Wednesday, October 7, 2026

Biblia Etiopska i List Judy

W przestrzeni internetowej rośnie zainteresowanie tematyką tzw. Biblii Etiopskiej. Zagadnienie to bywa nierzadko podnoszone do rangi kluczowego argumentu podważającego wiarygodność współczesnego kanonu Pisma Świętego. Większość materiałów na ten temat nie wychodzi jednak spod pióra teologów czy biblistów, lecz powstaje za sprawą twórców internetowych i amatorów, którzy powielają potoczne opinie. Aby rzetelnie ocenić tę kwestię, warto przyjrzeć się rysowi historycznemu etiopskiego chrześcijaństwa oraz konkretnemu wątkowi łączącemu go z Nowym Testamentem – nowotestamentowemu Listowi Judy.

Chrześcijaństwo dotarło do Etiopii już w IV wieku za panowania króla Ezany, a tradycja wiąże proces chrystianizacji z misją św. Frumencjusza (znanego jako Abba Salama). Kościół etiopski rozwijał się następnie w ścisłej łączności z chrześcijaństwem koptyjskim w Egipcie. Teksty biblijne przekazywano przede wszystkim w języku geez (ge'ez) – klasycznym języku liturgicznym tego regionu. Przekład powstawał stopniowo od starożytności, przechodząc w kolejnych wiekach korekty i tworząc bogatą tradycję rękopiśmienną.

To, co szczególnie wyróżnia Etiopski Kościół Ortodoksyjny, to szerszy kanon biblijny, obejmujący zazwyczaj 81 (lub według innych wyliczeń 87) ksiąg, podczas gdy kanon katolicki liczy 73 księgi, a protestancki – 66. Różnice te wynikają głównie ze sposobu liczenia i strukturyzacji pism. Nie oznacza to jednak, że Etiopczycy posługują się całkowicie odrębną Biblią. Rdzeń Pisma Świętego pozostaje wspólny: obejmuje księgi kanonu hebrajskiego, Ewangelie, Dzieje Apostolskie oraz Listy Apostolskie.

Różnica dotyczy zakresu pism dołączonych oraz tradycji interpretacyjnej. Najbardziej znaczącym przykładem tej specyfiki jest 1 Księga Henocha – apokryf, który zachował się w całości do naszych czasów właśnie dzięki tradycji etiopskiej. Tekst ten był jednak doskonale znany starożytnym chrześcijanom i znajduje bezpośrednie odzwierciedlenie w kanonicznym Liście św. Judy.

List Judy należy do najkrótszych pism Nowego Testamentu (liczy zaledwie 25 wersetów), będąc zarazem jedną z jego najbardziej niezwykłych ksiąg. Autor przedstawia się jako „…sługa Jezusa Chrystusa, a brat Jakuba” (Jd 1,1). W analizie biblijnej uznaje się go najczęściej za krewnego Jezusa i Jakuba (lidera Kościoła w Jerozolimie), który z pokory nie nazywa siebie bezpośrednio bratem Chrystusa. Wśród badaczy trwa dyskusja, czy utożsamiać go z apostołem Judą Tadeuszem, czy z inną postacią wczesnego Kościoła.

Głównym celem napisania listu było ostrzeżenie wspólnoty przed fałszywymi nauczycielami, którzy wprowadzali zamęt, relatywizm moralny oraz koncepcje gnostycyzujące. Autor charakteryzuje ich jako ludzi, którzy wykorzystują łaskę Bożą do rozpusty, odrzucają zwierzchność Boga i Chrystusa, szydzą z autorytetów duchowych oraz sieją podziały. Przestrzegając przed nieuchronnością kary za bunt i bezbożność, Juda odwołuje się bezpośrednio do tradycji Henocha.

W wersetach 14–15 czytamy: „O nich też prorokował Henoch, siódmy po Adamie, mówiąc: Oto przyszedł Pan wśród tysięcy swoich świętych, aby dokonać sądu nad wszystkimi i ukarać każdego bezbożnika za wszystkie bezbożne czyny i za wszystkie ostre słowa, które bezbożni grzesznicy wypowiedzieli przeciw Niemu.”

Słowa te stanowią niemal dosłowny cytat z 1 Księgi Henocha (1 Hen 1,9). Powołując się na to proroctwo, Juda wskazuje, że sąd nad złem nie jest nowym konceptem, lecz został zapowiedziany u zarania dziejów i obejmie zarówno czyn, jak i bezbożną mowę. Co więcej, nie jest to jedyne nawiązanie do tradycji apokryficznej w tym tekście:

-  Werset 6 „Aniołów, którzy nie zachowali swojego pierwotnego stanu, lecz opuścili własne mieszkanie, trzyma w ciemnościach do wielkiego dnia sądu, związanych nierozerwalnymi pętami”  nawiązuje do Czuwających – aniołów, którzy nie zachowali swojego pierwotnego stanu (por. 1 Hen 6–12).

-  Werset 9 „Archanioł Michał zaś, gdy dyskutował o ciele Mojżesza, spierając się z diabłem, nie odważył się wypowiedzieć bluźnierczego osądu, lecz powiedział: Niech cię Pan skarci!” przywołuje spór Archanioła Michała z diabłem o ciało Mojżesza, pochodzący z apokryfu Wniebowzięcie Mojżesza.

Obecność cytatów z pism pozakanonicznych stała się w pierwszych wiekach jedną z głównych przyczyn wątpliwości wokół Listu Judy. W I wieku proces kształtowania kanonu Nowego Testamentu dopiero się rozpoczynał. W II, III i IV wieku niektórzy teolodzy – w tym Euzebiusz z Cezarei, który zaliczył ten tekst do pism spornych (antilegomena), oraz Hieronim – wskazywali na ryzyko obniżenia rangi Pisma przez powoływanie się na apokryfy, a także na ograniczony, lokalny zasięg krążenia tego krótkiego listu.

Ostatecznie List Judy został oficjalnie włączony do kanonu Nowego Testamentu na synodach w Hipponie (393 r.) i Kartaginie (397 r.). Decyzję tę argumentowano kilkoma kluczowymi względami:

1.   Wczesne użycie i tradycja: List cytowali wcześniej Ojcowie Kościoła, tacy jak Tertulian, Klemens Aleksandryjski czy Orygenes, a sam tekst znajdował się już w Kanonie Muratoriego z II wieku.

2.   Sposób użycia apokryfu: Rozumiano, że odwołanie się do 1 Księgi Henocha miało charakter ilustracyjny – wykorzystywało powszechnie znany tekst kulturowy i nie oznaczało automatycznego uznania całego apokryfu za natchniony (analogicznie do św. Pawła cytującego pogańskich poetów podczas przemowy na Areopagu).

3.   Zgodność doktrynalna i doksologia: Przeważyła pełna spójność teologiczna listu w kwestii obrony czystości wiary oraz jego podniosłe zakończenie (Jd 24–25), „Temu zaś, który może was ustrzec od upadku i wobec swojej chwały postawić jako nienagannych i radosnych, jedynemu Bogu, naszemu Zbawicielowi, przez Jezusa Chrystusa, naszego Pana, niech będzie chwała, majestat, moc i panowanie przed wszystkimi wiekami i teraz, i po wszystkie wieki. Amen”, stanowiące jeden z najpiękniejszych hymnicznych opisów chwały Boga w całym Nowym Testamencie.

Przykłady takie jak 1 Księga Henocha czy Biblia Etiopska pokazują, że wczesne chrześcijaństwo funkcjonowało w bogatym otoczeniu literackim i kulturowym. Odbijające się w Liście Judy wątki z tradycji Henocha stanowią doskonały dowód na to, jak teksty zachowane dziś w całości w tradycji etiopskiej współtworzyły świat pojęciowy autorów Nowego Testamentu, nie naruszając przy tym integralności współczesnego kanonu Pisma Świętego.

Zakończę wypowiedzią na ten temat mojego przyjaciela Mirka Kulca: „… jeśli lubisz czytać, warto się zainteresować, ale czytać krytycznie. Poczuć smak literatury żydowskiego świata okresu Drugiej Świątyni i nie tylko.”

Henryk Hukisz

Tuesday, October 6, 2026

Cena angielskiej Biblii: Historia Williama Tyndale’a

Dzisiaj mija kolejna rocznica (490.) męczeńskiej śmierci jednego z głównych tłumaczy Biblii na język angielski. Później, na bazie tego tłumaczenia powstawały kolejne przekłady, od najbardziej powszechnej Biblii KJV, do współczesnego najlepszego tłumaczenia w języku angielskim ESV (English Standard Version). Warto przy tej okazji zapoznać się z dokonaniem tego wiernego Bożego sługi i męczennika.

