Sunday, September 30, 2012
Pastor bez szansy
Rowy pełne błogosławieństw
Tuesday, September 25, 2012
Kryterium sumienia
Friday, September 21, 2012
Czy Sabat jest w Niedziele?
Od początku istnienia Kościoła trwa spór o Sabat – o to,
który dzień należy święcić zgodnie z wolą Boga. Większość chrześcijaństwa
przyjęła, że to pierwszy dzień po Sabacie (niedziela) jest czasem odpoczynku,
upamiętniającym zmartwychwstanie naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa.
Ponieważ jednak pierwszymi chrześcijanami byli Izraelici, początkowo nadal
zachowywano Sabat wraz z jego licznymi, szczegółowymi przepisami.
Jeszcze przed powołaniem Kościoła Jezus kilkakrotnie
wypowiadał się na temat Sabatu, co budziło oburzenie przywódców religijnych.
Jego najważniejsza konkluzja w tej kwestii brzmi: „Sabat jest ustanowiony
dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu. Tak więc Syn Człowieczy jest Panem
również i sabatu” (Mk 2,27-28).
Niektórzy uznali, że rozwiązaniem teologicznego sporu jest
po prostu traktowanie niedzieli jako „chrześcijańskiego Sabatu”. Nic bardziej
błędnego. Obrońcy tradycyjnego Sabatu ripostują: przecież ten dzień ustanowił
Bóg na długo przed wybraniem Izraela, dając przykazanie: „Pamiętaj o dniu
sabatu, aby go święcić” (Wj 20,8). Skoro Bóg odpoczął siódmego dnia
po stworzeniu świata, my winniśmy robić to samo. Koniec dyskusji?
Niekoniecznie.
Siódmy dzień a pojęcie Sabatu
Warto wyjaśnić kilka kluczowych kwestii. Po pierwsze: co
jest ważniejsze – Pan, czy dzień, który On stworzył? Odpowiedź wydaje się
oczywista: Pan.
Przyjrzyjmy się opisowi stworzenia: „Tak zostały
ukończone niebo i ziemia oraz cały ich zastęp. I ukończył Bóg w siódmym dniu
dzieło swoje, które uczynił, i odpoczął dnia siódmego od wszelkiego dzieła,
które uczynił” (Rdz 2,1-2). Bóg pobłogosławił ten dzień i go
poświęcił (w. 3). Co istotne, w tym fragmencie nie pojawia się jeszcze
słowo „Sabat”, lecz liczebnik „siódmy”. Bóg odpoczął, bo ukończył dzieło, i nie
wrócił już do stwarzania. Jest to raczej obraz zamkniętego cyklu i „dnia
odpocznienia” niż sztywny wzór tygodnia pracy.
Nazwa „Sabat” pojawia się dopiero podczas wyjścia z Egiptu,
przy okazji zsyłania manny. Bóg uczynił wtedy cud: manna zbierana na zapas w
dni powszednie psuła się, ale ta zebrana szóstego dnia zachowywała świeżość na
dzień siódmy. Wtedy padły słowa: „Jutro będzie wypoczynek, poświęcony Panu,
dzień sabatu” (Wj 16,23). Był to szczególny znak przymierza
zawartego wyłącznie z narodem wybranym: „Synowie izraelscy będą przestrzegać
sabatu […] jako przymierze wieczne. Między mną a synami izraelskimi będzie on
znakiem na wieki” (Wj 31,16-17).
Pułapka litery Prawa
Sabat był dla Izraela znakiem tak istotnym, że jego łamanie
karano śmiercią (Lb 15,35). Czy dzisiejsi zwolennicy przestrzegania
Sabatu byliby gotowi kamienować tych, którzy go naruszają?
Historia pokazuje, że Izrael często zachowywał formę
(ofiary, święta), ale tracił treść – prawdziwą pobożność. Bóg przez proroków
upominał: „Posłuszeństwo lepsze jest niż ofiara” (1 Sm 15,22).
Przez Izajasza mówił wprost, że sabaty i uroczyste zebrania stały Mu się
obrzydłe, gdy nie szła za nimi wierność serca (Iz 1,13). Jezus, jako Pan
Sabatu, przywrócił właściwą hierarchię wartości: uzdrawiał w tym dniu i
pozwalał uczniom łuskać kłosy, pokazując, że człowiek jest ważniejszy niż
przepis.
Prawdziwe odpocznienie w Chrystusie
Chrystus przyszedł, aby zdjąć z nas ciężar, którego nikt nie
był w stanie udźwignąć – odpowiedzialność za własną świętość przed Bogiem.
Dlatego zapraszał: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i
obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mt 11,28).
Wierzę, że gdy Bóg w raju wyróżnił siódmy dzień, zapowiadał
odpocznienie, które przyniesie Jego Syn, uwalniając nas od ciężaru grzechu.
