Monday, November 28, 2016

Jeśli tylko ...

Ciągle fascynuje mnie jeden z listów apostoła Pawła, w którym stara się pokazać doniosłość i znaczenie Osoby Pana Jezusa. W liście do zborów w Kolosach i w sąsiedniej Laodycei, Paweł przedstawia Chrystusa, który jest „obrazem Boga niewidzialnego, pierworodnym wszelkiego stworzenia. W Nim bowiem zostało stworzone wszystko w niebiosach i na ziemi: rzeczy widzialne i niewidzialne, czy to trony, czy panowania, czy zwierzchności, czy władze – wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone” (Kol. 1:15,16).
Następnie Paweł pisze o wszechwładzy Chrystusa, który jest również „Głową Ciała – Kościoła, On jest początkiem, pierworodnym spośród umarłych, aby we wszystkim mieć pierwszeństwo” (Kol. 1:18). To znaczy, że wszystkich, którzy w Niego uwierzyli, „uzdolnił do udziału w dziedzictwie świętych w światłości” (w. 12), ponieważ „wybawił z mocy ciemności i prze­niósł do Królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie, uwolnienie od grzechów” (w. 13,14). Tymi słowami Paweł maluje obraz wspaniałości naszego zbawienia, jakie zostało nam darowane z łaski.
Jak więc widzimy, z Osobą Pana Jezusa związanych jest tak wiele prawd, o których musimy zawsze pamiętać, gdyż zgodnie z upodobaniem Boga, „w Nim zamieszkała cała pełnia” (Kol. 1:19). Dlatego możemy lepiej zrozumieć słowa Chrystusa, gdy wyjaśniał swoim uczniom wielką prawdę o latoroślach i o krzewie winnym: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi obfity owoc, bo beze Mnie nic nie możecie uczynić” (Jan 15:5). Nasze trwanie w Chrystusie wyrażą się poprzez aktywny udział w nowym życiu.
Doniosłość i wszechwładzę Chrystusa widzimy w największym Bożym dziele, jakim jest nasze zbawienie, odkupienie i włącznie do społeczności Kościoła, który jest Jego Ciałem. Tylko w Nim może być zrealizowane największe pragnienie Ojca, aby „przez Niego pojednać wszystko z sobą, czy to na ziemi, czy w niebiosach, czyniąc pokój przez krew Jego krzyża” (Kol. 1:20).
Bez zrozumienia tego, jak ogromne znaczenie ma to, kim jest Jezus Chrystus, nigdy nie pojmiemy pojednania grzesznego człowieka ze świętym Bogiem. Paweł pisze, że wszyscy „którzy kiedyś byliście obcymi i nieprzyjaciółmi z powodu myślenia przejawiającego się w złych czynach, teraz pojednał w Jego doczesnym ciele przez śmierć, aby postawić was przed sobą jako świętych, nieskazitelnych i nienagannych” (Kol. 21,22). Wierzę, że gdy Chrystus mówił uczniom o wielkiej miłości Ojca do grzesznego świata, iż dał Swego Syna, jako Baranka na ofiarę za nas, to zapewniał ich, że gdy odda Swoje życie za owce, to one już „nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z Mojej ręki” (Jan 10:28).
Apostoł Paweł pisze ten list do wierzących w Kolosach i w Laodycei, ponieważ dowiedział się od „Epafrasa, naszego umiłowanego współsługi” (Kol. 1:7), że pojawili się tam fałszywi nauczyciele, którzy starali się wmówić im, że ich zbawienie zależy też od „jedzenia i picia, czy też świąt, nowiu lub szabatów” (Kol. 2:16), a są to jedynie „cienie rzeczy, które mają nastąpić, rzeczywistością zaś jest Chrystus” (w. 17). Pisałem już wcześniej o tym w rozważaniu zatytułowanym „Cień Chrystusa”.
Aby uzyskać to wspaniałe zbawienie, nie musimy nic robić, gdyż Chrystus przez tę jedną ofiarę przecież uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy dostępują uświęcenia (Heb. 10:14). Teraz jednak chciałbym zwrócić uwagę na warunek, o którym pisze Paweł, wskazując na wielkość naszego zbawienia (Kol. 1:22) - jeśli tylko wytrwacie w wierze, ugruntowani, stali i niedający się odwieść od nadziei, jaką daje Dobra Nowina, którą usłyszeliście ogłoszoną wszelkiemu stworzeniu pod niebem” (Kol. 1:23). To zdanie rozpoczyna małe greckie słówko „ei”, które znaczy „jeśli”. Jest to „spójnik wprowadzający zdanie podrzędne określające warunek, od którego spełnienia zależy to, o czym jest mowa w zdaniu nadrzędnym” (PWN).
Widzimy więc, że musimy spełnić określony warunek, aby wypełniło się to, o czym jest mowa w poprzednim wersecie. Czyżby istniały jakieś warunki, od których uzależnione jest nasze zbawienie? Oczywiście, że tak. Ten warunek jeśli" spotykamy w Biblii tak często, że aż trudno jest zrozumieć, dlaczego niektórzy uważa, że nie musimy już nic robić, aby zachować dar zbawienia. Ten warunek, o jakim pisze Paweł, nie uzależnia otrzymania daru zbawienia, lecz jego zachowanie.
Oto inny przykład wskazujący na wyraźnie okerślony przez Chrystusa warunek. Pan Jezus powiedział Nikodemowi: „jeśli się ktoś nie narodzi z wody i Ducha, nie może wejść do Królestwa Boga” (Jan 3:5). Później, wysyłając uczniów na cały świat z ewangelią o zbawieniu, powiedział: „Kto uwierzy i zostanie ochrzczony, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, zostanie potępiony” (Mar. 16:16). Lista podobnych wersetów jest bardzo długa, lecz teraz chcę nasza uwagę zwrócić na kilka warunków, na jakie wskazał Paweł w tym jednym wersecie (Kol. 1:23), pisząc do wierzących w Kolosach i Laodycei.
Przyjrzyjmy się więc uważnie wersetowijeśli tylko wytrwacie w wierze, ugruntowani, stali i niedający się odwieść od nadziei, jaką daje Dobra Nowina, którą usłyszeliście ogłoszoną wszelkiemu stworzeniu pod niebemEwangelia jest zwiastowana „wszelkiemu stworzeniu”, lecz nie każdy będzie z tego powodu zbawiony, lecz jedynie ci, którzy uwierzą i wytrwają w naśladowaniu Chrystusa.
Zadajmy więc sobie zasadnicze pytanie: Czym jest ewangelia?” Paweł wyjaśnia to na początku tego listu, przypominając im, że „o niej wcześniej usłyszeliście w słowie prawdy Dobrej Nowiny, która dotarła do was” (Kol. 1:5). Tak więc, ewangelia jest PRAWDĄ, jest Bożą prawdą, o której Pan Jezus mówił w bardzo ważnym momencie, gdy stał przed Piłatem, który skazywał Go na ukrzyżowanie. Wówczas Chrystus wskazał na cel, w jakim przyszedł na ten  świat, mówiąc: „Ja po to się narodziłem i przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha Mojego głosu” (Jan 18:37). Później apostoł Paweł napisał, że Bóg „pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tym. 2:4). Tak więc, jednym z warunków zbawienia jest PRAWDA, którą musimy poznać, w nią uwierzyć i w niej trwać.
Jedynie Boża prawda wzbudza nadzieję bez której giniemy, jak pasażerowie okrętu, który wiózł Pawła do Rzymu. W momencie, gdy „zaczęła znikać wszelka nadzieja naszego ocalenia”, Paweł powiedział, że „mimo to wzywam was teraz, abyście byli dobrej myśli, bo nikt z was nie zginie, tylko statek” (Dz.Ap. 27:20,22). Podobnie dzieje się w sytuacji, gdy przyjmujemy ewangeliczne słowo Prawdy - otrzymujemy NADZIEJĘ, przygotowaną „dla was w niebiosach” (Kol. 1:5). Słowo Boże wzbudza nadzieję życia wiecznego, dlatego, aby tę nadzieję posilać, Paweł radzi: „szukajcie tego, co w górze, gdzie Chrystus zasiada po prawicy Boga. Myślcie też o tym, co w górze, a nie o tym, co ziemskie” (Kol. 3:1,2).
Prawdę i nadzieję przyjmujemy WIARĄ, gdyż „bez wiary nie można podobać się Bogu, bo trzeba, aby ten, kto zbliża się do Boga uwierzył, że On jest i że nagradza tych, którzy Go szukają” (Heb. 11:6). Jak już wcześniej pisałem, warunkiem przyjęcia zbawienia jest uwierzenie. Trwanie w nowym życiu, które otrzymujemy w efekcie uwierzenia, jest trwaniem w żywej wierze, jak pisze Paweł w innym liście: „A sprawiedliwy z wiary będzie żył” (Rzym. 1:17).
Również Pan Jezus mówił o naszej zależności od Niego, że „bez niego nic nie uczynimy”. Natomiast, jak zapewnia On sam, że ten, „kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi obfity owoc, bo beze Mnie nic nie możecie uczynić” (Jan 15:5). Efektem poznania prawdy, która wzbudza nadzieję, jest owoc, nie nasz, lecz Ducha Świętego, który zamieszkał w nas. Paweł w Liście do Galatów pisze, że tym owocem jest „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Gal. 5:22,23). Jestem w pełni przekonany, że pełny obraz tego owocu można przedstawić jednym słowem – MIŁOŚĆ. Każdy z poszczególnych elementów tego owocu możliwy jest jedynie dzięki miłości. Tak, jak rodzaj drzewa poznaje się po jego owocu, tak samo dzieje się z nami, jak rzekł Jezus: „Po tym wszyscy poznają, że jesteście Moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (Jan 13:35).
Podsumowując tę krótką refleksję na temat naszego zbawienia, chcę powiedzieć, że jeśli poznamy PRAWDĘ, która wzbudzi w nas NADZIEJĘ życia wiecznego i UWIERZYMY w Boże obietnice, które zrodzą w nas owoc MIŁOŚCI, możemy być pewni, że narodziliśmy się na nowo i mamy otwarte wejście do Królestwa Bożego. A to jest możliwe tylko dzięki łasce, gdyż wszystko przecież, co konieczne do życia i pobożności, Jego Boska moc dała nam w darze przez poznanie Tego, który powołał nas dzięki własnej chwale i doskonałości (2 Ptr. 1:3).
Pragnę zakończyć to rozważanie zapewnieniem, jakie kieruje do wierzących w Pana Jezusa apostoł Piotr: Dlatego, bracia, wykażcie jeszcze większą gorliwość, aby utwierdzić swoje powołanie i wybranie. Tak bowiem czyniąc, nigdy się nie potkniecie. W ten sposób też zostanie wam szeroko otwarte wejście do wiecznego Królestwa naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa (2 Ptr. 1:10,11).
Henryk Hukisz