Historia Williama Tyndale’a to przejmujące świadectwo poświęcenia, niezłomnej wiary oraz bezkompromisowej miłości do Słowa Bożego. Aby w pełni pojąć wagę jego misji, należy najpierw zrozumieć grozę czasów, w których przyszło mu żyć. XVI-wieczna Anglia, pod dominacją Kościoła katolickiego, traktowała próbę przełożenia Biblii na język ojczysty jako zbrodnię zagrożoną najsurowszymi karami. Przepisy prawne sprowadzały się w praktyce do faktu, że człowiek mógł spłonąć na stosie jedynie za to, że czytał lub uczył swoje dzieci Pisma Świętego po angielsku. Świadectwa z tamtej epoki, odnotowujące egzekucje młodych ludzi oraz całych rodzin za znajomość Modlitwy Pańskiej w języku ojczystym, pokazują, jak wielkim ryzykiem obarczona była jakakolwiek próba przybliżenia Boga zwykłemu człowiekowi.

Widząc głód duchowy rodaków, Tyndale żywił nadzieję na uzyskanie oficjalnej zgody na przygotowanie przekładu. Gdy w 1524 roku spotkał się z kategoryczną odmową, podjął decyzję, która bezpowrotnie zmieniła jego los. Uciekł z Londynu na Kontynent, wybierając los wygnańca i tułacza. Przez dwanaście lat spędzonych w Niemczech i Niderlandach żył w nieustannym ubóstwie, głodzie, chłodzie i niebezpieczeństwie. Największym ciężarem dla jego serca nie były jednak własne niewygody, lecz wieści z ojczyzny. Z głębokim bólem obserwował rosnącą falę prześladowań i śmierć swoich przyjaciół oraz współpracowników – takich jak John Frith, Richard Bayfield czy John Tewkesbury – którzy płonęli na stosach za udział w szmuglowaniu i czytaniu jego przetłumaczonego Pisma Świętego.

Okrutny opór ze strony władz kościelnych, uosabiany przez postać Tomasza Morusa, miał swoje powierzchowne i głębokie przyczyny. Na powierzchni zasłaniano się rzekomą prostactwem języka angielskiego oraz obawą przed błędnymi interpretacjami. W rzeczywistości jednak Kościół obawiał się utraty monopolu władzy i kontroli nad sumieniami ludzkimi. Przekład Tyndale’a uderzał w same fundamenty instytucjonalnego systemu sakramentalnego. Tłumacząc kluczowe pojęcia z języka greckiego zgodnie z ich pierwotnym znaczeniem – np. „presbyteros” jako starszy zamiast kapłan, „ekklesia” jako zgromadzenie zamiast kościół, czy „metanoeo” jako pokutować w sercu zamiast czynić sakramentalną pokutę – Tyndale obnażył brak biblijnego uzasadnienia dla wielu dotychczasowych praktyk i nauk, wskazując jednoznacznie, że człowiek zostaje usprawiedliwiony przed Bogiem wyłącznie z wiary.

Wytężona praca translatorska została brutalnie przerwana w maju 1535 roku w Antwerpii. Tyndale został zdradzony przez fałszywego przyjaciela, Henry’ego Philipsa, i uwięziony w chłodnych murach zamku Vilvoorde niedaleko Brukseli. Spędził tam osiemnaście miesięcy, znosząc powolne umieranie w lodowatej celi. Zachowany list z tego okresu ukazuje niezwykłą postawę tłumacza: prosząc zarządcę więzienia o ciepłą odzież czy lampę, błagał przede wszystkim o udostępnienie mu hebrajskiej Biblii, słownika i gramatyki, aby nawet w więziennym odosobnieniu kontynuować swoje powołanie. Do samego końca zachował cichą uległość wobec woli Bożej, gotów ponieść najwyższą cenę za wierność Chrystusowi.

Finał jego ziemskiego życia nastąpił na początku października 1536 roku. Potępiony jako heretyk i pozbawiony stanu kapłańskiego, 42-letni William Tyndale został przywiązany do palika, uduszony, a jego ciało spalono w ogniu. Jego ostatnie słowa, stanowiące żarliwą modlitwę: „Panie! Otwórz oczy królowi Anglii!”, okazały się prorocze. Wkrótce po jego śmierci Anglia otworzyła się na Słowo Boże w języku ojczystym, a jego praca stała się fundamentem pod kolejne pokolenia przekładów biblijnych. Życie Tyndale’a pozostaje wiecznym przypomnieniem, że posłuszeństwo Bożemu powołaniu bywa kosztowne, ale prawda Ewangelii – karmiona krwią świadków – ostatecznie zawsze zwycięża.

 Henryk Hukisz

William Tyndale (ok. 1494–1536) był angielskim uczonym, teologiem i wybitnym lingwistą, który stał się jedną z najważniejszych postaci chrześcijańskiej Reformacji. Gdy władze kościelne w Anglii stanowczo zabroniły wydawania Pisma Świętego w języku angielskim, w 1524 roku udał się na wygnanie do Europy Kontynentalnej. Przez dwanaście lat żył jako uciekinier w Niemczech i Niderlandach, znosząc skrajne ubóstwo, głód i nieustanne zagrożenie ze strony oprawców.

Główną misją jego życia było przełożenie Biblii bezpośrednio z języków oryginalnych — greki i hebrajskiego — na język ojczysty, tak aby każdy zwykły człowiek mógł samodzielnie poznawać Słowo Boże. Jego przekład Nowego Testamentu oraz części Starego Testamentu był potajemnie szmuglowany w beczkach i belach materiału do Anglii.

Jego misja przyniosła jednak trwałe owoce. Niedługo po jego męczeńskiej śmierci król Henryk VIII zezwolił na rozpowszechnianie anglojęzycznych Biblii w kraju. Praca Tyndale’a stała się fundamentem pod kolejne pokolenia przekładów (w tym słynną Biblię Króla Jakuba) oraz w znaczący sposób ukształtowała nowożytny język angielski.

Thursday, October 1, 2026

Tryptyk – Wywyższone uniżenie

Ostatnia przypowieść z tego cyklu, w której pojawia się zestawienie człowieka sprawiedliwego z grzesznikiem, została zapisana w osiemnastym rozdziale Ewangelii Łukasza (wersety 9–14). Występują w niej dwie postacie – faryzeusz i celnik – oraz przyglądający się im Chrystus. Choć stoi niejako w cieniu, jakby ukryty za filarem świątyni, to właśnie do Niego należy ostatnie słowo.

Istotne jest tu samo miejsce akcji – świątynia. To przestrzeń szczególna, wzniesiona po to, by człowiek mógł spotkać się z Bogiem na modlitwie, gdy tylko odczuje taką potrzebę. Salomon, budowniczy pierwszej świątyni, podczas jej poświęcenia wołał do Boga: „Zechciej wysłuchać błagania twojego sługi i twojego ludu izraelskiego, gdy będą się modlić na tym miejscu. Tak, wysłuchaj w miejscu, gdzie przebywasz, w niebie, a wysłuchując, racz odpuścić!” (1 Krl 8:30).

Gdy Pan Jezus po raz ostatni przybył do Jerozolimy, skierował swoje kroki właśnie do świątyni, by przywrócić jej właściwy, nadany przez Ojca charakter. Wypędził z niej kupców i rzekł: „Napisano: Mój dom będzie domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców” (Łk 19:46). Modlitwa jest bowiem miejscem, w którym każdy człowiek – zarówno ten uważany za prawego, jak i największy grzesznik – może stanąć przed Ojcem Niebieskim.

Ta przypowieść to coś więcej niż historyczna ilustracja samousprawiedliwienia i pogardy wobec innych. To osobisty list Boga do nas. W jego treści każdy z nas może z niepokojem odnaleźć cząstkę faryzeusza. Bóg daje nam jednak szansę, byśmy w porę potrafili stanąć po stronie celnika.

Obaj bohaterowie przyszli do świątyni, aby się pomodlić. Pierwszy z nich, faryzeusz, zachował się zgodnie z oczekiwaniami kogoś, kto całą ufność pokłada w swojej własnej sprawiedliwości. Jego modlitwa stawiała go na podium, jakby chciał powiedzieć: „Ciesz się, Boże, że masz tak doskonałego sługę”. To postawa typowa dla ludzi, którzy wywyższają samych siebie poprzez wyliczanie cudzych błędów. Na czarnym tle bliźniego własne życie wydaje się nieskazitelnie białe. Przypomina to aforyzm: „Szczytem, na jaki potrafi wspiąć się słaby umysł, jest zdolność wynajdywania błędów u ludzi wielkich”.

