Friday, September 18, 2026

Siła uniżenia

Świat, w którym żyjemy, często promuje rozwiązania siłowe. Wygrywa silniejszy, bardziej zdecydowany, ten, kto potrafi skuteczniej narzucić swoją wolę. Dlatego tak często jesteśmy świadkami demonstracji siły – tej fizycznej, ale także siły argumentów, pozycji, pieniędzy czy wpływów.

A jak jest w Bożym Królestwie?

Biblia pokazuje nam wiele historii, w których zwycięstwo przychodzi nie przez siłę, lecz przez uniżenie, łagodność i zaufanie Bogu. Jedną z takich historii jest niezwykłe spotkanie trzech ludzi: Dawida, Abigail i Nabala. Każde z nich reprezentuje inną postawę. I być może w każdym z tych bohaterów możemy odnaleźć cząstkę samych siebie.

Przyjrzyjmy się trójce tych bohaterów:

Pierwszym z nich jest Dawid. Nie jest jeszcze królem, choć wie, że Bóg przeznaczył mu tę rolę. Nadal jednak musi uciekać i ukrywać się przed Saulem.

Umarł właśnie wielki Boży prorok Samuel. Nad jego grobem, w Ramie, zgromadzili się wszyscy Izraelici. Dawid natomiast nadal musiał się ukrywać. Udał się więc na pustynię Paran, gdzie czekała na niego kolejna lekcja, której – jak się okaże – bardzo potrzebował.

Przyszły król Izraela był wyczerpany, spragniony i głodny. Wraz ze swoimi ludźmi zbliżał się do Maonu, gdzie mieszkał drugi bohater tej historii – Nabal, jego daleki krewny. Nabal był człowiekiem bardzo zamożnym. Posiadał kilka tysięcy owiec. Był właśnie czas strzyżenia owiec. Był to okres radości, świętowania i cieszenia się owocami ciężkiej pracy pasterzy.

Trzecią bohaterką była Abigail – piękna i mądra kobieta, której imię oznacza „radość ojca”. Miała szlachetne serce i roztropność, której bardzo brakowało jej mężowi. Sam Nabal miał imię, które można rozumieć jako „głupiec” czy „niegodziwiec”, i jego charakter rzeczywiście odpowiadał temu określeniu.

Okoliczności, w jakich doszło do spotkania tych trojga, mogłyby stanowić kanwę dobrego filmu.

Dawid potrzebował pomocy. Na pustyni nie było wielu miejsc, w których można było zdobyć żywność dla tak dużej grupy ludzi. Posłał więc swoich sług do Nabala z prośbą o podzielenie się jedzeniem.

Dawid nie przychodził jednak jak ktoś, kto chce coś wymusić. Wręcz przeciwnie. Okazał Nabalowi szacunek i przypomniał o przyjaznych relacjach między nimi. Jego pasterze, którzy wcześniej przebywali w pobliżu ludzi Dawida, byli dobrze traktowani.

Dlatego Dawid polecił swoim sługom powiedzieć: „Bądź zdrów! Pokój tobie i pokój twemu domowi. Pokój wszystkiemu, co do ciebie należy!” (1 Sm 25:6).

Wydawałoby się, że dalszy ciąg tej historii powinien być spokojny i życzliwy. Tak się jednak nie stało. Nabal, o którym Biblia mówi, że był człowiekiem nieokrzesanym i znanym z niecnych postępków, odmówił Dawidowi pomocy. Co więcej, zachował się tak, jakby w ogóle go nie znał. Potraktował go jak jednego z wielu zbuntowanych ludzi, którzy w tamtych czasach wałęsali się po górach.

A przecież był to czas świętowania. Nabal miał powód do radości – jego stada przyniosły mu obfity plon. Mimo to jego serce było pełne egoizmu. Myślał przede wszystkim o tym, co posiada i czego nie chce nikomu oddać. Odpowiedział: „Czy mam wziąć swój chleb, swoją wodę i mięso ze zwierząt, które ubiłem dla moich postrzygaczy i oddać ludziom, o których nie wiem, skąd są?” (1 Sm 25:11). To krótkie zdanie bardzo dobrze pokazuje sposób myślenia Nabala: moje, moje i jeszcze raz moje.

Kiedy Dawid dowiedział się o odpowiedzi Nabala, ogarnął go gniew. Można powiedzieć, że krew zagotowała się w jego żyłach. I właśnie tutaj pojawia się paradoks.

Ten sam Dawid, który wcześniej potrafił powstrzymać się przed zabiciem Saula, teraz był gotowy dokonać krwawej zemsty na całym domu Nabala. Przecież miał już wiele powodów, aby zabić Saula. Kiedy pewnego razu znalazł go śpiącego w jaskini, mógł odciąć mu głowę. Zamiast tego odciął jedynie kawałek jego płaszcza.

Tym razem jednak emocje wzięły górę. Szkoda, że Dawid nie znał jeszcze rady, którą wiele wieków później apostoł Paweł skierował do wierzących w Efezie: „Gniewajcie się, ale nie grzeszcie, niech słońce nie zachodzi nad waszym gniewem. Nie dawajcie miejsca diabłu” (Ef 4:26–27).

Dawid nie zamierzał czekać. Stanął na czele czterystu uzbrojonych wojowników i ruszył przeciwko Nabalowi. Chciał zniszczyć jego dom i zgładzić wszystkich jego domowników.

W tym momencie do historii wkracza Abigail.

Kiedy Abigail dowiedziała się, co zamierza zrobić Dawid, natychmiast podjęła działanie. Nie próbowała odpowiedzieć siłą na siłę. Nie szukała przewagi. Nie próbowała udowodnić, że ma rację. Wybrała uniżenie. Jakby znała słowa apostoła Pawła: „Nie kierujcie się kłótliwością i próżną chwałą, ale z pokorą jedni drugich uznawajcie za ważniejszych od siebie” (Flp 2:3).

Abigail przygotowała dużą ilość żywności dla Dawida i jego ludzi. Następnie wyszła mu naprzeciw. A kiedy go zobaczyła, „upadła przed Dawidem twarzą ku ziemi i oddała mu pokłon. Upadła mu do stóp i powiedziała: Panie mój! To ja jestem winna. Niech jednak będzie wolno twojej służebnicy przemówić do ciebie, a ty zechciej wysłuchać słów twojej służebnicy” (1 Sm 25:23,24).

To niezwykły obraz uniżenia.

Pomyślmy o sytuacji Abigail. Była żoną bardzo bogatego człowieka. Nie musiała przecież padać do nóg Dawida. Mogła bronić swojego męża, mogła się oburzyć, mogła odpowiedzieć gniewem na gniew.

A jednak tego nie zrobiła.

Stanęła przed człowiekiem, którego jej mąż wcześniej nazwał buntownikiem, i poprosiła go o łaskę. Jej siłą nie była przewaga. Jej siłą była pokora.

Właśnie dlatego postawa Abigail jest dla mnie jednym z pięknych obrazów tego, co widzimy w Chrystusie. Apostoł Paweł napisał: „On, będąc w postaci Bożej, nie wykorzystał swojej równości z Bogiem, ale umniejszył samego siebie, gdyż przyjął postać sługi i stał się podobny do ludzi. A w tym, co zewnętrzne, dał się poznać jako człowiek” (Flp 2:6–7). Uniżenie Chrystusa nie było oznaką słabości. Było świadomym wyborem miłości i posłuszeństwa Ojcu. Taką postawę może w nas kształtować jedynie Duch Święty. To On prowadził Chrystusa podczas Jego ziemskiego życia i to On może przemieniać również nasze serca. Nie możemy jednak zapominać, że Chrystus nie tylko sam przyjął postawę uniżenia. On wezwał swoich naśladowców, aby szli Jego śladami.

Tę myśl podjął apostoł Paweł, pisząc: „Niech wasze myślenie będzie myśleniem Chrystusa Jezusa” (Flp 2:5). Paweł doskonale wiedział, że człowiek nie jest w stanie wypracować w sobie takiej postawy wyłącznie własnymi siłami. Potrzebujemy działania Ducha Świętego. Dlatego wśród postaw, które powinny charakteryzować człowieka żyjącego w społeczności z Bogiem, znajdujemy również tę: „Bądźcie poddani jedni drugim, trwając w bojaźni Chrystusa” (Ef 5:21).

Abigail nie mogła znać jeszcze mądrych rad, którymi Salomon później dzielił się z czytelnikami Biblii. A jednak jej życie pokazywało prawdę zawartą w tych słowach: „Łagodna odpowiedź uśmierza wściekłość, ostre słowo wywołuje gniew” (Prz 15:1). W innym miejscu czytamy: „Cierpliwością można przekonać zwierzchnika, łagodny język łamie kości” (Prz 25:15). To niezwykłe zdanie. Łagodność może zrobić coś, czego nie osiągnie siła.

Czasami jedno spokojne słowo potrafi zatrzymać lawinę gniewu. Jedna pokorna odpowiedź może przerwać konflikt, który za chwilę wymknąłby się spod kontroli. Ten sam Duch Święty natchnął później apostoła Piotra, który radził wierzącym w Chrystusa, aby byli gotowi odpowiadać na zarzuty: „Czyńcie to jednak łagodnie i z bojaźnią, mając czyste sumienie, aby przez to, czym jesteście szkalowani, zostali zawstydzeni ci, którzy znieważają wasze dobre postępowanie w Chrystusie” (1 Ptr 3:16).

Abigail właśnie tak postąpiła. Nie zwyciężyła Dawida siłą. Zwyciężyła go łagodnością.

Warto na końcu zadać pytanie: jak to wydarzenie wpłynęło na troje bohaterów?

Dawid zrozumiał, jak blisko był wielkiego błędu. Abigail przypomniała mu o Bożej obietnicy i o roli, jaką Bóg dla niego przygotował: „Kiedy zaś Pan udzieli mojemu panu wszelkiego dobra, które zapowiedział, i ustanowi cię księciem nad Izraelem” (1 Sm 25:30). Być może właśnie te słowa pomogły mu spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Zrozumiał, że nie może pozwolić, aby jeden akt zniewagi odebrał mu panowanie nad własnymi emocjami.

Dlatego powiedział do Abigail: „Błogosławiony niech będzie PAN, Bóg Izraela, który wysłał cię dziś na spotkanie ze mną. Błogosławiona niech będzie również twoja roztropność i ty, która powstrzymałaś mnie dziś przed rozlewem krwi i przed osobistą zemstą. Bądź błogosławiona!” (1 Sm 25:32–33). Dawid przyznał, że potrzebował kogoś, kto powstrzyma go przed działaniem pod wpływem gniewu.

Abigail swoją łagodnością i uniżeniem nie tylko uratowała własne życie i życie pozostałych domowników. Jej postawa zmieniła także bieg wydarzeń w jej własnym życiu.

Po śmierci Nabala Dawid posłał do niej swoich sług z propozycją małżeństwa: „Potem Dawid wysłał do Abigail posłańców, by jej powiedzieli, że chce ją wziąć sobie za żonę” (1 Sm 25:39).

