Thursday, February 12, 2026

Natchnione Pisma

Ogólnie przyjmuje się, że oryginalnymi językami Biblii są hebrajski (Stary Testament, z niewielkimi fragmentami aramejskimi) oraz grecki (Nowy Testament). Niektórzy bibliści nie zgadzają się jednak z tym podziałem. Starają się dowieść, że większość pism Nowego Testamentu powstała w języku aramejskim, który był powszechnie używany w ówczesnym Izraelu. Nawet twórca popularnego filmu „Pasja”, przedstawiając historię Jezusa, włożył w usta bohaterów właśnie słowa aramejskie.

W tym rozważaniu chcę odnieść się do kwestii języka Nowego Testamentu. Nie zamierzam dokonywać naukowych odkryć, lecz pragnę podkreślić fakt natchnienia tych pism – bez względu na to, w jakim języku zostały utrwalone. Już wcześniej pisałem o próbach kwestionowania Bożego natchnienia Nowego Testamentu tylko dlatego, że język grecki rzekomo nie oddaje prawidłowo myśli hebrajskiej. Uważam, że takie stawianie sprawy jest bardzo niebezpieczne. Biblia jest księgą wyjątkową właśnie ze względu na natchnienie jej treści, a konkretnie słów, które tę treść wyrażają.

Bóg jest Stwórcą wszystkiego, co istnieje, zatem sama zdolność porozumiewania się za pomocą języka jest również Bożym dziełem. To prawda, że z powodu pychy i buntu podczas budowy wieży Babel Bóg pomieszał ludziom języki, jednak nie odebrał im zdolności komunikacji w ramach nowo powstałych grup. Bóg może przemawiać do nas językiem, którym posługujemy się współcześnie.

Był czas, gdy Bóg przemawiał głównie po hebrajsku, bo taki był Jego plan. Gdy jednak trzeba było zwrócić się do króla babilońskiego, Nabuchodonozora, Bóg wypisał na ścianie słowa w języku dla niego zrozumiałym. Podobnie było zapewne w przypadku poleceń wydawanych perskiemu królowi Cyrusowi. W każdym z tych przypadków słowa pochodzące od Boga miały charakter natchniony. Bóg powiedział przez proroka Izajasza: „Tak będzie ze słowem, które wychodzi z Moich ust, nie wraca do Mnie  bezowocnie, zanim nie wykona tego, co chciałem, i nie osiągnie celu, w jakim je posłałem (Iz 55:11).

Słowo Boga posiada w sobie Jego tchnienie, co oznacza, że ma moc stwórczą. Tak było na początku, gdy Bóg rzekł: „Niech się stanie światłość! I stała się światłość” (Rdz. 1:3). Dla nas jest rzeczą niewyobrażalną, że na sam dźwięk słowa coś powstaje z niczego. Autor Listu do Hebrajczyków wyjaśnia adresatom – którzy być może sądzili, że ze względu na specyfikę języka hebrajskiego lepiej znają Boże zamiary – że to właśnie „wszechświat został stworzony Słowem Boga, bo nie z tego, co widzialne, powstało to, co widzimy (Hbr 11:3). Bóg nie jest ograniczony do jednego języka, ponieważ Jego słowo ma zupełnie inny charakter niż mowa ludzka.

W zaplanowanym czasie Boże Słowo, które „było na początku zwrócone ku Bogu” (Jn 1:2), „stało się ciałem i zamieszkało wśród nas pełne łaski i prawdy” (w. 14). Ten, który był ucieleśnionym Słowem, mówił: „Zapewniam, zapewniam was, Syn nie mógłby nic uczynić sam od siebie, jeśli nie widziałby, jak czyni to Ojciec. Co bowiem On czyni, to i Syn czyni podobnie” (Jn 5:19). Nikt inny, nawet najbardziej pobożny człowiek, nie ma mocy, by powiedzieć do zwłok leżących cztery dni w grobie: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!” (Jn 11:43). Tylko na słowo Chrystusa żywy Łazarz opuścił grób.

Apostoł Piotr, świadek cudów, przy których ślepi odzyskiwali wzrok, a wichury milkły, nie przypisywał autorytetu sobie. Uzdrawiając chromego przy bramie świątyni, rzekł: „W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, wstań i chodź!” (Dz 3:6). W tym momencie nie miało znaczenia, czy Piotr mówił po aramejsku, czy po hebrajsku. Łukasz, który dokładnie zbadał i opisał dzieje pierwszych chrześcijan, uczynił to w języku greckim. Dlaczego nie w aramejskim?

Moim zdaniem Bóg realizuje swoje plany w optymalnym czasie. Chrystus przyszedł na świat, gdy język grecki (w powszechnej odmianie koine) był lingua franca na ogromnym terytorium byłego imperium Aleksandra Wielkiego. Język hebrajski był wówczas używany głównie w celach religijnych przez kapłanów i lewitów; z powszechnego użycia wyparł go aramejski. Jednak to greka pozwalała dotrzeć do wielu narodów naraz. Ewangelie i listy apostolskie zostały spisane w tym języku właśnie po to, by natchniona treść dotarła do jak największej liczby zgubionych grzeszników.

Boże natchnienie to tchnienie o mocy stwórczej. Dlatego Ewangelia zwiastowana przez apostołów miała moc tworzenia nowego życia. Paweł wyjaśniał Tesaloniczanom: „głoszenie Ewangelii dokonało się wśród was nie tylko przez samo Słowo, ale także w mocy i w Duchu Świętym, i w wielkiej pełni. Przecież wiecie, jacy staliśmy się wśród was dla was” (1 Tes 1:5). Gdy Paweł dowiedział się, że w Galacji pojawili się nauczyciele odciągający wierzących od tej mocy ku martwym tradycjom żydowskim, zareagował ostro: „Dziwię się, że tak szybko przechodzicie od Tego, który was powołał łaską Chrystusa, do innej ewangelii. Nie ma jednak innej. Są tylko tacy, którzy sieją zamęt wśród was i chcą sfałszować Ewangelię Chrystusa” (Ga 1:6-7).

Jest tylko jedna Ewangelia, a jej siła tkwi w Bożym natchnieniu, nie w języku zapisu. Dziś możemy czytać to samo poselstwo w ponad tysiącu języków. Jeśli ktoś próbuje dziś pomniejszać znaczenie Nowego Testamentu tylko dlatego, że spisano go po grecku, nie powinniśmy słuchać takich nauk.