Słowa faryzeusza przypominają tradycyjną modlitwę, jaką można odnaleźć w żydowskim Talmudzie: „Dziękuję Ci, Panie, mój Boże, że pozwoliłeś mi przebywać wśród tych, którzy siedzą w domu nauki, a nie na rogu ulicy; ja biegnę ku Słowu Prawa, oni zaś ku sprawom błahym; ja biegnę ku życiu przyszłego świata, a oni ku przepaści zatracenia”.

Drugą postacią jest celnik. Nie śmiał nawet wejść do wnętrza świątyni – stał z boku, przytłoczony powszechną pogardą i łatką grzesznika. Zamiast dobierać wyszukane słowa, po prostu bił się w pierś. Słowa, które wypowiedział, były cichym wołaniem skruszonego serca: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu” (Łk 18:13).

Faryzeusz całkowicie pomylił sens modlitwy. W jej właściwym układzie na jednym biegunie znajduje się świętość Boga, a na drugim – grzeszność człowieka. W modlitwie faryzeusza na jednym biegunie stanęła jego własna doskonałość, a na drugim – pogarda dla grzesznika, na którego tle mógł się wykazać. Owszem, wierzył w Boga, ale Bóg był mu potrzebny wyłącznie jako widz, przed którym mógł zachwalać samego siebie.

Bóg nie odpowiedział na tę listę pobożnych osiągnięć. Gdyby chciał, mógłby mu przypomnieć, że zna ludzi poszczących częściej tylko po to, by schudnąć, a o jego dziesięcinie – być może płaconej z nieuczciwych zysków – powiedziałby to samo, co o wdowim groszu, który miał o wiele większą wartość.

Celnik natomiast nie musiał w wyznaniu wymieniać swoich grzechów – faryzeusz zrobił to za niego. Wystarczyło, że przyjął właściwą postawę: gestem pokuty bił się w pierś. Wiedział, że nie zdoła własnymi siłami osiągnąć poziomu prawości, który dałby mu prawo stać przed Bogiem. Jedynym wyjściem było uznanie własnej winy. Przebywanie w atmosferze Bożej obecności sprawiło, że poczuł swoją nicość – tak jak Piotr, gdy Jezus znalazł się w jego łodzi i zawołał:  „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5:8).

W końcu głos zabrał sam Chrystus, który do tej pory obserwował całe zdarzenie. Choć faryzeusz modlił się w duchu, Jezus słyszał każde jego słowo – On zna nasze myśli, zanim jeszcze wypowiemy je na głos. Przed Nim niczego nie da się ukryć pod warstwą pięknych zdań. Już przez proroka Izajasza Bóg demaskował fałszywą pobożność: „Ponieważ ten lud zbliża się do mnie swoimi ustami i czci mnie swoimi wargami, a jego serce jest daleko ode mnie, tak że ich bojaźń przede mną jest wyuczonym przepisem ludzkim...” (Iz 29:13).

Ostrzegając uczniów przed obłudą, Pan Jezus mówił wprost: „A gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy; gdyż oni lubią modlić się, stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom. Zaprawdę powiadam wam: Otrzymali zapłatę swoją” (Mt 6:5).

Modlimy się po to, by otrzymać odpowiedź od Boga. Obłudnicy, dzięki swoim wyreżyserowanym modlitwom, otrzymali poklask ludzi – i to była cała ich „zapłata”. Czy jednak w modlitwie chodzi o to, by zaprezentować przed drugą osobą swoją retorykę? Znam wielu ludzi, którzy wstydzą się pomodlić głośno przy innych, bo znali tylko przykłady modlitw w stylu faryzeusza. Nie potrafią powiedzieć o sobie tylu dobrych rzeczy, nie mają na koncie wielkich postów ani spektakularnych ofiar, więc wolą milczeć.

Na szczęście w Biblii odnajdujemy wiele modlitw płynących z serca celnika. Na samym początku historii Kościoła, gdy apostoł Piotr zwiastował ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Chrystusa, poruszeni do głębi słuchacze zapytali, co mają robić. Usłyszeli prostą odpowiedź: „Opamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego” (Dz 2:38).

Bóg patrzy na wszystkich ludzi, ale Jego łaska spływa na konkretne serca. Na jakie?

„Bóg się pysznym przeciwstawia, a pokornym łaskę daje” (Jk 4:6). Dlatego tak cenne jest biblijne wezwanie: „Uniżcie się przed Panem, a wywyższy was” (Jk 4:10).

Na koniec warto przypomnieć przykład innego faryzeusza, który po spotkaniu ze zmartwychwstałym Chrystusem zrozumiał, że cała jego dotychczasowa, formalna pobożność nie ma przed Bogiem żadnej wartości. Stanął po stronie celnika, nazywając siebie „pierwszym wśród grzeszników”. Dzięki temu Bóg podniósł go do godności swojego kluczowego sługi – mowa, rzecz jasna, o apostole Pawle.

Pamiętajmy o słowach innego pokornego sługi, króla Dawida, który pisał: „Chociaż PAN jest wywyższony, widzi uniżonego i pysznego rozpoznaje z daleka” (Ps 138:6).

Henryk Hukisz

Wednesday, September 30, 2026

Tryptyk – Odrzucona prawość

Kolejną historią z Ewangelii Łukasza, w której zestawiono ze sobą dwie charakterystyczne postacie – sprawiedliwego i grzesznika – jest niezwykle popularna przypowieść o synu marnotrawnym. Znajdziemy ją w piętnastym rozdziale (wersety 11–32).

Łatwo rozpoznać w niej grzesznika: to młodszy syn, który postąpił karygodnie – wziął należną mu część majątku i roztrwonił ją na własne zachcianki. Kto natomiast jest postacią prawą, na której chcę się skupić w tym rozważaniu? To starszy syn. Ten, który pozostał przy ojcu, żył uczciwie, wykonywał każde jego polecenie i mógł uchodzić za wzór dziecka. Jego prawość powinna przynieść mu satysfakcję, a tymczasem poczuł się odrzucony – i to przez własnego ojca.

Postać ojca w tej historii jest obrazem Boga – pełnego miłości Ojca Niebieskiego, który jest gotów przebaczyć synowi bez względu na to, co ten zrobił. Jak wspomniałem w poprzednim tekście, w opisanych wydarzeniach obecny jest również Chrystus. Tutaj co prawda nie zabiera głosu bezpośrednio, ale Jego głos słychać w wydźwięku całej przypowieści.

Chrystus użył tej historii, aby zilustrować, jak wielka radość panuje w niebie, gdy nawraca się choćby jeden człowiek. Powiedział: „Taka, mówię wam, jest radość wśród aniołów Bożych nad jednym grzesznikiem, który się opamięta” (Łk 15:10).

Dlaczego jednak Jezus dodał do tej opowieści jeszcze jedną postać? Przecież wystarczyłby powrót młodszego syna, by ojciec mógł ogłosić: „Jedzmy i weselmy się, dlatego że ten syn mój był umarły, a ożył, zginął, a odnalazł się. I zaczęli się weselić” (w. 23–24). Gdyby przypowieść zakończyła się w tym miejscu, prawda o radości w niebie zostałaby ukazana w pełni.

Jednak od wersetu 25 rozpoczyna się jakby druga część opowieści, gdy na scenę wchodzi starszy brat. To na niego chcę zwrócić szczególną uwagę. Zaintrygowała mnie jego postawa wobec powracającego brata. Podczas gdy ojciec raduje się i wyprawia wielką ucztę, ten gniewa się i stoi przed domem. Nie chce nawet wejść do środka – woli zachować dystans. Przywołuje tylko jednego ze sług, by dowiedzieć się, co jest powodem tego świętowania. Zachowuje się niczym Jonasz, oburzony na Boże miłosierdzie.

Gdybyśmy wyobrazili sobie codzienność tej rodziny kilka lat wcześniej, moglibyśmy uznać, że obaj chłopcy mieli jednakowe warunki do rozwoju. Nic nie wskazuje na to, by byli traktowani nierówno. Dlaczego więc młodszy syn wyszedł do ojca z tak drastyczną prośbą: „Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada”?

