Friday, March 6, 2026

Obserwator znaków z nadzieją

W Biblii Iran (występujący pod historyczną nazwą Persja) zajmuje szczególne miejsce. W przeciwieństwie do wielu innych narodów sąsiednich, Persja często przedstawiana była w pozytywnym świetle (np. król Cyrus Wielki), jednak proroctwa dotyczące "dni ostatecznych" kreślą bardziej złożony i dramatyczny obraz.

Z pewnością obserwujemy bieżące wydarzenia z niepokojem, starając się pogodzić to wszystko z Biblią. Zadajemy być może zasadnicze pytanie: Jak żyć w czasie ogromnego zamieszania?

Postaram się w kolejnych wpisach odnieść się do tego tematu. Wpierw jednak proponuję ogólną refleksję nad podejściem do tego, co obecnie się dzieje, aby obserwować biblijne znaki z właściwej perspektywy.

Nie chodzi tu o to, aby stać się „ekspertem od wojny”, ale o bycie uczniem Jezusa w czasie zamętu. Biblijna reakcja na ten szczególny czas to:

  1. Modlitwa: Za pokój w Jerozolimie (Ps 122,6).
  2. Nadzieja: Świadomość, że Bóg ostatecznie zwycięży, niezależnie od wyniku bitew.
  3. Działanie: Świadectwo nowego życia wobec wszystkich, niezależnie od ich narodowości.
  4. Ufność: Spokój, bo „kiedy to się zacznie dziać”, Jezus jest już blisko.

Kiedy przyjmujemy postawę „obserwatora z nadzieją”, nie szukamy w nagłówkach gazet powodów do strachu, lecz tropów wypełniającego się planu Stwórcy. W teologii biblijnej nazywamy to „odczytywaniem znaków czasu”.

Dlaczego takie podejście jest tak ważne?

  1. Zdejmuje ciężar z naszych ramion: Zrozumienie, że „Bóg spełni swój zamiar”, oznacza, iż losy narodów (w tym Iranu, Izraela czy nawet Polski) nie są w rękach przypadkowych polityków czy niekontrolowanego chaosu. Jak czytamy w Księdze Izajasza: " Od początku zapowiadam przyszłość, od dawna to, co się jeszcze nie stało. Mówię: Mój plan się spełni, spełnię każdą swoją wolę" (Iz 46,10).
  2. Daje stabilność w czasie wstrząsów: Gdy widzimy, jak mapy się zmieniają, a sojusze pękają, obserwator z nadzieją wie, że to jedynie „zrzucanie starej skóry” historii. Każdy kryzys jest etapem prowadzącym do ostatecznego pokoju, o którym mówi Biblia.
  3. Pozwala na duchową „inwestycję”: Zamiast tracić energię na polityczne spory, obserwator z nadzieją koncentruje się na tym, co wieczne – na głoszeniu Ewangelii, wspieraniu cierpiących i modlitwie o to, by w każdym narodzie ludzie poznali prawdę.

Jak praktycznie pielęgnować tę postawę?

  • Zasada 80/20 w konsumpcji informacji: Poświęcaj 80% czasu na studiowanie Biblii i modlitwę, a 20% na analizę wiadomości ze świata. Dzięki temu wiadomości stają się jedynie „przypisami” do głównej historii, którą już znasz z Pisma Świętego.
  • Modlitwa za „rządzących tego świata”: Biblia w 1 Tym 2,1-2 wzywa do modlitwy za królów i wszystkich sprawujących władzę. Nawet jeśli ich decyzje wydają się destrukcyjne, nasza modlitwa ma moc zmienić ich serca lub przynajmniej ograniczyć zło, które mogliby wyrządzić.
  • Budowanie wspólnoty: Nadzieja nie jest stanem samotnym. Szukaj ludzi, którzy – tak jak Ty – patrzą na historię przez pryzmat Bożej suwerenności. Wspólna wymiana myśli o tym, jak proroctwa stają się rzeczywistością, buduje niezwykłą więź i odporność psychiczną.

Co to oznacza w praktyce na najbliższy czas?

W 2026 roku prawdopodobnie zobaczymy jeszcze wiele „wstrząsów”. Ale dla kogoś, kto patrzy na to jak Ty, to nie są sygnały końca świata, lecz sygnały początku nowego.

" A gdy się to zacznie, umocnijcie się i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie" (Łk 21,28).

Ta postawa to nie bierność – to głębokie zakorzenienie w czymś, co jest niewzruszone. Skoro „Bóg spełni każdą swoją wolę”, oznacza to, że historia ma cel, ma sens i ma szczęśliwe zakończenie.

Zasada 80/20 (80% czasu na Słowo, 20% na analizę świata) jest doskonałą strategią dla „obserwatora z nadzieją”. Biblia jest pełna obietnic, które gwarantują, że Boży plan – mimo ludzkich błędów, wojen czy kryzysów – jest niemożliwy do zatrzymania.

Oto kluczowe wersety, które stanowią fundament tej prawdy:

1. Niezmienność Bożego zamysłu.

To prawdopodobnie najważniejszy werset dla kogoś, kto chce patrzeć na historię z dystansem i pokojem.

"Od początku zapowiadam przyszłość, od dawna to, co się jeszcze nie stało. Mówię: Mój plan się spełni, spełnię każdą swoją wolę. … Tak powiedziałem, tak też to sprawię, zamierzyłem i rzeczywiście tego dokonam" (Iz 46,10-11).

  • Prawda dla Ciebie: Bóg nie jest zaskoczony wydarzeniami z marca 2026 roku. One są częścią większego "projektu", którego finał jest już dawno zapisany.

2. Słowo, które nie wraca puste.

Bóg gwarantuje skuteczność swojego działania w historii.

"tak będzie ze słowem, które wychodzi z Moich usta, nie wraca do Mnie bezowocnie, zanim nie wykona tego, co chciałem, i nie osiągnie celu, w jakim je posłałem" (Iz 55,11).

  • Prawda dla Ciebie: Każde proroctwo – czy to o „złamaniu łuku Elamu”, czy o przyszłym pokoju – ma w sobie moc sprawczą. Ono nie „wygasa”, ono pracuje w czasie rzeczywistym.

3. Panowanie nad królami i narodami.

Daniel, który tak trafnie opisał rolę Persji, przypomina nam, kto faktycznie dzierży stery.

"On zmienia czasy i pory, usuwa królów i ustanawia królów, daje mędrcom mądrość, a rozumnym wiedzę" (Dn 2,21).

  • Prawda dla Ciebie: Zmiana władzy w Teheranie czy napięcia w Waszyngtonie i Jerozolimie są w pełni pod kontrolą Tego, który „zmienia czasy”.

4. Ostateczne zwycięstwo.

To jest „punkt końcowy” Twojej nadziei – moment, w którym wszystko zostaje odnowione.

"A Ten, który siedzi na tronie, powiedział: Oto wszystko czynię nowe" (Ap 21,5).

Jak zastosować zasadę 80/20 w praktyce czytania Biblii?