Monday, June 27, 2016

Mój Czerwiec '56

Miałem wtedy dziewięć lat, więc nie rozumiałem jeszcze tego, co się wówczas wydarzyło. Tego dnia mój tata, jak zwykle wcześnie rano pojechał do pracy, gdy ja jeszcze smacznie spałem, Właśnie rozpoczęły się wakacje i już nie trzeba było wcześnie wstawać, jak to musiałem robić w ciągu roku szkolnego, gdyż do szkoły miałem dość daleko.
Mama, jak każdego dnia, zrobiła śniadanie, lecz już nie pamiętam co przygotowała. Być może była to jajecznica ze świeżych jajek ze szczypiorkiem zerwanym rano w przydomowym ogrodzie. Później bawiłem się, być może przekomarzałem się też z siostrami. Byłem jedynym chłopakiem w rodzinie z czterema dziewczynami, więc okazja ku temu zawsze się nadarzała.

Nagle, całkowicie niespodziewania na ścieżce prowadzącej ze wsi do naszego domu pojawił się tata na rowerze. Wracał do domu, pomimo tego, że jeszcze było rano. Gdy wjechał na podwórze i zsiadł z roweru, powiedział niezrozumiałe dla mnie słowo – „Strajk”. Pomyślałem wówczas, że to musi być coś fajnego, gdyż tata był wcześniej w domu. Lecz on, jak zwykle to czynił, gdy popołudniami wracał z pracy, zaprzągł gniadego, i pojechał w pole. Dla niego była to wspaniała okazja zrobić coś więcej na polu, które wydzierżawił od znajomego rolnika, aby wystarczyło żywności dla całej rodziny.

Później dowiedziałem się, że tego właśnie dnia w Poznaniu było bardzo niebezpiecznie, gdyż wojsko wyjechało czołgami na ulice, i że strzelali do ludzi, którzy w jakimś celu protestowali. Ja tego nie rozumiałem, gdyż mieliśmy pod dostatkiem własnej żywności z pola, jakie tata uprawiał. W chlewie były zawsze świnie i krowy w oborze. Pamiętam dni, gdy było świniobicie. Wówczas, ze siostrami uciekaliśmy w pole, aby nie słyszeć przeraźliwego kwiku ofiary, dzięki jakiej mieliśmy pod dostatkiem kiełbas, boczek i inne mięsne dania na stole. Gdy później dowiedziałem się, że głównym powodem protestów był brak chleba i niskie zarobki, zacząłem rozumieć różnice pomiędzy ludnością miast i wiosek.

Kiedy znalazłem się w szkole średniej w Poznaniu, spotkałem się ze środowiskiem miejskim. Koledzy i koleżanki, którzy mieszkali w mieście wyjaśnili mi dokładniej o co chodziło w tym robotniczym zrywie. Zacząłem układać historyczne klocki w całość sytuacji politycznej w jakiej przyszło mi żyć i rosnąć. Przypomniałem sobie kilka wydarzeń, jakich w pełni nie rozumiałem. Pamiętam rok 1953, gdy w gazetach zobaczyłem zdjęcie Stalina i informację o jego śmierci. Pisano o wielkiej szkodzie, jaką ta śmierć wyrządziła naszemu narodowi. W szkole na lekcji języka polskiego czytałem o dobrym "wujku Soso", który bardzo kochał małe dzieci. Później dowiedziałem się, że Stalin był tyranem, który żelazną ręką narzucił władzę naszemu narodowi. Dziwiło mnie jedynie to, że te informacje nie pochodziły z podręczników historii, jedynie mówiono o tym z obawą, aby jakiś nieznajomy nie usłyszał i nie doniósł na milicję.

Poznański czerwiec 1956 roku przyniósł częściowe ulgi polityczne. Zmieniono podejście do dotychczasowej polityki informacyjnej. Można było swobodniej mówić o tym, co nurtowało zwykłych ludzi, robotników i rolników. Ludzie zaczęli odważniej wyrażać swoje protesty wobec władzy, już bardziej własnej, polskiej, chociaż nadal sterowanej z Moskwy. Myślę, że te pierwsze przemiany stały się zalążkiem kolejnych protestów, jakich w nowożytnej historii naszego kraju zaliczyliśmy przynajmniej kilka. Nie były to spokojne protesty, lecz kosztowne, gdyż począwszy od tego pierwszego, gdy zginęło około 70 osób, późniejsze były również połączone z ofiarami niewinnych ludzi.

W moich wspomnieniach o roku 1956 pojawia się również wątek węgierski. Trochę humorystyczny, chociaż w rzeczywistości dotyczył wydarzeń bardziej krwawych, niż to, co przeżywaliśmy  w Poznaniu. Pewnego dnia późnej jesieni, tata wrócił z pracy z wyrazem zdziwienia na twarzy. Mówił, że zbierają na węgiel dla kogoś, kogo nie znał. Pamiętam jego oburzenie, gdy mówił, że nam nie starcza węgla do ogrzania mieszkania, a można było kupić opał jedynie na przydział. Pamiętam dobrze, jak tata uszył specjalną torbę na kawałki drewna, które codziennie przywoził do domu z pracy. Był cieślą, więc wszystkie ścinki desek i kantówek skrzętnie gromadził na opał w domu. Dopiero po jakimś czasie, tata wyjaśnił, że za pierwszym razem nie usłyszał dokładnie na co była ta zbiórka pieniędzy. Chodziło o to, że robotnicy zbierali na Węgry, które ucierpiały na skutek interwencji armii radzieckiej, jaka krwawo stłumiła powstanie tego narodu przeciwko narzuconej władzy sowieckiej.

Plac Mickiewicza w Poznaniu, gdzie stoją dwa krzyże upamiętniające tamten protest, dziś często jest miejscem innych protestów. Teraz, pod pomnikiem Poznańskich Krzyży tłumnie gromadzą się niezadowoleni obywatele, aby wyrazić sprzeciw ograniczaniu wolności i demokratycznego trójpodziału władzy. Obecna władza nie ulega już wytycznym przysyłanym z Moskwy, lecz z innego ośrodka władzy, jaką demonstruje Watykan. Ta stolica, z nazwy apostolska, nie ma nic wspólnego z ewangelią. Jest to narzucanie władzy jednej opcji, z lekceważeniem woli innych, którzy mają inny światopogląd religijny. Z niepokojem obserwuję udział przedstawicieli obecnej władzy w różnych uroczystościach kościoła katolickiego, z lekceważeniem innych wyznań chrześcijańskich. Podobnie dzieje się odwrotnie, coraz częściej państwowe uroczystości odbywają się z udziałem duchowieństwa tylko jednego kościoła. A przecież konstytucja gwarantuje jednakowe prawa wszystkim obywatelom. Może dlatego Prezydentowi tak bardzo zależy, aby zmienić podstawowy akt prawny naszego państwa?

Czas na akcent biblijny, ponieważ moim celem nie jest wzywanie do sprzeciwu wobec władzy. Wyrażam jedynie obawę o to, czy jako ewangelicznie wierząca osobą, będę miał zagwarantowane prawo do swobodnego wyznawania mojej wiary. Póki co, staram się być posłuszny słowom proroka Jeremiasza, który w trudnym czasie wzywał naród Boży do pełnego zaufania Bogu – „starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie, i módlcie się za nie do Pana, bo od jego pomyślności zależy wasza pomyślność!” (Jer. 29:7). Izrael musiał zgodzić się na 70-cio letnią niewolę. Prorok Jeremiasz, posłuszny Bożemu słowu, kazał poddać się woli Bożej. Zapewniał też, iż Bóg będzie z nimi w tym trudnym czasie. Dlatego zalecał im modlitwę o pomyślność obcego im narodu, gdyż w tej pomyślności będą mogli doświadczać błogosławieństwa.

Bóg myśli o nas bez względu na to, jak wygląda sytuacja polityczna naszego narodu. Wierzę mocno w to, że jeśli będziemy modlić się o nasze miasta i wioski, w których mieszkamy, doświadczymy tej wspaniałej obietnicy – „Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was - mówi Pan - myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją” (Jer. 29:11).

Osobiście bardzo mi zależy na pomyślności mojego miasta Poznania, do którego powróciłem, aby wspólnie doświadczać błogosławieństwa z wieloma moimi braćmi i siostrami w Chrystusie.

Henryk Hukisz

Monday, June 20, 2016

Uwaga, Jonasz!

Każdy kto mnie zna bliżej wie, iż bardzo lubię aforyzmy. Są to najczęściej jednozdaniowe sentencje na temat życia. Osobiście lubię takie, które można nazwać „kazaniami w jednym zdaniu”, gdyż zawierają wyraźną pointę, na temat naszego życia lub postępowania. Dziś przypomniałem sobie o jednym, który brzmi: Prawdziwy chrześcijanin nie wstydzi się Ewangelii, i nie przynosi jej wstydu.

