Monday, October 26, 2026

Kto jest z tobą w łodzi?

Każdy człowiek wierzący w Boga wie, że nie należy się bać, ponieważ Bóg jest z nami. Na wszelki wypadek, gdy ktoś wybiera się w nieznane, mówimy na pożegnanie: „Bóg z tobą”. Dlaczego więc, gdy nagle spotyka nas coś zaskakującego, ogarnia nas lęk? Przecież powinniśmy wiedzieć, że Bóg jest z nami i nic złego nam nie grozi.

Słyszałem o dwóch turystach w afrykańskim buszu. Gdy nagle na ich ścieżce pojawił się lew, jeden rzekł do drugiego: „Stój spokojnie i patrz mu prosto w oczy, gdyż czytałem w przewodniku, że w takiej sytuacji zwierz spokojnie odejdzie”. Na to drugi turysta odrzekł: „Ja też o tym czytałem, lecz nie jestem pewien, czy lew też o tym wie”. Często dysponujemy wiedzą biblijną i znamy Boże obietnice, a mimo to stwierdzamy, że one nie działają. Wówczas myślimy, że albo brakuje nam wiary, albo Bóg nie odpowiada na nasze wołanie.

Pewnego razu Pan Jezus „wsiadł do łodzi, a z Nim Jego uczniowie. Nagle na jeziorze zerwała się tak gwałtowna burza, że fale zalewały łódź” (Mt 8,23–24). Z pewnością Chrystus niejednokrotnie znajdował się ze swoimi uczniami na wodach jeziora Galilejskiego. Lecz tym razem wydarzyło się coś na tyle znaczącego, że uczniowie wynieśli z tego lekcję na przyszłość. Wierzę, że i nam przyda się to, czego wówczas doświadczyli. Niezwykłe było to, że Pan Jezus zasnął – tak, jakby nie zdawał sobie sprawy z burzy, która – jak wiedzą znawcy regionu – była na tym jeziorze dość częstym zjawiskiem.

Pamiętam czas mojej młodości, gdy w zborze, do którego należała cała moja rodzina, liderzy wywodzili się z ruchu Badaczy Pisma Świętego. Każdy biblijny temat stawał się tam okazją do zaciętych dyskusji. W tym przypadku spór dotyczył tego, czy Pan Jezus naprawdę spał, czy tylko udawał, by sprawdzić, czy uczniowie będą Mu ufać. Dziś jestem przekonany, że Pan rzeczywiście spał. Spał, ponieważ całkowicie złożył swoją ufność w Ojcu. Wiedział, że nic, co ma się wydarzyć, nie jest przypadkiem, lecz zostało zaplanowane z góry. Dlatego zasnął spokojnie, mimo wzmagających się fal, które coraz mocniej kołysały łodzią. Znał przecież słowa Psalmu: „Spokojny kładę się do snu i zasypiam, bo tylko Ty, PANIE, czuwasz, bym mieszkał bezpiecznie” (Ps 4,9).

Zapraszam na chwilę do tej łodzi, aby przysłuchać się rozmowie Nauczyciela z uczniami. Gdy burza szalała na dobre, a fale przelewały się przez burty, uczniowie szarpnęli Chrystusa za ramię, wołając: „Panie, ratuj! Giniemy!” (Mt 8,25). Ktoś powie, że była to naturalna reakcja obronna. Z pewnością tak. Przecież w łodzi znajdował się jednak Syn Boży – Odwieczny Logos. Słowo, o którym autor Listu do Hebrajczyków napisał, że „przez Niego stworzył wszechświat” (Hbr 1,2). I tu pojawia się kwestia wiary. Czytamy u tego samego autora, że „dzięki wierze rozumiemy, że wszechświat został stworzony Słowem Boga, bo nie z tego, co widzialne, powstało to, co widzimy” (Hbr 11,3). Uczniowie tego nie pojmowali, ale Chrystus nosił tę świadomość w sobie. Nadciągająca burza nie wywołała w Nim lęku, gdyż wiedział, że żywioł jest Mu poddany.

Z perspektywy uczniów – którzy zamiast patrzeć na Chrystusa widzieli jedynie wysokie fale i słyszeli świst wiatru – strach był ludzkim odruchem. Każdy człowiek drży o swoje życie. Chrystus wiedział jednak, gdzie leży prawdziwy problem: nie w samej reakcji na niebezpieczeństwo, lecz w braku zaufania. Dlatego zapytał: „Dlaczego się boicie, ludzie małej wiary?” (Mt 8,26). Przecież On był z nimi w tej samej łodzi.

Król Dawid podzielił się w jednym z Psalmów swoim doświadczeniem. Kiedy wołał do Boga w czasie burz, jakie go spotykały, otrzymał zapewnienie: „Wysłucham go, gdy będzie Mnie wzywał, będę z nim w nieszczęściu, wybawię i obdarzę sławą” (Ps 91,15). W takich sytuacjach najważniejsza jest obecność Pana. Kiedy On jest z nami, możemy być pewni, że nic ostatecznie złego nas nie spotka. Wtedy detale Jego działania przestają być dla nas źródłem niepokoju, bo sama Jego obecność daje nam pełną satysfakcję.

Problemem uczniów nie była więc wielkość fal, lecz brak zaufania do Tego, który te fale stworzył. Jeśli lecisz samolotem, który wpada w turbulencje, uspokaja cię świadomość, że za sterami siedzi doświadczony pilot, który wie, jak wyprowadzić maszynę z kryzysu. Znajomy opowiadał mi kiedyś, jak podczas burzliwego lotu dowiedział się, że kilka rzędów przed nim siedzi dwóch pilotów lecących prywatnie. Kiedy ogarnął go lęk, postanowił ich obserwować: gdy zobaczył, że oni spokojnie czytają książki – on również próbował czytać, a gdy ucięli sobie drzemkę – starał się też zasnąć.

Pamiętajmy, że przed odejściem do Ojca Pan Jezus zostawił obietnicę: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do końca świata” (Mt 28,20). On jest z nami naprawdę. „Jestem bowiem przekonany– zapewnia apostoł Paweł – że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani to, co wysoko, ani to, co głęboko, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, naszym Panu” (Rz 8,38–39). Paweł napisał również, że nawet jeśli: „my jesteśmy niewierni, On pozostaje wierny, bo samego siebie wyprzeć się nie może” (2 Tm 2,13). Nie mamy więc żadnego usprawiedliwienia, by się bać – nawet w czasie największej burzy, zarówno w naszym życiu jak i wokół nas.

Dlaczego jednak ogarnia nas strach? Dlaczego tak często obawiamy się chociażby powiewu silniejszego wiatru? Myślę, że powodem jest brak żywej relacji z Chrystusem. Ktoś zaraz zaprotestuje: „Przecież znamy te wspaniałe obietnice!”. Obawiam się jednak, że większość ludzi uważających się za chrześcijan posiada jedynie wiedzę teoretyczną. Są jak owi turyści z początku rozważania – znają reguły, ale nie znają rzeczywistości.

Obecność Pana Jezusa nie jest teorią. Jest rzeczywistością dla każdego, kto doświadczył łaski zbawienia i uczynił Chrystusa swoim Panem. Co to oznacza?

Przeciwieństwem lęku i strachu jest pokój – stan wewnętrznego uspokojenia, którego źródłem jest Bóg. Tego pokoju nie da się wywołać miłą atmosferą, pustymi słowami pociechy czy powtarzaniem, że wszystko będzie dobrze. Apostoł Paweł napisał: „Pan jest blisko. O nic się nie troszczcie, ale w każdej modlitwie i błaganiu powierzajcie z dziękczynieniem wasze pragnienia Bogu. A pokój Boży, który przewyższa wszelkie zrozumienie, będzie strzegł serc i myśli waszych w Chrystusie Jezusie” (Flp 4,5–7). Ten pokój, pochodzący od samego Boga, dostępny jest jednak pod pewnym warunkiem.

Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na częstotliwość występowania w Nowym Testamencie dwóch słów: „łaska i pokój”. Aż w 16 księgach pojawiają się one dokładnie w tej kolejności, na przykład: „Łaska i pokój od Boga Ojca i Chrystusa Jezusa, naszego Zbawiciela” (Tt 1,4). Jestem w pełni przekonany, że Boży pokój możemy otrzymać dopiero w konsekwencji wcześniejszego doświadczenia łaski zbawienia. Najpierw łaska, a potem pokój, który zapewnia nam obecność Pana.