Kobieta, która zdecydowała się odpowiedzieć łagodnością na gniew, została wyniesiona do nowej roli u boku przyszłego króla Izraela.

Nabal natomiast pozostał taki, jaki był. Nie wyciągnął wniosków. Nie zmienił swojego sposobu myślenia. Wyprawił ucztę i upił się do nieprzytomności, aż jego „serce w nim zamarło i cały skamieniał” (1 Sm 25:37).

Jego historia przypomina słowa Chrystusa o człowieku, który gromadził dla siebie dobra, ale nie myślał o wieczności: „Głupcze, tej nocy zażądają od ciebie twojej duszy! Czyje więc będzie to, co zgromadziłeś?” (Łk 12:20).

Bóg jednak, w swojej dobroci, daje człowiekowi czas na zmianę i upamiętanie. Nabal tego czasu nie wykorzystał: „Po dziesięciu dniach PAN poraził Nabala i ten umarł” (1 Sm 25:38).

Ta historia stawia przed nami bardzo współczesne pytanie:  Żyjemy w świecie, w którym często uważa się, że trzeba być silnym, twardym i zdecydowanym. Trzeba walczyć o swoje, odpowiedzieć tym samym, nie pozwolić, aby ktoś nas poniżył.

Biblia pokazuje jednak inną drogę.

Dawid miał siłę. Miał czterystu uzbrojonych ludzi i mógł dokonać zemsty.

Nabal miał bogactwo. Miał wszystko, czego potrzebował, aby podzielić się z innymi.

Abigail miała natomiast coś, co okazało się najpotężniejsze – pokorę, roztropność i łagodność.

Ta historia przypomina nam, że prawdziwą siłą nie zawsze jest zwycięstwo nad drugim człowiekiem. Czasami największym zwycięstwem jest zwycięstwo nad własnym gniewem, ambicją i potrzebą udowodnienia swojej racji.

Apostoł Piotr zostawił nam zapewnienie: Bóg „nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz aby wszyscy się nawrócili” (2 Ptr 3:9).

Droga do Boga nie prowadzi przez pychę i samowystarczalność. Prowadzi przez uniżenie, pokutę i zaufanie Temu, który sam uniżył się dla nas. To właśnie przez tę drogę możemy znaleźć się wprost w objęciach naszego Oblubieńca – Jezusa Chrystusa.

A teraz warto zatrzymać się na chwilę i zadać sobie osobiste pytanie: Który z tych trzech bohaterów najbardziej przypomina mnie w mojej postawie wobec drugiego człowieka – Dawid, który pozwala, aby gniew przejął kontrolę, Nabal, który myśli przede wszystkim o sobie, czy Abigail, która odpowiada łagodnością i uniżeniem?

Jestem przekonany, że odpowiedź jest oczywista

Henryk Hukisz

Thursday, September 17, 2026

Co znaczą te kamienie?

Chcę nawiązać do dzisiejszej daty, która w polskich kalendarzach zaczęła być zaznaczana dopiero w nowej Polsce. Wcześniej nie wolno było pytać o to, co wydarzyło się 17 września 1939 roku, ani otwarcie mówić o konsekwencjach tamtego dnia. Jedynie po cichu przekazywano sobie wiadomość, że właśnie wtedy wojska sowieckie wkroczyły na tereny wschodniej Polski. Była to wiedza, która przez wiele lat funkcjonowała przede wszystkim w rodzinnych opowieściach, przekazywana z pokolenia na pokolenie, często w atmosferze lęku i ostrożności.

Ja słyszałem o tym w domu, ponieważ mój ojciec służył w tamtym czasie w Wojsku Polskim w Baranowiczach. O wydarzeniach z września 1939 roku wspominał jednak bardzo nieśmiało. Wiedział, że w powojennej Polsce nie o wszystkim można mówić głośno i obawiał się, że nieostrożne słowa mogłyby sprowadzić jakieś nieszczęście na naszą rodzinę. Dlatego jego wspomnienia pojawiały się w naszych rozmowach jakby mimochodem, zawsze z pewną ostrożnością, a jednak na tyle wyraźnie, że niektóre z nich pozostały w mojej pamięci na całe życie.

Pamiętam, jak nieraz opowiadał o losach polskich żołnierzy, którzy po rozbiciu swoich oddziałów wędrowali w rozproszeniu w kierunku Rumunii, dokąd udał się już polski rząd. Szczególnie głęboko zapadła mi w pamięć historia związana z jego własną ucieczką z transportu polskich żołnierzy pochwyconych przez „krasnoarmiejców” i wiezionych na wschód, najprawdopodobniej w kierunku Smoleńska i Katynia. Trudno mi dzisiaj wyobrazić sobie, co musiał czuć człowiek, który znalazł się w takim położeniu, wiedząc, że wraz z innymi żołnierzami jest wywożony w nieznane i że jego dalszy los pozostaje całkowicie poza jego kontrolą.

Mój tata był już wtedy człowiekiem wierzącym w Jezusa i swoje życie powierzał Bogu. W tamtej chwili musiał uczynić to w sposób szczególny, ponieważ niewiele pozostawało mu możliwości polegania na własnych siłach. Kiedy pociąg zatrzymał się na krótki postój w Baranowiczach, postanowił wykorzystać tę okazję. Najpierw gorąco się pomodlił, prosząc Boga, aby pilnujący transportu sowiecki żołnierz nie zwrócił na niego uwagi, a następnie, korzystając z chwili nieuwagi, uciekł. W swoim prostym, żołnierskim języku mówił później, że po prostu „dał nogę”.

Wrócił do rodzinnych Kuźmicz, ale również tam nie mógł czuć się bezpiecznie. Za każdym razem, kiedy w pobliżu pojawiali się Rosjanie albo Niemcy – zależnie od tego, które wojska w danym momencie zajmowały ten teren – musiał się ukrywać. Jednym z takich miejsc był kopiec z ziemniakami. Dzisiaj, gdy o tym myślę, trudno mi sobie wyobrazić, jak wiele strachu musiało towarzyszyć człowiekowi, który nie wiedział, co przyniesie kolejna godzina, a mimo to musiał znaleźć sposób, aby przeżyć i wrócić do swoich najbliższych.

Po wojnie rozpoczął się dla mojego ojca kolejny trudny etap życia. Jako repatriant z terenów wschodniej Polski został przesiedlony na tak zwane Ziemie Zachodnie. Najważniejszą troską stał się wtedy los rodziny i znalezienie dla niej miejsca, w którym można byłoby wreszcie zamieszkać na stałe. Najpierw osiedliliśmy się w Zofiowie, w poniemieckim gospodarstwie, a po kilku latach kolejnej wędrówki znaleźliśmy stały adres w Poznaniu. Za Bugiem pozostał wybudowany przez tatę dom, jedyny we wsi kryty drewnianym gontem. Pozostała tam również część jego życia, wspomnienia młodości i ziemia, którą znał od dzieciństwa.

W powojennej Polsce otrzymaliśmy poniemieckie zabudowania, ale nie oznaczało to jeszcze poczucia pełnego bezpieczeństwa. Wciąż istniała obawa, że sytuacja polityczna może się zmienić i znów przyjdzie nam opuścić miejsce, które dopiero zaczynaliśmy nazywać domem. Zdobyty gdzieś odbiornik radiowy Pionier pozwalał słuchać wiadomości nadawanych przez Radio Wolna Europa. Było to dla nas ważne źródło informacji o świecie, który za oficjalną granicą państwową wyglądał zupełnie inaczej, niż przedstawiano go w Polsce. Szczególnie niepokojące były wiadomości, że „Niemcy wrócą po swoje”. W takiej atmosferze tata nadal szukał dla naszej wielodzietnej rodziny miejsca, w którym moglibyśmy osiąść już na dobre.

Wychowywałem się więc w świecie, w którym historia nie była jedynie przedmiotem szkolnym. Była częścią rodzinnego życia, obecna w opowieściach ojca, w jego ostrożności, w rozmowach dorosłych i w pewnym szczególnym przekonaniu, że nie wszystko, czego uczono nas w szkole, było zgodne z prawdą. Wiedziałem, że między oficjalną historią a tym, co pamiętali ludzie, którzy przeżyli wojnę, istnieje różnica. Nie zawsze rozumiałem jej przyczyny, ale z czasem coraz wyraźniej dostrzegałem, że pamięć człowieka może przechowywać prawdę nawet wtedy, gdy przez wiele lat nie wolno jej było wypowiadać.

Przez długie lata z lękiem mówiło się o napaści Armii Czerwonej na Polskę 17 września 1939 roku, która nastąpiła w następstwie paktu Ribbentrop–Mołotow. Później, gdy pragnienia wolności zaczęły przybierać coraz szersze kręgi, o dacie 17 września można było mówić już bardziej otwarcie. Wreszcie nadeszły czasy, w których można było bez obawy przypominać rzeczywisty przebieg II wojny światowej na ziemiach polskich i mówić o sowieckiej agresji na nasz kraj. Wydawało się wtedy czymś naturalnym, że 17 września będzie zajmował w naszej pamięci miejsce podobne do tego, jakie od dawna zajmował 1 września 1939 roku.

Można odnieść wrażenie, że rocznica ważna dla wielu Polaków, szczególnie dla tych, którzy pamiętają jeszcze tamte czasy albo znają ich historię z opowieści swoich rodziców, coraz bardziej odsuwa się w cień zbiorowej pamięci. Być może jest to naturalny proces. Odchodzą świadkowie wydarzeń, zmieniają się pokolenia, pojawiają się nowe problemy i nowe tematy. Pamięć jednak nie trwa sama z siebie. Jeżeli nie będzie przekazywana, w pewnym momencie po prostu zniknie. I właśnie ta myśl sprawiła, że zacząłem zastanawiać się nad czymś znacznie ważniejszym niż pamięć o wydarzeniach historycznych.

Jaki ma to związek z Biblią, skoro właśnie do niej chcę przede wszystkim nawiązywać w moich rozważaniach? Myślę, że związek jest bardzo głęboki, ponieważ Biblia wielokrotnie przypomina człowiekowi, aby nie zapominał o tym, co wydarzyło się w jego życiu i czego dokonał Bóg. Ważne momenty, w których doświadczamy Jego obecności i działania, nie powinny rozpływać się w codzienności. Powinniśmy je zapamiętywać, a następnie przekazywać naszym dzieciom, aby również one mogły poznać historię Bożej wierności.

Jestem wdzięczny Bogu za to, że mój tata, szczególnie w ostatnich dniach przed swoim odejściem do Pana, opowiadał mi wiele wydarzeń ze swojego życia – z czasów młodości, wojny i służby wojskowej. Dzisiaj jeszcze bardziej doceniam te rozmowy. Kiedy ich słuchałem, dostrzegałem w nich coś, co było jak wspólna, przewijająca się przez wszystkie lata życia mojego ojca nuta: Bóg był obecny w jego życiu w każdym momencie, a w tych najtrudniejszych chwilach był szczególnie blisko. Tata nie opowiadał o sobie jak o bohaterze. Opowiadał raczej o tym, co się wydarzyło, a w tych wydarzeniach widział działanie Boga.

