Wednesday, July 1, 2026

Gotowi do obrony

Skoro my, Polacy, znamy się najlepiej na polityce i medycynie, to może teologię zostawmy teologom. Niestety, nieraz spotykamy się z sytuacją, gdy przeciętny chrześcijanin podejmuje się dyskusji lub próbuje publicznie odpowiadać na pytania dotyczące zagadnień biblijnych. To jest jak przysłowiowe porywanie się z motyką na słońce. Internet jest dziś wręcz zalewany wypowiedziami ludzi, którzy nie mają przygotowania, by rzetelnie i mądrze odpowiedzieć na stawiane kwestie natury teologicznej.

Zdaję sobie sprawę, że narażam się na powszechne potępienie ze strony samozwańczych apologetów, uważam jednak, że o tej amatorszczyźnie trzeba pisać odważnie. W sytuacjach, gdy liczy się każde słowo, a każdy wywód może stać się dla oponentów argumentem do ośmieszania naszej wspólnej wiary, kluczowe jest, aby wypowiadały się osoby odpowiednio przygotowane, a co najważniejsze – powołane do tego przez Boga. Zasadniczą regułą panującą w Kościele Jezusa Chrystusa jest prawda zapisana przez pierwszego i najlepszego apologetę biblijnego, samego apostoła Pawła: „I tak Bóg ustanowił w Kościele najpierw apostołów, po drugie proroków, po trzecie nauczycieli...” (1 Kor 12:28). Tak jak ciało każdego z nas składa się z niepowtarzalnych części i organów, tak prawdziwy, zdrowy Kościół Jezusa Chrystusa tworzą różne służby: „Tak bowiem jak jest jedno ciało i ma wiele członków, a wszystkie członki, chociaż jest ich wiele, są jednym ciałem, tak też jest i z Chrystusem. Ciało bowiem to nie jest jeden członek, lecz liczne” (1 Kor 12:12,14).

„Zaraz, zaraz!” – zawołają pewnie znawcy wszystkiego. Przecież jest napisane czarno na białym, że mamy być „gotowi zawsze do obrony wobec każdego, kto od was żąda słowa o tej nadziei, która jest w was” (1 Ptr 3:15). Tak, to prawda – każdy z nas powinien być gotowy do składania świadectwa własnym życiem i jasnego pokazywania, że pokłada nadzieję w Bogu. Z dalszych słów apostoła Piotra wynika jednak, że chodzi tu przede wszystkim o zachowanie czystego sumienia przed Chrystusem w obliczu oskarżeń ze strony tego świata. A jeśli mowa o naszym sumieniu, musimy pamiętać, że zostało ono oczyszczone krwią Baranka „z martwych uczynków, abyśmy służyli Bogu żyjącemu” (Hbr 9:14). W kontekście obrony przed zarzutami świata naszym zadaniem jest więc zachowanie tej czystości sumienia, którą z łaski podarował nam sam Chrystus. Świat będzie z nas szydził, „że wy nie nurzacie się wraz z nimi w tym samym zalewie rozpusty” (1 Ptr 4:4), i będzie atakował nas oszczerstwami. Nie ma tutaj jednak mowy o akademickiej obronie zasad wiary czy argumentowaniu na rzecz podstaw naszych przekonań. Chodzi wyłącznie o „słowa o tej nadziei, która jest w was”, czyli o wyjaśnienie, dlaczego postępujemy inaczej niż reszta świata. Rozumiemy przecież, że nasza decyzja o świętym życiu wynika z faktu, że Święty jest Bóg, w którym pokładamy nadzieję. Dla wszystkich wierzących przyszłość z Bogiem ma większą wartość niż jakikolwiek kompromis ze światem. I chyba się w tej kwestii nie mylę.

Jeśli natomiast chodzi o samą obronę wiary – czyli o wyjaśnianie, dlaczego tak, a nie inaczej rozumiemy Boga oraz Jego obietnice (co bezpośrednio przekłada się na praktyczną stronę naszego codziennego chrześcijaństwa) – to jest to już pewna sztuka, która wymaga głębszego zrozumienia Bożych prawd. Apostoł Piotr pisał o tym później, gdy poruszał temat rozumienia nauki apostolskiej w kontekście rzeczy przyszłych i teraźniejszych, od czego przecież zależy znalezienie się w gronie tych, których ta przyszłość dotyczy. Już wtedy byli „ludzie niewykształceni i niezbyt umocnieni”, którzy „przekręcają – podobnie jak i pozostałe Pisma – na własną zgubę” (2 Ptr 3:16). Dlatego Piotr ostrzega ówczesnych wierzących, co – jak sądzę – dotyczy również naszego pokolenia: „miejcie się na baczności, abyście, zwiedzeni przez błędy ludzi nieprawych, własnej stałości nie doprowadzili do upadku” (w. 17). Kolejne zdanie wskazuje na najskuteczniejszą metodę zachowania tej niewzruszonej postawy, a jest nią nieustanne wzrastanie „w łasce i poznaniu naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa” (w. 18).

Wdawanie się w spory z niewierzącymi wymaga ogromnych umiejętności. Niestety, najczęściej mamy do czynienia z czczą dyskusją, przed którą apostoł Paweł wyraźnie przestrzega. Pouczając młodego Tymoteusza, zachęca go słowami: „Wzoruj się na zdrowej nauce, którą usłyszałeś ode mnie, w wierze i miłości w Chrystusie Jezusie” (2 Tm 1:13), ponieważ powierzono mu wielki skarb. Jako jego duchowy ojciec nakazuje mu stanowczo: „Tymoteuszu, strzeż tego, co ci powierzono, unikaj pospolitej, pustej mowy i sprzecznych twierdzeń fałszywej wiedzy” (1 Tm 6:20). Paweł ze smutkiem musiał przyznać, że ci, którzy do takich czczych dyskusji przystąpili, „pobłądzili w wierze” (w. 21).

Apologetyka, bo tak nazywa się dziedzina nauki zajmująca się obroną prawd biblijnych, wymaga szczególnej umiejętności odpowiadania na zarzuty przeciwników – i to w taki sposób, by dochować wierności nakazom Jezusa. Wszyscy znamy słowa Chrystusa, które we współczesnym społeczeństwie bywają dość trudne do zastosowania: „Tego, co święte, nie dawajcie psom, a pereł nie rzucajcie przed wieprze, aby ich nie podeptały, nie rzuciły się na was i nie rozszarpały” (Mt 7:6). Choć jest to metafora lub przysłowie, którego kontekstu dziś nie wyczuwamy w pełni, kryje się w nim uniwersalna prawda, przekazana przez Jezusa nie tylko bezpośrednim uczniom, ale i kolejnym pokoleniom, aż do naszych czasów. Pisałem już o tym wcześniej w tekście „Psy, wieprze i perły”, choć wtedy patrzyłem na sprawę pod kątem samego zwiastowania. Ta sama zasada dotyczy jednak sytuacji o charakterze apologetycznym – nie zawsze powinniśmy angażować się w dyskusje z ludźmi, których jedynym celem jest ośmieszenie dzieci Bożych. Jezus doskonale radził sobie z tymi, którzy podchodzili Go celowo, by podważyć Jego rosnący autorytet. Kto z nas może jednak poszczycić się taką pełnią Ducha i mądrością, by znać odpowiedzi na pytania, zanim w ogóle zostaną zadane?