Jeśli mówimy o łasce, istnieje tylko jedna droga. Nie wywodzi się ona z tradycji ludzkich kościołów – ani katolickich, ani protestanckich. Została ogłoszona przez samego Chrystusa, gdy odpowiadał na zasadnicze pytanie o to, jak wejść do Królestwa Bożego.

Odpowiedź dana Nikodemowi, żydowskiemu dostojnikowi, brzmi tak samo dzisiaj: „Zapewniam, zapewniam cię, jeśli się ktoś nie narodzi z góry, nie może ujrzeć Królestwa Boga” (Jn 3,3). Oznacza to, że bez narodzenia się z Ducha Bożego nie można doświadczyć Bożego pokoju. Nie wystarczy powiedzieć, że podoba się w jakiejś wspólnocie, bo ładnie śpiewają i kaznodzieja mówi ładne kazania.

Każda burza, jakiej możemy doświadczać może być jedyną szansą, jaką Bóg nam daje, by zastanowić się nad tym, jak i w co wierzymy. Jeśli czujesz lęk – to dobrze. Sprawdź, czy w łodzi twojego życia znajduje się Jezus. On chętnie do ciebie przyjdzie, jeśli otworzysz się na dar nowo narodzenia. Nie ma innej możliwości.

Pamiętaj: bez Jezusa w życiu nigdy nie zaznasz prawdziwego pokoju.

Henryk Hukisz

Saturday, October 24, 2026

Inwestycja w przyszłą chwałę

Świat zmusza nas do ciągłej ucieczki przed bólem, traktując cierpienie jako czysty bezsens, błąd systemu i niepotrzebny ciężar. Tymczasem w Bożej logice cierpienie i chwała to dwa elementy, które występują w ścisłej ze sobą harmonii. Apostoł Paweł w Liście do Rzymian 8 oświadcza bez ogródek, że nasze zjednoczenie z Chrystusem odnosi się do wszystkich aspektów naszego życia, gdyż „skoro rzeczywiście cierpimy z Nim, aby też uczestniczyć z Nim w chwale” (Rz 8, 17).

Jednak już w kolejnym wierszu apostoł odsłania przed nami proporcje, które wywracają do góry nogami myślenie tego świata. Paweł uczy nas, że jedna z dwóch rzeczywistości - cierpienie i chwała - zdecydowanie przeważa nad drugą: „Liczę bowiem, że teraźniejszych cierpień nie można stawiać na równi z mającą nastąpić chwałą, która zostanie w nas objawiona” (Rz 8, 18). Obecne cierpienie — to, które odczuwamy tu i teraz, w swoich ciałach i duszach, i które tak często wydaje się nie mieć końca — po prostu nie wytrzymuje nawet porównania z nadchodzącą chwałą.

Moglibyśmy z tego fragmentu wyciągnąć wniosek, że chwała, którą przyobleczemy w przyszłym życiu, po prostu znacznie przewyższy cierpienie z tego życia. Tak pisał autor znanej pieśni „Cudowna Boża łaska”, John Newton w liście do kapitana marynarki w 1763 roku: „On potrafi [...] dać więcej, niż zabiera, i sprawić, by nasze pocieszenie przewyższyło nasze najgorsze utrapienie”. To prawda i to już jest wystarczająco dobra wiadomość. Ale Słowo Boże idzie dalej i to w sposób absolutnie zdumiewający.

W 2 Liście do Koryntian znajdujemy jeszcze ściślejszy, wręcz organiczny związek między cierpieniem i chwałą: „Niewielkie zaś cierpienia, które chwilowo znosimy, przygotowują nam bezmiar wiecznej chwały” (2 Kor 4, 17). Kluczem jest tutaj greckie słowo „κατεργαζεται” [katergazetai], trafnie tu przetłumaczone w czasie teraźniejszym jako „przygotowują” lub w innym, „sprawiają”.

Tutaj cierpienie i chwała są zestawione w jeszcze ściślejszej zależności niż w 8. rozdziale Listu do Rzymian. Obecny ból nie tylko zostaje przeciwstawiony przyszłej chwale — jest wręcz ziarnem, z którego ta przyszła chwała wyrasta, uszlachetniając nas i hartując na wieczność. List do Hebrajczyków 11 zawiera długą listę świętych, którzy nie zgodzili się na uwolnienie z tortur, „aby otrzymać lepsze zmartwychwstanie” (Hbr 11, 35) — akceptując obecny ból jako pewną i najlepszą inwestycję w przyszłą chwałę.

Ten motyw odwrócenia losu jeszcze w doczesnym życiu pojawia się od samego początku, również w Starym Testamencie. W Księdze Liczb (rozdziały 22–24) Izrael wędruje przez Moab. Pogański król Balak, przerażony zwycięstwami militarnymi Izraela, wynajmuje Balaama, aby przybył i przeklął lud. Mojżesz wspomina później tę niezwykłą Bożą opatrzność w Księdze Powtórzonego Prawa, przypominając ludziom, co tak naprawdę się stało: „Lecz PAN, twój Bóg, nie chciał słuchać Balaama i zmienił PAN, twój Bóg, przekleństwo w błogosławieństwo, ponieważ umiłował cię PAN, twój Bóg” (Pwt 23, 6).

Sens polega nie na tym, że przyszłe błogosławieństwo po prostu jakoś zniweluje obecne cierpienia, ale na tym, że obecne przekleństwo staje się kluczowym składnikiem tego przyszłego błogosławieństwa. Może to również odnosić się do przyszłych błogosławieństw jeszcze w tym życiu. W Starym Testamencie pojawiają się też przykłady wskazujące na to, że Bóg zamieni obecne trudności w przyszłe błogosławieństwo w życiu wiecznym. Dawid modlił się: „Policzyłeś dni mojej tułaczki, moje łzy zebrałeś do swego bukłaka. Czy nie są spisane w Twojej księdze?” (Ps 56, 8). Każdy trud, jak się zdarza w naszej doczesności, jest z wielką czułością zapisywany przez Boga, by pewnego dnia został przemieniony w wieczną chwałę.

Tak czy inaczej, słowa z 2 Listu do Koryntian 4, 17 są jednoznaczne: „Niewielkie zaś cierpienia, które chwilowo znosimy, przygotowują nam bezmiar wiecznej chwały”. W tym jednym słowie „przygotowują” zawarta jest cała teologia niebiańskiej chwały człowieka. Jednak aby w to uwierzyć, patrzymy nie tylko w przyszłość. Patrzymy również w przeszłość, na to, co sam Chrystus przeszedł jako kulminacyjny i wprost wzorcowy przykład zamiany przekleństwa w błogosławieństwo — gdy Jego własna śmierć przekształciła się w zmartwychwstanie.

Często wydaje się nam, że Bóg tak kieruje naszym życiem, iż sprawy nie mające znaczenia i złe zostaną ostatecznie usunięte i zamienione przez te dobre. Ale logika Nowego Testamentu sięga znacznie głębiej. Mówi nam, że takie myślenie wywodzi się z twierdzenia, iż chwała zmartwychwstania Chrystusa stała się jedynie zadośćuczynieniem męki Jego ukrzyżowania. Tymczasem On został wywyższony i uwielbiony właśnie przez swoją śmierć. Apostoł Paweł wyraził to jak najdobitniej potrafił: „Uniżył samego siebie, gdyż był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci na krzyżu. Dlatego też Bóg nad wszystko Go wywyższył” (Flp 2, 8–9). Dla Jezusa chwała zmartwychwstania nie była tylko rekompensatą za straszliwe cierpienie i śmierć, ale naturalnym, wynikającym z niej następstwem.