Na koniec warto przypomnieć fundamentalną definicję: „Całe Pismo jest natchnione przez Boga i pożyteczne do nauczania, przekonywania, upominania, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przygotowany do czynienia wszelkiego dobra” (2 Tym 3:16-17). W tych słowach nie ma ani śladu uzależnienia natchnienia od „myśli hebrajskiej”, którą niektórzy próbują wymusić, przekonując do konieczności przestrzegania żydowskich świąt.

Osobiście lubię obserwować starodawne hebrajskie zwyczaje, gdyż są one pięknym obrazem Bożego pragnienia więzi z człowiekiem, ale nie mogą one przesłaniać mocy natchnionego Słowa dostępnego dla każdego narodu. Prorok Izajasz pisał o tym pod wpływem Bożego natchnienia: „Nie wspominajcie rzeczy minionych, nie zastanawiajcie się nad dawnymi sprawami! Oto Ja uczynię rzecz nową – już się pojawia,  czy jej nie dostrzegacie?” (Iz 43:18,19).

Henryk Hukisz

Wednesday, February 4, 2026

Nowe Przymierze czy powrót do cienia przeszłości?

Kościół Jezusa Chrystusa jest jeden i niepodzielny. Istnieje od Dnia Pięćdziesiątnicy – momentu, w którym Duch Święty zstąpił na modlących się uczniów Pańskich. Żydzi tłumnie zgromadzeni w Jerozolimie na corocznym święcie Szawuot ze zdziwieniem obserwowali wydarzenia tego dnia. Stare przeminęło, a rozpoczęło się nowe. Narodził się Kościół, o którym Pan Jezus wspominał podczas swojej ostatniej Paschy.

Wielu współczesnych Mu Żydów z pewnością pamiętało jeszcze chwilę, gdy Nauczyciel z Nazaretu wszedł na dziedziniec świątyni. Ogarnięty żarliwym gniewem na widok handlarzy zwierzętami ofiarnymi, sporządził bicz ze sznurów i powywracał ich stoły. Chrystus oczyścił dom modlitwy z taką determinacją, że kupcy musieli ratować się ucieczką. Gdy zapytano Go o znak uwiarygadniający to zachowanie, zapowiedział zburzenie świątyni i jej odbudowę w trzy dni.

Ewangelista Jan, opisując to wstrząsające dla Żydów zdarzenie, wyjaśnił później: „On zaś mówił o świątyni ciała swego” (Jn 2:21). Teraz, siedem tygodni po tamtej Paschy, Duch Święty zamanifestował nowy rodzaj owocu – życie zrodzone z obumarłego ziarna, które wpadło w ziemię. Jezus użył tego obrazu, wyjaśniając Grekom cel swojego przyjścia. Wtedy też odezwał się głos Ojca: „I uwielbiłem, i jeszcze uwielbię” (Jn 12:28). Kto mógłby zapomnieć te słowa, tak tajemnicze w tamtym czasie?

W chwili, gdy Żydzi przynosili do świątyni dwa bochenki świeżego chleba i składali ofiary z jagniąt, dokonało się coś przełomowego. Ten, który mówił o sobie: „Ja jestem chlebem żywota; kto do mnie przychodzi, nigdy łaknąć nie będzie, a kto wierzy we mnie, nigdy pragnąć nie będzie” (Jn 6:35), poprzez swoją śmierć dał ludziom możliwość narodzenia się na nowo i stania się dziećmi Bożymi.

Bóg zawarł w Chrystusie nowe przymierze – już nie tylko z jednym narodem, ale z ludźmi ze wszystkich języków i kultur. Od momentu powstania Kościoła to nie zawiłości Zakonu, obrzędy ofiarnicze czy obowiązek świętowania konkretnych dni, lecz prosta wiara w zbawczą ofiarę Baranka Bożego otwiera drogę do relacji z Ojcem. Jezus zapewnił uczniów, że odchodząc, przygotuje miejsce dla każdego, kto uwierzy, gdyż: „Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jn 14:6).

Gdy nadszedł Dzień Pięćdziesiątnicy, apostoł Piotr – dzierżąc symboliczne klucze powierzone mu przez Pana – stanął przed tłumem, by odpowiedzieć na pytania poruszonych gapiów. Choć ten prosty rybak mógł nie w pełni pojmować ogrom zachodzących zmian, poddał się prowadzeniu Ducha Świętego. Wyjaśniał sens wydarzeń, cytując Pisma, których nie dobierał według własnego uznania, lecz z natchnienia.

Zgromadzeni Żydzi, jako ludzie pobożni, znali Pisma doskonale. Mieli swoje wyobrażenia o Mesjaszu, w których rzadko mieścił się syn cieśli z Nazaretu. Jednak Duch Święty – który, zgodnie z zapowiedzią, miał przekonać świat o grzechu, sprawiedliwości i sądzie – sprawił, że zamiast chwycić za kamienie, zapytali z przejęciem: „Co mamy czynić, mężowie bracia?” (Dz 2:37).

Kościół (ekklesia) gromadzi tych, których Pan „wywołał” ze świata, by przez krew Chrystusa stali się ludem Bożym. Nie jest to „nowy Izrael”, lecz lud odkupiony ze wszystkich narodów. Jak pisał później faryzeusz Paweł: „nie masz Żyda ani Greka”, ponieważ mur oddzielający naród wybrany od pogan został zburzony.

Niestety, po dwóch tysiącach lat obserwujemy próby ponownego wznoszenia tego muru. Powstaje wiele wspólnot określających się jako mesjańskie. Choć niektóre mają zdrowe fundamenty, inne – nie rozumiejąc woli Bożej – próbują cofnąć Kościół do etapu, z którym walczył św. Paweł w Galacji. Ludzie ci próbują „omamić tych, przed których oczami nakreślono obraz Chrystusa” (por. Gal 3:1), nakłaniając do powrotu do rytuałów, których rola dawno się skończyła.

Nie mówimy tu o estetycznych dodatkach, lecz o stawianiu warunków, które rzekomo gwarantują dostęp do Bożych błogosławieństw. Niektórzy forsują wyłącznie hebrajskie imiona Chrystusa, inni wprowadzają obrzędy takie jak zapalanie świeczników, dęcie w szofary (baranie rogi) czy machanie flagami. Obecnie modne staje się rygorystyczne przestrzeganie hebrajskiego kalendarza, poparte rzekomymi objawieniami, jakoby była to jedyna droga do przebudzenia.