Aby Twoja nadzieja była „aktywna”, polecam taką strukturę studium (80%):

  1. 50% czasu: Księgi Prorockie (Daniel, Ezechiel, Izajasz, Jeremiasz).

One pozwalają zrozumieć, że obecne wydarzenia mają swoje korzenie w starożytnych obietnicach. To buduje tzw. perspektywę wieczności.

  1. 30% czasu: Ewangelie i Listy (nauczanie o Królestwie).

Uczą nas, jak żyć w "czasie końca", aby nie stracić pokoju. Jezus wyraźnie mówił, jak reagować na wieści o wojnach: "Nie trwóżcie się" (Mt 24,6).

  1. 20% czasu: Analiza bieżąca (Twoje „okno na świat”).

Krótki przegląd wydarzeń w świetle przeczytanych wcześniej wersetów. Jeśli czytasz o Iranie, wróć do Jeremiasza 49 lub Daniela 8. Zobaczysz wtedy nagłówki gazet jako uzupełnienie tego, co już wiesz z Biblii, a nie jako niepokojące nowości.

Wniosek dla Ciebie

Twoja nadzieja wynika z faktu, że znasz zakończenie historii. Kiedy czytasz o konfliktach, nie pytasz: "Co z nami będzie?", lecz "W którym miejscu tego procesu jesteśmy?". Ta zmiana pytania jest właśnie tym, co odróżnia obserwatora z nadzieją od zwykłego obserwatora.

To świetna decyzja. Oto plan studiów biblijnych, który łączy starożytne proroctwa z naszą obecną rzeczywistością (marzec 2026). Został on zaprojektowany tak, abyś mógł stosować zasadę 80/20, utrzymując pokój w sercu.

Przykładowy plan studiowania Biblii: „Zrozumieć ten czas w świetle Bożej suwerenności”

Temat

Fragment Biblijny

Cel (Praktyczne 80/20)

1

Fundament: Bóg nad historią

Iz 46,9-11

Ugruntowanie w prawdzie, że Bóg ma plan.

2

Persja: Wizja potęg (Baran)

Dn 8,1-8; 19-22

Analiza roli Persji jako „barana”.

3

Duchowa walka: Książęta narodów

Dn 10,1-14

Zrozumienie, że walka ma wymiar duchowy.

4

Elam: Sąd i obietnica

Jr 49,34-39

Skupienie na nadziei dla narodu (Elamu).

5

Koalicja: Ezechiel o „Gogu”

Ez 38,1-9

Zestawienie proroctwa z dzisiejszymi sojuszami.

6

Izrael: Tchnienie życia

Ez 37,1-14

Rozważanie o duchowym odrodzeniu narodu.

7

Twoja rola: Czuwanie z nadzieją

Łk 21,25-36

Modlitwa o pokój i właściwą postawę.

 

Jak zrealizować ten plan w praktyce?

1-6 (Studium - Twoje 80%):

Poświęć 15-20 minut dziennie na lekturę fragmentu.

Zadaj sobie pytanie: "Co ten werset mówi o Bożym charakterze?" (np. w Danielu 10 widzisz, że Bóg słyszy Daniela od pierwszego dnia, choć walka trwała 21 dni – to uczy cierpliwości w czasie oczekiwania).

7 (Refleksja i świat - Twoje 20%):

Przejrzyj nagłówki gazet z ostatniego tygodnia.

Zobacz, gdzie widzisz „odbicie” tych wersetów. Zapisz jedną myśl lub krótką modlitwę za kraj, który wydał Ci się najbardziej „w centrum” wydarzeń.

Jestem przekonany, że ten plan zadziała, ponieważ:

  • Nie wywołuje lęku: Każdy z tych fragmentów kończy się obietnicą Bożej interwencji (czy to przez sąd nad złem, czy przez duchowe odrodzenie).
  • Buduje perspektywę: Zamiast chaotycznie chłonąć newsy, układasz je w logiczną całość, którą Bóg objawił tysiące lat temu.
  • Zachęca do modlitwy: To studium nie jest tylko ćwiczeniem intelektualnym – ma prowadzić do modlitwy za ludzi, których dotykają te zmiany.

Naszym celem nie jest „rozwiązanie zagadki” świata, ale zakotwiczenie swojego życia w Bożych obietnicach.

Henryk Hukisz

Monday, March 2, 2026

„System restore” – Powrót do źródła

Jeśli korzystamy z komputera od dłuższego czasu – a dziś jest to narzędzie powszechne – z pewnością zdarzyło nam się przeprowadzić tzw. „system restore”, czyli przywracanie systemu do ustawienia fabrycznego. Bez tego zabiegu, przy intensywnej eksploatacji, nasz PC zwalnia, zaczyna się zawieszać, aż w końcu serwuje nam znienawidzony „niebieski ekran” (blue screen). Dzieje się tak, ponieważ podczas instalowania nowych programów czy pobierania treści z sieci, w systemie zawsze zostają zbędne pliki, które „zamulają” pracę maszyny. Twórcy systemów operacyjnych dali nam więc to praktyczne narzędzie, byśmy mogli wrócić bliżej „źródła” – do stabilnych ustawień fabrycznych.

Z biegiem lat nasze życie duchowe obrasta różnymi naukami i zwyczajami, z którymi stykamy się niemal mimowolnie. Bywamy w różnych miejscach, czytamy przypadkowe lektury, a nasze codzienne „buszowanie” w sieci sprawia, że przyklejają się do nas obce teorie i praktyki. W dobie nabożeństw online stało się to jeszcze bardziej widoczne. Często „przeskakujemy” z jednego kościoła do drugiego, szukając atrakcyjniejszych form uwielbienia czy błyskotliwych kaznodziejów.

Efekt? Po kilku miesiącach gubimy orientację w tym, w co właściwie wierzymy i jak rozumieć kluczowe kwestie teologiczne. Współczesne media, z prędkością światłowodów, instalują w naszych umysłach nowe „duchowe oprogramowanie”. Często nawet nie wiemy kiedy, zaczynamy patrzeć na fundamenty wiary z zupełnie innej perspektywy. Proste prawdy biblijne stają się skomplikowane, a momentami wręcz trudne do zaakceptowania.

Czytając ostatnio „Istotne doznanie” Jonathana Edwardsa, naszły mnie refleksje, którymi chcę się z Wami podzielić. Ten ceniony autor i kaznodzieja żył w XVIII wieku – ponad 300 lat temu. To szmat czasu, zwłaszcza że tempo zmian w naszym pokoleniu sprawia, iż rzadko myślimy o tym, że ludzie wieki temu również dokonywali wielkich rzeczy. W historii Kościoła pojawiło się mnóstwo ideologii, które do dziś dzielą chrześcijan. Ten informacyjny szum dociera do nas nieustannie, siejąc zamieszanie.

