Słowa zapisane w Drugiej Księdze Kronik odsłaniają tę zasadę
z niezwykłą prostotą: „Pan bowiem ogarnia spojrzeniem całą ziemię, aby
wzmocnić serce tych, którzy są wobec Niego szczerzy” (2 Krn 16,9).
Nie czytamy tutaj, że Bóg wypatruje najpotężniejszych narodów, najliczniejszych
zgromadzeń czy najbardziej wpływowych przywódców. Jego spojrzenie zatrzymuje
się na sercu człowieka. To właśnie ono jest miejscem, od którego rozpoczyna się
każde prawdziwe duchowe przebudzenie.
Ta zasada przewija się przez całe Pismo Święte niczym złota
nić łącząca kolejne pokolenia ludzi wiary. Już w czasach Noego, gdy niemal cała
ludzkość pogrążyła się w nieprawości, Bóg nie rozpoczął od naprawiania świata
przez większość. Wybrał jednego sprawiedliwego człowieka i jego rodzinę. W
świecie pełnym przemocy i moralnego zepsucia wystarczyło jedno wierne serce,
aby ocalić przyszłość całego rodzaju ludzkiego. Podobnie było z Abrahamem. Nie
posiadał armii ani politycznej pozycji. Był pielgrzymem, którego Bóg
wyprowadził z rodzinnej ziemi, składając mu obietnicę niemożliwą do spełnienia
według ludzkich kryteriów. A jednak właśnie z tego jednego człowieka narodził
się naród, przez który miało przyjść błogosławieństwo dla wszystkich ludów
ziemi.
Jednym z najbardziej wymownych obrazów tej duchowej prawdy
pozostaje jednak historia Gedeona. Kiedy Izrael znalazł się pod ciężkim
uciskiem Madianitów, sytuacja wydawała się beznadziejna. Wróg rok po roku
pustoszył kraj, odbierał plony i pozostawiał mieszkańców w nędzy. Izraelici
ukrywali się w jaskiniach i górskich kryjówkach, żyjąc w nieustannym lęku. W
takich okolicznościach Bóg powołał człowieka, który w swoich własnych oczach
nie przedstawiał większej wartości. Gedeon uważał swój ród za najmniej znaczący
w pokoleniu Manassesa, a siebie samego za najmniejszego w domu ojca. Właśnie
dlatego stał się narzędziem, przez które Bóg zamierzał objawić swoją moc. Boży
wybór nie opierał się na naturalnych zdolnościach, lecz na gotowości serca do
posłuszeństwa.
Gdy Gedeon zgromadził trzydzieści dwa tysiące wojowników,
mogło się wydawać, że przygotowania do walki dobiegły końca. Tymczasem właśnie
wtedy Bóg wypowiedział słowa, które dla każdego stratega wojskowego brzmiałyby
jak zaprzeczenie zdrowego rozsądku: „Wtedy PAN powiedział do Gedeona: Zbyt
liczny lud jest przy tobie, abym w jego ręce wydał Madianitów. Mógłby się
bowiem pysznić Izrael wobec Mnie, i mówić: Własną ręką się wybawiłem”
(Sdz 7,2). W tych kilku zdaniach odsłania się głęboka motywacja Bożego
działania. Nie chodziło wyłącznie o samo zwycięstwo nad Madianitami. Znacznie
ważniejsze było to, komu po zwycięstwie przypadnie chwała. Jeżeli człowiek
uzna, że zwyciężył dzięki własnej sile, łatwo zapomina o Tym, który jest
prawdziwym Dawcą zwycięstwa.
Rozpoczął się więc proces oczyszczania armii. Najpierw
odeszli wszyscy ogarnięci lękiem. Dwadzieścia dwa tysiące ludzi wróciło do
swoich domów. Następnie pozostałych wojowników poddano próbie przy wodzie,
która ujawniła ich duchową czujność. Ostatecznie przy Gedeonie pozostało
jedynie trzystu ludzi. Z ludzkiego punktu widzenia oznaczało to niemal pewną
klęskę. Jednak właśnie w tej chwili rozpoczęło się prawdziwe zwycięstwo,
ponieważ nie było już miejsca na ludzką pychę. Cała nadzieja została złożona w
Bogu.
Nie był to odosobniony przypadek. Ta sama zasada powraca
wielokrotnie na kartach Biblii. Dawid stanął naprzeciw Goliata jako młody
pasterz uzbrojony jedynie w procę i kilka kamieni, lecz wyznał, że „ta wojna
należy do PANA i to On wyda was w nasze ręce” (1 Sm 17,47).
Eliasz samotnie wystąpił przeciwko czterystu pięćdziesięciu prorokom Baala na
górze Karmel, wierząc, że prawda nie potrzebuje większości, aby zwyciężyć.
Daniel pozostał wierny Bogu pośród pogańskiego Babilonu, a jego trzej
przyjaciele wybrali piec ognisty zamiast kompromisu z bałwochwalstwem. W każdym
z tych wydarzeń Bóg objawiał swoją moc nie poprzez liczebną przewagę, lecz
przez wierność tych, którzy bardziej bali się utracić społeczność z Nim niż
własne życie.