Ta krótka sentencja, a szczególnie jej druga część, skojarzyła mi się podczas czytania ostatniego rozdziału Księgo Jonasza z tym, jaki obraz chrześcijaństwa widzą w nas nasi bliźni.

Księga Jonasza jest bardzo krótką księgą, lecz zawierającą sporo istotnych prawd o naszym życiu. Chociaż opisana w niej historia wydarzyła się kilka tysięcy lat wcześniej, to jednak możemy zobaczyć w niej współczesnego człowieka. Podobnie jak Jonasz, dzisiaj wielu chrześcijan ucieka od wykonania Bożej woli, jaką On im wyznaczył. Niedawno napisałem rozważanie o Jonaszu („Jonasz i muzułmanie”) w kontekście zadania, jakie Bóg zaplanował dla wielu społeczeństw, posyłając do nich muzułmańskich wygnańców. Wiem, że jest nadal spora liczba ludzi wierzących w Jezusa, którzy zamiast odebrać tę sytuację jako powołanie do zwiastowania ewangelii, sieją nienawiść do tych migrantów. Zamiast modlić się o możliwość złożenia im świadectwa, powielają filmiki o burdach wywołanych w krajach, do których przybyli. Czy naprawdę tym powinni zajmować się naśladowcy Chrystusa?

Dlaczego znów widzę Jonasza na naszych ulicach w niezbyt pozytywnej roli? Może wpierw zrobię wstęp, który lepiej naświetli myśl, z jaką chcę się podzielić.

Poszukując jakiejś informacji, najczęściej korzystamy z wyszukiwarek internetowych. Weźmy, na przykład, najpopularniejszą, jaką są Google. Jeśli zaczniemy wpisywać zdanie: „chrześcijaństwo to …” program automatycznie zaproponuje nam dokończenie tego zdania. Ku memu zaskoczeniu, pojawiły się kolejno takie uzupełnienia: …kłamstwo,  …sekta, …zło, …plagiat. Ani jednej pozytywnej podpowiedzi? Dlaczego?

Oczywiście nie jest to wiarygodne źródło wiedzy na temat chrześcijaństwa. Być może twórcy tej popularnej przeglądarko internetowej, celowo tak ustawili program. Zadałem sobie jednak pytanie, dlaczego tak niektórzy myślą o nas, wierzących w Jezusa, który jest ucieleśnieniem dobra?

Przypatrzmy się bliżej Jonaszowi. Ktoś powiedział, że ta księga powinna zakończyć się na trzecim rozdziale, na wspaniałej informacji o spełnionej misji w tym okrutnym mieście. Czytamy, że po tym, jak Jonasz ogłosił Boży sąd, ludność pokutowała i „gdy Bóg widział ich postępowanie, że zawrócili ze swojej złej drogi, wtedy użalił się Bóg nieszczęścia, które postanowił zesłać na nich, i nie uczynił tego” (Jon. 3:10). Prawdziwy „happy end”.

Lecz mamy jeszcze jeden rozdział, zapisany szczególnie dla nas, bo historia Niniwy jest już wydarzeniem zamkniętym. My nadal żyjemy i niestety, często zachowujemy się jak Jonasz. Dlatego musimy dokładnie mu się przyjrzeć, aby nie wyrządzać krzywdy dla mieszkańców naszych miast, osiedli i wiosek.

Z czwartego rozdziału Księgi Jonasza dowiadujemy się, że jej główny bohater był człowiekiem bardzo ortodoksyjnym. Jonasz wierzył prawidłowo, że Bóg, jest „Bogiem łaskawym i miłosiernym, cierpliwym i pełnym łaski, który żałuje nieszczęścia” (Jon. 4:2). Wow! - zawoła dziś wielu naśladowców Chrystusa. To jest bardzo zdrowy pogląd na temat Boga. Lepiej nie trzeba. Przyznam tu, że często widzę w sobie Jonasza, który wyznawał tak poprawną teologię. Jak wiecie, często daję temu wyraz w rozważaniach na moim blogu. Ba, nawet więcej, Jonasz był tak bardzo oddany swojemu zrozumieniu Boga, że rozgniewał się na śmierć na Boga za to, że okazał miłosierdzie pokutującym grzesznikom. Lecz jak widzimy, aby być prawdziwym chrześcijaninem, nie wystarczy mieć poprawne teologiczne zrozumienie Boga i Jego powołania nas do zadania, jakie nam powierzył.

Obawiam się, że bardziej myślimy o naszej teologicznej poprawności, niż o zgubionych grzesznikach, którzy idą na śmierć. Zbyt często zgadzamy się z tym, że skoro ludzie grzeszą, to powinni zginąć w ogniu piekielnym. Weźmy na przykład muzułmanów. Oni mają tak radykalne poglądy i do tego ścinają głowy chrześcijanom, że Bóg powinien ich wszystkich wrzucić wprost do ognia gorejącej siarki. Możemy nawet znaleźć wiele wersetów podpierających nasze poglądy na ten temat.

Ponieważ poglądy kształtują postępowanie, dlatego w konsekwencji takiego „prawidłowego” myślenia jest to, że nasze postępowanie jest tego odzwierciedleniem. Przypuszczam, że żaden miłujący Boga chrześcijanin nie weźmie do ręki kamienia, aby ciskać we wrogów Chrystusa, lecz wystarczy, że tak myśli. Pan Jezus powiedział, wprawdzie odnośnie zupełnie innej sfery życia, lecz uważam, że te słowa są prawdziwe w każdej innej, że „każdy kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim” (Mat. 5:28). Wsytarczy więc pomyśleć źle o hordach migrantów. To, jakie zdanie o chrześcijanach będą mieli przybywający do nas muzułmanie zależy od nas samych. Czy otworzą się na ewangelię, czy będą mieć zamknięte serca, zależy od tego, jak ich traktujemy na co dzień.

Ubiegłej niedzieli usłyszałem świadectwo pewnej starszej już osoby wierzącej. Mówiła o tym, że do sąsiedniego mieszkania wprowadziła się muzułmańska rodzina. Kierując się ewangelią, odwiedziła sąsiadkę, przynosząc świeżo upieczone ciasto. Wywiązała się krótka rozmowa, zakończona prośbą o pomoc w opanowaniu języka tego kraju i o przepis na to ciasto. Wizyty zaczęły powtarzać się, w czasie których poznała resztę rodziny. Później usłyszała, że są ich przyjaciółmi i mogą porozmawiać z nimi na wiele życiowych tematów. Ponieważ niedawno przybyli do obcego dla nich kulturowo kraju, mają wiele pytań i potrzebują pomocy. Kończąc swoje świadectwo, ta chrześcijanka powiedziała, że dziękuje Bogu za to, że przysłał im właśnie takich sąsiadów, którym może świadczyć o Jezusie.

Jestem mocno przekonany, że ta muzułmańska rodzina, na pytanie kim są chrześcijanie, nie pomyśli tak, jak to podpowiada internetowa przeglądarka.

Pan Jezus powiedział: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie” (Jan 13:35). O tym, czy Pan Jezus, mówiąc te słowa miał na uwadze i ciebie, zadecydujesz ty sam.

Henryk Hukisz

Monday, June 13, 2016

Nienawidzę uczynków nikolaitów

Tytuł tego rozważania nie ma na celu budzenia nienawiści do jakiegokolwiek człowieka. Jest on bezpośrednim nawiązaniem do słów samego Jezusa Chrystusa, który w dwóch z siedmiu listów do kościołów w Apokalipsie odniósł się do konkretnego zagrożenia trawiącego ówczesne wspólnoty. Chrystus — jako Głowa Kościoła — wyraża w nich bezkompromisowy, negatywny stosunek do grupy, którą nazywa „nikolaitami”. Fakt, że w tak zwięzłym tekście zjawisko to przywoływane jest dwukrotnie, świadczy o jego ogromnej wadze. Warto zatem przyjrzeć się mu bliżej.

Kim byli ci tajemniczy ludzie, znani nam dzisiaj niemal wyłącznie z nazwy?

Współcześnie istnieje kilka interpretacji dotyczących ich tożsamości. Jedną z pierwszych wzmianek znajdujemy pod koniec II wieku w pismach Ireneusza z Lyonu. Ten wpływowy ojciec Kościoła uważał, że w pierwszych zborach pojawiła się sekta będąca owocem odejścia od zdrowej nauki diakona Mikołaja (por. Dz 6,5). Z kolei uczeń Ireneusza, Hipolit, twierdził, że nikolaici stanowili jeden z odłamów gnostyków, wprowadzających zamęt w łonie wczesnego chrześcijaństwa.

Osobiście skłaniam się jednak ku interpretacji zaprezentowanej przez Kampe Vitringę — holenderskiego biblistę i hebraistę z końca XVII wieku. Zauważył on, że greckie słowo nikolaiton składa się z dwóch członów: nikos (zwyciężać, podbijać) oraz laos (lud, ludzie). W myśl tej teorii termin „nikolaici” nie oznacza zwolenników konkretnego człowieka, lecz opisuje postawę: charyzmatyczną zdolność porywania tłumów i podporządkowywania ich sobie siłą własnej osobowości. Vitringa trafnie zauważa przy tym, że imiona w Apokalipsie mają niemal zawsze charakter symboliczny.

W liście do zboru w Pergamie Chrystus zarzuca wiernym trzymanie się nauki Balaama. Nie chodzi tu oczywiście o fizyczną obecność starotestamentowego proroka, lecz o ten sam mechanizm duchowego zwiedzenia. Zarówno nauczanie Jezusa, jak i ostrzeżenia apostołów nie pozostawiają złudzeń: największym zagrożeniem dla Kościoła w czasach ostatecznych będą wewnętrzne manipulacje. Fałszywi nauczyciele, prorocy i cudotwórcy stają się rozsadnikiem niszczącym wspólnotę od środka. W siedmiu listach – symbolizujących pełnię Kościoła – Jezus punktuje konkretne niebezpieczeństwa: nikolaityzm, duchową samowolę spod znaku Jezebel czy zamianę Ewangelii pokuty na nastawioną na sukces samowystarczalność (Laodycea).