Tę lekcję zapamiętałem bardzo dobrze. Dzisiaj, kiedy sam przechodzę przez trudne chwile, wspomnienia mojego ojca są dla mnie czymś więcej niż rodzinną historią. Są świadectwem, do którego mogę wracać. Przypominają mi, że Bóg nie przestaje być obecny tylko dlatego, że człowiek znalazł się w sytuacji, której sam nie rozumie i z której nie widzi wyjścia. Historia mojego ojca przypomina mi, że wiara nie jest obietnicą życia bez trudności, ale zaufaniem Bogu również wtedy, gdy tych trudności nie potrafimy sami przezwyciężyć.

Kiedy Jozue wprowadzał naród izraelski przez Jordan do Ziemi Obiecanej, Bóg polecił uczynić coś szczególnego. Przedstawiciel każdego z dwunastu rodów miał wziąć jeden kamień z dna Jordanu i przenieść go na drugi brzeg, aby z tych kamieni zbudować pomnik upamiętniający wydarzenie, którego właśnie byli świadkami. Nie chodziło jednak o sam pomnik. Chodziło o pamięć. Bóg wiedział, że przyjdą następne pokolenia, które nie zobaczą już na własne oczy tego, co wydarzyło się nad Jordanem. Dlatego kamienie miały przypominać o Bożym działaniu i pobudzać dzieci do zadawania pytań.

Jozue powiedział: „Aby to było znakiem pośród was, gdy wasze dzieci w przyszłości pytać się będą: Co znaczą dla was te kamienie?” (Joz 4:6). Odpowiedź na to pytanie miała być jednocześnie opowieścią o Bogu. Rodzice mieli wyjaśnić swoim dzieciom, że wody Jordanu zostały rozdzielone przed Skrzynią Przymierza Pana, kiedy Izrael przechodził przez rzekę, a kamienie miały pozostać „dla synów izraelskich pamiątką na wieki” (Joz 4:7).

Pamiątka nie miała więc być jedynie wspomnieniem minionego wydarzenia. Miała przypominać o Bogu, który dokonał tego wydarzenia. Miała sprawić, że kiedy po latach dziecko zapyta: „Co znaczą dla was te kamienie?”, ojciec lub matka będą mogli opowiedzieć historię Bożego działania. W ten sposób pamięć jednego pokolenia stawała się początkiem wiary następnego.

Myślę, że podobnych „kamieni pamięci” potrzebujemy również w naszych rodzinach. Nie muszą to być rzeczy materialne. Mogą nimi być rodzinne fotografie, listy, stare dokumenty, zapisane wspomnienia, a przede wszystkim historie, które opowiadamy naszym dzieciom. Każda rodzina ma przecież swoje wydarzenia, których nie powinna pozwolić sobie zapomnieć. Szczególnie ważne są jednak te chwile, w których doświadczyliśmy Boga.

Warto więc zapytać siebie, czy nasze dzieci wiedzą, jak ich rodzice poznali Boga i jak rozpoczęła się ich wiara. Czy wiedzą, kiedy po raz pierwszy doświadczyliśmy Bożej łaski? Czy słyszały o modlitwach, na które Bóg odpowiedział, o sytuacjach, w których nas prowadził, ratował i dawał siłę? Czy znają historie, w których zobaczyliśmy Jego obecność wtedy, gdy po ludzku nie widzieliśmy już żadnego rozwiązania? Czy potrafimy wskazać konkretne chwile, które stały się dla nas dowodem Bożej wierności?

Psalmista Asaf przypomina ludowi Bożemu, że takie wspomnienia nie mogą zostać zachowane wyłącznie dla siebie. Wzywa, aby nie zatajać przed dziećmi tego, co słyszeli ich ojcowie, lecz opowiadać następnym pokoleniom „chwalebne czyny Pana i moc jego oraz cudowne dzieła, których dokonał” (Ps 78:4). Dalej mówi, że wszystko to ma służyć temu, aby następne pokolenie poznało Boga, pokładało w Nim nadzieję i nie zapominało o Jego dziełach. Jest to niezwykle ważna odpowiedzialność, ponieważ wiara nie jest czymś, co możemy po prostu założyć, że nasze dzieci odziedziczą. Możemy przekazać im wiedzę, możemy nauczyć je słów, możemy pokazać im drogę, ale musimy również opowiadać o tym, czego sami doświadczyliśmy z Bogiem.

Asaf ostrzega, że zaniedbanie tego obowiązku może sprawić, iż następne pokolenie stanie się podobne do swoich ojców – „pokoleniem przekornym i niewiernym, pokoleniem niestałego serca, którego duch nie był wierny Bogu” (Ps 78:8). Nie chodzi więc jedynie o zachowanie rodzinnych wspomnień. Chodzi o coś znacznie głębszego: o przekazanie świadectwa Bożej wierności.

Dlatego nie nakłaniam tutaj do obchodzenia konkretnych rocznic historycznych. Tym powinni zajmować się rodzice, nauczyciele i ci, którzy odpowiadają za kształtowanie pamięci historycznej. Chcę jedynie, korzystając z okazji tej rocznicy, przypomnieć o czymś, co wydaje mi się znacznie ważniejsze. Tak jak naród potrzebuje pamiętać o wydarzeniach, które ukształtowały jego historię, tak człowiek wierzący powinien pamiętać o wydarzeniach, przez które Bóg prowadził jego życie.

Może warto więc dzisiaj zadać sobie pytanie: co moje dzieci będą kiedyś pamiętać z mojej wiary? Czy pozostaną im tylko obrazy rodziców chodzących do kościoła, czytających Biblię i modlących się, czy też będą znały historie o tym, jak Bóg odpowiadał na nasze modlitwy, jak przeprowadzał nas przez trudne chwile i jak Jego obecność była dla nas rzeczywistością? Czy będziemy mieli im coś opowiedzieć o Bożej łasce, przebaczeniu, prowadzeniu i wierności?

Każdy z nas ma przecież w swoim życiu takie chwile, które warto zachować jak kamienie wyjęte z dna Jordanu. Mogą to być wydarzenia, które w danym momencie wydawały się zwyczajne, ale po latach dostrzegamy w nich Bożą rękę. Mogą to być trudne doświadczenia, przez które przechodziliśmy z lękiem, a które później stały się świadectwem Bożej obecności. Mogą to być modlitwy, których odpowiedź przyszła zupełnie inaczej, niż oczekiwaliśmy, albo sytuacje, w których dopiero po wielu latach zrozumieliśmy, dlaczego Bóg prowadził nas właśnie taką drogą.

Mój ojciec pozostawił mi takie kamienie pamięci. Nie są wykonane z kamienia i nie stoją nad Jordanem. Są zapisane w mojej pamięci i w opowieściach, które słyszałem od niego. Kiedy dzisiaj wspominam jego ucieczkę z transportu, jego modlitwę w Baranowiczach, ukrywanie się w kopcu z ziemniakami, powojenną tułaczkę i troskę o rodzinę, widzę w tych wydarzeniach nie tylko historię człowieka, który przeżył trudne czasy. Widzę również świadectwo człowieka, który nauczył się ufać Bogu i który do końca życia pamiętał, że w najtrudniejszych chwilach nie był sam.

Być może właśnie dlatego tak bardzo potrzebujemy pamięci. Nie po to, aby żyć przeszłością, lecz aby wiedzieć, skąd przyszliśmy i komu zawdzięczamy to, że jesteśmy tutaj. Historia może ostrzegać, uczyć i przypominać. Jednak dla człowieka wierzącego pamięć ma jeszcze jeden wymiar – pozwala spojrzeć wstecz i dostrzec w minionych wydarzeniach obecność Boga.

17 września 1939 roku jest dla mnie więc nie tylko datą historyczną. Jest również częścią rodzinnej pamięci. Ta rocznica jest związana z historią mojego ojca, z jego strachem, ucieczką, modlitwą i późniejszym życiem. A poprzez jego historię stał się również częścią mojego własnego świadectwa.

Życzę każdemu z nas wielu doświadczeń obecności Pana i wielu powodów, aby Mu dziękować. Życzę również, abyśmy nie pozwolili, by te doświadczenia zaginęły wraz z upływem czasu, lecz zachowali je w pamięci i przekazali naszym dzieciom oraz kolejnym pokoleniom. Niech pozostaną po nas nie tylko wspomnienia o tym, kim byliśmy i co robiliśmy, ale przede wszystkim świadectwo tego, co Bóg uczynił w naszym życiu.

Bo pamięć o człowieku kiedyś przeminie, lecz świadectwo Bożej wierności może zostać przekazane dalej.

Henryk Hukisz

Tuesday, September 8, 2026

Wonność Chrystusa

Jednym z najbardziej znanych wydarzeń z okresu wędrówki Izraela przez pustynię była wizyta dwunastu zwiadowców w Ziemi Obiecanej. O szpiegach śpiewają już dzieci – o tym, że tylko dwóch z nich okazało się bohaterami, ponieważ zaufali Bogu bardziej niż własnym oczom. Ta historia niesie ze sobą głębokie przesłanie dla naszego codziennego życia chrześcijańskiego.

W ciągu pierwszego roku drogi do ziemi „mlekiem i miodem płynącej” Izraelici doświadczyli całej serii cudów. Bóg dał im wodę na pustyni, zdejmując z ich barków niewyobrażalny ciężar noszenia zapasów w bukłakach. Gdy byli głodni, codziennie karmił ich świeżą manną. Kiedy zapragnęli mięsa, dostarczył im przepiórki – dziś wykwintny rarytas w ekskluzywnych restauracjach.

Pod górą Synaj otrzymali Dziesięć Przykazań – prawo pozwalające zachować świętość i zbliżyć się do Boga. Mieli już Namiot Spotkania, nad którym unosił się obłok chwały świadczący o Jego obecności. Wewnątrz spoczywała Arka Przymierza – ta sama, przed którą pogańskie bożki rozpadały się w pył. Do celu brakowało zaledwie kilkudziesięciu mil na północ. Wystarczyło wejść do Ziemi Obiecanej od południa i zamieszkać w niej na zawsze, ciesząc się jej obfitością.