Najpełniej tę zasadę widać jednak w osobie Jezusa Chrystusa.
Choć podczas swojej ziemskiej służby gromadził tysiące słuchaczy, nie budował
swojego Królestwa na tłumach. Ewangelie pokazują, że świadomie poświęcał
najwięcej czasu dwunastu uczniom, a spośród nich jeszcze bliżej dopuszczał
Piotra, Jakuba i Jana. Gdy po rozmnożeniu chleba tłumy szły za Nim, Jezus nie
próbował utrzymać ich za wszelką cenę. Wygłosił wymagające nauczanie o kosztach
uczniostwa: „Odtąd wielu Jego uczniów odeszło i już z Nim nie
chodziło” (Jn 6,66). Nie zmienił swojego przesłania, aby zachować
popularność, ponieważ nigdy nie szukał zwolenników. Szukał uczniów.
Po Jego śmierci i zmartwychwstaniu nie pozostały tysiące
wiernych wyznawców. W Wieczerniku zgromadziło się zaledwie około stu dwudziestu
osób. Z perspektywy Cesarstwa Rzymskiego byli grupą pozbawioną znaczenia. Nie
dysponowali wojskiem, majątkiem ani politycznym wpływem. Mieli jednak obietnicę
Chrystusa, że otrzymają moc Ducha Świętego. Gdy obietnica ta wypełniła się w
dniu Pięćdziesiątnicy, rozpoczął się proces, który odmienił historię świata.
Ewangelia rozprzestrzeniała się nie dzięki przewadze militarnej ani
politycznej, lecz dzięki ludziom całkowicie oddanym Chrystusowi, gotowym
cierpieć i umrzeć za prawdę o Jego zmartwychwstaniu.
Ten sam wzorzec powtarza się w całej historii Kościoła.
Wielkie przebudzenia duchowe nie rodziły się przede wszystkim z rozbudowanych
struktur organizacyjnych, lecz z niewielkich grup wierzących trwających na
modlitwie i szukających Bożego oblicza. Bóg wielokrotnie rozpoczynał swoje
dzieło od wiernej resztki, aby cała chwała należała wyłącznie do Niego. To
dlatego prorok Zachariasz mógł zapisać słowa: „Nie dzięki sile i nie dzięki mocy, lecz dzięki Mojemu duchowi!”
(Za 4,6).
John Wesley pod koniec swojego życia (1790 r), w liście do
jednego ze współpracowników napisał: „Dajcie
mi stu kaznodziejów, którzy nie boją się niczego oprócz grzechu i nie pragną
niczego oprócz Boga, a nie obchodzi mnie ani trochę, czy będą duchownymi, czy
świeckimi – tylko tacy wstrząsną bramami piekła i ustanowią królestwo
niebieskie na ziemi.”
Ten wielki kaznodzieja postawił
na całkowite zaufanie położone w Bogu, a w jego słowach kryły się dwie główne
idee, zaczerpnięte z biblijnych historii o bohaterach wiary. Stawiał na tych,
którzy: boją się tylko grzechu i pragną jedynie Boga. Wesley wierzył, że
największym zagrożeniem dla chrześcijanina nie są prześladowania, bieda czy
odrzucenie ze strony ludzi, lecz kompromis z grzechem. Kaznodzieja wolny od
strachu przed ludzką opinią jest nieustraszony w głoszeniu prawdy. Znaczenia miało jedynie serce całkowicie
uświęcone i skupione na Chrystusie – wolne od chciwości, ambicji politycznych
czy szukania własnej chwały.
Współczesny Kościół również potrzebuje na nowo odkryć tę
duchową prawdę. Łatwo ulec pokusie oceniania Bożego błogosławieństwa według
kryteriów świata. Łatwo uwierzyć, że o skuteczności służby decyduje liczba
uczestników, rozmach przedsięwzięć czy siła oddziaływania. Tymczasem historia
zbawienia niezmiennie świadczy o czymś innym. Bóg nadal poszukuje ludzi
pokornych, wiernych i gotowych zapłacić cenę posłuszeństwa. To przez nich
objawia swoją moc.
Dlatego najważniejsze pytanie, jakie każdy wierzący powinien
sobie postawić, nie brzmi: „Jak wielkie jest moje dzieło?” ani „Ilu ludzi idzie
za mną?”. O wiele ważniejsze jest pytanie: „Czy moje serce jest całkowicie
oddane Bogu?”. To właśnie od odpowiedzi na nie rozpoczyna się wszystko. Tam,
gdzie Bóg znajduje serce wolne od pychy, od lęku i od kompromisu, tam
rozpoczyna dzieło, którego skutki często sięgają daleko poza jedno pokolenie.
Tak było w czasach Gedeona, Dawida, apostołów i wielu wiernych świadków
Chrystusa na przestrzeni wieków. I tak pozostaje do dziś.
Henryk Hukisz