To samo dotyczy każdego, kto wchodzi w zjednoczenie z Chrystusem — mówi Nowy Testament: „Jeśli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni przez podobne zmartwychwstanie” (Rz 6, 5). Skoro Jezus powstał z martwych, to wszelkie ciemności naszego życia stają się częścią mozaiki, która staje się dzięki nim piękniejsza. Diabeł o tym wie i tego nienawidzi, ale nic nie może z tym zrobić. Jesteśmy w Nim po prostu niezwyciężeni. Paweł opisał to bardzo dobitnie w Liście do Kolosan, że Chrystus: „przekreślając zapis dłużny, który świadczył przeciwko nam, i usunął go, przybijając do krzyża. Rozbrajając zwierzchności i władze, wystawił je na pokaz, gdy przez Niego odniósł triumf nad nimi” (Kol 2,14-15)

Chrześcijańska nadzieja jest inna niż oferuje nam ten świat, i o wiele wspanialsza. Nasz ból dzisiaj przygotowuje przyszłą radość (2 Kor 4, 17). Kiedy na końcu Biblii słyszymy, że Bóg „otrze z ich oczu wszelką łzę” (Ap 21, 4), to nie oznacza to po prostu usunięcia smutku w niepamięć, ale przekształcenie go w zrodzoną z niego radość. Łzy chwilowego smutku tutaj zmieniają się w odpowiadające im łzy radości tam w wieczności.

W każdym innym systemie myślenia poza chrześcijaństwem życie jest w gruncie rzeczy nieustannym dążeniem do uniknięcia bólu. Natomiast gdy już doświadczamy bólu, mamy nadzieję, że przyszłe życie — o ile w nie wierzymy — jakoś nam to zrekompensuje. Tymczasem w chrześcijańskim sposobie myślenia, choć nie dążymy celowo do cierpienia, przyjmujemy je z pogodnym buntem, niemal ze zwycięskim uśmiechem wiedząc, że jest ziarnem inwestycji w przyszła chwałę.

Takie przekonanie nie zmniejsza samego bólu. Psalmy uczą nas, jak płakać i jak wołać do Boga w udręce. I tak robimy. Ale kiedy płaczemy nad naszym bólem, jednocześnie śmiejemy się z niego, ponieważ obecna udręka z pewnością przyniesie nam większe błogosławieństwo tam, gdy będziemy już u Pana. Blizny zrodzone tutaj będą znamionami niekończącego się już nigdy piękna.

Możemy powiedzieć z pełnym przekonaniem: Im brzydsza blizna, tym większe będzie piękno.

Henryk Hukisz

Thursday, October 22, 2026

Pomiędzy odwagą i wygodą

Nikt z nas nie chce świadomie zadawać sobie bólu ani dobrowolnie godzić się na cierpienie. Nie mam nic przeciwko zażyciu tabletki przeciwbólowej i sam modlę się o siłę, gdy przechodzę przez trudne chwile. Zastanawiam się jednak, jak jako chrześcijanie powinniśmy podchodzić do sytuacji, w których dotyka nas cierpienie – czy mamy błagać o natychmiastowe uwolnienie, czy raczej poddać się Bożemu działaniu? Najlepszą odpowiedź znajdujemy w Biblii, która jest pełna wskazówek na ten temat. Gdy zadamy sobie trochę trudu, by zgłębić to zagadnienie, z pewnością zaskoczy nas, jak wielką mądrość możemy dzięki temu zdobyć.

Niedawno, podczas przyjacielskiej rozmowy z jednym z pastorów, usłyszałem ciekawe sformułowanie opisujące sytuacje, w jakich często stawia nas Bóg. Mój rozmówca użył pojęcia skrzyżowania typu „T” (T-crossing) – chodzi o skrzyżowanie, na którym nie da się jechać na wprost; musimy skręcić albo w lewo, albo w prawo. Zakładam, że wszyscy rozumiemy, na czym polega prowadzenie Ducha Świętego i że to do nas należy ostateczny wybór kierunku, gdy stajemy na takim rozdrożu. Duch Święty nie zmusza nas do zwrotu w jedną czy drugą stronę – On jedynie delikatnie nas nakłania, lecz decyzję podejmujemy sami. Jeśli dobrze znamy głos naszego Pasterza, pójdziemy tam, dokąd On chce nas poprowadzić. Co jednak zrobimy, gdy stojąc na rozdrożu, zauważymy, że jedyny właściwy drogowskaz wyraźnie wskazuje kierunek z napisem: „Cierpienie”?

Naturalnym ludzkim odruchem jest ucieczka od bólu. Jeśli jednak jesteśmy ludźmi duchowymi, narodziliśmy się na nowo i żyjemy „według Ducha”, nie możemy kierować się wyłącznie czysto cielesnymi reakcjami. Taki odruch cechuje ludzi nieodrodzonych, o czym pisał apostoł Paweł: „Natomiast człowiek poznający tylko zmysłami nie przyjmuje darów Ducha Bożego. Są one bowiem dla niego głupstwem i nie może ich zrozumieć, ponieważ można je badać jedynie w sposób duchowy” (1 Kor 2:14).

Rzutuje to na kluczowe pytanie: czy Bóg może świadomie dopuszczać w naszym życiu ból? W Biblii znajdziemy mnóstwo przykładów – od Hioba po samego Jezusa Chrystusa – które jednoznacznie potwierdzają, że odpowiedź brzmi: tak. Cierpienie było obecne w życiu największych mężów wiary. Obala to popularną tezę, z którą wciąż się spotykamy, że trudności dotykają wyłącznie ludzi o małej wierze. Często wzywa się nas dziś do tego, byśmy „przez wiarę” uwalniali się od każdego cierpienia. Ale czy Bóg naprawdę tego od nas oczekuje, czy to my sami szukamy łatwej ucieczki?

Oczywiście Bóg nie jest złym ojcem, który czerpie satysfakcję z widoku cierpiącego dziecka. Jednak jako Ojciec doskonały – przewyższający miłością ziemskich rodziców – wychowuje nas według własnych, niezawodnych zasad. Choć na pierwszy rzut oka mogą się one wydawać trudne lub wręcz niezrozumiałe, z pewnością prowadzą do celów, jakie On dla nas zamierzył. W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Pan bowiem karci tego, kogo kocha, chłoszcze zaś każdego, którego przyjmuje za syna” (Hbr 12:6). Warto w tym miejscu zauważyć, że w greckim oryginale użyto słowa „παιδευει” [paideuei], które oznacza dosłownie „trenować”, „wychowywać” czy „kształtować” – chodzi więc o proces przygotowujący nas na przyszłość, a nie o ślepą karę za popełnione błędy. Wychowanie to proces budujący nasze wnętrze, w wyniku którego nabieramy właściwych cech charakteru.

Niezwykłą lekcję na temat roli cierpienia w życiu dziecka Bożego odnajdujemy w 2 Liście do Koryntian. Przechodząc przez utrapienia – do których niewątpliwie należy cierpienie – doświadczamy pocieszenia, jakiego nie poznalibyśmy w żaden inny sposób, ponieważ nasz Bóg jest „Ojcem miłosierdzia i Bogiem wszelkiego pokrzepienia” (2 Kor 1:3). Bóg nie robi niczego bez powodu – każdy Jego krok ma głęboki sens. W tym przypadku chce On, abyśmy mieli udział w „cierpieniach Chrystusowych”, gdyż „jak bowiem wzrastają w nas cierpienia Chrystusa, tak też przez Chrystusa wzrasta nasze pokrzepienie” (w. 5). Apostoł Paweł dodaje poruszające świadectwo, pisząc, że wraz z towarzyszami „bez miary i ponad siły zostaliśmy przygnieceni, tak iż straciliśmy nawet nadzieję na uratowanie życia” (w. 8). Nie wiem, czy ktokolwiek z nas mógłby poszczycić się podobnym świadectwem. W jakim celu Bóg dopuścił tak ogromne utrapienia na swoich wiernych sług? Paweł odpowiada wprost: „tak że przestaliśmy ufać sami sobie, a zaufaliśmy Bogu, Temu, który wskrzesza umarłych. On od grozy śmierci już nas wybawił i wybawi. W Nim też pokładamy nadzieję, że nadal będzie wybawiał” (w. 9–10). Jeśli więc chcemy nauczyć się polegać na Bogu, a nie na własnych siłach, musimy dokonać właściwego wyboru, gdy znajdziemy się na skrzyżowaniu typu „T”.

Apostoł Piotr dzieli się z nami własnym doświadczeniem zapowiedzianym mu przez samego Chrystusa. Jezus powiedział do niego: „Gdy jednak się zestarzejesz, wyciągniesz swoje ręce i ktoś inny cię przepasze, i poprowadzi, dokąd nie chcesz. To zaś powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga” (Jn 21:18–19). Tymczasem my często ulegamy złudzeniu, że najwyższą cześć Bogu oddajemy wtedy, gdy wygodnie siedząc w kościelnym fotelu, przy akompaniamencie zespołu muzycznego śpiewamy wpadające w ucho refreny.

