Sunday, October 11, 2026

Grzech teraźniejszy

Możliwe, że młodsze pokolenie nie kojarzy już jednej z ważniejszych pozycji w klasyce polskiej literatury – powieści Stefana Żeromskiego pt. „Dzieje grzechu”, której lekturę kiedyś musieliśmy zaliczyć w szkole. Od razu jednak zastrzegam: nie będę tutaj omawiać ani dramatu głównej bohaterki, Ewy Pobratymskiej, ani fabuły tej książki. Chciałbym jedynie odnieść się do niewielkiego fragmentu, w którym spowiednik rozmawia z bohaterką o naturze grzechu.

Duchowny, zwracając się do młodej dziewczyny, zachęcał ją do zachowania czystości, aby nie sprofanowała swojego ciała – kielicha, w którym zamieszkuje Duch Święty. Gdy poradził jej, by zamykała oczy na widok grzechu, ta zapytała wprost: „A co to jest grzech?”. Ksiądz odpowiedział wówczas, że grzechem jest po prostu zły czyn popełniony przez człowieka.

Na tym kończy się nasz wątek z Żeromskim. Obawiam się jednak, że do dziś większość ludzi ogranicza pojęcie grzechu wyłącznie do złego postępku. A co na ten temat mówi Biblia – nasze podstawowe źródło wiedzy o nas samych i o życiu? Otóż biblijne ujęcie grzechu sięga znacznie głębiej. Hebrajskie słowo „חָטָא” [chata] oznacza dosłownie: „nie trafić do celu”. To znacznie więcej niż tylko zrobienie czegoś złego. Nie trafić do celu to znaczy mijać się z zamysłem naszego Stwórcy – nie osiągać standardu życia, jaki On dla nas wyznaczył.

Dlaczego właściwe zrozumienie grzechu jest tak kluczowe? Jeśli sprowadzimy go wyłącznie do popełniania złych uczynków, łatwo wpadniemy w pułapkę samousprawiedliwienia – uznamy, że przecież „nic złego nie zrobiliśmy”. Tę złudną opinię o własnej bezgrzeszności najłatwiej buduje się poprzez porównywanie się z innymi, w naszych oczach znacznie gorszymi ludźmi. Prawda jest jednak taka, że to święty Bóg wyznacza standardy moralne, a nie my. Dlatego w zestawieniu z Bożym wzorcem zawsze wypadamy niesatysfakcjonująco.

Nie zamierzam omawiać problemu grzechu w sposób ogólny – nie pozwala na to ramy tego krótkiego rozważania. Jak wskazuje tytuł, chcę skupić się na grzechu, który pojawia się w doczesnym życiu dziecka Bożego. W wieczności ten problem znika raz na zawsze, gdyż tam „nic już nie będzie obłożone klątwą. A w mieście będzie tron Boga i Baranka, i Jego słudzy będą Mu służyć. I będą oglądali Jego oblicze, i Jego imię będą mieli na czołach” (Ap 22,3–4). W naszej obecnej rzeczywistości – zanim przekroczymy próg wieczności – apostoł Jan pod natchnieniem Ducha Świętego napisał wyraźnie: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to sami siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 Jn 1,8). Słowa te nie są wyrywkowe – Jan poświęca tej kwestii znaczne miejsce w swoim pierwszym liście. W kolejnym wierszu daje nam niezwykle praktyczną wskazówkę, co należy zrobić, gdy uświadomimy sobie obecność grzechu w swoim życiu: „Jeśli wyznajemy nasze grzechy, to Bóg, który jest wierny i sprawiedliwy, odpuści nam grzechy i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 Jn 1,9).

Niezaprzeczalną prawdą pozostaje równocześnie werset: „Każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, gdyż pozostaje w nim nasienie Boga i nie może grzeszyć, bo narodził się z Boga” (1 Jn 3,9). Czy te słowa stoją w sprzeczności z wcześniej zacytowanym fragmentem? Na pierwszy rzut oka może się tak wydawać, ale w Słowie Bożym nie ma sprzeczności.

Naszą grzeszną przeszłość – wszystkie winy popełnione zanim poznaliśmy Pana i narodziliśmy się na nowo – wziął na siebie Baranek Boży. Apostoł Piotr, cytując proroka Izajasza, przypomina wierzącym, że Chrystus „w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy martwi dla grzechu, żyli dla sprawiedliwości. Jego ranami zostaliście uleczeni” (1 Pt 2,24). Również apostoł Paweł, zwłaszcza w Liście do Rzymian, wyjaśnia, co stało się z grzechami tych, którzy zaufali Zbawicielowi: „Jego to Bóg ustanowił narzędziem przebłagania przez wiarę, dzięki Jego krwi, żeby okazać swoją sprawiedliwość przez odpuszczenie grzechów, które zaistniały wcześniej” (Rz 3,25). Doskonała ofiara Chrystusa w pełni zmyła naszą przeszłość.

Przez narodzenie się na nowo staliśmy się uczestnikami Boskiej natury, aby nie trwać w grzechu. Dopóki jednak żyjemy w doczesnym ciele, jego pożądliwości pozostają dla nas realnym zagrożeniem. Apostoł Paweł opisuje w Liście do Galacjan tę codzienną duchową walkę pomiędzy pragnieniami Ducha Świętego a zakusami ciała: „Ciało bowiem pożąda na przekór duchowi, duch natomiast przeciwko ciału. A tak są sobie przeciwne, że czynicie to, czego nie chcecie” (Ga 5,17). Sam apostoł przyznawał, że doświadczał tego wewnętrznego starcia: „Jeśli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to robię, ale grzech, który mieszka we mnie” (Rz 7,20). Z kolei apostoł Jakub przedstawia sam mechanizm powstawania grzechu: „Każdy zaś jest doświadczany przez własną pożądliwość, która go pociąga i nęci. Następnie pożądliwość, gdy zaowocuje, rodzi grzech. Grzech zaś, gdy dojrzeje, rodzi śmierć” (Jk 1,14–15). Warto zatrzymać się przy sformułowaniu „gdy grzech dojrzeje”. W Biblii Brzeskiej oddano to sensownie jako: „a grzech będąc dokonany, przynosi śmierć”. Greckie słowo [apotelestheisa] wskazuje na grzech całkowicie ukończony – taki, który osiąga swój ostateczny, niszczycielski cel.

Naturą grzechu jest prowadzenie człowieka ku śmierci. Ten nieunikniony proces został jednak przerwany przez Baranka Bożego na Golgocie, gdy wypowiedział On słowa: „Wykonało się”. W Chrystusie grzech utracił moc zadania nam ostatecznego ciosu. Dlatego apostoł Jan nawołuje wierzących, aby każdy popełniony grzech natychmiast wyznawać Chrystusowi, uniemożliwiając mu wyrządzenie duchowej szkody.

