Saturday, April 4, 2026

Odwalony kamień: Od faktu do życia

Z okazji Świąt Wielkanocnych często słyszymy różne hasła. Niektóre z nich stały się niemal homiletycznymi sloganami, jak choćby to: „Kamień został odwalony nie po to, aby Jezus mógł wyjść, lecz po to, aby uczniowie mogli zobaczyć, że grób jest pusty”.

Dzisiaj Pan pokazał mi, że w naszym życiu Boże prawdy często zostają przysłonięte jakimś „kamieniem”. Bóg pragnie go usunąć, abyśmy mogli w pełni korzystać z Jego obietnic i odnosić w Chrystusie realne zwycięstwa.

Ewangelista Jan, opisując poranek, w którym Maria Magdalena przyszła do grobu, zaznaczył, że kamień był już odsunięty (Jn 20,1). Stało się to po to, by mogła na własne oczy przekonać się, że Chrystus żyje i nie ma Go już wśród umarłych. Gdy chwilę później przybiegli uczniowie, Jan dotarł pierwszy, ale to Piotr jako pierwszy wszedł do środka. Dopiero potem wszedł Jan i o nim czytamy: „ujrzał i uwierzył” (Jn 20,8). W przypadku Piotra nie była to jeszcze wiara zbawiająca, a jedynie stwierdzenie faktu – grobowiec rzeczywiście był pusty.

Dziś wielu chrześcijan ogranicza się jedynie do uznania historyczności zmartwychwstania. Jednak sama akceptacja faktów to za mało, by mówić o głębokiej wierze w tę potężną prawdę. Uczniowie tamtego poranka widzieli pusty grób, ale nadal „nie rozumieli Pisma” (w. 9). Nie pojmowali celu, dla którego to wszystko się wydarzyło; widzieli skutek, ale nie znali mocy tego wydarzenia.

Czytając dziś Ewangelie, my również zaglądamy do pustego grobu. Analizując te teksty, mamy szansę zrozumieć, jakie znaczenie ma zmartwychwstanie dla naszej relacji z Bogiem. Apostoł Paweł w swoich listach kładł na to ogromny nacisk, wskazując, że ta prawda jest fundamentem chrześcijaństwa: „Jeśli Chrystus nie został wzbudzony, tedy i kazanie nasze daremne, daremna też wasza wiara” (1 Kor 15,14).

Dalej Paweł wskazuje na osobiste znaczenie tego faktu: „Chrystus został wzbudzony z martwych i jest pierwiastkiem tych, którzy zasnęli” (w. 20). Przez „zaśnięcie” rozumiał fizyczną śmierć wierzącego, pamiętając o obietnicy Pana: „Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (Jn 11,25).

Moc nowego życia tu i teraz

Zmartwychwstanie ma jednak również wymiar doczesny – daje nam siłę do zwyciężania grzechu i pokus. Paweł poświęcił temu wiele miejsca w Liście do Rzymian (rozdziały 4–8), opisując triumf nad grzeszną naturą w mocy Ducha Świętego. W jednym tylko fragmencie (Rz 6,8–14) wskazuje na trzy potężne prawdy:

1.   Umarliśmy z Chrystusem (w. 8).

2.   Mamy prawo uważać się za żyjących dla Boga (w. 11).

3.   Doświadczamy nowego życia, w którym „grzech nad wami panować nie będzie” (w. 14).

Sądzę, że największym problemem współczesnych ludzi nie jest samo uznanie faktu zmartwychwstania, lecz zastosowanie tego zwycięstwa w codzienności. Często Boże obietnice pozostają martwą literą, ponieważ do pustego grobu zaglądamy tylko raz w roku, przy okazji świąt.

Diabeł, nasz oskarżyciel, robi wszystko, by pozbawić nas Bożej mocy. Musimy stale pamiętać, że nowe życie jest darem, a my sami z siebie nie jesteśmy w stanie dokonać niczego dobrego. Ponieważ wciąż żyjemy w ciele skłonnym do grzechu, zdarzają nam się upadki. Wtedy oskarżyciel wmawia nam, że straciliśmy status dziecka Bożego.

Czy ofiara Baranka przestała działać? Oczywiście, że nie. Duch Święty cicho nam o tym przypomina, ale my, mając obciążone sumienie, dopuszczamy wątpliwości. Dlatego Paweł apeluje: „Uważajcie siebie za umarłych dla grzechu, a za żyjących dla Boga w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,11).

Służba Ducha Świętego polega na nieustannym pokazywaniu nam pustego grobu i uwielbianiu Chrystusa: „On mnie uwielbi, gdyż z mego weźmie i wam oznajmi” (Jn 16,14). To dlatego kluczem do zwycięstwa jest wezwanie: „Według Ducha postępujcie, a nie będziecie pobłażali żądzy cielesnej” (Ga 5,16).

Piotr i Jan przy pustym grobie początkowo nie rozumieli znaczenia Bożego dzieła. My również, czytając Biblię, często błądzimy, dopóki Duch Święty nie da nam objawienia, jak zastosować te prawdy w praktyce.

Po czym poznać, że zmartwychwstanie jest w nas żywą siłą, a nie tylko teorią? Jezus powiedział jasno: „Każde bowiem drzewo poznaje się po jego owocu” (Łk 6,44). Paweł doprecyzował: „Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość” (Ga 5,22-23).

Takie życie zaczyna się od uznania prawdy Wielkiego Piątku – że zostaliśmy odkupieni z przekleństwa. Dlatego „ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami” (Ga 5, 24).

