Friday, June 19, 2026

Najpierw załóż maskę sobie

Lot samolotem przez Atlantyk trwa wiele godzin, jest więc sporo czasu, aby zanurzyć się w rozmyślaniach o życiu. Kiedy znajdujesz się na wysokości dwunastu tysięcy metrów i wyobrazisz sobie, że nagle dochodzi do dekompresji kabiny, możesz wpaść w panikę. Wyobrażasz sobie, że ciśnienie drastycznie spada, w uszach huczy, a z sufitu automatycznie wypadają żółte maski tlenowe. Wówczas uświadamiasz sobie wagę słów stewardesy wypowiedzianych przed startem, na które praktycznie nikt z pasażerów nie zwraca uwagi: „Zanim zaczniesz pomagać innym, najpierw załóż maskę sobie”. Dlaczego? Ponieważ bez dopływu czystego tlenu masz zaledwie kilkadziesiąt sekund, zanim stracisz przytomność z powodu niedotlenienia.

Dokładnie to samo dzieje się z nami w wymiarze duchowym, kiedy dopada nas stan paniki i paraliżujący lęk. Dusimy się. Atmosfera tego świata – pełna złych wiadomości, pośpiechu i niepewności o jutro – zaczyna nas dławić. Jak ważne są wówczas słowa, które zapisał apostoł Paweł: „O nic się nie troszczcie, ale w każdej modlitwie i błaganiu powierzajcie z dziękczynieniem wasze pragnienia Bogu. A pokój Boży, który przewyższa wszelkie zrozumienie, będzie strzegł serc i myśli waszych w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 6-7).

Modlitwa to nic innego jak założenie maski tlenowej. To oddychanie atmosferą nieba w świecie, w którym nagle zabrakło powietrza. Gdy wokół szaleje burza, Słowo Boże z Listu do Filipian przychodzi do nas jak konkretna instrukcja ratunkowa. Pokazuje nam, jak krok po kroku odzyskać oddech i zyskać wolność od zmartwień.

Kiedy dopada cię lęk, Biblia zachęca, aby nie dusić go w sobie. Słowa: „powierzajcie z dziękczynieniem wasze pragnienia Bogu” oznaczają zrzucenie tego ciężaru. W psychologii nazywa się to wentylacją emocji – nazywasz dokładnie to, czego się boisz, i oddajesz to Bogu, prosząc o Jego pokój, który działa nawet wtedy, gdy nasz umysł nie widzi logicznego wyjścia z sytuacji.

Lęk niemal zawsze dotyczy przyszłości – tego, co może się stać. Jezus w Ewangelii Mateusza daje bardzo trafną, psychologiczną i życiową radę: „Nie martwcie się o dzień jutrzejszy, bo jutro zatroszczy się samo o siebie. Każdy dzień ma dość własnego utrapienia” (Mt 6, 34).

Jak to zastosować w stanie, gdy wpadasz w panikę? W stanie paniki twój mózg próbuje rozwiązać problemy z całego przyszłego miesiąca lub roku naraz. Biblijna rada brzmi: skup się tylko na tym, co masz zrobić w ciągu najbliższej godziny, dzisiejszego dnia. Jutro dostaniesz nową siłę, by zmierzyć się z jutrem. W stanie lękowym nasz umysł wpada w pętlę czarnych scenariuszy. Biblia radzi, aby świadomie (na ile to możliwe) przekierować uwagę na rzeczy dobre i pewne: „Wreszcie, bracia, myślcie o tym, co prawdziwe, szlachetne, sprawiedliwe, nieskalane, przyjazne, chwalebne, co jest cnotą i co jest godne pochwały” (Flp 4, 8).

Kiedy dopada cię panika, nie musisz rzucać się od razu na głęboką wodę. Paweł przedstawia w cytowanym wersecie trzy rodzaje modlitwy jako proces stopniowego schodzenia z poziomu chaosu do poziomu totalnego ukojenia. Pozwól, że przedstawię to w szczegółowej analizie użytych w tym tekście słów.

1. Modlitwa – świadomość zaistniałej sytuacji i zmiana perspektywy jej postrzegania

W języku nowotestamentowym słowo proseuche odnosi się do modlitwy o charakterze adoracyjnym, pełnym szacunku i czci. To nie jest moment, w którym od razu mówisz, co cię boli. To moment, w którym zauważasz, z Kim rozmawiasz.

Zauważ, że kiedy dopada cię panika, twój świat kurczy się do rozmiarów twojego lęku. Widzisz tylko zagrożenie, które wydaje się gigantyczne, a ty czujesz się malutki. Modlitwa to celowe odwrócenie wzroku od problemu i spojrzenie na Boga. To przypomnienie sobie: „Bóg jest tu, ze mną. On jest większy niż ten atak paniki. On stworzył wszechświat i trzyma mnie w ręku”.

W praktyce może to polegać na powtarzaniu imienia Jezus (np. „Panie, Ty jesteś tutaj”) albo czytaniu na głos psalmu. Nie tłumaczysz Bogu sytuacji – po prostu wchodzisz w Jego obecność i pozwalasz, by świadomość, że nie jesteś sam, zaczęła uspokajać twój układ nerwowy.

2. Błaganie – wylanie emocji i zgoda na bezsilność

Słowo deesis oznacza bardzo żarliwe wołanie, które rodzi się z poczucia głębokiego braku, niedostatku lub udręki. To modlitwa człowieka, który dociera do ściany i wie, że sam sobie nie poradzi.

W czasie paniki ludzie wierzący często próbują być „dzielni” przed Bogiem. Filtrują swoje myśli, starają się modlić ładnie i składnie, co w stanie lękowym wywołuje jeszcze większe napięcie. Na czym właściwie polega błaganie? Biblia wręcz nakazuje zerwanie tych masek. Błaganie to zgoda na totalną bezbronność. To moment, w którym pozwalasz sobie na płacz, krzyk i wypowiedzenie najtrudniejszych emocji. Przelanie tych emocji na modlitwę działa jak zawór bezpieczeństwa w szybkowarze.

To szczera, surowa rozmowa: „Boże, panikuję. Boję się, że oszaleję, że zaraz stanie mi się coś złego. Nie mam już siły udawać, że wszystko jest w porządku. Czuję się bezsilny, pomóż mi!”. To biblijne „wylewanie serca” przed Bogiem: „Zawsze Mu ufaj, otwórzcie wszyscy przed Nim swoje serca, Bóg jest naszym schronieniem!” (Ps 62, 9).

3. Prośba – precyzyjne nazwanie potrzeb

Trzecie słowo, aitēmata, oznacza bardzo konkretne, formalne i precyzyjne przedstawianie określonych spraw. To przejście od ogólnego krzyku rozpaczy do punktowego zdefiniowania problemu.