Liderzy tego ruchu przypisują sobie misję doprowadzenia Polski do wielkiego przebudzenia, jednak ich nauczanie budzi poważne wątpliwości biblijne:

  1. Błędna definicja Kościoła: Sugeruje się, że „prawdziwy” Kościół to tylko wierzący z narodów pogańskich. Zapomina się, że pierwszymi chrześcijanami byli Żydzi i to oni musieli zrozumieć, że poganie stają się pełnoprawnymi członkami Ciała Chrystusa bez konieczności przechodzenia na judaizm.
  2. Podważanie Nowego Testamentu: Twierdzi się, że teksty greckie są jedynie niedoskonałym tłumaczeniem myśli hebrajskiej, skażonym filozofią hellenistyczną. Stąd postulat powrotu do kalendarza księżycowego i doszukiwanie się znaków Bożych w zjawiskach takich jak „krwawe księżyce”.
  3. „Magiczne” podejście do duchowości: Na podstawie wyrwanego z kontekstu wersetu z 4 Mojżeszowej (o zbezczeszczeniu ziemi krwią) stworzono koncepcję „oczyszczenia Polski”. Podczas konferencji uskuteczniano „akty prorockie” polegające na mieszaniu ziemi z różnych regionów w jednym naczyniu, co bardziej przypomina scenariusz komedii niż rzetelną egzegezę biblijną. Wszystko to powiązano z żydowskim Nowym Rokiem (Rosh Hashanah), sugerując, że tylko taki kalendarz gwarantuje Bożą przychylność.

W 2018 roku zapowiadano wielkie przemiany oparte na tych wyliczeniach. Jednak nadzieja budowana na fundamencie, którego nie ma w Słowie Bożym, jest nadzieją fałszywą. Jedyną naszą nadzieją jest Chrystus, który zniósł zakon przykazań i przepisów, aby: „stworzyć w sobie samym z dwóch jednego nowego człowieka i pojednać obydwóch z Bogiem w jednym ciele przez krzyż” (Ef 2:15-16).

Sytuacja ta przypomina tę z Galacji, gdzie wierzących odwodzono do „innej ewangelii”. Paweł pisał wówczas ostro: „choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty” (Ga 1:8).

Choć pewnie zwolennicy wspomnianego ruchu stwierdziliby, że greckie słowo anathema (przekleństwo) również jest skażone „hellenistyczną filozofią”...

Henryk Hukisz

Thursday, January 29, 2026

Crash-test wytrwałości

Zauważyłem, że z biegiem lat w życiu każdego, kto idzie za Jezusem, pojawia się kluczowe pytanie: „Czy jestem wytrwały?”  Nie chodzi tu o kryzys wiary, ale o realny sprawdzian jakości naszej służby. To weryfikacja tego, co zadeklarowaliśmy na samym początku naszej drogi z Jezusem.

Kiedy zastanawiam się nad naszą lojalnością wobec Pana, zawsze wraca do mnie pytanie, które zadał sam Jezus: „Czy jednak Syn Człowieczy zastanie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18:8).

Tym retorycznym pytaniem Jezus podsumował przypowieść o wytrwałości w modlitwie. Opisał w niej historię wdowy, która nie dawała spokoju sędziemu o fatalnej reputacji – człowiekowi, który „nie bał się Boga i nie liczył się z ludźmi” (w. 2). Ostatecznie ten cyniczny urzędnik, bojąc się o własne bezpieczeństwo i mając dość uporu kobiety, spełnił jej prośbę. Jezus był poruszony faktem, że ludzie tak łatwo odpuszczają modlitwę, co w efekcie prowadzi do erozji ich wiary. Jednocześnie Chrystus, znając doskonale charakter swojego Ojca, zapewnił, że Bóg „natychmiast weźmie ich w obronę” (w. 8) tych, którzy nie przestają do Niego wołać.

Wytrwałość to absolutny fundament relacji z Bogiem. O ile przyjęcie zbawienia przez wiarę jest startem, o tyle wytrwałość jest paliwem na całą trasę. Myślę, że właśnie to miał na myśli Chrystus, mówiąc: „A kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24:13).

Biblia jest pełna fascynujących historii ludzi, którzy mimo ogromnej presji i wysokich kosztów, dochowali swoją wierność do mety. Moimi osobistymi bohaterami są Jozue i Kaleb. Ci dwaj zwiadowcy, nie zważając na panikę i hejt większości, lojalnie wykonali swoje zadanie. Po dekadach pustynnej tułaczki całego narodu, o nich dwóch wciąż mówiono, że „okazali PANU pełne posłuszeństwo” (Lb 32:12). W innym przekładzie jest powiedziane, że „wiernie wytrwali przy Panu”.  Efekt? Tylko oni z ogromnej rzeszy ludzi wyprowadzonych z Egiptu weszli do Ziemi Obiecanej.

Bóg promuje wytrwałość, bo to jedyna postawa, która przetrwa próbę czasu. Gdy Dawid kończył swoją misję i przekazywał stery Salomonowi, Bóg postawił sprawę jasno: „Umocnię jego królestwo na zawsze, jeśli wytrwale będzie wypełniał Moje przykazania i Moje polecenia, jak w tym dniu” (1 Krn 28:7). Niestety, historia Salomona kończy się smutnym wnioskiem – „dopuszczał się zła w oczach PANA i nie był w pełni posłuszny PANU, tak jak był Dawid, jego ojciec” (1 Krl 11:6).

Genialnym przykładem wytrwałości jest Hiob. Mimo niewyobrażalnego bólu i presji, by zwątpić w sens Bożej opieki, nie przestał wierzyć w dobroć i mądrość Stwórcy. Oczywiście, jako człowiek z krwi i kości, miał swoje kryzysy i pytał: „Skąd wezmę siłę, abym mógł wytrwać? Czego oczekuję, że trwam w cierpliwości?” (Hi 6:11). Jednak finał jego życia to potężne wyznanie: „Wiem, że Ty wszystko możesz i nie ma zamysłu, którego nie mógłbyś spełnić” (Hi 42:2).

Nasza wytrwałość codziennie przechodzi crash-test. Codzienność kusi nas, by choć na chwilę odpuścić wartości. Zachętą mogą być słowa Jezusa do uczniów: „Wy jesteście tymi, którzy wytrwali wraz ze Mną w Moich doświadczeniach” (Łk 22:28). Pamiętamy jednak, że w tej grupie był ktoś, kto pękł i sprzedał swoją lojalność za trzydzieści srebrników.