Właśnie dlatego Piotr mógł z pełnym przekonaniem napisać: „Dlatego cieszcie się, chociaż teraz trzeba, abyście z powodu różnych doświadczeń trochę byli zasmuceni” (1 Ptr 1:6). W takim rozumieniu radości Piotr nie jest osamotniony. Wtóruje mu Jakub, zachęcając: „Radujcie się w pełni, moi bracia, gdy spadną na was różne doświadczenia” (Jk 1:2). Obaj apostołowie doskonale rozumieli, że cierpienie i trudne doświadczenia mają pozytywny wpływ na jakość naszej wiary. Piotr podkreśla, że dzięki nim nasza wiara staje się „cenniejsza od zniszczalnego złota, próbowanego w ogniu, na sławę, chwałę i cześć przy objawieniu się Jezusa Chrystusa” (1 Ptr 1:7). Jakub dodaje: „Wiecie przecież, że z wypróbowania waszej wiary rodzi się wytrwałość. Wytrwałość zaś niech się przejawia w doskonałym dziele, abyście byli doskonali, nienaganni, bez żadnych braków” (Jk 1:3–4). Jak widać, trudne doświadczenia i ból nie są przejawem słabej wiary, lecz narzędziem, które ją umacnia. Skoro tak, to czy naszemu Ojcu nie zależy właśnie na tym, abyśmy posiadali dokładnie taką – wypróbowaną i dojrzałą – wiarę?

Wracając na nasze skrzyżowanie w kształcie litery „T” – nie chodzi o to, by szukać kłopotów na siłę. Absolutnie nie! Jeśli jednak Pan zamierzył ukształtować i udoskonalić nasz charakter, nie ma do tego lepszego narzędzia niż ucisk. Garncarz nie ulepi naczynia o zaplanowanym kształcie, jeśli nie przyciśnie gliny własnymi dłońmi. Pan mówi przez proroka Jeremiasza: „Oto jak glina w ręku garncarza, tak wy jesteście w moim ręku, domu Izraela!” (Jr 18:6).

Musimy pamiętać o próbie, jakiej wszyscy zostaniemy poddani, gdy Pan przyjdzie po swój lud. Będzie to czas szczególnego sprawdzianu. Jak pisze apostoł Piotr: „Wówczas niebiosa z hukiem przeminą, żywioły zaś zostaną zniszczone w ogniu, i ziemia, i te dzieła, które na niej zostaną znalezione” (2 Ptr 3:10). Paweł zaś przypomina, że to, co zbudowane z „drewna, siana i słomy”, nie przetrwa próby ognia. Z tego powodu Piotr stawia nam poruszające pytanie: „Skoro to wszystko zostanie zniszczone, to jacy wy powinniście być w świętym postępowaniu i pobożności, oczekując przyjścia dnia Boga i starając się je przyspieszyć. Z powodu tego dnia niebiosa płonąc, zostaną zniszczone, a żywioły rozpłyną się w ogniu” (2 Ptr 3:11–12).

Jedno jest pewne: w czasie próby nie będziemy osamotnieni. Bóg będzie przy nas tak, jak był z trzema wiernymi młodzieńcami w piecu ognistym za czasów Daniela: „Oto ja widzę czterech rozwiązanych mężczyzn, przechadzających się pośród ognia i nie dzieje im się nic złego, wygląd zaś czwartego podobny jest do syna bożego” (Dn 3:25).

Bądźmy więc czujni i pełni ufności, ilekroć znajdziemy się pomiędzy fotelem i ognistym piecem.

Henryk Hukisz

Tuesday, October 20, 2026

Spojrzenie na współczesny Izrael

Kiedy przyglądamy się obecnej sytuacji politycznej w Izraelu, trwającej kampanii wyborczej oraz bezkompromisowej walce o władzę, nie sposób nie dostrzec głębszego, duchowego wymiaru tych wydarzeń. Premier Benjamin Netanjahu, dążąc do utrzymania swojej pozycji na czele rządu, nieukrywanie wpisuje swoje przywództwo w misję o charakterze wręcz opatrznościowym.

W tym ujęciu władza polityczna przestaje być jedynie wynikiem arytmetyki parlamentarnej czy ludzkich zabiegów. Wynika ona z fundamentalnej prawdy biblijnej, że to sam Bóg – jako Suweren historii – ustanawia wszelkie władze, wynosi królów, obala władców i precyzyjnie wyznacza granice narodów oraz czas ich panowania. Z tej perspektywy starania o zachowanie przywództwa w Izraelu są odczytywane nie jako zwykła ambicja polityczna, ale jako odpowiedź na wolę Stwórcy, który w konkretnym momencie dziejowym powołuje liderów do realizacji swoich odwiecznych zamierzeń wobec narodu wybranego.

Właśnie ten splot perspektywy teologicznej z praktyką polityczną najwyższych szczebli władzy sprawia, że biblijna narracja przestaje być jedynie domeną abstrakcyjnych rozważań. Staje się ona realnym, potężnym narzędziem kształtowania losów narodów.

Wyrazistym tego przykładem w dzisiejszym świecie jest polityka rządu Izraela pod przywództwem premiera Benjamina Netanjahu, w której odwołania do tożsamości biblijnej i wiecznych obietnic Bożych odgrywają rolę legitymizacji działań państwowych. Dla Netanjahu Biblia nie stanowi jedynie dokumentu historycznego czy religijnego, lecz moralną i historyczną „kartę praw” narodu żydowskiego do Ziemi Obiecanej (Erec Jisrael). Odwoływanie się do postaci króla Dawida w kontekście niepodzielności Jerozolimy, konsekwentne stosowanie tradycyjnych, biblijnych nazw Judei i Samarii czy budowanie strategicznych sojuszów z chrześcijańskim syjonizmem na świecie to bezpośrednie przeniesienie biblijnych prawd na płaszczyznę współczesnej dyplomacji i strategii obronnej. W konsekwencji polityka ta idealnie współgra z głębokim teologicznym przekonaniem, że losy Izraela nie są dziełem przypadku ani zwykłej dyplomacji, lecz stanowią precyzyjną realizację odwiecznego planu Stwórcy.

Nasz współczesny stosunek do państwa Izrael oraz narodu żydowskiego nie stanowi zatem jedynie kwestii doraźnej polityki czy indywidualnych preferencji geopolitycznych. Jest to bezpośredni nakaz wynikający wprost z niezmiennego tekstu Pisma Świętego.

U podstaw tego myślenia leży fundament, że obietnice dane przez Boga Abrahamowi i jego potomkom pozostają wieczne, żywe i całkowicie bezwarunkowe. Kluczowa obietnica zapisana na kartach Księgi Rodzaju 12:3: „Będę błogosławił tym, którzy tobie błogosławią, a tych, którzy ciebie przeklinają, będę przeklinał. W tobie będą błogosławione wszystkie plemiona ziemi” zachowuje swoją pełną moc obowiązującą również dzisiaj. Z tego względu wszelkie próby podważania szczególnej roli Izraela w planie Bożym muszą spotkać się z naszą bezkompromisową krytyką tzw. teologii zastąpienia. Pogląd, jakoby Kościół w nowym przymierzu całkowicie zastąpił narodowy Izrael i przejął przeznaczone dla niego obietnice, nie jest w świetle Słowa Bożego dopuszczalną różnicą poglądów czy akademicką dyskusją – to wysoce niebezpieczne, wręcz demoniczne zwiedzenie, które podstępnie wnika do doktryn współczesnego Kościoła.

Najlepszą weryfikacją nieprzerwanej ciągłości Bożych obietnic są konkretne, namacalne wydarzenia historyczne, w których na naszych oczach wypełniają się starotestamentowe proroctwa. Przełomowym momentem w nowożytnej historii było powstanie państwa Izrael w 1948 roku – wydarzenie, które spektakularnie narodziło się bezpośrednio z popiołów Holokaustu. Tylko tak niewyobrażalna tragedia zdołała przekonać ówczesny świat, że Izrael jest jedynym bezpiecznym miejscem dla Żydów rozproszonych po całym globie, co skłoniło narody do zagłosowania w ONZ na „tak”.

