotkał Chrystusa. Przeciwnie — dopiero wtedy jego życie otrzymało właściwy kierunek.

Dlatego prawdziwa duchowa dojrzałość nie polega na tym, aby za wszelką cenę wyglądać na człowieka „radykalnej wiary”. Polega na tym, aby pozostawać wiernym Bogu, a jednocześnie zachować trzeźwość, odpowiedzialność i zdolność rozeznawania.

Takiego rozsądku — połączonego z mocą i miłością — potrzebujemy zawsze, bez względu na aktualne okoliczności.

Henryk Hukisz

Thursday, August 27, 2026

„Celem mojego życia jest zrobić coś dla Boga” - Dolly Parton

Po śmierci w wieku 80 lat legenda muzyki country, Dolly Parton, wspominana jest nie tylko jako autorka niezapomnianych piosenek, filantropka i osoba o niezwykłej, większej niż życie osobowości. Pozostaje w pamięci także jako kobieta, która wielokrotnie mówiła, że to właśnie chrześcijańska wiara prowadziła ją przez całe życie.

Wykonawczyni przeboju „Jolene” zmarła we wtorek – poinformował jej siostrzeniec Bryan Seaver, który w imieniu rodzin Parton i Owens przekazał wiadomość o jej śmierci. Według podanych informacji artystka odeszła w Nashville, otoczona przez najbliższych, po krótkiej walce z chorobą nowotworową.

– To zaszczyt, zaszczyt zmieszany z ogromną dumą i wielkim smutkiem. Ale smutek należy do nas, nie do Dolly. Dolly żyła w świetle i jest teraz w ramionach Jezusa, z pewnością spotkana przez Carla, swoich rodziców i niezliczonych innych, którzy ją poprzedzili i pragnęli spotkać ją w niebie – powiedział Seaver.

Dolly Parton dorastała w Smoky Mountains, w licznej rodzinie i w atmosferze życia Kościoła. Jej dziadek był kaznodzieją zielonoświątkowym. Nawet wtedy, gdy stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci światowej rozrywki, nadal podkreślała, że to Bóg prowadził jej życie. Swoją popularność traktowała natomiast jako odpowiedzialność i możliwość niesienia pomocy innym.

Na przestrzeni lat Parton kilkakrotnie rozmawiała z The Christian Post o swojej wierze i o tym, jak wpływała ona na jej życie – od dziecięcego odkrycia Bożego powołania, przez przebaczenie i modlitwę, aż po zaufanie Bogu w najtrudniejszych okresach.

Oto sześć rzeczy, które Dolly Parton mówiła o swojej wierze.

1. Wierzyła, że została namaszczona do określonego celu

Jedno z najważniejszych wspomnień z dzieciństwa Dolly Parton wiązało się ze słowami starszej kobiety, która pewnego dnia powiedziała jej: Jesteś namaszczona.

Parton wspominała tę historię w rozmowie z The Christian Post w 2019 roku: Wychowaliśmy się w Kościele, a mój dziadek był kaznodzieją zielonoświątkowym. Uzdrawianie, modlitwa, namaszczanie i wszystkie te rzeczy nie były więc dla nas czymś nowym, ponieważ przetrwaliśmy dzięki naszej wierze w Boga, która pomagała nam przejść przez wszystko. Ale kiedy ta starsza kobieta powiedziała mi, że jestem namaszczona, nie wiedziałam, co to znaczy. Myślałam po prostu, że chodzi o coś w rodzaju oliwy z oliwek.

Kiedy zapytała matkę, co kobieta miała na myśli, usłyszała wyjaśnienie: To znaczy, że Bóg położył na tobie swoją rękę i że możesz zrobić coś szczególnego.

Dolly przyznała, że te słowa obudziły w niej poczucie celu, które pozostało z nią przez całe życie.

To uruchomiło we mnie wiarę, ponieważ uwierzyłam, że mam zrobić coś dobrego. Po tym, jak mi to powiedziała, pomyślałam: „Skoro tak, to jest to moja odpowiedzialność. Zrobię coś dobrego”.

2. Czuła się odpowiedzialna przed Bogiem, choć nie ukrywała własnej grzeszności

Parton otwarcie mówiła o swoich słabościach i niedoskonałości, a także o nieustannej potrzebie Bożego przebaczenia.

Nigdy tego nie porzuciłam – mówiła, odnosząc się do przekonania, że Bóg ma dla jej życia określony cel. – Zawsze czułam się odpowiedzialna przed Bogiem, że powinnam robić coś dla Boga. Nadal tak czuję i nadal próbuję to robić.

Z charakterystycznym dla siebie humorem, ale i pokorą, dodawała: Grzeszę po drodze, ale staram się jak najlepiej i proszę o przebaczenie siedemdziesiąt razy siedem.

3. Uważała, że przebaczenie oczyszcza serce i duszę

Dolly Parton mówiła również o konieczności przebaczania innym zamiast pozwalania, by w sercu zakorzeniały się gorycz, gniew i uraza.

Jest wiele do powiedzenia o przebaczeniu. Ono oczyszcza człowieka, aby mogło w nim znaleźć miejsce coś dobrego – powiedziała w rozmowie z The Christian Post w 2020 roku. – Jeśli nosisz w sobie nienawiść, gniew i wszystkie te stłumione rzeczy, nie możesz rozkwitać. Jako człowiek nie robisz w ten sposób nic dobrego ani sobie, ani nikomu innemu. O wiele lepiej jest przebaczać.

Dla autorki i wykonawczyni „I Will Always Love You” przebaczenie nie oznaczało jednak udawania, że zranienie nigdy nie miało miejsca. Wymaga ono również pokory – zarówno wobec innych, jak i wobec własnych błędów.

Oczywiście, nie możemy po prostu zapomnieć. Nadal pamiętamy różne rzeczy. Ale myślę, że kiedy mówi się: „przebacz i zapomnij”, chodzi raczej o to, żeby przestać do tego wracać i pójść dalej.

Naprawdę uważam, że to bardzo ważne dla oczyszczenia własnego serca i własnej duszy – zarówno umiejętność przebaczania, jak i proszenia o przebaczenie. Nigdy nie powinniśmy być zbyt dumni, by o nie poprosić.

4. Każdego dnia modliła się, aby być „światłem” i „narzędziem” w rękach Boga

Wiara Parton znajdowała wyraz także w jej szerokiej działalności charytatywnej. Poprzez takie inicjatywy jak Imagination Library starała się wykorzystywać swoją pozycję, sukces i środki, aby zmieniać życie innych na lepsze.