Należy pamiętać o tym, że lęk ma to do siebie, iż jest rozproszony – boisz się „wszystkiego i niczego”, a w głowie masz wielką, czarną chmurę myśli. Natomiast ten rodzaj modlitwy zmusza twój umysł do racjonalizacji. Kiedy wykrzyczałeś już swoje emocje w błaganiu (deesis), twój poziom stresu nieco opada, a wtedy możesz włączyć logiczne myślenie i precyzyjnie nazwać to, czego w tej sekundzie potrzebujesz. Przejście do konkretnych próśb pozwala odzyskać kontrolę nad rozbieganymi myślami.

W praktyce, zamiast chaotycznego: „Wszystko się wali!”, zaczynasz prosić punkt po punkcie. Na przykład: „Boże, proszę Cię teraz o spokój mojego serca, żeby przestało tak mocno bić”, albo: „Proszę o jasność umysłu na jutrzejszym spotkaniu”, lub: „Proszę o mądrość dla lekarza, do którego idę”.

Zobacz, jak idealnie układa się to w całość? Najpierw witasz się z Bogiem i przypominasz sobie, że On jest potężny (Modlitwa). Potem wyrzucasz z siebie cały ból, strach i płacz, nie udając bohatera (Błaganie). A na koniec, gdy emocje trochę opadną, mówisz Bogu konkretnie, co trzeba w tej sytuacji zrobić (Prośba).

Kiedy przejdziesz przez te etapy – kiedy założysz maskę tlenową modlitwy i zaczniesz oddychać niebem – dzieje się coś nadprzyrodzonego. Biblia obiecuje: „A pokój Boży, który przewyższa wszelkie zrozumienie, będzie strzegł serc i myśli waszych w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 7).

Być może nadal myślisz, że wygląda to niezbyt logicznie. Twój umysł może wciąż mówić: „Sytuacja jest trudna”, ale twoje serce i myśli są bezpieczne. Boży pokój staje u wrót twoich myśli jak uzbrojony strażnik. Kiedy paniczna myśl próbuje się włamać, odbija się od tej Bożej ochrony.

Apostoł Paweł wyjaśnia tę zasadę słowami: „Oręż naszej walki nie jest z ciała, lecz z mocy Boga, dla burzenia warownych twierdz. Obalamy rozumowania i każdą wyniosłość, która powstaje przeciwko poznaniu Boga, i wszelki umysł zniewalamy do posłuszeństwa Chrystusowi” (2 Kor 10, 4-5).

Nie jesteś skazany na duszenie się lękiem. Gdy czujesz, że tracisz grunt pod nogami, pamiętaj o instrukcji z samolotu: zatrzymaj się, załóż maskę modlitwy, wykrzycz ból, podziękuj za Bożą obecność i powierz Mu swoje obawy.

Henryk Hukisz

Sunday, June 14, 2026

Sidła w Ziemi Obiecanej

Przed odejściem do Ojca Pan Jezus w swojej modlitwie określił wyraźnie jaką pozycję wobec tego świata powinni zająć Jego naśladowcy: „Teraz zaś idę do Ciebie i mówię to, będąc na świecie, aby w pełni mieli w sobie Moją radość. Przekazałem im Twoje słowo, lecz świat ich znienawidził, bo nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, lecz abyś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata” (Jn 17:13-16).

Widzę pewne podobieństwo do sytuacji, gdy Bóg wprowadzał Swój wybrany naród do Ziemi Obiecanej. W Księdze Powtórzonego Prawa Bóg określił wyraźnie zadania, jakie wyznaczył im do wypełnienia wobec zamieszkujących tam narodów: „Gdy wytępi PAN, twój Bóg, narody, do których idziesz, aby je wydziedziczyć, gdy weźmiesz je w posiadanie i zamieszkasz w ich ziemi, wówczas strzeż się, abyś nie został zwiedziony, idąc za nimi. A po ich wytępieniu przed tobą, byś nie szukał ich bogów, mówiąc: Jak służyły te narody swoim bogom, tak i ja będę czynił. Nie będziesz tak czynił PANU, twemu Bogu, gdyż dla PANA to wszystko jest obrzydliwością i nienawidzi tego, co czyniły one dla swych bogów, gdyż nawet swoich synów i córki spalały w ogniu dla swoich bogów” (Pwt 12:29-31).

Pan Bóg przygotował Swój umiłowany naród do konfrontacji z niebezpieczeństwami, jakie z pewnością na nich czekały. Wszechmogący Pan wyposażył ich w obietnice pełnego błogosławieństwa, dał im Słowo zapewniające sukcesy i upragnioną stabilizację. Nagle, na samym progu tego nowego etapu, usłyszeli surowy, wręcz rygorystyczny głos Boga: „Strzeż się, abyś nie został zwiedziony, idąc za nimi... i byś nie szukał ich bogów, mówiąc: Jak służyły te narody swoim bogom, tak i ja będę czynił” (Pwt 12:30).

Z pewnością wielu doświadczonych w wielu sytuacjach w czasie wędrówki pomyślało: „Po co te zakazy? Przecież jesteśmy dorośli. Znamy Boga. Nic nam nie grozi. Chcemy tylko zobaczyć, jak żyją inni, zrozumieć ich świat, dopasować się, żeby nie wyjść na zacofanych”. I dokładnie w tym miejscu, w tej genialnie podsyconej ciekawości, diabeł zaczyna rozstawiać swoje sidła, zastawia swoje sprytne pułapki.

Diabeł nie przychodzi z rogami i widłami, krzycząc: „Porzuć Boga i idź do piekła!”. On jest zbyt inteligentny na tak tani prymitywizm. Jego taktyka opiera się na powolnym, niemal niezauważalnym wciąganiu chrześcijanina w „świeckie zwyczaje”. Wszystko zaczyna się od zmiany otoczenia i rzekomo niegroźnego towarzystwa.

Genialną anatomię tej pułapki – ten powolny taniec staczania się w dół – opisuje już Dawid w Psalmie 1. Ukazuje w nim dramat człowieka, który traci swoją świętość przez stopniowe zacieranie granic: „Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych Ani nie stoi na drodze grzeszników, Ani nie zasiada w gronie szyderców” (Ps 1:1).

Spójrz na tę przerażającą, diabelską dynamikę trzech kroków, która idealnie tłumaczy, jak chrześcijanin wpada w sidła i zaczyna pełnić wolę zła:

1. Krok pierwszy - Chodzenie (Ciekawość i tolerancja).

Najpierw tylko przechodzisz obok. Idziesz tą samą drogą, słuchasz „rad bezbożnych” – ich filozofii życia, ich definicji sukcesu, ich podejścia do moralności. Otwierasz drzwi dla świeckich standardów w kwestii rozrywki, języka czy relacji. Mówisz: „To nic złego, tylko słucham, przecież od tego nie umrę, muszę wiedzieć, czym żyje świat”.