Grzech teraźniejszy w życiu chrześcijanina nie jest nieunikniony, lecz pozostaje możliwy. Nie wynika on z naszej nowej natury, lecz z chwilowej nieuwagi – gdy przestajemy chodzić w Duchu i ulegamy cielesnym pożądliwościom (Ga 5,16). „Teraźniejszy” znaczy w tym kontekście również „chwilowy” – trwa bowiem tylko do momentu wyznania. Nowa natura pcha nas do natychmiastowego oczyszczenia z brudu. Słuchajmy więc czujnie głosu Ducha Świętego, nie zasmucajmy Go i wyznawajmy nasze winy od razu, gdy On nam je ukazuje.

Henryk Hukisz

Saturday, October 10, 2026

Gramatyka grzechu

Mowy ojczystej uczyłem się w rodzinnym domu, a później w szkole, gdzie poznawałem zasady wyrażania swoich myśli i pragnień w ojczystym języku. Przyznaję, że nie byłem wtedy wybitnym uczniem – regułek gramatycznych uczyłem się na pamięć głównie po to, by zdać do następnej klasy. Dziś żałuję, że w tamtych latach nie przykładałem się bardziej do opanowania sztuki sprawnego posługiwania się językiem, aby trafniej wyrażać swoje myśli i lepiej rozumieć zapisane treści Słowa Bożego.

Dopiero na studiach, podczas nauki języków biblijnych, zacząłem rozumieć, jak kluczowa jest znajomość gramatyki dla prawidłowego odczytania tekstu pisanego. Uważam, że aby właściwie pojąć przesłanie Biblii, nie wolno nam bagatelizować konstrukcji językowych – czyli sposobu, w jaki dana myśl została zapisana. Niejednokrotnie dawałem temu wyraz we wcześniejszych wpisach na tym blogu.

Dziś chciałbym przyjrzeć się bliżej kilku wersetom z 1. Listu Jana. W pierwszych rozdziałach apostoł porusza temat grzechu, z którym mierzy się każdy wierzący. Zacytujmy najpierw ten fragment:

„Jeśli mówimy, że grzechu nie mamy, sami siebie zwodzimy, i prawdy w nas nie ma. Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości.

Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, kłamcę z niego robimy i nie ma w nas Słowa jego. Dzieci moje, to wam piszę, abyście nie grzeszyli. A jeśliby kto zgrzeszył, mamy orędownika u Ojca, Jezusa Chrystusa, który jest sprawiedliwy” (1 Jn 1:8–2:1).

 W tym krótkim fragmencie słowo „grzech” pojawia się trzykrotnie jako rzeczownik oraz trzykrotnie jako czasownik. W tym miejscu muszę poczynić małą korektę gramatyczną: w niektórych tradycyjnych polskich przekładach słowo „grzeszyli” (1 Jn 2:1) powinno być oddane jako „zgrzeszyli”.

Dlaczego ma to aż tak duże znaczenie? Ponieważ wielu nauczycieli – opierając się na nieprecyzyjnym tłumaczeniu – wyciąga wnioski, jakoby chodziło tu o dwa zupełnie różne pojęcia. Sam, przyznaję, przez długi czas nieświadomie uważałem ten werset za podstawę do takiego rozróżnienia. Przyjęło się sądzić, że sformułowanie „abyście nie grzeszyli” oznacza ciągłe, nawykowe trwanie w grzechu (lub wręcz świadome, dobrowolne grzeszenie). Natomiast zwrot „jeśliby kto zgrzeszył” odnosi się do jednorazowego upadku, wynikającego z ludzkiej nieuwagi czy słabości. 

W tekście greckim w obu miejscach użyto tego samego słowa i tej samej formy gramatycznej (czasownik w trybie przypuszczającym czasu przeszłego/aoryst, w stronie czynnej). Jedyną różnicą jest to, że w pierwszym przypadku „ἁμάρτητε” [amartete], występuje w 2. osobie liczby mnogiej, natomiast drugie użycie „ἁμάρτῃ” [amatre], jest w 3. osobie liczby pojedynczej. Zobaczmy, jak brzmi dosłowne tłumaczenie pierwszego wersetu drugiego rozdziału w Grecko-Polskim Nowym Testamencie: „Dzieci me, to piszę wam, aby(ście) nie zgrzeszyli. I jeśli kto zgrzeszyłby, orędownika mamy przy Ojcu, Jezusa Pomazańca sprawiedliwego”.

Słowem kluczowym do właściwego zrozumienia tej myśli jest często pomijany zaimek wskazujący - „to”. Apostoł Jan na początku swojego listu wkazuje na fundamenty, na podstawie których możemy określić swój stan duchowy. Zaznacza, że objawione nam życie, to jest „to, co widzieliśmy i usłyszeliśmy, głosimy również wam, abyście i wy trwali we wspólnocie z nami. My zaś trwamy we wspólnocie z Ojcem i Jego Synem, Jezusem Chrystusem. A piszemy to, aby nasza radość była pełna” (1 Jn 1:3,4).

Ponieważ Bóg jest światłością, ludzie obdarowani nowym życiem są wezwani do chodzenia w światłości, aby tę społeczność utrzymywać. Na tym polega nowe życie, aby trwać w społeczności z Ojcem, gdyż jedynie trwanie w ścisłej więzi z Chrystusem sprawia, że „każdy, kto w Nim pozostaje, nie grzeszy” (1 Jn 3:6). W tym przypadku „nie grzeszy” ἁμαρτάνει [amartanei] występuje w czasie teraźniejszym trybu oznajmującego strony czynnej. Jest więc stwierdzeniem, że pozostając w ścisłej społeczności z Ojcem w Chrystusie, uzyskuje się wolność od grzechu.

Sprawdzianem naszego odrodzenia jest więc pytanie: czy rzeczywiście chodzimy w światłości? Pan Jezus powiedział: „Kto postępuje zgodnie z prawdą, dąży do światłości, aby wyszło na jaw, że uczynki jego dokonane są w Bogu” (Jn 3:21). Wskaźnikiem nowego życia jest nasze codzienne postępowanie. Kto trwa w złym, „nienawidzi światłości i nie zbliża się do światłości, aby nie ujawniono jego uczynków” (Jn 3:20).

Z drugiej strony, dopóki żyjemy na ziemi, obecność grzechu w życiu wierzącego wciąż się zdarza – nasza upadła natura stale pobudza nas do własnych pragnień. Brak uległości wobec Ducha Świętego, który chce wydawać w nas swój owoc, prowadzi do potknięcia. Jan nazywa to właśnie pojedynczym „zgrzeszeniem” – popełnieniem niewłaściwego czynu. Zdarza się to każdemu z nas. Nawet apostoł Paweł wyznał szczerze: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale zło, którego nie chcę – to czynię” (Rz 7:19). Dlatego Jan pisze wprost: „Jeśli mówimy, że grzechu nie mamy, sami siebie zwodzimy, i prawdy w nas nie ma” (1 Jn 1:8).