To bezpośrednie zestawienie nikolaitów z Balaamem w liście do Pergamu potwierdza, że mowa o ludziach zdolnych do masowego zjednywania sobie zwolenników. Samo imię „Balaam” oznacza wszak „pana ludu” lub „niszczyciela ludu” (w zależności od etymologicznego rozłożenia akcentów: bal-aam lub baala-am). Ostrzegając uczniów przed dniami ostatecznymi, Jezus wypowiedział jasne słowa: „Gdyby wam wtedy ktoś powiedział: Oto tu jest Chrystus, albo: Tam! — nie wierzcie. Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy. Będą oni czynić wielkie znaki i cuda, aby — o ile to możliwe — zwieść i wybranych” (Mt 24,23–24).

Co jest kluczowe w tym wersecie: ci zwodziciele nie przyjdą z obcymi ideologiami. Będą głośno mówić o Chrystusie — i to właśnie czyni ich tak niebezpiecznymi.

Przed tym samym niebezpieczeństwem ostrzegał apostoł Paweł, żegnając się ze starszymi zboru w Efezie (tego samego zboru, do którego Jezus skieruje później słowa: „Ale to masz na swoją korzyść, że nienawidzisz uczynków nikolaitów, których i Ja nienawidzę” (Ap 2,6). W Milecie Paweł mówił bez ogródek: „Ja wiem, że po moim odejściu wejdą między was wilki drapieżne, nie oszczędzając owczarni. Nawet spośród was samych powstaną ludzie głoszący nauki przewrotne, aby pociągnąć za sobą uczniów” (Dz 20,29–30).

Przywódcy z Efezu wzięli sobie te słowa do serca. Postawili twardą granicę tym, którzy próbowali budować własne „królestwa” kosztem czystości Ewangelii.

Głównym rysem nikolaitów jest bezwzględne dążenie do pociągania ludzi za sobą — bardzo często poprzez rozbijanie macierzystych wspólnot. To zjawisko niestety nie minęło wraz z pierwszą erą chrześcijaństwa. Pamiętam sytuację z początku lat 90., gdy trzej liderzy, wykorzystując spotkania młodzieżowe i wyjazdy, przejęli lojalność sporej grupy młodych ludzi i po zbudowaniu odpowiedniej „większości” doprowadzili do rozłamu. W innym mieście młody przywódca ogłosił secesję, porywając za sobą zwolenników stworzonego przez siebie stylu pobożności. Podobnych przykładów są setki — dziś nawet uzdolnieni mówcy motywacyjni potrafią zakładać własne „społeczności” w miejscach, gdzie od lat działają zdrowe, dojrzałe zbory.

Współcześni nikolaici rzadko działają po omacku. Najczęściej posługują się wyuczoną psychotechniką, wywoływaniem emocjonalnego uzależnienia czy reżyserowaniem specyficznego „uwielbienia” (kwestie te analizowałem bliżej w artykule „Motywacja, manipulacja czy ewangelizacja”).

Metody psychologiczne czy socjotechniczne sprawdzają się w korporacjach, marketingu i polityce. Kościół nie jest jednak z tego świata. Nie potrzebuje świeckiego rebrandingu ani marketingowej perswazji, ponieważ otrzymał obietnicę mocy i obecności Ducha Świętego. Apostoł Jan wzywał do czujności: „Umiłowani, nie każdemu duchowi wierzcie, lecz badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na świat” (1 J 4,1). I dodawał czytelny sprawdzian: „Oni są ze świata, dlatego mówią tak, jak mówi świat, i świat ich słucha” (1 J 4,5).

Prototypem pragmatycznej manipulacji pozostaje postawa kusiciela w ogrodzie Eden. Wąż nie zaproponował Ewie rewolucji — wskazał na korzyści: owoc atrakcyjny wizualnie, pożywny i obiecujący natychmiastowy przyrost wiedzy. Ta zręczna psychologia sprawiła, że złamała ona Boży zakaz, pociągając za sobą Adama.

Dlatego Paweł, mając na uwadze duchowe zdrowie wierzących, pisał z troską: „Obawiam się jednak, aby — jak wąż swoją przebiegłością zwiódł Ewę — tak wasze myśli nie zostały skażone i nie odwróciły się od prostoty i czystości ze względu na Chrystusa” (2 Kor 11,3).

Nie dajmy się uwieść metodom zapożyczonym ze świata — nawet jeśli stoją za nimi ludzie o imponujących tytułach, wybitnym dorobku czy wybitnej charyzmie. Trzymajmy się prostej, czystej Ewangelii.

Henryk Hukisz

Sunday, June 5, 2016

Jonasz i muzułmanie

Z historycznego punktu widzenia, takie spotkanie nie mogło się nigdy odbyć, ze względu na prawie 1500 lat jakie ich dzieliły. Natomiast współcześnie, podobne zjawiska są prawie nagminne, a szczególnie w naszym kraju. Postaram się to wyjaśnić w tym rozważaniu.
Wszyscy jesteśmy Jonaszami, przynajmniej w jakimś stopniu i oby była to już przeszła historia. Ten starotestamentowy prorok najbardziej jest znany z nieposłuszeństwa Bogu. Gdy Pan powiedział mu: „Wstań, idź do Niniwy” (Jon. 1:2), on wstał i poszedł, lecz nie do miasta, które Bóg mu wyznaczył. Owszem wstał, lecz udał się w przeciwnym kierunku, poszedł do Jaffy, aby odpłynąć jak najdalej, aż do Tarszyszu w południowej Hiszpanii.
Czyż nie zdarzyło się nam, może nawet nie jeden raz, że uciekaliśmy od Boga, uważając, że lepiej wiemy co mamy dla Niego robić. Ba, w historii Jonasza pojawił się nawet taki zachęcający moment - Jonasz mógł dopatrzyć się znaku w tym, że Bóg przygotował dla niego statek, aby mógł odpłynąć. Gdy już znalazł się w swojej kajucie, spokojnie uciął sobie drzemkę.
Dlaczego uważam, że każdy z nas jest, lub był kiedyś Jonaszem? Podobnie jak Jonasz, my również zostaliśmy posłani przez Chrystusa, który rzekł: „Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu” (Mar. 16:15). Zauważmy, że Pan Jezus nie daje nam możliwości wyboru tych, którym mamy głosić ewangelię – On posyła nas tam, dokąd sam chce.
Gdyby ktoś cię zapytał „Jaki naród uważasz za najbardziej niebezpieczny, okrutny i bezbożny?” Spodziewam się, że w czasie, w którym żyjemy, najczęstszą odpowiedzią będzie „Państwo Islamskie”, albo powiesz wprost, że są to muzułmanie.
Niniwa kiedyś była znana z najbardziej okrutnych praktyk, jakie stosowano wobec nieprzyjaciół. Religia wyznawana przez mieszkańców tego miasta nakazywała wykonywanie najokrutniejszych praktyk. Nic więc dziwnego, że Jonasz po usłyszeniu, dokąd Bóg każe mu iść, postanowił upewnić się, czy dobrze zrozumiał to polecenie. Myślę, że postąpilibyśmy podobnie, gdyby Bóg kazał nam udać się do któregoś z miast opanowanych przez wojowników Państwa Islamskiego, aby powiedzieć im, że nasz Bóg zniszczy ich wszystkich.
Jestem przekonany, że Bóg znając okrucieństwa czynione przez walczący Islam wobec chrześcijan, nie pośle do nich nikogo z nas. Wierzę natomiast, że Bóg mając serce przepełnione miłością do każdego człowieka, chce aby i wyznawcy Allaha usłyszeli prawdziwą ewangelię, która może zbawić każdego, kto w nią uwierzy. Dlatego sądzę, że to, co dzieje się obecnie w Europie, a szczególnie w naszym kraju, jest Bożym planem i On posyła do nas muzułmanów, aby mogli usłyszeć prawdę o Jezusie Chrystusie, jedynym zbawicielu.
Przyznam szczerze, że był taki moment, gdy tylko dowiedziałem się o masowej migracji muzułmanów do Europy, myślałem podobnie jak Jonasz. Sądziłem, że powinienem przyłączyć się do rosnącej grupy przeciwników i straszyć wszystkich wokoło, mówiąc o tym jaki los nas teraz czeka. Czytałem i oglądałem w internecie materiały ukazujące zachowania migrantów w różnych państwach europejskich i bardziej temu wierzyłem, niż Bogu, który wie co robi. Lecz mogę dziś powiedzieć, że zanim wsiadłem na statek Bóg zatrzymał mnie na mojej drodze do Tarszyszu. Zrozumiałem, że Pan tej niwy, „widząc lud, użalił się nad nim, gdyż był utrudzony i opuszczony jak owce, które nie mają pasterza” (Mat. 9:36), przysyła dojrzałe niwy, gotowe do żniw, wprost do rąk żniwiarzy. Czyż nie jest to dla nas dużym ułatwieniem, aby zaangażować się do zadania, jakie Bóg nam wyznacza?
Niestety, moje zrozumienie sytuacji jest dość odosobnione. Obserwuję, za pośrednictwem mediów społecznościowych, że spora liczba ludzi wierzących, nawet ewangelicznie, przyłączyła się do chóru nienawistnych przekazów na temat złych wydarzeń, jakie towarzyszą tej migracji. Tak często mogę zobaczyć na profilach osób wierzących powielanie przeróżnych materiałów prasowych nawołujących do nienawiści wobec migrantów. Pamiętajmy, że ten świat jest zły i przepełniony nienawiścią, gdyż jego książę jest mordercą i kłamcą. Niczego dobrego nie można się spodziewać wśród tych, którzy służą księciu ciemności. Pamiętajmy jednak o tym, że nasz Ojciec niebieski "nas wyrwał z mocy ciemności i przeniósł do Królestwa Syna swego umiłowanego" (Kol. 1:13).
Teraz, należymy do światłości i poznaliśmy prawdę o nowym życiu w Chrystusie. Dlatego jest mi trudno zrozumieć, jak może osoba, uważająca się za narodzoną na nowo, zamieszczać na swoim profilu materiały pełne nienawiści. Z niedowierzaniem przeczytałem kiedyś w jednym z komentarzy wypowiedź pastora, który twierdził, że „do takich należy strzelać” (!).
Od jutra, przez trzydzieści dni muzułmanie obchodzą Ramadan, szczególny dla nich czas postu. Jest to jeden z najważniejszych obrzędów w tej religii. Tutaj, w wielu kościołach chrześcijańskich, gdzie głoszona jest ewangelia Bożej miłości do grzeszników, zorganizowana jest modlitwa o muzułmanów. Przez 30 dni, codziennie, tysiące ludzi będzie modlić się o to, aby muzułmanie uwierzyli w Chrystusa. Wiele organizacji zajmujących się zwiastowaniem ewangelii muzułmanom podaje zachęcające informacje o niespotykanym w historii przebudzeniu wśród wyznawców Mahometa. Tysiące ludzi wyznaje wiarę w Pana Jezusa, jako ich zbawiciela.
Kończąc to rozważanie, które jest apelem o przyłączenie się do ogólnoświatowych 30 dni modlitwy o muzułmanów, chcę przypomnieć pewien aforyzm, jaki kiedyś przeczytałem - „Zanim powiesz komuś o Bogu, porozmawiaj wpierw o nim z Bogiem”.
Często mówi się, że Bóg jest Bogiem drugiej szansy. Dla Jonasza Bóg przygotował "wielką rybę", aby zawrócił i wypełnił powierzone mu zadanie. Jeśli stwierdziłeś, że twoje dotychczasowe nastawienie do muzułmanów jest ucieczką do Tarszyszu, zawróć, zanim Bóg przygotuje dla ciebie sytuację, w jakiej znalazł się biblijny bohater.
Henryk Hukisz