2. Krok drugi - Stanie (Kompromis i naśladownictwo).

Już nie tylko tędy przechodzisz – zaczynasz się zatrzymywać. „Stajesz na drodze grzeszników”. To faza, w której świeckie zwyczaje przestają cię razić, a stają się twoją codziennością. Zaczynasz przejmować ich styl życia, usprawiedliwiać kompromisy. Twoja modlitwa wygasa, niedzielna społeczność staje się pustym nawykiem, a standardy Bożego Słowa zaczynasz elastycznie naginać do swoich nowych, „świeckich” potrzeb.

3. Krok trzeci - Siedzenie (Sidła i pełnienie jego woli).

Finał pułapki. „Siedzisz w gronie szyderców”. Siedzenie oznacza zakorzenienie, zadomowienie się w grzechu. Tracisz duchową suwerenność. Stajesz się niewolnikiem opinii innych, nałogów, lęku o jutro, chciwości czy pogoni za seksem i sukcesem za wszelką cenę. Najbardziej przerażające jest to, że chrześcijanin, który „rozgościł się” na tym krześle, często nadal uważa się za wolnego. Nie widzi, że sznur wokół jego szyi zaciska się z każdym dniem, a jego życie przestało rodzić jakiekolwiek owoce świętości. To jest właśnie moment, o którym pisał apostoł Paweł, aby „oprzytomnieli i wyzwolili się z sideł diabła, przez którego zostali pochwyceni i podporządkowani jego woli” (2 Tm 2:26).

Przejście na świecki styl życia ma jeden główny cel: zneutralizować Twoją świętość. Świętość to nie chodzenie z głową w chmurach. Świętość (hebr. kadosz) to oddzielenie. To bycie „innym” – czystym, transparentnym, niosącym Bożą obecność w brudny świat. O tym mówił w Swojej modlitwie Jezus: „Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata” (Jn 17:16)

Świat nie znosi tej inności. Dlatego kusi cię: „Bądź taki jak my. Po co ci ta radykalność? Nie przesadzaj z tą wiarą”. Kiedy dajesz się na to nabrać, z chodzenia przechodzisz w stanie, a ze stania w siedzenie pośród pogańskich obyczajów współczesnego Kanaanu. Zamiast zmieniać świat, świat zaczyna zmieniać ciebie. Przestajesz świecić, stajesz się letni. A letniość to ulubiona temperatura diabła.

Bóg nie ostrzegał Izraela z zazdrości. Ostrzegał ich, bo ich kochał. Wiedział, że pogańskie praktyki Kanaanu – choć z zewnątrz barwne, wolne i atrakcyjne – niosły ze sobą śmierć, zepsucie i duchowe niewolnictwo.

Dzisiaj Bóg mówi to samo do Ciebie: „Strzeż się, abyś nie został zwiedziony, idąc za nimi” (Pwt 12:30). Zwróć uwagę na to, z kim chodzisz, gdzie się zatrzymujesz i z kim siadasz do stołu. Nie badaj głębokości grzechu, nie testuj, jak blisko przepaści możesz stanąć, żeby nie spaść. Apostoł Paweł zwraca na to uwagę Tymoteuszowi, mówiąc: „od wszelkiego zła się powstrzymujcie” (1 Tes 5:22).

Wejście do Ziemi Obiecanej wymaga czujności. Jeśli chcesz żyć w wolności, którą wywalczył dla ciebie Chrystus, musisz przeciąć więzi ze świeckim stylem myślenia. Nie daj się usidlić. Posłuchaj ostrzeżenia, jakie Paweł skierował do wierzących w Koryncie: „Lękam się jednak, żeby, tak jak w swojej przebiegłości wąż zwiódł Ewę, tak i wasze umysły nie zostały przypadkiem odwiedzione od prostoty i czystości wobec Chrystusa” (2 Kor 11:3).

Twoje życie ma zbyt wielką wartość, by stać się narzędziem w rękach zwodziciela. Wybierz świętość – ona jako jedyna gwarantuje prawdziwą, niezachwianą wolność. Apostoł Paweł również do tych samych wierzących pisał, przypominając im: „Czy nie wiecie, że wasze ciało jest świątynią obecnego w was Ducha Świętego, którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Zostaliście bowiem nabyci za wielką cenę. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6:19,20).

Henryk Hukisz

Friday, June 12, 2026

Umiłowanie prawdy

Uważam, że o prawdzie powinniśmy mówić jak najczęściej. Jest ona fundamentem naszej wiary, a co za tym idzie – zależy od niej całe nasze życie, ponieważ „sprawiedliwy z wiary będzie żył” (Ga 3:11). Dlatego właśnie na moim blogu ten temat pojawia się tak regularnie. W rozważaniu „Boża Prawda” pisałem o tym, że istnieje tylko jedna Prawda, dlatego powinniśmy wystrzegać się wszelkich jej podróbek i odmian. W naszym codziennym boju, jako dobrzy żołnierze Jezusa Chrystusa, musimy zawsze mieć na swoich biodrach „Pas prawdy”. W dzisiejszym świecie, w niemal każdej dziedzinie życia, królują przecież prawdy relatywne. Z kolei w tekście pod tytułem „Podwalina prawdy” poruszałem temat jedynej stabilnej podstawy, na której można zbudować zdrowe małżeństwo.

Najczęściej prezentujemy chłodne – czyli, w naszym rozumieniu, stanowcze – podejście do prawdy. Uważamy, że do tak fundamentalnego tematu nie wolno podchodzić emocjonalnie, gdyż uczucia bywają zwodnicze. Z drugiej strony czujemy się dobrze (a to przecież też emocja!), gdy tworzymy naukowe dogmaty wyrażające nasz sposób rozumienia rzeczywistości. Pisałem już o tym kiedyś w rozważaniu „Paradygmat Prawdy”, wskazując na fakt, że nad Bożą Prawdą się nie dyskutuje – ją trzeba po prostu przyjąć dla własnego zbawienia. Boże Słowo, które jest Prawdą, służy do postawienia prawidłowej diagnozy naszego wnętrza (o czym pisałem w tekście „Prawdziwa diagnoza”). Pokazuje ono realny obraz, o wiele dokładniejszy niż najlepsze EKG, USG czy rezonans (MRI). Słowo to działa jak doskonały Boży tomograf, który obnaża prawdziwy, duchowy stan naszego serca. Właśnie dlatego najlepszą postawą wobec Prawdy jest jej umiłowanie, czyli autentyczne zachwycenie się Bożym Prawem („Pokochać prawo”).

Miłość najlepiej wyraża nasze prawdziwe przywiązanie do kogoś lub czegoś. Jeśli naprawdę kochamy, nie istnieją dla nas żadne przeszkody, by przedmiot tej miłości objąć z całej siły i nie wypuścić go już do końca życia. Żadna przeszkoda się wtedy nie liczy, a żadna cena nie jest za wysoka. Pamiętam, jak ponad pięćdziesiąt lat temu powiedziałem mojej dziewczynie, że ją kocham i jestem gotowy poświęcić dla niej resztę mojego życia. Dziś żałuję jedynie tego, że nie miałem możliwości zrobić tego wcześniej. Wiem też, że tylko miłość do niej, okazywana każdego dnia, daje mi siłę na kolejne lata – tyle, ile Pan dla nas zaplanował. Bardzo lubię jeden z wielu aforyzmów na ten temat: „Miłość od pierwszego wejrzenia kończy się często małżeństwem do ostatniego tchnienia”.