Naturalną potrzebą i dążeniem nowej natury w człowieku wierzącym jest jak najszybsze oczyszczenie się z popełnionego błędu. Wszyscy czerpiemy nadzieję ze wspaniałej obietnicy: „Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości” (1 Jn 1:9).

Apostoł Jan pisze do ludzi odrodzonych słowem Ewangelii, zachęcając ich do czujności i unikania sytuacji, w których mogliby upaść – stąd jego słowa zachęty: „abyście nie zgrzeszyli” (1 Jn 2:1). Cały Nowy Testament pełen jest praktycznych wskazówek, jak chronić się przed grzechem. Jednym z najlepszych sposobów na unikanie pokus jest karmienie umysłu tym, co „prawdziwe, co szlachetne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały” (Flp 4:8).

Walka z ciałem i pokusą zaczyna się w naszej sferze myśli. Jak ujął to Paweł: „Chociaż bowiem w ciele żyjemy, nie prowadzimy walki według ciała. Głównym orężem naszej walki nie są środki cielesne, lecz moc od Boga do burzenia twierdź. Udaremniamy złośliwe zamysły i wszelką pychę podnoszącą się przeciw poznaniu Boga i zniewalamy wszelką myśl do posłuszeństwa Chrystusowi” (2 Kor 10:3–5). Ten stan wewnętrznej czujności apostoł Jan nazywa w swoim Liście trwaniem w „społeczność z Ojcem i z Jego Synem, Jezusem Chrystusem” (1 Jn 1:3).

Głównym przesłaniem analizowanego fragmentu jest więc wezwanie: róbmy wszystko, aby nie zgrzeszyć. A jeśli już zdarzy się nam upadek, nie zostajemy sami – „mamy orędownika u Ojca, Jezusa Chrystusa, który jest sprawiedliwy” (1 Jn 2:1). Łaska i możliwość przebaczenia pokazują ogromną miłość Boga, który doskonale zna naszą słabość i wie, jakimi naczyniami jesteśmy. W końcu „nie zależy to od woli człowieka ani od jego zabiegów, lecz od miłosierdzia Bożego” (Rz 9:16).

Henryk Hukisz

Wednesday, October 7, 2026

Biblia Etiopska i List Judy

W przestrzeni internetowej rośnie zainteresowanie tematyką tzw. Biblii Etiopskiej. Zagadnienie to bywa nierzadko podnoszone do rangi kluczowego argumentu podważającego wiarygodność współczesnego kanonu Pisma Świętego. Większość materiałów na ten temat nie wychodzi jednak spod pióra teologów czy biblistów, lecz powstaje za sprawą twórców internetowych i amatorów, którzy powielają potoczne opinie. Aby rzetelnie ocenić tę kwestię, warto przyjrzeć się rysowi historycznemu etiopskiego chrześcijaństwa oraz konkretnemu wątkowi łączącemu go z Nowym Testamentem – nowotestamentowemu Listowi Judy.

Chrześcijaństwo dotarło do Etiopii już w IV wieku za panowania króla Ezany, a tradycja wiąże proces chrystianizacji z misją św. Frumencjusza (znanego jako Abba Salama). Kościół etiopski rozwijał się następnie w ścisłej łączności z chrześcijaństwem koptyjskim w Egipcie. Teksty biblijne przekazywano przede wszystkim w języku geez (ge'ez) – klasycznym języku liturgicznym tego regionu. Przekład powstawał stopniowo od starożytności, przechodząc w kolejnych wiekach korekty i tworząc bogatą tradycję rękopiśmienną.

To, co szczególnie wyróżnia Etiopski Kościół Ortodoksyjny, to szerszy kanon biblijny, obejmujący zazwyczaj 81 (lub według innych wyliczeń 87) ksiąg, podczas gdy kanon katolicki liczy 73 księgi, a protestancki – 66. Różnice te wynikają głównie ze sposobu liczenia i strukturyzacji pism. Nie oznacza to jednak, że Etiopczycy posługują się całkowicie odrębną Biblią. Rdzeń Pisma Świętego pozostaje wspólny: obejmuje księgi kanonu hebrajskiego, Ewangelie, Dzieje Apostolskie oraz Listy Apostolskie.

Różnica dotyczy zakresu pism dołączonych oraz tradycji interpretacyjnej. Najbardziej znaczącym przykładem tej specyfiki jest 1 Księga Henocha – apokryf, który zachował się w całości do naszych czasów właśnie dzięki tradycji etiopskiej. Tekst ten był jednak doskonale znany starożytnym chrześcijanom i znajduje bezpośrednie odzwierciedlenie w kanonicznym Liście św. Judy.

List Judy należy do najkrótszych pism Nowego Testamentu (liczy zaledwie 25 wersetów), będąc zarazem jedną z jego najbardziej niezwykłych ksiąg. Autor przedstawia się jako „…sługa Jezusa Chrystusa, a brat Jakuba” (Jd 1,1). W analizie biblijnej uznaje się go najczęściej za krewnego Jezusa i Jakuba (lidera Kościoła w Jerozolimie), który z pokory nie nazywa siebie bezpośrednio bratem Chrystusa. Wśród badaczy trwa dyskusja, czy utożsamiać go z apostołem Judą Tadeuszem, czy z inną postacią wczesnego Kościoła.

Głównym celem napisania listu było ostrzeżenie wspólnoty przed fałszywymi nauczycielami, którzy wprowadzali zamęt, relatywizm moralny oraz koncepcje gnostycyzujące. Autor charakteryzuje ich jako ludzi, którzy wykorzystują łaskę Bożą do rozpusty, odrzucają zwierzchność Boga i Chrystusa, szydzą z autorytetów duchowych oraz sieją podziały. Przestrzegając przed nieuchronnością kary za bunt i bezbożność, Juda odwołuje się bezpośrednio do tradycji Henocha.

W wersetach 14–15 czytamy: „O nich też prorokował Henoch, siódmy po Adamie, mówiąc: Oto przyszedł Pan wśród tysięcy swoich świętych, aby dokonać sądu nad wszystkimi i ukarać każdego bezbożnika za wszystkie bezbożne czyny i za wszystkie ostre słowa, które bezbożni grzesznicy wypowiedzieli przeciw Niemu.”