We współczesnych domach panują zupełnie inne realia niż w tamtych czasach. Dziś dzieci bardzo wcześnie trafiają pod wpływ zewnętrznych bodźców. Nie muszą nawet wychodzić z pokoju – wystarczy dostęp do internetu czy telewizji, by obcy wpływ zaczął kształtować ich charakter. Wówczas nie było to możliwe. Obaj synowie wzrastali w tym samym środowisku. Jest bardzo prawdopodobne, że ojciec – jak to było w zwyczaju izraelskich rodzin – stosował Boży wzorzec wychowawczy: „Niechaj słowa te, które Ja ci dziś nakazuję, będą w twoim sercu. Będziesz je wpajał w twoich synów i będziesz o nich mówił, przebywając w swoim domu, idąc drogą, kładąc się i wstając” (Pwt 6:6–7).

Być może młodszy brat nie potrafił już znieść oschłej „poprawności” starszego syna, który trzymał się bardziej litery Prawa niż jego ducha? „Litera zabija” – pisał apostoł Paweł do Koryntian, przypominając, że wszelka nasza zdolność pochodzi od Boga, a nie z nas samych. Niekiedy można spotkać się z postawą zgodną z zasadami, a jednak chłodną, zgryźliwą i legalistyczną – taką, która odpycha wszystkich wokół.

Sądzę, że dużą rolę w kształtowaniu się postawy młodszego syna mógł odegrać właśnie jego brat. Młodsze dzieci często uczą się więcej od starszego rodzeństwa niż od rodziców. W Izraelu pierworodny posiadał uprzywilejowaną pozycję, co wywierało wpływ na pozostałe dzieci. Znamy historię Ezawa i Jakuba – bliźniaków, z których tylko jeden posiadał prawo pierworodztwa. W tej przypowieści prawdziwy charakter pierworodnego ujawnił się jednak dopiero w chwili powrotu brata.

Gdy ojciec dostrzegł jego niewłaściwą postawę, próbował go łagodnie przekonać: „Synu, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko moje jest twoim” (w. 31). Jednak do starszego syna nic nie docierało. Był zbyt przekonany o własnej nienaganności i uważał, że z tego tytułu należy mu się szczególne uznanie. Mówił o sobie: „Oto tyle lat służę ci i nigdy nie przestąpiłem rozkazu twego, a mnie nigdy nie dałeś nawet koźlęcia, bym się mógł zabawić z przyjaciółmi mymi” (w. 29).

Jakże bardzo przypomina on bohatera innej historii – bogatego młodzieńca, który uważał się za prawego człowieka i chlubił się przestrzeganiem przykazań. Zapewniał Chrystusa: „Tego wszystkiego przestrzegałem od młodości mojej” (Mt 19:20), nie mając pojęcia, że do życia wiecznego brakuje mu rzeczy kluczowej. Czyż nie jest też podobny do faryzeusza modlącego się obok celnika: „Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam” (Łk 18:12)? Ale o tym porozmawiamy w kolejnym rozważaniu.

Słowo Boże określa naszą własną sprawiedliwość wyjątkowo dosadnie: „Wszystkie nasze cnoty są jak szata splugawiona” (Iz 64:6). Dlatego apostoł Paweł napisał wprost: „Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga; wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego” oraz „gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej” (Rzym 3:10–12, 23).

Nikt – bez względu na to, jak nienaganny prowadzi tryb życia – nie może uważać się za sprawiedliwego w oczach Boga.

Ojciec z przypowieści pokazał właściwą postawę wobec obu synów. Ponieważ odzwierciedla miłość Ojca Niebieskiego, nie miało dla niego znaczenia to, że młodszy roztrwonił majątek z nierządnicami. Wciąż był jego dzieckiem – tak samo jak starszy. W domu zapanowała radość z powodu powrotu zagubionego: „Należało zaś weselić się i radować, że ten brat twój był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się” (w. 32).

Starszy syn zawsze przebywał w domu i mógł korzystać ze wszystkiego nie dlatego, że był doskonały, ale po prostu dlatego, że był synem. Jego błąd polegał na tym, że nie potrafił stanąć w prawdzie, przyjąć łaski i przebaczenia, lecz polegał wyłącznie na własnej sprawiedliwości.

Bóg jest miłością tak wielką, że trudno nam ją ogarnąć. Ta miłość mówi do kobiety przyłapanej na cudzołóstwie: „Ja cię nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8:11). Kobieta uważana powszechnie za grzesznicę, lecz gotowa znieść pogardliwe spojrzenia „sprawiedliwych”, usłyszała z ust Chrystusa: „Odpuszczone są grzechy twoje” (Łk 7:48).

Sprawiedliwym w oczach Boga staje się tylko ten, kto pragnie przyoblec się w sprawiedliwość Chrystusa i odrzuci własną samowystarczalność. Bóg bowiem uznaje wyłącznie doskonałą sprawiedliwość swojego Syna, którego ofiarował dla naszego zbawienia.

Henryk Hukisz

Tuesday, September 29, 2026

Tryptyk – Dłużna miłość

Łukasz w swojej Ewangelii umieścił trzy podobne historie, w których zestawiał ze sobą dwie charakterystyczne postacie: sprawiedliwego i grzesznika. Trzecią i najważniejszą osobą w tych opowiadaniach jest zawsze Chrystus – choć tylko w jednym z nich obecny osobiście.

Krótka forma tego rozważania nie pozwala na pełne przedstawienie refleksji nad tymi fragmentami, dlatego postanowiłem napisać trzy kolejne teksty pod wspólnym tytułem „Tryptyk” – na wzór trójdzielnego obrazu lub płaskorzeźby przedstawiającej jeden motyw.

W siódmym rozdziale Ewangelii (wersety 36–50) Łukasz opisuje wydarzenie z domu pewnego faryzeusza o imieniu Szymon, który zaprosił Chrystusa na posiłek. Wszystko przebiegało zgodnie z planem gospodarza, aż do momentu, gdy spokojną atmosferę przyjęcia zakłóciła kobieta. Nie znamy jej imienia, ale dobrze znamy styl jej życia – była powszechnie uważana za grzesznicę. Weszła nieproszona. Faryzeusz, przekonany o własnej sprawiedliwości, nigdy przecież nie pozwoliłby, aby próg jego domu przekroczyła osoba o „takiej” reputacji. Gdyby nie jego ukryty plan sprawdzania, jak w tej sytuacji zachowa się zaproszony Nauczyciel, z pewnością kazałby sługom natychmiast wyrzucić ją na ulicę.

Kobieta ta miała jednak ogromne pragnienie spotkania z Kimś, o kim już wcześniej musiała wiele słyszeć. Nie dbała o to, co może ją spotkać w domu człowieka mieniącego się stróżem prawdziwej moralności. Weszła do izby pełnej ludzi i znosząc ich oburzone spojrzenia, odnalazła wzrokiem Tego, który całkowicie zawładnął jej sercem. Cicho podeszła do Jego stóp – nie śmiała nawet spojrzeć Mu w oczy.

Łukasz ze szczegółami opisuje to niezwykłe zachowanie. Widzimy, że kobieta przyszła przygotowana – zanim wyruszyła na poszukiwanie przełomu w swoim życiu, zabrała ze sobą flakon drogocennego olejku. Jak czytamy: „A stanąwszy z tyłu u nóg jego, zapłakała i zaczęła łzami zlewać nogi jego i włosami swojej głowy wycierać, a całując jego stopy, namaszczała je olejkiem” (w. 38).

Ta postawa jasno pokazuje jedno: miała w sercu ogromną potrzebę wyrażenia głębokiego uczucia, które całkowicie ją wypełniało. Fiodor Dostojewski pisał, że gdyby myśli kryjące się w ludzkich sercach wydzielały zapach, na świecie rozniósłby się odór nie do zniesienia, a my wszyscy zginęlibyśmy z powodu zatrucia.

Chrystus znał myśli Szymona – nawet te, których faryzeusz nie odważyłby się wypowiedzieć na głos. Zwrócił się więc bezpośrednio do niego: „Szymonie, mam ci coś do powiedzenia.”

Gdy gospodarz przytaknął, Jezus opowiedział historię o dwóch dłużnikach: jeden był winien większą kwotę, drugi mniejszą, lecz obu dług podarowano. Następnie zadał faryzeuszowi zaskakująco proste pytanie: „Który więc z nich będzie go bardziej miłował?”

Szymon odpowiedział dyplomatycznie, zaczynając ostrożnie od słowa „sądzę” – na wypadek, gdyby Jezus zmierzał do podchwytliwej konkluzji. Faryzeusz dbał przede wszystkim o własną reputację, zwłaszcza w obecności znanej grzesznicy. Chciał być gotowy na każdą ewentualność.

