Monday, November 28, 2016
Jeśli tylko ...
Monday, June 27, 2016
Mój Czerwiec '56
Kiedy znalazłem się w szkole średniej w Poznaniu, spotkałem się ze środowiskiem miejskim. Koledzy i koleżanki, którzy mieszkali w mieście wyjaśnili mi dokładniej o co chodziło w tym robotniczym zrywie. Zacząłem układać historyczne klocki w całość sytuacji politycznej w jakiej przyszło mi żyć i rosnąć. Przypomniałem sobie kilka wydarzeń, jakich w pełni nie rozumiałem. Pamiętam rok 1953, gdy w gazetach zobaczyłem zdjęcie Stalina i informację o jego śmierci. Pisano o wielkiej szkodzie, jaką ta śmierć wyrządziła naszemu narodowi. W szkole na lekcji języka polskiego czytałem o dobrym "wujku Soso", który bardzo kochał małe dzieci. Później dowiedziałem się, że Stalin był tyranem, który żelazną ręką narzucił władzę naszemu narodowi. Dziwiło mnie jedynie to, że te informacje nie pochodziły z podręczników historii, jedynie mówiono o tym z obawą, aby jakiś nieznajomy nie usłyszał i nie doniósł na milicję.
Monday, June 20, 2016
Uwaga, Jonasz!
Monday, June 13, 2016
Nienawidzę uczynków nikolaitów
Tytuł tego rozważania nie ma na celu budzenia nienawiści do
jakiegokolwiek człowieka. Jest on bezpośrednim nawiązaniem do słów samego
Jezusa Chrystusa, który w dwóch z siedmiu listów do kościołów w Apokalipsie
odniósł się do konkretnego zagrożenia trawiącego ówczesne wspólnoty. Chrystus —
jako Głowa Kościoła — wyraża w nich bezkompromisowy, negatywny stosunek do
grupy, którą nazywa „nikolaitami”. Fakt, że w tak zwięzłym tekście zjawisko to
przywoływane jest dwukrotnie, świadczy o jego ogromnej wadze. Warto zatem
przyjrzeć się mu bliżej.
Kim byli ci tajemniczy ludzie, znani nam dzisiaj niemal
wyłącznie z nazwy?
Współcześnie istnieje kilka interpretacji dotyczących ich
tożsamości. Jedną z pierwszych wzmianek znajdujemy pod koniec II wieku w
pismach Ireneusza z Lyonu. Ten wpływowy ojciec Kościoła uważał, że w pierwszych
zborach pojawiła się sekta będąca owocem odejścia od zdrowej nauki diakona
Mikołaja (por. Dz 6,5). Z kolei uczeń Ireneusza, Hipolit, twierdził, że
nikolaici stanowili jeden z odłamów gnostyków, wprowadzających zamęt w łonie
wczesnego chrześcijaństwa.
Osobiście skłaniam się jednak ku interpretacji
zaprezentowanej przez Kampe Vitringę — holenderskiego biblistę i hebraistę z
końca XVII wieku. Zauważył on, że greckie słowo nikolaiton składa się z
dwóch członów: nikos (zwyciężać, podbijać) oraz laos (lud,
ludzie). W myśl tej teorii termin „nikolaici” nie oznacza zwolenników
konkretnego człowieka, lecz opisuje postawę: charyzmatyczną zdolność porywania
tłumów i podporządkowywania ich sobie siłą własnej osobowości. Vitringa trafnie
zauważa przy tym, że imiona w Apokalipsie mają niemal zawsze charakter
symboliczny.
W liście do zboru w Pergamie Chrystus zarzuca wiernym
trzymanie się nauki Balaama. Nie chodzi tu oczywiście o fizyczną obecność
starotestamentowego proroka, lecz o ten sam mechanizm duchowego zwiedzenia.