Dlatego apostoł Paweł i inni liderzy wczesnego Kościoła tak mocno podkreślali wagę wytrwałości w decyzjach dla Boga. Paweł często chwalił zbory za ich „upór” w dobrym: „tak że my sami w Kościołach Boga chlubimy się waszą wytrwałością i wiarą we wszystkich waszych prześladowaniach i uciskach, które znosicie(2 Tes 1:4). Jakub z kolei pokazywał, że wytrwałość to proces, który nas szlifuje: „Wytrwałość zaś niech się przejawia w doskonałym dziele, abyście byli doskonali, nienaganni, bez żadnych braków” (Jk 1:4). Jako dowód podawał Hioba: „Słyszeliście o wytrwałości Hioba i zobaczyliście, jaki koniec przygotował mu Pan, bo Pan jest pełen współczucia i miłosierny” (Jk 5:11).

Temat ten był też kluczowy dla Jezusa w Jego listach do siedmiu zborów. Jako Pan Kościoła, który znał rzeczywisty stan ich serc, mówił bez owijania w bawełnę: „Znam twoje czyny, trud, wytrwałość i to, że nie możesz znieść złych. Poddałeś również próbie tych, którzy nazywają siebie apostołami, a nimi nie są, i odkryłeś, że są kłamcami” (Ap 2:2).

Bardzo trafia do mnie to sformułowanie: „Nie możesz znieść złych”. To wezwanie do asertywności wobec duchowej prowizorki i ludzi, którzy tylko udają wiarę. Skoro Judasz pękł, nam też grozi duchowe zmęczenie materiału i chęć pójścia na skróty. A przecież nie znamy daty powrotu Pana. Co jeśli zastanie nas w momencie „przerwy” w byciu wiernym?

Chciałbym, aby o każdym z nas Jezus mógł powiedzieć to, co o wspólnocie w Tiatyrze: „Znam twoje czyny, miłość, wiarę, służbę i wytrwałość, i twoje ostatnie czyny, które są większe od pierwszych” (Ap 2:19). To jest prawdziwy sukces – tendencja wzrostowa w owocowaniu, a nie „duchowa emerytura”. Wszystko sprowadza się do prostej zasady winnego krzewu: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi obfity owoc, bo beze Mnie nic nie możecie uczynić” (Jn 15:5).

Na koniec zadam te trzy ważne pytania, które domkną refleksję i skłonią czytelnika do realnego rachunku sumienia w kontekście testu wytrwałości:

1.     Czy moja dzisiejsza relacja z Bogiem opiera się na świeżym zaangażowaniu, czy tylko na „rozpędzie” z dnia moich duchowych narodzin? (Innymi słowy: czy wciąż biegnę, czy już tylko toczę się siłą rozpędu?)

2.     W którym obszarze mojego życia najczęściej kusi mnie, by pójść na „duchowe skróty” i odpuścić Boże zasady dla chwilowego świętego spokoju?

3.     Gdyby Pan Jezus powrócił w tej konkretnej minucie, czy zastałby mnie „w procesie” wydawania owocu, czy na duchowym urlopie?

Henryk Hukisz

Thursday, January 22, 2026

Wiara dziedziczona

Nie wyobrażam sobie życia bez wiary; wręcz uważam za niemożliwe, aby nie wierzyć. Autor Listu do Hebrajczyków stwierdza wprost: „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu, bo trzeba, aby ten, kto zbliża się do Boga, uwierzył, że On jest i że nagradza tych, którzy Go szukają” (Hbr 11:6). Jakby na dowód, iż ta teza jest słuszna, przytacza życiorysy niezliczonej liczby ludzi, którzy „Przez wiarę pokonali królestwa, dokonali dzieł sprawiedliwych, doczekali spełnienia obietnic, zamknęli paszcze lwom, stłumili żar ognia, uniknęli ostrza miecza, zostali podźwignięci z niemocy, stali się waleczni na wojnie, odparli cudzoziemskie wojska” (w. 33, 34). Inni natomiast również przez wiarę „doświadczyli szyderstw i biczowania, ponadto kajdan i więzienia. Byli kamienowani, przerzynani piłą, ścinani mieczem, tułali się w skórach owczych i kozich, cierpieli niedostatek, ucisk i poniewierkę – świat nie był ich godny. Błądzili po pustyniach, po górach, jaskiniach i rozpadlinach ziemi” (w. 36-38).

Skąd wziąć taką wiarę, aby przetrwać w różnych doświadczeniach i osiągnąć wyznaczone cele? Nie chodzi tu o jakąkolwiek wiarę, gdyż – jak stwierdza apostoł Jakub – również „demony wierzą i drżą” (Jk 2:19). Chciałbym wskazać na źródła prawdziwej wiary, takiej, która przenosi przysłowiowe góry. Taką wiarę z pewnością posiadał Tymoteusz, wierny sługa Ewangelii i współpracownik apostoła Pawła. Gdy apostoł Paweł przybył do Listry, spotkał tam ucznia Pańskiego „o imieniu Tymoteusz, syna Żydówki, która przyjęła wiarę, i ojca Greka. Bracia z Listry i Ikonium dawali o nim dobre świadectwo” (Dz 16:1, 2). Później, już w osobistym liście do Tymoteusza, Paweł wspominał, że dobrze pamięta jego „nieobłudną wiarę, która najpierw stała się udziałem twojej babki Lois i twojej matki Eunike. Jestem też przekonany, że i twoim” (2 Tm 1:5).

Tymoteusz wyniósł z domu nieobłudną wiarę, którą przekazali mu domownicy, a szczególnie – jak wspomina Paweł – jego matka i babcia. Tymoteusz nie tylko obserwował postawę zaufania Bogu u swoich bliskich, lecz sam uczył się praktycznie stosować ją w swoim życiu. Paweł musiał to zauważyć, gdyż wystawił mu doskonałe świadectwo, radząc: Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i w czym pozostajesz wierny, pamiętając, od kogo się nauczyłeś. Od dzieciństwa znasz przecież Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu dzięki wierze w Chrystusa Jezusa” (2 Tm 3:14, 15).

Fundamentem wiary Tymoteusza była znajomość Pism. Dalej Paweł wyjaśnia, jakie treści budują wiarę, ponieważ wcześniej stwierdził, że „wiara przecież rodzi się ze słuchania, ze słuchania Słowa Chrystusa” (Rz 10:17). A wszelkie Pisma, na które powoływał się Chrystus, są „natchnione przez Boga i pożyteczne do nauczania, przekonywania, upominania, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przygotowany do czynienia wszelkiego dobra” (2 Tm 3:16, 17).