Apostoł Paweł, pisząc do Koryntian (którzy zdążyli się już podzielić na tych uważanych za lepszych i gorszych), stwierdził otwarcie, że ludzie różnią się od siebie. Zaakceptowanie tego faktu mogłoby pomóc nam we wzajemnym szacunku – o ile w ogóle jest on możliwy. Może brzmi to trochę jak przechwałka, ale Paweł napisał wprost: „Nam natomiast Bóg objawił to przez Ducha” (1 Kor 2:10). Co dokładnie Bóg nam objawił? Właśnie to, czego „człowiek poznający tylko zmysłami nie przyjmuje darów Ducha Bożego. Są one bowiem dla niego głupstwem i nie może ich zrozumieć, ponieważ można je badać jedynie w sposób duchowy” (w. 14). Czyli to, „czego oko nie ujrzało ani ucho nie usłyszało, ani co nie wstąpiło do serca człowieka, Bóg przygotował tym, którzy Go miłują” (w. 9).

Człowiek „zmysłowy” (w grece psychikos), czyli mówiąc precyzyjnie: człowiek nieodrodzony duchowo, to ktoś, kto porusza się wyłącznie w sferze naturalnych zmysłów. Nie chodzi tu o jego poniżanie, lecz o stwierdzenie faktu, że nie jest on w stanie pojąć prawd duchowych. Dla niego są one „głupstwem, i nie może ich poznać, gdyż należy je duchowo rozsądzać” (w. 14). Rozmawianie z nim o sprawach, których z definicji „nie może poznać”, jest po prostu nierozsądne. Co więcej, uwłacza to samej dyskusji, ponieważ dotyczy ona spraw czysto duchowych.

Spójrzmy na przykład apostoła Pawła. Gdy znalazł się w Koryncie – mieście głębokiej dekadencji moralnej – powiedział mieszkańcom, że nie przyszedł do nich „głosić wam tajemnicę Boga nie za pomocą górnolotnych słów lub mądrości” (1 Kor 2:1). Dlaczego? Odpowiedź jest oczywista. Chciał, jak sam ujął, aby „słowo i moje głoszenie nie opierały się na przekonujących słowach mądrości, ale na ukazywaniu Ducha i mocy” (w. 4). W rezultacie takiego zwiastowania w sercach tych zepsutych moralnie słuchaczy narodziła się wiara, która „nie opierała się na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Boga” (w. 5).

W takich okolicznościach żadna naukowa apologetyka nie dokonałaby tego, co sprawiły słowa wypowiedziane w mocy Ducha Świętego.

Do głoszenia ewangelii w mocy Ducha Świętego powołani jesteśmy wszyscy. Jednak do obrony doktryny powinni stawać ci, których Bóg do tego specjalnie powołał i wyposażył – ludzie, „którzy będą w stanie („ἱκανός” [ikanos] – kompetentny, odpowiedni) nauczać także innych” (2 Tm 2:2). O tym również wspominałem już we wcześniejszym artykule – „Kompetentni nauczyciele”.

Henryk Hukisz

Friday, June 26, 2026

Proszę o cierpliwość

Kiedy czytam biografie wybitnych działaczy na niwie Bożej i patrzę na to, czego dokonali, naturalnie pojawia się pytanie: „A co ja zrobiłem dla Boga?”. Ewangeliści z pasją dzielą się imponującymi liczbami słuchaczy, którym zanieśli dobrą nowinę, a uzdrowiciele wyliczają najcięższe przypadki chorób, które ustąpiły pod wpływem ich modlitwy. Dobroczyńcy opisują, jak wielką pomoc okazali pokrzywdzonym przez los, a liderzy piastujący ważne stanowiska przekonują, iż dzięki ich odważnym decyzjom ludziom żyje się po prostu lepiej.

Gdyby ktoś zapytał mnie o to, co ty zrobiłeś dla Boga?, musiałbym chwilę poszukać w pamięci, aby podać konkretne liczby – na przykład to, ile osób ochrzciłem, jak wielkim społecznościom zwiastowałem Chrystusa czy ile razy realnie pomogłem potrzebującym. W zestawieniu z spektakularnymi świadectwami, jakie czasem słyszymy, te moje działania mogą wydawać się skromne. Czy jest to jednak powód do zniecierpliwienia lub rozczarowania? Wprost przeciwnie!

W momentach takich refleksji z uśmiechem spoglądam na podkładkę pod myszkę komputerową, którą bardzo lubię (patrz zdjęcie). Chociaż czas odcisnął na niej swoje piętno, za nic nie chcę się jej pozbyć. Niesie ona bowiem niezwykle uwalniające przesłanie i głębokie pocieszenie, którego każdy z nas potrzebuje każdego dnia. Widnieje na niej zdanie: „Bóg działa. Proszę o cierpliwość... Bóg jeszcze ze mną nie skończył!”. Lub ujmując to bardziej poetycko: „Trwają Boże prace. Proszę o cierpliwość... Bóg jeszcze nie dokończył Swojego dzieła we mnie!”.

To kieruje moje myśli ku kluczowemu pytaniu, które warto sobie zadać: „Co tak naprawdę jest ważniejsze – to, co ja próbuję zrobić dla Boga, czy to, co On z miłością robi dla mnie?”. Cudowną odpowiedzią na tę wątpliwość jest historia proroka Jeremiasza, gdy Bóg skierował do niego słowa: „Wstań i zejdź do domu garncarza. Tam sprawię, że usłyszysz Moje słowa” (Jr 18:2). Doskonale znamy ten poruszający obraz: prorok przygląda się, jak rzemieślnik bierze do rąk niekształtną, lepka bryłę gliny i z cierpliwością „zaczął od nowa wyrabiać inne naczynie, jak garncarzowi wydawało się, że należy zrobić” (w. 4). Wtedy padły te piękne słowa Boga: „Oto jak glina w ręku garncarza, tak i wy jesteście w Moim ręku, domu Izraela!” (w. 6).

Głęboko wierzę, że dokładnie tak, jak Bóg prowadził Izrael, tak samo z czułością prowadzi dziś każdego z nas. On pragnie mieć w Swoim domu naczynia ukształtowane według Jego doskonałego, unikalnego planu. Apostoł Paweł rozwija to piękne porównanie w liście do Tymoteusza: „W dużym domu znajdują się nie tylko naczynia złote i srebrne, ale także drewniane i gliniane. Jedne służą do użytku zaszczytnego, inne do pospolitego” (2 Tm 2:20). To, jaką rolę i formę otrzymujemy w Bożym domu, zależy wyłącznie od Niego – i to jest najwspanialsze, bo wszystko, co Bóg z nami czyni, wypływa z Jego bezwarunkowej łaski. Nasze działania są oczywiście ważne i służą Bożym celom, ale naszą największą radością jako sług powinno być wykonanie powierzonego zadania z serca, by móc z pokorą i ulgą powiedzieć: „Sługami nieużytecznymi jesteśmy, spełniliśmy swój obowiązek” (Łk 17:10).

Gdy apostoł Paweł dotarł do Aten, rzuciła mu się w oczy niezwykła religijność mieszkańców. Przemawiając na Areopagu, zauważył, że ci gorliwi Grecy robią wszystko, by własnymi siłami zadowolić bóstwa – nawet te, których zupełnie nie znają. Paweł, który zawsze mówił z inspirującą prostotą, wyjaśnił im, że prawdziwy Bóg „jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką ani nie jest uzależniony od posługi rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko” (Dz 17:24,25). To niesamowita nowina! Bóg w swojej wielkości nie potrzebuje naszych ludzkich osiągnięć ani nerwowych wysiłków, by realizować swoje plany.

