Wydarzenia na Florydzie, gdzie postać Donalda Trumpa urasta do rangi niemal mitycznej, prowokują do postawienia trudnych pytań o granice podziwu i lojalności w Kościele. Określenie „Don Colossus” w kontekście posągu Trumpa na Florydzie może brzmieć mocno, a nawet przesadnie. Przyznaję – należę do pokolenia, u którego te słowa wywołują historyczne (podkreślam: historyczne, a nie histeryczne) drgawki.
Według historyków, kult jednostki „związany był ze
sprawowaniem władzy przez jednoosobowe, autorytarne jednostki. Polegał na
wprowadzeniu do powszechnej świadomości uwielbienia dla rządzącego, przekonaniu
o jego wielkości, ponadprzeciętności, a także nieomylności (władzy przypisuje
się cechy nadprzyrodzone)” (net). To samo źródło podaje również
charakterystyczną cechę takich przywódców, a mianowicie, że nie tolerują żadnej
krytyki swojej „nadprzyrodzonej” władzy. Gdy polityka zaczyna przypominać
religię, a lidera otacza nimb nieomylności, wkraczamy na niebezpieczny grunt.
Kościół nie jest jednak wolny od tego rodzaju przywództwa.
Mam na uwadze skrajne przypadki znane z historii chrześcijaństwa, gdy papieże
sprawowali władzą absolutnego dyktatu. Posługiwano się wówczas tzw. „brachium
seaculare”, czyli egzekwowaniem swoich decyzji za pomocą świeckiej władzy
porządkowej. Znane są również przypadki przywódców sekt religijnych, którzy
budowali swój autorytet na całkowitym uzależnieniu wiernych od swoich decyzji,
powołując się na inspirację Bożą.
Jednak nie o tym chcę pisać. Mam na uwadze raczej takie
sytuacje, gdy w lokalnym kościele pojawia się jednostka apodyktyczna, która
samoistnie narzuca swoją władzę całej wspólnocie wierzących. Może to być
pastor, lider młodzieżowy, lider uwielbiania, czy inna osoba, która
wykorzystuje swoją wyjątkową fachowość, i domaga się uznawania swoich decyzji
przez cały zbór. Zdarza się tak również, gdy np. zdolny biznesmen zostaje
powołany do zarządzania jakimś działem życia zboru. Przypominam, że kościół
kieruje się zupełnie innymi regułami, niż działalność biznesowa. Jeśli
przykładowo, zdolny elektronik lub inżynier dźwięku zasiądzie za zborowym
mikserem, może narzucić swoją absolutną władzę nad tą służbą.
Zjawisko to często rodzi się w ciszy, pod pozorem dbałości o
jakość i profesjonalizm. Bardzo często do takiego wynaturzenia doprowadzają
inni swoim „uwielbianiem” okazywanym liderowi. Potencjalny „dyktator” zaczyna
wówczas uważać siebie za omal nieomylnego fachowca, który nie będzie liczyć się
już z żadną inna opinią. Jeśli nawet zdarzy się, że ktoś zwróci mu uwagę, iż
można zrobić coś inaczej, to albo zignoruje, albo obrazi się śmiertelnie i
porzuci służbę.
Jakże inaczej wygląda model przywództwa wyrysowany na
kartach Nowego Testamentu. Apostoł Paweł, wzór do naśladowania dla wszystkich
działaczy kościelnych, najchętniej określał siebie jako „sługa”, używając
greckiego określenia „dulos”, które przede wszystkim znaczy „niewolnik”.
Prawie każdy swój list rozpoczynał takim właśnie przedstawieniem siebie. Nikt
chyba nie posądza tego pokornego sługi Bożego o to, że były to jedynie
kurtuazyjne słowa pozdrowienia, aby zrobić dobre wrażenie na czytelnikach.
Dlatego, w jednym ze swoich listów napisał o sobie „ja, Paweł, więzień
Chrystusa Jezusa, proszę za was, pogan.” (Ef 3:1).
W innym liście, gdy borykał się z dylematem, czy chcieć „umrzeć i być z Chrystusem”, czy „pozostać zaś w ciele", stwierdził jednoznacznie, gdyż to „jest bardziej potrzebne ze względu na was” (Flp 1:22-24). Taka postawa wynikała z faktu, że dla niego „życie to Chrystus, a śmierć to zysk” (w. 21). Ten wierny Boży sługa nigdy nie liczył się z poklaskiem, nie budował swojego autorytetu mówieniem o tym, jak wielkie rzeczy czynił dla Boga.
A przecież wiadomym było, że doświadczał niesamowitych
momentów duchowego uniesienia, którymi mógłby się chwalić. Można byłoby
powiedzieć, że gdyby opowiadał o tym, co widział w czasie zachwycenia do
trzeciego nieba, to oddałby chwałę Bogu. On jednak skromnie napisał o sobie: „Znam
człowieka w Chrystusie” (2 Kor 12:2). Dlatego, gdy odmawiano mu prawa do
apostolstwa, zamiast pisać o dokonaniach, napisał odważnie: „Dlatego
upodobałem sobie słabości, obelgi, niedostatki, prześladowania i uciski
z powodu Chrystusa, bo gdy niedomagam, wtedy jestem mocny. Stałem się
szaleńcem! Wy mnie do tego zmusiliście, a przecież przez was powinienem
być polecany. Niczego bowiem mi nie brakuje w porównaniu z wielkimi
apostołami, jeśli nawet jestem niczym” (2 Kor 12:10,11).
Powiedzieć o sobie „jestem niczym”, może jedynie ten, kto
postępuje zgodnie z zasadą: „Nie kierujcie się kłótliwością i próżną
chwałą, ale z pokorą jedni drugich uznawajcie za ważniejszych od siebie” (Flp
2:3).
Apostoł Piotr, chociaż mógłby nieustannie powoływać się na
władzę „kluczy”, jakie otrzymał od samego Chrystusa, pisał o sobie również, że
jest sługą Chrystusa. Dlatego zaleca tym, którzy są „kimś” w kościele, aby
troszczyli się o powierzoną trzodę Bożą, „nie jak ci, którzy mają władzę nad
powierzonymi sobie, ale jak ci, którzy stają się wzorem dla trzody” (1 Ptr
5:3).
W świecie, który chce stawiać liderom złote posągi i bić
pokłony przed ich rzekomą wielkością, Ewangelia pozostaje niewygodnym, ale
ocalającym głosem rozsądku. Prawdziwy autorytet nie potrzebuje krzykliwej
oprawy ani bezkrytycznego uwielbienia – on objawia się w cichej służbie i
umiejętności bycia „niczym”, by Chrystus mógł być wszystkim.
Henryk Hukisz