Czy można zatem kochać prawdę? Powiem wprost: jest to wręcz nasz obowiązek, ponieważ to Prawda pierwsza nas umiłowała. Bóg jest miłością, a Jezus Chrystus przyszedł na ziemię, aby tę miłość ucieleśnić. Oddał swoje życie na Golgocie za grzeszników, gdyż „umiłował swoich w świecie, i to umiłował ich do końca” (Jn 13:1). Największym Bożym pragnieniem jest, „aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2:4). Chcę mocno podkreślić coś, co często umyka nam podczas lektury tego kluczowego wersetu: poznanie prawdy jest równorzędne z przyjęciem zbawienia. Nie ma jednego bez drugiego!

Apostoł Paweł, pisząc do wierzących w Tesalonikach o wydarzeniach czasów ostatecznych, kiedy ma objawić się „niegodziwiec”, ostrzega przed jego oszustwami również nas. Ów zwodziciel będzie działał w mocy ducha antychrysta, pojawiając się „z całą mocą wśród znaków i fałszywych cudów, wśród całego zwodzenia nieprawości – wobec tych, którzy dają się wygubić, ponieważ nie przyjęli prawdy miłości, by zostali zbawieni” (2 Tes 2:9-10). Jedynym skutecznym antidotum na kłamstwo jest prawda. Dlatego tak ważne jest jej poznanie i wierne trzymanie się jej aż do samego końca. Paweł wyraźnie wskazuje przyczynę, która prowadzi do odpadnięcia od łaski zbawienia: jest nią brak wzajemności w przyjęciu „miłości prawdy” – „ponieważ nie przyjęli prawdy miłości, by zostali zbawieni” (w. 10).

Umiłowanie prawdy to nic innego jak odwzajemnienie miłości, którą ona nas darzy. Dokładnie tak samo jak w relacji dwojga ludzi – prawdziwa miłość istnieje tylko wtedy, gdy znajduje odbicie w sercu ukochanej osoby. Skoro prawda nas umiłowała, to nie mamy wyboru. To nie jest jedna z opcji, ale naturalna reakcja: albo miłujemy ją z całego serca, albo w ogóle jej nie znamy. W relacji zakochanych osób naturalnie pojawiają się dowody uczuć. Podobnie jest z naszą postawą wobec prawdy – musimy ją udowodnić. Paweł pisze do Koryntian, stawiając za wzór samego siebie: „Nie stosujemy żadnych wybiegów ani nie fałszujemy Słowa Boga, ale, jawnie głosząc prawdę, poddajemy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia wszystkich ludzi” (2 Kor 4:2). Nasze umiłowanie prawdy kosztuje. Ceną jest rezygnacja z własnych, prywatnych opinii na wiele tematów i uznanie wyłącznie autorytetu prawdy biblijnej. Nie możemy już mówić: „ja tak uważam”, lecz przyjmujemy stanowisko Słowa Bożego. Nie da się inaczej wyrazić miłości do Prawdy, jak tylko przez całkowite jej uznanie.

Prawdziwa miłość, o której czytamy w najpopularniejszym fragmencie Biblii, to taka, która „nie raduje się z niesprawiedliwości, ale raduje się prawdą” (1 Kor 13:6). Radość – podobnie jak miłość – to przecież nasze uczucia. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć króla Dawida, który był wręcz zakochany w Bożych przykazaniach i prawach objawiających Prawdę. Modlił się on słowami: „Naucz mnie, PANIE, Twojej drogi, bym postępował zgodnie z Twoją prawdą. Nakłoń moje serce do bojaźni Twojego imienia” (Ps 86:11). Apostoł Paweł radzi nam z kolei: „obleczcie się w nowego człowieka, który został stworzony na obraz Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości” (Ef 4:24).

Prawda ma to do siebie, że „czuje się” (jeśli można tak powiedzieć) najlepiej wśród tych, którzy ją miłują. W Biblii znajdziemy mnóstwo ostrzeżeń, by unikać ludzi, którzy prawdy nie strzegą, a wręcz zajmują się jej fałszowaniem. Czasy ostateczne charakteryzują się przecież masowym szerzeniem fałszywych nauk i przekręcaniem faktów. Apostoł Jan wyznał szczerze: „Nie mam większej radości od tej, gdy słyszę, że moje dzieci postępują zgodnie z prawdą” (3 Jn 4). Dlatego pisał do swojego umiłowanego przyjaciela Gajusa, że ogromnie uradował się na wieść o tym, „gdy przyszli bracia i dali świadectwo o twojej wierności prawdzie – jak ty zgodnie z prawdą postępujesz” (w. 3). Jan radzi, aby dbać o dobre towarzystwo ludzi, którzy mają podobny stosunek do tej kwestii: „takich więc powinniśmy przyjmować, abyśmy się stali współpracownikami prawdy” (w. 8).

Niepokoi mnie postawa, z jaką się spotykam nawet wśród wierzących. Słyszę nieraz pytania: „A kto to wie, jaka jest prawda?”. Prawda jest tylko jedna. To ludzie często próbują ją odmieniać przez wszystkie przypadki dla własnej wygody lub po to, by uniknąć ceny, jaką trzeba zapłacić za wierność tej jedynej prawdzie. Wyznając biblijną prawdę, nierzadko narażamy się na ośmieszenie lub odrzucenie ze strony najbliższego środowiska – rodziny czy przyjaciół. Zwróćmy uwagę na bezpośrednie słowa Pana Jezusa: „Przyszedłem bowiem przeciwstawić syna ojcu, córkę matce, a synową teściowej. I nieprzyjaciółmi człowieka będą jego domownicy” (Mt 10:35-36).

Pismo Święte jasno ostrzega nas, że z Prawdą nie ma żartów – apostoł Paweł ostrzega: „Nie dajcie się zwodzić, Bóg nie pozwala szydzić z siebie” (Ga 6:7). Czytamy: „Gdybyśmy bowiem świadomie grzeszyli po tym, jak otrzymaliśmy poznanie prawdy, to nie ma już dla nas ofiary za grzechy” (Hbr 10:26). Dokładnie tak jak w ludzkiej miłości niewierność prowadzi do rozpadu związku, tak nasza apatia i obojętność wobec prawdy może skończyć się tragicznie – oczywiście dla nas. Apostoł Paweł przypomina: „Jeśli jesteśmy niewierni, On pozostaje wierny, bo nie może się wyprzeć samego siebie” (2 Tm 2:13).