Każdego dnia modlę się, aby Bóg mnie prowadził, usuwał z mojego życia wszystko, co niewłaściwe – niewłaściwe rzeczy i niewłaściwych ludzi – a sprowadzał to, co właściwe, i właściwych ludzi. Modlę się też, abym mogła oddawać Mu chwałę, podnosić ludzi na duchu i zrobić na tym świecie coś, co uczyni go choć trochę lepszym, niż był wcześniej.

I pozwól mi być światłem i naczyniem, którego możesz używać.

Parton uważała, że możliwość pomagania innym zawsze wiąże się z odpowiedzialnością.

Chciałam po prostu zrobić na tym świecie tyle dobrego, ile potrafię, jeśli tylko mam taką możliwość. A jestem w sytuacji, w której mogę pomagać. Jeśli znajdujesz się w miejscu, które pozwala ci pomóc, powinieneś pomagać.

5. Wierzyła, że Bóg dał jej powołanie i sam powie jej, kiedy ma się zatrzymać

Nawet w wieku 73 lat, kiedy w 2019 roku rozmawiała z The Christian Post, Dolly Parton odrzucała myśl o zwolnieniu tempa tylko dlatego, że osiągnęła określony wiek. Była przekonana, że jej praca stanowi część większego powołania.

Żyję dzięki duchowej energii, twórczej i duchowej energii, bo naprawdę dużo się dzieje w moim życiu. Pracuję ciężko. Naprawdę, naprawdę ciężko. Ale kocham swoją pracę.

Przyznawała również, że trudne doświadczenia tylko pogłębiały jej zależność od Boga.

Dopiero kiedy przechodzisz przez problemy rodzinne albo doświadczasz bólu serca, naprawdę musisz jeszcze bardziej oprzeć się na Bogu. Ale naprawdę czuję, że mam powołanie. Zawsze czułam, że mam misję. Nie wiem dokładnie, na czym ona w całości polega, ale od dawna mam w sobie przekonanie, że Bóg powiedział mi, iż mam iść naprzód, dopóki sam nie powie mi, żebym się zatrzymała.

A On jeszcze nic nie powiedział o kończeniu – dodała. – Więc ja też nic nie mówię o przejściu na emeryturę.

Podsumowała to prosto: Dopóki Bóg nie powie: „Stop”, będę szła dalej.

6. Ufała, że Bóg jest z nią w najtrudniejszych chwilach życia

Dolly Parton mówiła, że wiara pomagała jej spojrzeć na cierpienie z innej perspektywy. Zamiast skupiać się wyłącznie na pytaniu, dlaczego spotkało ją coś trudnego, starała się dostrzec, czego Bóg chce ją przez dane doświadczenie nauczyć.

Nawet kiedy przechodzę przez naprawdę trudne chwile, staram się zobaczyć, czego Bóg próbuje mnie nauczyć. Myślę wtedy: „Powinnam coś zrozumieć. Powinnam się czegoś nauczyć. Powinnam stać się lepszym człowiekiem. Może uczę się odpowiedzialności albo cierpliwości”.

Wiem tylko, że przez wszystko, przez co przechodzę, chcę wierzyć, że wyjdę z tego lepsza.

Parton porównywała swoje spojrzenie do znanego utworu „Ślady na piasku”, w którym człowiek odkrywa, że w najtrudniejszych chwilach życia Bóg niósł go na swoich ramionach. Bóg mnie nie opuścił. Albo to ja oddaliłam się od Niego, albo to On mnie wtedy niósł. Właśnie tak na to patrzę.

A kiedy czasami zastanawiała się, gdzie Bóg jest pośród ludzkiego cierpienia, wyobrażała sobie, że Jego odpowiedź brzmiałaby: Jestem tutaj, na dole, razem z ludźmi.

Leah MarieAnn Klett, The Christian Post, 26 sierpnia 2026 r.

Monday, August 24, 2026

Boża diagnoza

Gdy mieszkałem jeszcze w Stanach Zjednoczonych, często gdy podróżowałem samochodem, słuchałem Moody Radio. Pewnego razu zainteresował mnie wywiad z osobą, która przeszła terapię nowotworową. Ponieważ sam miałem podobne doświadczenie, dlatego zacząłem uważnie słuchać.

Rozmówca opowiadał o tym, jak lekarz poinformował go, że nowotwór osiągnął już czwarty stopień zaawansowania. Chory, który najwyraźniej nie zdawał sobie wcześniej sprawy z powagi sytuacji, zapytał: Panie doktorze, a ile jest stopni? Lekarz spojrzał na niego spokojnie i odpowiedział: Tylko cztery.

Złą diagnozę najczęściej przyjmujemy z przerażeniem. Wielu ludzi, podejrzewając, że dzieje się z nimi coś niedobrego, odkłada wizytę u lekarza. Wolą nie wiedzieć. Jednak niewiedza nie usuwa choroby. Przeciwnie — może sprawić, że stracimy czas, w którym można było rozpocząć leczenie.

Dlatego człowiek, który rzeczywiście chce żyć, powinien chcieć poznać prawdę o swoim stanie, nawet jeśli jest ona bolesna. Tak samo jest z naszym życiem duchowym. Pan Jezus powiedział: „Poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi” (Jn 8,32). Słowa te są często powtarzane, również przez ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z wiarą w Boga. Tymczasem w ustach Jezusa nie są one ogólnym hasłem zachęcającym do poszukiwania wiedzy. Jezus mówi o prawdzie, która prowadzi człowieka do rzeczywistej wolności.

Człowiek nie może zostać uwolniony od problemu, którego nie chce rozpoznać. Nie można skutecznie leczyć choroby, której istnieniu się zaprzecza. I nie można rozwiązać fundamentalnego problemu człowieka, jeśli błędnie rozpozna się jego źródło.

Właśnie tutaj pojawia się jedna z najważniejszych różnic między biblijnym duszpasterstwem a poradnictwem, które ogranicza człowieka jedynie do jego psychiki, emocji, doświadczeń i społecznych uwarunkowań.

Psychologia może często bardzo trafnie opisać objawy i mechanizmy ludzkiego zachowania. Może pomóc człowiekowi zrozumieć jego lęki, reakcje, traumy, schematy myślenia czy problemy w relacjach. Nie należy lekceważyć tej wiedzy. Bywa ona pomocna w rozpoznawaniu wielu rzeczywistych problemów. Ale z perspektywy biblijnej sama diagnoza psychologiczna nie jest jeszcze pełną diagnozą człowieka.