Wierzymy przecież w Boga Wszechmogącego – Boga „El Elion”, który zawierając przymierze z Abrahamem, hojnie zaopatrzył go we wszystko, co stworzył. Nasz Bóg jest w pełni samowystarczalny. On nie szuka współpracowników dlatego, że brakuje Mu sił, ale dlatego, że zaprasza nas do relacji! Sam realizuje Swój odwieczny plan, uwalniając nas „z niewoli rozkładu do wolności chwały dzieci Boga” (Rz 8:21). To On sprawił, że my, którzy „mamy pierwsze plony Ducha, wzdychamy, oczekując usynowienia, odkupienia naszego ciała” (w. 23). Autor Listu do Hebrajczyków rzuca kolejne snopy światła na tę prawdę, pisząc o doskonałej ofierze Bożego Baranka: Bóg „przez tę jedną ofiarę przecież uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy dostępują uświęcenia” (Hbr 10:14). Do tego doskonałego dzieła nic już nie trzeba, ani nawet nie da się dodać!

Najważniejszym celem naszego zbawienia jest powrót do bliskiej, nierozerwanej już więzi z Ojcem. Bożym największym pragnieniem jest to, abyśmy na zawsze bezpiecznie przebywali w Jego obecności. Dlatego całą naszą doczesność od momentu nowego narodzenia Bóg zamienia w fascynujący proces – proces pięknej obróbki, jakiej poddana jest glina w dłoniach Mistrza. On ma dla nas wspaniały cel: chce, abyśmy „stali się podobni do obrazu Jego Syna” (Rz 8:29). Świadomość tego sprawia, że wszystko wokół zaczyna współdziałać ku dobremu, „aż wszyscy dojdziemy do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary dojrzałości wynikającej z pełni Chrystusa” (Ef 4:13). Tego niezwykłego dzieła dokonuje sam Bóg i zrobi to w absolutnie najlepszy sposób. Naszą rolą jest po prostu ufnie Mu się poddać i z radością współpracować, zamiast przeszkadzać Mu własnymi koncepcjami.

Dlatego z nadzieją patrzę w przyszłość, wierząc, że Bóg ma wobec mnie jeszcze wiele wspaniałych planów, by przygotować mnie na moment spotkania twarzą w twarz z Jego świętym obliczem. To ekscytujące, że zanim zawoła nas do Siebie, On sam zadba o ten „ostatni szlif” – tak, aby Jego własna chwała mogła lśnić w odbiciu naszych przemienionych twarzy. Kiedy tam staniemy, nie będziemy musieli nerwowo prezentować listy naszych ziemskich dokonań. Zamiast tego z zachwytem ukażemy czysty, nieskażony blask Jego chwały, który On sam w nas wypracował.

Dziękuję Bogu każdego dnia za to, że wciąż nade mną pracuje, abym mógł stanąć przed Nim w całym tym pięknie. Jakże inspirujące i pełne ciepła jest życzenie, które apostoł Paweł skierował do Tesaloniczan: „Sam Bóg pokoju niech was w pełni uświęci, aby cały wasz duch, dusza i ciało zostały zachowane bez zarzutu na ponowne przyjście naszego Pana Jezusa Chrystusa” (1 Tes 5:23).

Mając przed oczami tę wielką perspektywę, pomyślmy z wdzięcznością i zachwytem: jak cudowne, wielkie i pełne miłości dzieło realizuje w nas każdego dnia Bóg, nasz wspaniały Ojciec!

Henryk Hukisz

Friday, June 19, 2026

Najpierw załóż maskę sobie

Lot samolotem przez Atlantyk trwa wiele godzin, jest więc sporo czasu, aby zanurzyć się w rozmyślaniach o życiu. Kiedy znajdujesz się na wysokości dwunastu tysięcy metrów i wyobrazisz sobie, że nagle dochodzi do dekompresji kabiny, możesz wpaść w panikę. Wyobrażasz sobie, że ciśnienie drastycznie spada, w uszach huczy, a z sufitu automatycznie wypadają żółte maski tlenowe. Wówczas uświadamiasz sobie wagę słów stewardesy wypowiedzianych przed startem, na które praktycznie nikt z pasażerów nie zwraca uwagi: „Zanim zaczniesz pomagać innym, najpierw załóż maskę sobie”. Dlaczego? Ponieważ bez dopływu czystego tlenu masz zaledwie kilkadziesiąt sekund, zanim stracisz przytomność z powodu niedotlenienia.

Dokładnie to samo dzieje się z nami w wymiarze duchowym, kiedy dopada nas stan paniki i paraliżujący lęk. Dusimy się. Atmosfera tego świata – pełna złych wiadomości, pośpiechu i niepewności o jutro – zaczyna nas dławić. Jak ważne są wówczas słowa, które zapisał apostoł Paweł: „O nic się nie troszczcie, ale w każdej modlitwie i błaganiu powierzajcie z dziękczynieniem wasze pragnienia Bogu. A pokój Boży, który przewyższa wszelkie zrozumienie, będzie strzegł serc i myśli waszych w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 6-7).

Modlitwa to nic innego jak założenie maski tlenowej. To oddychanie atmosferą nieba w świecie, w którym nagle zabrakło powietrza. Gdy wokół szaleje burza, Słowo Boże z Listu do Filipian przychodzi do nas jak konkretna instrukcja ratunkowa. Pokazuje nam, jak krok po kroku odzyskać oddech i zyskać wolność od zmartwień.

Kiedy dopada cię lęk, Biblia zachęca, aby nie dusić go w sobie. Słowa: „powierzajcie z dziękczynieniem wasze pragnienia Bogu” oznaczają zrzucenie tego ciężaru. W psychologii nazywa się to wentylacją emocji – nazywasz dokładnie to, czego się boisz, i oddajesz to Bogu, prosząc o Jego pokój, który działa nawet wtedy, gdy nasz umysł nie widzi logicznego wyjścia z sytuacji.

Lęk niemal zawsze dotyczy przyszłości – tego, co może się stać. Jezus w Ewangelii Mateusza daje bardzo trafną, psychologiczną i życiową radę: „Nie martwcie się o dzień jutrzejszy, bo jutro zatroszczy się samo o siebie. Każdy dzień ma dość własnego utrapienia” (Mt 6, 34).

Jak to zastosować w stanie, gdy wpadasz w panikę? W stanie paniki twój mózg próbuje rozwiązać problemy z całego przyszłego miesiąca lub roku naraz. Biblijna rada brzmi: skup się tylko na tym, co masz zrobić w ciągu najbliższej godziny, dzisiejszego dnia. Jutro dostaniesz nową siłę, by zmierzyć się z jutrem. W stanie lękowym nasz umysł wpada w pętlę czarnych scenariuszy. Biblia radzi, aby świadomie (na ile to możliwe) przekierować uwagę na rzeczy dobre i pewne: „Wreszcie, bracia, myślcie o tym, co prawdziwe, szlachetne, sprawiedliwe, nieskalane, przyjazne, chwalebne, co jest cnotą i co jest godne pochwały” (Flp 4, 8).

Kiedy dopada cię panika, nie musisz rzucać się od razu na głęboką wodę. Paweł przedstawia w cytowanym wersecie trzy rodzaje modlitwy jako proces stopniowego schodzenia z poziomu chaosu do poziomu totalnego ukojenia. Pozwól, że przedstawię to w szczegółowej analizie użytych w tym tekście słów.

1. Modlitwa – świadomość zaistniałej sytuacji i zmiana perspektywy jej postrzegania

W języku nowotestamentowym słowo proseuche odnosi się do modlitwy o charakterze adoracyjnym, pełnym szacunku i czci. To nie jest moment, w którym od razu mówisz, co cię boli. To moment, w którym zauważasz, z Kim rozmawiasz.

Zauważ, że kiedy dopada cię panika, twój świat kurczy się do rozmiarów twojego lęku. Widzisz tylko zagrożenie, które wydaje się gigantyczne, a ty czujesz się malutki. Modlitwa to celowe odwrócenie wzroku od problemu i spojrzenie na Boga. To przypomnienie sobie: „Bóg jest tu, ze mną. On jest większy niż ten atak paniki. On stworzył wszechświat i trzyma mnie w ręku”.