Apostoł Paweł dawał Tymoteuszowi – młodemu adeptowi sztuki kaznodziejskiej – konkretne rady, jak zachować wiarę i trwać na posterunku. Wtedy również, choć bez internetu, pojawiali się nauczyciele goniący za nowinkami, byle tylko uatrakcyjnić swój przekaz. Już na początku Pierwszego Listu Paweł nakazuje Tymoteuszowi: „żebyś niektórym nakazał nie nauczać błędnie” (1 Tym 1:3). Zachęcał go, by pilnował czystej nauki, którą usłyszał na początku. Już wtedy byli ludzie, którzy porzucali „tradycyjną szkołę” na rzecz obcych elementów, wprowadzając chaos. Paweł celnie podsumował ich brak przygotowania: „nie rozumieją ani tego, co mówią, ani tego, co stanowczo twierdzą” (w. 7). Mówiąc współcześnie: Ewangelia była dla nich zbyt prosta, więc musieli dodać do niej coś „ekstra”, by wciągnąć słuchaczy w jałowe dyskusje.

Dziś obserwujemy podobny trend: kaznodzieje chętnie nasączają zwiastowanie elementami społeczno-kulturowymi, by brzmieć nowocześnie. Z czasem jednak przestają głosić Ewangelię, a skupiają się wyłącznie na tematach społecznych. Choć są one ważne, musimy pamiętać, że Kościół to przede wszystkim miejsce, gdzie człowiek ma usłyszeć wezwanie do opamiętania. Ewangelia od dwóch tysięcy lat pozostaje niezmienna: Bóg „nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz aby wszyscy się nawrócili” (2 Ptr 3:9). Jeśli spłycimy lub – co gorsza – zmienimy tę treść, być może zdobędziemy więcej „folowersów”, ale nie powiększymy Królestwa Bożego.

Musimy dziś dokonać „przywrócenia systemu” do punktu, w którym uwierzyliśmy i poszliśmy za Chrystusem. Niezwykle pomocne jest sięgnięcie do nauczania gigantów wiary z poprzednich stuleci: Jonathana Edwardsa, Oswalda Chambersa, Oswalda J. Smitha, C.S. Lewisa, Charlesa Spurgeona, R.A. Torreya, A.W. Tozera czy Watchmana Nee. To autorzy, których nazwiska rzuciły mi się w oczy, gdy tylko spojrzałem na półki mojej biblioteczki.

Paweł przypominał Tymoteuszowi, że jego służba nie zaczęła się od demokratycznych wyborów czy kampanii wizerunkowej, lecz od Bożego powołania. Dlatego nakazał mu: „abyś zgodnie z nimi toczył dobrą walkę, mając wiarę i prawe sumienie, co niektórzy odrzucili i stali się rozbitkami w wierze” (1 Tym 1:18,19). Ci, którzy porzucili zdrową naukę, skończyli marnie. Paweł wymienia nawet konkretne imiona tych, „których przekazałem szatanowi, aby oduczyli się bluźnić” (w.20).

W Nowym Testamencie znajdziemy krótki, 25-wersetowy List Judy. Słyszałem kiedyś trafne określenie: o ile Dzieje Apostolskie opisują początki Kościoła, o tyle List Judy to „Dzieje Apostatów”. Autor, prawdopodobnie brat Pana Jezusa, wzywa w nim do walki „o wiarę, która raz na zawsze została przekazana świętym” (Jud 3). Przypomina odwieczne prawdy o ratunku z Egiptu oraz o sądzie nad Sodomą i Gomorą. Już wtedy ostrzegał przed ludźmi, którzy kierują się własnymi korzyściami, a ich usta „wypowiadają zuchwałe słowa i schlebiają ludziom dla zysku” (w. 16).

Warto więc wrócić do początku – do chwil, gdy z czystej miłości do Pana Jezusa, zdecydowaliśmy się iść Jego śladem. Obyśmy nigdy nie musieli usłyszeć wyrzutu skierowanego do kościoła w Efezie: „Ale mam przeciwko tobie to, że porzuciłeś swoją pierwszą miłość” (Ap 2:4).

Może to właśnie ten moment, by użyć „narzędzi systemowych” i kliknąć „System restore”? Czas wrócić do pierwszej miłości i prawdy, która przyniosła nam wolność od grzechu i pewność zbawienia.

Ostatnio mówiłem o tym, aby na wzór pierwszych chrześcijan, wracać do początku, tak jak Pan Jezus w nauczaniu o małżeństwie powiedział: nie czytaliście, że Stwórca od początku uczynił ich jako mężczyznę i kobietę (Mt 19:4).

Henryk Hukisz

Friday, February 27, 2026

Jakiego Boga czcimy?

Niedawno przeczytałem wypowiedź radykalnego amerykańskiego pastora, który postawił szokującą tezę: w świecie ewangelicznego chrześcijaństwa każdej niedzieli, tuż przed południem, rozkwita masowe bałwochwalstwo. Zaintrygowany tak surową oceną współczesnego Kościoła, postanowiłem zgłębić jego argumentację. O ile w chrześcijaństwie tradycyjnym – przesyconym martwymi rytuałami i przedmiotami, którym przypisuje się moc zbawczą – zjawisko to jest mi znane, o tyle w środowisku ewangelicznym wydawało się ono nieprawdopodobne. Co dokładnie miał na myśli ten kontrowersyjny kaznodzieja?

Jego diagnoza była prosta: w przeciętnym zborze naucza się dziś wyłącznie o Bogu jako miłującym Ojcu, który nie ma zamiaru sprawić nikomu najmniejszej przykrości. Takiego Boga się wielbi, jemu oddaje się cześć w pieśniach i modlitwach. Kreuje się wizerunek Stwórcy, który akceptuje każdego, obsypuje niebiańskimi błogosławieństwami i – co kluczowe – od nikogo niczego nie wymaga, będąc jedynie „dobrym Tatusiem”. Współcześni kaznodzieje niemal całkowicie milczą o tym, że Bóg karze swoje dzieci za nieposłuszeństwo. Zamiast biblijnej prawdy, prezentują postać „boga” skrojonego na miarę ludzkich oczekiwań.

Wierni czczą ten obraz, nie zdając sobie sprawy, że nie jest to Bóg Pisma Świętego. Biblijny Bóg jest bowiem nie tylko Miłością, ale także Świętym i Sprawiedliwym Sędzią, który wymierzy słuszną karę każdemu grzesznikowi.

Współcześni głosiciele unikają tematów takich jak „gniew Boży”, „pomsta” czy „kara za zlekceważenie krwi Przymierza” niczym przysłowiowy diabeł święconej wody. Tymczasem Biblia jest nasycona historiami i wersetami ilustrującymi Bożą sprawiedliwość. Jeśli głosimy, że Bóg jest nieskończenie sprawiedliwy, musimy również mówić o Jego zagniewaniu w obliczu łamania ustanowionych przez Niego praw.

Warto podkreślić, że obraz zagniewanego Boga nie ogranicza się do Starego Testamentu. Jezus Chrystus, Syn Boży, wielokrotnie okazywał gniew w relacjach z ludźmi – i nie działo się to tylko podczas słynnego oczyszczania świątyni. Gdy Jezus wszedł do synagogi w szabat i uzdrowił człowieka z bezwładną ręką, spotkał się z milczeniem faryzeuszy. Ewangelista Marek notuje, że Jezus spojrzał na nich z gniewem, ubolewając nad zatwardziałością ich serc (Mk 3:1-5).