To historyczne odrodzenie stanowi bezpośrednią, literalną realizację zapowiedzi z Księgi Amosa 9:14-15: „Wtedy odmienię los mojego ludu Izraela, odbudują spustoszone miasta i je zasiedlą, zasadzą winnice i będą pili z nich wino, założą ogrody i będą jedli z nich owoce. Osadzę ich na ich ziemi i nie zostaną nigdy wyrwani z ziemi, którą im dałem − mówi PAN, twój Bóg.”

Z tą historyczno-biblijną perspektywą nieodłącznie wiąże się również nieuchronna zapowiedź nadchodzącego Bożego sądu nad narodami. Pismo Święte niezwykle jasno pokazuje, że Bóg od zawsze oceniał i nadal będzie oceniał ludy oraz całe cywilizacje przez pryzmat ich stosunku do narodu wybranego. Prorok Ezechiel zapowiada wprost w rozdziale 39:6-8: „Ześlę ogień na Magog i na bezpiecznych mieszkańców wysp. I poznają, że Ja jestem PANEM. Ogłoszę wśród Mojego ludu izraelskiego Moje święte imię i sprawię, że nie będą już więcej bezcześcić Mojego świętego imienia. Poznają narody, że Ja jestem PANEM, Świętym w Izraelu. Oto nadchodzi i spełni się – wyrocznia Pana BOGA. Jest to ten dzień, o którym mówiłem.”

Kluczowym elementem naszej argumentacji i biblijnej prawdy musi być także ostateczne odrzucenie krzywdzącego, opartego na kłamstwie zarzutu antysemickiego, który od wieków przypisuje Żydom winę za śmierć Jezusa, nazywając ich „zabójcami Chrystusa”. Koncepcja ta pozostaje w rażącej sprzeczności z przekazem Ewangelii i ze Słowem samego Pana. W Ewangelii Jana 10:17-18 Jezus jednoznacznie odsłania autonomiczną, suwerenną naturę swojej ofiary: „Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja oddaję moje życie, aby je znowu odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam władzę je oddać i mam władzę znowu je odzyskać. Ten nakaz otrzymałem od mojego Ojca.”

Skoro zatem Chrystus złożył swoje życie sam z siebie w ramach doskonałego, przedwiecznego Bożego planu zbawienia, a Szatan od zarania dziejów – począwszy od rozkazów Faraona, aż po okrucieństwo Heroda – nieustannie zmierzał do fizycznego unicestwienia narodu żydowskiego, to musimy jasno powiedzieć: wszelki przejaw antysemityzmu ma w swej najgłębszej istocie źródło czysto demoniczne.

Całość tego wywodu odnośnie do aktualnej sytuacji, w jakiej znajduje się Izrael, zamyka wyraźny akcent eschatologiczny. Obserwowany we współczesnym świecie narastający, wręcz irracjonalny antysemityzm oraz potężnie wzmagająca się wrogość wobec Izraela stanowią dla nas niezwykle czytelny znak czasów. Wyraźnie wskazują one, że świat znajduje się w dniach ostatecznych, stanowiąc bezpośrednią zapowiedź rychłego wypełnienia się wszystkich Bożych planów i chwalebnego powrotu Króla królów i Pana panów, Jezusa Chrystusa, który powiedział o sobie: „Ja jestem Alfa i Omega, mówi Pan, Bóg, Ten, który jest i który był, i który przychodzi, Wszechmogący” (Ap 1:8).

„Ten, który o tym zaświadcza, mówi: Tak, wkrótce przyjdę. Amen, przyjdź, Panie Jezu!” (Ap 22:20).

MARANATHA!

Henryk Hukisz

Sunday, October 18, 2026

Skuteczny model rodziny

Rodzina stanowi bezdyskusyjną podstawę każdego społeczeństwa. To, jakie rodziny je tworzą, bezpośrednio przekłada się na to, jak w rezultacie wyglądają całe ludzkie społeczności. Tej samej zasadzie nieuchronnie podlegają również kościoły. Naszedł więc najwyższy czas, abyśmy na poważnie zadbali o rodzinę – o jej wewnętrzną strukturę oraz wzajemne relacje. W końcu rodzinę tworzą konkretni ludzie, a ludźmi jesteśmy my: to ja i ty.

Każdy z nas ma więc realną możliwość, by osobiście przyczynić się do poprawy jakości naszych wspólnot – począwszy od lokalnego osiedla, przez społeczności kościelne, aż po całą Rzeczpospolitą. Nie musimy w tym celu ponosić olbrzymich nakładów finansowych ani poświęcać czasu na dalekie podróże. Rodzinę mamy przecież tuż obok siebie i to właśnie z nią łączą nas szczególnie bliskie więzy.

Pan Bóg w swoim doskonałym planie, stwarzając człowieka, „stworzył ich jako mężczyznę i kobietę” (Rdz 1,27). Bóg pobłogosławił im i wyznaczył jasne zadanie: „Bądźcie płodni, rozmnażajcie się i zapełniajcie ziemię, podporządkowujcie ją sobie, i panujcie nad rybami morskimi, nad ptactwem podniebnym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (w. 28). A ponieważ stworzony wpierw Adam nie był w stanie samodzielnie spełnić tego zadania, Bóg uczynił dla niego „pomoc odpowiednią dla niego” (Rdz 2,18). Gdy Adam się obudził, przetarł oczy i zachwycony pięknością danej mu towarzyszki wykrzyknął: „Ta jest wreszcie kością z moich kości i ciałem z mojego ciała, ona będzie nazwana kobietą, gdyż z mężczyzny została wzięta” (w. 23). Intencją Stwórcy od samego początku było to, aby więź łącząca męża i żonę trwała przez całe ich życie, dlatego jednoznacznie określił jej zasady: „mężczyzna opuści swego ojca i matkę i połączy się ze swoją żoną i będą jednym ciałem” (w. 24).

Przypominam te podstawowe, wręcz fundamentalne prawdy, ponieważ współcześnie niezwykle często słyszy się o potrzebie wypracowania „współczesnego modelu rodziny”. Nie ma jednak takiej potrzeby – jedyny i skutecznie działający model został już utworzony i przez tysiące lat stanowił stabilną podstawę rodzin na całym świecie. Pomimo całego chaosu i zamieszania, jakie do naszej ziemskiej egzystencji wprowadził Boży przeciwnik, diabeł, wszyscy ludzie wciąż mogą skorzystać z Bożej ekonomii zbawienia. Polega ona na całkowitym uwolnieniu się od skutków dziedziczenia grzesznej zależności. Apostoł Paweł ogłasza wszem i wobec: „jeśli ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, przeminęło, a nastało nowe” (2 Kor 5,17). Nic więc dziwnego, że Chrystus podczas nocnej rozmowy ze znawcą Pism, Nikodemem, powiedział wprost: „zapewniam cię, jeśli się ktoś nie narodzi z góry, nie może ujrzeć Królestwa Boga” (J 3,3).

Bóg wyznaczył również dla ludzi swój uniwersalny standard moralny, aby mogli żyć w zgodzie i nie pozabijali się wzajemnie. Sądzę, że wszyscy doskonale znamy Dekalog, czyli Dziesięć Przykazań. To tylko dziesięć zasad – po to, aby każdy mógł się z nimi łatwo zapoznać, zapamiętać je i przestrzegać w swoim codziennym postępowaniu. Nawet jeśli ich numeracja ulegała pewnym zmianom w historii, to główne reguły postępowania pozostają w pełni zrozumiałe dla każdego.

Począwszy od fundamentalnego stwierdzenia, że istnieje tylko jeden Pan – „Nie będziesz miał innych bogów obok Mnie” (Wyj 20,3) – przez wyznaczenie sposobu oddawania czci wyłącznie Stwórcy, gdyż „PAN, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym” (w. 5), Bóg oczekuje szacunku dla swojego imienia i wyznacza specjalny czas na społeczność z Nim wraz z Jego ludem. Zaraz potem Bóg w swoich przykazaniach przechodzi do określenia wzajemnych relacji pomiędzy ludźmi. Warto zauważyć, że te relacje międzyludzkie są bezpośrednio osadzone na przykazaniu dotyczącym rodziny. Brzmi ono: „Szanuj swego ojca i matkę, aby długie było na ziemi twoje życie, które PAN, twój Bóg, da tobie” (Wyj 20,12). To jedno zdanie, niczym mocny fundament, stanowi osnowę dla pozostałych przykazań i wynika wprost z poprzednich, w których zawarte są zasady odwoływania się do Boga. Jest ono niczym oś, na której obraca się cały nasz ziemski świat i nasza doczesna egzystencja.