W praktyce może to polegać na powtarzaniu imienia Jezus (np. „Panie, Ty jesteś tutaj”) albo czytaniu na głos psalmu. Nie tłumaczysz Bogu sytuacji – po prostu wchodzisz w Jego obecność i pozwalasz, by świadomość, że nie jesteś sam, zaczęła uspokajać twój układ nerwowy.

2. Błaganie – wylanie emocji i zgoda na bezsilność

Słowo deesis oznacza bardzo żarliwe wołanie, które rodzi się z poczucia głębokiego braku, niedostatku lub udręki. To modlitwa człowieka, który dociera do ściany i wie, że sam sobie nie poradzi.

W czasie paniki ludzie wierzący często próbują być „dzielni” przed Bogiem. Filtrują swoje myśli, starają się modlić ładnie i składnie, co w stanie lękowym wywołuje jeszcze większe napięcie. Na czym właściwie polega błaganie? Biblia wręcz nakazuje zerwanie tych masek. Błaganie to zgoda na totalną bezbronność. To moment, w którym pozwalasz sobie na płacz, krzyk i wypowiedzenie najtrudniejszych emocji. Przelanie tych emocji na modlitwę działa jak zawór bezpieczeństwa w szybkowarze.

To szczera, surowa rozmowa: „Boże, panikuję. Boję się, że oszaleję, że zaraz stanie mi się coś złego. Nie mam już siły udawać, że wszystko jest w porządku. Czuję się bezsilny, pomóż mi!”. To biblijne „wylewanie serca” przed Bogiem: „Zawsze Mu ufaj, otwórzcie wszyscy przed Nim swoje serca, Bóg jest naszym schronieniem!” (Ps 62, 9).

3. Prośba – precyzyjne nazwanie potrzeb

Trzecie słowo, aitēmata, oznacza bardzo konkretne, formalne i precyzyjne przedstawianie określonych spraw. To przejście od ogólnego krzyku rozpaczy do punktowego zdefiniowania problemu.

Należy pamiętać o tym, że lęk ma to do siebie, iż jest rozproszony – boisz się „wszystkiego i niczego”, a w głowie masz wielką, czarną chmurę myśli. Natomiast ten rodzaj modlitwy zmusza twój umysł do racjonalizacji. Kiedy wykrzyczałeś już swoje emocje w błaganiu (deesis), twój poziom stresu nieco opada, a wtedy możesz włączyć logiczne myślenie i precyzyjnie nazwać to, czego w tej sekundzie potrzebujesz. Przejście do konkretnych próśb pozwala odzyskać kontrolę nad rozbieganymi myślami.

W praktyce, zamiast chaotycznego: „Wszystko się wali!”, zaczynasz prosić punkt po punkcie. Na przykład: „Boże, proszę Cię teraz o spokój mojego serca, żeby przestało tak mocno bić”, albo: „Proszę o jasność umysłu na jutrzejszym spotkaniu”, lub: „Proszę o mądrość dla lekarza, do którego idę”.

Zobacz, jak idealnie układa się to w całość? Najpierw witasz się z Bogiem i przypominasz sobie, że On jest potężny (Modlitwa). Potem wyrzucasz z siebie cały ból, strach i płacz, nie udając bohatera (Błaganie). A na koniec, gdy emocje trochę opadną, mówisz Bogu konkretnie, co trzeba w tej sytuacji zrobić (Prośba).

Kiedy przejdziesz przez te etapy – kiedy założysz maskę tlenową modlitwy i zaczniesz oddychać niebem – dzieje się coś nadprzyrodzonego. Biblia obiecuje: „A pokój Boży, który przewyższa wszelkie zrozumienie, będzie strzegł serc i myśli waszych w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 7).

Być może nadal myślisz, że wygląda to niezbyt logicznie. Twój umysł może wciąż mówić: „Sytuacja jest trudna”, ale twoje serce i myśli są bezpieczne. Boży pokój staje u wrót twoich myśli jak uzbrojony strażnik. Kiedy paniczna myśl próbuje się włamać, odbija się od tej Bożej ochrony.

Apostoł Paweł wyjaśnia tę zasadę słowami: „Oręż naszej walki nie jest z ciała, lecz z mocy Boga, dla burzenia warownych twierdz. Obalamy rozumowania i każdą wyniosłość, która powstaje przeciwko poznaniu Boga, i wszelki umysł zniewalamy do posłuszeństwa Chrystusowi” (2 Kor 10, 4-5).

Nie jesteś skazany na duszenie się lękiem. Gdy czujesz, że tracisz grunt pod nogami, pamiętaj o instrukcji z samolotu: zatrzymaj się, załóż maskę modlitwy, wykrzycz ból, podziękuj za Bożą obecność i powierz Mu swoje obawy.

Henryk Hukisz

Sunday, June 14, 2026

Sidła w Ziemi Obiecanej

Przed odejściem do Ojca Pan Jezus w swojej modlitwie określił wyraźnie jaką pozycję wobec tego świata powinni zająć Jego naśladowcy: „Teraz zaś idę do Ciebie i mówię to, będąc na świecie, aby w pełni mieli w sobie Moją radość. Przekazałem im Twoje słowo, lecz świat ich znienawidził, bo nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, lecz abyś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata” (Jn 17:13-16).

Widzę pewne podobieństwo do sytuacji, gdy Bóg wprowadzał Swój wybrany naród do Ziemi Obiecanej. W Księdze Powtórzonego Prawa Bóg określił wyraźnie zadania, jakie wyznaczył im do wypełnienia wobec zamieszkujących tam narodów: „Gdy wytępi PAN, twój Bóg, narody, do których idziesz, aby je wydziedziczyć, gdy weźmiesz je w posiadanie i zamieszkasz w ich ziemi, wówczas strzeż się, abyś nie został zwiedziony, idąc za nimi. A po ich wytępieniu przed tobą, byś nie szukał ich bogów, mówiąc: Jak służyły te narody swoim bogom, tak i ja będę czynił. Nie będziesz tak czynił PANU, twemu Bogu, gdyż dla PANA to wszystko jest obrzydliwością i nienawidzi tego, co czyniły one dla swych bogów, gdyż nawet swoich synów i córki spalały w ogniu dla swoich bogów” (Pwt 12:29-31).

Pan Bóg przygotował Swój umiłowany naród do konfrontacji z niebezpieczeństwami, jakie z pewnością na nich czekały. Wszechmogący Pan wyposażył ich w obietnice pełnego błogosławieństwa, dał im Słowo zapewniające sukcesy i upragnioną stabilizację. Nagle, na samym progu tego nowego etapu, usłyszeli surowy, wręcz rygorystyczny głos Boga: „Strzeż się, abyś nie został zwiedziony, idąc za nimi... i byś nie szukał ich bogów, mówiąc: Jak służyły te narody swoim bogom, tak i ja będę czynił” (Pwt 12:30).

Z pewnością wielu doświadczonych w wielu sytuacjach w czasie wędrówki pomyślało: „Po co te zakazy? Przecież jesteśmy dorośli. Znamy Boga. Nic nam nie grozi. Chcemy tylko zobaczyć, jak żyją inni, zrozumieć ich świat, dopasować się, żeby nie wyjść na zacofanych”. I dokładnie w tym miejscu, w tej genialnie podsyconej ciekawości, diabeł zaczyna rozstawiać swoje sidła, zastawia swoje sprytne pułapki.

Diabeł nie przychodzi z rogami i widłami, krzycząc: „Porzuć Boga i idź do piekła!”. On jest zbyt inteligentny na tak tani prymitywizm. Jego taktyka opiera się na powolnym, niemal niezauważalnym wciąganiu chrześcijanina w „świeckie zwyczaje”. Wszystko zaczyna się od zmiany otoczenia i rzekomo niegroźnego towarzystwa.