Biblia objawia bowiem problem, którego człowiek nie jest w stanie rozwiązać samym poznaniem siebie. Jest nim grzech. Słowo Boże, wskazując na źródło naszych problemów, stawią tę kwestę jasno: „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rz 3,23). Grzech nie jest jedynie jednym z wielu możliwych problemów człowieka. Jest fundamentalnym problemem jego upadłej natury i zerwanej relacji z Bogiem. Dotknął całego człowieka — jego serca, myślenia, pragnień, decyzji i relacji z innymi.

Nie oznacza to oczywiście, że każda choroba, depresja, cierpienie czy zaburzenie psychiczne jest bezpośrednią konsekwencją konkretnego osobistego grzechu. Biblia nie pozwala na tak proste osądzanie człowieka. Sam Jezus odrzucił podobne myślenie, gdy uczniowie pytali Go o przyczynę cierpienia człowieka niewidomego od urodzenia (Jn 9,1–3). Jednak czym innym jest powiedzieć, że nie każde cierpienie wynika z konkretnego grzechu, a czym innym twierdzić, że problem grzechu nie ma fundamentalnego znaczenia dla zrozumienia człowieka. To właśnie grzech sprawił, że człowiek potrzebuje czegoś więcej niż poprawy swojego samopoczucia. Potrzebuje pojednania z Bogiem.

Psychologia może pomóc człowiekowi zrozumieć, dlaczego reaguje w określony sposób. Może nauczyć go, jak radzić sobie z emocjami. Może wskazać destrukcyjne schematy zachowania. Ale nie może sama udzielić odpowiedzi na pytanie: Co jest nie tak między człowiekiem a Bogiem? Nie może ogłosić przebaczenia grzechów. Nie może doprowadzić człowieka do pokuty. Nie może dokonać duchowego odrodzenia. Nie może dać nowego serca.

Dlatego zastępowanie biblijnego duszpasterstwa poradnictwem psychologicznym jest poważnym błędem. Duszpasterstwo nie może ograniczać się do tego, aby człowiek lepiej rozumiał siebie i lepiej funkcjonował. Jego zadaniem jest również doprowadzenie człowieka do prawdy o nim samym przed Bogiem. Tym, który objawia nam tę prawdę, jest Duch Święty, posługujący się Słowem Bożym. Jezus zawsze mówił swoim uczniom prawdę, nawet wtedy, gdy była ona dla nich trudna do przyjęcia. Gdy nie byli w stanie zrozumieć tego, co chciał im przekazać, posługiwał się przypowieściami, a po swoim zmartwychwstaniu „otworzył im umysły, aby mogli zrozumieć Pisma” (Łk 24,45).

Jezus zapowiadając przyjście Ducha Świętego, powiedział: „Gdy przyjdzie On, Duch Prawdy, wprowadzi was we wszelką prawdę” (Jn 16,13). Duch Święty nie został posłany po to, aby jedynie poprawić nasze samopoczucie. On prowadzi człowieka do prawdy — również tej prawdy, której często nie chcemy o sobie usłyszeć. A prawdziwa diagnoza bywa bolesna.

Podobnie jak lekarz nie może skutecznie leczyć chorego, jeśli ukryje przed nim rzeczywisty stan jego zdrowia, tak również prawdziwe duszpasterstwo nie może ukrywać przed człowiekiem tego, co Bóg objawia o jego sercu. Autor Listu do Hebrajczyków pisze: „Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić myśli i zamiary serca” (Hbr 4,12).

Słowo Boże dokonuje czegoś, czego nie może zastąpić żadna ludzka analiza. Nie zatrzymuje się jedynie na tym, co robimy, ale dociera do pytania, dlaczego to robimy. Nie tylko opisuje zachowanie, lecz odsłania zamiary serca. To właśnie dlatego biblijne duszpasterstwo nie może bać się słów takich jak: grzech, pokuta, odpowiedzialność, przebaczenie, posłuszeństwo i przemiana. Jeżeli człowiek gniewa się na innych, można analizować jego emocje i wcześniejsze doświadczenia. Ale Słowo Boże pyta również o to, co znajduje się w jego sercu.

Jeżeli człowiek nie potrafi przebaczyć, można próbować wyjaśnić mechanizmy, które stoją za jego zachowaniem. Ale Jezus nie tylko pomaga nam zrozumieć naszą reakcję. On również wzywa nas do przebaczenia. Jeżeli ktoś żyje w konflikcie z bratem, nie wystarczy pomóc mu poczuć się lepiej. Trzeba również przypomnieć mu słowa Jezusa: „Idź i najpierw pojednaj się z bratem swoim, a potem przyszedłszy, złóż dar swój” (Mt 5,24). Bóg w swojej miłości nie tylko stawia diagnozę. On daje również lekarstwo. Już dawno temu Salomon napisał: „Synu mój, daj mi swoje serce, a twoje oczy niechaj strzegą moich dróg” (Prz 23,26).

Nie wystarczy więc jedynie usłyszeć Bożą diagnozę. Trzeba jeszcze poddać się leczeniu. Jakub porównuje człowieka, który słucha Słowa, ale go nie wykonuje, do człowieka patrzącego w lustro: „Przypatrzył się sobie i odszedł, i zaraz zapomniał, jakim jest” (Jk 1,23–24). Samo rozpoznanie problemu nie prowadzi jeszcze do uzdrowienia. Nawet najlepsze lekarstwo nie pomoże choremu, jeśli pozostanie na półce. Sam muszę codziennie przyjmować przepisane mi leki. Kiedyś zapomniałem o tym przez dwa dni. Niemal natychmiast pojawiły się objawy, które ustąpiły dopiero wtedy, gdy ponownie zacząłem je przyjmować. Podobnie jest z duchowym życiem. Nie wystarczy przeczytać Boże Słowo, przyznać, że diagnoza jest prawdziwa, a następnie żyć tak jak wcześniej.

Gdy Izrael znalazł się po drugiej stronie Morza Czerwonego, a armia egipska została pogrzebana w jego wodach, Mojżesz i cały naród zaśpiewali pieśń zwycięstwa. Izrael poznał Boga jako tego, który wybawia i który jest jego lekarzem. Bóg powiedział: „Jeżeli pilnie słuchać będziesz głosu Pana, Boga twego, i czynić będziesz to, co prawe w oczach jego, i jeżeli zważać będziesz na przykazania jego i strzec będziesz wszystkich przepisów jego, to żadną chorobą, którą dotknąłem Egipt, nie dotknę ciebie, bom Ja, Pan, twój lekarz” (Wj 15,26). Nie chodziło jedynie o poznanie prawdy, że Bóg jest lekarzem. Izrael miał również słuchać Jego głosu i chodzić Jego drogami.