Pozwólmy Duchowi Świętemu odwalić każdy głaz, który zasłania nam Boże obietnice. Nie bądźmy jedynie obserwatorami, ale aktywnymi posiadaczami daru nowego życia. Uważajmy siebie za żyjących dla Boga w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.

Henryk Hukisz

Twarda to mowa...

Chrześcijaństwo to nie życiowa przygoda, choć często tak się je przedstawia, by przyciągnąć tłumy. Pan Jezus, oprócz dwunastu apostołów, miał wielu innych uczniów. Byli zdecydowani Go naśladować tylko dopóty, dopóki nie uznali, że staje się to zbyt trudne. Był nawet moment, gdy popularność Jezusa przyćmiła Jana Chrzciciela. Żydzi donieśli o tym Janowi z niepokojem: „Mistrzu! Ten, który był z tobą za Jordanem (...) oto On chrzci i wszyscy idą do Niego” (Jn 3:26).

Dzisiejsze chrześcijaństwo jest liczebnie jedną z największych religii świata, ale czy najmocniejszą? Czy pośród nas przejawia się Boża moc tak, jak na początku, gdy uczniowie pełni Ducha Świętego „poszli i wszędzie głosili, a Pan im pomagał i potwierdzał ich słowo znakami” (Mk 16:20)?

Rozmawiałem kiedyś z jednym ze współczesnych sług Ewangelii, którego Bóg potężnie używa na Dalekim Wschodzie. Zapytany, dlaczego Boża moc objawia się tam tak realnie, odpowiedział krótko: „Tam ludzie bardziej oczekują działania Boga niż teoretycznych wykładów o tym, kim On jest”. Bóg jest Duchem – przejawia swoją obecność w mocy, a nie tylko w teoriach wygłaszanych z ambon. Pierwsi chrześcijanie doskonale to rozumieli. Gdy zakazywano im działania w imieniu Jezusa, wołali: „Panie, spójrz na ich pogróżki i dozwól sługom Twoim, aby głosili z całą odwagą Słowo Twoje, gdy Ty wyciągasz rękę, aby uzdrawiać i aby działy się znaki i cuda” (Dz 4:29-30). Na taką modlitwę Bóg odpowiedział z radością: zatrzęsło się miejsce ich spotkania, a oni, napełnieni Duchem, z nową odwagą ruszyli do świata.

Chrześcijaństwo to poważna sprawa. Kto decyduje się naśladować Chrystusa, musi liczyć się z tym, że nieprzyjaciele Boga potraktują go tak samo, jak potraktowali Mistrza. Jezus nigdy nie ukrywał ceny tej decyzji: „Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił” (Łk 9:58). Nie obiecywał wygód na ziemi, lecz zapewnił, że ci, którzy wytrwają, doznają wiekuistej chwały w domu Ojca.

Podczas swojej ziemskiej służby Jezus musiał mierzyć się z surowymi oczekiwaniami. Mówiąc o sprawach wiecznych, często spotykał się z murem niezrozumienia – nawet u uczonych w Piśmie, jak Nikodem. Kiedy rozeszła się wieść o cudzie chodzenia po wodzie, ludzie znów zażądali znaku. Żydzi kochali cuda; w ich historii Bóg czynił ich mnóstwo, jak choćby manna na pustyni. Dlatego pytali: „Jaki znak uczynisz, abyśmy zobaczyli i uwierzyli Tobie?” (Jn 6:30).

W odpowiedzi Jezus wyłożył naukę o Prawdziwym Chlebie. Wyjaśnił, że manna była tylko tymczasowym pokarmem, który ulegał zepsuciu, natomiast Chleb Boży daje życie wieczne. „Ja jestem chlebem życia. Kto przychodzi do Mnie, nie będzie głodny, a kto wierzy we Mnie, nigdy nie będzie odczuwał pragnienia” (Jn 6: 35). Tłumaczył, że przyszedł wypełnić wolę Ojca, a życie wieczne to ożywienie, które daje Duch: „Duch jest tym, który ożywia, ciało nic nie pomaga. Słowa, które wam powiedziałem, są duchem i życiem” (w. 63).

Mowa o „spożywaniu Jego ciała” (Jn 6:51) okazała się dla słuchaczy zbyt trudna. Zaczęli się spierać: „Jak może On dać nam swoje ciało do zjedzenia?” (Jn 6:52). Jezus jednak nie łagodził swojego przekazu. Wyjaśnił, że tak jak chleb przenika organizm i daje mu siłę, tak On musi przeniknąć nas całkowicie, by Jego życie objawiło się w nas. Naśladowanie Go to całkowite wyrzeczenie się siebie: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje” (Mt 16:24).

Wielu uczniów, słysząc to, stwierdziło: „Twarda jest ta mowa. Kto może jej słuchać?” (Jn 6:60). Gdy uświadomili sobie koszt, wielu zawróciło i przestało z Nim chodzić. Reakcja Piotra była inna, pełna pasji: „Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!” (w. 68).

Jeśli poznaliśmy smak Prawdziwego Chleba, wiemy, że nie ma nic ważniejszego niż życie dla Chrystusa. Słowo Boże nas nie rozpieszcza – nazywa rzeczy po imieniu. Apostołowie od początku mówili o pełnym koszcie wiary. Umacniając nowopowstałe zbory, przypominali: „Musimy przejść przez wiele ucisków, aby wejść do Królestwa Bożego” (Dz 14:22).