A na czym my dziś budujemy swoją wiarę? Jeśli chcemy posiadać Bożą wiarę, a nie taką, jaką mają demony, to musimy uczyć się natchnionych przez Boga Pism i trwać w ich znajomości. Pragnę podzielić się osobistym świadectwem z mego dzieciństwa. Jestem niezmiernie wdzięczny Bogu za moich rodziców i dom, w którym wychowywałem się w środowisku zupełnego zaufania Panu.

Wiara stała się udziałem w życiu moich rodziców, zanim jeszcze się poznali. Na Kresach Wschodnich, w rejonie Nowogródka, gdzie mieszkali, miało miejsce ewangeliczne przebudzenie. Ewangelia docierała do wielu miejscowości, a ludzie przyjmowali zwiastowanie o łasce przebaczenia grzechów dzięki ofierze Chrystusa na Golgocie. Mój tata mieszkał w małej wiosce na południe od Nowogródka. O tym, jak do mieszkańców tej miejscowości dotarła Dobra Nowina, pisze Edward Czajko, również mieszkaniec tej wsi:

Poselstwo Ewangelii przyniósł tu chłopiec z tej wsi, Łukasz Kurjan, który w tym czasie terminował u fryzjera w Nowogródku. Tam spotkał się ze świadectwem zielonoświątkowców i przyłączył do ich zboru. Odwiedzał rodzinną wieś, Kuźmicze, dzieląc się świadectwem żywej wiary w Chrystusa. Odzew na świadectwa jego słów i przemienionego życia był wspaniały. Zaczął powstawać zbór, który po kilku latach istnienia był dość liczny. Do zboru przystępowali ludzie z dwu sąsiednich wsi, z Kuźmicz i Boryszyna”.*

Po wojnie większość mieszkańców Kuźmicz, a wśród nich osoby wierzące ewangelicznie, wywędrowała na tereny zachodniej Polski. Ponieważ moi rodzice byli już ludźmi wierzącymi, przywieźli ze sobą Biblię, z której codziennie czytano Słowo Boże. Pośród zabudowań, w których zamieszkali moi rodzice, znajdowała się kaplica, gdyż poprzedni właściciel był protestantem niemieckim. Dzięki temu dość szybko w tym budynku zorganizowano zbór dla wierzących mieszkających w okolicznych wioskach. Mój tata był kaznodzieją i w każdą niedzielę podczas nabożeństw sadzał mnie obok siebie w pierwszej ławce. Dzięki temu od dzieciństwa byłem osłuchany z głoszonym Słowem Bożym, choć wówczas nie wszystko jeszcze rozumiałem.

Zanim poszedłem do szkoły, aby nauczyć się czytać i pisać, mój tata używał Nowego Testamentu, by pokazywać mi litery i uczyć, co oznaczają poskładane z nich wyrazy. Pomimo że sam nie ukończył szkoły podstawowej – musiał bowiem zająć się utrzymaniem rodzeństwa po śmierci rodziców – to z wielką determinacją postanowił dobrze przygotować mnie do zdobywania wykształcenia. Mój tata chciał, abym oswoił się z Biblią, gdyż osobiście bardzo ją cenił jako fundament swojej wiary. Dlatego później, gdy miałem siedemnaście lat i starałem się ukształtować własny światopogląd, wiedziałem, że muszę określić się wobec Boga i Pisma Świętego. Gdy podjąłem świadomą decyzję naśladowania Chrystusa jako mojego Pana, zrozumiałem, że podstawą budowania relacji z Nim będzie Biblia, którą już znałem. Z tą różnicą, że teraz, po narodzeniu się na nowo, miałem już bardzo osobisty i emocjonalny stosunek do tej Księgi – szczerze ją pokochałem.

Takie jest moje osobiste świadectwo wiary, którą zdobyłem i nadal zdobywam dzięki Słowu Bożemu zawartemu w Biblii. Tę szczególną cechę budowania wiary poprzez lekturę Pisma zawdzięczam moim rodzicom. Za to wyjątkowe dziedzictwo nieustannie dziękuję Bogu.

A jakie dziedzictwo wynoszą z Twojego domu Twoje dzieci? Zadaję to pytanie świadomy zagrożeń, jakie niszczą współczesne rodziny. Obserwuję z olbrzymim niepokojem, że we współczesnych domach zamiast Biblii i wiary w Boże Słowo, dzieci wyposaża się w najnowsze elektroniczne gadżety i smartfony. Jakiej wiary nauczą się te pociechy, gdy zamiast w Biblii, będą zdobywać wiedzę o świecie i o sobie w cyberprzestrzeni?

Na zakończenie przypomnę słowa apostoła Pawła skierowane do Tymoteusza: Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i w czym pozostajesz wierny, pamiętając, od kogo się nauczyłeś. Od dzieciństwa znasz przecież Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu dzięki wierze w Chrystusa Jezusa” (2 Tm 3:14, 15).

Wednesday, January 14, 2026

Dokąd zmierzasz kościele?

Podczas studiów teologicznych fascynowała mnie historia Kościoła. Szukałem odpowiedzi na pytanie: w którym momencie i pod wpływem jakich mechanizmów chrześcijaństwo zaczęło przypominać potężną instytucję, tak daleką od swoich nowotestamentowych korzeni?

Analizując źródła, trudno nie zauważyć, że liturgia i architektura z czasem przestały odzwierciedlać prostotę pierwszych uczniów. W pierwszych dekadach życie chrześcijan koncentrowało się wyłącznie wokół Osoby Jezusa Chrystusa. Wierzący realnie uznawali Go za Głowę Kościoła, a Duch Święty był postacią tak namacalną, że przy podejmowaniu kluczowych decyzji – jak ta opisana w Dziejach Apostolskich (15:28) – zapisywano: „Postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my...”. Nawet logistyka misyjna była wynikiem wsłuchiwania się w głos Ducha, a nie osobistych układów – „Gdy pełnili służbę Panu i pościli, Duch Święty powiedział: Wyznaczcie już Mi Barnabę i Szawła do dzieła, do którego ich powołałem” (Dz 13:2).