Izrael nie wszedł w pełni do tego odpocznienia z powodu niewierności, dlatego –
jak czytamy w Liście do Hebrajczyków – „pozostaje jeszcze odpocznienie dla
ludu Bożego” (Hbr 4,9). Autor zachęca: „Starajmy się tedy usilnie
wejść do owego odpocznienia” (w. 11).
To prawdziwe, wieczne ukojenie mamy w Chrystusie. Dzieło
dokonane na Golgocie wypełniło się w pełni pierwszego dnia po Sabacie, gdy
śmierć została pokonana przez zmartwychwstanie. To właśnie dlatego pierwsi
chrześcijanie gromadzili się tego dnia na łamaniu chleba, co odnotował Łukasz: „A
pierwszego dnia po sabacie, gdy się zebraliśmy na łamanie chleba” (Dz
20,7).
Podsumowanie
Starotestamentowe Sabaty wraz z ich rygorystycznymi
przepisami dla Izraela przeminęły. Dziś żyjemy w nowym przymierzu, opartym na
krwi i zmartwychwstaniu Chrystusa. Niedziela nie jest „nowym Sabatem” – jest
dniem radosnego upamiętnienia zwycięstwa nad śmiercią.
Bardzo lubię brzmienie nazwy tego dnia w języku rosyjskim: „Woskresienie”
(Zmartwychwstanie). To słowo najlepiej oddaje istotę tego dnia i wolność, jaką
mamy w Panu.
Henryk Hukisz
Thursday, September 20, 2012
Jezus czy Jeszua?
Moda, według definicji Słownika Języka Polskiego PWN, to
„zwyczaj, obyczaj przejściowy, zmienny, przeciwstawiający się dotychczasowej
tradycji w danej dziedzinie”. Istnieje moda na konkretny styl ubierania się,
fryzury, potrawy czy formy rekreacji – listę aktualnych trendów można by
ciągnąć w nieskończoność. Jak widzimy, jest to zjawisko tymczasowe, które
wypiera poprzednie wzorce. Mówimy, że coś „weszło w modę”, stało się „ostatnim
krzykiem mody” lub z niej wyszło.
Z niepokojem obserwuję pojawianie się podobnych mód w
chrześcijaństwie. Nie dotyczą one jednak ubioru, lecz samej formy pobożności.
Choć są to zjawiska przejściowe, w momencie swojego rozkwitu bywają traktowane
jak uniwersalne panaceum na brak rozwoju kościołów. Ogłasza się je jako
objawienia jedynej drogi prowadzącej do przebudzenia. Musimy jednak pamiętać,
że każda moda – także ta religijna – z natury jest chwilowa i z czasem ustępuje
miejsca kolejnym nowinkom.
Żyję na tym świecie już dość długo, a jako świadomie
wierzący chrześcijanin kroczę za Bogiem ponad pół wieku. Widziałem więc
niejedno. Chciałbym teraz zwrócić uwagę na odradzające się dziś zamiłowanie do
„mesjaństwa”. Oczywiście nie kwestionuję mesjaństwa Chrystusa – Biblia w sposób
jednoznaczny wskazuje na ten charakter Jego służby. Jezus stał się
ucieleśnieniem starotestamentowych zapowiedzi o Mesjaszu, który miał przyjść,
aby wypełnić Boże obietnice dane całej ludzkości.
Samo określenie „Mesjasz” wywodzi się od hebrajskiego
czasownika oznaczającego „pomazać” lub „namaścić”. W Starym Testamencie
odnosiło się ono do kapłanów, królów i innych osób wybranych przez Boga do
szczególnych zadań. Bezpośrednie odniesienie do Chrystusa najwyraźniej widać w
Księdze Daniela. Prorok ten otrzymał wizję chronologii Bożego planu ratunku dla
ludzi ze wszystkich narodów, a nie tylko z Izraela. Bóg wyjaśnił mu znaczenie
tej wizji słowami: „Ty zaś zastanów się i zrozum: Od wydania rozkazu,
dotyczącego powrotu i odbudowania Jerozolimy, aż do Pomazańca, Księcia, będzie
siedem tygodni i sześćdziesiąt dwa tygodnie. Na nowo zostanie odbudowany
dziedziniec i fosa, jednak będą to czasy ucisku. A po sześćdziesięciu dwóch
tygodniach Pomazaniec zostanie stracony i już go nie będzie” (Dn
9:25,26).
Ewangelista Jan wspomina pierwszych uczniów Jezusa, którzy
natychmiast rozpoznali w Nim obiecanego Wybawiciela: „Andrzej, brat Szymona
Piotra, był jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim.
Odszukał on najpierw swojego brata Szymona i powiedział do niego: Znaleźliśmy
Mesjasza – to znaczy Chrystusa” (Jn1:40,41).
Hebrajskie określenie „Mesjasz” znaczy dokładnie to samo, co
greckie „Chrystus” – czyli „Pomazaniec”. Podobne wyznanie padło przy studni w
Sychar, gdy Samarytanka powiedziała Jezusowi: „Wiem, że przyjdzie Mesjasz,
czyli Chrystus. Gdy On przyjdzie, objawi nam wszystko” (Jn 4:25).