Gdy obóz wyruszał spod Synaju, Bóg Sam przygotowywał miejsca kolejnych postojów, posyłając Arkę na czele ludu: „Arka Przymierza PANA szła przed nimi, by znaleźć dla nich miejsce postoju” (Lb 10:33). Niestety, zamiast ufności i posłuszeństwa, szybko pojawiło się kolejne narzekanie. Blizny po biczach egipskich dozorców jeszcze dobrze nie zaschły, a ludziom znów zapragnęło się dawnych smaków. Mówili: „Pamiętamy ryby, które darmo mogliśmy jadać w Egipcie, ogórki, melony, pory, cebulę i czosnek” (Lb 11:5). W efekcie, zamiast spokojnego odpoczynku, „ogień PANA zapalił się przeciw nim i pochłonął obrzeża obozu” (Lb 11:1). Boże serce z pewnością się zasmuciło – Bóg wiedział, jak wiele dobra już im wyświadczył i co pięknego przygotował dla nich w ziemi obiecanej Abrahamowi. Mimo to odpowiedział Mojżeszowi: „Czy ręka PANA jest za krótka? Teraz zobaczysz, czy Moje słowo spełni się, czy też nie” (Lb 11:23).

Aby dodać ludowi otuchy i zachęcić go przed ostatecznym krokiem, Bóg postanowił pokazać im cel ich podróży. Rzekł do Mojżesza: „Wyślij ludzi i niech zbadają ziemię Kanaan, którą daję Izraelitom. Wyślijcie po jednym z każdego plemienia – samych przywódców” (Lb 13:2). Przypomina to obraz dziecka stojącego przed witryną sklepu ze słodyczami tuż przed otwarciem. Wystarczy chwila cierpliwości, by wejść do środka i rozkoszować się wszystkimi wspaniałościami.

Wybrani liderzy weszli do Ziemi Obiecanej i przemierzyli ją wzdłuż i wszerz – aż po ośnieżone szczyty w okolicach Hebronu. W dolinie Eszkol zobaczyli tak bujną roślinność i gigantyczne owoce, że „odcięli gałąź z jedną kiścią winogron i nieśli ją we dwóch na drągu. Zabrali także trochę jabłek granatu oraz fig” (Lb 13:23). Dostrzegli jednak coś jeszcze: potężne, warowne miasta oraz zamieszkujących je olbrzymów.

Po powrocie zwiadowcy złożyli raport. Najpierw pokazali przyniesione plony i potwierdzili słowa Boga: „Udaliśmy się do ziemi, do której nas posłałeś, i rzeczywiście jest to ziemia mlekiem i miodem płynąca, a takie są jej owoce” (Lb 13:27). Gdy jednak wspomnieli o potężnych synach Anaka, wśród słuchaczy wybuchła panika. Kaleb natychmiast próbował podnieść lud na duchu: „Gdy wyruszymy, weźmiemy ją w posiadanie, bo z pewnością zdołamy ją zająć” (Lb 13:30). Ale dziesięciu pozostałych zwiadowców wciąż miało przed oczami jedynie uzbrojonych gigantów na murach. Oświadczyli przerażeni: „Wydawało się nam, że przy nich jesteśmy mali jak szarańcza. Za takich również oni nas uważali” (Lb 13:33).

W tekście oryginalnym mowa jest o pasikonikach – wyjątkowo płochliwej odmianie szarańczy. Entomolodzy opisują te owady jako płochliwe stworzenia, które przyjmują barwy otoczenia, by utrzymać się w ukryciu, a w stanie zagrożenia uciekają, wydzielając nieprzyjemny zapach.

Jozue i Kaleb konsekwentnie próbowali obudzić w ludzie wiarę: „Ziemia, którą przemierzyliśmy, aby przeprowadzić zwiad, to wspaniała ziemia. Jeśli PAN nam sprzyja, to wprowadzi nas do niej i nam ją da. Tylko nie buntujcie się przeciwko PANU ani nie bójcie się ludu tej ziemi, ponieważ go pochłoniemy. Ich ochrona już z nich opadła, a PAN jest z nami!” (Lb 14:7–9). Zamiast opamiętania i uznania Bożych obietnic, odpowiedź tłumu była agresywna – w stronę Jozuego i Kaleba poleciały kamienie.

Postawę dziesięciu zwiadowców można nazwać „kompleksem pasikonika”. To postawa serca oparta wyłącznie na tym, co widzą fizyczne oczy, z ignorowaniem tego, co mówi Słowo Boże. Choć trudne fakty bywają prawdziwe, wiara widzi więcej – dostrzega obecność Boga i Jego moc do spełnienia obietnic. Wszak „wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, dowodem istnienia rzeczy, których nie widzimy” (Hbr 11:1).

Człowiek z „kompleksem pasikonika” widzi jedynie przeszkody nie do pokonania. Nawet jeśli zna obietnice Boga, zaraz dodaje słynne: „tylko że...” (Lb 13:28). Taka postawa paraliżuje, zmusza do ucieczki do kryjówki i zamiast świadectwa Bożej mocy roztacza wokół jedynie „zapach strachu”. Prowadzi to wprost do tragicznych deklaracji: „Wybierzmy sobie wodza i wracajmy do Egiptu!” (Lb 14:4). W takich momentach fałszywi liderzy pojawiają się błyskawicznie – nie ma dla nich znaczenia, dokąd prowadzą, byle tylko sprawować władzę. Apostoł Paweł ostrzegał Tymoteusza przed ludźmi o wypaczonym umyśle i niesprawdzonym w wierze, dodając: „Ale daleko nie zajdą, bo ich głupota stanie się jawna dla wszystkich” (2 Tm 3:8–9). Niestety, gdy ta głupota wychodzi na jaw, na powrót często bywa już za późno.

Bóg nie mógł zostawić tak negatywnego świadectwa o Sobie na oczach innych narodów. Wydał jednoznaczny wyrok: ten, kto Mu nie ufa, „nie zobaczy ziemi, którą przysięgłem ich ojcom. Nie zobaczy jej żaden z tych, którzy Mną wzgardzili” (Lb 14:23). Za czterdzieści dni zwiadu lud zapłacił czterdziestoma latami tułaczki po pustyni. Żaden z dorosłych, którzy wyszli z Egiptu, nie wszedł do Ziemi Obiecanej – wyjątkiem byli jedynie dwaj wierni zwiadowcy. Cena niewiary okazuje się wysoce dotkliwa.

Jozue i Kaleb zyskali natomiast Boże uznanie. Jozue, jako następca Mojżesza, wprowadził naród przez Jordan do obiecanej ziemi. Kaleb w nagrodę otrzymał górzysty teren wokół Hebronu – obszar, na którym wciąż mieszkali Anakici. Mając osiemdziesiąt pięć lat, wciąż pełen sił i wiary, prosił Jozuego: „Daj mi więc ten górzysty teren, o którym mówił wtedy PAN. Słyszałeś sam, że żyją tam Anakici, a miasta są wielkie i warowne. Jeśli PAN będzie ze mną, wytępię ich, tak jak zapowiedział” (Joz 14:12).

Wybór należy do nas, możemy iść śladami bohaterów wiary albo ulec „kompleksowi pasikonika”. Od tego wyboru będzie zależało, czy nasze życie będzie świadectwem wiary, czy pozostawimy niemiły zapach tchórzliwego pasikonika.

Uważam, że ten obraz miał na uwadze apostoł Paweł, gdy pisał: „Jesteśmy bowiem wonnością Chrystusa dla Boga wśród tych, którzy dostępują zbawienia, jak i wśród tych, którzy idą na zatracenie. Dla jednych jest to zapach śmierci ku śmierci, dla drugich zapach życia ku życiu” (2 Kor 2:15,16). W ujęciu duchowym nasze życie i głoszenie Ewangelii zawsze wywołują reakcję w naszym otoczeniu.

Henryk Hukisz

Saturday, September 5, 2026

Człowiek z Gerazy

Spotkanie Jezusa z opętanym w krainie Gerazeńczyków (Mk 5,1–20) to wstrząsający, a zarazem zachwycający obraz tego, co łaska zbawienia czyni z człowiekiem pogrążonym w mroku grzechu i niewoli. Ewangeliczny epizod nie jest jedynie historycznym zapisem egzorcyzmu; to głęboki obraz Chrystusa, który zstępuje w najciemniejsze otchłanie ludzkiej egzystencji, by z chaosu, ruin i zbezczeszczenia wyprowadzić życie ku pełnej harmonii, aby nadać mu sens i obdarować wewnętrznym pokojem.

Wypędzanie złych duchów przez Chrystusa nie miało charakteru widowiskowego pokazu. Było czytelnym znakiem nadejścia nowej ery: „Jeżeli natomiast Ja wypędzam demony mocą Ducha Bożego, to rzeczywiście nadeszło już do was Królestwo Boga”  (Mt 12,28).

Gdy Jezus przekracza Jezioro Galilejskie i staje na pogańskim brzegu, naprzeciw Niego wychodzi człowiek będący uosobieniem totalnego chaosu. Opętany przez „ducha nieczystego” (pneuma akatharton), żyje pośród grobowców – w przestrzeni śmierci, odrzucenia i ciągłej nieczystości. Jego codzienność to ciągły krzyczący ból, agresja i samookaleczanie kamieniami. Żadne ludzkie więzy ani spętanie nie są w stanie zatrzymać jego destrukcji. To przejmujący obraz grzesznika, który oddzielony od Boga zatraca własną godność: jego dusza staje się chaotyczną przestrzenią, w której wielość niszczycielskich sił – wręcz „Legion” bezimiennych lęków, zniewoleń i namiętności – targa nim w różne strony, pozbawiając go wolnej woli i zdolności do budowania relacji ze wspólnotą.

W tę przestrzeń mroku i egzystencjalnej dezintegracji wkracza Chrystus. Istotą Ewangelii nie jest badanie siły zła ani uleganie sensacyjnej fascynacji demonologią. Złe duchy nie mają tu nic do powiedzenia; truchleją w obecności Syna Bożego, ulegając Jego suwerennej władzy. Słowo Jezusa – czyste, proste i pełne mocy – rozbija mury niewoli. Boża Świętość nie ulega skażeniu otaczającą nieczystością, lecz wnikając w serce ciemności, pochłania ją i unicestwia.

Prawdziwy cud zbawienia objawia się w pełni dopiero po wypędzeniu nieczystych sił. Mieszkańcy miasta, zwabieni wieścią o tym wydarzeniu, zastają widok, który zdumiewa bardziej niż sama demonstracja mocy: człowiek, który dotąd wył w grobach i budził powszechny strach, „siedzi ubrany i przy zdrowych zmysłach”  (Mk 5,15) u stóp Jezusa.

Słowo użyte przez Ewangelistę na określenie tego stanu – σωφρονοῦντα (sōphronounta) – odsłania najgłębszy wymiar Chrystusowej mocy. Oznacza ono umysł przywrócony do trzeźwości, zrównoważony, zdolny do właściwego osądu i moralnej jasności. Łaska zbawienia nie pozostawia w człowieku emocjonalnego chaosu ani duchowej pustki. Zbawczy dotyk Chrystusa wnosi ułożenie, spójność i wewnętrzną dojrzałość. Człowiek, który był rozbity na tysiące kawałków, odzyskuje swoją tożsamość, odzienie godności i jasność widzenia świata.