Wtedy Jezus, wskazując na kobietę, udzielił mu bolesnej lekcji. Zestawił postawę dumnego gospodarza z postawą pogardzanej przez niego kobiety. Szymon, przekonany o własnej nienaganności, usłyszał całą listę podstawowych gestów gościnności, których zaniedbał. W tamtejszej kulturze przyjęcie gościa z szacunkiem było rzeczą oczywistą: umycie nóg po podróży, namaszczenie głowy olejkiem na znak pokoju czy pozdrowienie pocałunkiem stanowiły świadectwo domu dbającego o obyczaje i pobożność. Faryzeusz nie zrobił nic z tych rzeczy. Poczuł się publicznie upokorzony, ale to nie Jezus go poniżył – On po prostu odsłonił jego prawdziwe, pełne pychy serce. Spełniły się tu słowa samego Chrystusa: „A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz?” (Mat. 7:3).

Chęć wywierania na innych wrażenia swoją pobożnością staje się niebezpieczna, gdy stajemy w świetle słów Chrystusa. One jak miecz prześwietlają prawdę o człowieku. Takie właśnie jest Słowo Boże: „...zdolne osądzić zamiary i myśli serca; i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę.” (Hbr 4:12–13).

Spójrzmy teraz na drugą postać tej historii – na tę kobietę – i zapytajmy: co nią kierowało?

Jedno jest pewne: pragnęła zerwać z dotychczasowym życiem i zacząć wszystko od nowa. Nikt jednak nie potrafił jej pomóc. Zewsząd słyszała jedynie potępienie. Być może byli i tacy, którzy czerpiąc korzyści z jej dotychczasowego zajęcia, przekonywali ją, że zmiana jest niemożliwa i „tak już musi być”. Ona jednak, świadoma swojego wielkiego długu wobec Boga, postanowiła odmienić swój los i odnaleźć prawdziwy sens życia.

Jezus, który bezbłędnie czytał w ludzkich sercach, doskonale wiedział, co się w niej dzieje. Jestem przekonany, że przyjął zaproszenie Szymona głównie ze względu na nią, a nie dla samego faryzeusza. Podobnie jak w przypadku Natanaela, o którym powiedział, zanim go jeszcze osobiście spotkał: „Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma fałszu” (J 1:47) – Jezus widział tę kobietę pod jej własnym „drzewem figowym”.

Każdy człowiek ma w sobie głęboko zakorzenioną potrzebę relacji ze swoim Stwórcą. Apostoł Paweł napisał: „Wiemy bowiem, że całe stworzenie wespół wzdycha i wespół boleje aż dotąd” (Rz 8:22).

Ludzki duch poprzez głos sumienia woła do Boga nawet w najciemniejszych momentach życia. Bóg objawia się na wiele sposobów – także przez Kościół, który jest Ciałem Chrystusa w świecie, oraz przez piękno i porządek stworzenia. Niestety, często bywa tak, że ludzie: „...poznawszy Boga, nie uwielbili go jako Boga i nie złożyli mu dziękczynienia, lecz znikczemnieli w myślach swoich, a ich nierozumne serce pogrążyło się w ciemności” (Rz 1:21).

Upadły świat potrzebuje Dobrego Pasterza – i właśnie do takich ludzi przyszedł Chrystus, aby szukać i zbawić to, co zginęło.

Bohaterka tej historii, pokonując paraliżujący wstyd i liczne przeszkody, poszła za głosem serca. Zamieszkała w nim miłość do Chrystusa – jedynego, który miał moc przebaczyć jej grzechy. Świadoma długu wdzięczności, odrzuciła ludzkie opinie, upadła do Jego stóp i w cichości wyznała Mu swoją miłość.

Na pożegnanie usłyszała słowa, które przerosły jej najśmielsze oczekiwania: „Wiara twoja zbawiła cię, idź w pokoju.”

Na tym właśnie polega łaska – Bóg daje nam o wiele więcej, niż śmiemy Go prosić.

„Każdy, kto w Niego wierzy, nie będzie zawstydzony.” (Rzym 10:11)

Henryk Hukisz

Thursday, September 24, 2026

Ewangelia w epoce AI

Zauważyłem ostatnio, że coraz częściej zamiast słowa „ewangelista” używa się określenia „mówca motywacyjny”. Przyznam, że brzmi ono bardziej nowocześnie. W końcu któż dzisiaj w pełni rozumie słowo pochodzenia greckiego, utworzone od euangelion – Dobra Nowina? Warto jednak przypomnieć, że ewangelista to człowiek, który zwiastuje Ewangelię, czyli Dobrą Nowinę skierowaną przez Boga do zgubionego grzesznika. Jest to wiadomość o Bożej łasce, która zawiera najważniejszą prawdę mogącą odmienić los człowieka. Bóg nie tylko wykupił człowieka z przekleństwa grzechu, ale również powierzył Kościołowi zwiastowanie tej prawdy i działa w tym dziele przez moc Ducha Świętego.

Chrystus, gdy zbliżał się czas złożenia ofiary za odkupienie grzesznego świata, powiedział swoim uczniom, że po Jego odejściu przyjdzie Pocieszyciel. O Nim zaś powiedział, że „gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu, bo nie wierzą we Mnie. O sprawiedliwości, bo odchodzę do Ojca i już Mnie nie zobaczycie. O sądzie, bo władca tego świata został osądzony” (Jn 16,8–11). W tym miejscu pojawia się zasadnicze pytanie: Czy Duch Święty potrzebuje pomocy człowieka, aby przekonywać świat o grzechu, sprawiedliwości i sądzie?

Współczesny świat, dzięki rozwojowi nauki i badaniom nad ludzką świadomością, wypracował wiele technik mających wpływać na ludzkie decyzje. Stosuje się techniki motywacyjne, negocjacyjne i perswazyjne, a także różne formy oddziaływania na ludzką podświadomość, niekiedy z wykorzystaniem hipnozy. Mówcy motywacyjni mają własne szkoły, programy telewizyjne, konferencje i seminaria, podczas których przekonują ludzi, że każdy może kierować swoim losem, osiągnąć sukces i pokonać własne ograniczenia, jeśli tylko uwierzy w siebie.

Od niedawna coraz większą rolę w tym procesie odgrywa sztuczna inteligencja, przez wielu nazywana wręcz „superinteligencją”. Coraz śmielej wkracza ona w obszar internetowego poszukiwania informacji i staje się dla wielu ludzi pierwszym źródłem odpowiedzi niemal w każdej dziedzinie. Wystarczy zadać pytanie, a w ciągu kilku sekund otrzymujemy uporządkowany tekst, argumentację, streszczenie wielu źródeł, propozycję rozwiązania problemu, a nawet gotowe wystąpienie. Współczesny mówca nie musi już poświęcać wielu godzin na gromadzenie materiałów, porządkowanie argumentów i poszukiwanie odpowiednich słów. Może poprosić sztuczną inteligencję o przygotowanie tekstu dostosowanego do określonej grupy odbiorców, napisanie go w sposób przekonujący i emocjonalny, a nawet o przewidzenie możliwych kontrargumentów. Otrzymuje w ten sposób narzędzie zdolne do tworzenia niezwykle sprawnej perswazji, która może sprawiać wrażenie własnego, głęboko przemyślanego przekonania, choć w rzeczywistości została w znacznej mierze wygenerowana przez algorytm.

Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy człowiek zaczyna traktować taką odpowiedź nie jako pomoc w poszukiwaniu informacji, lecz jako zastępstwo własnego myślenia, rozeznania i odpowiedzialności za wypowiadane słowa. Sztuczna inteligencja potrafi zebrać i uporządkować ogromną ilość dostępnych treści, ale sama ilość informacji nie jest jeszcze prawdą, a doskonała forma wypowiedzi nie jest dowodem jej słuszności. Można przecież otrzymać bardzo przekonująco napisany tekst, który będzie opierał się na błędnym założeniu, niepełnych danych albo niewłaściwej interpretacji źródeł. Im bardziej naturalnie i autorytatywnie brzmi taka wypowiedź, tym łatwiej człowiek może przestać pytać, skąd rzeczywiście pochodzi przedstawiona wiedza i czy została właściwie oceniona.