Starajmy się więc za wszelką cenę wiernie okazywać nasze umiłowanie Prawdy. Paweł zostawił na kartach Biblii niezwykle smutne świadectwo: „Demas bowiem mnie opuścił, gdyż umiłował ten świat...” (2 Tm 4:10). Kochać można tylko jedno: albo Bożą Prawdę, albo kłamstwa tego świata.

Henryk Hukisz

Tuesday, May 12, 2026

Niech Pan błogosławi Izraelowi

Dla twórców nowoczesnego państwa niezwykle ważna była tradycja Zjednoczonego Królestwa Izraela pod panowaniem królów Dawida i Salomona (X wiek p.n.e.). Biblijne ustanowienie Jerozolimy stolicą przez Dawida jest powodem, dla którego Izrael od 1948 roku nie uznaje żadnego innego miasta jako swojej głównej siedziby. Pierwsze Państwo (świątynia Salomona) i Drugie Państwo (po powrocie z niewoli babilońskiej) są dla Żydów historycznymi dowodami na to, że ich niepodległość nie jest ideą nową, lecz odzyskaną.

W historii biblijnej i postbiblijnej kluczowy jest motyw Galut (wygnania). Zaczęło się od niewoli babilońskiej, a dopełniło po zburzeniu Drugiej Świątyni przez Rzymian w 70 roku n.e. Biblijni prorocy (np. Izajasz, Ezechiel) wielokrotnie zapowiadali „zgromadzenie wygnańców”. Współczesny Izrael przejął tę terminologię. Masowa imigracja Żydów po 1948 roku jest w Izraelu nazywana Aliją (dosłownie "wstąpieniem"), co jest terminem religijnym oznaczającym powrót do świętej ziemi.

Fundamentem biblijnym jest przymierze Boga z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem. W narracji tej ziemia (Kanaan) nie jest tylko terytorium, ale darem i elementem składowym tożsamości narodu. Deklaracja Niepodległości wprost odwołuje się do tego, że to tutaj naród żydowski się ukształtował – co jest bezpośrednim nawiązaniem do wyjścia z Egiptu i osiedlenia się w Ziemi Obiecanej pod wodzą Jozuego.

Refleksja nad powstaniem państwa Izrael nie może być jedynie suchym zapisem dat i faktów, gdyż jest to opowieść o powrocie, który w swej istocie zdaje się wymykać prawom czystej polityki. Gdy zagłębiamy się w tę historię, dostrzegamy, że nowoczesny syjonizm, zapoczątkowany pod koniec XIX wieku przez Teodora Herzla, był w rzeczywistości jedynie nowym głosem starożytnego wołania. U swej podstawy ruch ten wyrastał z biblijnego przymierza Boga z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem – obietnicy ziemi, która w świadomości żydowskiej nigdy nie przestała być „Eretz Jisrael”. To biblijne zakorzenienie sprawiło, że pojęcie „ojczyzny” nie było dla rozproszonego narodu jedynie ideą geograficzną, lecz duchowym centrum tożsamości, bez którego ich istnienie wydawało się niepełne.

Sytuacja międzynarodowa, która doprowadziła do przełomowego roku 1948, była splotem wielkich nadziei i niewyobrażalnych tragedii. Po tragicznych doświadczeniach Holocaustu, który był najmroczniejszą doliną w historii narodu, światowa opinia publiczna stanęła przed koniecznością rozwiązania problemu żydowskiej bezdomności. W 1947 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych, proponując podział Mandatu Brytyjskiego, podjęła próbę sprawiedliwego rozstrzygnięcia konfliktu między dwoma narodami roszczącymi sobie prawo do tej samej ziemi. Dla społeczności żydowskiej była to chwila, w której proroctwa o „zgromadzeniu wygnańców” – owa biblijna obietnica powrotu z najdalszych krańców ziemi – zaczęły przybierać kształt rezolucji i dokumentów dyplomatycznych.

Jednak ten powrót do korzeni spotkał się z gwałtownym i niemal całkowitym oporem ze strony sąsiadów. Z perspektywy krajów arabskich, powstanie Izraela było aktem obcym, naruszającym historyczną i religijną ciągłość świata islamu, który powstał w VII wieku (610 rok n.e.) na tych terenach. Kiedy 14 maja 1948 roku Dawid Ben Gurion odczytywał tekst Deklaracji Niepodległości, czynił to w cieniu nadciągającej inwazji. Atak pięciu armii arabskich, który nastąpił natychmiast po proklamacji, postawił nowo narodzone państwo przed próbą ognia. W narracji Izraela tamtejsze wydarzenia często przywołują biblijne obrazy walki Dawida z Goliatem – starcie nielicznego, słabo uzbrojonego narodu z potęgą koalicji państw sąsiednich. Ten militarny opór, choć motywowany politycznie, w oczach wielu stał się kolejnym rozdziałem odwiecznej walki o prawo Izraela do bycia „panem własnego losu”.

Rozważając tę historię, nie sposób pominąć symboliki. Wspomniany w tekście deklaracji fragment o tym, że pionierzy sprawili, iż "zakwitła pustynia", jest niemal dosłownym cytatem z Księgi Izajasza 35,1: „Niech się cieszą pustynia i wyschnięta ziemia, niech się raduje step, niech się pokryje kwiatami podobnymi do róży!”. Dla twórców państwa sukcesy rolnicze i technologiczne były postrzegane jako wypełnienie tych starożytnych wizji.  Trud pionierów, którzy przywrócili życie wyjałowionej ziemi, był w ich oczach wypełnieniem wizji proroka Izajasza. Budowa miast, wskrzeszenie języka hebrajskiego i stworzenie nowoczesnego społeczeństwa odbywało się z Biblią w jednej ręce i narzędziami budowlanymi w drugiej.

 Izrael powstał zatem na styku dwóch światów: nowoczesnego porządku prawnego ONZ oraz starożytnej wiary w „Opokę Izraela”. Jest to historia narodu, który mimo niechęci otoczenia i trudnych warunków geopolitycznych, wierzył, że jego obecność w tym miejscu jest nie tylko wynikiem dyplomacji, ale przede wszystkim sprawiedliwością dziejową zapisaną w Księdze nad Księgami. To właśnie ta głęboka więź z przeszłością pozwoliła Izraelowi przetrwać najtrudniejsze chwile i zbudować suwerenne państwo w sercu nieprzyjaznego regionu.

Warto przywołać konkretne głosy proroków, które przez tysiąclecia podtrzymywały nadzieję narodu na powrót do swojej Haaretz (Ziemi). Te starożytne zapowiedzi stanowią duchowy fundament, na którym opiera się tożsamość współczesnego Izraela:

W jednym z najbardziej poruszających fragmentów, Ezechiel opisuje Boga zbierającego swój lud z rozproszenia: „Tak mówi Pan BÓG: Oto Ja wezmę Izraelitów spośród narodów, tam gdzie poszli, zgromadzę ich zewsząd i wprowadzę ich do ich ziemi. Uczynię ich jednym narodem w kraju, na górach Izraela” (Ez 37,21-22).

