Wyobraź sobie człowieka stojącego na wąskiej, skalistej grani. Po jednej stronie rozciąga się świetlista przestrzeń – obietnica pełni, zapach wieczności i pokój, który „przewyższa wszelki umysł”. To terytorium łaski, darowanej przez Chrystusa. Po drugiej stronie zieje przepaść, która nie jest pustką, lecz gęstą mgłą obietnic bez pokrycia, gwałtownych impulsów i cielesnych żądz, które krzyczą o natychmiastowe nasycenie.
Kiedy myślimy o świętości, często popełniamy błąd,
wyobrażając sobie bezpieczny zamek o grubych murach. Tymczasem autentyczne
życie duchowe to raczej ruchoma piaskownica. Świętość uzyskana z łaski nie jest
„posiadłością”, którą zamykamy w sejfie. To raczej drogocenny ogień, który
niesiemy w dłoniach podczas wichury.
Walka z cielesnym pożądaniem nie jest tu jedynie kwestią
moralnej dyscypliny czy treningu woli. To walka o tożsamość. Każda pokusa
szepcze: „Jesteś tylko ciałem, jesteś tylko głodem, musisz to mieć, by
przeżyć”. Chrześcijanin na krawędzi musi wtedy odpowiedzieć: „Jestem
dzieckiem Boga, zostałem kupiony za ogromną cenę”. Duch Święty szepcze
wewnątrz świątyni naszego ciała: „nie należycie do samych
siebie? Zostaliście bowiem nabyci za wielką cenę. Chwalcie więc Boga
w waszym ciele” (1 Kor 6:19,20). To napięcie jest wyczerpujące,
ponieważ pożądliwość uderza w najczulsze punkty – tam, gdzie nasza natura jest
najbardziej spragniona bliskości, ukojenia czy poczucia mocy.
Życie na krawędzi polega na tym, że im bliżej Boga jesteś,
tym ostrzej widzisz przepaść. Światło Chrystusa nie sprawia, że ciemność znika
z Twojego wnętrza – ono sprawia, że przestajesz ją ignorować. Życie jest
ekstremalną stawką. W przeciwieństwie do świata, który często bagatelizuje pokuszenia,
chrześcijanin traktuje je jako realną śmierć – utratę łaski uświęcającej.
Słowa Jezusa o „odcinaniu ręki” czy „wyłupywaniu oka”
wydają się wówczas jedyną opcją. Życie na krawędzi wymaga radykalnych cięć tam,
gdzie pojawia się okazja do grzechu. To stan permanentnego czuwania.
Chrześcijanin na krawędzi wie, że chwila nieuwagi, pychy lub pewności siebie,
gdy mówi: „mnie to nie dotyczy”, jest momentem, w którym najłatwiej o upadek.
Apostoł Jakub opisuje tę walkę w sposób przejrzysty, bez
cienia niedomówienia: „Każdy zaś jest doświadczany przez własną pożądliwość,
która go pociąga i nęci. Następnie pożądliwość, gdy zaowocuje, rodzi
grzech. Grzech zaś, gdy dojrzeje, rodzi śmierć” (Jk 1:14,15). To życie w
stanie nieustającego świętego niepokoju. Nie jest to lęk, który paraliżuje, ale
niepokój miłości, która boi się utracić to, co najdroższe. Chrześcijanin wie,
że wystarczy jedno „tak” powiedziane pożądaniu, by osunąć się w dół. To „tak” nie
niszczy miłości Boga do nas, ale niszczy naszą zdolność do przyjmowania tej
miłości. To tak, jakby na własne życzenie przeciąć przewód tlenowy podczas
wspinaczki wysokogórskiej.
Narracja życia na krawędzi osiąga swój punkt kulminacyjny w
momencie, gdy chrześcijanin uświadomi sobie, że nie utrzyma równowagi sam. To
wielka lekcja pokory: krawędź jest zbyt wąska dla kogoś, kto ufa tylko własnym
nogom.
Prawdziwa walka z cielesnością nie polega na zaciskaniu
zębów w samotności. Polega na rzuceniu się w ramiona Chrystusa za każdym razem,
gdy zawróci się w głowie od widoku przepaści. Świętość na krawędzi to
umiejętność natychmiastowego powrotu. Jeśli upadniesz – a życie na krawędzi
zakłada taką ewentualność ze względu na naszą kruchość – istotą nie jest
rozpacz nad upadkiem, ale szybkość, z jaką uchwycisz się wyciągniętej dłoni
Zbawiciela.
Ostatecznie to życie nie jest ucieczką przed grzechem, ale
pogonią za Miłością. Krawędź przestaje przerażać nie dlatego, że staje się
szersza, ale dlatego, że Ten, który idzie obok, jest silniejszy niż grawitacja
naszych słabości. Chrześcijanin nie ucieka od ciała dlatego, że jest ono złe,
ale dlatego, że Boga kocha bardziej. Walka z pożądliwością to ochrona relacji z
Chrystusem. Strach przed upadkiem nie jest strachem przed karą, ale strachem
przed zranieniem Miłości.
Najbardziej uderzającą cechą takiego życia jest to, że
chrześcijanin staje się najsilniejszy właśnie wtedy, gdy uznaje swoją całkowitą
niezdolność do zachowania świętości bez Boga. Apostoł Paweł poznał osobiście
ten paradoks mówiąc: „Gdy jestem słaby, wtedy jestem mocny” (2 Kor
12,10). Dzięki temu mógł zachować równowagę na krawędzi.
Henryk Hukisz

No comments:
Post a Comment
Note: Only a member of this blog may post a comment.