Obawiam się, że współczesne chrześcijaństwo zostało „nafaszerowane rodzynkami”. Dzisiejsi ewangeliści, zamiast o wyrzeczeniu, wolą mówić o obietnicach sukcesu i wspaniałego życia tutaj, na ziemi. Jezus tymczasem mówił: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeśli nie przyciągnie go Ojciec, który Mnie posłał” (Jn 6:44). Niektórzy błędnie widzą w tym elitarną predestynację, lecz Pan wyjaśnił: „A gdy Ja będę wywyższony ponad ziemię, wszystkich do siebie pociągnę” (Jn 12:32).

Jezus pociąga do siebie każdego, zapraszając do ukrzyżowania razem z Nim. Niestety, wielu woli Go naśladować bez niesienia własnego krzyża. Pamiętajmy o Jego słowach: „Kto nie dźwiga swojego krzyża, a idzie za Mną, nie może być Moim uczniem” (Łk 14:27).

Być może to „twarda mowa”, ale nie ma innej drogi do zmartwychwstania.

Henryk Hukisz

Friday, April 3, 2026

Moc krzyża

Dziś Wielki Piątek – dzień szczególny w kalendarzu chrześcijańskim. Większość z nas, zarówno osoby głęboko wierzące, jak i ci przywiązani głównie do tradycji, uda się do kościołów, by wziąć udział w nabożeństwach upamiętniających śmierć Jezusa. Dla jednych będzie to zapewne tylko chwila refleksji, po której życie wróci do dawnego rytmu, bez Chrystusa w centrum. Dla innych ten dzień może stać się momentem zwrotnym – chwilą, w której w pełni uświadomią sobie wagę ofiary złożonej na Golgocie. Dla wielu zaś będzie to nowe wezwanie do jeszcze wierniejszego naśladowania swojego Pana i Zbawiciela.

Krzyż ma moc przemieniania każdego, kto wierzy i przyjmuje Bożą siłę płynącą z ofiary Chrystusa. Doskonałym przykładem jest Saul z Tarsu. Gdy pojął on znaczenie krzyża, jego życie zmieniło się tak radykalnie, że z zaciekłego wroga chrześcijaństwa stał się najgorliwszym apostołem. Jako Paweł napisał później: „Nie wstydzę się bowiem Ewangelii, gdyż jest ona mocą Boga ku zbawieniu dla każdego wierzącego, najpierw dla Żyda, potem dla Greka” (Rz 1:16). Krzyż to zatem nie tylko symbol czy ozdoba z drogocennego kruszcu. To przede wszystkim ołtarz, na którym Syn Boży oddał życie za grzeszny świat. Na nim dopełniło się największe pragnienie Ojca Niebieskiego: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (Jn 3:16).

Większość z nas zna zapewne książkę Dawida Wilkersona „Krzyż i sztylet” lub widziała film pod tym samym tytułem o jego służbie w „asfaltowej dżungli” Nowego Jorku. Choć dla niektórych to już tylko historia z przeszłości, dla mnie i wielu moich rówieśników te obrazy wciąż pozostają żywe. Słowa skierowane do Nickiego Cruza, groźnego lidera gangu Mau Mau – „Nicki, Jezus Cię kocha” – do dziś stanowią potężne świadectwo przemieniającej mocy, która nieustannie płynie z krzyża.

Niedawno miałem okazję ponownie usłyszeć to poruszające świadectwo podczas wizyty Nicka Cruza w Bielsku Białej. Wierzę, że dla wielu czytelników może ono być równie poruszające, dlatego przytaczam fragment świadectwa opowiedzianego wcześniej przez Dawida Wilkersona:

„Nicky Cruz był urodzonym mordercą. Pewien znany psychiatra, który badał jego przypadek, po całym dniu spędzonym z nim uznał, że Nicky jest przypadkiem beznadziejnym i nie da się go zresocjalizować.  Jednak Jezus miał wobec niego inne plany. Chrystus dokonał w pięć minut tego, co dla specjalistów było niemożliwe. Nicky nie potrzebował analizy psychiatrycznej ani badania mózgu. Bóg posłał strzałę prosto w jego serce, a była nią prawda Ewangelii: »Nicky, Jezus Cię kocha!«.

W jednej chwili kamienne serce Nickiego stało się sercem miękkim i czułym. Nicky płakał, ściskając nas wszystkich. Został nadprzyrodzony sposób przemieniony mocą Bożą w momencie, gdy ludzie zdążyli go już całkowicie skreślić”.

Warto o tym pamiętać nie tylko w Wielki Piątek. Jedynie moc krzyża jest w stanie dokonać prawdziwej zmiany w życiu człowieka. Nawet apostoł Paweł, doświadczywszy tej siły, przyznał, że mimo szlachetnego pochodzenia i religijnej gorliwości, uważał się za największego z grzeszników: „Chrystus Jezus przyszedł na świat, żeby zbawić grzeszników, z których ja jestem pierwszy” (1 Tm 1:15).

Paweł przy każdej okazji świadczył o tym, jak Bóg odmienił jego los. Stojąc przed królem Agryppą, oskarżony o szerzenie herezji, otwarcie opowiadał o swojej przeszłości: „Wziąłem upoważnienie od arcykapłanów i wtrąciłem do więzienia wielu świętych. Głosowałem przeciwko nim, gdy skazywano ich na śmierć. Często też karząc, przymuszałem we wszystkich synagogach do bluźnierstwa. Prześladowałem ich bez miary i ścigałem nawet po innych miastach” (Dz 26:10-11).