To szczególne przykazanie jednoznacznie wskazuje na to, jak powinniśmy odnosić się do naszych rodziców. Później mądry król Salomon pozostawi nam słowa cennej rady: „Słuchaj swego ojca, który dał ti życie, nie gardź matką, gdy się zestarzeje” (Prz 23,22). Poszanowanie okazywane rodzicom w gruncie rzeczy nie różni się od tego, jakie winniśmy okazywać samemu Stwórcy. W oryginale użyte zostało to samo hebrajskie słowo – kawod – które oznacza uznanie, cześć, poważanie i szacunek. Pierwszorzędne znaczenie tego słowa określa natomiast „ciężar”, z jakim nałożony jest na nas obowiązek spełnienia tego zadania. Jest to więc kwestia o wadze zasadniczej: szacunek rodzicom należy się nie z powodu tego, jacy są, lecz po prostu dlatego, że są naszymi rodzicami.

Skoro rodzina – to, jak została stworzona i w jakim celu istnieje – ma tak kluczowe znaczenie dla Bożego porządku, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że diabeł wyznaczył ją jako główny cel swoich ataków. Już na samym początku, gdy tylko pierwsi ludzie obciążeni grzechem opuścili Boży raj, diabeł wrzucił zazdrość do serca Kaina, w rezultacie czego zostało popełnione pierwsze morderstwo. Później posypały się najróżniejsze nieprawości, zepsute zachowania i nienawistne traktowanie się nawzajem, tak że już po krótkim czasie Bóg stwierdził, iż „ziemia uległa zepsuciu przed obliczem Boga i napełniła się bezprawiem” (Rdz 6,11). Z tego powodu nastąpił potop, który zniszczył to powszechne zepsucie. Bóg zachował jednak przy życiu rodzinę Noego, gdyż widział, że Noe był „człowiekiem sprawiedliwym, bez zarzutu wśród ludzi mu współczesnych, trwał w przyjaźni z Bogiem” (w. 9). Jednak grzeszna skłonność człowieka sprawiła, że diabeł nadal miał dostęp do jego duszy. Po potopie jeden z synów Noego złamał Bożą zasadę szacunku należnego ojcu, gdy zobaczył jego nagość i zniesławił go. Później nastały czasy, nomen omen, Sodomy i Gomory. Grzeszna natura ludzka powodowała, że ludzie nienawidzili się, mordowali, oszukiwali, dopuszczali się wszelkich niegodziwości i brutalnie łamali Boży porządek rodziny.

Dopiero gdy nastał czas zaplanowany jeszcze przed stworzeniem świata, Bóg „przeznaczył nas, abyśmy przez Jezusa Chrystusa stali się Jego synami, dla uwielbienia chwały Jego łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym” (Ef 1,5-6). Tym „Umiłowanym” jest oczywiście Boży Syn, Jezus Chrystus. To On umiłował nas – tych, którzy „kiedyś ulegaliśmy pożądaniom naszego ciała, spełniając wolę ciała i umysłu, i z natury byliśmy dziećmi gniewu, podobnie jak wszyscy inni” (Ef 2,3). Z tego powodu byliśmy duchowo umarli, lecz dzięki łasce Bóg wraz z „Chrystusem przywrócił nas także do życia” (w. 5).

Apostoł Paweł objaśnia nam pewną tajemnicę, która pozostawała zakryta aż do czasów Chrystusa – mianowicie że zgodnie z odwieczną zasadą, iż „mężczyzna opuści swego ojca i matkę i połączy się ze swoją żoną i będą jednym ciałem” (Rdz 2,24), ci, którzy przez narodzenie się na nowo stali się „członkami Jego Ciała” (Ef 5,30), stają się elementem wspaniałego obrazu relacji Chrystusa i Jego Kościoła. Mąż, żona i dzieci, jakie zostały im darowane, poprzez wzajemną uległość i szacunek, jaki Bóg przewidział dla rodziny, dają żywe świadectwo miłości Boga wobec grzesznych ludzi. Chrystus oddał swoje życie za grzeszników, aby ich zbawić. W ten sam sposób mężowie powinni kochać swoje żony i ofiarowywać samych siebie dla rodziny, wypełniając zadanie wyznaczone mężczyznom na samym początku.

Fundament jest tylko jeden, jak pisze apostoł Paweł: „który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus” (1 Kor 3,11). Dlatego szacunek w rodzinie został ściśle powiązany z tym, jak oddajemy cześć należną samemu Bogu. Mojżesz przypomina tę prawdę słowami: „Następnie PAN powiedział do Mojżesza: Przemów do całej społeczności Izraelitów i powiedz: Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, PAN, wasz Bóg. Niech każdy z nas odnosi się z czcią do swojej matki i do swego ojca oraz zachowuje Moje szabaty. Ja jestem PAN, wasz Bóg” (Kpł 19,1-3).

Skoro mamy tak wspaniały i niezłomny fundament dla budowania relacji w naszych rodzinach – począwszy od okazywania szacunku własnym rodzicom – dlaczego mielibyśmy dzisiaj szukać jakichkolwiek innych wzorów?

Henryk Hukisz

Friday, October 16, 2026

Anatomia ludzkiego zepsucia

Większość z nas z pewnością pamięta żart ze szkolnych lat, gdy na pytanie o stopniowanie przymiotnika „chory”, odpowiadało się z czarnym humorem: „chory, chorszy, trup”. Istnieją słowa, z którymi mamy problem przy tworzeniu trzeciego stopnia intensywności, ponieważ granica absolutna wydaje się nieprzekraczalna. Przymiotnik „zły” posiada stopniowanie nieregularne – mówimy „zły, gorszy, najgorszy” – lecz w ludzkich kategoriach nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić, czy istnieje stopień jeszcze bardziej zdegenerowany od tego, co uznaliśmy za najgorsze. To pojęcie będzie zawsze względne, zależne od naszej wiedzy, punktu odniesienia czy kontekstu.

Jeśli twierdzę, że wspominam najgorszy moment, ocena ta zależy od skali: czy porównuję ostatnie nieudane wakacje, czy też traumatyczne wydarzenie z całego swojego życia. Podobnie jest, gdy mówimy o ludziach: możemy jedynie bardzo powierzchownie określić stopień zepsucia człowieka w porównaniu z jakimś przyjętym przez społeczeństwo kryterium. Na przykład najgorszy nauczyciel w szkole wcale nie musi być w ogólnej ocenie najgorszym człowiekiem na świecie.

Z pewnością zgodzimy się wszyscy z tym, że generalnie można powiedzieć, iż człowiek jest z gruntu zły, ponieważ jest grzesznikiem. Warto w tym miejscu przypomnieć znany teologiczny aksjomat: „Człowiek grzeszy, ponieważ jest grzesznikiem, a nie jest grzesznikiem dlatego, że grzeszy”.

W tym na pierwszy rzut oka zawiłym stwierdzeniu kryje się klucz do zrozumienia ludzkiej kondycji – grzech nie jest jedynie zewnętrznym potknięciem, ale problemem natury każdego człowieka.

Chciałbym jednak zadać pytanie: na ile zły jest człowiek w rzeczywistości? Jak głęboko zdeprawowana jest ludzka natura po upadku? Przecież gołym okiem widać, że nie każdy człowiek wokół nas wykazuje dokładnie taki sam stopień moralnego zepsucia. W dyskusjach teologicznych spotykamy się nieraz z radykalnym twierdzeniem, że każdy ludzki byt jest w jednakowym stopniu zdolny do popełnienia najbardziej potwornej zbrodni, a nie czyni tego wyłącznie dlatego, że brakuje mu ku temu silnej woli lub sprzyjającej sposobności.

W tym miejscu muszę zgłosić stanowcze votum separatum wobec dogmatu uznawanego przez ortodoksyjnych zwolenników kalwinizmu, znanego jako „total depravity”, czyli „całkowite (zupełne) zepsucie”. Argumentem na rzecz mojego stanowiska są słowa samego Pana Jezusa, który powiedział: „Jeśli więc wy, choć jesteście źli, potraficie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej wasz Ojciec w niebie da, co dobre tym, którzy Go proszą” (Mt 7,11).