Amos zapowiadał moment, w którym naród nie tylko powróci, ale odmieni oblicze ziemi i już nigdy nie zostanie z niej usunięty – co bezpośrednio koresponduje z determinacją twórców państwa w 1948 roku: „Wtedy odmienię los Mojego ludu Izraela, odbudują spustoszone miasta i je zasiedlą, zasadzą winnice i będą pili z nich wino, założą ogrody i będą jedli z nich owoce. Osadzę ich na ich ziemi i nie zostaną nigdy wyrwani z ziemi, którą im dałem − mówi PAN, twój Bóg” (Am 9,14-15).

Izajasz kreślił wizję przemiany natury, która towarzyszyć będzie powrotowi, co stało się inspiracją dla żydowskich pionierów osuszających bagna i nawadniających pustynię Negew: „Niech się cieszą pustynia i wyschnięta ziemia, niech się raduje step, niech się pokryje kwiatami podobnymi do róży! Niech zakwitnie bujnie i rozraduje się bardzo, niech wykrzykuje z radości!” (Iz 35,1-2).

Jeremiasz przypominał o niegasnącej więzi między narodem a jego terytorium, zapowiadając ponowne budowanie życia na wzgórzach Samarii: „Jeszcze cię odbuduję i będziesz odbudowana, Dziewico Izraela! Jeszcze przyozdobisz się w swe bębenki i wyjdziesz, tańcząc wśród rozradowanych. Jeszcze będziesz sadzić winnice na wzgórzach Samarii. Ci, którzy je zasadzą, będą z nich korzystać” (Jer 31,4-5).

Te proroctwa, czytane przez pokolenia w rozproszeniu, sprawiły, że powrót w 1948 roku do swojej ziemi był dla wielu nie tylko wydarzeniem politycznym, ale przede wszystkim duchowym wypełnieniem Słowa, które przetrwało próbę czasu i ogień historii.

Ponad to wszystko Bóg zapewnia: „Moje imię spocznie na Izraelitach, a Ja będę im błogosławił” (Lb 6:24-27).

Niech Pan błogosławi Izraelowi.

Henryk Hukisz

Monday, May 11, 2026

Don Colossus czy sługa?

Wydarzenia na Florydzie, gdzie postać Donalda Trumpa urasta do rangi niemal mitycznej, prowokują do postawienia trudnych pytań o granice podziwu i lojalności w Kościele. Określenie „Don Colossus” w kontekście posągu Trumpa na Florydzie może brzmieć mocno, a nawet przesadnie. Przyznaję – należę do pokolenia, u którego te słowa wywołują historyczne (podkreślam: historyczne, a nie histeryczne) drgawki. 
Ta wizualna manifestacja potęgi stała się idealnym tłem dla refleksji nad naturą przywództwa. Obraz lidera odlanego w złocie, niezależnie od intencji twórców, zbyt mocno przypomina mroczne karty z dziejów ludzkości, by przejść obok niego obojętnie.

Według historyków, kult jednostki „związany był ze sprawowaniem władzy przez jednoosobowe, autorytarne jednostki. Polegał na wprowadzeniu do powszechnej świadomości uwielbienia dla rządzącego, przekonaniu o jego wielkości, ponadprzeciętności, a także nieomylności (władzy przypisuje się cechy nadprzyrodzone)” (net). To samo źródło podaje również charakterystyczną cechę takich przywódców, a mianowicie, że nie tolerują żadnej krytyki swojej „nadprzyrodzonej” władzy. Gdy polityka zaczyna przypominać religię, a lidera otacza nimb nieomylności, wkraczamy na niebezpieczny grunt.

Kościół nie jest jednak wolny od tego rodzaju przywództwa. Mam na uwadze skrajne przypadki znane z historii chrześcijaństwa, gdy papieże sprawowali władzą absolutnego dyktatu. Posługiwano się wówczas tzw. „brachium seaculare”, czyli egzekwowaniem swoich decyzji za pomocą świeckiej władzy porządkowej. Znane są również przypadki przywódców sekt religijnych, którzy budowali swój autorytet na całkowitym uzależnieniu wiernych od swoich decyzji, powołując się na inspirację Bożą.

Jednak nie o tym chcę pisać. Mam na uwadze raczej takie sytuacje, gdy w lokalnym kościele pojawia się jednostka apodyktyczna, która samoistnie narzuca swoją władzę całej wspólnocie wierzących. Może to być pastor, lider młodzieżowy, lider uwielbiania, czy inna osoba, która wykorzystuje swoją wyjątkową fachowość, i domaga się uznawania swoich decyzji przez cały zbór. Zdarza się tak również, gdy np. zdolny biznesmen zostaje powołany do zarządzania jakimś działem życia zboru. Przypominam, że kościół kieruje się zupełnie innymi regułami, niż działalność biznesowa. Jeśli przykładowo, zdolny elektronik lub inżynier dźwięku zasiądzie za zborowym mikserem, może narzucić swoją absolutną władzę nad tą służbą.

Zjawisko to często rodzi się w ciszy, pod pozorem dbałości o jakość i profesjonalizm. Bardzo często do takiego wynaturzenia doprowadzają inni swoim „uwielbianiem” okazywanym liderowi. Potencjalny „dyktator” zaczyna wówczas uważać siebie za omal nieomylnego fachowca, który nie będzie liczyć się już z żadną inna opinią. Jeśli nawet zdarzy się, że ktoś zwróci mu uwagę, iż można zrobić coś inaczej, to albo zignoruje, albo obrazi się śmiertelnie i porzuci służbę.

Jakże inaczej wygląda model przywództwa wyrysowany na kartach Nowego Testamentu. Apostoł Paweł, wzór do naśladowania dla wszystkich działaczy kościelnych, najchętniej określał siebie jako „sługa”, używając greckiego określenia „dulos”, które przede wszystkim znaczy „niewolnik”. Prawie każdy swój list rozpoczynał takim właśnie przedstawieniem siebie. Nikt chyba nie posądza tego pokornego sługi Bożego o to, że były to jedynie kurtuazyjne słowa pozdrowienia, aby zrobić dobre wrażenie na czytelnikach. Dlatego, w jednym ze swoich listów napisał o sobie „ja, Paweł, więzień Chrystusa Jezusa, proszę za was, pogan.” (Ef 3:1).

W innym liście, gdy borykał się z dylematem, czy chcieć „umrzeć i być z Chrystusem”, czy „pozostać zaś w ciele", stwierdził jednoznacznie, gdyż to jest bardziej potrzebne ze względu na was” (Flp 1:22-24). Taka postawa wynikała z faktu, że dla niego „życie to Chrystus, a śmierć to zysk” (w. 21). Ten wierny Boży sługa nigdy nie liczył się z poklaskiem, nie budował swojego autorytetu mówieniem o tym, jak wielkie rzeczy czynił dla Boga.