Słowa te stanowią niemal dosłowny cytat z 1 Księgi Henocha (1 Hen 1,9). Powołując się na to proroctwo, Juda wskazuje, że sąd nad złem nie jest nowym konceptem, lecz został zapowiedziany u zarania dziejów i obejmie zarówno czyn, jak i bezbożną mowę. Co więcej, nie jest to jedyne nawiązanie do tradycji apokryficznej w tym tekście:

-  Werset 6 „Aniołów, którzy nie zachowali swojego pierwotnego stanu, lecz opuścili własne mieszkanie, trzyma w ciemnościach do wielkiego dnia sądu, związanych nierozerwalnymi pętami”  nawiązuje do Czuwających – aniołów, którzy nie zachowali swojego pierwotnego stanu (por. 1 Hen 6–12).

-  Werset 9 „Archanioł Michał zaś, gdy dyskutował o ciele Mojżesza, spierając się z diabłem, nie odważył się wypowiedzieć bluźnierczego osądu, lecz powiedział: Niech cię Pan skarci!” przywołuje spór Archanioła Michała z diabłem o ciało Mojżesza, pochodzący z apokryfu Wniebowzięcie Mojżesza.

Obecność cytatów z pism pozakanonicznych stała się w pierwszych wiekach jedną z głównych przyczyn wątpliwości wokół Listu Judy. W I wieku proces kształtowania kanonu Nowego Testamentu dopiero się rozpoczynał. W II, III i IV wieku niektórzy teolodzy – w tym Euzebiusz z Cezarei, który zaliczył ten tekst do pism spornych (antilegomena), oraz Hieronim – wskazywali na ryzyko obniżenia rangi Pisma przez powoływanie się na apokryfy, a także na ograniczony, lokalny zasięg krążenia tego krótkiego listu.

Ostatecznie List Judy został oficjalnie włączony do kanonu Nowego Testamentu na synodach w Hipponie (393 r.) i Kartaginie (397 r.). Decyzję tę argumentowano kilkoma kluczowymi względami:

1.   Wczesne użycie i tradycja: List cytowali wcześniej Ojcowie Kościoła, tacy jak Tertulian, Klemens Aleksandryjski czy Orygenes, a sam tekst znajdował się już w Kanonie Muratoriego z II wieku.

2.   Sposób użycia apokryfu: Rozumiano, że odwołanie się do 1 Księgi Henocha miało charakter ilustracyjny – wykorzystywało powszechnie znany tekst kulturowy i nie oznaczało automatycznego uznania całego apokryfu za natchniony (analogicznie do św. Pawła cytującego pogańskich poetów podczas przemowy na Areopagu).

3.   Zgodność doktrynalna i doksologia: Przeważyła pełna spójność teologiczna listu w kwestii obrony czystości wiary oraz jego podniosłe zakończenie (Jd 24–25), „Temu zaś, który może was ustrzec od upadku i wobec swojej chwały postawić jako nienagannych i radosnych, jedynemu Bogu, naszemu Zbawicielowi, przez Jezusa Chrystusa, naszego Pana, niech będzie chwała, majestat, moc i panowanie przed wszystkimi wiekami i teraz, i po wszystkie wieki. Amen”, stanowiące jeden z najpiękniejszych hymnicznych opisów chwały Boga w całym Nowym Testamencie.

Przykłady takie jak 1 Księga Henocha czy Biblia Etiopska pokazują, że wczesne chrześcijaństwo funkcjonowało w bogatym otoczeniu literackim i kulturowym. Odbijające się w Liście Judy wątki z tradycji Henocha stanowią doskonały dowód na to, jak teksty zachowane dziś w całości w tradycji etiopskiej współtworzyły świat pojęciowy autorów Nowego Testamentu, nie naruszając przy tym integralności współczesnego kanonu Pisma Świętego.

Zakończę wypowiedzią na ten temat mojego przyjaciela Mirka Kulca: „… jeśli lubisz czytać, warto się zainteresować, ale czytać krytycznie. Poczuć smak literatury żydowskiego świata okresu Drugiej Świątyni i nie tylko.”

Henryk Hukisz

Tuesday, October 6, 2026

Cena angielskiej Biblii: Historia Williama Tyndale’a

Dzisiaj mija kolejna rocznica (490.) męczeńskiej śmierci jednego z głównych tłumaczy Biblii na język angielski. Później, na bazie tego tłumaczenia powstawały kolejne przekłady, od najbardziej powszechnej Biblii KJV, do współczesnego najlepszego tłumaczenia w języku angielskim ESV (English Standard Version). Warto przy tej okazji zapoznać się z dokonaniem tego wiernego Bożego sługi i męczennika.

Historia Williama Tyndale’a to przejmujące świadectwo poświęcenia, niezłomnej wiary oraz bezkompromisowej miłości do Słowa Bożego. Aby w pełni pojąć wagę jego misji, należy najpierw zrozumieć grozę czasów, w których przyszło mu żyć. XVI-wieczna Anglia, pod dominacją Kościoła katolickiego, traktowała próbę przełożenia Biblii na język ojczysty jako zbrodnię zagrożoną najsurowszymi karami. Przepisy prawne sprowadzały się w praktyce do faktu, że człowiek mógł spłonąć na stosie jedynie za to, że czytał lub uczył swoje dzieci Pisma Świętego po angielsku. Świadectwa z tamtej epoki, odnotowujące egzekucje młodych ludzi oraz całych rodzin za znajomość Modlitwy Pańskiej w języku ojczystym, pokazują, jak wielkim ryzykiem obarczona była jakakolwiek próba przybliżenia Boga zwykłemu człowiekowi.

Widząc głód duchowy rodaków, Tyndale żywił nadzieję na uzyskanie oficjalnej zgody na przygotowanie przekładu. Gdy w 1524 roku spotkał się z kategoryczną odmową, podjął decyzję, która bezpowrotnie zmieniła jego los. Uciekł z Londynu na Kontynent, wybierając los wygnańca i tułacza. Przez dwanaście lat spędzonych w Niemczech i Niderlandach żył w nieustannym ubóstwie, głodzie, chłodzie i niebezpieczeństwie. Największym ciężarem dla jego serca nie były jednak własne niewygody, lecz wieści z ojczyzny. Z głębokim bólem obserwował rosnącą falę prześladowań i śmierć swoich przyjaciół oraz współpracowników – takich jak John Frith, Richard Bayfield czy John Tewkesbury – którzy płonęli na stosach za udział w szmuglowaniu i czytaniu jego przetłumaczonego Pisma Świętego.

Okrutny opór ze strony władz kościelnych, uosabiany przez postać Tomasza Morusa, miał swoje powierzchowne i głębokie przyczyny. Na powierzchni zasłaniano się rzekomą prostactwem języka angielskiego oraz obawą przed błędnymi interpretacjami. W rzeczywistości jednak Kościół obawiał się utraty monopolu władzy i kontroli nad sumieniami ludzkimi. Przekład Tyndale’a uderzał w same fundamenty instytucjonalnego systemu sakramentalnego. Tłumacząc kluczowe pojęcia z języka greckiego zgodnie z ich pierwotnym znaczeniem – np. „presbyteros” jako starszy zamiast kapłan, „ekklesia” jako zgromadzenie zamiast kościół, czy „metanoeo” jako pokutować w sercu zamiast czynić sakramentalną pokutę – Tyndale obnażył brak biblijnego uzasadnienia dla wielu dotychczasowych praktyk i nauk, wskazując jednoznacznie, że człowiek zostaje usprawiedliwiony przed Bogiem wyłącznie z wiary.