Uważam zatem, że nawet nienarodzony na nowo, upadły człowiek zachował w sobie zdolność do czynienia relatywnego, doczesnego dobra. Tak przynajmniej uważał Jezus, a z Jego zdaniem musimy się liczyć przede wszystkim.

Oczywiście, wszyscy bez wyjątku zaliczani jesteśmy do tej samej kategorii istot upadłych: „ponieważ wszyscy zgrzeszyli i są pozbawieni chwały Boga” (Rz 3,23). Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości, ponieważ wszyscy wywodzimy się z tego samego  zniszczonego źródła w Adamie i ponosimy identyczne konsekwencje: „Dlatego, tak jak przez jednego człowieka grzech przyszedł na świata, i przez grzech śmierć, tak też na wszystkich ludzi przeszła śmierć, bo wszyscy zgrzeszyli” (Rz 5,12). Zgadzamy się również bezapelacyjnie, że „zapłatą bowiem za grzech jest śmierć” (Rz 6,23).

Problem interpretacyjny pojawia się w momencie, gdy próbujemy precyzyjnie określić, jak głęboko sięga ta deprawacja. Czy człowiek w swoim naturalnym, upadłym stanie jest w stanie w ogóle zapragnąć zbawienia, jakie Bóg oferuje mu w Chrystusie? Czy też jest do tego organicznie i totalnie niezdolny? Radykalni zwolennicy tego poglądu twierdzą, że człowiek nienawrócony jest tak głęboko zepsuty, iż w jego umyśle nie może zrodzić się nawet najmniejsza, autonomiczna myśl o powrocie do Boga. Uważa się wręcz, że każdy grzesznik zieje taką nienawiścią do Stwórcy, że jego serce jest absolutnie zaimpregnowane na jakiekolwiek dobro.

Najczęściej cytowanym fragmentem na obronę tego stanowiska jest wypowiedź Jezusa na temat wnętrza ludzkiego: „We wnętrzu bowiem, w ludzkim sercu, rodzą się złe myśli, rozwiązłość, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, niegodziwość, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, bluźnierstwa, pycha i głupota. Całe to zło pochodzi z wnętrza człowieka i czyni go skalanym” (Mk 7,21-23).

Analizując ten tekst, warto jednak zauważyć, że Chrystus wcale nie stwierdził, iż wymienione wady stanowią jedyną, absolutną i wyłączną zawartość ludzkiego serca. Celem wypowiedzi Zbawiciela było wykazanie faryzeuszom, że prawdziwym, rytualnym brudem nie są rzeczy zewnętrzne i nieumyte ręce, lecz to, co rodzi się wewnątrz człowieka. Prawdą jest, że takie nieczystości mieszkają w ludzkim sercu, ale czy Pismo Święte twierdzi, że nie ma tam już zupełnie niczego innego?

Dlaczego o tym piszę? Uważam, że wmawianie ludziom, iż w każdym calu pałają świadomą nienawiścią do Boga i są absolutnie pozbawieni jakichkolwiek wyższych odruchów, tworzy fałszywy, skrajnie zniekształcony obraz zarówno Stwórcy, jak i człowieka.

Owszem, na kartach Listu do Rzymian Paweł maluje ciemny obraz ludzkości, która odwróciła się od Boga i wybrała własną pseudomądrość (por. Rz 1,18-32). Przeciwko tym, którzy świadomie i z premedytacją odrzucają objawioną prawdę, Bóg zachowuje swój święty gniew. Ci, którzy wybierają drogę świadomego buntu, muszą ponieść konsekwencje. Warto jednak zauważyć, że ten konkretny fragment Słowa Bożego dotyczy w pierwszym rzędzie doczesnych, namacalnych skutków grzesznego życia jako konsekwencji odrzucenia światła objawienia.

Apostoł Paweł pisze o życiu w usprawiedliwieniu, które staje się realnym udziałem człowieka przez wiarę. Przeciwieństwem tego jest egzystencja bez Boga i Jego mądrego prawa. Zwróćmy uwagę, że apostoł pisze o „gniewie Bożym” w czasie teraźniejszym: „Gniew Boży objawia się z nieba przeciwko wszelkiej bezbożności i niesprawiedliwości ludzi – którzy prawdę w niesprawiedliwość obracają” (Rz 1,18). W tym konkretnym wersecie nie chodzi o ostateczne, wieczne potępienie na sądzie ostatecznym, lecz o gniew przejawiający się jako bezpośrednia, naturalna konsekwencja łamania Bożego porządku stworzenia.

Ci, którzy świadomie decydują się na to, „aby hańbili swoje ciała między sobą” (Rz 1,24), w konsekwencji „dlatego sami na sobie ponoszą karę należną za zboczenie” (Rz 1,27). Czy Apostoł, wskazując na ludzi, którzy „uważali, że są mądrzy, a dali się ogłupić” (Rz 1,22), mówi o całej ludzkości en bloc, czy też o konkretnej grupie, która w sposób radykalny i ostentacyjny odrzuciła Boga?

Karę za te moralne dewiacje ludzie często ponoszą już w tym życiu, w swoich ciałach i psychice. Doskonale widać to na przykładzie Koryntu. W tamtejszym kościele, pośród świętych, znajdowali się ludzie o fatalnej przeszłości – dawni rozpustnicy, złodzieje czy współżyją z mężczyznami, o których Paweł pisał wprost, że w tamtym stanie „nie odziedziczą Królestwa Boga”. A jednak dodaje kluczowe słowa: „A takimi właśnie byli niektórzy z was. Ale zostaliście obmyci, uświęceni, usprawiedliwieni w imię Pana Jezusa Chrystusa i przez Ducha naszego Boga” (1 Kor 6,11).

Być może zanim przeżyli opamiętanie, doznawali w swoich ciałach doczesnych skutków Bożego gniewu w postaci chorób lub degradacji społecznej, będących naturalną konsekwencją ich grzechu. Jeśli starożytnemu złodziejowi ucięto rękę w ramach ówczesnego wymiaru sprawiedliwości, to po jego nawróceniu do Boga ta ręka w cudowny sposób nie odrastała – konsekwencja doczesna pozostawała.

Warto w tym kontekście wnikliwie przeanalizować werset z Listu do Rzymian 1,20: „To bowiem, co w Nim niewidzialne, Jego wieczna moc i boskość, są od stworzenia świata widoczne w dziełach, dlatego nie mają nic na swoją obronę”.

Skoro od samego początku istnienia świata, czyli również wtedy, gdy człowiek znalazł się już poza rajskim ogrodem, Boża moc i boskość mogą być przez ludzkość „widzialne dla umysłu przez Jego dzieła” [BT], to oznacza to jedno: Bóg doskonale wie, że ludzki intelekt i sumienie nie zostały doszczętnie i totalnie zresetowane. Człowiek wciąż posiada aparat poznawczy zdolny do zauważenia śladów Stwórcy w otaczającym go świecie.

Fakt, że jako ludzie nie jesteśmy w jednakowym stopniu zdemoralizowani, nie oznacza wcale, iż zbawienia potrzebują wyłącznie ci najgorsi kryminaliści. Na tym świecie nie ma ani jednego człowieka na tyle dobrego, aby mógł obejść się bez Chrystusa jako Jedynej Drogi.

Święty Bóg wymaga bowiem sprawiedliwości doskonałej, porównywalnej wyłącznie z Jego własną świętością. I dokładnie taką doskonałą sprawiedliwość oferuje nam w swoim Synu, Jezusie Chrystusie, który zadeklarował bezkompromisowo: „To dzięki Niemu jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby, jak napisano, ten, kto się chlubi, chlubił się w Panu” (1 Kor 1,30,31).

Henryk Hukisz

Tuesday, October 13, 2026

Dożynki przemocy

Czas żniw zawsze weryfikuje prawdę o tym, co zostało włożone w ziemię – żaden rolnik nie spodziewa się przecież pszenicy tam, gdzie zasiał chwasty. Choć w świecie ducha ta zasada jest równie bezwzględna, często żyjemy łudząc się, że konsekwencje naszych zaniedbań w jakiś sposób nas ominą. Zanim jednak spojrzymy na tragiczne żniwa przemocy na ulicach współczesnych miast i w cyfrowym świecie naszych dzieci, warto zatrzymać się nad prostym, lecz niezwykle uniwersalnym prawem duchowym, o którym przypomina nam Pismo Święte..

