Jego diagnoza była prosta: w przeciętnym zborze naucza się
dziś wyłącznie o Bogu jako miłującym Ojcu, który nie ma zamiaru sprawić nikomu
najmniejszej przykrości. Takiego Boga się wielbi, jemu oddaje się cześć w
pieśniach i modlitwach. Kreuje się wizerunek Stwórcy, który akceptuje każdego,
obsypuje niebiańskimi błogosławieństwami i – co kluczowe – od nikogo niczego
nie wymaga, będąc jedynie „dobrym Tatusiem”. Współcześni kaznodzieje niemal
całkowicie milczą o tym, że Bóg karze swoje dzieci za nieposłuszeństwo. Zamiast
biblijnej prawdy, prezentują postać „boga” skrojonego na miarę ludzkich
oczekiwań.
Wierni czczą ten obraz, nie zdając sobie sprawy, że nie jest
to Bóg Pisma Świętego. Biblijny Bóg jest bowiem nie tylko Miłością, ale także
Świętym i Sprawiedliwym Sędzią, który wymierzy słuszną karę każdemu
grzesznikowi.
Współcześni głosiciele unikają tematów takich jak „gniew
Boży”, „pomsta” czy „kara za zlekceważenie krwi Przymierza” niczym przysłowiowy
diabeł święconej wody. Tymczasem Biblia jest nasycona historiami i wersetami
ilustrującymi Bożą sprawiedliwość. Jeśli głosimy, że Bóg jest nieskończenie
sprawiedliwy, musimy również mówić o Jego zagniewaniu w obliczu łamania
ustanowionych przez Niego praw.
Warto podkreślić, że obraz zagniewanego Boga nie ogranicza
się do Starego Testamentu. Jezus Chrystus, Syn Boży, wielokrotnie okazywał
gniew w relacjach z ludźmi – i nie działo się to tylko podczas słynnego
oczyszczania świątyni. Gdy Jezus wszedł do synagogi w szabat i uzdrowił
człowieka z bezwładną ręką, spotkał się z milczeniem faryzeuszy. Ewangelista
Marek notuje, że Jezus spojrzał na nich z gniewem, ubolewając nad
zatwardziałością ich serc (Mk 3:1-5).
Ewangelista Jan w swojej relacji przedstawia Chrystusa jako
Tego, który przyszedł, by przyjąć na siebie gniew Boży należny za grzechy
ludzkości. Najpopularniejszy werset Nowego Testamentu (Jn 3:16) mówi o
ogromnej miłości Boga do świata, ale zawiera też surowe ostrzeżenie: ci, którzy
nie uwierzą, niechybnie zginą. Jan precyzuje to dalej: „kto nie wierzy, już
został osądzony, gdyż nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Boga” (Jn
3:18), a to znaczy, że „kto zaś nie jest posłuszny Synowi, nie
doświadczy życia, ale gniew Boży pozostaje nad nim” (Jn 3:36).
Osoby głoszące całkowite zniesienie Bożego gniewu w Nowym
Przymierzu mijają się z prawdą lub – jak ujął to apostoł Paweł – „Albowiem
gniew Boży z nieba objawia się przeciwko wszelkiej bezbożności i nieprawości
ludzi, którzy przez nieprawość tłumią prawdę” (Rz 1:18 [BW]). Warto
zwrócić uwagę na formę gramatyczną: gniew Boży „objawia się” (czas
teraźniejszy ciągły). Oznacza to, że nawet teraz, w dobie łaski, Bóg stale
manifestuje swój sprzeciw wobec zła.
Kolejnym permanentnie pomijanym fragmentem są słowa z Listu
do Hebrajczyków (10:26-31). To natchnione ostrzeżenie skierowane do
tych, którzy znając prawdę, świadomie trwają w grzechu. Autor przypomina, że o
ile w Prawie Mojżeszowym za złamanie przykazań groziła śmierć, o tyle o ileż
surowsza kara spotka tego, kto „podepcze Syna Bożego i zlekceważy krew
Przymierza, która go uświęciła, i znieważy Ducha łaski” (Hbr 10:29).
Słowa te bez żadnej wątpliwości skierowane są do osób, które doświadczyły mocy
przebaczenia grzechów, poznały prawdę i doświadczyły oświecenia, lub, jak w
innym miejscu tego samego listu zostali określeni jako ci, „którzy raz
otrzymali światło, którzy zakosztowali daru niebiańskiego i stali się
uczestnikami Ducha Świętego, którzy zakosztowali wspaniałego Słowa Boga i mocy
przyszłego wieku” (Hbr 6:4,5). Dlatego nie dziwią mnie słowa
przestrogi: „Straszna to rzecz wpaść w ręce Boga żyjącego” (Hbr
10:31), nawiązujące do słów z ostatniej Pieśni Mojżesza: „Do Mnie należy
zemsta i odpłata w dniu, gdy zachwieją się ich nogi, gdyż bliski jest dzień ich
klęski, szybko przybliża się ich przeznaczenie” (Pwt 32:35).
W 1741 roku znany amerykański kaznodzieja Jonathan Edwards
wygłosił w Enfield słynne kazanie oparte na tym właśnie tekście. Przeszło ono
do historii jako wstrząsający opis konsekwencji zlekceważenia ofiary Chrystusa.
Reakcja była natychmiastowa: tłumy ludzi, przerażone wizją Bożej sprawiedliwości,
rzuciły się do pokuty i aby uciec przed „straszną ręką Boga”, szukali ratunku w
zbawczej łasce.
Obawiam się, że dzisiaj kaznodzieja o takiej
bezkompromisowości nie utrzymałby się za kazalnicą zbyt długo. Współczesne
zbory wolą Boga, który daje komfort, a nie stawia wymagań. Czy jednak
wielbienie tak okrojonego wizerunku Stwórcy nie jest w istocie bałwochwalstwem?
Kiedyś apostoł Paweł pytał zapytał wprost wierzących w
zborach Galacji: „Kto was omamił?” (Ga 3:1), gdy ci zaczęli
wypaczać obraz ukrzyżowanego Chrystusa. Kto więc omamia nas dzisiaj, malując
obraz Boga, który przymyka oko na grzech? Być może to właśnie brak świadomości
Bożej sprawiedliwości sprawia, że świat nie reaguje na Ewangelię. Oferta
„darmowych błogosławieństw” przegrywa z atrakcjami, jakie oferuje świat.
Gdy w pierwotnym Kościele Ananiasz i Safira padli martwi po
okłamaniu Ducha Świętego, „wielki strach ogarnął wówczas cały Kościół
i wszystkich, którzy o tym słyszeli” (Dz 5:11). Może
właśnie tego zbawiennego przerażenia i respektu przed świętością Boga brakuje
nam dzisiaj najbardziej?
Henryk Hukisz