Thursday, May 19, 2016

Zbór przy ulicy Krzywej

Z góry uprzedzam, to nie jest rzeczywisty adres, jedynie nawiązanie do hipotetycznej sytuacji z czasów apostolskich. Jak wiadomo, Saul z Tarsu, po nawróceniu się do Pana Jezusa, czekał na Ananiasza w domu przy ulicy Prostej w Damaszku. Proste też były drogi Pańskie, na które zapraszani byli słuchacze ewangelii w czasach apostolskich. Diabeł jednak, za pośrednictwem swoich sług czynił wszystko co było w jego mocy, aby te drogi wykrzywiać (Dz.Ap. 13: 8-10).
Pozwólcie więc, że przedstawię hipotetyczną sytuację, jaka mogłaby się wydarzyć w czasach powstawania kościoła nowotestamentowego.
W chrześcijańskim zborze w Efezie, dzięki nauczaniu jakie apostoł Paweł zaszczepił w sercach osób wierzących, istniała radykalna pobożność, jaką praktykowano na co dzień. Apostoł wpajał w serca wierzących zasady oparte na zupełnym wyrzeczeniu starego życia. Mówił im wprost, „abyście już więcej nie postępowali, jak poganie postępują w próżności umysłu swego, mający przyćmiony umysł i dalecy od życia Bożego przez nieświadomość, która jest w nich, przez zatwardziałość serca ich” (Efez. 4: 17,18). Przekonywał ich, aby ze względu na bezgraniczną miłość, jaką okazał Chrystus, uważali na to, jak mają postępować, „nie jako niemądrzy, lecz jako mądrzy, wykorzystując czas, gdyż dni są złe” (Efez. 5: 15,16).  
Apostoł Paweł zwracał uwagę osób wierzących na różne aspekty życia. Pisał o tym, że będąc już w Chrystusie, są zobowiązani do mówienia jedynie prawdy. W kwestii emocjonalnej, wprawdzie gniew jest nieunikniony, to jednak mając nową naturę, należy kontrolować wszelkie uniesienia, aby nie dawać przystępu diabłu. Paweł zalecał wierzącym, aby uczciwie pracowali na tyle wydajnie, by starczyło jeszcze do podzielenia się z potrzebującymi. Nawet mowa osób odrodzonych duchowo ma zawierać wyraźne świadectwo błogosławienia drugich, zamiast gorszenia nieprzyzwoitymi słowami.
Po wielu latach (Obj. 2:1-7), Pan Jezus wypowiadając Swoją opinię o zborze w Efezie zauważył, że członkowie tego zboru stoją wytrwale przy zdrowej nauce i składają świadectwo prawdy. Chrystus docenił również ich wytrwałość w cierpieniu, jakie z pewnością było efektem ich pobożności i życia w bojaźni Bożej. Osoby wierzące w Pana Jezusa, dzięki nauczaniu apostoła Pawła, znali wartość życia w pełni Ducha Świętego, który wypełniał ich serca oczyszczone z wszelkiej cielesności i świeckich naleciałości. Z pewnością, pełnia Ducha jakiej doświadczyli już w momencie uwierzenia w ewangelię była wartością przewyższającą wszelki inne sprawy, z jakimi borykali się ich współbracia w innych zborach.
Z listów apostoła Pawła wiemy, że szczególnie w zborze korynckim, pomimo upływu czasu od uwierzenia, wielu wierzących pozostawało nadal w cielesnych nawykach starego życia. Paweł pisał wprost - „nie mogłem mówić do was jako do duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie” (1 Kor. 3:1). Dalej apostoł wyjaśnia przyczynę takiej oceny ich duchowego stanu – „Bo skoro między wami jest zazdrość i kłótnia, to czyż cieleśni nie jesteście i czy na sposób ludzki nie postępujecie?” (1 Kor. 3:3). Dlatego radził im później – „Usuńcie stary kwas, abyście się stali nowym zaczynem, ponieważ jesteście przaśni; albowiem na naszą wielkanoc jako baranek został ofiarowany Chrystus(1 Kor. 5:7). Oni jednak za nic mieli pouczenia apostoła i zamiast przejąć się jego ostrzeżeniami, trwali w starych nawykach.
Zamiast poszukiwania pełni Ducha Świętego, dzielili się na lepszych i gorszych. Wybierali sobie ulubionych nauczycieli, „stając po stronie jednego nauczyciela przeciwko drugiemu” (1 Kor. 4:7). Uciekali w ten sposób od dyscypliny apostolskiej, gdyż zamiast napomnienia, woleli tworzyć ugrupowania wokół takich przywódców, którzy „łechtali ich ucho” (2 Tym. 4:3). Nic więc dziwnego, że w świadectwie o tym zborze spotykamy przerażające stwierdzenia, jak np. „Słyszy się powszechnie o wszeteczeństwie między wami i to takim wszeteczeństwie, jakiego nie ma nawet między poganami, mianowicie, że ktoś żyje z żoną ojca swego” (1 Kor. 5:1). Gdy schodzili się na wspólny posiłek, aby wspominać śmierć Pana Jezusa, Paweł nie szczędził ostrych słów, pisząc: „każdy bowiem zabiera się niezwłocznie do spożycia własnej wieczerzy i skutek jest taki, że jeden jest głodny a drugi pijany” (1 Kor. 11:21).
Niestety, to co powyżej napisałem, nie jest żadną wyobraźnią. Takie są fakty, o jakich czytamy w natchnionym Słowie Bożym o pierwszych chrześcijanach. Natomiast hipotetyczna sytuacja, o jakiej chcę teraz napisać, jest nawiązaniem od tego, co dzieje się obecnie w wielu miejscowościach w których istnieją już zbory ewangeliczne.
Wyobraźmy sobie, że gdy przywódcy zboru w Koryncie dowiedzieli się, iż w Efezie narzuca się wierzącym radykalny styl życia, polegający na wyrzeczeniu się świeckich naleciałości, postanowili zadziałać. Wysłali posłańców, którzy po dotarciu do Efezu zaczęli propagować nauczanie, iż nie muszą już żyć w wyrzeczeniach, gdyż Bóg kocha ludzi takich jacy są. Przecież, mówili powołując się na wybrane wersety, Bóg jest miłością i daje wszystko z łaski, nie oczekując w zamian niczego ze strony człowieka. Ogłaszali wszem i wobec, że w wynajętym na ten cel miejscu, odbędzie się spotkanie, gdzie na wszystkich czeka „ciacho i kawa”. Nic więc dziwnego, że sporo chętnych przyszło na ulicę Krzywą, dając wyraz upodobaniu dla ewangelii fantastycznego życia, zwiastowanej w niestandardowej atmosferze.
Nie dziwię się, że apostoł Paweł, jak gdyby przeczuwając, iż takie hipotetyczne sytuacje mogą zaistnieć, w trosce o duchowy rozwój członków zboru efeskiego napisał: „abyśmy już nie byli dziećmi, miotanymi i unoszonymi lada wiatrem nauki przez oszustwo ludzkie i przez podstęp, prowadzący na bezdroża błędu, lecz abyśmy, będąc szczerymi w miłości, wzrastali pod każdym względem w niego, który jest Głową, w Chrystusa” (Efez. 4: 14,15). I chociaż Paweł nie był wśród uczniów Pana Jezusa, którzy słyszeli, gdy ich Pan i Mistrz zwiastował ewangelię w mocy Ducha Świętego, to wiedział, że prawdziwe naśladowanie Chrystusa polega na wzięciu krzyża, gdyż Pan powiedział: „Kto nie bierze krzyża swego, a idzie za mną, nie jest mnie godzien. Kto stara się zachować życie swoje, straci je, a kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je” (Mat. 10:38,39).
Słuchanie motywacyjnych mów przy ciachu i kawie w niestandardowej atmosferze jest z pewnością rzeczą dobrą. Co do tego nie mam wątpliwości, lecz czy można to nadal nazywać nabożeństwem?
Jeszcze jeden cytat, tym razem z Dziejów Apostolskich, gdzie znajdujemy natchniony opis spotkań pierwszych chrześcijan. Po tym, jak wychłostani przez przywódców religijnych wrócili „do swoich”, wołali nie do „Tatusia”, lecz do Boga, który stworzył niebo i ziemię - „Panie, spójrz na pogróżki ich i dozwól sługom twoim, aby głosili z całą odwagą Słowo twoje” (Dz.Ap. 4:29). W rezultacie takiej modlitwy, „napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i głosili z odwagą Słowo Boże” (w. 31).