Ta przemiana jest żywym obrazem przejścia ze śmierci do życia, z niewoli grzechu do wolności dzieci Bożych. Jezus nie tylko wyzwala od ciężaru zła, ale natychmiast włącza wyzwolonego w nową misję. Odzyskanemu dla życia człowiekowi daje powołanie: „Wracaj do domu, do swoich, i opowiedz im, co Pan uczynił dla ciebie i jak okazał ci miłosierdzie” (Mk 5,19). W ten sposób ten, który był symbolem zniszczenia, staje się pierwszym zwiastunem nadziei, wnoszącym światło Boże tam, gdzie dotąd panował mrok.

Doświadczenie opętanego z Gerazy nie jest jedynie odległym epizodem z kart Ewangelii – to uniwersalny wzorzec tego, co dzieje się we wnętrzu człowieka, kiedy dotyka go łaska nawrócenia. Każdy z nas, na różny sposób i w różnym natężeniu, doświadcza w życiu stanów wewnętrznego rozbicia, chaotycznych myśli, lęków czy zniewoleń, które przypominają ów ewangeliczny „stan przed spotkaniem z Chrystusem”.

Rozważając to przejście w wymiarze osobistym i codziennym, można dostrzec kilka kluczowych etapów odzyskiwania pokoju serca.

Często żyjemy w przeświadczeniu, że musimy sami uporządkować własny chaos, zanim zbliżymy się do Boga. Człowiek z Gerazy nie był w stanie sam się uspokoić ani przyoblec w szaty. Pierwszym krokiem do odzyskania pokoju jest stanie w prawdzie przed Chrystusem z całym swoim skomplikowaniem – z lękami, uzależnieniami, nawracającymi słabościami i poczuciem winy. Zamiast ukrywać swoje ograniczenia, pozwalamy, aby Jezus wszedł w sam środek naszej nieczystości i wewnętrznej ciemności.

Zanim ten człowiek zaczął cokolwiek robić czy głosić, wpierw siedział u stóp Jezusa. W codziennym życiu odzyskiwanie trzeźwości ducha (sōphrosynē) zaczyna się od zatrzymania. W świecie pełnym bodźców i ciągłego szumu, pokój serca rodzi się w modlitwie, w przestrzeni milczenia, gdzie pozwalamy słowu Boga wyciszyć nasze wewnętrzne głosy i uporządkować priorytety. Uczenie się trwania w obecności Chrystusa stopniowo leczy naszą psychikę i ducha.

Ewangelia podkreśla, że uwolniony człowiek był „ubrany”. Odzienie w języku biblijnym symbolizuje godność i status. Nawrócenie to nie tylko odrzucenie grzechu, ale przede wszystkim uznanie prawdy o tym, kim naprawdę jesteśmy – umiłowanymi dziećmi Bożymi. Zamiast ciągłego biczowania się własną przeszłością (jak owe kamienie, którymi ranił się opętany), zaczynamy patrzeć na siebie oczami Chrystusa: z miłosierdziem, szacunkiem i nadzieją.

Jezus nie pozwala wyzwolonemu człowiekowi uciec od dawnego środowiska – posyła go do jego własnego domu i bliskich. Nasze dawne słabości, zranienia czy przebyte kryzysy, po dotknięciu przez Bożą łaskę, przestają być powodem do wstydu, a stają się źródłem autentycznego świadectwa. Naszą osobista korzyścią jest wewnętrzna harmonia i „zdrowe zmysły” nie są więc jednorazowym stanem emocjonalnym, ale owocem codziennej relacji z Tym, który ma moc uciszyć każdą burzę w naszym sercu.

Człowiek, który sam doświadczył wyjścia z mroku, ma największą wrażliwość i zdolność do niesienia nadziei innym, którzy wciąż walczą o swój wewnętrzny pokój. Natomiast to najbardziej zaskakuje w tej historii, to postawa świadków tego cudu łaski.

Reakcja mieszkańców Gerazy (Mk 5,14–17) stanowi najbardziej dramatyczny i niepokojący zwrot w całej narracji. Gdy wieść o niezwykłym wydarzeniu dociera do miasta i okolicznych wsi, tłum przybywa na miejsce nie po to, by świętować odzyskanie człowieka, ale by stanąć w obliczu rzeczywistości, która głęboko ich przeraża. Widok, który zastają, wstrząsa ich dotychczasowym światem. Oto człowiek, który od lat był uosobieniem chaosu, wył w grobach i ciął się kamieniami, teraz siedzi ubrany i przy zdrowych zmysłach u stóp Jezusa. Słowo Boże przyniosło ład w miejsce zamętu, przywracając temu człowiekowi trzeźwość i wewnętrzną harmonię ducha. Mogłoby się wydawać, że taki widok wywoła falę wdzięczności i zachwytu. Tymczasem Ewangelia opisuje reakcję zdumiewająco chłodną i pełną lęku: „Wtedy zaczęli Go prosić, aby odszedł z ich okolicy” (Mk 5,17).

U podstaw tego lęku leży świadomość, że przyjęcie Chrystusa i Jego łaski nie jest darmową atrakcją, lecz wymaga osobistej decyzji, która okazuje się niezwykle kosztowna. Widzialną ceną interwencji Chrystusa stała się strata stada dwóch tysięcy świń, które zginęły w falach jeziora. Dla pogańskiej społeczności Gerazy świnie reprezentowały konkretny majątek, stabilność ekonomiczną i dotychczasowy porządek gospodarczy. Mieszkańcy dostrzegają niebezpieczny dla nich mechanizm: obecność Chrystusa narusza ich doczesne zabezpieczenia, a zbawienie jednego człowieka zniszczyło ich źródło zysku. Lęk przed Chrystusem staje się lękiem przed utratą tego, na czym dotąd opierali swoje poczucie bezpieczeństwa. Boją się, że jeśli pozwolą Mu zostać, Jego świętość zażąda od nich dalszych wyrzeczeń, przewartościowania biznesu, nawyków i sprawdzonych form życiowej wygody.

Co więcej, przemiana opętanego wymuszała na społeczności natychmiastową zmianę postaw. Nie można już było spychać tego człowieka na margines. Należało przyjąć go z powrotem, wybaczyć dawne krzywdy, zburzyć etykiety i podjąć trud budowania z nim dojrzałych relacji. Osobista decyzja o pójściu za Chrystusem wymagałaby od każdego z nich porzucenia własnej nieczystości, obłudy i moralnych kompromisów. Zobaczywszy, z jaką łatwością Jezus rozbija potęgę nieczystego ducha, zrozumieli, że w Jego obecności żaden grzech ani brak miłości nie pozostanie ukryty.

Ceną obecności Chrystusa jest prawda, a prawda bywa dla ludzkiego serca najbardziej kosztowna. Wybierając spokój swoich portfeli i przewidywalność dotychczasowego życia, mieszkańcy wybierają znany, bezpieczny mrok. Wolą żyć w świecie, gdzie zło jest oswojone, a człowiek cierpi na uboczu, niż ponieść cenę ewangelicznej przemiany.

W końcu Jezus nie narzuca się ze swoją miłością. Wchodzi do łodzi i odpływa, szanując wolność ludzi, dla których cena Jego łaski okazała się zbyt wysoka.

Henryk Hukisz

Friday, September 4, 2026

Wolni na zawsze

Jedną z największych zdobyczy ludzkości jest wolność — wartość, której należy bronić za wszelką cenę. Niestety, także dzisiaj wielu niewinnych ludzi ginie dlatego, że zostali wysłani na fronty wojen, aby bronić wolności politycznej swoich narodów. Istnieje jednak wolność znacznie ważniejsza od każdej wolności politycznej czy społecznej. Dla mnie jest nią wolność w Chrystusie.

Apostoł Paweł stanął w obronie tej wolności już u początków Kościoła, kiedy pojawiło się poważne zagrożenie: nauczanie, że człowiek uwolniony przez Chrystusa powinien powrócić pod jarzmo Zakonu. Paweł poświęcił temu zagadnieniu szczególnie dużo miejsca w Liście do Galacjan. Kluczowe słowa brzmią: „Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli” (Ga 5:1).

Skoro zostaliśmy uwolnieni przez Chrystusa, powinniśmy tej wolności strzec i świadomie z niej korzystać. Już w czasach apostolskich była ona zagrożona z wielu stron. Diabeł — odwieczny przeciwnik Boga — mimo że został pokonany przez Chrystusa na Golgocie, nie rezygnuje ze swoich podstępnych działań. Nadal próbuje ograbiać wierzących z wolności, którą otrzymali w Chrystusie.

Jest przecież kłamcą. Nic więc dziwnego, że próbuje wmówić człowiekowi wierzącemu, iż jego wolność jest niewystarczająca i że musi zostać ponownie „wyzwolony”, ponieważ ciążą na nim jakieś przekleństwa, związki duchowe czy okultystyczne obciążenia odziedziczone po przodkach. Powstaje więc pytanie: Czy można wyzwalać ludzi, którzy już zostali wyzwoleni w Chrystusie?

Zadaję to pytanie świadomie, ponieważ coraz częściej pojawiają się różne poglądy, szkoły, konferencje i techniki „uwalniania” ludzi, którzy wcześniej uwierzyli w Chrystusa i zostali przez Niego wyzwoleni. Zanim jednak odpowiemy na pytanie, czy potrzebujemy kolejnego uwolnienia, powinniśmy odpowiedzieć na inne, znacznie bardziej podstawowe pytanie: Na czym właściwie polega wolność w Chrystusie?

Źródłem poznania tej wolności jest Pismo Święte — i nic więcej. Żadne efektowne nauki, choćby brzmiały niezwykle przekonująco i duchowo, nie są w stanie zastąpić tego, co Bóg już objawił w swoim Słowie. Mogą natomiast zawładnąć naszym umysłem, wzbudzić lęk i doprowadzić do niepotrzebnych rozterek duchowych. Dlatego warto wrócić do początku.

Na początku swojej publicznej służby, po odparciu pokuszenia diabła w mocy Ducha Świętego, Jezus wszedł do synagogi w Nazarecie. Otworzył zwój proroka Izajasza i przeczytał: „Duch Pański nade mną, przeto namaścił mnie, abym zwiastował ubogim dobrą nowinę, posłał mnie, abym ogłosił jeńcom wyzwolenie, a ślepym przejrzenie, abym uciśnionych wypuścił na wolność” (Łk 4:18).

Warto zwrócić uwagę na słowo „wolność”. Misją Chrystusa było bowiem wyzwolenie człowieka z niewoli grzechu i jego konsekwencji. W tekście greckim użyte jest tutaj słowo aphesis — oznaczające uwolnienie, wypuszczenie, darowanie czy odpuszczenie. W kontekście grzechu wskazuje więc na rzeczywiste uwolnienie człowieka od jego winy.

I właśnie tutaj znajduje się fundament chrześcijańskiej wolności. Nie chodzi o chwilowe doświadczenie, emocjonalne przeżycie ani o serię kolejnych rytuałów mających człowieka „uwalniać”. Chodzi o to, czego dokonał Chrystus.