Skoro Mesjasz znaczy to samo co Chrystus, czy używanie
hebrajskiego brzmienia jest bardziej poprawne? Absolutnie nie. Obecnie panuje
jednak moda na nazywanie Jezusa po hebrajsku: „Jeszua”, a nawet pełniej:
„Jeszua HaMaszijach”, zamiast polskiego „Jezus Chrystus”. Samo w
sobie nie jest to herezją. Niebezpieczne staje się jednak wtedy, gdy taką formę
uznaje się za jedyną właściwą, sugerując podświadomie, jakoby Chrystus nie
rozumiał modlitw w naszym ojczystym języku. Trudno bowiem inaczej interpretować
usilne nakłanianie do stosowania hebrajskich terminów.
Zwolennicy tego trendu uważają się za „bardziej biblijnych”
nie tylko ze względu na nazewnictwo, ale również przez kopiowanie
starotestamentowych, żydowskich zwyczajów. Przypomina mi to moją wizytę w
jednym z kościołów chrześcijan mesjańskich w Jerozolimie. Podczas nabożeństwa
biegano z flagami wokół sali, co uzupełniano specyficznymi pląsami. Wyglądało
to dość osobliwie – organizatorzy zgromadzenia w centrum Jerozolimy próbowali
pokazać rodowitym Żydom, jak rzekomo należy „po żydowsku” wielbić Boga.
Gdy widzę próby przenoszenia tych wzorców na grunt polski,
zastanawiam się, czy entuzjaści określenia „Jeszua HaMaszijach” znają
Nowy Testament. Kościół jest dziełem Jezusa Chrystusa; jest Jego Ciałem,
wspólnym dla wszystkich wierzących. Na początku chrześcijaństwa istniał wyraźny
podział na judeochrześcijan oraz wierzących wywodzących się z pogan (Greków).
Jednak Apostoł Paweł pisał do ówczesnych wiernych: „Teraz zaś w Chrystusie
Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, znaleźliście się blisko przez krew
Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem. On, który w jedno połączył jednych i
drugich, i zburzył w swoim ciele dzielący ich mur wrogości – Prawo przykazań w
postanowieniach, które uznał za bezużyteczne, aby z obu stworzyć w sobie
jednego nowego człowieka, wprowadzając pokój, i ponownie jednych i drugich
pojednać z Bogiem w jednym ciele przez krzyż, w sobie samym zadając śmierć
wrogości” (Ef 2:13-16).
Nie ma już podziałów, nie ma potrzeby celebrowania świąt i
obyczajów, które były jedynie „cieniem”. Paweł, pisząc do Kolosan, wyjaśnił, że
nie musimy wracać do tego, co przeminęło, ponieważ: „to wszystko jest
cieniem rzeczy, które mają nastąpić, rzeczywistością zaś jest Chrystus” (Kol
2:17). Skoro mamy dostęp do Rzeczywistości, którą jest Chrystus, powracanie
do cieni jest nietaktem wobec Niego. Warto przy tym zauważyć, że sam Paweł –
choć był Hebrajczykiem – pisząc do Greków, nie używał terminu „HaMaszijach”,
lecz greckiego „Christos”. Dlaczego więc my, Polacy, mielibyśmy
rezygnować z naszego „Chrystusa”?
Uważam, że ta moda to nic innego jak próba ponownego
wznoszenia muru, który w Chrystusie został zburzony. To coś poważniejszego niż
niewinna zmiana słownictwa – to brak posłuszeństwa wobec Bożego Słowa i dzieła,
którego Jezus dokonał na krzyżu. W Bożym Królestwie jesteśmy już jednym ludem.
Apostoł Piotr ujął to słowami: „Wy jednak jesteście potomstwem wybranym,
królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem wykupionym, abyście opowiadali o
cnotach Tego, który was wezwał z ciemności do swojej niezwykłej światłości”
(1 Ptr 2:9).
O Jezusie powiedziano, że jest „światłością prawdziwą,
która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (Jn 1:9).
Powrót do cieni jest ruchem w przeciwnym kierunku. Naszym celem jest chodzenie
w światłości, zgodnie z obietnicą: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie
za Mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość życia” (Jn
8:12).
Wolność w Chrystusie to także wolność od systemów, które nie
były w stanie wyzwolić człowieka z niewoli grzechu. Paweł pisał o wolności w
Duchu Świętym: „To bowiem, czego Prawo nie mogło dokonać, ponieważ było
osłabione przez ciało, tego dokonał Bóg, gdy posłał swojego Syna w postaci
grzesznego ciała i z powodu grzechu potępił grzech w ciele” (Rz 8:3).
Uporczywe wypełnianie nakazów Zakonu i kopiowanie starych
rytuałów jest w istocie powrotem do niewoli ciała.