Genialną anatomię tej pułapki – ten powolny taniec staczania się w dół – opisuje już Dawid w Psalmie 1. Ukazuje w nim dramat człowieka, który traci swoją świętość przez stopniowe zacieranie granic: „Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych Ani nie stoi na drodze grzeszników, Ani nie zasiada w gronie szyderców” (Ps 1:1).

Spójrz na tę przerażającą, diabelską dynamikę trzech kroków, która idealnie tłumaczy, jak chrześcijanin wpada w sidła i zaczyna pełnić wolę zła:

1. Krok pierwszy - Chodzenie (Ciekawość i tolerancja).

Najpierw tylko przechodzisz obok. Idziesz tą samą drogą, słuchasz „rad bezbożnych” – ich filozofii życia, ich definicji sukcesu, ich podejścia do moralności. Otwierasz drzwi dla świeckich standardów w kwestii rozrywki, języka czy relacji. Mówisz: „To nic złego, tylko słucham, przecież od tego nie umrę, muszę wiedzieć, czym żyje świat”.

2. Krok drugi - Stanie (Kompromis i naśladownictwo).

Już nie tylko tędy przechodzisz – zaczynasz się zatrzymywać. „Stajesz na drodze grzeszników”. To faza, w której świeckie zwyczaje przestają cię razić, a stają się twoją codziennością. Zaczynasz przejmować ich styl życia, usprawiedliwiać kompromisy. Twoja modlitwa wygasa, niedzielna społeczność staje się pustym nawykiem, a standardy Bożego Słowa zaczynasz elastycznie naginać do swoich nowych, „świeckich” potrzeb.

3. Krok trzeci - Siedzenie (Sidła i pełnienie jego woli).

Finał pułapki. „Siedzisz w gronie szyderców”. Siedzenie oznacza zakorzenienie, zadomowienie się w grzechu. Tracisz duchową suwerenność. Stajesz się niewolnikiem opinii innych, nałogów, lęku o jutro, chciwości czy pogoni za seksem i sukcesem za wszelką cenę. Najbardziej przerażające jest to, że chrześcijanin, który „rozgościł się” na tym krześle, często nadal uważa się za wolnego. Nie widzi, że sznur wokół jego szyi zaciska się z każdym dniem, a jego życie przestało rodzić jakiekolwiek owoce świętości. To jest właśnie moment, o którym pisał apostoł Paweł, aby „oprzytomnieli i wyzwolili się z sideł diabła, przez którego zostali pochwyceni i podporządkowani jego woli” (2 Tm 2:26).

Przejście na świecki styl życia ma jeden główny cel: zneutralizować Twoją świętość. Świętość to nie chodzenie z głową w chmurach. Świętość (hebr. kadosz) to oddzielenie. To bycie „innym” – czystym, transparentnym, niosącym Bożą obecność w brudny świat. O tym mówił w Swojej modlitwie Jezus: „Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata” (Jn 17:16)

Świat nie znosi tej inności. Dlatego kusi cię: „Bądź taki jak my. Po co ci ta radykalność? Nie przesadzaj z tą wiarą”. Kiedy dajesz się na to nabrać, z chodzenia przechodzisz w stanie, a ze stania w siedzenie pośród pogańskich obyczajów współczesnego Kanaanu. Zamiast zmieniać świat, świat zaczyna zmieniać ciebie. Przestajesz świecić, stajesz się letni. A letniość to ulubiona temperatura diabła.

Bóg nie ostrzegał Izraela z zazdrości. Ostrzegał ich, bo ich kochał. Wiedział, że pogańskie praktyki Kanaanu – choć z zewnątrz barwne, wolne i atrakcyjne – niosły ze sobą śmierć, zepsucie i duchowe niewolnictwo.

Dzisiaj Bóg mówi to samo do Ciebie: „Strzeż się, abyś nie został zwiedziony, idąc za nimi” (Pwt 12:30). Zwróć uwagę na to, z kim chodzisz, gdzie się zatrzymujesz i z kim siadasz do stołu. Nie badaj głębokości grzechu, nie testuj, jak blisko przepaści możesz stanąć, żeby nie spaść. Apostoł Paweł zwraca na to uwagę Tymoteuszowi, mówiąc: „od wszelkiego zła się powstrzymujcie” (1 Tes 5:22).

Wejście do Ziemi Obiecanej wymaga czujności. Jeśli chcesz żyć w wolności, którą wywalczył dla ciebie Chrystus, musisz przeciąć więzi ze świeckim stylem myślenia. Nie daj się usidlić. Posłuchaj ostrzeżenia, jakie Paweł skierował do wierzących w Koryncie: „Lękam się jednak, żeby, tak jak w swojej przebiegłości wąż zwiódł Ewę, tak i wasze umysły nie zostały przypadkiem odwiedzione od prostoty i czystości wobec Chrystusa” (2 Kor 11:3).

Twoje życie ma zbyt wielką wartość, by stać się narzędziem w rękach zwodziciela. Wybierz świętość – ona jako jedyna gwarantuje prawdziwą, niezachwianą wolność. Apostoł Paweł również do tych samych wierzących pisał, przypominając im: „Czy nie wiecie, że wasze ciało jest świątynią obecnego w was Ducha Świętego, którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Zostaliście bowiem nabyci za wielką cenę. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6:19,20).

Henryk Hukisz

Friday, June 12, 2026

Umiłowanie prawdy

Uważam, że o prawdzie powinniśmy mówić jak najczęściej. Jest ona fundamentem naszej wiary, a co za tym idzie – zależy od niej całe nasze życie, ponieważ „sprawiedliwy z wiary będzie żył” (Ga 3:11). Dlatego właśnie na moim blogu ten temat pojawia się tak regularnie. W rozważaniu „Boża Prawda” pisałem o tym, że istnieje tylko jedna Prawda, dlatego powinniśmy wystrzegać się wszelkich jej podróbek i odmian. W naszym codziennym boju, jako dobrzy żołnierze Jezusa Chrystusa, musimy zawsze mieć na swoich biodrach „Pas prawdy”. W dzisiejszym świecie, w niemal każdej dziedzinie życia, królują przecież prawdy relatywne. Z kolei w tekście pod tytułem „Podwalina prawdy” poruszałem temat jedynej stabilnej podstawy, na której można zbudować zdrowe małżeństwo.

Najczęściej prezentujemy chłodne – czyli, w naszym rozumieniu, stanowcze – podejście do prawdy. Uważamy, że do tak fundamentalnego tematu nie wolno podchodzić emocjonalnie, gdyż uczucia bywają zwodnicze. Z drugiej strony czujemy się dobrze (a to przecież też emocja!), gdy tworzymy naukowe dogmaty wyrażające nasz sposób rozumienia rzeczywistości. Pisałem już o tym kiedyś w rozważaniu „Paradygmat Prawdy”, wskazując na fakt, że nad Bożą Prawdą się nie dyskutuje – ją trzeba po prostu przyjąć dla własnego zbawienia. Boże Słowo, które jest Prawdą, służy do postawienia prawidłowej diagnozy naszego wnętrza (o czym pisałem w tekście „Prawdziwa diagnoza”). Pokazuje ono realny obraz, o wiele dokładniejszy niż najlepsze EKG, USG czy rezonans (MRI). Słowo to działa jak doskonały Boży tomograf, który obnaża prawdziwy, duchowy stan naszego serca. Właśnie dlatego najlepszą postawą wobec Prawdy jest jej umiłowanie, czyli autentyczne zachwycenie się Bożym Prawem („Pokochać prawo”).