Wednesday, May 4, 2016

I stworzył Bóg człowieka

Jestem kreacjonistą. Dla mnie – i dla każdego, kto wierzy w Boga – punktem wyjścia jest fakt, że człowiek został stworzony na podobieństwo Stwórcy. Prawda o stworzeniu to absolutny fundament, na którym wznosi się cała nasza wiara; jeśli go zabraknie, cała konstrukcja runie. Pierwsze rozdziały Biblii kryją w sobie klucz do zrozumienia wszystkiego, w co wierzymy i dla czego żyjemy. Sprowadzanie opisu stworzenia do roli zwykłego mitu to w rzeczywistości podważanie wiarygodności całego Pisma Świętego.

Początek Słowa Bożego jasno definiuje naszą tożsamość: jesteśmy stworzeni przez Boga i dla Boga. Kiedy uważnie analizujemy dwa pierwsze rozdziały Biblii, odkrywamy konkretny zamysł Stwórcy wobec nas i dowiadujemy się, jakimi mamy być przed Jego obliczem.

W pierwszym rozdziale czytamy: „I Bóg stworzył człowieka na swój obraz, stworzył go na obraz Boży, stworzył ich jako mężczyznę i kobietę” (Rdz 1:27). Ten zwięzły opis mówi wprost: nosimy w sobie Boże podobieństwo. Drugi rozdział idzie o krok dalej i pokazuje kulisy samego aktu kreacji: „PAN Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, tak że człowiek stał się żywą istotą” (Rdz 2:7).

Choć tekst mówi ogólnie o „mężczyźnie i kobiecie”, na samym początku fizycznie istniał tylko mężczyzna. To w nim krył się „materiał”, z którego Bóg później ukształtował kobietę. Adam zamieszkał w ogrodzie Eden i tam usłyszał Boży nakaz: „Z każdego drzewa w ogrodzie możesz jeść, tylko z drzewa poznania dobra i zła nie będziesz jadł, bo w dniu, w którym z niego zjesz, umrzesz na pewno” (Rdz 2:17). Choć to polecenie zostało skierowane w liczbie pojedynczej bezpośrednio do pierwszego mężczyzny, odnosiło się równocześnie do mającej powstać później kobiety.

Nie wiemy, ile czasu minęło, zanim Bóg uznał: „Nie jest dobrze, jeśli człowiek jest sam, uczynię więc pomoc odpowiednią dla niego” (Rdz 2:18). Warto zauważyć, że słowa „nie jest dobrze” opisują stan samotności Adama, a nie jego naturę. Mężczyzna nie miał „wady fabrycznej” wymagającej poprawy konstrukcyjnej. Przez pewien czas Adam zajmował się nazywaniem zwierząt i sam doszedł do wniosku, że wśród nich „nie znalazła się pomoc odpowiednia dla niego” (w. 20).

Wtedy Bóg postanowił dać mu idealne dopełnienie. Niektórzy twierdzą, że Bóg uśpił Adama, aby ten nie próbował doradzać projektantowi. Kiedy Adam był nieprzytomny, Bóg stworzył kobietę według własnego, doskonałego planu. Po przebudzeniu pierwszy mężczyzna ujrzał coś piękniejszego, niż mógł sobie wymarzyć, i zawołał z zachwytem: „Ta jest wreszcie kością z moich kości i ciałem z mojego ciała, ona będzie nazwana kobietą, gdyż z mężczyzny została wzięta” (Rdz 2:23).

Osobiście ufam każdemu detalowi zapisanemu w Biblii. Na tych objawionych prawdach buduję pełny obraz człowieka – mężczyzny i kobiety – oraz ich wzajemnych relacji. Bóg stworzył dwie różne istoty: męską i żeńską. Różnice między nimi są głębokie i trwałe; wykraczają daleko poza anatomię, dotykając naszej psychiki i skomplikowanego wnętrza. Trzymanie się tej perspektywy pozwala zachować zdrowy, stabilny obraz człowieczeństwa w gąszczu współczesnych prądów myślowych.

Z biblijnego punktu widzenia dzisiejsze, świeckie rozumienie równouprawnienia bywa obce zamysłowi Stwórcy. Bóg od samego początku zarysował różnice w rolach, obdarzając jednocześnie obie płci identyczną godnością. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że po upadku w grzech Bóg pociągnął do odpowiedzialności oboje. Słowa apostoła Pawła: „nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta pogrążyła się w grzechu” (1 Tym 2:14), wcale nie zdejmują odpowiedzialności z Adama – przecież konsekwencje ponieśli razem i oboje musieli opuścić Eden.

Po grzechu Bóg jasno określił odmienne zadania dla obu płci. Do Ewy powiedział: „Pomnożę bardzo cierpienia związane z twoją ciążą, w bólu będziesz rodziła dzieci, a mimo to będziesz pożądała swego męża, on zaś będzie panował nad tobą” (Rdz 3:16). Adamowi natomiast powierzył odpowiedzialność za utrzymanie rodziny, zapowiadając trud pracy na roli: „w trudzie będziesz się z niej żywił. Ciernie i osty będzie ci rodziła, ty zaś będziesz jadł polne rośliny” (Rdz 3:17-18).

Są to ogólne zasady ramowe. Oczywiście nie wykluczają one takich scenariuszy jak bezżenność czy brak potomstwa. Żyjemy w świecie skażonym grzechem, w którym nie ma już doskonałości, o czym Biblia mówi wprost: „PAN zaś widział, że podłość ludzi na ziemi jest wielka i że wszystkie ich zamiary ciągle były złe. Żałował więc Pan, że uczynił człowieka na ziemi i głęboko się zasmucił” (Rdz 6:5-6). 

Jezus Chrystus – najwyższy autorytet w interpretacji Pisma – jednoznacznie potwierdził ten podział, mówiąc: „Stwórca od początku uczynił ich jako mężczyznę i kobietę” (Mt 19:4). Doskonale znając Boży zamysł, Jezus na swoich dwunastu uczniów powołał wyłącznie mężczyzn. Choć widział ogromny potencjał kobiet i doceniał ich oddaną służbę (to przecież one jako pierwsze ogłosiły światu zmartwychwstanie!), struktura przywództwa pozostała męska.

Apostołowie, działając pod natchnieniem Ducha Świętego, kontynuowali ten porządek. Kobiety brały aktywny udział w ewangelizacji, jednak nie powoływano ich na urzędy starszych (prezbiterów) czy biskupów. Nie ma to nic wspólnego z rzekomą wyższością mężczyzn. Biblia nigdzie nie sugeruje, że przywództwo wynika z lepszej natury. Sam fakt, że kobiety posiadają talenty przywódcze, nie oznacza automatycznie konieczności obejmowania przez nie urzędów nauczycielskich. Świetnym przykładem jest Pryscylla – choć razem z mężem pouczała zdolnego Apollosa, nie dążyła do tytułów, lecz służyła z pokorą i gościnnością (1 Tym 5:10).

W kwestii zbawienia wszelkie różnice i podziały znikają: „nie ma mężczyzny ani kobiety. Wszyscy bowiem stanowicie jedność w Chrystusie Jezusie” (Ga 3:28). Jednak w strukturach organizacyjnych Kościoła należy zachować porządek ustanowiony przy stworzeniu: „Mężczyzna przecież nie jest z kobiety, lecz kobieta z mężczyzny” (1 Kor 11:8). Dawniej zewnętrznym symbolem tego porządku było nakrycie głowy; dziś kulturowa forma może być inna, lecz sama zasada uległości i szacunku dla Bożego ładu pozostaje aktualna.

Kościół nie jest korporacją opartą na świeckich, rynkowych zasadach, lecz żywym organizmem – Ciałem Chrystusa. Skoro do Niego należymy, nie możemy bezkrytycznie przyjmować norm tego świata. Choć w oczach współczesnego społeczeństwa nasze poglądy mogą wydawać się niemądre lub staroświeckie, nasza wiara nie ma opierać się na ludzkiej mądrości, lecz na mocy Bożej (1 Kor 2:5).

 Henryk Hukisz

Tuesday, April 12, 2016

Milczenie kobiet w Kościele

Zauważam postępujące odstępstwa od biblijnej nauki na temat usługiwania w Kościele, jakie wkradają się do zborów pod pozorem równouprawnienia kobiet. Kościół nowotestamentowy od zarania powstania w dniu Zesłania Ducha Świętego, jest zarządzany przez powołanych przez Boga sług. Na początku apostołowie zachowują ustanowiony przez samego Chrystusa wybór "Dwunastu". Widzimy już na samym początku, że gdy zabrakło jednego z dwunastu, to jest Judasza, postanowili uzupełnić skład pierwszego zespołu zarządzającego Kościołem. Lecz później w miarę rozwoju Kościoła i powstawania nowych zborów, rozrzuconych na terenie ówczesnego Imperium Rzymskiego, apostołowie wraz z udziałem Ducha Świętego, powołują zgodnie z udzielanymi darami łaski mężczyzn do służby nauczania i zarządzania w lokalnych zborach. Jedno jest pewne, wśród powołanych osób do służby nauczania i zarządzania nie ma kobiet. Można jednak zauważyć, że w zborach znajduje się wiele niewiast, które są widoczne w zbiorowym życiu pierwszych wspólnot chrześcijańskich.