Wytężona praca translatorska została brutalnie przerwana w maju 1535 roku w Antwerpii. Tyndale został zdradzony przez fałszywego przyjaciela, Henry’ego Philipsa, i uwięziony w chłodnych murach zamku Vilvoorde niedaleko Brukseli. Spędził tam osiemnaście miesięcy, znosząc powolne umieranie w lodowatej celi. Zachowany list z tego okresu ukazuje niezwykłą postawę tłumacza: prosząc zarządcę więzienia o ciepłą odzież czy lampę, błagał przede wszystkim o udostępnienie mu hebrajskiej Biblii, słownika i gramatyki, aby nawet w więziennym odosobnieniu kontynuować swoje powołanie. Do samego końca zachował cichą uległość wobec woli Bożej, gotów ponieść najwyższą cenę za wierność Chrystusowi.

Finał jego ziemskiego życia nastąpił na początku października 1536 roku. Potępiony jako heretyk i pozbawiony stanu kapłańskiego, 42-letni William Tyndale został przywiązany do palika, uduszony, a jego ciało spalono w ogniu. Jego ostatnie słowa, stanowiące żarliwą modlitwę: „Panie! Otwórz oczy królowi Anglii!”, okazały się prorocze. Wkrótce po jego śmierci Anglia otworzyła się na Słowo Boże w języku ojczystym, a jego praca stała się fundamentem pod kolejne pokolenia przekładów biblijnych. Życie Tyndale’a pozostaje wiecznym przypomnieniem, że posłuszeństwo Bożemu powołaniu bywa kosztowne, ale prawda Ewangelii – karmiona krwią świadków – ostatecznie zawsze zwycięża.

 Henryk Hukisz

William Tyndale (ok. 1494–1536) był angielskim uczonym, teologiem i wybitnym lingwistą, który stał się jedną z najważniejszych postaci chrześcijańskiej Reformacji. Gdy władze kościelne w Anglii stanowczo zabroniły wydawania Pisma Świętego w języku angielskim, w 1524 roku udał się na wygnanie do Europy Kontynentalnej. Przez dwanaście lat żył jako uciekinier w Niemczech i Niderlandach, znosząc skrajne ubóstwo, głód i nieustanne zagrożenie ze strony oprawców.

Główną misją jego życia było przełożenie Biblii bezpośrednio z języków oryginalnych — greki i hebrajskiego — na język ojczysty, tak aby każdy zwykły człowiek mógł samodzielnie poznawać Słowo Boże. Jego przekład Nowego Testamentu oraz części Starego Testamentu był potajemnie szmuglowany w beczkach i belach materiału do Anglii.

Jego misja przyniosła jednak trwałe owoce. Niedługo po jego męczeńskiej śmierci król Henryk VIII zezwolił na rozpowszechnianie anglojęzycznych Biblii w kraju. Praca Tyndale’a stała się fundamentem pod kolejne pokolenia przekładów (w tym słynną Biblię Króla Jakuba) oraz w znaczący sposób ukształtowała nowożytny język angielski.

Thursday, October 1, 2026

Tryptyk – Wywyższone uniżenie

Ostatnia przypowieść z tego cyklu, w której pojawia się zestawienie człowieka sprawiedliwego z grzesznikiem, została zapisana w osiemnastym rozdziale Ewangelii Łukasza (wersety 9–14). Występują w niej dwie postacie – faryzeusz i celnik – oraz przyglądający się im Chrystus. Choć stoi niejako w cieniu, jakby ukryty za filarem świątyni, to właśnie do Niego należy ostatnie słowo.

Istotne jest tu samo miejsce akcji – świątynia. To przestrzeń szczególna, wzniesiona po to, by człowiek mógł spotkać się z Bogiem na modlitwie, gdy tylko odczuje taką potrzebę. Salomon, budowniczy pierwszej świątyni, podczas jej poświęcenia wołał do Boga: „Zechciej wysłuchać błagania twojego sługi i twojego ludu izraelskiego, gdy będą się modlić na tym miejscu. Tak, wysłuchaj w miejscu, gdzie przebywasz, w niebie, a wysłuchując, racz odpuścić!” (1 Krl 8:30).

Gdy Pan Jezus po raz ostatni przybył do Jerozolimy, skierował swoje kroki właśnie do świątyni, by przywrócić jej właściwy, nadany przez Ojca charakter. Wypędził z niej kupców i rzekł: „Napisano: Mój dom będzie domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców” (Łk 19:46). Modlitwa jest bowiem miejscem, w którym każdy człowiek – zarówno ten uważany za prawego, jak i największy grzesznik – może stanąć przed Ojcem Niebieskim.

Ta przypowieść to coś więcej niż historyczna ilustracja samousprawiedliwienia i pogardy wobec innych. To osobisty list Boga do nas. W jego treści każdy z nas może z niepokojem odnaleźć cząstkę faryzeusza. Bóg daje nam jednak szansę, byśmy w porę potrafili stanąć po stronie celnika.

Obaj bohaterowie przyszli do świątyni, aby się pomodlić. Pierwszy z nich, faryzeusz, zachował się zgodnie z oczekiwaniami kogoś, kto całą ufność pokłada w swojej własnej sprawiedliwości. Jego modlitwa stawiała go na podium, jakby chciał powiedzieć: „Ciesz się, Boże, że masz tak doskonałego sługę”. To postawa typowa dla ludzi, którzy wywyższają samych siebie poprzez wyliczanie cudzych błędów. Na czarnym tle bliźniego własne życie wydaje się nieskazitelnie białe. Przypomina to aforyzm: „Szczytem, na jaki potrafi wspiąć się słaby umysł, jest zdolność wynajdywania błędów u ludzi wielkich”.

Słowa faryzeusza przypominają tradycyjną modlitwę, jaką można odnaleźć w żydowskim Talmudzie: „Dziękuję Ci, Panie, mój Boże, że pozwoliłeś mi przebywać wśród tych, którzy siedzą w domu nauki, a nie na rogu ulicy; ja biegnę ku Słowu Prawa, oni zaś ku sprawom błahym; ja biegnę ku życiu przyszłego świata, a oni ku przepaści zatracenia”.