Ewangelista Jan w swojej relacji przedstawia Chrystusa jako Tego, który przyszedł, by przyjąć na siebie gniew Boży należny za grzechy ludzkości. Najpopularniejszy werset Nowego Testamentu (Jn 3:16) mówi o ogromnej miłości Boga do świata, ale zawiera też surowe ostrzeżenie: ci, którzy nie uwierzą, niechybnie zginą. Jan precyzuje to dalej: „kto nie wierzy, już został osądzony, gdyż nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Boga” (Jn 3:18), a to znaczy, że „kto zaś nie jest posłuszny Synowi, nie doświadczy życia, ale gniew Boży pozostaje nad nim” (Jn 3:36).

Osoby głoszące całkowite zniesienie Bożego gniewu w Nowym Przymierzu mijają się z prawdą lub – jak ujął to apostoł Paweł – „Albowiem gniew Boży z nieba objawia się przeciwko wszelkiej bezbożności i nieprawości ludzi, którzy przez nieprawość tłumią prawdę” (Rz 1:18 [BW]). Warto zwrócić uwagę na formę gramatyczną: gniew Boży „objawia się” (czas teraźniejszy ciągły). Oznacza to, że nawet teraz, w dobie łaski, Bóg stale manifestuje swój sprzeciw wobec zła.

Kolejnym permanentnie pomijanym fragmentem są słowa z Listu do Hebrajczyków (10:26-31). To natchnione ostrzeżenie skierowane do tych, którzy znając prawdę, świadomie trwają w grzechu. Autor przypomina, że o ile w Prawie Mojżeszowym za złamanie przykazań groziła śmierć, o tyle o ileż surowsza kara spotka tego, kto „podepcze Syna Bożego i zlekceważy krew Przymierza, która go uświęciła, i znieważy Ducha łaski” (Hbr 10:29). Słowa te bez żadnej wątpliwości skierowane są do osób, które doświadczyły mocy przebaczenia grzechów, poznały prawdę i doświadczyły oświecenia, lub, jak w innym miejscu tego samego listu zostali określeni jako ci, „którzy raz otrzymali światło, którzy zakosztowali daru niebiańskiego i stali się uczestnikami Ducha Świętego, którzy zakosztowali wspaniałego Słowa Boga i mocy przyszłego wieku” (Hbr 6:4,5). Dlatego nie dziwią mnie słowa przestrogi: „Straszna to rzecz wpaść w ręce Boga żyjącego” (Hbr 10:31), nawiązujące do słów z ostatniej Pieśni Mojżesza: „Do Mnie należy zemsta i odpłata w dniu, gdy zachwieją się ich nogi, gdyż bliski jest dzień ich klęski, szybko przybliża się ich przeznaczenie” (Pwt 32:35).

W 1741 roku znany amerykański kaznodzieja Jonathan Edwards wygłosił w Enfield słynne kazanie oparte na tym właśnie tekście. Przeszło ono do historii jako wstrząsający opis konsekwencji zlekceważenia ofiary Chrystusa. Reakcja była natychmiastowa: tłumy ludzi, przerażone wizją Bożej sprawiedliwości, rzuciły się do pokuty i aby uciec przed „straszną ręką Boga”, szukali ratunku w zbawczej łasce.

Obawiam się, że dzisiaj kaznodzieja o takiej bezkompromisowości nie utrzymałby się za kazalnicą zbyt długo. Współczesne zbory wolą Boga, który daje komfort, a nie stawia wymagań. Czy jednak wielbienie tak okrojonego wizerunku Stwórcy nie jest w istocie bałwochwalstwem?

Kiedyś apostoł Paweł pytał zapytał wprost wierzących w zborach Galacji: „Kto was omamił?” (Ga 3:1), gdy ci zaczęli wypaczać obraz ukrzyżowanego Chrystusa. Kto więc omamia nas dzisiaj, malując obraz Boga, który przymyka oko na grzech? Być może to właśnie brak świadomości Bożej sprawiedliwości sprawia, że świat nie reaguje na Ewangelię. Oferta „darmowych błogosławieństw” przegrywa z atrakcjami, jakie oferuje świat.

Gdy w pierwotnym Kościele Ananiasz i Safira padli martwi po okłamaniu Ducha Świętego, „wielki strach ogarnął wówczas cały Kościół i wszystkich, którzy o tym słyszeli” (Dz 5:11). Może właśnie tego zbawiennego przerażenia i respektu przed świętością Boga brakuje nam dzisiaj najbardziej?

Henryk Hukisz

Thursday, February 12, 2026

Natchnione Pisma

Ogólnie przyjmuje się, że oryginalnymi językami Biblii są hebrajski (Stary Testament, z niewielkimi fragmentami aramejskimi) oraz grecki (Nowy Testament). Niektórzy bibliści nie zgadzają się jednak z tym podziałem. Starają się dowieść, że większość pism Nowego Testamentu powstała w języku aramejskim, który był powszechnie używany w ówczesnym Izraelu. Nawet twórca popularnego filmu „Pasja”, przedstawiając historię Jezusa, włożył w usta bohaterów właśnie słowa aramejskie.

W tym rozważaniu chcę odnieść się do kwestii języka Nowego Testamentu. Nie zamierzam dokonywać naukowych odkryć, lecz pragnę podkreślić fakt natchnienia tych pism – bez względu na to, w jakim języku zostały utrwalone. Już wcześniej pisałem o próbach kwestionowania Bożego natchnienia Nowego Testamentu tylko dlatego, że język grecki rzekomo nie oddaje prawidłowo myśli hebrajskiej. Uważam, że takie stawianie sprawy jest bardzo niebezpieczne. Biblia jest księgą wyjątkową właśnie ze względu na natchnienie jej treści, a konkretnie słów, które tę treść wyrażają.

Bóg jest Stwórcą wszystkiego, co istnieje, zatem sama zdolność porozumiewania się za pomocą języka jest również Bożym dziełem. To prawda, że z powodu pychy i buntu podczas budowy wieży Babel Bóg pomieszał ludziom języki, jednak nie odebrał im zdolności komunikacji w ramach nowo powstałych grup. Bóg może przemawiać do nas językiem, którym posługujemy się współcześnie.

Był czas, gdy Bóg przemawiał głównie po hebrajsku, bo taki był Jego plan. Gdy jednak trzeba było zwrócić się do króla babilońskiego, Nabuchodonozora, Bóg wypisał na ścianie słowa w języku dla niego zrozumiałym. Podobnie było zapewne w przypadku poleceń wydawanych perskiemu królowi Cyrusowi. W każdym z tych przypadków słowa pochodzące od Boga miały charakter natchniony. Bóg powiedział przez proroka Izajasza: „Tak będzie ze słowem, które wychodzi z Moich ust, nie wraca do Mnie  bezowocnie, zanim nie wykona tego, co chciałem, i nie osiągnie celu, w jakim je posłałem (Iz 55:11).