Jednak Chrystus, którego spotkał na drodze do Damaszku, okazał moc, która nie tylko powaliła go na kolana, ale całkowicie odmieniła jego serce. Paweł przyjął wtedy nowe powołanie od Tego, który stał się jego Panem i powiedział: „Ale podnieś się i stań na nogi, bo ukazałem się tobie po to, aby ustanowić ciebie sługą i świadkiem tego, co zobaczyłeś i tego, co ci objawię. Obronię cię przed ludem i przed poganami, do których cię posyłam, abyś otworzył im oczy i odwrócił od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga, aby przez wiarę we Mnie otrzymali odpuszczenie grzechów i dziedzictwo ze świętymi” (Dz 26:16-18).

Moc krzyża działa w sercach tych, którzy wierzą i są posłuszni Bożej woli. Paweł pisał do Koryntian, że został posłany, by zwiastować Dobrą Nowinę „nie w mądrości słowa, aby nie został pozbawiony znaczenia krzyż Chrystusa” (1 Kor 1:17).

Wciąż potrzebujemy głoszenia krzyża z tą samą siłą, która zmienia ludzkie życie. Dla wielu mowa o krzyżu wciąż może wydawać się bezsensowna, tak jak w czasach apostolskich: „Nauka krzyża jest bowiem głupstwem dla tych, którzy dążą ku zagładzie, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor 1:18).

Dziś, gdy wspominasz chwilę śmierci Jezusa, zastanów się: jakie znaczenie ma ona dla Ciebie osobiście? Czy Twoje życie jest świadectwem tej przemieniającej mocy, czy może Twoja wiara stała się jedynie coroczną, pustą tradycją?

Henryk Hukisz

Sunday, March 29, 2026

Co ma „palma do wiatraka”

Dziś w wielu ewangelicznych kościołach czytano tekst opisujący wjazd Chrystusa do Jerozolimy. Według Łukasza było tak:„A kiedy zbliżał się już do podnóża Góry Oliwnej, całe gromady uczniów zaczęły donośnym głosem z radością wielbić Boga za wszystkie cuda, jakie widzieli, wołając: Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pana! Pokój w niebie i chwała na wysokościach!” (Łk 19:37,38).

Natomiast w kraju na wszystkich kanałach przekazywano informację o rekordowych wysokościach palm, oraz parady na terenie parafii, które nijak miały się do opisu ewangelicznego. Oglądając to, przyszło mi na myśl skojarzenie „piernika z wiatrakiem”.

Wjazd Jezusa do Jerozolimy na osiołku jest bezpośrednim wypełnieniem proroctwa zapisanego w Starym Testamencie, konkretnie w Księdze Zachariasza. „Raduj się wielce, Córo Syjonu, krzycz radosnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy” (Zch 9,9). To najbardziej znany fragment, który ewangeliści cytują, opisując Niedzielę Palmową. Powstał on około 500 lat przed narodzinami Chrystusa.

Dlaczego osiołek był ważny?

Symbol pokoju: W starożytnym Izraelu królowie ruszający na wojnę dosiadali koni. Osioł był zwierzęciem juczno-pasterskim, symbolem pokoju i pokory. Jezus wjeżdżający na ośle ogłaszał, że Jego królestwo nie opiera się na sile militarnej, lecz na duchowym pokoju.

Potwierdzenie królewskości: Mimo skromnego wierzchowca, sam akt wjazdu był manifestacją mesjańską – lud rozpoznał w Nim obiecanego Króla.

Wydarzenie to nawiązuje również do innych tekstów biblijnych, które dopełniają obrazu „Króla wjeżdżającego do miasta”.

W błogosławieństwie Jakuba dla Judy pojawia się wzmianka: „Do krzewu winnego przywiąże osła, a do winorośli młode oślicy. W winie oczyści swoją odzież, a płaszcz we krwi winogron" (Rdz 39:11). Jezus, pochodzący z pokolenia Judy, wypełnia ten symboliczny obraz oczyszczenia i pokoju.

Podczas wjazdu tłumy krzyczały: „Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pana!”. To dosłowny cytat z Psalmu 118,25-26, który był częścią modlitw paschalnych i zapowiadał wybawienie posłane przez Boga.

Natomiast wjazd Jezusa na oślicy był nawiązaniem do koronacji króla Salomona (1 Krl 1:33,34). Jezus, wybierając osiołka, nawiązywał do tradycji królów z linii Dawida.

Tyle w najkrótszej relacji biblijnej na temat wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy

Natomiast w naszym kraju, uznanym za tradycyjnie chrześcijański, widzimy zupełnie inny obraz, w którym folklor całkowicie przykrył teologię. To, co dziś nazywamy „polską tradycją”, w wielu miejscach jest zaprzeczeniem biblijnej sceny wjazdu do Jerozolimy.

Jeśli odrzucimy warstwę „ładnych ozdób”, zobaczymy, że polska palma to w rzeczywistości zasłona dymna, która zniekształca pierwotny sens.

W Biblii wjazd do Jerozolimy to manifestacja pokory. Jezus jedzie na osiołku (zwierzęciu roboczym, nie wojennym), a ludzie rzucają pod nogi to, co mają pod ręką – zwykłe liście i swoje szaty. W polskiej tradycji mamy wielometrowe, sztywne konstrukcje, które są wynikiem rywalizacji, pychy i chęci pokazania się. To zamienia religijne przeżycie w festiwal rekordów Guinnessa. Zamiast skupienia na postaci jadącej na ośle, uwaga skupia się na konstrukcji palmy.

Biblijny opis jest zapowiedzią męczeństwa i Królestwa „nie z tego świata”.