Drugą postacią jest celnik. Nie śmiał nawet wejść do wnętrza świątyni – stał z boku, przytłoczony powszechną pogardą i łatką grzesznika. Zamiast dobierać wyszukane słowa, po prostu bił się w pierś. Słowa, które wypowiedział, były cichym wołaniem skruszonego serca: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu” (Łk 18:13).

Faryzeusz całkowicie pomylił sens modlitwy. W jej właściwym układzie na jednym biegunie znajduje się świętość Boga, a na drugim – grzeszność człowieka. W modlitwie faryzeusza na jednym biegunie stanęła jego własna doskonałość, a na drugim – pogarda dla grzesznika, na którego tle mógł się wykazać. Owszem, wierzył w Boga, ale Bóg był mu potrzebny wyłącznie jako widz, przed którym mógł zachwalać samego siebie.

Bóg nie odpowiedział na tę listę pobożnych osiągnięć. Gdyby chciał, mógłby mu przypomnieć, że zna ludzi poszczących częściej tylko po to, by schudnąć, a o jego dziesięcinie – być może płaconej z nieuczciwych zysków – powiedziałby to samo, co o wdowim groszu, który miał o wiele większą wartość.

Celnik natomiast nie musiał w wyznaniu wymieniać swoich grzechów – faryzeusz zrobił to za niego. Wystarczyło, że przyjął właściwą postawę: gestem pokuty bił się w pierś. Wiedział, że nie zdoła własnymi siłami osiągnąć poziomu prawości, który dałby mu prawo stać przed Bogiem. Jedynym wyjściem było uznanie własnej winy. Przebywanie w atmosferze Bożej obecności sprawiło, że poczuł swoją nicość – tak jak Piotr, gdy Jezus znalazł się w jego łodzi i zawołał:  „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5:8).

W końcu głos zabrał sam Chrystus, który do tej pory obserwował całe zdarzenie. Choć faryzeusz modlił się w duchu, Jezus słyszał każde jego słowo – On zna nasze myśli, zanim jeszcze wypowiemy je na głos. Przed Nim niczego nie da się ukryć pod warstwą pięknych zdań. Już przez proroka Izajasza Bóg demaskował fałszywą pobożność: „Ponieważ ten lud zbliża się do mnie swoimi ustami i czci mnie swoimi wargami, a jego serce jest daleko ode mnie, tak że ich bojaźń przede mną jest wyuczonym przepisem ludzkim...” (Iz 29:13).

Ostrzegając uczniów przed obłudą, Pan Jezus mówił wprost: „A gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy; gdyż oni lubią modlić się, stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom. Zaprawdę powiadam wam: Otrzymali zapłatę swoją” (Mt 6:5).

Modlimy się po to, by otrzymać odpowiedź od Boga. Obłudnicy, dzięki swoim wyreżyserowanym modlitwom, otrzymali poklask ludzi – i to była cała ich „zapłata”. Czy jednak w modlitwie chodzi o to, by zaprezentować przed drugą osobą swoją retorykę? Znam wielu ludzi, którzy wstydzą się pomodlić głośno przy innych, bo znali tylko przykłady modlitw w stylu faryzeusza. Nie potrafią powiedzieć o sobie tylu dobrych rzeczy, nie mają na koncie wielkich postów ani spektakularnych ofiar, więc wolą milczeć.

Na szczęście w Biblii odnajdujemy wiele modlitw płynących z serca celnika. Na samym początku historii Kościoła, gdy apostoł Piotr zwiastował ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Chrystusa, poruszeni do głębi słuchacze zapytali, co mają robić. Usłyszeli prostą odpowiedź: „Opamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego” (Dz 2:38).

Bóg patrzy na wszystkich ludzi, ale Jego łaska spływa na konkretne serca. Na jakie?

„Bóg się pysznym przeciwstawia, a pokornym łaskę daje” (Jk 4:6). Dlatego tak cenne jest biblijne wezwanie: „Uniżcie się przed Panem, a wywyższy was” (Jk 4:10).

Na koniec warto przypomnieć przykład innego faryzeusza, który po spotkaniu ze zmartwychwstałym Chrystusem zrozumiał, że cała jego dotychczasowa, formalna pobożność nie ma przed Bogiem żadnej wartości. Stanął po stronie celnika, nazywając siebie „pierwszym wśród grzeszników”. Dzięki temu Bóg podniósł go do godności swojego kluczowego sługi – mowa, rzecz jasna, o apostole Pawle.

Pamiętajmy o słowach innego pokornego sługi, króla Dawida, który pisał: „Chociaż PAN jest wywyższony, widzi uniżonego i pysznego rozpoznaje z daleka” (Ps 138:6).

Henryk Hukisz

Wednesday, September 30, 2026

Tryptyk – Odrzucona prawość

Kolejną historią z Ewangelii Łukasza, w której zestawiono ze sobą dwie charakterystyczne postacie – sprawiedliwego i grzesznika – jest niezwykle popularna przypowieść o synu marnotrawnym. Znajdziemy ją w piętnastym rozdziale (wersety 11–32).

Łatwo rozpoznać w niej grzesznika: to młodszy syn, który postąpił karygodnie – wziął należną mu część majątku i roztrwonił ją na własne zachcianki. Kto natomiast jest postacią prawą, na której chcę się skupić w tym rozważaniu? To starszy syn. Ten, który pozostał przy ojcu, żył uczciwie, wykonywał każde jego polecenie i mógł uchodzić za wzór dziecka. Jego prawość powinna przynieść mu satysfakcję, a tymczasem poczuł się odrzucony – i to przez własnego ojca.

Postać ojca w tej historii jest obrazem Boga – pełnego miłości Ojca Niebieskiego, który jest gotów przebaczyć synowi bez względu na to, co ten zrobił. Jak wspomniałem w poprzednim tekście, w opisanych wydarzeniach obecny jest również Chrystus. Tutaj co prawda nie zabiera głosu bezpośrednio, ale Jego głos słychać w wydźwięku całej przypowieści.

Chrystus użył tej historii, aby zilustrować, jak wielka radość panuje w niebie, gdy nawraca się choćby jeden człowiek. Powiedział: „Taka, mówię wam, jest radość wśród aniołów Bożych nad jednym grzesznikiem, który się opamięta” (Łk 15:10).

Dlaczego jednak Jezus dodał do tej opowieści jeszcze jedną postać? Przecież wystarczyłby powrót młodszego syna, by ojciec mógł ogłosić: „Jedzmy i weselmy się, dlatego że ten syn mój był umarły, a ożył, zginął, a odnalazł się. I zaczęli się weselić” (w. 23–24). Gdyby przypowieść zakończyła się w tym miejscu, prawda o radości w niebie zostałaby ukazana w pełni.