Zarówno nauczanie Jezusa, jak i ostrzeżenia apostołów nie pozostawiają złudzeń:
największym zagrożeniem dla Kościoła w czasach ostatecznych będą wewnętrzne
manipulacje. Fałszywi nauczyciele, prorocy i cudotwórcy stają się rozsadnikiem
niszczącym wspólnotę od środka. W siedmiu listach – symbolizujących pełnię
Kościoła – Jezus punktuje konkretne niebezpieczeństwa: nikolaityzm, duchową
samowolę spod znaku Jezebel czy zamianę Ewangelii pokuty na nastawioną na
sukces samowystarczalność (Laodycea).
To bezpośrednie zestawienie nikolaitów z Balaamem w liście
do Pergamu potwierdza, że mowa o ludziach zdolnych do masowego zjednywania
sobie zwolenników. Samo imię „Balaam” oznacza wszak „pana ludu” lub
„niszczyciela ludu” (w zależności od etymologicznego rozłożenia akcentów: bal-aam
lub baala-am). Ostrzegając uczniów przed dniami ostatecznymi, Jezus
wypowiedział jasne słowa: „Gdyby wam wtedy ktoś powiedział: Oto tu jest
Chrystus, albo: Tam! — nie wierzcie. Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i
fałszywi prorocy. Będą oni czynić wielkie znaki i cuda, aby — o ile to możliwe
— zwieść i wybranych” (Mt 24,23–24).
Co jest kluczowe w tym wersecie: ci zwodziciele nie przyjdą
z obcymi ideologiami. Będą głośno mówić o Chrystusie — i to właśnie czyni ich
tak niebezpiecznymi.
Przed tym samym niebezpieczeństwem ostrzegał apostoł Paweł,
żegnając się ze starszymi zboru w Efezie (tego samego zboru, do którego Jezus
skieruje później słowa: „Ale to masz na swoją korzyść, że nienawidzisz
uczynków nikolaitów, których i Ja nienawidzę” (Ap 2,6). W Milecie Paweł
mówił bez ogródek: „Ja wiem, że po moim odejściu wejdą między was wilki
drapieżne, nie oszczędzając owczarni. Nawet spośród was samych powstaną ludzie
głoszący nauki przewrotne, aby pociągnąć za sobą uczniów” (Dz 20,29–30).
Przywódcy z Efezu wzięli sobie te słowa do serca. Postawili
twardą granicę tym, którzy próbowali budować własne „królestwa” kosztem
czystości Ewangelii.
Głównym rysem nikolaitów jest bezwzględne dążenie do
pociągania ludzi za sobą — bardzo często poprzez rozbijanie macierzystych
wspólnot. To zjawisko niestety nie minęło wraz z pierwszą erą chrześcijaństwa.
Pamiętam sytuację z początku lat 90., gdy trzej liderzy, wykorzystując
spotkania młodzieżowe i wyjazdy, przejęli lojalność sporej grupy młodych ludzi
i po zbudowaniu odpowiedniej „większości” doprowadzili do rozłamu. W innym
mieście młody przywódca ogłosił secesję, porywając za sobą zwolenników stworzonego
przez siebie stylu pobożności. Podobnych przykładów są setki — dziś nawet
uzdolnieni mówcy motywacyjni potrafią zakładać własne „społeczności” w
miejscach, gdzie od lat działają zdrowe, dojrzałe zbory.
Współcześni nikolaici rzadko działają po omacku. Najczęściej
posługują się wyuczoną psychotechniką, wywoływaniem emocjonalnego uzależnienia
czy reżyserowaniem specyficznego „uwielbienia” (kwestie te analizowałem bliżej
w artykule „Motywacja, manipulacja czy ewangelizacja”).
Metody psychologiczne czy socjotechniczne sprawdzają się w
korporacjach, marketingu i polityce. Kościół nie jest jednak z tego świata. Nie
potrzebuje świeckiego rebrandingu ani marketingowej perswazji, ponieważ
otrzymał obietnicę mocy i obecności Ducha Świętego. Apostoł Jan wzywał do
czujności: „Umiłowani, nie każdemu duchowi wierzcie, lecz badajcie duchy,
czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na świat” (1 J 4,1). I
dodawał czytelny sprawdzian: „Oni są ze świata, dlatego mówią tak, jak mówi
świat, i świat ich słucha” (1 J 4,5).