A przecież wiadomym było, że doświadczał niesamowitych momentów duchowego uniesienia, którymi mógłby się chwalić. Można byłoby powiedzieć, że gdyby opowiadał o tym, co widział w czasie zachwycenia do trzeciego nieba, to oddałby chwałę Bogu. On jednak skromnie napisał o sobie: „Znam człowieka w Chrystusie” (2 Kor 12:2). Dlatego, gdy odmawiano mu prawa do apostolstwa, zamiast pisać o dokonaniach, napisał odważnie: „Dlatego upodobałem sobie słabości, obelgi, niedostatki, prześladowania i uciski z powodu Chrystusa, bo gdy niedomagam, wtedy jestem mocny. Stałem się szaleńcem! Wy mnie do tego zmusiliście, a przecież przez was powinienem być polecany. Niczego bowiem mi nie brakuje w porównaniu z wielkimi apostołami, jeśli nawet jestem niczym” (2 Kor 12:10,11).

Powiedzieć o sobie „jestem niczym”, może jedynie ten, kto postępuje zgodnie z zasadą: „Nie kierujcie się kłótliwością i próżną chwałą, ale z pokorą jedni drugich uznawajcie za ważniejszych od siebie” (Flp 2:3).

Apostoł Piotr, chociaż mógłby nieustannie powoływać się na władzę „kluczy”, jakie otrzymał od samego Chrystusa, pisał o sobie również, że jest sługą Chrystusa. Dlatego zaleca tym, którzy są „kimś” w kościele, aby troszczyli się o powierzoną trzodę Bożą, „nie jak ci, którzy mają władzę nad powierzonymi sobie, ale jak ci, którzy stają się wzorem dla trzody” (1 Ptr 5:3).

W świecie, który chce stawiać liderom złote posągi i bić pokłony przed ich rzekomą wielkością, Ewangelia pozostaje niewygodnym, ale ocalającym głosem rozsądku. Prawdziwy autorytet nie potrzebuje krzykliwej oprawy ani bezkrytycznego uwielbienia – on objawia się w cichej służbie i umiejętności bycia „niczym”, by Chrystus mógł być wszystkim.

Henryk Hukisz

Friday, May 8, 2026

Paradoks krawędzi

Aby być chrześcijaninem, musisz stać się równoczesny Chrystusowi. Musisz stać się jednym z Jego uczniów, stojącym przed tym samym skandalem: oto biedny, wyszydzany człowiek twierdzi, że jest Bogiem. To nie jest kwestia intelektualnego uznania faktów historycznych, ale egzystencjalny wybór dokonany w obliczu paradoksu. Chrześcijaństwo to „niekończące się dążenie”. Każdego ranka musisz na nowo wybrać drogę krzyża. 

Wyobraź sobie człowieka stojącego na wąskiej, skalistej grani. Po jednej stronie rozciąga się świetlista przestrzeń – obietnica pełni, zapach wieczności i pokój, który „przewyższa wszelki umysł”. To terytorium łaski, darowanej przez Chrystusa. Po drugiej stronie zieje przepaść, która nie jest pustką, lecz gęstą mgłą obietnic bez pokrycia, gwałtownych impulsów i cielesnych żądz, które krzyczą o natychmiastowe nasycenie.

Kiedy myślimy o świętości, często popełniamy błąd, wyobrażając sobie bezpieczny zamek o grubych murach. Tymczasem autentyczne życie duchowe to raczej ruchoma piaskownica. Świętość uzyskana z łaski nie jest „posiadłością”, którą zamykamy w sejfie. To raczej drogocenny ogień, który niesiemy w dłoniach podczas wichury.

Walka z cielesnym pożądaniem nie jest tu jedynie kwestią moralnej dyscypliny czy treningu woli. To walka o tożsamość. Każda pokusa szepcze: „Jesteś tylko ciałem, jesteś tylko głodem, musisz to mieć, by przeżyć”. Chrześcijanin na krawędzi musi wtedy odpowiedzieć: „Jestem dzieckiem Boga, zostałem kupiony za ogromną cenę”. Duch Święty szepcze wewnątrz świątyni naszego ciała: „nie należycie do samych siebie? Zostaliście bowiem nabyci za wielką cenę. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6:19,20). To napięcie jest wyczerpujące, ponieważ pożądliwość uderza w najczulsze punkty – tam, gdzie nasza natura jest najbardziej spragniona bliskości, ukojenia czy poczucia mocy.

Życie na krawędzi polega na tym, że im bliżej Boga jesteś, tym ostrzej widzisz przepaść. Światło Chrystusa nie sprawia, że ciemność znika z Twojego wnętrza – ono sprawia, że przestajesz ją ignorować. Życie jest ekstremalną stawką. W przeciwieństwie do świata, który często bagatelizuje pokuszenia, chrześcijanin traktuje je jako realną śmierć – utratę łaski uświęcającej.

Słowa Jezusa o „odcinaniu ręki” czy „wyłupywaniu oka” wydają się wówczas jedyną opcją. Życie na krawędzi wymaga radykalnych cięć tam, gdzie pojawia się okazja do grzechu. To stan permanentnego czuwania. Chrześcijanin na krawędzi wie, że chwila nieuwagi, pychy lub pewności siebie, gdy mówi: „mnie to nie dotyczy”, jest momentem, w którym najłatwiej o upadek.

Apostoł Jakub opisuje tę walkę w sposób przejrzysty, bez cienia niedomówienia: „Każdy zaś jest doświadczany przez własną pożądliwość, która go pociąga i nęci. Następnie pożądliwość, gdy zaowocuje, rodzi grzech. Grzech zaś, gdy dojrzeje, rodzi śmierć” (Jk 1:14,15). To życie w stanie nieustającego świętego niepokoju. Nie jest to lęk, który paraliżuje, ale niepokój miłości, która boi się utracić to, co najdroższe. Chrześcijanin wie, że wystarczy jedno „tak” powiedziane pożądaniu, by osunąć się w dół. To „tak” nie niszczy miłości Boga do nas, ale niszczy naszą zdolność do przyjmowania tej miłości. To tak, jakby na własne życzenie przeciąć przewód tlenowy podczas wspinaczki wysokogórskiej.

Narracja życia na krawędzi osiąga swój punkt kulminacyjny w momencie, gdy chrześcijanin uświadomi sobie, że nie utrzyma równowagi sam. To wielka lekcja pokory: krawędź jest zbyt wąska dla kogoś, kto ufa tylko własnym nogom.

Prawdziwa walka z cielesnością nie polega na zaciskaniu zębów w samotności. Polega na rzuceniu się w ramiona Chrystusa za każdym razem, gdy zawróci się w głowie od widoku przepaści. Świętość na krawędzi to umiejętność natychmiastowego powrotu. Jeśli upadniesz – a życie na krawędzi zakłada taką ewentualność ze względu na naszą kruchość – istotą nie jest rozpacz nad upadkiem, ale szybkość, z jaką uchwycisz się wyciągniętej dłoni Zbawiciela.