W tym właśnie miejscu wielu z nas zatrzymuje się w połowie drogi. Gdy czytamy Słowo, wówczas Duch Święty wskazuje nam coś konkretnego. Wiemy, że powinniśmy coś zmienić. Wiemy, że trzeba przeprosić, przebaczyć, porzucić grzech, naprawić relację albo zrezygnować z czegoś, co nie podoba się Bogu. Ale nic nie robimy.

Znam ludzi wierzących, którzy od lat pozostają w konflikcie z innymi chrześcijanami i nie widzą w tym większego problemu. Czasami próbują nawet rekompensować brak posłuszeństwa większą zewnętrzną pobożnością. Ale Bóg nie potrzebuje naszej religijnej aktywności jako zastępstwa za posłuszeństwo. Można śpiewać pieśni, modlić się, uczestniczyć w nabożeństwach i jednocześnie ignorować diagnozę, którą Bóg postawił naszemu sercu.

Najpiękniejszy przykład prawdziwej diagnozy i właściwej odpowiedzi znajdujemy na początku historii Kościoła. W dniu Pięćdziesiątnicy Piotr zwiastował Ewangelię. Nie próbował jedynie poprawić samopoczucia swoich słuchaczy. Pod działaniem Ducha Świętego postawił im prawdziwą diagnozę. Słuchacze zostali poruszeni do głębi i zawołali: „Cóż mamy czynić, mężowie bracia?” (Dz 2,37).

Zauważmy: gdy człowiek naprawdę zobaczy swój stan przed Bogiem, nie wystarczy mu już sama analiza. Musi pojawić się pytanie: „Co mam teraz uczynić?” Piotr nie odpowiedział wówczas: „Najważniejsze, żebyście lepiej zrozumieli siebie”. On powiedział wprost: „Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego” (Dz 2,38). To jest Boże lekarstwo na fundamentalny problem człowieka.

Jeżeli problem człowieka zostanie zredukowany wyłącznie do jego emocji, doświadczeń, traumy czy środowiska, można przez całe życie analizować objawy, nie docierając do najgłębszego problemu. Biblijne duszpasterstwo musi mieć odwagę powiedzieć człowiekowi prawdę — nie po to, aby go potępić, ale po to, aby doprowadzić go do Chrystusa. Bo Bóg, który odsłania chorobę, jest również Bogiem, który daje lekarstwo.

On nie mówi nam prawdy o naszym grzechu po to, aby pozostawić nas w rozpaczy. Pokazuje nam nasz rzeczywisty stan, ponieważ chce nas uratować. Duch Święty przekonuje człowieka o jego prawdziwym stanie. Słowo Boże odsłania to, co ukryte w sercu. Ewangelia wskazuje rozwiązanie. Chrystus przebacza grzechy, daje nowe życie i przez Ducha Świętego prowadzi człowieka w procesie przemiany.

Dlatego Bóg nadal posługuje się swoim Słowem, aby postawić nam najprawdziwszą diagnozę naszego wewnętrznego stanu. Pytanie brzmi nie tylko: Czy pozwolimy Bogu powiedzieć nam prawdę o nas samych? Ale również: Co zrobimy, kiedy tę prawdę usłyszymy?

Bo nie wystarczy spojrzeć w lustro i odejść. Nie wystarczy poznać diagnozę. Nie wystarczy nawet przyznać, że Bóg ma rację.

Trzeba przyjść do Lekarza, przyjąć Jego lekarstwo i pozwolić Mu prowadzić nas drogą posłuszeństwa. Diagnoza bez lekarstwa prowadzi do beznadziei. Lekarstwo bez prawdziwej diagnozy może okazać się bezużyteczne. Ale Bóg daje jedno i drugie.

A im wcześniej udamy się do Boga — tym lepiej dla nas.

Henryk Hukisz

Thursday, August 20, 2026

Polski Nechusztan

Znów zrobiło się głośno w mediach na temat gigantycznych figur stawianych w widocznych miejscach, które — jak można przypuszczać — mają wzmacniać religijną wiarę naszego narodu. Przed laty podobne emocje wzbudziła olbrzymia figura przedstawiająca Chrystusa, ustawiona w okolicy Świebodzina. Dzisiaj rodacy dyskutują natomiast o ogromnym posągu Marii, który stanął niedaleko Torunia.

Z okazji pojawienia się tej figury ktoś zamieścił w mediach społecznościowych uwagę: „Ciekawe, jak rodacy odebraliby zdjęcie tej figury opatrzone informacją, że przedstawia postać młodej Żydówki o imieniu Miriam”. Autor tych słów szybko został w komentarzach odsądzony od czci i wiary.

Nie jest to jednak dla mnie szczególnie zaskakujące, ponieważ niemal natychmiast przypomniała mi się podobna sytuacja sprzed lat. Prowadziłem wówczas audycję religijną dla Polonii w Chicago. Kiedy podczas rozmowy wspomniałem, że Maria, matka Jezusa, była Żydówką, usłyszałem od jednej z wierzących rodaczek zdumiewające wyjaśnienie: „Ona przecież przechrzciła się na katoliczkę”.

Ta wypowiedź mogła wywołać uśmiech, ale jednocześnie pokazuje, jak daleko religijna tradycja potrafi oddalić się od historycznej i biblijnej rzeczywistości.

Dla człowieka, który zna drugie przykazanie według biblijnego porządku, trudno również pozostać obojętnym wobec coraz liczniejszych religijnych posągów i figur. Przykazanie to, choć w popularnym katechetycznym podziale Dekalogu znane jest inaczej niż w biblijnym układzie, odnosi się właśnie do kwestii wizerunków i przedmiotów religijnej czci: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego wizerunku tego, co jest w górze na niebie i na dole na ziemi, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią” (Wj 20:4).