Prototypem pragmatycznej manipulacji pozostaje postawa
kusiciela w ogrodzie Eden. Wąż nie zaproponował Ewie rewolucji — wskazał na
korzyści: owoc atrakcyjny wizualnie, pożywny i obiecujący natychmiastowy
przyrost wiedzy. Ta zręczna psychologia sprawiła, że złamała ona Boży zakaz,
pociągając za sobą Adama.
Dlatego Paweł, mając na uwadze duchowe zdrowie wierzących,
pisał z troską: „Obawiam się jednak, aby — jak wąż swoją przebiegłością
zwiódł Ewę — tak wasze myśli nie zostały skażone i nie odwróciły się od
prostoty i czystości ze względu na Chrystusa” (2 Kor 11,3).
Nie dajmy się uwieść metodom zapożyczonym ze świata — nawet
jeśli stoją za nimi ludzie o imponujących tytułach, wybitnym dorobku czy
wybitnej charyzmie. Trzymajmy się prostej, czystej Ewangelii.
Henryk Hukisz
Sunday, June 5, 2016
Jonasz i muzułmanie
Thursday, May 19, 2016
Zbór przy ulicy Krzywej
"Wygodny kościół"
"Motywacja, manipulacja czy ewangelizacja"
Wednesday, May 4, 2016
I stworzył Bóg człowieka
Jestem kreacjonistą. Dla mnie – i dla każdego, kto wierzy w
Boga – punktem wyjścia jest fakt, że człowiek został stworzony na podobieństwo
Stwórcy. Prawda o stworzeniu to absolutny fundament, na którym wznosi się cała
nasza wiara; jeśli go zabraknie, cała konstrukcja runie. Pierwsze rozdziały
Biblii kryją w sobie klucz do zrozumienia wszystkiego, w co wierzymy i dla
czego żyjemy. Sprowadzanie opisu stworzenia do roli zwykłego mitu to w
rzeczywistości podważanie wiarygodności całego Pisma Świętego.
Początek Słowa Bożego jasno definiuje naszą tożsamość:
jesteśmy stworzeni przez Boga i dla Boga. Kiedy uważnie analizujemy dwa
pierwsze rozdziały Biblii, odkrywamy konkretny zamysł Stwórcy wobec nas i
dowiadujemy się, jakimi mamy być przed Jego obliczem.
W pierwszym rozdziale czytamy: „I Bóg stworzył człowieka
na swój obraz, stworzył go na obraz Boży, stworzył ich jako mężczyznę i
kobietę” (Rdz 1:27). Ten zwięzły opis mówi wprost: nosimy w sobie Boże
podobieństwo. Drugi rozdział idzie o krok dalej i pokazuje kulisy samego aktu
kreacji: „PAN Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza
tchnienie życia, tak że człowiek stał się żywą istotą” (Rdz 2:7).
Choć tekst mówi ogólnie o „mężczyźnie i kobiecie”, na samym
początku fizycznie istniał tylko mężczyzna. To w nim krył się „materiał”, z
którego Bóg później ukształtował kobietę. Adam zamieszkał w ogrodzie Eden i tam
usłyszał Boży nakaz: „Z każdego drzewa w ogrodzie możesz jeść, tylko z
drzewa poznania dobra i zła nie będziesz jadł, bo w dniu, w którym z niego
zjesz, umrzesz na pewno” (Rdz 2:17). Choć to polecenie zostało skierowane w
liczbie pojedynczej bezpośrednio do pierwszego mężczyzny, odnosiło się
równocześnie do mającej powstać później kobiety.
Nie wiemy, ile czasu minęło, zanim Bóg uznał: „Nie jest
dobrze, jeśli człowiek jest sam, uczynię więc pomoc odpowiednią dla niego”
(Rdz 2:18). Warto zauważyć, że słowa „nie jest dobrze” opisują stan samotności
Adama, a nie jego naturę. Mężczyzna nie miał „wady fabrycznej” wymagającej
poprawy konstrukcyjnej. Przez pewien czas Adam zajmował się nazywaniem zwierząt
i sam doszedł do wniosku, że wśród nich „nie znalazła się pomoc odpowiednia
dla niego” (w. 20).