Miłość najlepiej wyraża nasze prawdziwe przywiązanie do kogoś lub czegoś. Jeśli naprawdę kochamy, nie istnieją dla nas żadne przeszkody, by przedmiot tej miłości objąć z całej siły i nie wypuścić go już do końca życia. Żadna przeszkoda się wtedy nie liczy, a żadna cena nie jest za wysoka. Pamiętam, jak ponad pięćdziesiąt lat temu powiedziałem mojej dziewczynie, że ją kocham i jestem gotowy poświęcić dla niej resztę mojego życia. Dziś żałuję jedynie tego, że nie miałem możliwości zrobić tego wcześniej. Wiem też, że tylko miłość do niej, okazywana każdego dnia, daje mi siłę na kolejne lata – tyle, ile Pan dla nas zaplanował. Bardzo lubię jeden z wielu aforyzmów na ten temat: „Miłość od pierwszego wejrzenia kończy się często małżeństwem do ostatniego tchnienia”.

Czy można zatem kochać prawdę? Powiem wprost: jest to wręcz nasz obowiązek, ponieważ to Prawda pierwsza nas umiłowała. Bóg jest miłością, a Jezus Chrystus przyszedł na ziemię, aby tę miłość ucieleśnić. Oddał swoje życie na Golgocie za grzeszników, gdyż „umiłował swoich w świecie, i to umiłował ich do końca” (Jn 13:1). Największym Bożym pragnieniem jest, „aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2:4). Chcę mocno podkreślić coś, co często umyka nam podczas lektury tego kluczowego wersetu: poznanie prawdy jest równorzędne z przyjęciem zbawienia. Nie ma jednego bez drugiego!

Apostoł Paweł, pisząc do wierzących w Tesalonikach o wydarzeniach czasów ostatecznych, kiedy ma objawić się „niegodziwiec”, ostrzega przed jego oszustwami również nas. Ów zwodziciel będzie działał w mocy ducha antychrysta, pojawiając się „z całą mocą wśród znaków i fałszywych cudów, wśród całego zwodzenia nieprawości – wobec tych, którzy dają się wygubić, ponieważ nie przyjęli prawdy miłości, by zostali zbawieni” (2 Tes 2:9-10). Jedynym skutecznym antidotum na kłamstwo jest prawda. Dlatego tak ważne jest jej poznanie i wierne trzymanie się jej aż do samego końca. Paweł wyraźnie wskazuje przyczynę, która prowadzi do odpadnięcia od łaski zbawienia: jest nią brak wzajemności w przyjęciu „miłości prawdy” – „ponieważ nie przyjęli prawdy miłości, by zostali zbawieni” (w. 10).

Umiłowanie prawdy to nic innego jak odwzajemnienie miłości, którą ona nas darzy. Dokładnie tak samo jak w relacji dwojga ludzi – prawdziwa miłość istnieje tylko wtedy, gdy znajduje odbicie w sercu ukochanej osoby. Skoro prawda nas umiłowała, to nie mamy wyboru. To nie jest jedna z opcji, ale naturalna reakcja: albo miłujemy ją z całego serca, albo w ogóle jej nie znamy. W relacji zakochanych osób naturalnie pojawiają się dowody uczuć. Podobnie jest z naszą postawą wobec prawdy – musimy ją udowodnić. Paweł pisze do Koryntian, stawiając za wzór samego siebie: „Nie stosujemy żadnych wybiegów ani nie fałszujemy Słowa Boga, ale, jawnie głosząc prawdę, poddajemy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia wszystkich ludzi” (2 Kor 4:2). Nasze umiłowanie prawdy kosztuje. Ceną jest rezygnacja z własnych, prywatnych opinii na wiele tematów i uznanie wyłącznie autorytetu prawdy biblijnej. Nie możemy już mówić: „ja tak uważam”, lecz przyjmujemy stanowisko Słowa Bożego. Nie da się inaczej wyrazić miłości do Prawdy, jak tylko przez całkowite jej uznanie.

Prawdziwa miłość, o której czytamy w najpopularniejszym fragmencie Biblii, to taka, która „nie raduje się z niesprawiedliwości, ale raduje się prawdą” (1 Kor 13:6). Radość – podobnie jak miłość – to przecież nasze uczucia. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć króla Dawida, który był wręcz zakochany w Bożych przykazaniach i prawach objawiających Prawdę. Modlił się on słowami: „Naucz mnie, PANIE, Twojej drogi, bym postępował zgodnie z Twoją prawdą. Nakłoń moje serce do bojaźni Twojego imienia” (Ps 86:11). Apostoł Paweł radzi nam z kolei: „obleczcie się w nowego człowieka, który został stworzony na obraz Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości” (Ef 4:24).

Prawda ma to do siebie, że „czuje się” (jeśli można tak powiedzieć) najlepiej wśród tych, którzy ją miłują. W Biblii znajdziemy mnóstwo ostrzeżeń, by unikać ludzi, którzy prawdy nie strzegą, a wręcz zajmują się jej fałszowaniem. Czasy ostateczne charakteryzują się przecież masowym szerzeniem fałszywych nauk i przekręcaniem faktów. Apostoł Jan wyznał szczerze: „Nie mam większej radości od tej, gdy słyszę, że moje dzieci postępują zgodnie z prawdą” (3 Jn 4). Dlatego pisał do swojego umiłowanego przyjaciela Gajusa, że ogromnie uradował się na wieść o tym, „gdy przyszli bracia i dali świadectwo o twojej wierności prawdzie – jak ty zgodnie z prawdą postępujesz” (w. 3). Jan radzi, aby dbać o dobre towarzystwo ludzi, którzy mają podobny stosunek do tej kwestii: „takich więc powinniśmy przyjmować, abyśmy się stali współpracownikami prawdy” (w. 8).

Niepokoi mnie postawa, z jaką się spotykam nawet wśród wierzących. Słyszę nieraz pytania: „A kto to wie, jaka jest prawda?”. Prawda jest tylko jedna. To ludzie często próbują ją odmieniać przez wszystkie przypadki dla własnej wygody lub po to, by uniknąć ceny, jaką trzeba zapłacić za wierność tej jedynej prawdzie. Wyznając biblijną prawdę, nierzadko narażamy się na ośmieszenie lub odrzucenie ze strony najbliższego środowiska – rodziny czy przyjaciół. Zwróćmy uwagę na bezpośrednie słowa Pana Jezusa: „Przyszedłem bowiem przeciwstawić syna ojcu, córkę matce, a synową teściowej. I nieprzyjaciółmi człowieka będą jego domownicy” (Mt 10:35-36).

Pismo Święte jasno ostrzega nas, że z Prawdą nie ma żartów – apostoł Paweł ostrzega: „Nie dajcie się zwodzić, Bóg nie pozwala szydzić z siebie” (Ga 6:7). Czytamy: „Gdybyśmy bowiem świadomie grzeszyli po tym, jak otrzymaliśmy poznanie prawdy, to nie ma już dla nas ofiary za grzechy” (Hbr 10:26). Dokładnie tak jak w ludzkiej miłości niewierność prowadzi do rozpadu związku, tak nasza apatia i obojętność wobec prawdy może skończyć się tragicznie – oczywiście dla nas. Apostoł Paweł przypomina: „Jeśli jesteśmy niewierni, On pozostaje wierny, bo nie może się wyprzeć samego siebie” (2 Tm 2:13).

Starajmy się więc za wszelką cenę wiernie okazywać nasze umiłowanie Prawdy. Paweł zostawił na kartach Biblii niezwykle smutne świadectwo: „Demas bowiem mnie opuścił, gdyż umiłował ten świat...” (2 Tm 4:10). Kochać można tylko jedno: albo Bożą Prawdę, albo kłamstwa tego świata.