Później nastała era hierarchów, którzy poczuli się panami wspólnot. Wprowadzono sztywny podział na „duchowieństwo” i „laikat”, wynosząc liderów na piedestały władzy. Z czasem standard życia hierarchów zaczął konkurować z luksusem możnowładców tego świata. Do serca Kościoła wkradła się polityka i pieniądze. Utworzono scentralizowaną stolicę, przypisując jej wyłączną sukcesję apostolską. Niewykształcony lud, wpatrzony w uczonych w piśmie duchownych, łatwo było przekonać, że złoto bazylik i kardynalskie pałace to naturalna kontynuacja drogi Szymona rybaka i Jezusa, syna cieśli.

Kiedy w średniowieczu nadużycia sięgnęły szczytu – handlowano odpustami, a biednych straszono mękami w czyśćcu – wybuchł protest Marcina Lutra. Reformacja była dla ówczesnego świata wstrząsem. Wywołała reakcję w postaci Soboru Trydenckiego i kontrreformacji, która z jednej strony próbowała uzdrowić moralność kleru, a z drugiej – za pomocą Inkwizycji – bezwzględnie zwalczać nowe prądy religijne. Choć dziś wiemy, że rola jezuitów była bardziej złożona, to faktem pozostaje, że teologiczny spór o zbawienie z łaski był tłumiony siłą.

Przełom XIX i XX wieku przyniósł falę ożywienia charyzmatycznego. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych jak „grzyby po deszczu” powstawały wspólnoty niezależne od historycznych struktur. Wróciła wiara w bezpośrednie prowadzenie przez Ducha Świętego i biblijna prawda, że „każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Rz 10:13). Zbawienie stało się relacją, a nie przynależnością do instytucji.

Jednak patrząc na dzisiejsze chrześcijaństwo, widzę niepokojący powrót do błędów przeszłości – choć w nowym opakowaniu. Dziś mamy nieograniczony dostęp do Pisma Świętego i tekstów oryginalnych, a mimo to oddalamy się od wzorców apostolskich bardziej niż kiedykolwiek.

Spotkania wierzących przestają być przestrzenią, w której Duch Święty udziela darów „każdemu z osobna tak, jak chce” (1 Kor 12:11). Zamiast biblijnej różnorodności darów, jak napisał apostoł Paweł:  „Kiedy się zbieracie, każdy ma jakiś dar: śpiewania hymnów lub nauczania, lub objawiania tego, co zakryte, lub mówienia językami, lub tłumaczenia. Wszystko niech służy ku zbudowaniu” (1 Kor 14:26), otrzymujemy precyzyjnie wyreżyserowane programy oparte na trendach show-biznesu.

Pastorzy stają się lokalnymi aktywistami lub influencerami, bardziej dbającymi o zasięgi i PR niż o zwiastowanie upamiętania. Ewangelistów zastąpili mówcy motywacyjni. Ewangelię zastąpiły programy artystyczne.

Współczesny Kościół niebezpiecznie przypomina zbór w Laodycei. Nowoczesne „mega-kościoły”, nasycone multimediami i najnowszą technologią, mówią o sobie: „Jestem bogaty i niczego mi nie brak”. Tymczasem Chrystus diagnozuje ten stan surowo: „nie wiesz, że jesteś nędzny, pożałowania godny, biedny, ślepy i nagi” (Ap 3:17).

Jezus, prawdziwa Głowa Kościoła, często stoi dziś na zewnątrz współczesnych zborów. Puka do drzwi, mając nadzieję, że ludzie ogłuszeni decybelami i oślepieni laserami, usłyszą Jego głos. Pytanie, które postawił dwa tysiące lat temu: „Czy jednak Syn Człowieczy zastanie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18:8), wybrzmiewa dziś z nową, przerażającą siłą.

Ratunkiem jest powrót do rady danej Laodycei: powrót do wiary wypróbowanej w ogniu, do prawdziwej świętości i do „olejku dla oczu” – mocy Ducha Świętego, abyśmy „wiedzieli, czym jest nadzieja, do jakiej was wezwała, czym jest bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i jak wspaniały jest ogrom Jego mocy względem nas, wierzących, według działania siły Jego potęgi. Tą właśnie mocą działał w Chrystusie, gdy wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy w niebiosach” (Ef 1:18-20).

Niestety, dopóki uszy wierzących będą przygłuszone jazgotem głośników, a oczy oślepione blaskiem scenicznych efektów, wielu nie usłyszy „głosu wołającego na pustyni”. Zamiast za Pasterzem, pobiegną za swoimi idolami.

Quo vadis, kościele?

Henryk Hukisz

Monday, January 12, 2026

Znaki towarzyszące

Uważam, że właśnie teraz, w czasie totalnego zamętu ideologii i trendów filozoficznych w świecie, jakie wkradają się do kościołów, chrześcijaństwo musi  powrócić do swoich początków. Dzieje Apostolskie i Listy napisane w tamtym czasie najlepiej świadczą o tym, że Chrystus wiedział, iż jedyną możliwością zwycięskiego zwiastowania Dobrej Nowiny, była obietnica, dlatego powiedział: „Nie oddalajcie się z Jerozolimy, ale oczekujcie obietnicy Ojca, o której usłyszeliście ode Mnie. Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym” (Dz 1:4,5). Niestety, współczesny kościół „oddalił” się od tej niezbędnej obietnicy i moc Ducha zastępuje mądrością doktorów teologii i psychologii. Uczniowie Chrystusa, okazali posłuszeństwo swemu Panu i „poszli i głosili wszędzie Dobrą Nowinę, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał ich słowa znakami, które im towarzyszyły” (Mk 16:20).

Apostoł Piotr, wbrew swoim dotychczasowym przekonaniom, okazał zupełne posłuszeństwo Słowu Bożemu, poszedł do domu Korneliusza i zwiastował ewangelię w mocy Ducha Świętego, który spoczął na nim w dniu Pięćdziesiątnicy. Dlatego czytamy w raporcie z tamtych czasów, że „kiedy jeszcze Piotr mówił te słowa, Duch Święty zstąpił na wszystkich, którzy słuchali nauki, Zdumieli się wówczas wierni pochodzenia żydowskiego, którzy przybyli z Piotrem, że dar Ducha Świętego został wylany także na pogan. Słyszeli bowiem, że mówią językami i wielbią Boga. Wtedy Piotr powiedział: Czy może ktoś odmówić chrztu tym, którzy otrzymali Ducha Świętego tak, jak my? I rozkazał ich ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa” (Dz 10:44-48).