W Wieczerniku, ustanawiając Nowe Przymierze, Jezus wypowiedział słowa, które zmieniły sposób rozumienia Bożego planu zbawienia: „Albowiem to jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów” (Mt 26:28). Także tutaj pojawia się słowo aphesis — odpuszczenie, darowanie grzechów.

Chrystus nie przyszedł więc jedynie poprawić ludzkiego życia. Przyszedł uwolnić człowieka z niewoli grzechu. Jego krew jest podstawą tego uwolnienia. Wolność od winy i od potępienia, jakie niesie ze sobą grzech, stanowi fundament Nowego Przymierza. Dlatego po swoim zmartwychwstaniu, w odniesieniu do uczniów, Jezus „otworzył im umysły, aby mogli zrozumieć Pisma” (Łk 24:45), a następnie powiedział: „Jest napisane, że Chrystus miał cierpieć i trzeciego dnia zmartwychwstać i że, począwszy od Jerozolimy, w imię jego ma być głoszone wszystkim narodom upamiętanie dla odpuszczenia grzechów” (Łk 24:46–47). Ponownie pojawia się tutaj aphesis — odpuszczenie grzechów, czyli uwolnienie człowieka od winy.

Kiedy więc w dniu Pięćdziesiątnicy ludzie, którzy usłyszeli zwiastowanie Piotra, zapytali: „Co mamy czynić, mężowie bracia?” (Dz 2:37). Piotr odpowiedział zgodnie z nauką Chrystusa: „Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego” (Dz 2:38). Także tutaj odpuszczenie grzechów jest wyrażone słowem aphesis.

Nie znajdujemy tu jednak wezwania do późniejszego, wielokrotnego odzyskiwania tego samego uwolnienia. Fundamentem jest upamiętanie, wiara w Chrystusa, odpuszczenie grzechów i dar Ducha Świętego.

Kiedy Paweł dotarł z Ewangelią do Antiochii Pizydyjskiej, wszedł do synagogi i zwiastował Chrystusa. Po przedstawieniu historii zbawienia i wskazaniu na Jezusa jako obiecanego Mesjasza doszedł do sedna swojej nauki: „Niechże więc będzie wam wiadome, mężowie bracia, że przez tego zwiastowane wam bywa odpuszczenie grzechów i że w nim każdy, kto wierzy, bywa usprawiedliwiony w tym wszystkim, w czym nie mogliście być usprawiedliwieni przez zakon Mojżesza” (Dz 13:38–39). Paweł nie mógł zwiastować innej wolności niż ta, którą daje Chrystus. Choć nie należał do grona Dwunastu, sam Chrystus powołał go do służby. Paweł usłyszał: „Wybawię cię od ludu tego i od pogan, do których cię posyłam, aby otworzyć ich oczy, odwrócić od ciemności do światłości i od władzy szatana do Boga, aby dostąpili odpuszczenia grzechów i przez wiarę we mnie współudziału z uświęconymi” (Dz 26:17–18). Zwróćmy uwagę na kolejność: od ciemności do światłości, od władzy szatana do Boga, od winy do odpuszczenia grzechów.

To jest właśnie wolność, którą przynosi Chrystus.

Ta sama prawda stała się osią sporu, który Paweł opisuje w Liście do Galacjan. Galacjanie uwierzyli w Chrystusa, lecz później pojawili się ludzie, którzy próbowali przekonać ich, że samo dzieło Chrystusa nie wystarcza i że muszą powrócić pod jarzmo Zakonu. Paweł stanowczo sprzeciwia się takiemu nauczaniu. Wspomina między innymi Tytusa, Greka, którego próbowano zmusić do obrzezania: „Nie bacząc na fałszywych braci, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli, aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie, żeby nas podbić w niewolę” (Ga 2:4). To niezwykle ważne słowa.

Fałszywi bracia nie próbowali pozbawić chrześcijan religijności. Próbowali pozbawić ich wolności w Chrystusie. I właśnie dlatego Paweł tak zdecydowanie sprzeciwia się każdemu nauczaniu, które człowieka uwolnionego przez Chrystusa ponownie umieszcza pod jarzmem.

Wolność w Chrystusie jest darem łaski. Otrzymujemy ją przez upamiętanie i wiarę w usprawiedliwienie, którego podstawą jest dokonana przez Chrystusa ofiara. Paweł pisał do wierzących w Efezie: „W nim mamy odkupienie przez krew jego, odpuszczenie grzechów, według bogactwa łaski jego” (Ef 1:7). To nie człowiek wypracowuje swoją wolność. Nie zdobywa jej dzięki kolejnym duchowym doświadczeniom. Nie musi jej sobie zapewniać za pomocą specjalnych technik. Ojciec „uczynił nas zdolnymi do uczestniczenia w dziedzictwie świętych w światłości” i „wyrwał nas z mocy ciemności, i przeniósł do Królestwa Syna swego umiłowanego, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów” (Kol 1:12–14).

To jest obraz człowieka, który został przeniesiony z jednego królestwa do drugiego. Z ciemności do światłości. Z niewoli do wolności. Spod władzy szatana pod panowanie Chrystusa.

Co więc zrobić, kiedy ktoś mówi nam, że ciąży na nas jakieś stare przekleństwo? Że jesteśmy związani praktykami naszych przodków? Że ponieważ prababcia zajmowała się wróżbiarstwem, my również potrzebujemy specjalnego uwolnienia? Jeżeli człowiek przez wiarę należy do Chrystusa, jego odpowiedzią nie powinien być strach, lecz zaufanie Bożemu Słowu. Pismo mówi: „Bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia” (Hbr 9:22).

A Chrystus już przelał swoją krew. Dlatego nie potrzebujemy szukać innej ofiary, innego źródła wolności ani kolejnego duchowego pośrednika, który miałby uwolnić nas z tego, z czego Chrystus już nas uwolnił.

Nie oznacza to oczywiście, że wierzący nie doświadcza pokus, duchowych zmagań czy konsekwencji własnych grzechów. Chrześcijanin nadal potrzebuje pokuty, uświęcenia, posłuszeństwa i codziennego chodzenia z Chrystusem. Czym innym jest jednak walka o świętość, a czym innym przekonanie, że dzieło Chrystusa pozostawiło nas pod jakąś duchową niewolą, którą trzeba później usunąć za pomocą dodatkowych technik.

Chrystus nie dokonał połowicznego dzieła. Zostaliśmy uwolnieni raz na zawsze. Autor Listu do Hebrajczyków mówi o Chrystusie: „On złożył raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy, usiadł po prawicy Bożej, oczekując teraz, aż nieprzyjaciele jego położeni będą jako podnóżek stóp jego. Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni” (Hbr 10:12–14). To właśnie tutaj znajduje się bezpieczeństwo naszej wolności. Nie w technikach uwalniania. Nie w poszukiwaniu kolejnych duchowych doświadczeń. Nie w lęku przed tym, co mogło wydarzyć się w historii naszej rodziny. Nasza wolność ma swoje źródło w Chrystusie i w Jego dokonanym dziele.

Dlatego Paweł mówi: „Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli” (Ga 5:1).

Wolność można jednak źle wykorzystać. Można używać jej jako pretekstu do życia według ciała i własnych pragnień. Wolność w Chrystusie nie oznacza wolności od Boga, lecz wolność dla Boga. „Pan jest Duchem; gdzie zaś Duch Pański, tam wolność” (2 Kor 3:17).

Henryk Hukisz

Sunday, August 30, 2026

YouTube na Areopagu

Łukasz, opisując pobyt apostoła Pawła w Atenach, zamieszcza pozornie prostą uwagę, która jednak bardzo trafnie ukazuje atmosferę tego miasta: „Wszyscy zaś Ateńczycy i przybysze tam mieszkający nie zajmowali się niczym innym, jak tylko mówieniem lub słuchaniem czegoś nowego” (Dz 17,21).

Mieszkańcy Aten lubili mówić i słuchać. Interesowały ich nowe idee, nowe poglądy i nowe nauki. Ich uwagę przyciągało wszystko, co było nowe i nieznane. Można odnieść wrażenie, że samo słuchanie nowinek stało się dla nich sposobem spędzania czasu. Chcieli wiedzieć, co jeszcze można wiedzieć o świecie, bogach, człowieku i życiu.

W takim właśnie środowisku znalazł się apostoł Paweł.

Jego pojawienie się w Atenach mogło zostać potraktowane jako pojawienie się kolejnego nauczyciela, który przynosi jakąś nową naukę. Łukasz rzeczywiście zauważa, że niektórzy Ateńczycy mówili o Pawle: „Zdaje się, że jest zwiastunem obcych bogów” (Dz 17,18). Byli gotowi go wysłuchać, ponieważ przypuszczali, że ma do powiedzenia coś, czego jeszcze nie znali.

Paweł jednak nie przychodzi na ateński Areopag jako dostawca religijnych nowinek. Nie staje przed nimi po to, aby zaprezentować własną filozofię Boga ani przedstawić swoją osobistą koncepcję religii. Nie przychodzi również po to, aby dopasować przesłanie Ewangelii do gustu swoich słuchaczy. Przychodzi jako zwiastun Chrystusa.

W Dz 17,23 mówi: „To więc, co czcicie, nie znając, to ja wam zwiastuję”. Używa tutaj słowa καταγγέλλω (katangellō), które oznacza ogłaszać, obwieszczać, publicznie zwiastować. Paweł nie mówi: „Opowiem wam, co ja myślę o Bogu”. Nie przedstawia własnej opinii jako religijnej prawdy. Mówi: „To ja wam zwiastuję”.

To jest zasadnicza różnica między prawdziwym zwiastowaniem a przekazywaniem własnych religijnych przemyśleń. Kaznodzieja nie jest autorem przesłania. Jest jego heroldem. Herold w świecie starożytnym nie tworzył wiadomości, którą miał ogłosić. Otrzymywał ją od władcy i miał ją wiernie przekazać. Mógł mieć własny głos i własny sposób mówienia, ale nie miał prawa zmieniać treści otrzymanego orędzia.

Tak samo jest z kerygmatem. Greckie κήρυγμα (kērygma) oznacza obwieszczenie, proklamację, zwiastowanie. Kazanie nie jest opowiadaniem własnych przemyśleń na temat Boga. Nie jest religijnym komentarzem, który kaznodzieja tworzy według własnego uznania. Jest ogłoszeniem tego, co zostało mu powierzone.

Dlatego Paweł, przemawiając do Ateńczyków, nie dostarczał im kolejnej porcji informacji przeznaczonej do zaspokojenia ich ciekawości. On skonfrontował ich z prawdą o Bogu.

Paweł mówił o Bogu, który stworzył świat i wszystko, co na nim istnieje. Mówił o Bogu, który jest Panem nieba i ziemi i który „nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką”. Mówił o Bogu, któremu nie służy się ludzkimi rękoma, „jak gdyby czegoś potrzebował”, ponieważ to On sam daje wszystkim życie, oddech i wszystko.