Natomiast w tradycji palma stała się narzędziem magii sympatycznej. Ludzie przypisywali jej moce uzdrawiające (połykanie bazi), ochronne (stawianie w oknie podczas burzy) czy rolnicze (uderzanie bydła). To czysty utylitaryzm – używamy symbolu religijnego, żeby „załatwić” sobie bezpieczeństwo materialne. To sprowadzenie sacrum do poziomu zabobonu.

Patrząc z tej perspektywy, „ludowość” jest nie tylko niewinnym dodatkiem czy lokalnym kolorytem, ale skutecznym mechanizmem odwracania uwagi.

Jeśli celem wjazdu do Jerozolimy było objawienie Mesjasza, który przychodzi skromnie, by oddać życie, to każda forma, która przesuwa punkt ciężkości na palmę, staje się duchową pułapką.

Jest to najzwyklejsze bałwochwalstwo ukryte w tradycji. Gdy uwaga wiernego skupia się na tym, czy palma jest wystarczająco wysoka, czy bazie są poświęcone i czy „zadziałają” ochronnie na dom, dochodzi do klasycznego przesunięcia. Zamiast relacji z Bogiem, pojawia się relacja z magicznym rekwizytem. Z perspektywy biblijnej to nic innego jak bałwochwalstwo ubrane w szaty pobożności.

Folklor działa jako znieczulenie. Kolorowe jarmarki, konkursy na najdłuższą palmę i radosne procesje budują fałszywe poczucie „uczestnictwa w wierze”. Człowiek czuje się spełniony religijnie, bo podtrzymał tradycję przodków, podczas gdy jego serce może pozostawać całkowicie nietknięte prawdą o Ewangelii. To duchowe uśpienie.

Jest to forma pogaństwa w chrześcijańskiej masce. Wiele elementów polskiej palmy to bezpośrednie kontynuacje kultów płodności i wegetacji (wierzba jako symbol sił witalnych). Przykrycie tych pogańskich lęków przed naturą chrześcijańskim szyldem pozwala im trwać w najlepsze, uniemożliwiając ludziom poznanie prawdziwej wolności, którą obiecał Chrystus.

Patrząc na tradycyjne obchody Niedzieli Palmowej z tej perspektywy, można stwierdzić, że diabeł nie musi walczyć z religią wprost – wystarczy, że ją rozmyje. Jeśli sprawi, że ludzie będą czcili „tradycję ojców” zamiast żywego Boga, to jego cel został osiągnięty. Człowiek zostaje z kolorowym kijem w ręku, myśląc, że dotknął nieba, podczas gdy w rzeczywistości zatrzymał się na martwym rytuale.

To jest radykalne podejście, ale obnaża ono fakt, jak łatwo zewnętrzna forma może stać się grobem dla wewnętrznej treści.

Henryk Hukisz

(Opracowanie z udziałem AI)

Tuesday, March 24, 2026

Śmierć śmierci w śmierci Chrystusa

Tytuł dzisiejszego rozważania zaczerpnąłem od jednego z najwybitniejszych europejskich teologów i reformatorów – Johna Owena. Choć encyklopedyczne notki skrótowo opisują go jako żyjącego w XVII wieku „księcia purytanów”, pastora i wicekanclerza Oksfordu, dla nas kluczowe jest jego monumentalne dzieło dotyczące sensu ofiary Jezusa. Owen, jako kapelan Olivera Cromwella i zwolennik tolerancji religijnej, poświęcił życie badaniu Bożego planu odkupienia człowieka skazanego na śmierć z powodu grzechu.

Jego praca z 1647 roku, zatytułowana właśnie „Śmierć śmierci w śmierci Chrystusa”, to kompleksowe studium prawd wynikających z Golgoty. Choć głównym celem Owena była obrona tezy o ograniczonym odkupieniu (skierowanym do wybranych), nie chcę dziś wchodzić w teologiczne polemiki. Pragnę przejść bezpośrednio do sedna: czym dla nas jest śmierć Chrystusa, którą wspominamy podczas Wielkanocy?

Przyznam, że sama konstrukcja tego sformułowania – „śmierć śmierci” – jest fascynująca. To językowy paradoks, który idealnie oddaje wagę wydarzeń, na których skupili się wszyscy ewangeliści. Dla autorów Nowego Testamentu śmierć Jezusa nie była jedynie tragicznym końcem, ale najważniejszym punktem Jego ziemskiej misji.

Ewangelie opisują życie Syna Bożego, który będąc Bogiem, stał się człowiekiem. Apostoł Jan pomija opis biologicznych narodzin, na rzecz głębokiej prawdy: Ten, który jest od początku, przyszedł jako „światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka” (Jn 1:9). To dzięki Niemu odkrywamy, że Bóg  „wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy stanęli przed Nim w miłości, święci i nieskazitelni. Według postanowienia swojej woli przeznaczył nas, abyśmy przez Jezusa Chrystusa stali się Jego synami, dla uwielbienia chwały Jego łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym” (Ef 1:4-6). Mówiąc najprościej: Chrystus przyszedł, by objawić nam Boży plan, w którym zostaliśmy przeznaczeni do życia w Jego łasce.

Główną przeszkodą na drodze do tej chwały jest śmierć. To mroczne dziedzictwo, które objęło ludzkość w wyniku pierwszego buntu Adama. Apostoł Paweł wyjaśnia to wprost, że „tak jak przez jednego człowieka grzech przyszedł na świat, i przez grzech śmierć, tak też na wszystkich ludzi przeszła śmierć, bo wszyscy zgrzeszyli” (Rz 5:12).