Wtedy Bóg postanowił dać mu idealne dopełnienie. Niektórzy
twierdzą, że Bóg uśpił Adama, aby ten nie próbował doradzać projektantowi.
Kiedy Adam był nieprzytomny, Bóg stworzył kobietę według własnego, doskonałego
planu. Po przebudzeniu pierwszy mężczyzna ujrzał coś piękniejszego, niż mógł
sobie wymarzyć, i zawołał z zachwytem: „Ta jest wreszcie kością z moich
kości i ciałem z mojego ciała, ona będzie nazwana kobietą, gdyż z mężczyzny
została wzięta” (Rdz 2:23).
Osobiście ufam każdemu detalowi zapisanemu w Biblii. Na tych
objawionych prawdach buduję pełny obraz człowieka – mężczyzny i kobiety – oraz
ich wzajemnych relacji. Bóg stworzył dwie różne istoty: męską i żeńską. Różnice
między nimi są głębokie i trwałe; wykraczają daleko poza anatomię, dotykając
naszej psychiki i skomplikowanego wnętrza. Trzymanie się tej perspektywy
pozwala zachować zdrowy, stabilny obraz człowieczeństwa w gąszczu współczesnych
prądów myślowych.
Z biblijnego punktu widzenia dzisiejsze, świeckie rozumienie
równouprawnienia bywa obce zamysłowi Stwórcy. Bóg od samego początku zarysował
różnice w rolach, obdarzając jednocześnie obie płci identyczną godnością.
Najlepszym dowodem na to jest fakt, że po upadku w grzech Bóg pociągnął do
odpowiedzialności oboje. Słowa apostoła Pawła: „nie Adam został zwiedziony,
lecz zwiedziona kobieta pogrążyła się w grzechu” (1 Tym 2:14), wcale nie
zdejmują odpowiedzialności z Adama – przecież konsekwencje ponieśli razem i
oboje musieli opuścić Eden.
Po grzechu Bóg jasno określił odmienne zadania dla obu płci.
Do Ewy powiedział: „Pomnożę bardzo cierpienia związane z twoją ciążą, w bólu
będziesz rodziła dzieci, a mimo to będziesz pożądała swego męża, on zaś będzie
panował nad tobą” (Rdz 3:16). Adamowi natomiast powierzył odpowiedzialność
za utrzymanie rodziny, zapowiadając trud pracy na roli: „w trudzie będziesz
się z niej żywił. Ciernie i osty będzie ci rodziła, ty zaś będziesz jadł polne
rośliny” (Rdz 3:17-18).
Są to ogólne zasady ramowe. Oczywiście nie wykluczają one
takich scenariuszy jak bezżenność czy brak potomstwa. Żyjemy w świecie skażonym
grzechem, w którym nie ma już doskonałości, o czym Biblia mówi wprost: „PAN
zaś widział, że podłość ludzi na ziemi jest wielka i że wszystkie ich zamiary
ciągle były złe. Żałował więc Pan, że uczynił człowieka na ziemi i głęboko się
zasmucił” (Rdz 6:5-6).
Jezus Chrystus – najwyższy autorytet w interpretacji Pisma –
jednoznacznie potwierdził ten podział, mówiąc: „Stwórca od początku uczynił
ich jako mężczyznę i kobietę” (Mt 19:4). Doskonale znając Boży zamysł,
Jezus na swoich dwunastu uczniów powołał wyłącznie mężczyzn. Choć widział
ogromny potencjał kobiet i doceniał ich oddaną służbę (to przecież one jako
pierwsze ogłosiły światu zmartwychwstanie!), struktura przywództwa pozostała
męska.
Apostołowie, działając pod natchnieniem Ducha Świętego,
kontynuowali ten porządek. Kobiety brały aktywny udział w ewangelizacji, jednak
nie powoływano ich na urzędy starszych (prezbiterów) czy biskupów. Nie ma to
nic wspólnego z rzekomą wyższością mężczyzn. Biblia nigdzie nie sugeruje, że
przywództwo wynika z lepszej natury. Sam fakt, że kobiety posiadają talenty
przywódcze, nie oznacza automatycznie konieczności obejmowania przez nie
urzędów nauczycielskich. Świetnym przykładem jest Pryscylla – choć razem z
mężem pouczała zdolnego Apollosa, nie dążyła do tytułów, lecz służyła z pokorą
i gościnnością (1 Tym 5:10).