Słowo Boga posiada w sobie Jego tchnienie, co oznacza, że ma moc stwórczą. Tak było na początku, gdy Bóg rzekł: „Niech się stanie światłość! I stała się światłość” (Rdz. 1:3). Dla nas jest rzeczą niewyobrażalną, że na sam dźwięk słowa coś powstaje z niczego. Autor Listu do Hebrajczyków wyjaśnia adresatom – którzy być może sądzili, że ze względu na specyfikę języka hebrajskiego lepiej znają Boże zamiary – że to właśnie „wszechświat został stworzony Słowem Boga, bo nie z tego, co widzialne, powstało to, co widzimy (Hbr 11:3). Bóg nie jest ograniczony do jednego języka, ponieważ Jego słowo ma zupełnie inny charakter niż mowa ludzka.

W zaplanowanym czasie Boże Słowo, które „było na początku zwrócone ku Bogu” (Jn 1:2), „stało się ciałem i zamieszkało wśród nas pełne łaski i prawdy” (w. 14). Ten, który był ucieleśnionym Słowem, mówił: „Zapewniam, zapewniam was, Syn nie mógłby nic uczynić sam od siebie, jeśli nie widziałby, jak czyni to Ojciec. Co bowiem On czyni, to i Syn czyni podobnie” (Jn 5:19). Nikt inny, nawet najbardziej pobożny człowiek, nie ma mocy, by powiedzieć do zwłok leżących cztery dni w grobie: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!” (Jn 11:43). Tylko na słowo Chrystusa żywy Łazarz opuścił grób.

Apostoł Piotr, świadek cudów, przy których ślepi odzyskiwali wzrok, a wichury milkły, nie przypisywał autorytetu sobie. Uzdrawiając chromego przy bramie świątyni, rzekł: „W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, wstań i chodź!” (Dz 3:6). W tym momencie nie miało znaczenia, czy Piotr mówił po aramejsku, czy po hebrajsku. Łukasz, który dokładnie zbadał i opisał dzieje pierwszych chrześcijan, uczynił to w języku greckim. Dlaczego nie w aramejskim?

Moim zdaniem Bóg realizuje swoje plany w optymalnym czasie. Chrystus przyszedł na świat, gdy język grecki (w powszechnej odmianie koine) był lingua franca na ogromnym terytorium byłego imperium Aleksandra Wielkiego. Język hebrajski był wówczas używany głównie w celach religijnych przez kapłanów i lewitów; z powszechnego użycia wyparł go aramejski. Jednak to greka pozwalała dotrzeć do wielu narodów naraz. Ewangelie i listy apostolskie zostały spisane w tym języku właśnie po to, by natchniona treść dotarła do jak największej liczby zgubionych grzeszników.

Boże natchnienie to tchnienie o mocy stwórczej. Dlatego Ewangelia zwiastowana przez apostołów miała moc tworzenia nowego życia. Paweł wyjaśniał Tesaloniczanom: „głoszenie Ewangelii dokonało się wśród was nie tylko przez samo Słowo, ale także w mocy i w Duchu Świętym, i w wielkiej pełni. Przecież wiecie, jacy staliśmy się wśród was dla was” (1 Tes 1:5). Gdy Paweł dowiedział się, że w Galacji pojawili się nauczyciele odciągający wierzących od tej mocy ku martwym tradycjom żydowskim, zareagował ostro: „Dziwię się, że tak szybko przechodzicie od Tego, który was powołał łaską Chrystusa, do innej ewangelii. Nie ma jednak innej. Są tylko tacy, którzy sieją zamęt wśród was i chcą sfałszować Ewangelię Chrystusa” (Ga 1:6-7).

Jest tylko jedna Ewangelia, a jej siła tkwi w Bożym natchnieniu, nie w języku zapisu. Dziś możemy czytać to samo poselstwo w ponad tysiącu języków. Jeśli ktoś próbuje dziś pomniejszać znaczenie Nowego Testamentu tylko dlatego, że spisano go po grecku, nie powinniśmy słuchać takich nauk.

Na koniec warto przypomnieć fundamentalną definicję: „Całe Pismo jest natchnione przez Boga i pożyteczne do nauczania, przekonywania, upominania, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przygotowany do czynienia wszelkiego dobra” (2 Tym 3:16-17). W tych słowach nie ma ani śladu uzależnienia natchnienia od „myśli hebrajskiej”, którą niektórzy próbują wymusić, przekonując do konieczności przestrzegania żydowskich świąt.

Osobiście lubię obserwować starodawne hebrajskie zwyczaje, gdyż są one pięknym obrazem Bożego pragnienia więzi z człowiekiem, ale nie mogą one przesłaniać mocy natchnionego Słowa dostępnego dla każdego narodu. Prorok Izajasz pisał o tym pod wpływem Bożego natchnienia: „Nie wspominajcie rzeczy minionych, nie zastanawiajcie się nad dawnymi sprawami! Oto Ja uczynię rzecz nową – już się pojawia,  czy jej nie dostrzegacie?” (Iz 43:18,19).

Henryk Hukisz

Wednesday, February 4, 2026

Nowe Przymierze czy powrót do cienia przeszłości?

Kościół Jezusa Chrystusa jest jeden i niepodzielny. Istnieje od Dnia Pięćdziesiątnicy – momentu, w którym Duch Święty zstąpił na modlących się uczniów Pańskich. Żydzi tłumnie zgromadzeni w Jerozolimie na corocznym święcie Szawuot ze zdziwieniem obserwowali wydarzenia tego dnia. Stare przeminęło, a rozpoczęło się nowe. Narodził się Kościół, o którym Pan Jezus wspominał podczas swojej ostatniej Paschy.

Wielu współczesnych Mu Żydów z pewnością pamiętało jeszcze chwilę, gdy Nauczyciel z Nazaretu wszedł na dziedziniec świątyni. Ogarnięty żarliwym gniewem na widok handlarzy zwierzętami ofiarnymi, sporządził bicz ze sznurów i powywracał ich stoły. Chrystus oczyścił dom modlitwy z taką determinacją, że kupcy musieli ratować się ucieczką. Gdy zapytano Go o znak uwiarygadniający to zachowanie, zapowiedział zburzenie świątyni i jej odbudowę w trzy dni.

Ewangelista Jan, opisując to wstrząsające dla Żydów zdarzenie, wyjaśnił później: „On zaś mówił o świątyni ciała swego” (Jn 2:21). Teraz, siedem tygodni po tamtej Paschy, Duch Święty zamanifestował nowy rodzaj owocu – życie zrodzone z obumarłego ziarna, które wpadło w ziemię. Jezus użył tego obrazu, wyjaśniając Grekom cel swojego przyjścia. Wtedy też odezwał się głos Ojca: „I uwielbiłem, i jeszcze uwielbię” (Jn 12:28). Kto mógłby zapomnieć te słowa, tak tajemnicze w tamtym czasie?

W chwili, gdy Żydzi przynosili do świątyni dwa bochenki świeżego chleba i składali ofiary z jagniąt, dokonało się coś przełomowego. Ten, który mówił o sobie: „Ja jestem chlebem żywota; kto do mnie przychodzi, nigdy łaknąć nie będzie, a kto wierzy we mnie, nigdy pragnąć nie będzie” (Jn 6:35), poprzez swoją śmierć dał ludziom możliwość narodzenia się na nowo i stania się dziećmi Bożymi.