Postanowiłem w tym rozważaniu napisać o udziale kobiet we wspólnocie Kościoła Jezusa Chrystusa, mając na uwadze czasy współczesne. Celowo napisałem, że chodzi mi o Kościół Chrystusa, a nie dowolne zgromadzenie ludzi, które być może nazywa się też kościołem. To jest zasadnicza różnica. Uważam, że mam prawo pisać o tym, jak powinno wyglądać spotkanie ludzi wierzących w Boga, którzy spotykają się, aby wspólnie przeżywać obecność Chrystusa, który zapewnił, że „gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18:20). Za podstawę do tego rozważania przyjmuje naukę, jaką znajdujemy na stronicach Nowego Testamentu.

Biblia jest Słowem Bożym natchnionym przez samego Boga. W niej znajdujemy wszystko, co jest potrzebne do naszego życia, zarówno osobistego, jak i społecznego, gdy spotykamy się jako Ciało Pana Jezusa. Chrystus pozostawił nam wiele wskazówek na temat naszych spotkań, jako Jego Kościół. Później apostoł Paweł, pisząc pod natchnieniem Bożym, przekazał wiele informacji, często bardzo praktycznych, dotyczących naszych zgromadzeń, jakie tworzymy w imieniu Jezusa Chrystusa. Ponieważ całe Pismo jest natchnione, które jest dla nas fundamentem, jedynie na nim możemy się budować. Wszelkie próby unowocześniania tych poleceń są równoznaczne z podważaniem natchnionego charakteru tekstu biblijnego.

Zgodnie z tytułem tego rozważania chcę dotknąć jedynie kwestii udziału kobiet w zgromadzeniu, dlatego nie będę pisać o innych sprawach dotyczących nabożeństw. Nie mam również możliwości, ze względu na formę tej krótkiej refleksji, poruszyć wszystkich zagadnień dotyczących tego tematu. Chcę jedynie zwrócić uwagę na ogólne tło, na jakie apostoł Paweł wskazuje, pisząc o kobietach w zgromadzeniu Kościoła. W Nowym Testamencie znajdziemy wystarczającą ilość tych uwag, aby nie traktować tej kwestii marginesowo.

Pierwszą uwagę odnośnie zachowania się kobiet w zgromadzeniu Paweł umieszcza w liście skierowanym do konkretnego zboru, jaki znajdował się w Koryncie, dlatego powinniśmy spojrzeć wpierw na te wersety w świetle lokalnej sytuacji. Czytamy tam, że ze względu na to, iż „Bóg bowiem nie jest Bogiem nieładu, lecz pokoju” (1 Kor 14:33), należy zadbać o porządek podczas nabożeństw. Chodzi nie tylko o to, w jakiej kolejności poszczególne osoby mają przemawiać, aby zapewnić wszystkim możliwość budowania się, lecz również o to, aby zachować ustanowiony przez Boga porządek stworzenia. Paweł odnosi się do sprawy udziału w nabożeństwie osób obojga płci z uwzględnieniem biblijnej prawdy o ustanowionym przez Stwórcę zróżnicowaniu w tym zakresie.

Kilka rozdziałów wcześniej Paweł naucza, że „głową każdego mężczyzny jest Chrystus. Mężczyzna zaś jest głową kobiety, a głową Chrystusa – Bóg” (1 Kor 11:3). Zewnętrzną oznaką porządku ustanowionego przez Boga w stworzeniu mężczyzny i kobiety, w tym środowisku było nakrywanie głowy, lub jego brak. W ten sposób, ludzie wierzący w Koryncie dawali świadectwo chwały Bożej objawionej w stworzeniu. (w. 7). Apostoł Paweł, w tej informacji o charakterze porządkowym, odwołał się odwiecznej prawdy o stworzeniu, że „mężczyzna bowiem nie został stworzony dla kobiety, ale kobieta dla mężczyzny” (1 Kor 11:9), dlatego w zgromadzeniu ludu Bożego, kobiety są zobowiązane tą uległość okazywać. Zaraz w następnym zdaniu Paweł pisze, aby nie posądzano go o „męski szowinizm”, że „w Panu ani kobieta nie istnieje bez mężczyzny, ani mężczyzna bez kobiety” (1 Kor 11:11), gdyż „wszystko jest z Boga” (w. 12).

Apostoł Paweł, pisząc na temat zachowania się kobiet w czasie nabożeństwa, ze względu na konieczność zachowania porządku, radzi: „kobiety niech w czasie zgromadzeń milczą. Nie pozwala się bowiem im mówić, ale niech będą podporządkowane, jak nakazuje to również Prawo” (1 Kor 14:34). Zakładając, że każda kobieta ma męża, wobec którego winna okazywać uległość jako głowie, Paweł radzi: „A jeśli chcą się czegoś nauczyć, niech w domu pytają swoich mężów. Nie wypada przecież kobiecie przemawiać na zgromadzeniu” (w 35). Te uwagi maja raczej charakter porządkowy, wynikający ze specyfiki lokalnego zboru. Paweł używa tu słowa "lalein", które znaczy "rozmawiać", mówiąc o tym, co przystoi lub nie, kobiecie w zgromadzeniu.

Druga uwaga na temat kobiet w zgromadzeniu znajduje się w liście pasterskim Pawła. Apostoł, pisząc do Tymoteusza, któremu przekazywał dziedzictwo zwiastowania ewangelii, nakazał wprost, aby to, „co usłyszałeś ode mnie za pośrednictwem wielu świadków, to przekazuj ludziom wierzącym, którzy będą w stanie nauczać także innych” (2 Tym 2:2). Więc nie jest to już uwaga odnosząca się do lokalnego charakteru jakiejś społeczności, lecz jest to nauka skierowana do całego Kościoła, obowiązująca wierzących przez wszystkie wieki jego istnienia. Ta nauka ma być przekazywana z pokolenia na pokolenie, nie tylko do jakiegoś czasu, aż podniesie się poziom wykształcenia kobiet, jak to współcześnie niektórzy rozumieją.

W pierwszym liście Paweł pisze do Tymoteusza o fundamentalnych prawdach, na jakich buduje się prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa. Paweł poucza tu, „jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żyjącego, kolumną i fundamentem prawdy” (1 Tym 3:15). Skoro Tymoteusz ma obowiązek przekazywani tej nauki następnym pokoleniom, wierzę, że dotyczy to również nas, dlatego nie możemy niczego zmieniać ani dodawać do nauki apostolskiej. W kwestii kobiet apostoł Paweł pisze podobnie, jak do zboru w Koryncie: „Kobieta niech się uczy w cichości, w pełnej uległości. Nie pozwalam też kobiecie nauczać ani górować nad mężczyzną, lecz ma trwać w cichości” (1 Tym 2:11,12). Jak więc widzimy, ta uwaga dotycząca zachowania się kobiet w kościele, ma charakter nie tylko zwyczajowy, lecz jest nawiązaniem do fundamentalnej prawdy o stworzeniu człowieka przez Boga, jako mężczyzny i niewiasty. W tym przypadku Paweł używa słowa "didaskein", gdyż nie chodzi tu o zwykłe rozmowy "lalein", jak w liście do zboru w Koryncie. Więc chodzi tu już o służbę nauczania, przekazywania nauki i interpretowania tekstów natchnionych Pism. To polecenie Paweł uzasadnia nawiązaniem do podstawowej nauki o stworzeniu, że „nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta pogrążyła się w grzechu” (1 Tym 2:14). Na początku Biblii czytamy, że po upadku w grzech, Bóg wyznaczył pewien porządek zależności. Do kobiety rzekł: „Pomnożę bardzo cierpienia związane z twoją ciążą, w bólu będziesz rodziła dzieci, a mimo to będziesz pożądała swego męża, on zaś będzie panował nad tobą” (Rdz 3:16). Dlatego Paweł odwołuje się do tej roli, jaką Bóg wyznaczył kobiecie, mówiąc: zostanie zaś zbawiona przez rodzenie dzieci" (1 Tym 2:15). Co wcale nie oznacza, że kobiety są zbawione w inny sposób, niż mężczyźni. Paweł ma na uwadze drogę wytrwania w zbawieniu z łaski, o czym pisze prawie we wszystkich swoich listach, używając słów zachęty: jeśli tylko wytrwacie w wierze" (Kol 1:23).

Służba nauczania, "didasko", w Nowym Testamencie występuje zawsze w powiązaniu z mężczyznami. Stąd wniosek, że ani Chrystus, ani Jego naśladowcy, czyli apostołowie, nie powoływali do niej kobiet. Oczywiście, chodzi tu o służbę autorytatywnego nauczania doktryny objawionej prawdy w Kościele. Jedyny przypadek użycia słowa "didaskei" w nawiązaniu do kobiet w  kościele znajduje się w Liście do Zboru w Tiatyrze. Pan Jezus, który ma oczy jak płomień ognia" (Ap 2:18), stawia zarzut: mam przeciwko tobie to, że tolerujesz kobietę Jezabel, która nazywa siebie prorokinią i naucza, i zwodzi Moje sługi, by uprawiali nierząd i spożywali pokarmy ofiarowane bożkom" (Ap 2:20). Myślę, że nie można pominąć tego tekstu podczas rozważania możliwości wprowadzenia kobiet do służby nauczania.