Henryk Hukisz

Tuesday, May 12, 2026

Niech Pan błogosławi Izraelowi

Dla twórców nowoczesnego państwa niezwykle ważna była tradycja Zjednoczonego Królestwa Izraela pod panowaniem królów Dawida i Salomona (X wiek p.n.e.). Biblijne ustanowienie Jerozolimy stolicą przez Dawida jest powodem, dla którego Izrael od 1948 roku nie uznaje żadnego innego miasta jako swojej głównej siedziby. Pierwsze Państwo (świątynia Salomona) i Drugie Państwo (po powrocie z niewoli babilońskiej) są dla Żydów historycznymi dowodami na to, że ich niepodległość nie jest ideą nową, lecz odzyskaną.

W historii biblijnej i postbiblijnej kluczowy jest motyw Galut (wygnania). Zaczęło się od niewoli babilońskiej, a dopełniło po zburzeniu Drugiej Świątyni przez Rzymian w 70 roku n.e. Biblijni prorocy (np. Izajasz, Ezechiel) wielokrotnie zapowiadali „zgromadzenie wygnańców”. Współczesny Izrael przejął tę terminologię. Masowa imigracja Żydów po 1948 roku jest w Izraelu nazywana Aliją (dosłownie "wstąpieniem"), co jest terminem religijnym oznaczającym powrót do świętej ziemi.

Fundamentem biblijnym jest przymierze Boga z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem. W narracji tej ziemia (Kanaan) nie jest tylko terytorium, ale darem i elementem składowym tożsamości narodu. Deklaracja Niepodległości wprost odwołuje się do tego, że to tutaj naród żydowski się ukształtował – co jest bezpośrednim nawiązaniem do wyjścia z Egiptu i osiedlenia się w Ziemi Obiecanej pod wodzą Jozuego.

Refleksja nad powstaniem państwa Izrael nie może być jedynie suchym zapisem dat i faktów, gdyż jest to opowieść o powrocie, który w swej istocie zdaje się wymykać prawom czystej polityki. Gdy zagłębiamy się w tę historię, dostrzegamy, że nowoczesny syjonizm, zapoczątkowany pod koniec XIX wieku przez Teodora Herzla, był w rzeczywistości jedynie nowym głosem starożytnego wołania. U swej podstawy ruch ten wyrastał z biblijnego przymierza Boga z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem – obietnicy ziemi, która w świadomości żydowskiej nigdy nie przestała być „Eretz Jisrael”. To biblijne zakorzenienie sprawiło, że pojęcie „ojczyzny” nie było dla rozproszonego narodu jedynie ideą geograficzną, lecz duchowym centrum tożsamości, bez którego ich istnienie wydawało się niepełne.

Sytuacja międzynarodowa, która doprowadziła do przełomowego roku 1948, była splotem wielkich nadziei i niewyobrażalnych tragedii. Po tragicznych doświadczeniach Holocaustu, który był najmroczniejszą doliną w historii narodu, światowa opinia publiczna stanęła przed koniecznością rozwiązania problemu żydowskiej bezdomności. W 1947 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych, proponując podział Mandatu Brytyjskiego, podjęła próbę sprawiedliwego rozstrzygnięcia konfliktu między dwoma narodami roszczącymi sobie prawo do tej samej ziemi. Dla społeczności żydowskiej była to chwila, w której proroctwa o „zgromadzeniu wygnańców” – owa biblijna obietnica powrotu z najdalszych krańców ziemi – zaczęły przybierać kształt rezolucji i dokumentów dyplomatycznych.

Jednak ten powrót do korzeni spotkał się z gwałtownym i niemal całkowitym oporem ze strony sąsiadów. Z perspektywy krajów arabskich, powstanie Izraela było aktem obcym, naruszającym historyczną i religijną ciągłość świata islamu, który powstał w VII wieku (610 rok n.e.) na tych terenach. Kiedy 14 maja 1948 roku Dawid Ben Gurion odczytywał tekst Deklaracji Niepodległości, czynił to w cieniu nadciągającej inwazji. Atak pięciu armii arabskich, który nastąpił natychmiast po proklamacji, postawił nowo narodzone państwo przed próbą ognia. W narracji Izraela tamtejsze wydarzenia często przywołują biblijne obrazy walki Dawida z Goliatem – starcie nielicznego, słabo uzbrojonego narodu z potęgą koalicji państw sąsiednich. Ten militarny opór, choć motywowany politycznie, w oczach wielu stał się kolejnym rozdziałem odwiecznej walki o prawo Izraela do bycia „panem własnego losu”.

Rozważając tę historię, nie sposób pominąć symboliki. Wspomniany w tekście deklaracji fragment o tym, że pionierzy sprawili, iż "zakwitła pustynia", jest niemal dosłownym cytatem z Księgi Izajasza 35,1: „Niech się cieszą pustynia i wyschnięta ziemia, niech się raduje step, niech się pokryje kwiatami podobnymi do róży!”. Dla twórców państwa sukcesy rolnicze i technologiczne były postrzegane jako wypełnienie tych starożytnych wizji.  Trud pionierów, którzy przywrócili życie wyjałowionej ziemi, był w ich oczach wypełnieniem wizji proroka Izajasza. Budowa miast, wskrzeszenie języka hebrajskiego i stworzenie nowoczesnego społeczeństwa odbywało się z Biblią w jednej ręce i narzędziami budowlanymi w drugiej.

 Izrael powstał zatem na styku dwóch światów: nowoczesnego porządku prawnego ONZ oraz starożytnej wiary w „Opokę Izraela”. Jest to historia narodu, który mimo niechęci otoczenia i trudnych warunków geopolitycznych, wierzył, że jego obecność w tym miejscu jest nie tylko wynikiem dyplomacji, ale przede wszystkim sprawiedliwością dziejową zapisaną w Księdze nad Księgami. To właśnie ta głęboka więź z przeszłością pozwoliła Izraelowi przetrwać najtrudniejsze chwile i zbudować suwerenne państwo w sercu nieprzyjaznego regionu.

Warto przywołać konkretne głosy proroków, które przez tysiąclecia podtrzymywały nadzieję narodu na powrót do swojej Haaretz (Ziemi). Te starożytne zapowiedzi stanowią duchowy fundament, na którym opiera się tożsamość współczesnego Izraela:

W jednym z najbardziej poruszających fragmentów, Ezechiel opisuje Boga zbierającego swój lud z rozproszenia: „Tak mówi Pan BÓG: Oto Ja wezmę Izraelitów spośród narodów, tam gdzie poszli, zgromadzę ich zewsząd i wprowadzę ich do ich ziemi. Uczynię ich jednym narodem w kraju, na górach Izraela” (Ez 37,21-22).

Amos zapowiadał moment, w którym naród nie tylko powróci, ale odmieni oblicze ziemi i już nigdy nie zostanie z niej usunięty – co bezpośrednio koresponduje z determinacją twórców państwa w 1948 roku: „Wtedy odmienię los Mojego ludu Izraela, odbudują spustoszone miasta i je zasiedlą, zasadzą winnice i będą pili z nich wino, założą ogrody i będą jedli z nich owoce. Osadzę ich na ich ziemi i nie zostaną nigdy wyrwani z ziemi, którą im dałem − mówi PAN, twój Bóg” (Am 9,14-15).

Izajasz kreślił wizję przemiany natury, która towarzyszyć będzie powrotowi, co stało się inspiracją dla żydowskich pionierów osuszających bagna i nawadniających pustynię Negew: „Niech się cieszą pustynia i wyschnięta ziemia, niech się raduje step, niech się pokryje kwiatami podobnymi do róży! Niech zakwitnie bujnie i rozraduje się bardzo, niech wykrzykuje z radości!” (Iz 35,1-2).