Jednak od wersetu 25 rozpoczyna się jakby druga część opowieści, gdy na scenę wchodzi starszy brat. To na niego chcę zwrócić szczególną uwagę. Zaintrygowała mnie jego postawa wobec powracającego brata. Podczas gdy ojciec raduje się i wyprawia wielką ucztę, ten gniewa się i stoi przed domem. Nie chce nawet wejść do środka – woli zachować dystans. Przywołuje tylko jednego ze sług, by dowiedzieć się, co jest powodem tego świętowania. Zachowuje się niczym Jonasz, oburzony na Boże miłosierdzie.

Gdybyśmy wyobrazili sobie codzienność tej rodziny kilka lat wcześniej, moglibyśmy uznać, że obaj chłopcy mieli jednakowe warunki do rozwoju. Nic nie wskazuje na to, by byli traktowani nierówno. Dlaczego więc młodszy syn wyszedł do ojca z tak drastyczną prośbą: „Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada”?

We współczesnych domach panują zupełnie inne realia niż w tamtych czasach. Dziś dzieci bardzo wcześnie trafiają pod wpływ zewnętrznych bodźców. Nie muszą nawet wychodzić z pokoju – wystarczy dostęp do internetu czy telewizji, by obcy wpływ zaczął kształtować ich charakter. Wówczas nie było to możliwe. Obaj synowie wzrastali w tym samym środowisku. Jest bardzo prawdopodobne, że ojciec – jak to było w zwyczaju izraelskich rodzin – stosował Boży wzorzec wychowawczy: „Niechaj słowa te, które Ja ci dziś nakazuję, będą w twoim sercu. Będziesz je wpajał w twoich synów i będziesz o nich mówił, przebywając w swoim domu, idąc drogą, kładąc się i wstając” (Pwt 6:6–7).

Być może młodszy brat nie potrafił już znieść oschłej „poprawności” starszego syna, który trzymał się bardziej litery Prawa niż jego ducha? „Litera zabija” – pisał apostoł Paweł do Koryntian, przypominając, że wszelka nasza zdolność pochodzi od Boga, a nie z nas samych. Niekiedy można spotkać się z postawą zgodną z zasadami, a jednak chłodną, zgryźliwą i legalistyczną – taką, która odpycha wszystkich wokół.

Sądzę, że dużą rolę w kształtowaniu się postawy młodszego syna mógł odegrać właśnie jego brat. Młodsze dzieci często uczą się więcej od starszego rodzeństwa niż od rodziców. W Izraelu pierworodny posiadał uprzywilejowaną pozycję, co wywierało wpływ na pozostałe dzieci. Znamy historię Ezawa i Jakuba – bliźniaków, z których tylko jeden posiadał prawo pierworodztwa. W tej przypowieści prawdziwy charakter pierworodnego ujawnił się jednak dopiero w chwili powrotu brata.

Gdy ojciec dostrzegł jego niewłaściwą postawę, próbował go łagodnie przekonać: „Synu, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko moje jest twoim” (w. 31). Jednak do starszego syna nic nie docierało. Był zbyt przekonany o własnej nienaganności i uważał, że z tego tytułu należy mu się szczególne uznanie. Mówił o sobie: „Oto tyle lat służę ci i nigdy nie przestąpiłem rozkazu twego, a mnie nigdy nie dałeś nawet koźlęcia, bym się mógł zabawić z przyjaciółmi mymi” (w. 29).

Jakże bardzo przypomina on bohatera innej historii – bogatego młodzieńca, który uważał się za prawego człowieka i chlubił się przestrzeganiem przykazań. Zapewniał Chrystusa: „Tego wszystkiego przestrzegałem od młodości mojej” (Mt 19:20), nie mając pojęcia, że do życia wiecznego brakuje mu rzeczy kluczowej. Czyż nie jest też podobny do faryzeusza modlącego się obok celnika: „Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam” (Łk 18:12)? Ale o tym porozmawiamy w kolejnym rozważaniu.

Słowo Boże określa naszą własną sprawiedliwość wyjątkowo dosadnie: „Wszystkie nasze cnoty są jak szata splugawiona” (Iz 64:6). Dlatego apostoł Paweł napisał wprost: „Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga; wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego” oraz „gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej” (Rzym 3:10–12, 23).

Nikt – bez względu na to, jak nienaganny prowadzi tryb życia – nie może uważać się za sprawiedliwego w oczach Boga.

Ojciec z przypowieści pokazał właściwą postawę wobec obu synów. Ponieważ odzwierciedla miłość Ojca Niebieskiego, nie miało dla niego znaczenia to, że młodszy roztrwonił majątek z nierządnicami. Wciąż był jego dzieckiem – tak samo jak starszy. W domu zapanowała radość z powodu powrotu zagubionego: „Należało zaś weselić się i radować, że ten brat twój był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się” (w. 32).

Starszy syn zawsze przebywał w domu i mógł korzystać ze wszystkiego nie dlatego, że był doskonały, ale po prostu dlatego, że był synem. Jego błąd polegał na tym, że nie potrafił stanąć w prawdzie, przyjąć łaski i przebaczenia, lecz polegał wyłącznie na własnej sprawiedliwości.

Bóg jest miłością tak wielką, że trudno nam ją ogarnąć. Ta miłość mówi do kobiety przyłapanej na cudzołóstwie: „Ja cię nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8:11). Kobieta uważana powszechnie za grzesznicę, lecz gotowa znieść pogardliwe spojrzenia „sprawiedliwych”, usłyszała z ust Chrystusa: „Odpuszczone są grzechy twoje” (Łk 7:48).

Sprawiedliwym w oczach Boga staje się tylko ten, kto pragnie przyoblec się w sprawiedliwość Chrystusa i odrzuci własną samowystarczalność. Bóg bowiem uznaje wyłącznie doskonałą sprawiedliwość swojego Syna, którego ofiarował dla naszego zbawienia.

Henryk Hukisz

Tuesday, September 29, 2026

Tryptyk – Dłużna miłość

Łukasz w swojej Ewangelii umieścił trzy podobne historie, w których zestawiał ze sobą dwie charakterystyczne postacie: sprawiedliwego i grzesznika. Trzecią i najważniejszą osobą w tych opowiadaniach jest zawsze Chrystus – choć tylko w jednym z nich obecny osobiście.

Krótka forma tego rozważania nie pozwala na pełne przedstawienie refleksji nad tymi fragmentami, dlatego postanowiłem napisać trzy kolejne teksty pod wspólnym tytułem „Tryptyk” – na wzór trójdzielnego obrazu lub płaskorzeźby przedstawiającej jeden motyw.