Ostatecznie to życie nie jest ucieczką przed grzechem, ale pogonią za Miłością. Krawędź przestaje przerażać nie dlatego, że staje się szersza, ale dlatego, że Ten, który idzie obok, jest silniejszy niż grawitacja naszych słabości. Chrześcijanin nie ucieka od ciała dlatego, że jest ono złe, ale dlatego, że Boga kocha bardziej. Walka z pożądliwością to ochrona relacji z Chrystusem. Strach przed upadkiem nie jest strachem przed karą, ale strachem przed zranieniem Miłości.

Najbardziej uderzającą cechą takiego życia jest to, że chrześcijanin staje się najsilniejszy właśnie wtedy, gdy uznaje swoją całkowitą niezdolność do zachowania świętości bez Boga. Apostoł Paweł poznał osobiście ten paradoks mówiąc: „Gdy jestem słaby, wtedy jestem mocny” (2 Kor 12,10). Dzięki temu mógł zachować równowagę na krawędzi.

Henryk Hukisz

Monday, May 4, 2026

Widok z Bożej perspektywy

Wracaliśmy kiedyś z urlopu spędzanego na słonecznej Florydzie do Chicago, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Samolot podchodził do lądowania na lotnisku O’Hare od strony wschodniej. Ten szczególny moment daje pasażerom unikalną okazję, by spojrzeć na Chicago z góry. Widok jest spektakularny – z niskiej zabudowy miasta dumnie wyłania się śródmieście, zdominowane przez potężne drapacze chmur. Warto wtedy mieć pod ręką aparat, by uwiecznić tę panoramę, co zresztą możecie zobaczyć na załączonym zdjęciu.

Dopiero gdy zejdziemy na dół i znajdziemy się w wąskich korytarzach ulic, między tymi samymi wieżowcami, ukazuje nam się zupełnie inne miasto: pełne zgiełku, śmieci na chodnikach i hałasu ślamazarnie posuwających się aut. To doskonała lekcja tego, że czasem warto patrzeć na rzeczy z dystansu i z góry – ta zasada sprawdza się również w naszym życiu duchowym.

Wspominałem kiedyś, że często przypominam sobie  „Strumienie na pustyni” L.B. Cowmana – codzienne rozważania oparte na wybranych wersetach z Biblii. Rozważanie z 13 maja poruszyło mnie wyjątkowo mocno. Często bowiem zdarza się, że w odpowiedzi na nasze modlitwy oczekujemy czegoś zupełnie innego, niż to, co ostatecznie otrzymujemy od Pana.

Zachęcam do głębszego przemyślenia sytuacji, w których zwracamy się do Boga. Czy nie jest tak, że czasem przeoczamy Jego odpowiedź tylko dlatego, że nie pasuje ona do naszych wyobrażeń? Patrząc z „góry” – z Bożej perspektywy – możemy znacznie lepiej zrozumieć nasze rzeczywiste potrzeby.

Poniżej zamieszczam pełny tekst rozważania z 13 maja w przekładzie Marii Selmowiczowej (wydanie ZKE), z zachowaniem jego oryginalnego stylu i pisowni. Wszystkie cytaty biblijne pochodzą z Biblii Gdańskiej z 1632 roku


„O co byśmy się modlić mieli, jako potrzeba, nie wiemy” (Rz 8:26).

„Wiele nieporozumień w naszym chrześcijańskim życiu ma miejsce w związku z odpowiedziami na nasze modlitwy. Bywa tak, że modlimy się o cierpliwość, a Ojciec nasz Niebieski daje nam takie warunki, w których nasza cierpliwość zostaje w wyższym stopniu poddana próbie, gdyż „ucisk cierpliwość sprawuje” (Rz 5:3).

Prosimy, aby Bóg dał nam pokorę, a On posyła cierpienie, gdyż my przez to, co cierpimy, uczymy się posłuszeństwa.

Modlimy się o to, aby pozbyć się egoizmu; wtedy Bóg zsyła takie wypadki, które wymagają od nas samozaparcia: abyśmy szukali pożytku dla ubogich i nauczyli się kłaść dusze swoje za braci.

Prosimy Boga o ciche i pokorne serce, jak u Baranka Bożego; i oto On stawia nas w pokorną służbę albo też w warunki, w których ludzie nas krzywdzą, a my nie protestujemy, aby nie oddawać złem za złe, tak „jako baranek na zabicie wiedziony był... i nie otworzył ust swoich” (Iz 53:7).

Prosimy o wybawienie od ducha rozdrażnienia – a oto nagle przylatuje istna burza pokuszeń, aby wywołać w nas zdenerwowanie. Prosimy o uspokojenie, a tu nerwy nasze są napięte do ostateczności, abyśmy zwracając się ku Panu zrozumieli, że ciszy, którą On daje – nic nie może zmącić.

Prosimy Pana, aby pomnożył w nas miłość; w odpowiedzi posyła nam cierpienia; na drodze naszej spotykamy się z pozornie nieprzyjemnymi ludźmi, którzy działają na nasze nerwy i ranią nasze uczucia swoim nierozważnym postępowaniem. Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa; nigdy nie ustaje, nie przeciwstawia się, nie wpada w rozdrażnienie. Pragniemy tego, aby widziany był w nas Chrystus, a na to On odpowiada: „Oto... przebiorę cię w piecu utrapienia” (Iz 48:10). „Izali wytrzyma serce twoje? Izali zdołają ręce twoje?” (Ez 22:14). „Czy podołacie?”

Ażeby mieć pokój i zwycięstwo, trzeba nauczyć się przyjmować wszystko jako z ręki Bożej: wszelką okoliczność, doświadczenie, czy też pozbawienie czegoś jako posłane przez Niego, naszego miłującego Ojca, i żyć na niebiosach, ponad chmurami, przed samym tronem Bożym i tam z góry spoglądając na wszystko, co nas otacza, jako na cząstkę wyznaczoną nam przez miłującego Ojca.”


Lektura tego fragmentu uświadamia nam paradoks chrześcijańskiego wzrostu: Bóg odpowiada na nasze prośby nie poprzez usunięcie trudności, ale poprzez dostarczenie narzędzi do ich pokonania. Chcemy owocu (cierpliwości, pokoju, miłości), ale Bóg daje nam „glebę”, w której ten owoc może wyrosnąć – a jest nią często trudna sytuacja lub wymagający człowiek.

Widok z samolotu nad miastem idealnie tu pasuje. Z dołu widzimy tylko korek i bałagan (nasze codzienne problemy), ale z góry widać cały plan miasta. Refleksja Cowmana uczy nas ufać, że „piec utrapienia” nie jest karą, lecz procesem uszlachetniania. Prawdziwy pokój nie polega na braku burz, ale na świadomości, że ponad chmurami zawsze panuje słońce Bożej obecności.

Henryk Hukisz