I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które prowadzi nas do biblijnej historii Nechusztana: czy nawet przedmiot, który początkowo powstał z Bożego polecenia i miał przypominać o Jego działaniu, może z czasem stać się bałwanem? Przenieśmy się więc do odległych czasów, gdy w Judzie panował król Ezechiasz. Był on jednym z tych władców, którzy przeprowadzili głęboką reformę religijną. W tym samym czasie północne królestwo Izraela chyliło się już ku upadkowi pod naporem Asyrii, a mieszkańcy tej części Ziemi Obiecanej coraz bardziej pogrążali się w religijnym synkretyzmie.

Ludność, która przybyła na te tereny, zaczęła łączyć kult PANA z kultem własnych bogów. Samarytanie, gdyż tak zaczęto ich nazywać: „Czcili PANA, a jednocześnie służyli swoim bogom według zwyczaju narodów, spośród których ich uprowadzono. Do dziś postępują według swoich dawnych zwyczajów. Nie ma wśród nich bojaźni PANA i nie postępują według Jego ustaw i nakazów, według Prawa i przykazania, według tego, co PAN nakazał synom Jakuba, któremu nadał imię Izrael” (2 Krl 17:33–34). Pamiętajmy, że nie można równocześnie oddawać czci Bogu i służyć obcym bóstwom. Taka mieszanka religijna była dla Boga obrzydliwością.

Mieszkańcy Judy, południowego królestwa rządzonego przez królów z domu Dawida, mieli pod tym względem więcej szczęścia. Wielokrotnie otrzymywali możliwość powrotu do służby jedynemu Bogu, który dał im tę ziemię. O Ezechiaszu czytamy, że: „Czynił to, co prawe w oczach PANA, tak samo jak czynił jego przodek Dawid” (2 Krl 18:3).

Nie była to jednak jedynie deklaracja powrotu do pobożności z czasów Dawida. Ezechiasz podjął konkretne działania. W kronikach królewskich czytamy: „On to usunął wyżyny, połamał stele, ściął aszerę i roztrzaskał miedzianego węża, którego uczynił Mojżesz, albowiem aż do tego czasu Izraelici palili mu kadzidło, a nazywali go Nechusztan” (2 Krl 18:4).

Słowo „Nechusztan” najprawdopodobniej oznacza „coś z brązu” lub „brązowy przedmiot”. Niektórzy bibliści dostrzegają w tym określeniu również grę słów związaną z brązem i wężem. Co jednak najważniejsze, nazwa ta została użyta w odniesieniu do przedmiotu, który pierwotnie powstał z wyraźnego polecenia Boga, lecz z czasem stał się obiektem religijnej czci.

Dzięki prorokom działającym w Judzie mieszkańcy tego królestwa częściej powracali do Boga i Jego Prawa. Już wcześniej zdarzało się, że po okresach odstępstwa, pod wpływem prorockiego wezwania, niszczono święte gaje i ołtarze poświęcone obcym bogom. Wcześniejsze reformy religijne nie zawsze jednak obejmowały wszystko. W życiu narodu pozostawały jeszcze elementy o pogańskim pochodzeniu.

Tym razem sytuacja była jednak wyjątkowa.

Miedziany wąż był przecież przedmiotem o całkowicie biblijnym pochodzeniu — powiedzielibyśmy dzisiaj. Sam Bóg nakazał Mojżeszowi: „Sporządź sobie jadowitego węża i zawieś go na palu. Każdy ukąszony, który na niego spojrzy, pozostanie przy życiu” (Lb 21:8). Mojżesz, posłuszny Bożemu poleceniu, uczynił dokładnie to, co nakazał mu Bóg. Dzięki temu życie wielu Izraelitów, ukąszonych przez jadowite węże, zostało uratowane.

Co więcej, około półtora tysiąca lat później sam Pan Jezus nawiązał do tego wydarzenia, mówiąc Nikodemowi: „I jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne” (J 3:14–15). A jednak ten sam przedmiot, który powstał z Bożego polecenia i stał się narzędziem ocalenia, z czasem został przemieniony w bałwana.

Ludzie mają naturalną skłonność do zachowywania pamiątek. Sam kiedyś przywoziłem kamienie z miejsc, które miałem okazję odwiedzić. Nie widzę w tym nic złego i nie znajduję żadnej biblijnej podstawy, aby dopatrywać się w tym grzechu.

Niedawno, odwiedzając znajomą osobę w jej mieszkaniu, zobaczyłem na ścianie kamień oprawiony w ramkę. Pochodził on z dna strumienia, w którym ta osoba przyjęła chrzest. Obok znajdowała się również płyta CD z nagraniem kazania, które kiedyś wygłosiłem na temat kamieni, jakie Bóg nakazał Jozuemu zabrać z dna Jordanu, gdy Izraelici wchodzili do Ziemi Obiecanej.

Jozue zbudował z tych kamieni pomnik w Gilgal. Miały one służyć przyszłym pokoleniom jako przypomnienie Bożego działania. Czytamy: „Jozue powiedział do Izraelitów: Gdy w przyszłości wasi potomkowie zapytają swoich ojców: Co oznaczają te kamienie?, wtedy pouczycie waszych synów: Izrael przeszedł przez ten oto Jordan suchą stopą, ponieważ PAN, wasz Bóg, osuszył przed wami wody Jordanu, dopóki nie przeszliście, tak jak uczynił PAN, wasz Bóg, z Morzem Sitowia, które osuszył przed nami, aż przeszliśmy. Aby wszystkie ludy ziemi poznały, że ręka PANA jest mocna, i abyście bali się PANA, waszego Boga, po wszystkie dni” (Joz 4:21–24). Nigdzie jednak nie znajdujemy polecenia, aby tym kamieniom oddawać cześć.

Pomniki mogą być potrzebne następnym pokoleniom jako świadectwo Bożego działania. Ich celem powinno być jednak wskazywanie na Boga i oddawanie chwały Jemu, a nie otaczanie czcią samych przedmiotów. Biblia podaje wiele przykładów pomników wznoszonych dla upamiętnienia Bożego działania. Jedno z takich wydarzeń opisuje Samuel po zwycięstwie nad Filistynami: „Samuel zaś wziął jeden kamień i umieścił go między Mispą a Haszen. Nadał mu nazwę Eben-Haezer i powiedział: Aż dotąd pomagał nam PAN” (1 Sm 7:12). Dobrze jest pamiętać wydarzenia, które wskazują na Boga, przypominają o Jego mocy i świadczą o Jego zwycięstwie. Źle jednak dzieje się wtedy, gdy sam pomnik zaczyna być traktowany jako przedmiot czci.