Na wstępie chcę nawiązać do wydarzenia sprzed 14. lat, gdy w Chicago panowała wręcz świąteczna atmosfera. Jeden z głównych kanałów informacyjnych, ABC 7 News, poinformował, że w uroczystościach dziękczynnych wziął udział sam burmistrz miasta oraz „top cop” – szef policji. W jednym z kościołów najbardziej zaangażowanych w walkę z przestępczością odbyła się specjalna uroczystość. Przyczyną tak uroczystego wydarzenia był fakt, że na ulicach miasta przez pełne 48 godzin nie doszło do żadnej strzelaniny.

Problem przemocy na ulicach Chicago od lat spędza sen z powiek władzom tej ogromnej aglomeracji. Uliczne gangi opanowują coraz większe obszary miasta, przenosząc się również do północnych dzielnic, gdzie dotychczas panował względny spokój. Zaledwie dwie doby bez strzałów rozbudziły nadzieję na odwrócenie tego katastrofalnego pędu do zabijania niewinnych ludzi. Pojawiły się nawet pomysły, aby do najniebezpieczniejszych rejonów miasta wprowadzić wojsko.

Zaskoczyła mnie ogromna pompa, z jaką obwieszczano te dwa spokojne dni w miejscu, gdzie ludzie przywykli już do doniesień o codziennych krwawych porachunkach. Warto zaznaczyć, że wiele organizacji społecznych stara się walczyć z tym zjawiskiem, jednak bez większych rezultatów.

Od wydarzenia, jakim rozpocząłem to rozważanie minęło czternaście lat. Warto i dzisiaj zadać proste i fundamentalne pytanie: skąd bierze się ta przemoc i czym dziś karmią się umysły młodego pokolenia?

Gdy przyjrzymy się codzienności dzieci i młodzieży, odpowiedź staje się jasna. Dawniej źródłem niepożądanych wzorców były głównie gry komputerowe i hollywoodzkie filmy. Dziś to zjawisko przybrało znacznie bardziej agresywną formę. Największym siewcą postaw i emocji stał się internet – ze swoimi nieustannie działającymi algorytmami, mediami społecznościowymi i platformami wideo.

Dziś młodzi ludzie spędzają długie godziny w świecie TikToka, YouTube’a czy Instagrama, gdzie bezmyślne algorytmy bezustannie podsuwają im treści żerujące na najniższych instynktach i silnych, negatywnych emocjach.

W tym cyfrowym szumie hejt oraz cyberprzemoc stały się niemal chlebem powszednim – młodzież z łatwością przyzwyczaja się do słownej agresji, publicznego poniżania rówieśników i niszczenia czyjejś reputacji, byle tylko zdobyć upragnioną popularność i parę wirtualnych „polubień”.

Co gorsza, ogromną widownię gromadzą patostreamerzy i patoinfluencerzy, u których wulgarność, uzależnienia i fizyczna przemoc transmitowane na żywo stają się lekkostrawną rozrywką dla nastolatków, a dla samych twórców – dochodowym biznesem. Obrazu dopełnia promowana na masową skalę kultura tak zwanych freak-fightów, gdzie idolami młodego pokolenia stają się ludzie budujący swój autorytet na agresji, wulgarnym języku i braku jakichkolwiek zasad moralnych. Nawet zwykłe gry w smartfonach uciekają od odpowiedzialności, ucząc dzieci zdobywania przewagi poprzez bezrefleksyjną eliminację przeciwnika i zacierając granicę między ludzkim cierpieniem a wirtualną zabawą.

Jeśli więc przez ekrany telefonów nieustannie zasiewa się w młodocianych sercach zawiść, pogardę i obojętność na zło, to jakich owoców możemy spodziewać się w ich dorosłym życiu?

Jedna z najbardziej niepodważalnych prawd brzmi: „Co człowiek sieje, to będzie zbierać”. Apostoł Paweł, pisząc do wierzących, przypominał o tej prostej duchowej zasadzie: „Nie dajcie się zwodzić, Bóg nie pozwala szydzić z siebie. Co bowiem człowiek posieje, to będzie zbierał” (Ga 6,7). To prawo działa bezwzględnie: „Kto sieje w swoim ciele, jako plon z ciała zbierze zagładę. Kto zaś sieje w Duchu, z Ducha zbierze życie wieczne” (Ga 6,8).

Nie pomoże żadna prewencja, brak dostępu do broni ani uzbrojone oddziały policji na ulicach – czas żniw bezlitośnie ujawni jakość posianego w umysłach ziarna.

Pan Jezus, doskonały znawca ludzkiej natury, mówił: „Poznacie ich po owocach. Czy zbierają z cierni winogrona lub z ostu figi? Każde zdrowe drzewo rodzi dobre owoce, a chore drzewo owoce złe” (Mt 7,16–17). Apostoł Paweł uzupełnił tę myśl, wskazując na stan ludzkiego serca bez Boga: „Nikt nie jest sprawiedliwy, nie jest rozumny, nie szuka Boga, wszyscy zbłądzili, razem stali się nieużyteczni, nikt nie czyni dobra” (Rz 3,10–12).

Żadne socjologiczne programy ani światowe hasła w stylu „All you need is love” nie zmienią ludzkiej natury bez odrodzenia z Ducha Świętego. Żaden człowiek nie jest w stanie o własnych siłach przynieść Bogu dobrego owocu. Dlatego Chrystus powiedział jasno: „Zapewniam, zapewniam cię, jeśli się ktoś nie narodzi z góry, nie może ujrzeć Królestwa Boga” (Jn 3,3). Tu znowu apostoł Paweł śpieszy z wyjaśnieniem, że „Królestwo Boga przecież nie jest pokarmem i napojem, ale sprawiedliwością, pokojem i radością w Duchu Świętym. Ten bowiem, kto w tym służy Chrystusowi, podoba się Bogu i cieszy się uznaniem u ludzi” (Rz 14:17,18). Dlatego uważam, że najbardziej skutecznym programem naprawy społeczeństwa jest oferta złożona przez Chrystusa.

Apostoł Piotr pisał do wierzących: „Skoro oczyściliście swoje dusze przez posłuszeństwo prawdzie, aby nieobłudnie kochać braci, to nieustannie miłujcie jedni drugich czystym sercem, jako odrodzeni nie ze zniszczalnego nasienia, ale z niezniszczalnego, dzięki Słowu Boga, które żyje i trwa” (1 Pt 1,22–23). Bez nowego narodzenia z niezniszczalnego nasienia Słowa Bożego nie da się oczekiwać dobrych zbiorów – zbierzemy tylko to, co zostało wcześniej zasiane w sercach. Apostoł Jan dodał z pełnym przekonaniem: „Każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, gdyż pozostaje w nim nasienie Boga i nie może grzeszyć, bo narodził się z Boga” (1 Jn 3,9).

Bez tego Bożego posiewu nie ma możliwości, by w życiu człowieka pojawił się trwały i dobry owoc. Zaraz po optymistycznej wiadomości z Chicago, od której rozpocząłem to rozważanie, stacja podała kolejną informację: od kul w porachunkach gangów zginęła następna osoba, a kilka zostało rannych.

Radość z dwóch dni spokoju okazała się przedwczesna. Dopóki w sercach młodego pokolenia siany jest cyfrowy zgiełk, agresja i bezbożność, dopóty dożynki naszej cywilizacji będą przynosić jedynie smutne i gorzkie plony.

Przemoc, obojętność i moralny chaos nie pojawiają się w cieniu naszej cywilizacji nagle ani bez przyczyny. Są one zawsze konsekwencją powolnego, nieustannego procesu, który odbywa się na naszych oczach – w domach, na ulicach i na ekranach telefonów. Zanim zadamy sobie pytanie, dlaczego dzisiejszy świat staje się coraz bardziej bezwzględny, musimy zapytać o coś znacznie ważniejszego: czym karmione są umysły i serca tych, którzy jutro będą decydować o kształcie naszej rzeczywistości?

Henryk Hukisz