W siódmym rozdziale Ewangelii (wersety 36–50) Łukasz opisuje wydarzenie z domu pewnego faryzeusza o imieniu Szymon, który zaprosił Chrystusa na posiłek. Wszystko przebiegało zgodnie z planem gospodarza, aż do momentu, gdy spokojną atmosferę przyjęcia zakłóciła kobieta. Nie znamy jej imienia, ale dobrze znamy styl jej życia – była powszechnie uważana za grzesznicę. Weszła nieproszona. Faryzeusz, przekonany o własnej sprawiedliwości, nigdy przecież nie pozwoliłby, aby próg jego domu przekroczyła osoba o „takiej” reputacji. Gdyby nie jego ukryty plan sprawdzania, jak w tej sytuacji zachowa się zaproszony Nauczyciel, z pewnością kazałby sługom natychmiast wyrzucić ją na ulicę.

Kobieta ta miała jednak ogromne pragnienie spotkania z Kimś, o kim już wcześniej musiała wiele słyszeć. Nie dbała o to, co może ją spotkać w domu człowieka mieniącego się stróżem prawdziwej moralności. Weszła do izby pełnej ludzi i znosząc ich oburzone spojrzenia, odnalazła wzrokiem Tego, który całkowicie zawładnął jej sercem. Cicho podeszła do Jego stóp – nie śmiała nawet spojrzeć Mu w oczy.

Łukasz ze szczegółami opisuje to niezwykłe zachowanie. Widzimy, że kobieta przyszła przygotowana – zanim wyruszyła na poszukiwanie przełomu w swoim życiu, zabrała ze sobą flakon drogocennego olejku. Jak czytamy: „A stanąwszy z tyłu u nóg jego, zapłakała i zaczęła łzami zlewać nogi jego i włosami swojej głowy wycierać, a całując jego stopy, namaszczała je olejkiem” (w. 38).

Ta postawa jasno pokazuje jedno: miała w sercu ogromną potrzebę wyrażenia głębokiego uczucia, które całkowicie ją wypełniało. Fiodor Dostojewski pisał, że gdyby myśli kryjące się w ludzkich sercach wydzielały zapach, na świecie rozniósłby się odór nie do zniesienia, a my wszyscy zginęlibyśmy z powodu zatrucia.

Chrystus znał myśli Szymona – nawet te, których faryzeusz nie odważyłby się wypowiedzieć na głos. Zwrócił się więc bezpośrednio do niego: „Szymonie, mam ci coś do powiedzenia.”

Gdy gospodarz przytaknął, Jezus opowiedział historię o dwóch dłużnikach: jeden był winien większą kwotę, drugi mniejszą, lecz obu dług podarowano. Następnie zadał faryzeuszowi zaskakująco proste pytanie: „Który więc z nich będzie go bardziej miłował?”

Szymon odpowiedział dyplomatycznie, zaczynając ostrożnie od słowa „sądzę” – na wypadek, gdyby Jezus zmierzał do podchwytliwej konkluzji. Faryzeusz dbał przede wszystkim o własną reputację, zwłaszcza w obecności znanej grzesznicy. Chciał być gotowy na każdą ewentualność.

Wtedy Jezus, wskazując na kobietę, udzielił mu bolesnej lekcji. Zestawił postawę dumnego gospodarza z postawą pogardzanej przez niego kobiety. Szymon, przekonany o własnej nienaganności, usłyszał całą listę podstawowych gestów gościnności, których zaniedbał. W tamtejszej kulturze przyjęcie gościa z szacunkiem było rzeczą oczywistą: umycie nóg po podróży, namaszczenie głowy olejkiem na znak pokoju czy pozdrowienie pocałunkiem stanowiły świadectwo domu dbającego o obyczaje i pobożność. Faryzeusz nie zrobił nic z tych rzeczy. Poczuł się publicznie upokorzony, ale to nie Jezus go poniżył – On po prostu odsłonił jego prawdziwe, pełne pychy serce. Spełniły się tu słowa samego Chrystusa: „A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz?” (Mat. 7:3).

Chęć wywierania na innych wrażenia swoją pobożnością staje się niebezpieczna, gdy stajemy w świetle słów Chrystusa. One jak miecz prześwietlają prawdę o człowieku. Takie właśnie jest Słowo Boże: „...zdolne osądzić zamiary i myśli serca; i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę.” (Hbr 4:12–13).

Spójrzmy teraz na drugą postać tej historii – na tę kobietę – i zapytajmy: co nią kierowało?

Jedno jest pewne: pragnęła zerwać z dotychczasowym życiem i zacząć wszystko od nowa. Nikt jednak nie potrafił jej pomóc. Zewsząd słyszała jedynie potępienie. Być może byli i tacy, którzy czerpiąc korzyści z jej dotychczasowego zajęcia, przekonywali ją, że zmiana jest niemożliwa i „tak już musi być”. Ona jednak, świadoma swojego wielkiego długu wobec Boga, postanowiła odmienić swój los i odnaleźć prawdziwy sens życia.

Jezus, który bezbłędnie czytał w ludzkich sercach, doskonale wiedział, co się w niej dzieje. Jestem przekonany, że przyjął zaproszenie Szymona głównie ze względu na nią, a nie dla samego faryzeusza. Podobnie jak w przypadku Natanaela, o którym powiedział, zanim go jeszcze osobiście spotkał: „Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma fałszu” (J 1:47) – Jezus widział tę kobietę pod jej własnym „drzewem figowym”.

Każdy człowiek ma w sobie głęboko zakorzenioną potrzebę relacji ze swoim Stwórcą. Apostoł Paweł napisał: „Wiemy bowiem, że całe stworzenie wespół wzdycha i wespół boleje aż dotąd” (Rz 8:22).

Ludzki duch poprzez głos sumienia woła do Boga nawet w najciemniejszych momentach życia. Bóg objawia się na wiele sposobów – także przez Kościół, który jest Ciałem Chrystusa w świecie, oraz przez piękno i porządek stworzenia. Niestety, często bywa tak, że ludzie: „...poznawszy Boga, nie uwielbili go jako Boga i nie złożyli mu dziękczynienia, lecz znikczemnieli w myślach swoich, a ich nierozumne serce pogrążyło się w ciemności” (Rz 1:21).

Upadły świat potrzebuje Dobrego Pasterza – i właśnie do takich ludzi przyszedł Chrystus, aby szukać i zbawić to, co zginęło.

Bohaterka tej historii, pokonując paraliżujący wstyd i liczne przeszkody, poszła za głosem serca. Zamieszkała w nim miłość do Chrystusa – jedynego, który miał moc przebaczyć jej grzechy. Świadoma długu wdzięczności, odrzuciła ludzkie opinie, upadła do Jego stóp i w cichości wyznała Mu swoją miłość.

Na pożegnanie usłyszała słowa, które przerosły jej najśmielsze oczekiwania: „Wiara twoja zbawiła cię, idź w pokoju.”

Na tym właśnie polega łaska – Bóg daje nam o wiele więcej, niż śmiemy Go prosić.

„Każdy, kto w Niego wierzy, nie będzie zawstydzony.” (Rzym 10:11)

Henryk Hukisz