Tak właśnie stało się z miedzianym wężem. Synowie Izraela zaczęli palić przed nim kadzidło. Przedmiot, który pierwotnie miał wskazywać na Boże miłosierdzie i posłuszeństwo Mojżesza, sam stał się obiektem religijnego kultu.

Bóg dał Izraelowi Dziesięć Przykazań, aby były przestrzegane. Warto więc w tym miejscu przytoczyć w całości drugie przykazanie: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego wizerunku tego, co jest w górze na niebie i na dole na ziemi, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, gdyż Ja, PAN, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, karzącym synów do trzeciego i czwartego pokolenia za winy ojców, którzy Mnie nienawidzą” (Wj 20:4–5).

Niestety, treść tego przykazania pozostaje praktycznie nieznana większości ludzi określających się mianem chrześcijan w naszym kraju. Dlatego wielu nie widzi niczego niewłaściwego w oddawaniu czci pomnikom i przedmiotom, nawet wtedy, gdy mają one związek z wydarzeniami opisanymi w Biblii.

Usunięcie drugiego przykazania z popularnego, skróconego układu Dekalogu, stosowanego w nauczaniu Kościoła katolickiego, wyrządziło — moim zdaniem — ogromną szkodę wiernym. Oficjalne wyjaśnienie głosi, że jego treść została zawarta w pierwszym przykazaniu, które zakazuje posiadania innych bogów.

W jednym z takich wyjaśnień czytamy: „Pierwsze przykazanie zakazuje czci fałszywych bogów. Dla chrześcijanina oznacza to wezwanie do niezachwianej wiary w prawdziwie wyzwalającego Boga i oddanie się Jemu. Fałszywymi i zniewalającymi nas bogami naszych czasów są: władza, dążenie do sukcesu i sławy, pieniądz”.

W takim ujęciu trudno jednak nie zauważyć, że pomija się problem niezliczonych pomników, obrazów i figurek, które wypełniają budynki sakralne oraz stoją przy drogach i w miejscach kultu.

Jeżeli rzeczywiście mają one służyć jedynie pamięci, to dlaczego przed niektórymi z nich buduje się ołtarzyki? Dlaczego ludzie przed nimi klękają, modlą się i wykonują gesty religijnej czci? Czy nie jest to właśnie praktyka, przed którą ostrzega drugie przykazanie?

Nie wolno nam zapominać o żywym Chrystusie. Apostoł Paweł napisał do Tymoteusza: „Pamiętaj o Jezusie Chrystusie, potomku Dawida, który został wskrzeszony z martwych zgodnie z moją Ewangelią” (2 Tm 2:8). Ani Paweł, ani żaden inny apostoł nie zachęcał wierzących do oddawania czci przedmiotom, które mogłyby mieć jakikolwiek związek z wydarzeniami opisanymi w Biblii. Pamięć, wiara i cześć mają być skierowane ku żywemu Bogu i ku Chrystusowi, a nie ku przedmiotom, które jedynie mogą przypominać o Nich.

Jeżeli ktoś nie zna żywego Chrystusa i nie należy do Niego, nawet pomnik przedstawiający Jezusa może stać się dla niego bałwochwalczym przedmiotem czci. Człowiek, który rzeczywiście ma Chrystusa w swoim sercu, nie powinien klękać przed nikim ani przed niczym innym, ponieważ tylko Jezus jest godzien najwyższej czci.

To przed Jego imieniem: „zgięło się każde kolano w niebiosach, na ziemi i pod ziemią i aby każdy język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca” (Flp 2:10–11).

Nie potrzebujemy więc pomnika, aby pamiętać o Chrystusie czy też o Marii. Warto jest pamiętać również o proporcjach, z jakimi ewangeliści opisują nam te Osoby. Wzór możemy wziąć z wizyty mędrców, gdy „weszli do domu, a gdy zobaczyli Dziecko i Jego matkę, Marię, padli na twarz, oddając Mu pokłon” (Mt 2:11). Czyżby nie zauważyli Marii?  

Potrzebujemy żywego Chrystusa — ukrzyżowanego, zmartwychwstałego i obecnego w życiu tych, którzy do Niego należą. To właśnie On, a nie kamień, metal, figura czy jakikolwiek religijny symbol, jest godzien naszej wiary, naszego posłuszeństwa i naszej czci.

Henryk Hukisz

Monday, August 17, 2026

Czystość, której trzeba strzec

Miałem kiedyś niecodzienną okazję obserwować sytuację, gdy kilku pracowników porządkowało teren osiedla mieszkaniowego, przygotowując go do zimy. Za pomocą spalinowych dmuchaw zmiatali liście z trawników i chodników. Po kilku godzinach żmudnej pracy teren wyglądał naprawdę wspaniale – można było powiedzieć, że lśnił czystością. Opuszczając teren osiedla, z satysfakcją spoglądali na efekt swojej pracy.

Minęła chwila, gdy zauważyłem ruch na dachu jednego z budynków. Dwaj pracownicy innej firmy, również wyposażeni w dmuchawy, zaczęli zdmuchiwać liście z dachów i rynien. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. W myślach pojawiły się niezbyt pochlebne uwagi na temat synchronizacji prac zarządców osiedla.

Wszystkie liście, których na dachach było naprawdę sporo, zaczęły spadać na świeżo uporządkowane trawniki i chodniki, ponownie pokrywając je bezładną warstwą. W tym samym momencie przypomniały mi się słowa jednej z przypowieści Pana Jezusa. 

Po uwolnieniu człowieka opętanego od mocy demonicznych faryzeusze oskarżyli Chrystusa o współpracę z Belzebubem. Wówczas Jezus im odpowiedział: „Kiedy duch nieczysty wyjdzie z człowieka, błąka się po pustyni i szuka spoczynku, a gdy go nie znajduje, mówi: Wrócę do mojego domu, z którego wyszedłem. Przychodzi i zastaje go wysprzątanym i przystrojonym. Wtedy wyrusza i sprowadza siedem innych duchów, gorszych niż on sam. Wchodzą i tam mieszkają. I późniejszy stan tego człowieka jest gorszy od poprzedniego” (Łk 11:24–26).

Pisałem już wcześniej na tym blogu, że Pan Jezus nie zilustrował tą przypowieścią nauki o „połowicznym odrodzeniu”, jak sugerują współczesne interpretacje tego fragmentu. Ostrzegł raczej przed niebezpieczeństwem utraty czystości, którą pragnie dać człowiekowi.