Jeremiasz przypominał o niegasnącej więzi między narodem a jego terytorium, zapowiadając ponowne budowanie życia na wzgórzach Samarii: „Jeszcze cię odbuduję i będziesz odbudowana, Dziewico Izraela! Jeszcze przyozdobisz się w swe bębenki i wyjdziesz, tańcząc wśród rozradowanych. Jeszcze będziesz sadzić winnice na wzgórzach Samarii. Ci, którzy je zasadzą, będą z nich korzystać” (Jer 31,4-5).

Te proroctwa, czytane przez pokolenia w rozproszeniu, sprawiły, że powrót w 1948 roku do swojej ziemi był dla wielu nie tylko wydarzeniem politycznym, ale przede wszystkim duchowym wypełnieniem Słowa, które przetrwało próbę czasu i ogień historii.

Ponad to wszystko Bóg zapewnia: „Moje imię spocznie na Izraelitach, a Ja będę im błogosławił” (Lb 6:24-27).

Niech Pan błogosławi Izraelowi.

Henryk Hukisz

Monday, May 11, 2026

Don Colossus czy sługa?

Wydarzenia na Florydzie, gdzie postać Donalda Trumpa urasta do rangi niemal mitycznej, prowokują do postawienia trudnych pytań o granice podziwu i lojalności w Kościele. Określenie „Don Colossus” w kontekście posągu Trumpa na Florydzie może brzmieć mocno, a nawet przesadnie. Przyznaję – należę do pokolenia, u którego te słowa wywołują historyczne (podkreślam: historyczne, a nie histeryczne) drgawki. 
Ta wizualna manifestacja potęgi stała się idealnym tłem dla refleksji nad naturą przywództwa. Obraz lidera odlanego w złocie, niezależnie od intencji twórców, zbyt mocno przypomina mroczne karty z dziejów ludzkości, by przejść obok niego obojętnie.

Według historyków, kult jednostki „związany był ze sprawowaniem władzy przez jednoosobowe, autorytarne jednostki. Polegał na wprowadzeniu do powszechnej świadomości uwielbienia dla rządzącego, przekonaniu o jego wielkości, ponadprzeciętności, a także nieomylności (władzy przypisuje się cechy nadprzyrodzone)” (net). To samo źródło podaje również charakterystyczną cechę takich przywódców, a mianowicie, że nie tolerują żadnej krytyki swojej „nadprzyrodzonej” władzy. Gdy polityka zaczyna przypominać religię, a lidera otacza nimb nieomylności, wkraczamy na niebezpieczny grunt.

Kościół nie jest jednak wolny od tego rodzaju przywództwa. Mam na uwadze skrajne przypadki znane z historii chrześcijaństwa, gdy papieże sprawowali władzą absolutnego dyktatu. Posługiwano się wówczas tzw. „brachium seaculare”, czyli egzekwowaniem swoich decyzji za pomocą świeckiej władzy porządkowej. Znane są również przypadki przywódców sekt religijnych, którzy budowali swój autorytet na całkowitym uzależnieniu wiernych od swoich decyzji, powołując się na inspirację Bożą.

Jednak nie o tym chcę pisać. Mam na uwadze raczej takie sytuacje, gdy w lokalnym kościele pojawia się jednostka apodyktyczna, która samoistnie narzuca swoją władzę całej wspólnocie wierzących. Może to być pastor, lider młodzieżowy, lider uwielbiania, czy inna osoba, która wykorzystuje swoją wyjątkową fachowość, i domaga się uznawania swoich decyzji przez cały zbór. Zdarza się tak również, gdy np. zdolny biznesmen zostaje powołany do zarządzania jakimś działem życia zboru. Przypominam, że kościół kieruje się zupełnie innymi regułami, niż działalność biznesowa. Jeśli przykładowo, zdolny elektronik lub inżynier dźwięku zasiądzie za zborowym mikserem, może narzucić swoją absolutną władzę nad tą służbą.

Zjawisko to często rodzi się w ciszy, pod pozorem dbałości o jakość i profesjonalizm. Bardzo często do takiego wynaturzenia doprowadzają inni swoim „uwielbianiem” okazywanym liderowi. Potencjalny „dyktator” zaczyna wówczas uważać siebie za omal nieomylnego fachowca, który nie będzie liczyć się już z żadną inna opinią. Jeśli nawet zdarzy się, że ktoś zwróci mu uwagę, iż można zrobić coś inaczej, to albo zignoruje, albo obrazi się śmiertelnie i porzuci służbę.

Jakże inaczej wygląda model przywództwa wyrysowany na kartach Nowego Testamentu. Apostoł Paweł, wzór do naśladowania dla wszystkich działaczy kościelnych, najchętniej określał siebie jako „sługa”, używając greckiego określenia „dulos”, które przede wszystkim znaczy „niewolnik”. Prawie każdy swój list rozpoczynał takim właśnie przedstawieniem siebie. Nikt chyba nie posądza tego pokornego sługi Bożego o to, że były to jedynie kurtuazyjne słowa pozdrowienia, aby zrobić dobre wrażenie na czytelnikach. Dlatego, w jednym ze swoich listów napisał o sobie „ja, Paweł, więzień Chrystusa Jezusa, proszę za was, pogan.” (Ef 3:1).

W innym liście, gdy borykał się z dylematem, czy chcieć „umrzeć i być z Chrystusem”, czy „pozostać zaś w ciele", stwierdził jednoznacznie, gdyż to jest bardziej potrzebne ze względu na was” (Flp 1:22-24). Taka postawa wynikała z faktu, że dla niego „życie to Chrystus, a śmierć to zysk” (w. 21). Ten wierny Boży sługa nigdy nie liczył się z poklaskiem, nie budował swojego autorytetu mówieniem o tym, jak wielkie rzeczy czynił dla Boga.

A przecież wiadomym było, że doświadczał niesamowitych momentów duchowego uniesienia, którymi mógłby się chwalić. Można byłoby powiedzieć, że gdyby opowiadał o tym, co widział w czasie zachwycenia do trzeciego nieba, to oddałby chwałę Bogu. On jednak skromnie napisał o sobie: „Znam człowieka w Chrystusie” (2 Kor 12:2). Dlatego, gdy odmawiano mu prawa do apostolstwa, zamiast pisać o dokonaniach, napisał odważnie: „Dlatego upodobałem sobie słabości, obelgi, niedostatki, prześladowania i uciski z powodu Chrystusa, bo gdy niedomagam, wtedy jestem mocny. Stałem się szaleńcem! Wy mnie do tego zmusiliście, a przecież przez was powinienem być polecany. Niczego bowiem mi nie brakuje w porównaniu z wielkimi apostołami, jeśli nawet jestem niczym” (2 Kor 12:10,11).

Powiedzieć o sobie „jestem niczym”, może jedynie ten, kto postępuje zgodnie z zasadą: „Nie kierujcie się kłótliwością i próżną chwałą, ale z pokorą jedni drugich uznawajcie za ważniejszych od siebie” (Flp 2:3).

Apostoł Piotr, chociaż mógłby nieustannie powoływać się na władzę „kluczy”, jakie otrzymał od samego Chrystusa, pisał o sobie również, że jest sługą Chrystusa. Dlatego zaleca tym, którzy są „kimś” w kościele, aby troszczyli się o powierzoną trzodę Bożą, „nie jak ci, którzy mają władzę nad powierzonymi sobie, ale jak ci, którzy stają się wzorem dla trzody” (1 Ptr 5:3).

W świecie, który chce stawiać liderom złote posągi i bić pokłony przed ich rzekomą wielkością, Ewangelia pozostaje niewygodnym, ale ocalającym głosem rozsądku. Prawdziwy autorytet nie potrzebuje krzykliwej oprawy ani bezkrytycznego uwielbienia – on objawia się w cichej służbie i umiejętności bycia „niczym”, by Chrystus mógł być wszystkim.

Henryk Hukisz