Bóg zawarł w Chrystusie nowe przymierze – już nie tylko z jednym narodem, ale z ludźmi ze wszystkich języków i kultur. Od momentu powstania Kościoła to nie zawiłości Zakonu, obrzędy ofiarnicze czy obowiązek świętowania konkretnych dni, lecz prosta wiara w zbawczą ofiarę Baranka Bożego otwiera drogę do relacji z Ojcem. Jezus zapewnił uczniów, że odchodząc, przygotuje miejsce dla każdego, kto uwierzy, gdyż: „Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jn 14:6).

Gdy nadszedł Dzień Pięćdziesiątnicy, apostoł Piotr – dzierżąc symboliczne klucze powierzone mu przez Pana – stanął przed tłumem, by odpowiedzieć na pytania poruszonych gapiów. Choć ten prosty rybak mógł nie w pełni pojmować ogrom zachodzących zmian, poddał się prowadzeniu Ducha Świętego. Wyjaśniał sens wydarzeń, cytując Pisma, których nie dobierał według własnego uznania, lecz z natchnienia.

Zgromadzeni Żydzi, jako ludzie pobożni, znali Pisma doskonale. Mieli swoje wyobrażenia o Mesjaszu, w których rzadko mieścił się syn cieśli z Nazaretu. Jednak Duch Święty – który, zgodnie z zapowiedzią, miał przekonać świat o grzechu, sprawiedliwości i sądzie – sprawił, że zamiast chwycić za kamienie, zapytali z przejęciem: „Co mamy czynić, mężowie bracia?” (Dz 2:37).

Kościół (ekklesia) gromadzi tych, których Pan „wywołał” ze świata, by przez krew Chrystusa stali się ludem Bożym. Nie jest to „nowy Izrael”, lecz lud odkupiony ze wszystkich narodów. Jak pisał później faryzeusz Paweł: „nie masz Żyda ani Greka”, ponieważ mur oddzielający naród wybrany od pogan został zburzony.

Niestety, po dwóch tysiącach lat obserwujemy próby ponownego wznoszenia tego muru. Powstaje wiele wspólnot określających się jako mesjańskie. Choć niektóre mają zdrowe fundamenty, inne – nie rozumiejąc woli Bożej – próbują cofnąć Kościół do etapu, z którym walczył św. Paweł w Galacji. Ludzie ci próbują „omamić tych, przed których oczami nakreślono obraz Chrystusa” (por. Gal 3:1), nakłaniając do powrotu do rytuałów, których rola dawno się skończyła.

Nie mówimy tu o estetycznych dodatkach, lecz o stawianiu warunków, które rzekomo gwarantują dostęp do Bożych błogosławieństw. Niektórzy forsują wyłącznie hebrajskie imiona Chrystusa, inni wprowadzają obrzędy takie jak zapalanie świeczników, dęcie w szofary (baranie rogi) czy machanie flagami. Obecnie modne staje się rygorystyczne przestrzeganie hebrajskiego kalendarza, poparte rzekomymi objawieniami, jakoby była to jedyna droga do przebudzenia.

Liderzy tego ruchu przypisują sobie misję doprowadzenia Polski do wielkiego przebudzenia, jednak ich nauczanie budzi poważne wątpliwości biblijne:

  1. Błędna definicja Kościoła: Sugeruje się, że „prawdziwy” Kościół to tylko wierzący z narodów pogańskich. Zapomina się, że pierwszymi chrześcijanami byli Żydzi i to oni musieli zrozumieć, że poganie stają się pełnoprawnymi członkami Ciała Chrystusa bez konieczności przechodzenia na judaizm.
  2. Podważanie Nowego Testamentu: Twierdzi się, że teksty greckie są jedynie niedoskonałym tłumaczeniem myśli hebrajskiej, skażonym filozofią hellenistyczną. Stąd postulat powrotu do kalendarza księżycowego i doszukiwanie się znaków Bożych w zjawiskach takich jak „krwawe księżyce”.
  3. „Magiczne” podejście do duchowości: Na podstawie wyrwanego z kontekstu wersetu z 4 Mojżeszowej (o zbezczeszczeniu ziemi krwią) stworzono koncepcję „oczyszczenia Polski”. Podczas konferencji uskuteczniano „akty prorockie” polegające na mieszaniu ziemi z różnych regionów w jednym naczyniu, co bardziej przypomina scenariusz komedii niż rzetelną egzegezę biblijną. Wszystko to powiązano z żydowskim Nowym Rokiem (Rosh Hashanah), sugerując, że tylko taki kalendarz gwarantuje Bożą przychylność.

W 2018 roku zapowiadano wielkie przemiany oparte na tych wyliczeniach. Jednak nadzieja budowana na fundamencie, którego nie ma w Słowie Bożym, jest nadzieją fałszywą. Jedyną naszą nadzieją jest Chrystus, który zniósł zakon przykazań i przepisów, aby: „stworzyć w sobie samym z dwóch jednego nowego człowieka i pojednać obydwóch z Bogiem w jednym ciele przez krzyż” (Ef 2:15-16).

Sytuacja ta przypomina tę z Galacji, gdzie wierzących odwodzono do „innej ewangelii”. Paweł pisał wówczas ostro: „choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty” (Ga 1:8).

Choć pewnie zwolennicy wspomnianego ruchu stwierdziliby, że greckie słowo anathema (przekleństwo) również jest skażone „hellenistyczną filozofią”...

Henryk Hukisz

Thursday, January 29, 2026

Crash-test wytrwałości

Zauważyłem, że z biegiem lat w życiu każdego, kto idzie za Jezusem, pojawia się kluczowe pytanie: „Czy jestem wytrwały?”  Nie chodzi tu o kryzys wiary, ale o realny sprawdzian jakości naszej służby. To weryfikacja tego, co zadeklarowaliśmy na samym początku naszej drogi z Jezusem.

Kiedy zastanawiam się nad naszą lojalnością wobec Pana, zawsze wraca do mnie pytanie, które zadał sam Jezus: „Czy jednak Syn Człowieczy zastanie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18:8).

Tym retorycznym pytaniem Jezus podsumował przypowieść o wytrwałości w modlitwie. Opisał w niej historię wdowy, która nie dawała spokoju sędziemu o fatalnej reputacji – człowiekowi, który „nie bał się Boga i nie liczył się z ludźmi” (w. 2). Ostatecznie ten cyniczny urzędnik, bojąc się o własne bezpieczeństwo i mając dość uporu kobiety, spełnił jej prośbę. Jezus był poruszony faktem, że ludzie tak łatwo odpuszczają modlitwę, co w efekcie prowadzi do erozji ich wiary. Jednocześnie Chrystus, znając doskonale charakter swojego Ojca, zapewnił, że Bóg „natychmiast weźmie ich w obronę” (w. 8) tych, którzy nie przestają do Niego wołać.