Dotyczy to również Kościoła i zwiastowania Ewangelii. Możemy dziś za pomocą sztucznej inteligencji przygotować kazanie, opracować komentarz biblijny, zestawić argumenty teologiczne, znaleźć odpowiednie ilustracje, a nawet nadać wypowiedzi styl wybitnego kaznodziei. Możemy stworzyć tekst brzmiący głęboko, przekonująco i duchowo. Nie oznacza to jednak, że otrzymaliśmy natchnienie z inspiracji samego Autora Biblii. Narzędzie może pomóc człowiekowi w pracy nad tekstem, ale nie może zastąpić osobistego poznawania Pisma, modlitwy, duchowego rozeznania i odpowiedzialności za to, co zostaje przekazane innym. Szczególnie niebezpieczne byłoby przekonanie, że skoro maszyna potrafi stworzyć bardziej przekonujący tekst niż człowiek, to jej pomoc może zastąpić działanie Ducha Świętego.

Warto więc przyjrzeć się bliżej temu, czym właściwie jest motywowanie. Motywować oznacza wskazywać człowiekowi motywy jego działania. Motyw natomiast – jak podaje Słownik Języka Polskiego PWN – to „czynnik wewnętrzny natury psychicznej i fizjologicznej, świadomy lub nieświadomy, skłaniający do określonego działania; pobudka, powód; uzasadnienie postępowania lub rozumowania”. Samo motywowanie nie jest oczywiście czymś złym. Każdy człowiek potrzebuje powodów, aby podejmować decyzje i działać. Problem pojawia się wtedy, gdy celem motywującego staje się doprowadzenie drugiej osoby do decyzji, której oczekuje on sam, zwłaszcza gdy wykorzystuje w tym celu mechanizmy omijające świadomy osąd człowieka.

Motywacja może łatwo przejść w manipulację. Zamiast przedstawiać prawdę i pozostawić człowiekowi możliwość świadomej odpowiedzi, zaczyna się oddziaływać na jego emocje, podświadomość i sposób postrzegania rzeczywistości, aby skłonić go do określonej decyzji. Człowiek nie tyle zostaje przekonany argumentami, ile zostaje odpowiednio „ustawiony” emocjonalnie, tak aby decyzja wydawała mu się niemal oczywista.

Nie chodzi mi jednak o ocenianie samego zjawiska mówców motywacyjnych. Interesuje mnie znacznie ważniejsze pytanie: Czy podobne mechanizmy powinny być wykorzystywane w zwiastowaniu Ewangelii?

Co powinno motywować grzesznika, aby zapragnął przyjąć dar zbawienia?

Niektórzy ewangeliści próbują przekonywać swoich słuchaczy, że przyjęcie Jezusa uwolni ich od życiowych problemów, chorób i nieszczęść. Biblia nie daje jednak podstaw do takiego przedstawiania Ewangelii. Wręcz przeciwnie – po przyjęciu nowego życia w Chrystusie może rozpocząć się walka z przeciwnościami, jakich człowiek wcześniej nawet nie znał, ponieważ mają one charakter duchowy. Dlatego często nie mówi się o tym osobom zachęcanym do wiary. „Ewangelia sukcesu” okazuje się atrakcyjniejsza niż Ewangelia krzyża i wyrzeczenia.

Jezus jednak nie ukrywał przed swoimi słuchaczami ceny naśladowania Go. Powiedział: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Kto bowiem chce swoje życie zachować, utraci je, a kto utraci swoje życie z Mojego powodu, odnajdzie je. Co pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na swojej duszy poniósł szkodę? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16,24–26).

To zupełnie inny rodzaj przekazu niż ten, który często spotykamy w świecie motywacji. Jezus nie obiecuje swoim uczniom życia pozbawionego trudności. Wzywa ich do zaparcia się siebie, wzięcia krzyża i pójścia za Nim. Ewangelia nie jest więc ofertą łatwiejszego życia, lecz wezwaniem do pojednania z Bogiem i wejścia w nowe życie pod panowaniem Chrystusa.

Nie dziwi zatem gdy Jezus mówi, że „kto słucha Słowa i natychmiast przyjmuje je z radością. Nie ma jednak w sobie korzenia i jest niestały. Gdy nadejdzie ucisk lub prześladowanie z powodu Słowa, zaraz się gorszy” (Mt 13,20–21). Można bowiem przyjąć Słowo z wielkim entuzjazmem, a mimo to nie mieć w sobie trwałego korzenia. Jeżeli decyzja została wywołana przede wszystkim emocją, obietnicą pomyślnego życia albo odpowiednią techniką oddziaływania, może okazać się bardzo nietrwała. Gdy przyjdzie ucisk, cierpienie, próba lub prześladowanie, człowiek może się zgorszyć i odejść. Właśnie tutaj zaczyna się problem manipulacji: można wywołać określoną reakcję człowieka, ale nie można za pomocą ludzkiej techniki stworzyć w nim nowego życia.

Biblijne przykłady dobrze pokazują różnicę między ludzkim motywem a działaniem Ducha Świętego.

Kiedy w wyniku prześladowania Kościoła w Jerozolimie uczniowie rozproszyli się, Filip dotarł do Samarii. Działy się tam wielkie znaki i cuda, tak że wielu ludzi uwierzyło, a wśród nich również Szymon czarnoksiężnik. Wcześniej cieszył się on dużym uznaniem mieszkańców, dlatego jego zainteresowanie chrześcijaństwem nie musi być rozumiane wyłącznie jako pragnienie poznania Boga. Późniejsze wydarzenia pokazują bowiem, że bardzo interesowała go również pozycja i możliwość wpływania na innych.

Kiedy Szymon zobaczył, że Duch Święty jest udzielany przez wkładanie rąk apostołów, przyniósł im pieniądze i powiedział: „Dajcie i mnie tę władzę, aby ten, na kogo nałożę ręce, otrzymał Ducha Świętego” (Dz 8,19). Apostoł Piotr natychmiast rozpoznał problem jego serca i odpowiedział: „Niech twoje pieniądze przepadną razem z tobą, ponieważ sądziłeś, że dar Boży można nabyć za pieniądze! Nie masz żadnego udziału w tym dziele, bo twoje serce nie jest prawe wobec Boga” (w. 20–21).

Szymon chciał otrzymać Bożą moc, ale jego motywacja była skażona pragnieniem zdobycia czegoś dla siebie. To ważne ostrzeżenie również dla współczesnego Kościoła. Można bowiem zainteresować człowieka chrześcijaństwem, można wzbudzić w nim entuzjazm, a nawet doprowadzić go do określonej decyzji, ale prawdziwa wiara wymaga czegoś więcej niż zewnętrznej reakcji na atrakcyjny przekaz.

Drugi przykład znajdujemy na samym początku historii Kościoła. Kiedy Piotr wygłaszał swoje pierwsze kazanie po zesłaniu Ducha Świętego, Duch Boży posługiwał się jego słowami, aby przekonać słuchaczy o prawdzie Ewangelii. Nie czytamy tam o psychologicznych technikach perswazji ani o próbie wywołania odpowiedniej atmosfery. Piotr po prostu zwiastował Chrystusa, a Duch Święty działał w sercach słuchających.

Dlatego ci, którzy go słuchali, „przejęli się do głębi serca” i zapytali: „Co mamy czynić, mężowie bracia?” (Dz 2,37). Ich reakcja nie była odpowiedzią na obietnicę bogatszego czy łatwiejszego życia. Nie chodziło o zdobycie pozycji ani rozwiązanie wszystkich problemów. Zostali przekonani o swoim grzechu i o potrzebie ratunku. To właśnie jest działanie Ducha Świętego, który prowadzi człowieka do prawdy o jego własnym stanie i kieruje go ku Chrystusowi.

Tutaj znajduje się zasadnicza różnica między ludzką motywacją a zwiastowaniem Ewangelii. Mówca motywacyjny może próbować przekonać człowieka, że stać go na więcej, podczas gdy Ewangelia pokazuje mu przede wszystkim, że potrzebuje Chrystusa. Mówca motywacyjny może mówić: „Uwierz w siebie”, natomiast Ewangelia mówi: „Uwierz w Pana Jezusa”. Celem motywacji może być wydobycie z człowieka jego potencjału, natomiast celem Ewangelii jest doprowadzenie grzesznika do poznania prawdy o sobie, do pokuty, wiary i pojednania z Bogiem.

Dlatego Kościół powinien bardzo uważać, aby nie zamienić zwiastowania Ewangelii w religijną wersję przemysłu motywacyjnego. Nie potrzebujemy coraz doskonalszych technik, które pozwolą nam wywołać określoną reakcję tłumu. Potrzebujemy wiernego zwiastowania Słowa Bożego i zaufania Duchowi Świętemu, który jako jedyny może przekonać człowieka o grzechu, sprawiedliwości i sądzie.