Śmierć jest bolesnym przypomnieniem o konsekwencjach nieposłuszeństwa. Już na samym początku Biblii słyszymy ostrzeżenie: „PAN Bóg nakazał też człowiekowi: Z każdego drzewa w ogrodzie możesz jeść, tylko z drzewa poznania dobra i zła nie będziesz jadł, bo w dniu, w którym z niego zjesz, umrzesz na pewno” (Rdz 2:17). XVII-wieczny biblista Adam Clarke zauważa, że hebrajski zwrot „moth tamuth” oznacza dosłownie: „umierając, umrzesz”. To nie tylko nagły koniec, ale proces – od momentu utraty więzi z Bogiem stajemy się śmiertelni, a każdy nasz oddech jest w pewnym sensie krokiem ku rozdzieleniu duszy i ciała. Paweł podsumowuje to krótko: „Zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6:23).

Śmierć jest nieunikniona i towarzyszy nam od narodzin, dlatego słusznie nazywamy ją wrogiem. Bóg nie zaplanował jej w pierwotnym akcie stwarzania. Stała się ona niechcianym towarzyszem człowieka, który nie potrafi o własnych siłach pokonać swojej grzesznej natury. List do Hebrajczyków przypomina, że „zostało postanowione w stosunku do ludzi, że raz umrą, a potem będzie sąd” (Hbr 9:27).

W życiu mierzymy się z różnymi przeciwnikami, ale Biblia zapewnia: „jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć” (1 Kor 15:26). Jak możemy wpisać się w ten program zwycięstwa? Nie o własnych siłach, lecz w Chrystusie.

Mówiąc o Jego śmierci, nie sposób pominąć zmartwychwstania. Jezus, jako bezgrzeszny Syn Boży, nie umierał z powodu własnego grzechu. Dlatego jako jedyny mógł pokonać śmierć „od środka”. Jego ofiara stała się bezpieczną arką – tak jak w czasach potopu ratunek znaleźli tylko ci, którzy weszli na pokład. Tak samo i my, którzy uwierzyliśmy w Chrystusa i znaleźliśmy się w Nim, możemy powiedzieć: „Jeśli zaś umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że i z Nim będziemy żyć, wiedząc, że Chrystus wskrzeszony z martwych już nie umiera i śmierć nad Nim nie panuje” (Rz 6:8).

Jezus umarł, a przez to zniszczył moc śmierci i tego, który nią władał – szatana. Dla tych, którzy ufają Chrystusowi, śmierć traci swoje „żądło”. Nie jest już przepaścią oddzielającą nas od Boga, lecz bramą. Prawidłowo rozumiana Ewangelia daje człowiekowi odwagę, by wraz z Pawłem pytać z triumfem: „Gdzie jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzie jest, o śmierci, twoje żądło?” (1 Kor 15:55).

Obietnica Jezusa jest fundamentem naszej nadziei: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto wierzy we Mnie, choćby i umarł, będzie żył” (Jn 11:25).

Oczywiście, nie unikniemy tej „pierwszej” śmierci – biologicznego rozstania duszy z ciałem. Nasza fizyczność, wciąż skażona skutkami upadku, musi wrócić do prochu. Chyba że dożyjemy dnia, gdy „na wezwanie Boga, na głos archanioła i dźwięk trąby, sam Pan zstąpi z nieba i najpierw powstaną ci, którzy umarli w Chrystusie. Potem my, którzy pozostaniemy jeszcze przy życiu, razem z nimi zostaniemy porwani na obłokach, w powietrze, na spotkanie z Panem i odtąd już na zawsze będziemy z Panem” (1 Tes 4:16-19).

Biblia kończy się wizją świata, o jakim Bóg marzył od początku: „I pokazał mi rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą spod tronu Boga i Baranka. Pomiędzy główną ulicą miasta a rzeką, stąd i stamtąd, jest drzewo życia, które rodzi dwanaście owoców, wydając owoc w każdym miesiącu. A liście tego drzewa służą do leczenia narodów. I nic już nie będzie obłożone klątwą. A w mieście będzie tron Boga i Baranka, i Jego słudzy będą Mu służyć. I będą oglądali Jego oblicze i Jego imię będą mieli na czołach. I nocy już nie będzie i nie będą już potrzebowali światła lampy i światła słońca, bo Pan, Bóg, będzie im świecił, i będą królować na wieki wieków” (Ap 22:1-5).

Dzięki śmierci Chrystusa na Golgocie, możemy wyznać: „Szczęśliwy i święty ten, który ma udział w pierwszym zmartwychwstaniu. Nad takimi druga śmierć nie ma władzy, ale będą kapłanami Boga i Chrystusa i będą królować z Nim tysiąc lat” (Obj. 20:6).

W obliczu tych prawd pozostaje jedno, najważniejsze pytanie: Czy możesz z ufnością powiedzieć, że Twoja śmierć została już pokonana w śmierci Chrystusa?

Henryk Hukisz

Wednesday, March 18, 2026

Nasza Pascha

W Kalendarzu Żydowskim czytamy między innymi:

„O północy 15 nisan 2448 roku od stworzenia świata (1313 r. p.n.e.), 210 lat po osiedleniu się Jakuba w Egipcie i 430 lat po 'przymierzu między częściami' (1 Mojż. 15,17-18), Bóg nawiedził Egipt ostatnią z dziesięciu plag, zabijając wszystkich pierworodnych. Wcześniej tego wieczoru synowie Izraela odprawili pierwszy seder w historii, spożywając pieczone mięso ofiarne, macę oraz gorzkie zioła. Krwią ofiary skropili odrzwia swoich domów na znak, że Bóg ominie ich domostwa, zsyłając zarazę na Egipcjan. Opór faraona został ostatecznie przełamany – praktycznie wypędził on swoich byłych niewolników z kraju. Kilka milionów dusz – 600 000 dorosłych mężczyzn wraz z kobietami, dziećmi oraz rzeszą nie-Żydów, którzy do nich dołączyli – opuściło Egipt tego dnia, rozpoczynając 50-dniową wędrówkę na Synaj. Tak narodził się lud wybrany”.