Jeśli ktoś naucza inaczej i opiera się na własnych objawieniach, a nie na Słowie Bożym, jeśli podąża za trendami tego świata i głosi wyzwolenie kobiet, będąc inspirowanym przez ruch feministyczny, to daje świadectwo, że „jest już ostatnia godzina i tak, jak słyszeliście, antychryst nadchodzi, a nawet wielu antychrystów już się pojawiło. Po tym właśnie poznajemy, że jest ostatnia godzina” (1 Jn 2:18). Nauczanie niezgodne z Biblią, które nie jest oparte na niezmiennych fundamentalnych prawdach, jest inspirowane przez ducha „antychrysta, o którym słyszeliście, że nadchodzi, a nawet już jest na świecie” (1 Jn 4:3). Te słowa, ku przestrodze wszystkich pokoleń, pisze sędziwy już apostoł Jan.

Henryk Hukisz

Wednesday, April 6, 2016

Życie poczęte (18+)

 Jestem człowiekiem „starej daty”, dlatego staram się zachować pewną kulturę języka. W temacie tego rozważania umieściłem ogranicznik wiekowy, ponieważ będę pisać o macicy, waginie, plemnikach, o seksie i związanych z tym tematem zjawiskach.  Niestety, postępująca deprecjacja języka polskiego pozbawia współczesne pokolenie zachowania szacunku wobec zagadnień, jakie kiedyś traktowano z większym respektem, lub otaczano publicznym milczeniem, ze względów moralno-etycznych.

Oglądając widomości z ostatnich dni, z niesmakiem odbierałem widok plakatów z hasłami typu „Ręce precz od mojej macicy”, lub wyniesiony ponad głowy manifestujących kobiet, anatomiczny rysunek kobiecego organu rozrodczego. Publiczne domaganie się nietykalności macicy, jest zwykłym przekłamaniem, gdyż w rzeczywistości chodzi o aborcję, czyli prawo do zabijania nienarodzonych jeszcze istot ludzkich. Zastanawiające jest natomiast to, że kobiety, które tak bardzo bronią swoich macic, nie mają nic przeciw temu, aby swoje waginy używać do pozyskiwania korzyści materialnych czy też rozrywkowych. Najczęściej w tych sytuacjach powstaje później problem, co zrobić z poczętym życiem, dlatego tak bardzo bronią swojego prawa do wyboru. Prawda jest jednak taka, że te kobiety powinny korzystać z prawa do wyboru przed poczęciem, a nie dopiero po.

Nie mam zamiaru odnosić się w tym rozważaniu do głośnego obecnie tematu, jaki został znów wywołany ogłoszeniem stanowiska TK, odnośnie prawnego zakazu aborcji. Chcę jedynie poruszyć kwestię obrony życia nienarodzonego, określanego najczęściej jako życie poczęte. Nie jestem ani biologiem ani lekarzem, aby autorytatywnie wypowiadać się w tym temacie. Jestem człowiekiem biblijnie wierzącym, to znaczy, że podstawą moich przekonań jest Słowo Boże zapisane na stronicach Biblii. Nie obchodzą mnie żadne doktryny, czy postanowienia prawicowych środowisk politycznych.

Życie poczęte, w środowiskach politycznych jest wykorzystywane w walce o poglądy jedynie jako hasło. Tak naprawdę, nikt nie jest w stanie dokładnie określić momentu, od kiedy człowiek żyje biologicznie. Określenie „od poczęcia”, jest bardzo nieścisłe. Spodobało mi się hasło związane z tym tematem, że skoro życie kończy się wraz z ostatnim uderzeniem serca, to powinno uznać się jego początek od momentu pierwszego uderzenia maleńkiego jeszcze serduszka. Wiadomo, że ten moment nie następuje w chwili wniknięcia plemnika w komórkę żeńską, zwaną jajnikiem. Dzięki badaniom z wykorzystaniem aparatury medycznej stwierdzono, że w ciągu pierwszych dni rozwoju zapłodnionej już komórki, płód nie posiada jeszcze serca. Dopiero po około trzech tygodniach, coś w rodzaju pulsującej „rurki” zaczyna przejmować funkcję pompowania krwi we odrębnym organizmie. 

Oczywiście, te informacje znalazłem nie w Biblii, lecz w materiałach dotyczących powstawania życia biologicznego. Są to informacje czysto naukowe, a nie religijne. Natomiast popularne określanie czym jest życie poczęte, w środowisku teologii katolickiej opiera się na wielu nieścisłościach. Uważa się, że sam plemnik jest z natury święty, gdyż jest źródłem życia. Biblijnego Onana obwinia się o to, że dopuścił się profanacji plemników,  gdyż „wylewał na ziemię swoje nasienie, aby nie dać potomstwa bratu” (1 Moj. 38:9). Bóg pozbawił Onana życia, nie za wylewania nasienia na ziemię, lecz za nieposłuszeństwo wobec prawa wzbudzenia potomstwa dla zmarłego wcześniej brata. W nauczaniu kościoła katolickiego preferuje się całkowity zakaz stosowania środków antykoncepcyjnych, włącznie z naturalnym sposobem, jakim jest niedopuszczenie do zapłodnienia. Osobiście uważam, że stosowanie środków chemicznych jest szkodliwe dla organizmu kobiety.

Dawcą życia jest sam Bóg, gdyż czytamy w Biblii: „PAN Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, tak że człowiek stał się żywą istotą” (1 Moj. 2:7). Później, Stwóra przekazał pierwsze polecenie ludziom - „Bądźcie płodni, rozmnażajcie się i zapełniajcie ziemię” (1 Moj. 1:28). Życie jest darem świętego Boga, jest więc w swojej naturze święte. Dlatego, gdy Kain zabił swojego brata, powodowany złością, Bóg oświadczył, iż przelana krew będzie wołać o pomstwę. Co, ciekawe, że jeszcze w tym momencie Bóg nie wyznaczył równoznacznej kary za pozbawienie życia. Dopiero po wielu wiekach, gdy Bóg zobaczył, „że podłość ludzi na ziemi jest wielka i że wszystkie ich zamiary ciągle były złe” (1 Moj. 6:5), nadał prawo karania za pozbawienie życia. Noe, jedyny, który postępował sprawiedliwie, otrzymał polecenie od Boga– „Kto przelewa krew człowieka, tego krew będzie przelana przez człowieka, bo Bóg uczynił człowieka na swój obraz” (1 Moj. 9:6). W czasie, gdy Bóg rozliczał ludzi zgodnie z nadanym Prawem, stosowano karę śmierci wobec osób łamiących to przykazanie. Nie znano jeszcze Bożej łaski, według której, dzięki ofierze Chrystusa za nasze grzechy, możemy otrzymać przebaczenie.

Szóste przykazanie według Biblii, a nie katolickiej doktryny, brzmi: „Nie zabijaj” (2 Moj. 20:13). Istnieją różne interpretacje, co do znaczenia tego przykazania. Można spotykać się z tłumaczeniem, że hebrajskie słowo „תרצח” [ratsah], znaczy jedynie mordować, a nie zabijać. Można więc na przykład, nie łamiąc tego przykazania, zabijać innych na wojnie. W rzeczywistości to słowo znaczy: „zadać cios, mocno uderzyć aby zabić, zamordować”. Według Biblii, szczególnie w czasach Starego Testamentu, gdy relacje pomiędzy ludźmi w narodzie wybranym były regulowane prawem Bożym, istniało kilka pojęć określających zabójstwo. W przypadku nieumyślnego zabójstwa, sprawca mógł uciec do miasta schronienia. Bóg uwzględnił również sytuację, gdy w obronie własnej, lub swego mienia „Jeśli ktoś przyłapie złodzieja podczas włamania i śmiertelnie pobije, to nie ponosi winy za przelanie jego krwi” (2 Moj, 22:1). Jak więc widzimy, kwestia przestrzegania szóstego przykazania nie była tak jednoznaczna.

No tak, ale my żyjemy w czasie łaski. Naszym nauczycielem i interpretatorem Bożych przykazań jest Pan Jezus. On powiedział już na samym początku zwiastowania - „Słyszeliście, że powiedziano praojcom: Nie będziesz zabijał. Kto by zabił, zostanie osądzony. A Ja wam mówię: Każdy, kto by się gniewał na swego brata, zostanie osądzony, a kto by obraził swego brata, mówiąc: Raka, stanie przed trybunałem, kto by natomiast powiedział do swego brata: Ty głupcze, tego czeka ogień Gehenny” (Mat. 5:21,22). Apostoł Jan, zwany powszechnie apostołem miłości, napisał: „Każdy, kto nienawidzi swojego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie ma w sobie życia wiecznego” (1 Jan 3:15).

Fakt, że żyjemy obecnie w czasie łaski, nie znaczy, że można łamać Boże przykazania. Każde zabójstwo jest grzechem. Apostoł Paweł nauczał ludzi odrodzonych, że znakiem nowego życia jest owoc Ducha Świętego. Natomiast uczynki ciała, jak „… zabójstwa, pijaństwo, obżarstwo i tym podobne” (Gal. 5:21), są świadectwem życia tych, którzy „Królestwa Bożego nie odziedziczą”. Zabójstwo nienarodzonych, przelewanie krwi niewinnej jest szczególnie znienawidzone przez Boga. Salomon napisał: "Tych sześciu rzeczy PAN nienawidzi, a siedem budzi w Nim odrazę: wyniosłe spojrzenie, język kłamliwy, ręce, które przelewają krew niewinnych, ..." (Prz.Sal. 6:16,17).

Wybór należy do nas, dorosłych do tego, aby podejmować własne decyzje, tego nie można nakazać ani zakazać prawem. Natomiast życia poczętego jeszcze nienarodzonych, musimy bronić, gdyż samo się nie obroni. Powtórzę raz jeszcze, że wyboru należy dokonywać przed poczęciem, wówczas nie będzie konieczności wybierania pomiędzy życiem i zabójstwem.

Henryk Hukisz