Boży odwieczny wróg ma jeden cel: niszczyć to, czego dokonuje Stwórca. Dlatego apostoł Jan napisał: „Po to objawił się Syn Boga, aby zniszczyć dzieła diabła” (1 Jn 3:8).

Chrystus rzeczywiście dokonał tego dzieła na Golgocie. Apostoł Paweł pisze, że Jezus „przekreślając zapis dłużny, który świadczył przeciwko nam, i usunął go, przybijając do krzyża. Rozbrajając zwierzchności i władze, wystawił je na pokaz, gdy przez Niego odniósł triumf nad nimi” (Kol 2:14–15).

Dzieło Chrystusa jest doskonałe i dokończone. Wypowiadając na krzyżu słowa: „Wykonało się”, dał świadectwo zwycięstwa nad mocami ciemności. Jednak apostołowie, pisząc do wierzących w Chrystusa, nie pozostawiają nas bez ostrzeżenia: „Wasz przeciwnik, diabeł, jak lew ryczący krąży i szuka, kogo pożreć” (1 Ptr 5:8).

Ten diabelski ryk ma nas przestraszyć. Ma znaleźć dostęp do naszych myśli i serca, aby zabrudzić czystość, którą otrzymaliśmy dzięki krwi Baranka. Czystość, którą daje Chrystus, jest doskonała, ale nasze serce wciąż pozostaje podatne na zabrudzenie. Dlatego apostoł Jan pisze wprost: „Dzieci moje, piszę wam to, abyście nie grzeszyli. Gdyby jednak ktoś zgrzeszył, mamy Orędownika przed Ojcem – sprawiedliwego Jezusa Chrystusa” (1 Jn 2:1).

Kilka zdań wcześniej Jan przypomina również: „Jeśli wyznajemy nasze grzechy, to Bóg, który jest wierny i sprawiedliwy, odpuści nam grzechy i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 Jn 1:9).

W tym miejscu chciałbym jednak postawić pytanie: Czy jesteśmy wrażliwi na czystość, którą otrzymaliśmy dzięki krwi Chrystusa? Czy rzeczywiście robimy wszystko, aby jej strzec?

Nauka apostolska stawia tę kwestię bardzo jasno. Wzywa nas do uważnego i czujnego życia, abyśmy nie dopuścili do sytuacji, w której damy diabłu dostęp do naszych myśli i serca. Apostoł Piotr mówi: „Bądźcie trzeźwi, czuwajcie!” (1 Ptr 5:8). Apostoł Jakub również wzywa nas do przeciwstawiania się diabelskim zakusom: „Bądźcie więc posłuszni Bogu, przeciwstawiajcie się zaś diabłu, a on ucieknie od was. Zbliżcie się do Boga, a On zbliży się do was. Oczyśćcie ręce, grzesznicy, i uświęćcie serca, hipokryci” (Jk 4:7–8).

Apostoł Paweł w swoich listach do zborów wielokrotnie mówi o zwycięskim życiu wierzącego. Pokazuje, że droga dostępu diabła do naszego serca często prowadzi przez nasze cielesne nawyki, pragnienia i decyzje. Dlatego pisał: „Niech każdy z was utrzymuje swoje ciało w świętości i w poszanowaniu” (1 Tes 4:4), gdyż „wolą Boga jest bowiem wasze uświęcenie” (w. 3).

Chyba najbardziej znanym fragmentem dotyczącym tej wewnętrznej walki są słowa: „Polecam więc: Postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem pożąda na przekór duchowi, duch natomiast przeciwko ciału. A tak są sobie przeciwne, że czynicie to, czego nie chcecie” (Ga 5:16–17).

Wiemy, że Bóg pragnie używać nas w swoim Królestwie. Ale ponieważ On sam jest święty, pragnie również świętych naczyń – ludzi, których życie może być wypełnione Jego obecnością i chwałą. Dlatego Paweł zachęca wierzących: „Jeśli więc ktoś się oczyścił z tego wszystkiego, będzie naczyniem zaszczytnym, uświęconym, bardzo dogodnym dla Pana, przygotowanym do każdego dobrego dzieła” (2 Tym 2:21). Natomiast Pan Jezus był świadomy zagrożeń, jakie będą spotykały Jego uczniów w tym świecie. Dlatego modlił się do Ojca za nami: „Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, lecz abyś ich ustrzegł od złego” (Jn 17:15).

Musimy więc pamiętać, że diabeł będzie próbował wrzucać do oczyszczonego serca swoje „brudne liście”. Będzie szukał każdej szczeliny, każdego zaniedbania i każdego miejsca, przez które może ponownie dostać się do naszego życia. Ale musimy pamiętać, że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie. W Chrystusie mamy zwycięstwo. Jego dzieło na krzyżu jest dokonane, a Jego krew oczyszcza nas z każdego grzechu. Naszą odpowiedzialnością jest jednak czuwać, trwać w Chrystusie, poddawać się działaniu Ducha Świętego i nie pozwalać, aby to, co zostało oczyszczone, ponownie zostało zabrudzone.

Być może właśnie dlatego ostatnia obietnica skierowana do Kościoła brzmi tak wymownie: „Szczęśliwi, którzy płuczą swoje szaty, aby należała do nich władza nad drzewem życia i aby weszli przez bramy do miasta” (Ap 22:14).

Chrystus oczyszcza. Chrystus zwycięża. Ale człowiek, który otrzymał tę czystość, jest wezwany, aby jej strzec.

Henryk Hukisz

Saturday, August 15, 2026

Cud nowego życia

Dziś w 62. rocznicę doświadczenia ogromnej łaski narodzenia na nowo, nasunęła się taka oto refleksja: Cuda od zawsze wywoływały – i wciąż wywołują – ogromną sensację. Ludzie pragną ich doświadczać często dla samego wrażenia, jakie wywołują.

Największym cudotwórcą na ziemi był Jezus. Czterej ewangeliści opisali dla potomnych wiele z tych nadprzyrodzonych wydarzeń. Jan w swoim sprawozdaniu zamieścił znamienne słowa: „Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a gdyby je szczegółowo opisać, sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które należałoby napisać” (J 21,25). Żaden wierzący w Boga nie podważa tych czynów. Wszystkie były autentycznymi, nadprzyrodzonymi zdarzeniami, które nie mogłyby zaistnieć w uporządkowanym, naturalnym świecie.