W centrum tego potężnego Bożego działania znajdował się baranek, starannie wybrany ze stada. Jego kluczową cechą była nieskazitelność. Bóg nakazał: „Ma to być baranek bez skazy, jednoroczny samiec, wybierzecie go z baranków lub z koźląt” (Wj 12:5). Przeznaczeniem zwierzęcia nie było jednak samo nasycenie głodu, lecz krew na odrzwiach: „Wezmą jego krew i pokropią odrzwia i nadproże w domach, w których będą go jedli” (w. 7).

Wybór baranka nie był przypadkowy. To wyraźne nawiązanie do innego jagnięcia, które Bóg wskazał zamiast Izaaka. Gdy Abraham w posłuszeństwie budował ołtarz, by złożyć w ofierze jedynego syna, Bóg w ostatniej chwili powstrzymał jego rękę. Abraham „rozejrzał się i zobaczył za sobą barana, który zaplątał się rogami w zaroślach. Podszedł więc tam Abraham, wziął barana i złożył go w ofierze całopalnej zamiast swojego syna” (Rdz 22:13).

Gdy minęło około sześciuset lat, Bóg znów okazał łaskę, wyprowadzając naród z niewoli. Ponownie pojawia się baranek zwiastujący wyzwolenie. Wspólnym mianownikiem obu wydarzeń była ofiara życia za innych. Za czasów Abrahama baranek zajął miejsce Izaaka; w Egipcie jego krew chroniła rodziny przed ciosem Niszczyciela. Mojżesz otrzymał obietnicę: „Gdy PAN będzie przechodził, aby uderzyć Egipt, i zobaczy krew na nadprożu i odrzwiach z obu stron, wtedy PAN przejdzie koło drzwi i nie pozwoli Niszczycielowi, aby wszedł do waszych domów i zadał cios” (Wj 12:23).

Zanim Izraelici ruszyli w drogę, otrzymali instrukcję, jak celebrować tę pamiątkę: „A kiedy wejdziecie do ziemi, którą PAN wam da, tak jak powiedział, zachowujcie ten obrzęd. Gdy zaś zapytają was synowie: Co oznacza ten wasz obrzęd? wtedy odpowiecie: To jest ofiara Paschy dla PANA, który ominął domy Izraelitów w Egipcie. Uderzył Egipt, a domy nasze ocalił. Wtedy lud pokłonił się, oddając hołd” (Wj 1:26-27).

Dlaczego te wydarzenia miały być wspominane przez tysiąclecia? Powód jest jeden. Gdy Jan Chrzciciel zobaczył Chrystusa na judzkiej drodze, ogłosił: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (Jn 1:29).

Prorok Izajasz, wyjaśniając to wskazanie, pisał o Nadchodzącym: „PAN jednak chciał go zmiażdżyć cierpieniem. Jeśli odda swe życie na ofiarę zadośćuczynienia, to ujrzy potomstwo, wydłuży swoje dni i przez niego spełni się wola PANA” (Iz 53:10). Tak oto Bóg kreślił w historii ludzkości linię ratunku. Najpierw był to baranek w zaroślach, potem krew na egipskich drzwiach, aż wreszcie Baranek przyszedł osobiście. Z własnej woli, choć Jego dusza drżała przed męką, wyznał: „Przecież przyszedłem dla tej godziny” (Jn 12:27). Szedł do Jerozolimy na święto Paschy, bo wiedział, że nadeszła chwila, by „umiłował swoich w świecie, i to umiłował ich do końca” (Jn 13:1).

Później, gdy tłumy uwierzyły, że krew Bożego Baranka daje odkupienie z niewoli grzechu, apostoł Paweł napisał: Chrystus przecież został zabity w ofierze jako nasza Pascha (1 Kor 5:7). Paweł pisał w grece koine – języku prostym, zrozumiałym dla każdego, bo Boże serce chce dotrzeć do wszystkich. Grecki tekst „kai gar to pascha hemon, hyper hemon etythe Christos” można oddać słowami: „na naszą paschę, za nas, został zabity Chrystus”.

Dlatego słowo Pascha ma dla mnie głębsze znaczenie. Zawiera w sobie całą prawdę o Bożym pragnieniu ratunku. Nazwa „Wielkanoc” mniej mnie przekonuje – być może dlatego, że łatwiej pod nią przemycić zajączki, jajka i biesiadowanie, zapominając o Baranku ofiarowanym za nasze zbawienie. Choć muszę przyznać, że w obecnym, trudnym czasie prób, pogańskich dekoracji widać jakby mniej. Może to dobry znak?

Pascha oznacza też nowe życie. Świętujmy więc „używając nie starego kwasu, nie kwasu zła i zepsucia, lecz przaśników szczerości i prawdy” (1 Kor 5:8).

Obchodźmy naszą Paschę ku uwielbieniu naszego Baranka, Jezusa Chrystusa.