Wytrwałość to absolutny fundament relacji z Bogiem. O ile przyjęcie zbawienia przez wiarę jest startem, o tyle wytrwałość jest paliwem na całą trasę. Myślę, że właśnie to miał na myśli Chrystus, mówiąc: „A kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24:13).

Biblia jest pełna fascynujących historii ludzi, którzy mimo ogromnej presji i wysokich kosztów, dochowali swoją wierność do mety. Moimi osobistymi bohaterami są Jozue i Kaleb. Ci dwaj zwiadowcy, nie zważając na panikę i hejt większości, lojalnie wykonali swoje zadanie. Po dekadach pustynnej tułaczki całego narodu, o nich dwóch wciąż mówiono, że „okazali PANU pełne posłuszeństwo” (Lb 32:12). W innym przekładzie jest powiedziane, że „wiernie wytrwali przy Panu”.  Efekt? Tylko oni z ogromnej rzeszy ludzi wyprowadzonych z Egiptu weszli do Ziemi Obiecanej.

Bóg promuje wytrwałość, bo to jedyna postawa, która przetrwa próbę czasu. Gdy Dawid kończył swoją misję i przekazywał stery Salomonowi, Bóg postawił sprawę jasno: „Umocnię jego królestwo na zawsze, jeśli wytrwale będzie wypełniał Moje przykazania i Moje polecenia, jak w tym dniu” (1 Krn 28:7). Niestety, historia Salomona kończy się smutnym wnioskiem – „dopuszczał się zła w oczach PANA i nie był w pełni posłuszny PANU, tak jak był Dawid, jego ojciec” (1 Krl 11:6).

Genialnym przykładem wytrwałości jest Hiob. Mimo niewyobrażalnego bólu i presji, by zwątpić w sens Bożej opieki, nie przestał wierzyć w dobroć i mądrość Stwórcy. Oczywiście, jako człowiek z krwi i kości, miał swoje kryzysy i pytał: „Skąd wezmę siłę, abym mógł wytrwać? Czego oczekuję, że trwam w cierpliwości?” (Hi 6:11). Jednak finał jego życia to potężne wyznanie: „Wiem, że Ty wszystko możesz i nie ma zamysłu, którego nie mógłbyś spełnić” (Hi 42:2).

Nasza wytrwałość codziennie przechodzi crash-test. Codzienność kusi nas, by choć na chwilę odpuścić wartości. Zachętą mogą być słowa Jezusa do uczniów: „Wy jesteście tymi, którzy wytrwali wraz ze Mną w Moich doświadczeniach” (Łk 22:28). Pamiętamy jednak, że w tej grupie był ktoś, kto pękł i sprzedał swoją lojalność za trzydzieści srebrników.

Dlatego apostoł Paweł i inni liderzy wczesnego Kościoła tak mocno podkreślali wagę wytrwałości w decyzjach dla Boga. Paweł często chwalił zbory za ich „upór” w dobrym: „tak że my sami w Kościołach Boga chlubimy się waszą wytrwałością i wiarą we wszystkich waszych prześladowaniach i uciskach, które znosicie(2 Tes 1:4). Jakub z kolei pokazywał, że wytrwałość to proces, który nas szlifuje: „Wytrwałość zaś niech się przejawia w doskonałym dziele, abyście byli doskonali, nienaganni, bez żadnych braków” (Jk 1:4). Jako dowód podawał Hioba: „Słyszeliście o wytrwałości Hioba i zobaczyliście, jaki koniec przygotował mu Pan, bo Pan jest pełen współczucia i miłosierny” (Jk 5:11).

Temat ten był też kluczowy dla Jezusa w Jego listach do siedmiu zborów. Jako Pan Kościoła, który znał rzeczywisty stan ich serc, mówił bez owijania w bawełnę: „Znam twoje czyny, trud, wytrwałość i to, że nie możesz znieść złych. Poddałeś również próbie tych, którzy nazywają siebie apostołami, a nimi nie są, i odkryłeś, że są kłamcami” (Ap 2:2).

Bardzo trafia do mnie to sformułowanie: „Nie możesz znieść złych”. To wezwanie do asertywności wobec duchowej prowizorki i ludzi, którzy tylko udają wiarę. Skoro Judasz pękł, nam też grozi duchowe zmęczenie materiału i chęć pójścia na skróty. A przecież nie znamy daty powrotu Pana. Co jeśli zastanie nas w momencie „przerwy” w byciu wiernym?

Chciałbym, aby o każdym z nas Jezus mógł powiedzieć to, co o wspólnocie w Tiatyrze: „Znam twoje czyny, miłość, wiarę, służbę i wytrwałość, i twoje ostatnie czyny, które są większe od pierwszych” (Ap 2:19). To jest prawdziwy sukces – tendencja wzrostowa w owocowaniu, a nie „duchowa emerytura”. Wszystko sprowadza się do prostej zasady winnego krzewu: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi obfity owoc, bo beze Mnie nic nie możecie uczynić” (Jn 15:5).

Na koniec zadam te trzy ważne pytania, które domkną refleksję i skłonią czytelnika do realnego rachunku sumienia w kontekście testu wytrwałości:

1.     Czy moja dzisiejsza relacja z Bogiem opiera się na świeżym zaangażowaniu, czy tylko na „rozpędzie” z dnia moich duchowych narodzin? (Innymi słowy: czy wciąż biegnę, czy już tylko toczę się siłą rozpędu?)

2.     W którym obszarze mojego życia najczęściej kusi mnie, by pójść na „duchowe skróty” i odpuścić Boże zasady dla chwilowego świętego spokoju?

3.     Gdyby Pan Jezus powrócił w tej konkretnej minucie, czy zastałby mnie „w procesie” wydawania owocu, czy na duchowym urlopie?

Henryk Hukisz

Thursday, January 22, 2026

Wiara dziedziczona

Nie wyobrażam sobie życia bez wiary; wręcz uważam za niemożliwe, aby nie wierzyć. Autor Listu do Hebrajczyków stwierdza wprost: „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu, bo trzeba, aby ten, kto zbliża się do Boga, uwierzył, że On jest i że nagradza tych, którzy Go szukają” (Hbr 11:6). Jakby na dowód, iż ta teza jest słuszna, przytacza życiorysy niezliczonej liczby ludzi, którzy „Przez wiarę pokonali królestwa, dokonali dzieł sprawiedliwych, doczekali spełnienia obietnic, zamknęli paszcze lwom, stłumili żar ognia, uniknęli ostrza miecza, zostali podźwignięci z niemocy, stali się waleczni na wojnie, odparli cudzoziemskie wojska” (w. 33, 34). Inni natomiast również przez wiarę „doświadczyli szyderstw i biczowania, ponadto kajdan i więzienia. Byli kamienowani, przerzynani piłą, ścinani mieczem, tułali się w skórach owczych i kozich, cierpieli niedostatek, ucisk i poniewierkę – świat nie był ich godny. Błądzili po pustyniach, po górach, jaskiniach i rozpadlinach ziemi” (w. 36-38).