W kwestii zbawienia wszelkie różnice i podziały znikają: „nie
ma mężczyzny ani kobiety. Wszyscy bowiem stanowicie jedność w Chrystusie
Jezusie” (Ga 3:28). Jednak w strukturach organizacyjnych Kościoła należy
zachować porządek ustanowiony przy stworzeniu: „Mężczyzna przecież nie jest
z kobiety, lecz kobieta z mężczyzny” (1 Kor 11:8). Dawniej zewnętrznym
symbolem tego porządku było nakrycie głowy; dziś kulturowa forma może być inna,
lecz sama zasada uległości i szacunku dla Bożego ładu pozostaje aktualna.
Kościół nie jest korporacją opartą na świeckich, rynkowych
zasadach, lecz żywym organizmem – Ciałem Chrystusa. Skoro do Niego należymy,
nie możemy bezkrytycznie przyjmować norm tego świata. Choć w oczach
współczesnego społeczeństwa nasze poglądy mogą wydawać się niemądre lub
staroświeckie, nasza wiara nie ma opierać się na ludzkiej mądrości, lecz na
mocy Bożej (1 Kor 2:5).
Tuesday, April 12, 2016
Milczenie kobiet w Kościele
Postanowiłem w tym rozważaniu napisać o udziale kobiet we wspólnocie Kościoła Jezusa Chrystusa, mając na uwadze czasy współczesne. Celowo napisałem, że chodzi mi o Kościół Chrystusa, a nie dowolne zgromadzenie ludzi, które być może nazywa się też kościołem. To jest zasadnicza różnica. Uważam, że mam prawo pisać o tym, jak powinno wyglądać spotkanie ludzi wierzących w Boga, którzy spotykają się, aby wspólnie przeżywać obecność Chrystusa, który zapewnił, że „gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18:20). Za podstawę do tego rozważania przyjmuje naukę, jaką znajdujemy na stronicach Nowego Testamentu.
Służba nauczania, "didasko", w Nowym Testamencie występuje zawsze w powiązaniu z mężczyznami. Stąd wniosek, że ani Chrystus, ani Jego naśladowcy, czyli apostołowie, nie powoływali do niej kobiet. Oczywiście, chodzi tu o służbę autorytatywnego nauczania doktryny objawionej prawdy w Kościele. Jedyny przypadek użycia słowa "didaskei" w nawiązaniu do kobiet w kościele znajduje się w Liście do Zboru w Tiatyrze. Pan Jezus, który ma „oczy jak płomień ognia" (Ap 2:18), stawia zarzut: „mam przeciwko tobie to, że tolerujesz kobietę Jezabel, która nazywa siebie prorokinią i naucza, i zwodzi Moje sługi, by uprawiali nierząd i spożywali pokarmy ofiarowane bożkom" (Ap 2:20). Myślę, że nie można pominąć tego tekstu podczas rozważania możliwości wprowadzenia kobiet do służby nauczania.
Wednesday, April 6, 2016
Życie poczęte (18+)
No tak, ale my żyjemy w czasie łaski. Naszym nauczycielem i interpretatorem Bożych przykazań jest Pan Jezus. On powiedział już na samym początku zwiastowania - „Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz zabijał. Kto by zabił, zostanie osądzony. A Ja wam mówię: Każdy, kto by się gniewał na swego brata, zostanie osądzony, a kto by obraził swego brata, mówiąc: Raka, stanie przed trybunałem, kto by natomiast powiedział do swego brata: Ty głupcze, tego czeka ogień Gehenny” (Mat. 5:21,22). Apostoł Jan, zwany powszechnie apostołem miłości, napisał: „Każdy, kto nienawidzi swojego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie ma w sobie życia wiecznego” (1 Jan 3:15).
Henryk Hukisz