Henryk Hukisz

Monday, March 16, 2026

Nowe życie rodzi się ze śmierci

Bez uśmiercenia „starego człowieka” nie można w ogóle mówić o zbawieniu. Ta prawda jest tak oczywista, jak stwierdzenie apostoła Pawła: „Dlatego jeśli ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, przeminęło, a nastało nowe” (2 Kor 5:17). Stare musi przeminąć; żadne uczynki dawnego życia nie mogą plamić nowej tożsamości w Bogu. Tak i Amen – tutaj nie ma innej opcji.

Przejawem działania mocy krzyża, która prowadzi do śmierci grzesznej natury, jest pokuta. Zauważmy jednak, że przeciwnikowi udało się niemal całkowicie wyeliminować to słowo z powszechnego użycia – nawet wewnątrz Kościoła. Dzisiaj rzadko głosi się Ewangelię upamiętania; rzadko wzywa się słuchaczy do szczerej pokuty. Zamiast tego mówi się jedynie o miłości, która akceptuje każdego takim, jakim jest. To prawda, że Bóg kocha grzesznika, lecz zauważmy, że począwszy od Jana Chrzciciela, Bóg wzywał ludzi do radykalnego porzucenia starego życia. Dopiero w sercu, które żałuje i odwraca się od grzechu, może zrodzić się pragnienie słuchania o Bożym Królestwie. Jezus powiedział jasno: „Nadszedł czas, Królestwo Boga jest już blisko, nawróćcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1:15).

To wezwanie uświadamia nam, że bez pokuty nie można nawet zbliżyć się do Bożego Królestwa. Apostoł Paweł, przemawiając na ateńskim Areopagu, stwierdził: „Nie zważając przeto na czasy nieświadomości, Bóg wzywa teraz wszędzie i wszystkich ludzi, aby się nawracali, gdyż wyznaczył dzień, w którym sprawiedliwie będzie sądzić świat przez Człowieka, którego na to przeznaczył, po uwierzytelnieniu wobec wszystkich przez wskrzeszenie Go z martwych” (Dz 17:30-31).

Zmartwychwstanie Chrystusa jest zatem nie tylko nadzieją, ale i zapowiedzią sprawiedliwego sądu, na którym nikt nie ostoi się, powołując się na własną dobroć. Według proroka Izajasza: „Wszyscy byliśmy podobni do nieczystych, wszystkie nasze sprawiedliwe czyny były jak skrwawiona szata. Wszyscy zwiędliśmy jak liście, nasze przewinienia jak wiatr nas uniosły” (Iz 64:5).

Krzyż umożliwia skuteczne pozbycie się brudu tej „splugawionej szaty”. Dzieje się to dzięki temu, czego Chrystus dokonał zgodnie z zapowiedzią Jana Chrzciciela: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (Jn 1:29). Ta wielka prawda o mocy krzyża działa dwukierunkowo. Z jednej strony zostaliśmy uwolnieni z mocy grzechu, ponieważ Jezus umarł za nas i wymazał obciążający nas wyrok śmierci wiecznej. Z drugiej strony krzyż rodzi w nas pragnienie uśmiercenia starej natury dla świata i grzesznego stylu życia, który dotąd prowadziliśmy. Paweł wyraził to słowami: „Obym się nie chlubił z innego powodu jak tylko z krzyża naszego Pana Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat został ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata” (Ga 6:14).

Jedynie moc płynąca z krzyża uzdalnia nas do zwycięstwa nad grzechem i pożądliwością ciała, która w nas drzemie. Pan Jezus wzywał uczniów do pójścia w Jego ślady, lecz ta droga wymaga czegoś więcej niż tylko pobożnego życzenia. On powiedział wprost: „Kto nie bierze swego krzyża i idzie za Mną, nie jest Mnie godny” (Mt 10:38).

Nikt z nas nie jest w stanie sam „wyprodukować” w sobie nowego życia, ponieważ nadal przebywamy w słabych, „glinianych naczyniach”. Apostoł Paweł wyjaśnia: „Ten skarb jednak przechowujemy w glinianych naczyniach, aby ta przeogromna moc była z Boga, a nie z nas” (2 Kor 4:7). Jemu należy się wszelka chwała, gdyż to dzięki mocy krzyża umiera nasz „stary człowiek” i dzięki niej możemy wydawać owoc nowego życia. Zbawienie z łaski stawia nas na niewzruszonym fundamencie, którym jest Baranek Boży – zabity, lecz zmartwychwstały – nasz Pan i Zbawiciel.

Nie wystarczy jednak jednorazowe doznanie łaski w dniu narodzenia się na nowo. Paweł pisał do odrodzonych z Ducha wierzących w Kolosach: „Skoro więc przyjęliście Chrystusa Jezusa jako Pana, to trwajcie w Nim, zakorzenieni i ugruntowani w Nim, i umocnieni wiarą, jak was nauczono, pełni wdzięczności” (Kol 2:6-7). Nawrócenie daje początek, ale codzienne chodzenie z Jezusem to nieustanne odwracanie się od uczynków ciemności. Dlatego apostoł Piotr pisał: „Skoro więc Chrystus cierpiał w ciele, wy także uzbrójcie się tą samą myślą, że ten, kto doznał cierpienia cielesnego, zerwał z grzechem, aby przez resztę życia w ciele żyć już nie dla ludzkich namiętności, ale zgodnie z wolą Boga” (1 Ptr 4:1-2).

Nowe życie, otrzymane w darze od Boga, to nie tylko przywilej, ale przede wszystkim wielkie zobowiązanie do życia w świętości i posłuszeństwie Jego woli.

Henryk Hukisz