Skąd wziąć taką wiarę, aby przetrwać w różnych doświadczeniach i osiągnąć wyznaczone cele? Nie chodzi tu o jakąkolwiek wiarę, gdyż – jak stwierdza apostoł Jakub – również „demony wierzą i drżą” (Jk 2:19). Chciałbym wskazać na źródła prawdziwej wiary, takiej, która przenosi przysłowiowe góry. Taką wiarę z pewnością posiadał Tymoteusz, wierny sługa Ewangelii i współpracownik apostoła Pawła. Gdy apostoł Paweł przybył do Listry, spotkał tam ucznia Pańskiego „o imieniu Tymoteusz, syna Żydówki, która przyjęła wiarę, i ojca Greka. Bracia z Listry i Ikonium dawali o nim dobre świadectwo” (Dz 16:1, 2). Później, już w osobistym liście do Tymoteusza, Paweł wspominał, że dobrze pamięta jego „nieobłudną wiarę, która najpierw stała się udziałem twojej babki Lois i twojej matki Eunike. Jestem też przekonany, że i twoim” (2 Tm 1:5).

Tymoteusz wyniósł z domu nieobłudną wiarę, którą przekazali mu domownicy, a szczególnie – jak wspomina Paweł – jego matka i babcia. Tymoteusz nie tylko obserwował postawę zaufania Bogu u swoich bliskich, lecz sam uczył się praktycznie stosować ją w swoim życiu. Paweł musiał to zauważyć, gdyż wystawił mu doskonałe świadectwo, radząc: Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i w czym pozostajesz wierny, pamiętając, od kogo się nauczyłeś. Od dzieciństwa znasz przecież Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu dzięki wierze w Chrystusa Jezusa” (2 Tm 3:14, 15).

Fundamentem wiary Tymoteusza była znajomość Pism. Dalej Paweł wyjaśnia, jakie treści budują wiarę, ponieważ wcześniej stwierdził, że „wiara przecież rodzi się ze słuchania, ze słuchania Słowa Chrystusa” (Rz 10:17). A wszelkie Pisma, na które powoływał się Chrystus, są „natchnione przez Boga i pożyteczne do nauczania, przekonywania, upominania, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przygotowany do czynienia wszelkiego dobra” (2 Tm 3:16, 17).

A na czym my dziś budujemy swoją wiarę? Jeśli chcemy posiadać Bożą wiarę, a nie taką, jaką mają demony, to musimy uczyć się natchnionych przez Boga Pism i trwać w ich znajomości. Pragnę podzielić się osobistym świadectwem z mego dzieciństwa. Jestem niezmiernie wdzięczny Bogu za moich rodziców i dom, w którym wychowywałem się w środowisku zupełnego zaufania Panu.

Wiara stała się udziałem w życiu moich rodziców, zanim jeszcze się poznali. Na Kresach Wschodnich, w rejonie Nowogródka, gdzie mieszkali, miało miejsce ewangeliczne przebudzenie. Ewangelia docierała do wielu miejscowości, a ludzie przyjmowali zwiastowanie o łasce przebaczenia grzechów dzięki ofierze Chrystusa na Golgocie. Mój tata mieszkał w małej wiosce na południe od Nowogródka. O tym, jak do mieszkańców tej miejscowości dotarła Dobra Nowina, pisze Edward Czajko, również mieszkaniec tej wsi:

Poselstwo Ewangelii przyniósł tu chłopiec z tej wsi, Łukasz Kurjan, który w tym czasie terminował u fryzjera w Nowogródku. Tam spotkał się ze świadectwem zielonoświątkowców i przyłączył do ich zboru. Odwiedzał rodzinną wieś, Kuźmicze, dzieląc się świadectwem żywej wiary w Chrystusa. Odzew na świadectwa jego słów i przemienionego życia był wspaniały. Zaczął powstawać zbór, który po kilku latach istnienia był dość liczny. Do zboru przystępowali ludzie z dwu sąsiednich wsi, z Kuźmicz i Boryszyna”.*

Po wojnie większość mieszkańców Kuźmicz, a wśród nich osoby wierzące ewangelicznie, wywędrowała na tereny zachodniej Polski. Ponieważ moi rodzice byli już ludźmi wierzącymi, przywieźli ze sobą Biblię, z której codziennie czytano Słowo Boże. Pośród zabudowań, w których zamieszkali moi rodzice, znajdowała się kaplica, gdyż poprzedni właściciel był protestantem niemieckim. Dzięki temu dość szybko w tym budynku zorganizowano zbór dla wierzących mieszkających w okolicznych wioskach. Mój tata był kaznodzieją i w każdą niedzielę podczas nabożeństw sadzał mnie obok siebie w pierwszej ławce. Dzięki temu od dzieciństwa byłem osłuchany z głoszonym Słowem Bożym, choć wówczas nie wszystko jeszcze rozumiałem.

Zanim poszedłem do szkoły, aby nauczyć się czytać i pisać, mój tata używał Nowego Testamentu, by pokazywać mi litery i uczyć, co oznaczają poskładane z nich wyrazy. Pomimo że sam nie ukończył szkoły podstawowej – musiał bowiem zająć się utrzymaniem rodzeństwa po śmierci rodziców – to z wielką determinacją postanowił dobrze przygotować mnie do zdobywania wykształcenia. Mój tata chciał, abym oswoił się z Biblią, gdyż osobiście bardzo ją cenił jako fundament swojej wiary. Dlatego później, gdy miałem siedemnaście lat i starałem się ukształtować własny światopogląd, wiedziałem, że muszę określić się wobec Boga i Pisma Świętego. Gdy podjąłem świadomą decyzję naśladowania Chrystusa jako mojego Pana, zrozumiałem, że podstawą budowania relacji z Nim będzie Biblia, którą już znałem. Z tą różnicą, że teraz, po narodzeniu się na nowo, miałem już bardzo osobisty i emocjonalny stosunek do tej Księgi – szczerze ją pokochałem.

Takie jest moje osobiste świadectwo wiary, którą zdobyłem i nadal zdobywam dzięki Słowu Bożemu zawartemu w Biblii. Tę szczególną cechę budowania wiary poprzez lekturę Pisma zawdzięczam moim rodzicom. Za to wyjątkowe dziedzictwo nieustannie dziękuję Bogu.

A jakie dziedzictwo wynoszą z Twojego domu Twoje dzieci? Zadaję to pytanie świadomy zagrożeń, jakie niszczą współczesne rodziny. Obserwuję z olbrzymim niepokojem, że we współczesnych domach zamiast Biblii i wiary w Boże Słowo, dzieci wyposaża się w najnowsze elektroniczne gadżety i smartfony. Jakiej wiary nauczą się te pociechy, gdy zamiast w Biblii, będą zdobywać wiedzę o świecie i o sobie w cyberprzestrzeni?

Na zakończenie przypomnę słowa apostoła Pawła skierowane do Tymoteusza: Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i w czym pozostajesz wierny, pamiętając, od kogo się nauczyłeś. Od dzieciństwa znasz przecież Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu dzięki wierze w Chrystusa Jezusa” (2 Tm 3:14, 15).