Ewangelia nie potrzebuje manipulacji, ponieważ jej moc nie pochodzi z ludzkiej techniki. Paweł powiedział: „Nie wstydzę się bowiem Ewangelii, gdyż jest ona mocą Boga ku zbawieniu dla każdego wierzącego” (Rz 1,16). Jeżeli rzeczywiście wierzymy w moc Ewangelii, nie musimy wzmacniać jej ludzkimi metodami, upiększać obietnicą sukcesu ani ukrywać ceny naśladowania Chrystusa. Naszym zadaniem jest wiernie powiedzieć człowiekowi prawdę: jest grzesznikiem, potrzebuje zbawienia, a Bóg w Jezusie Chrystusie daje mu łaskę, przebaczenie i nowe życie.

Dlatego również w epoce sztucznej inteligencji pozostaje aktualne pytanie o źródło prawdy. Możemy mieć coraz szybszy dostęp do informacji, coraz doskonalsze narzędzia wyszukiwania i coraz bardziej przekonujące sposoby przedstawiania argumentów, ale żadna technologia nie zwalnia człowieka z obowiązku rozeznawania tego, co jest prawdą. Dla chrześcijanina tym bardziej nie może się zmienić podstawowa zasada: ostatecznym źródłem objawionej prawdy nie jest internet, algorytm ani nawet najbardziej przekonująco wygenerowany tekst, lecz Słowo Boże. Sztuczna inteligencja może pomóc w pracy nad materiałem, ale nie może stać się źródłem autorytetu, na którym opieramy nasze zwiastowanie. Ewangelista nie jest powołany do tego, aby za pomocą coraz doskonalszej technologii skuteczniej przekonywać człowieka. Jest powołany do wiernego zwiastowania Ewangelii i do zaufania Temu, który jako jedyny może przekonać ludzkie serce o grzechu, sprawiedliwości i sądzie.

Dlatego na końcu pozostaje pytanie, które powinno zostać skierowane zarówno do słuchających Ewangelii, jak i do tych, którzy ją zwiastują: co naprawdę motywuje współczesnego człowieka do przyjęcia Ewangelii? Czy obietnica pomyślnego życia, pragnienie sukcesu i rozwiązania wszystkich problemów, czy może świadomość własnego grzechu i potrzeba ratunku? Człowiek, który przychodzi do Chrystusa wyłącznie po to, aby poprawić swoje życie, może odejść wtedy, gdy życie stanie się trudne. Ten natomiast, który przychodzi do Niego, ponieważ rozpoznał swoją potrzebę zbawienia, odkrywa coś znacznie większego niż sukces tego świata – Bożą łaskę, przebaczenie, nowe życie i przede wszystkim samego Chrystusa.

Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi: „Jak skutecznie przekonać człowieka do Jezusa?”, lecz: „Czy zwiastujemy mu prawdziwą Ewangelię, pozostawiając Duchowi Świętemu dzieło przekonania jego serca?”

Henryk Hukisz

Friday, September 18, 2026

Siła uniżenia

Świat, w którym żyjemy, często promuje rozwiązania siłowe. Wygrywa silniejszy, bardziej zdecydowany, ten, kto potrafi skuteczniej narzucić swoją wolę. Dlatego tak często jesteśmy świadkami demonstracji siły – tej fizycznej, ale także siły argumentów, pozycji, pieniędzy czy wpływów.

A jak jest w Bożym Królestwie?

Biblia pokazuje nam wiele historii, w których zwycięstwo przychodzi nie przez siłę, lecz przez uniżenie, łagodność i zaufanie Bogu. Jedną z takich historii jest niezwykłe spotkanie trzech ludzi: Dawida, Abigail i Nabala. Każde z nich reprezentuje inną postawę. I być może w każdym z tych bohaterów możemy odnaleźć cząstkę samych siebie.

Przyjrzyjmy się trójce tych bohaterów:

Pierwszym z nich jest Dawid. Nie jest jeszcze królem, choć wie, że Bóg przeznaczył mu tę rolę. Nadal jednak musi uciekać i ukrywać się przed Saulem.

Umarł właśnie wielki Boży prorok Samuel. Nad jego grobem, w Ramie, zgromadzili się wszyscy Izraelici. Dawid natomiast nadal musiał się ukrywać. Udał się więc na pustynię Paran, gdzie czekała na niego kolejna lekcja, której – jak się okaże – bardzo potrzebował.

Przyszły król Izraela był wyczerpany, spragniony i głodny. Wraz ze swoimi ludźmi zbliżał się do Maonu, gdzie mieszkał drugi bohater tej historii – Nabal, jego daleki krewny. Nabal był człowiekiem bardzo zamożnym. Posiadał kilka tysięcy owiec. Był właśnie czas strzyżenia owiec. Był to okres radości, świętowania i cieszenia się owocami ciężkiej pracy pasterzy.

Trzecią bohaterką była Abigail – piękna i mądra kobieta, której imię oznacza „radość ojca”. Miała szlachetne serce i roztropność, której bardzo brakowało jej mężowi. Sam Nabal miał imię, które można rozumieć jako „głupiec” czy „niegodziwiec”, i jego charakter rzeczywiście odpowiadał temu określeniu.

Okoliczności, w jakich doszło do spotkania tych trojga, mogłyby stanowić kanwę dobrego filmu.

Dawid potrzebował pomocy. Na pustyni nie było wielu miejsc, w których można było zdobyć żywność dla tak dużej grupy ludzi. Posłał więc swoich sług do Nabala z prośbą o podzielenie się jedzeniem.

Dawid nie przychodził jednak jak ktoś, kto chce coś wymusić. Wręcz przeciwnie. Okazał Nabalowi szacunek i przypomniał o przyjaznych relacjach między nimi. Jego pasterze, którzy wcześniej przebywali w pobliżu ludzi Dawida, byli dobrze traktowani.

Dlatego Dawid polecił swoim sługom powiedzieć: „Bądź zdrów! Pokój tobie i pokój twemu domowi. Pokój wszystkiemu, co do ciebie należy!” (1 Sm 25:6).

Wydawałoby się, że dalszy ciąg tej historii powinien być spokojny i życzliwy. Tak się jednak nie stało. Nabal, o którym Biblia mówi, że był człowiekiem nieokrzesanym i znanym z niecnych postępków, odmówił Dawidowi pomocy. Co więcej, zachował się tak, jakby w ogóle go nie znał. Potraktował go jak jednego z wielu zbuntowanych ludzi, którzy w tamtych czasach wałęsali się po górach.

A przecież był to czas świętowania. Nabal miał powód do radości – jego stada przyniosły mu obfity plon. Mimo to jego serce było pełne egoizmu. Myślał przede wszystkim o tym, co posiada i czego nie chce nikomu oddać. Odpowiedział: „Czy mam wziąć swój chleb, swoją wodę i mięso ze zwierząt, które ubiłem dla moich postrzygaczy i oddać ludziom, o których nie wiem, skąd są?” (1 Sm 25:11). To krótkie zdanie bardzo dobrze pokazuje sposób myślenia Nabala: moje, moje i jeszcze raz moje.

Kiedy Dawid dowiedział się o odpowiedzi Nabala, ogarnął go gniew. Można powiedzieć, że krew zagotowała się w jego żyłach. I właśnie tutaj pojawia się paradoks.

Ten sam Dawid, który wcześniej potrafił powstrzymać się przed zabiciem Saula, teraz był gotowy dokonać krwawej zemsty na całym domu Nabala. Przecież miał już wiele powodów, aby zabić Saula. Kiedy pewnego razu znalazł go śpiącego w jaskini, mógł odciąć mu głowę. Zamiast tego odciął jedynie kawałek jego płaszcza.

Tym razem jednak emocje wzięły górę. Szkoda, że Dawid nie znał jeszcze rady, którą wiele wieków później apostoł Paweł skierował do wierzących w Efezie: „Gniewajcie się, ale nie grzeszcie, niech słońce nie zachodzi nad waszym gniewem. Nie dawajcie miejsca diabłu” (Ef 4:26–27).

Dawid nie zamierzał czekać. Stanął na czele czterystu uzbrojonych wojowników i ruszył przeciwko Nabalowi. Chciał zniszczyć jego dom i zgładzić wszystkich jego domowników.

W tym momencie do historii wkracza Abigail.