W tym miejscu pojawia się niezwykle ważna myśl. Bóg nie jest dziełem rąk człowieka. Greckie określenie χειροποίητος (cheiropoiētos) oznacza coś „uczynionego ręką”, „dzieło rąk ludzkich”. Człowiek może stworzyć posąg, zbudować świątynię i stworzyć religijny system, ale nie może stworzyć Boga, gdyż Bóg „nie jest uzależniony od posługi rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował” (Dz 17,25).

Bóg jest Stwórcą, a człowiek stworzeniem.

Ta prawda ma również ogromne znaczenie dla kaznodziejstwa. Skoro Bóg nie jest dziełem ludzkich rąk, również Jego Słowo nie może stać się dziełem ludzkiego umysłu. Kaznodzieja nie ma prawa tworzyć własnego „Boga” z fragmentów Biblii ani budować własnego przesłania, a następnie podpierać go wyrwanymi z kontekstu wersetami.

Jego zadaniem jest zwiastować to, co Bóg powiedział.

I właśnie tutaj przesłanie Pawła z Aten jest nawiązaniem do słów skierowanych później do Koryntian: „Nie jesteśmy przecież jak wielu innych handlarzami Słowem Boga, lecz przemawiamy w Chrystusie, jak ludzie odznaczający się szczerością, jak ludzie posłani od Boga i stojący przed Bogiem” (2 Kor 2,17).

Określenie „handlować Słowem Bożym” jest niezwykle mocne. Paweł nie chce być człowiekiem, który wykorzystuje Słowo Boże do własnych celów. Nie chce manipulować nim tak, aby osiągnąć własną korzyść, zdobyć popularność czy potwierdzić własne poglądy. Słowo Boże nie jest towarem, którym można dowolnie handlować. Nie jest materiałem, który można dowolnie przetwarzać, aby dostosować je do potrzeb odbiorcy. O takich kaznodziejach Paweł pisał do Tymoteusza: „Nadejdzie bowiem czas, gdy zdrowej nauki nie będą znosić, ale według własnych pożądań będą sami sobie dobierać nauczycieli, którzy wyjdą naprzeciw ich oczekiwaniom” (2 Tm 4,3).

Analizując sytuację, jaka zaistniała w Atenach, widzimy jak bardzo aktualne zagrożenie występuje w obliczu współczesnego chrześcijaństwa.

Żyjemy w świecie, w którym dostęp do informacji jest praktycznie nieograniczony. Wystarczy otworzyć YouTube, aby w ciągu kilku sekund znaleźć setki, a nawet tysiące kazań, wykładów, komentarzy i „objawień” dotyczących Biblii. Możemy słuchać jednego kaznodziei, następnie drugiego, trzeciego i dziesiątego. Możemy porównywać ich interpretacje, poznawać ich opinie i śledzić najnowsze odkrycia.

Sam internet nie jest problemem. Może być bardzo pożytecznym narzędziem. Problem zaczyna się wtedy, gdy internetowe źródła zaczynają zastępować źródło podstawowe, którym dla chrześcijanina jest Pismo Święte.

Można bowiem dojść do bardzo paradoksalnej sytuacji: człowiek słucha coraz więcej kazań o Biblii, a coraz mniej czyta samą Biblię. Zna poglądy wielu kaznodziejów, ale coraz słabiej zna tekst Pisma Świętego. Wie, co powiedział jakiś popularny nauczyciel na YouTube, ale nie sprawdził, czy rzeczywiście tak mówi Słowo Boże. Wtedy pytanie: „Co mówi Biblia?” zostaje niepostrzeżenie zastąpione pytaniem: „Co powiedział ten kaznodzieja?” i jego przesłanie stanowi treść zwiastowania.

To jest poważne niebezpieczeństwo.

Ateńczycy chcieli słuchać czegoś nowego. Współczesny człowiek może również zostać uzależniony od nowości. Jedna wiadomość prowadzi do następnej, jeden zapis wideo do kolejnego, jedna „nowa interpretacja” do następnej. W świecie YouTube nowość jest szczególnie atrakcyjna, ponieważ algorytmy nieustannie podpowiadają człowiekowi kolejne treści.

Można więc stworzyć sobie współczesny Areopag we własnym domu. Nie trzeba już iść na ateński plac, aby słuchać nowych nauczycieli. Wystarczy ekran komputera lub telefonu. I właśnie dlatego współczesny Kościół potrzebuje szczególnej ostrożności. Nie każda nowa interpretacja jest prawdą. Nie każde „odkrycie” jest objawieniem. Nie każdy człowiek, który mówi o Biblii, jest jej wiernym zwiastunem.

Chrześcijanin powinien wracać do podstawowego pytania: „Co mówi Słowo Boże a nie co jest teraz popularne?” „Co powiedział najpopularniejszy kaznodzieja?” „Jakie jest najnowsze odkrycie na YouTube?” Nadal fundamentem zwiastowania jest: „Co rzeczywiście mówi Bóg?”

Paweł, stojąc przed Ateńczykami, nie próbuje ich zaspokoić kolejną nowinką. Jego przesłanie nie kończy się na informacji. Prowadzi do decyzji. Bóg, którego Paweł zwiastuje, jest Stwórcą, ale również Sędzią. Człowiek jest odpowiedzialny przed Bogiem. Dlatego Paweł mówi: „Bóg wzywa teraz wszędzie i wszystkich ludzi, aby się nawracali” (Dz 17,30). Następnie ogłasza, że Bóg wyznaczył dzień sądu i dał tego dowód wszystkim, wzbudzając Chrystusa z martwych.

Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czym jest zwiastowanie?”  To nie jest dzielenie się ze słuchaczami jakąś ciekawostką czy inną nowinką. To również nie jest osobistą filozofią Pawła. To jest Boże przesłanie skierowane do człowieka.

Kazanie nie ma przede wszystkim zaspokajać ludzką ciekawość. Ma doprowadzić człowieka do spotkania z prawdą i postawić go wobec konieczności odpowiedzi.

Dlatego prawdziwe kaznodziejstwo nie powinno być konkursem na najbardziej oryginalne kazanie. Nie chodzi o to, aby po jego zakończeniu słuchacze nagradzali go oklaskami mówiąc: „Ależ ten człowiek ma ciekawe pomysły!”. Najważniejsze pytanie brzmi: „Czy usłyszeliśmy Słowo Boże? Czy zobaczyliśmy Chrystusa? Czy zostaliśmy wezwani do wiary, pokuty i posłuszeństwa?”

Paweł sam określa granicę swojego powołania niezwykle jasno: „Nie siebie samych bowiem głosimy, lecz Jezusa Chrystusa jako Pana, siebie natomiast jako wasze sługi z powodu Jezusa” (2 Kor 4,5). Nad każdą chrześcijańską kazalnicą powinno wisieć oczywiste przesłanie: „Nie głosimy samych siebie”.

Kaznodzieja może mieć osobowość, talent, wiedzę i własny sposób przekazywania myśli. Może korzystać z doświadczenia i różnych narzędzi. Ale kiedy staje przed Kościołem, nie otrzymuje prawa do zastąpienia Bożego przesłania własnym. Może wyjaśniać Słowo, ale nie może go poprawiać. Może zastosować Słowo do współczesnego życia, ale nie może zmienić jego znaczenia. Może korzystać z internetu, ale nie może uczynić z YouTube źródła prawdy. Może słuchać innych kaznodziejów, ale musi wszystko sprawdzać w świetle Pisma. Prawdziwy kaznodzieja nie prowadzi ludzi do siebie. Prowadzi ich do Chrystusa.

Dlatego problemem współczesnego Kościoła nie jest brak informacji. Mamy ich więcej niż kiedykolwiek. Problemem może być to, że ogrom informacji przesłania nam źródło. Możemy znać tysiące opinii o Biblii i nie znać Biblii. Możemy słuchać setek kazań i nie słyszeć Boga, ponieważ ciągle słuchamy człowieka. Możemy codziennie oglądać chrześcijańskie filmy, a jednocześnie coraz rzadziej otwierać Pismo Święte. Dlatego potrzebujemy powrotu do prostoty.

Paweł stanął na ateńskim Areopagu pośród ludzi, którzy uwielbiali nowinki, ale nie stał się producentem nowinek. Stał się zwiastunem prawdy. Nie głosił siebie. Nie handlował Słowem. Nie tworzył własnego Boga. Nie próbował zadowolić słuchaczy. On po prostu zwiastował Słowo Boże.

Współczesny Kościół nie potrzebuje kolejnego ateńskiego Areopagu, na którym każdy mówi co chce powiedzieć.

Kościół potrzebuje kaznodziejów, którzy — jak Paweł — potrafią stanąć pośród ludzi i powiedzieć: „Ja wam zwiastuję Chrystusa”.

Henryk Hukisz

Saturday, August 29, 2026

Bóg, wiara i zdrowy rozsądek

Jedna z bardziej znanych wypowiedzi apostoła Pawła znajduje się w 26. rozdziale Dziejów Apostolskich. Paweł jest już więźniem i znajduje się w drodze do Rzymu, gdzie ma stanąć przed cesarzem. Jego podróż jest jednak czymś więcej niż tylko etapem postępowania sądowego. Kolejne przesłuchania stają się okazją do składania świadectwa o Jezusie Chrystusie przed przedstawicielami władzy rzymskiej oraz żydowskimi przywódcami.

Po wydarzeniach w Jerozolimie Paweł został przewieziony do Cezarei, gdzie przebywał pod nadzorem namiestnika Feliksa. Tam również pojawili się jego oskarżyciele. Arcykapłani i starsi żydowscy próbowali przedstawić przeciwko niemu zarzuty, jednak Paweł otrzymał możliwość obrony i jednocześnie wykorzystał tę okazję, aby złożyć świadectwo swojej wiary oraz spotkania z Chrystusem.

W końcu sprawą Pawła zainteresował się król Agryppa wraz z Berenike. Namiestnik Festus przedstawił królowi sytuację, zaznaczając, że nie znalazł w Pawle podstaw do oskarżenia, które uzasadniałoby jego skazanie. Agryppa zapragnął jednak osobiście wysłuchać apostoła. Paweł otrzymał więc możliwość przemówienia: „Możesz przemówić we własnej obronie” (Dz 26:1).

Paweł postanowił wykorzystać tę sposobność nie tyle do obrony własnej osoby, ile do przedstawienia prawdy o Jezusie Chrystusie. Opowiedział o wydarzeniu, które na zawsze zmieniło jego życie — o spotkaniu z Chrystusem na drodze do Damaszku.

Łukasz tak relacjonuje jego świadectwo: „W południe podczas drogi ujrzałem, o królu, światłość z nieba, jaśniejszą od słońca, która ogarnęła mnie i tych, co jechali ze mną. Gdy wszyscy upadliśmy na ziemię, usłyszałem głos, który mówił do mnie po hebrajsku: Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Trudno ci wierzgać przeciwko ościeniowi” (Dz 26:13–14).