To właśnie cuda sprawiały, że za Chrystusem podążały tłumy. Jednak ich jedynym celem było oddanie chwały Bogu. Gdy Jezus przybył nad Jezioro Galilejskie, wokół Niego zgromadził się tłum. Ludzie przyprowadzali chorych, kalekich i opętanych, a On ich uzdrawiał. „Tłum zdumiewał się, widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, ślepi widzą. I wielbili Boga Izraela” (Mt 15,31).

Choć cuda dokonywane przez Jezusa przynosiły ludziom realne dobro, to od tych, którzy o nie prosili, często wymagana była wiara. Pewien ojciec, zatroskany o zdrowie swojego syna, zwrócił się do Chrystusa słowami: „Jeśli coś możesz, zlituj się nad nami i pomóż nam!” (Mk 9,22). Jezus odpowiedział: „Co się tyczy słów: »Jeśli coś możesz« – wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy” (w. 23).

Jezus nie zawsze jednak uzależniał cud od wiary człowieka. Pewnego razu udał się do miasteczka Nain. Tuż przed bramą miejską natknął się na orszak żałobny. Nikt Go nie prosił o pomoc ani nie oczekiwał, że zwróci uwagę na pogrążoną w rozpaczy wdowę, która odprowadzała na cmentarz swojego jedynego syna. Na prośby o uzdrowienie było już za późno – nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że Nauczyciel może jeszcze cokolwiek zmienić.

Jednak dla Jezusa nie było żadnych przeszkód, ponieważ dla Bożych cudów nie ma granic. Zatrzymał orszak i zbliżył się do noszy. Jestem przekonany, że nie robił przy tym sztucznej, podniosłej miny ani nie podnosił głosu, gdyż zmarły i tak by Go nie usłyszał. Z pełnym litości współczuciem powiedział cicho: „Młodzieńcze, mówię ci: wstań!” (Łk 7,14). Po chwili chłopiec usiadł, po czym z pewnością zszedł z noszy, podszedł do zapłakanej matki i mocno ją objął. W obliczu tego niezwykłego wydarzenia „wszystkich ogarnął lęk i wielbili Boga, mówiąc: »Wielki prorok powstał wśród nas i Bóg nawiedził lud swój«. I wieść ta rozeszła się o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie” (w. 16–17).

Nie wszystkie cuda przyciągały tłumy – o niektórych ewangeliści wspominają jedynie pobieżnie. Jak już wspomniałem, ich celem nie było szukanie poklasku, lecz wywyższenie Ojca. Gdybyśmy spróbowali wyobrazić sobie dalsze losy owej wdowy i jej odzyskanego syna, z pewnością żyli dalej zwyczajnym życiem, znosząc jego trudy, aż w końcu śmierć ponowie zapukała do ich drzwi. Być może najpierw odeszła matka, a wskrzeszony syn umarł po latach w spokoju – bez żalu, że nie było przy nim Pana, by po raz kolejny podnieść go z mar.

Podobny los spotkał wskrzeszoną córkę Jaira czy Łazarza, który wyszedł z grobu o własnych siłach, będąc wcześniej żywym dowodem na to, jak realna i nieodwracalna jest śmierć. To samo dotyczyło zapewne wszystkich innych zmarłych, których przywrócono do życia – czy to przez słowa samego Jezusa, czy przez apostołów działających w mocy Ducha Świętego, jak w przypadku Tabity czy Eutychusa. Wszyscy oni w końcu i tak zmarli, niezależnie od tego, jak potoczyły się ich życiowe losy.

Samo zjawisko cudu nie powinno być dla nas celem samym w sobie – nasz wzrok powinien być skierowany na Tego, który go dokonuje. Za każdym dziełem Chrystusa stał Ojciec i tylko na Jego polecenie również dzisiaj słudzy Boga mogą czynić rzeczy niezwykłe. Jedynym właściwym celem takich wydarzeń pozostaje oddanie chwały Bogu, a nie człowiekowi, który jest jedynie narzędziem w Jego ręku.

Wierzę, że era cudów nie zakończyła się wraz ze zmartwychwstaniem Chrystusa. Kościół otrzymał nakaz składania świadectwa w mocy Ducha Świętego, a głównym celem tej misji jest uwielbienie Boga.

Problem polega na tym, że ludzie mają dziś tendencję do przypisywania sobie chwały za rzeczy niezwykłe. Nie chcę w tym miejscu rozstrzygać, na ile dzisiejsze wydarzenia są autentycznym działaniem Boga, a na ile jedynie zwykłymi zjawiskami ubranymi w wyreżyserowaną otoczkę niezwykłości. To temat na osobną dyskusję. Chcę jedynie podkreślić, że nawet najbardziej niezwykły cud fizyczny jest czymś ograniczonym w czasie i nie powinien stawać się obiektem naszej fascynacji. Cud przywrócenia do życia – jak w przypadku syna wdowy z Nain – przyniósł jedynie doczesny efekt i chwilowy zachwyt. Po pewnym czasie emocje opadły, a ludzie przestali mówić o tym z takim przejęciem jak na początku.

To, co zachwyca mnie najgłębiej, to fakt, że każde autentyczne nawrócenie grzesznika jest nieporównywalnie większym cudem niż fizyczne wskrzeszenie zmarłego. Nawrócenie to wzbudzenie do życia wiecznego, które nigdy się nie kończy. Dlaczego więc na wieść o czyimś nawróceniu nie ogarnia nas zachwyt i nie wielbimy Boga tak żarliwie, jak robiono to na drodze do Nain? A przecież powinniśmy!

Widocznie świadectwo przemiany życia wielu współczesnych chrześcijan nie jest wystarczająco wyraźnym dowodem na to, że dokonał się w nich cud nowo narodzenia. A przecież Jezus Chrystus „wyrwał nas z mocy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie – odpuszczenie grzechów” (Kol 1,13–14).

Nowe życie, które otrzymujemy od Chrystusa, to cud najdroższy z możliwych, ponieważ zapłacono za niego Jego świętą krwią. Apostoł Piotr, który widział na własne oczy wszystkie dzieła Mistrza, pisał do wierzących, aby pamiętali, „że nie czymś zniszczalnym, srebrem lub złotem, zostaliście wykupieni z waszego złego postępowania, przekazanego przez przodków, ale drogą krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy” (1 Pt 1,18–19).

Wszystkie inne cuda blakną w porównaniu z tym jednym. To jest najważniejszy i najbardziej kosztowny cud ze wszystkich. Dziękuję Bogu za ten niezwykły dar w moim własnym życiu – niech cały świat o tym usłyszy i odda Mu chwałę!

Henryk Hukisz