Chciałbym rozpalić pragnienie tamtych czasów, aby Duch Święty dokonywał takich samych dzieł, aby nie było wątpliwości, czy można komuś odmówić chrztu. Dlatego przypominam sobie moje wczesne dni, gdy rozpoczynałem moja służbę Słowa. Był to czas przygotowania, czas zdobywania duchowych szlifów. Dlatego dzielę się moim osobistym świadectwem momentu, gdy zbliżyłem się do obietnicy napełnienia mocą Ducha Świętego. Jest to fragment książki, mojego osobistego świadectwa drogi, którą Pan mnie prowadził.

„Zdawałem sobie równocześnie sprawę, że oprócz przygotowania teologicznego to, czego potrzebowałem najbardziej, było otrzymanie Bożego namaszczenia do służby, do jakiej On mnie powołuje. Wychowany w środowisku zielonoświątkowym, wiedziałem o chrzcie w Duchu Świętym. Słyszałem często na różnych nabożeństwach osoby modlące się w niezrozumiały dla mnie sposób, a mianowicie wypowiadały słowa, jakich nie rozumiałem, gdyż brzmiały bardzo obco. Wiedziałem już, że w dniu Pięćdziesiątnicy, gdy Duch Święty zstąpił na pierwszych chrześcijan, pojawiły się nad nimi ogniste płomienie, a oni wypowiadali słowa, jakie Duch im poddawał (Dz 2,4). Bardzo pragnąłem otrzymać to namaszczenie i niejednokrotnie modliłem się o to, aby doświadczyć napełnienia Duchem Świętym. Teraz, będąc studentem protestanckiej uczelni teologicznej, postanowiłem gorliwie o to się modlić.
Był to chłodny zimowy wieczór, gdy wraz z kolegą z roku pojechaliśmy do Brwinowa, do zaprzyjaźnionej rodziny, która wspierała nas, studentów pozbawionych bliskiej relacji z naszymi domami. Powiedziałem, że chcę modlić się o chrzest w Duchu Świętym. Uklękliśmy i tak rozpoczęła się walka z osobistymi przekonaniami wyniesionymi z poprzednich modlitw. Miałem wyrobiony obraz tego, w jaki sposób rozpoznam, że już zostałem ochrzczony; czekałem, że nagle ogarnie mnie jakieś dziwne ciepło i zacznę modlić się innym językiem. Przyznam, że to wyobrażenie blokowało we mnie pełne otwarcie się na to, jak Bóg to uczyni. Dopiero po jakiejś chwili, zrezygnowany z oczekiwania na mój sposób, gdy ktoś zaintonował pieśń, w której powtarzały się słowa refrenu: „Tylko Mu wierz, tylko Mu wierz, wszystko tak prostym jest, tylko Mu wierz”... nie wiem, jak to się stało, ale zauważyłem, że modlę się bardzo żywymi słowami, których nie rozumiałem. Poczułem się, jakbym był gdzieś wysoko ponad ziemią i pragnąłem tylko jednego: aby uwielbić Boga najszczerzej, jak to możliwe. Kiedy już późną nocą wracałem z kolegą tramwajem przez Warszawę, on mnie uciszał, prosząc, abym już przestał głośno modlić się niezrozumiałym językiem.”


Mam nadzieję i o to się modlę, że niedługo będę mógł przekazać informację, iż wspomniane świadectwo ukaże się w całości w druku.

Henryk Hukisz

Tuesday, January 6, 2026

Ilu było królów w dniu Trzech Króli?

W związku z obchodzonym  w dniu 6. stycznia tzw. święcie Trzech Króli powinniśmy zadać sobie pytanie: „Skąd przybyli trzej królowie, których święci Kościół katolicki?”. Najprostszą odpowiedzią jest: znikąd, ponieważ tacy bohaterowie w ogóle nie istnieli. Biblia nic nie mówi o królach składających dary narodzonemu Dzieciątku. Na jej stronach możemy jedynie przeczytać o magach przybyłych ze Wschodu. Ewangelista Mateusz opisał to wydarzenie, nie podając żadnych szczegółów co do czasu tej wizyty. Wymienia tylko kilka informacji na temat spotkania z Herodem i złożenia pokłonu przed Dzieciątkiem, któremu przynieśli dary godne króla.

W Biblii czytamy, że gdy „Jezus urodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, do Jerozolimy przybyli mędrcy ze Wschodu i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król Żydów? Zobaczyliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przyszliśmy oddać Mu pokłon” (Mt 2:1-2). W oryginale tego zapisu znajduje się określenie „μαγοι” [magoi], które wówczas znaczyło „czarnoksiężnik”, „mędrzec”, „naukowiec” albo „badacz”. W Nowym Testamencie to słowo spotykamy jeszcze raz w opisie zdarzenia, jakie miało miejsce podczas pierwszej podróży misyjnej apostoła Pawła. Gdy apostoł wraz z Sylasem przeszli wyspę Cypr i znaleźli się w Pafos, „spotkali pewnego maga, fałszywego proroka żydowskiego imieniem Bar-Jezus” (Dz 13:6). W tym przypadku był to zły człowiek, który starał się za wszelką cenę odwieść miejscowego prokonsula Sergiusza od uwierzenia w Pana Jezusa.

Magowie z czasu narodzin Chrystusa byli z pewnością mędrcami, którzy badali zjawiska na niebie. Jak sami powiedzieli, podczas obserwacji zauważyli szczególną gwiazdę, która według nich oznaczała narodziny króla. Tak więc, czytając uważnie Biblię, możemy stwierdzić, że królem w tej historii był narodzony Zbawiciel, a nie mędrcy, którzy przyszli „oddać mu pokłon” (Mt 2:2). Jak przystało na Osobę, którą pragnęli uczcić, przynieśli ze sobą odpowiednie dary – „złoto, kadzidło i mirrę”. I tutaj znów spostrzegamy różnicę między opisem ewangelicznym a tradycją katolicką, która przetrwała do naszych czasów – dary były trzy, natomiast nic nie wiemy o liczbie ofiarodawców, oprócz tego, że występowali w liczbie mnogiej. Mogło ich być nawet kilkunastu, gdyż nic nie wskazuje na to, że było ich akurat trzech. A imiona, jakie wymyślono w ciągu wielu wieków utrwalania tradycji „Trzech Króli”, to zupełnie inna sprawa, którą można włożyć między bajki. Dziwić się jedynie można, że im dalej od narodzin Chrystusa, tym żywsza staje się tradycja poświęcona temu wydarzeniu. Wiadomo przecież, kto jest specem od przekręcania treści biblijnych.