To spotkanie nie było jedynie niezwykłym doświadczeniem religijnym. Stało się początkiem radykalnej zmiany kierunku życia Pawła. Chrystus powierzył mu określoną misję — miał pójść do pogan, aby „otworzyć im oczy i odwrócić od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga, aby przez wiarę we Mnie otrzymali odpuszczenie grzechów i dziedzictwo ze świętymi” (Dz 26:18).

Paweł wyjaśnił następnie, że właśnie z powodu głoszenia tego przesłania spotkał się z wrogością swoich rodaków. Żydzi próbowali go zabić, a następnie oskarżyli go przed władzami rzymskimi. Apostoł nie odstąpił jednak od powierzonego mu zadania, ponieważ wierzył, „że Mesjasz musi cierpieć, że jako pierwszy ze zmartwychwstałych będzie głosił światło ludowi i poganom” (Dz 26:23).

W tym momencie Festus nie wytrzymał: „Tracisz rozum, Pawle! Wielka uczoność przywodzi cię do szaleństwa” (Dz 26:24). Paweł odpowiedział natychmiast: „Nie tracę rozumu, najdostojniejszy Festusie, lecz słowa, które mówię, są prawdziwe i przemyślane” (Dz 26:25).

W tych dwóch wypowiedziach pojawia się niezwykle interesujące przeciwstawienie: szaleństwo i rozum. Festus uznał, że sposób myślenia Pawła jest irracjonalny. Paweł natomiast twierdził, że jego świadectwo jest prawdziwe i oparte na trzeźwym rozumowaniu.

Ostatecznie Agryppa wypowiedział słynne zdanie: „Niewiele brakuje, a przekonasz mnie, bym został chrześcijaninem” (Dz 26:28).

Kiedy Boża mądrość wygląda jak szaleństwo

W oczach ludzi wykształconych, wpływowych i osadzonych w dominującym systemie kulturowym przesłanie Pawła mogło rzeczywiście wydawać się szaleństwem. Człowiek wykształcony, dysponujący wiedzą i doświadczeniem, miałby podporządkować całe swoje życie ukrzyżowanemu i zmartwychwstałemu Mesjaszowi? Z perspektywy dominujących kryteriów ludzkiej mądrości było to trudne do zaakceptowania.

Paweł wielokrotnie przeciwstawiał jednak mądrość Bożą mądrości świata. Pisał: „To, co głupie u Boga, jest mądrzejsze niż ludzie, a to, co słabe u Boga, jest mocniejsze niż ludzie” (1 Kor 1:25). A następnie, odwołując się do proroka Izajasza, przypominał: „Wytracę mądrość mądrych i rozum rozumnych obrócę wniwecz” (1 Kor 1:19). Nie oznacza to oczywiście, że chrześcijaństwo jest wezwaniem do odrzucenia rozumu. Przeciwnie. Paweł nie przeciwstawia wiary myśleniu jako takiemu. Przeciwstawia natomiast Bożą mądrość ludzkiej autonomii poznawczej — przekonaniu, że człowiek własnym rozumem może ustanowić ostateczne kryterium prawdy i samodzielnie określić rzeczywistość niezależnie od Boga.

Boża mądrość posługuje się inną logiką niż ta, którą często przyjmuje świat. Dlatego Paweł pyta: „Gdzie mędrzec? Gdzie nauczyciel Prawa? Gdzie badacz tego wieku? Czy Bóg nie uczynił głupstwem mądrości tego świata? Skoro bowiem z pomocą mądrości świat nie potrafił poznać Boga w Jego mądrości, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszonej nauki zbawić tych, którzy wierzą” (1 Kor 1:20–21).

W centrum tej Bożej mądrości znajduje się krzyż: „Nauka krzyża jest głupstwem dla tych, którzy dążą ku zagładzie, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor 1:18). Krzyż jest więc punktem, w którym ujawnia się zasadnicza różnica między Bożym sposobem wartościowania a ludzkimi kryteriami sukcesu, siły i mądrości. To, co dla świata może wyglądać jak słabość i porażka, w Bożym planie staje się miejscem objawienia Jego mocy.

Potrzeba przemiany umysłu

Aby człowiek mógł właściwie rozpoznać Bożą mądrość, potrzebuje nie tylko nowych informacji. Potrzebuje przemiany.

W Ewangelii Jana znajdujemy rozmowę Jezusa z Nikodemem, człowiekiem religijnym, wykształconym i należącym do elity żydowskiej. Jezus mówi mu o konieczności narodzenia się na nowo. Nikodem odpowiada pytaniem: „Jak to możliwe?” (J 3:9). To pytanie w pewnym sensie powtarza się przez całą historię ludzkości. Człowiek często próbuje zrozumieć Boże działanie wyłącznie za pomocą własnych kategorii poznawczych. Tymczasem Jezus wskazuje na potrzebę przemiany, której źródłem jest działanie Ducha Świętego.

Narodzenie na nowo nie oznacza rezygnacji z rozumu. Oznacza jego właściwe ukierunkowanie. Człowiek przestaje traktować własny umysł jako najwyższy autorytet i zaczyna poddawać swoje myślenie objawionej prawdzie Boga. Dlatego chrześcijańska wiara nie jest ucieczką od rzeczywistości ani rezygnacją z krytycznego myślenia. Jest wezwaniem do patrzenia na rzeczywistość z perspektywy Boga.

Problem polega jednak na tym, że nie każde zachowanie określane mianem „wiary” jest wyrazem Bożej mądrości. W historii Kościoła, począwszy od czasów apostolskich, pojawiały się również zachowania, które nie miały nic wspólnego z trzeźwą wiarą ani z porządkiem ustanowionym przez Boga.

Dobrym przykładem jest sytuacja w zborze korynckim. Podczas zgromadzeń dochodziło do nadużyć związanych między innymi z publicznym używaniem daru języków. Paweł nie kwestionuje istnienia tego daru, lecz zwraca uwagę na konieczność zachowania porządku i zrozumiałości podczas zgromadzenia. Pisze: „Jeśli więc zgromadziłby się cały Kościół w jednym miejscu i wszyscy mówiliby językami, a wejdą podczas tego ludzie prości bądź niewierzący, czy nie powiedzą, że szalejecie?” (1 Kor 14:23).

To bardzo ważna zasada. Apostoł nie mówi, że wszystko, co dzieje się pod hasłem działania Ducha Świętego, automatycznie pochodzi od Boga. Duchowe doświadczenie musi pozostawać w zgodzie z prawdą, miłością, zrozumiałością i porządkiem.

Chrześcijaństwo nie jest wezwaniem do irracjonalności.

Szaleństwo religijne w epoce internetu

Współczesne środowisko medialne stworzyło dodatkową przestrzeń dla rozwoju religijnej nieracjonalności. Internet umożliwia natychmiastowe rozpowszechnianie treści, które wcześniej pozostawałyby na marginesie życia religijnego. Dziś niemal każdy może przedstawić się jako nauczyciel, prorok, uzdrowiciel czy duchowy autorytet.

Sam zetknąłem się w mediach społecznościowych z ofertą osoby, która deklarowała świadczenie „usług modlitewnych”, obejmujących między innymi wkładanie rąk, uzdrawianie, a nawet wskrzeszanie zmarłych.

Nie chodzi o to, aby odrzucić biblijne świadectwo dotyczące modlitwy o uzdrowienie czy Bożego działania w sposób nadprzyrodzony. Problem zaczyna się wtedy, gdy doświadczenie religijne zostaje przekształcone w usługę, a nadzwyczajne działanie Boga staje się elementem autopromocji i religijnego marketingu.

Nowy Testament nie zachęca wierzących do łatwowierności. Przeciwnie — wielokrotnie wzywa do rozeznawania, badania i odróżniania prawdy od fałszu.

Rozsądek jako dar Boga

Wróćmy więc do Pawła.

Jego „szaleństwo” nie było utratą rozumu. Było konsekwencją spotkania z Chrystusem i całkowitego podporządkowania Mu swojego życia. Dla świata Paweł mógł wyglądać jak człowiek, który zmarnował swoje wykształcenie, pozycję i możliwości. W rzeczywistości znalazł prawdziwy cel swojego życia.

Chrześcijaństwo nie potrzebuje jednak ludzi, którzy będą udowadniać swoją wiarę poprzez zachowania nierozważne, nieodpowiedzialne czy sprzeczne z rzeczywistością. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią połączyć wiarę z rozeznaniem.

Jest to szczególnie ważne w sytuacjach kryzysowych. Lęk przed chorobą, cierpieniem czy śmiercią jest doświadczeniem, którego nie można po prostu zlekceważyć. Wiara nie polega na zaprzeczaniu rzeczywistości zagrożenia. Nie polega również na przekonywaniu siebie, że wierzący jest automatycznie chroniony przed wszelkim cierpieniem.

Chrześcijańska odpowiedź na lęk nie jest zaprzeczeniem rzeczywistości, lecz zaufaniem Bogu pośród rzeczywistości. Dlatego Paweł przypomina Tymoteuszowi: „Nie dał nam bowiem Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i rozsądku” (2 Tm 1:7). W tym zdaniu znajdujemy niezwykle ważną triadę: moc, miłość i rozsądek. Żaden z tych elementów nie powinien być eliminowany na rzecz pozostałych.

Potrzebujemy Bożej mocy, aby wytrwać. Potrzebujemy miłości, aby właściwie odnosić się do innych. Potrzebujemy również rozsądku, aby właściwie oceniać rzeczywistość i podejmować odpowiedzialne decyzje.

Warto zwrócić uwagę na greckie słowo σωφρονισμός (sōphronismos), użyte w 2 Tymoteusza 1:7. Odnosi się ono do trzeźwego, zdyscyplinowanego myślenia, samokontroli i właściwego rozeznania. Nie opisuje więc braku odwagi ani duchowej ostrożności. Przeciwnie — wskazuje na umysł, który pozostaje pod kontrolą i potrafi właściwie oceniać sytuację.

To właśnie takiego umysłu potrzebuje współczesny chrześcijanin.

Nie potrzebujemy wiary, która boi się rozumu. Nie potrzebujemy również rozumu, który odrzuca Boga. Potrzebujemy wiary, która poddaje swój sposób myślenia Bożej prawdzie, oraz rozumu, który potrafi odróżnić autentyczną wiarę od religijnego mistycyzmu.

Paweł nie stracił rozumu, kiedy spotkał Chrystusa. Przeciwnie — dopiero wtedy jego życie otrzymało właściwy kierunek.

Dlatego prawdziwa duchowa dojrzałość nie polega na tym, aby za wszelką cenę wyglądać na człowieka „radykalnej wiary”. Polega na tym, aby pozostawać wiernym Bogu, a jednocześnie zachować trzeźwość, odpowiedzialność i zdolność rozeznawania.

Takiego rozsądku — połączonego z mocą i miłością — potrzebujemy zawsze, bez względu na aktualne okoliczności.

Henryk Hukisz