Kiedy Abigail dowiedziała się, co zamierza zrobić Dawid, natychmiast podjęła działanie. Nie próbowała odpowiedzieć siłą na siłę. Nie szukała przewagi. Nie próbowała udowodnić, że ma rację. Wybrała uniżenie. Jakby znała słowa apostoła Pawła: „Nie kierujcie się kłótliwością i próżną chwałą, ale z pokorą jedni drugich uznawajcie za ważniejszych od siebie” (Flp 2:3).

Abigail przygotowała dużą ilość żywności dla Dawida i jego ludzi. Następnie wyszła mu naprzeciw. A kiedy go zobaczyła, „upadła przed Dawidem twarzą ku ziemi i oddała mu pokłon. Upadła mu do stóp i powiedziała: Panie mój! To ja jestem winna. Niech jednak będzie wolno twojej służebnicy przemówić do ciebie, a ty zechciej wysłuchać słów twojej służebnicy” (1 Sm 25:23,24).

To niezwykły obraz uniżenia.

Pomyślmy o sytuacji Abigail. Była żoną bardzo bogatego człowieka. Nie musiała przecież padać do nóg Dawida. Mogła bronić swojego męża, mogła się oburzyć, mogła odpowiedzieć gniewem na gniew.

A jednak tego nie zrobiła.

Stanęła przed człowiekiem, którego jej mąż wcześniej nazwał buntownikiem, i poprosiła go o łaskę. Jej siłą nie była przewaga. Jej siłą była pokora.

Właśnie dlatego postawa Abigail jest dla mnie jednym z pięknych obrazów tego, co widzimy w Chrystusie. Apostoł Paweł napisał: „On, będąc w postaci Bożej, nie wykorzystał swojej równości z Bogiem, ale umniejszył samego siebie, gdyż przyjął postać sługi i stał się podobny do ludzi. A w tym, co zewnętrzne, dał się poznać jako człowiek” (Flp 2:6–7). Uniżenie Chrystusa nie było oznaką słabości. Było świadomym wyborem miłości i posłuszeństwa Ojcu. Taką postawę może w nas kształtować jedynie Duch Święty. To On prowadził Chrystusa podczas Jego ziemskiego życia i to On może przemieniać również nasze serca. Nie możemy jednak zapominać, że Chrystus nie tylko sam przyjął postawę uniżenia. On wezwał swoich naśladowców, aby szli Jego śladami.

Tę myśl podjął apostoł Paweł, pisząc: „Niech wasze myślenie będzie myśleniem Chrystusa Jezusa” (Flp 2:5). Paweł doskonale wiedział, że człowiek nie jest w stanie wypracować w sobie takiej postawy wyłącznie własnymi siłami. Potrzebujemy działania Ducha Świętego. Dlatego wśród postaw, które powinny charakteryzować człowieka żyjącego w społeczności z Bogiem, znajdujemy również tę: „Bądźcie poddani jedni drugim, trwając w bojaźni Chrystusa” (Ef 5:21).

Abigail nie mogła znać jeszcze mądrych rad, którymi Salomon później dzielił się z czytelnikami Biblii. A jednak jej życie pokazywało prawdę zawartą w tych słowach: „Łagodna odpowiedź uśmierza wściekłość, ostre słowo wywołuje gniew” (Prz 15:1). W innym miejscu czytamy: „Cierpliwością można przekonać zwierzchnika, łagodny język łamie kości” (Prz 25:15). To niezwykłe zdanie. Łagodność może zrobić coś, czego nie osiągnie siła.

Czasami jedno spokojne słowo potrafi zatrzymać lawinę gniewu. Jedna pokorna odpowiedź może przerwać konflikt, który za chwilę wymknąłby się spod kontroli. Ten sam Duch Święty natchnął później apostoła Piotra, który radził wierzącym w Chrystusa, aby byli gotowi odpowiadać na zarzuty: „Czyńcie to jednak łagodnie i z bojaźnią, mając czyste sumienie, aby przez to, czym jesteście szkalowani, zostali zawstydzeni ci, którzy znieważają wasze dobre postępowanie w Chrystusie” (1 Ptr 3:16).

Abigail właśnie tak postąpiła. Nie zwyciężyła Dawida siłą. Zwyciężyła go łagodnością.

Warto na końcu zadać pytanie: jak to wydarzenie wpłynęło na troje bohaterów?

Dawid zrozumiał, jak blisko był wielkiego błędu. Abigail przypomniała mu o Bożej obietnicy i o roli, jaką Bóg dla niego przygotował: „Kiedy zaś Pan udzieli mojemu panu wszelkiego dobra, które zapowiedział, i ustanowi cię księciem nad Izraelem” (1 Sm 25:30). Być może właśnie te słowa pomogły mu spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Zrozumiał, że nie może pozwolić, aby jeden akt zniewagi odebrał mu panowanie nad własnymi emocjami.

Dlatego powiedział do Abigail: „Błogosławiony niech będzie PAN, Bóg Izraela, który wysłał cię dziś na spotkanie ze mną. Błogosławiona niech będzie również twoja roztropność i ty, która powstrzymałaś mnie dziś przed rozlewem krwi i przed osobistą zemstą. Bądź błogosławiona!” (1 Sm 25:32–33). Dawid przyznał, że potrzebował kogoś, kto powstrzyma go przed działaniem pod wpływem gniewu.

Abigail swoją łagodnością i uniżeniem nie tylko uratowała własne życie i życie pozostałych domowników. Jej postawa zmieniła także bieg wydarzeń w jej własnym życiu.

Po śmierci Nabala Dawid posłał do niej swoich sług z propozycją małżeństwa: „Potem Dawid wysłał do Abigail posłańców, by jej powiedzieli, że chce ją wziąć sobie za żonę” (1 Sm 25:39).

Kobieta, która zdecydowała się odpowiedzieć łagodnością na gniew, została wyniesiona do nowej roli u boku przyszłego króla Izraela.

Nabal natomiast pozostał taki, jaki był. Nie wyciągnął wniosków. Nie zmienił swojego sposobu myślenia. Wyprawił ucztę i upił się do nieprzytomności, aż jego „serce w nim zamarło i cały skamieniał” (1 Sm 25:37).

Jego historia przypomina słowa Chrystusa o człowieku, który gromadził dla siebie dobra, ale nie myślał o wieczności: „Głupcze, tej nocy zażądają od ciebie twojej duszy! Czyje więc będzie to, co zgromadziłeś?” (Łk 12:20).

Bóg jednak, w swojej dobroci, daje człowiekowi czas na zmianę i upamiętanie. Nabal tego czasu nie wykorzystał: „Po dziesięciu dniach PAN poraził Nabala i ten umarł” (1 Sm 25:38).

Ta historia stawia przed nami bardzo współczesne pytanie:  Żyjemy w świecie, w którym często uważa się, że trzeba być silnym, twardym i zdecydowanym. Trzeba walczyć o swoje, odpowiedzieć tym samym, nie pozwolić, aby ktoś nas poniżył.

Biblia pokazuje jednak inną drogę.

Dawid miał siłę. Miał czterystu uzbrojonych ludzi i mógł dokonać zemsty.

Nabal miał bogactwo. Miał wszystko, czego potrzebował, aby podzielić się z innymi.

Abigail miała natomiast coś, co okazało się najpotężniejsze – pokorę, roztropność i łagodność.

Ta historia przypomina nam, że prawdziwą siłą nie zawsze jest zwycięstwo nad drugim człowiekiem. Czasami największym zwycięstwem jest zwycięstwo nad własnym gniewem, ambicją i potrzebą udowodnienia swojej racji.

Apostoł Piotr zostawił nam zapewnienie: Bóg „nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz aby wszyscy się nawrócili” (2 Ptr 3:9).

Droga do Boga nie prowadzi przez pychę i samowystarczalność. Prowadzi przez uniżenie, pokutę i zaufanie Temu, który sam uniżył się dla nas. To właśnie przez tę drogę możemy znaleźć się wprost w objęciach naszego Oblubieńca – Jezusa Chrystusa.

A teraz warto zatrzymać się na chwilę i zadać sobie osobiste pytanie: Który z tych trzech bohaterów najbardziej przypomina mnie w mojej postawie wobec drugiego człowieka – Dawid, który pozwala, aby gniew przejął kontrolę, Nabal, który myśli przede wszystkim o sobie, czy Abigail, która odpowiada łagodnością i uniżeniem?

Jestem przekonany, że odpowiedź jest oczywista

Henryk Hukisz