Kim natomiast byli wspomniani przez ewangelistę Mateusza magowie? Zdania biblistów są podzielone: jedni uważają, iż byli dalekimi potomkami Abrahama, inni natomiast sądzą, że byli to Arabowie, którzy badali znaki towarzyszące Żydom rozproszonym na Wschodzie po niewoli babilońskiej. Osobiście skłaniam się ku tej drugiej wersji, gdyż z lektury ksiąg biblijnych wiemy, że nie wszyscy Żydzi wrócili do Ziemi Obiecanej. Wiemy również, że Bóg działał pośród swego narodu w rozproszeniu.

Sądzę też, że gwiazda, którą widzieli ci mędrcy, mogła być światłością, którą zobaczyli pasterze na polach betlejemskich, gdy pewnej nocy pojawił się na niebie „anioł Pana i chwała Pana zajaśniała wokół nich” (Łk 2:9). Skoro tak niezwykłe zjawisko towarzyszyło narodzinom Chrystusa, to uważni badacze nieba na dalekim Wschodzie musieli je też zauważyć i odpowiednio zareagować.

Istotną informacją na temat tej wizyty były dary, które zgodnie ze wschodnim zwyczajem składano królom. Ewangelista Mateusz podaje nam dość szczegółową informację, że mędrcy „weszli do domu, a gdy zobaczyli Dziecko i Jego matkę, Marię, padli na twarz, oddając Mu pokłon. Potem rozłożyli swe skarby i ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę” (Mt 2:11). Uważam, że wybór tych darów nie był przypadkowy. Z jednej strony były to, jak na ówczesne czasy i zwyczaje, podarunki drogocenne, godne króla. Ich symboliczne znaczenie nawiązuje natomiast do roli, jaką Bóg wyznaczył swemu Synowi, wcielając Go w Dzieciątko narodzone w Betlejem. Przy okazji warto zauważyć, że przybyli mędrcy oddali pokłon Chrystusowi, z pominięciem Maryi. Kult oddawania boskiej czci „Najświętszej Panience” jest późniejszym wytworem pobożności ludowej.

Złoto z pewnością wskazuje na królewski charakter misji, z jaką Boży Syn przyszedł na naszą ziemię. Ciekawostką w ewangelicznym opisie tej wyjątkowej wizyty jest zwrot „król żydowski”, o którego wypytywali przybyli do Jerozolimy mędrcy ze Wschodu, a nie „król izraelski”, jakim posługiwali się uczeni w Piśmie. Ewangeliści niejednokrotnie nazywali Go królem, lecz nie takim, na jakiego oczekiwano ze względu na sytuację polityczną, lecz Królem innego królestwa. Chrystus, odpowiadając na pytanie Piłata o to, czy jest „królem żydowskim”, odrzekł: „Moje Królestwo nie jest z tego świata. Gdyby Moje Królestwo było z tego świata, wtedy Moi słudzy walczyliby, abym nie został wydany Żydom. Teraz jednak Moje Królestwo nie jest stąd” (Jn 18:36).

Dlatego uważam, że naśladowcy Chrystusa swoim życiem propagują zwyczaje i wartości innego Królestwa niż ten świat. Nowe życie, które jest rezultatem narodzenia z Ducha, charakteryzuje się wydawaniem owocu Ducha Świętego. Apostoł Paweł dał temu wyraźne świadectwo: „To więc mówię i w Panu składam świadectwo, abyście już nie postępowali tak, jak poganie w ich próżnym myśleniu” (Ef 4:17).

Kadzidło natomiast kojarzyło się ze służbą kapłanów, którzy spalali je przed ołtarzem, aby wskazać na szczególny charakter ofiar przynoszonych Bogu. Kapłani byli wyznaczani przez Boga, gdyż służba, jaką pełnili, odzwierciedlała pragnienie Bożego serca, którym jest pojednanie ze zgubionym grzesznikiem. Naszym kapłanem, nazwanym również Arcykapłanem, jest Chrystus, o którym Bóg powiedział: „Ty jesteś Moim Synem, dzisiaj Ja Ciebie zrodziłem. Podobnie mówi w innym miejscu: Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka” (Hbr 5:5-6). Nikt inny, jedynie Chrystus „stał się przyczyną wiecznego zbawienia dla wszystkich, którzy są Mu posłuszni” (w. 9).

Mirra wskazywała na cierpienie, jakie czekało narodzone Dzieciątko. Imię, jakie Mu dano na polecenie anioła Gabriela – „nadasz Mu imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od grzechów” (Mt 1:21) – wskazywało na rodzaj służby, jaka została Mu wyznaczona. Szczególnie prorok Izajasz zapowiadał przyjście „Sługi Pana”: „Oto Mój sługa, którego wspieram, Mój wybrany, w którym mam upodobanie. Zesłałem na niego Mojego ducha, on ogłosi narodom to, co sprawiedliwe” (Iz 42:1). Dokładny opis tej służby znajdujemy w najbardziej znanym rozdziale tego proroctwa:

„Dręczono go, lecz był pokorny i ust nie otworzył. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca milcząca wobec strzygących ją. Po uwięzieniu i wyroku został zabrany. Kto jednak zastanowi się nad jego pokoleniem, skoro został wyrwany z krainy żyjących i pobity za nieprawości Mojego ludu?” (Iz 53:7-8).

Słowa te możemy w pełni zrozumieć dopiero w momencie, gdy spojrzymy na Chrystusa ukrzyżowanego. Wówczas jasne stają się słowa wypowiedziane przez proroka Izajasza:

„Lecz on został przebity za nasze grzechy, zmiażdżony za nasze winy. Dla naszego dobra przyjął chłostę, dzięki jego ranom doznaliśmy uzdrowienia” (Iz 53:5).

Tak więc ta wyjątkowa wizyta mędrców ze Wschodu niesie dla nas szczególne przesłanie – wskazuje na służbę, która została powierzona Chrystusowi dla naszego zbawienia. Możemy też przy tej okazji zobaczyć, jak istotne dla poznania Bożych zamierzeń jest obserwowanie różnych znaków wskazujących na Boże działania w naszym życiu. Bóg ukazuje nam swój charakter, abyśmy poznali Go lepiej. Apostoł Paweł poucza nas, że „to bowiem, co w Nim niewidzialne, Jego wieczna moc i boskość, są od stworzenia świata widoczne w dziełach, dlatego nie mają nic na swoją obronę” (Rz 1:20).

Oddajmy więc Bogu chwałę za tę wizytę i za wszystko, co On czyni w nas i dla nas.

Henryk Hukisz