Sunday, September 30, 2012

Pastor bez szansy

Wiadomo, że na urząd pastora wybiera się najlepszego z najlepszych. Od duszpasterza wymaga się kwalifikacji, jakich nie można nabyć w żadnej szkole, nawet termionowanie u dobrych kaznodziejów nie zawsze jest pomocne.
Dlaczego stawiane są tak wielkie wymagania?
Chyba dlatego, że pastorowi powierzone są losy innych ludzi. Od jego nauczania i troski o dusze wiernych często zależy ich życie i przyszłość, a nawet wieczność.
Niedawno zastanawiałem się nad tym, czy zawsze znajduje się odpowiedniego kandydata do tej służby. Czy można z góry przewidzieć, jakim kwalifikacjom powinien odpowiadać ten najwłaściwszy spośród wielu, jakich bierze sie pod uwagę.
Pamiętam, gdy ukończyłem studia teologiczne, i chociaż wiedziałem, że absolutorium ChAT-u nie jest głównym argumentem wskazującym na przydatność do tej służby, zastanawiałem się nad swoją przyszłością w Kościele.
Znalazłem wówczas w jakimś chrześcijańskim czasopiśmie artykuł na temat poszukiwań odpowiedniego kandydata na pastora. W Nowym Testamencie znajdujemy dwa zestawienia kwalifikacji na urząd starszego, lub prezbitera, który może pełnić również służbę duszpasterza, popularnie zwanego „pastorem” - 1 Tym. 3:1-13, oraz Tyt. 2:2-7. Gdy dobrze przyjrzymy się tym kwalifikacjom, to można przerazić się tak wysokimi wymaganiami i dojść do przekonania, że w normalnych ziemskich warunkach, jest to niemożliwe. Bo gdzie dzisiaj można znaleźć ludzi nienagannych, umiarkowanych, gościnnych, nie swarliwych i do tego, mających dzieci wychowane według oczekiwań wszystkich zborowników?
Powracając do wspomnianego artykułu, przedstawiam poniżej jego fragment, do osobistej refleksji nad tym trudnym zagadnieniem.
„Pewien zbór poszukiwał nowego pastora. Ponieważ traktowano tę sprawę poważnie, zadano sobie wiele trudu, aby wybrać właściwą osobę na ten urząd. Jedno było pewne, ma to być lepszy duszpasterz od dotychczasowego. Dlatego podjęto szczególne środki ostrożności przy sprawdzaniu kwalifikacji zgłaszających się kandydatów.
Jeden z pastorów sąsiedniego zboru postanowił sprawdzić, jakiego kaznodzieję chcą powołać do służby w tym zborze. W związku z tym, wysłał swoją ofertę, którą odczytano na najbliższym posiedzeniu Rady Starszych. Oto treść tej oferty:
„Bracia i Siostry.
Słyszałem, że poszukujecie nowego pastora i tym się zainteresowałem. Posiadam pewne kwalifikacje, które z pewnością właściwie ocenicie. Dana jest mi łaska głosić Słowo Boże w mocy i mam pewne sukcesy na polu literackim. Wszyscy twierdzą, że jestem dobrym organizatorem. Istotnie, miałem dużo powodzenia w prowadzeniu zborów w wielu miastach. Są jednak ludzie, którzy maja mi coś do zarzucenia.
Mam już podan 50 lat i nigdy nie byłem dłużej w jednym zborze niż 3 lata. Niektóre z nich musiałem opuścić po spowodowaniu niepokojów. Jeśli mam być szczerym, to muszę wyznać, że byłem kilka razy w więzieniu, ale nie dlatego, że zrobiłem coś złego. Moje zdrowie pozostawia wiele do życzenia, ponieważ dużo pracowałem fizycznie i zarobkowo.
Zbory, którym służyłem były niewielkie, chociaż znajdowały się w dużych miastach. W niektórych z nich miałem trudności z przywódcami innych wyznań. Kilkakrotnie stawiano mnie przed sądami, a nawet zostałem dotkliwie pobity.
W sprawach administracyjnych nie stoję najlepiej. Zdarza mi się, że zapominam nawet kogo ochrzciłem.
Mimo wszystko, gdybym mógł być wam pomocny, gotów jestem służyć waszemu zborowi z całym oddaniem i poświęceniem, nawet jeśli musiałbym pracować na własne utrzymanie.”
Po odczytaniu tej oferty, zapanowało milczenie. Ktoś cicho zapytał, czy nie należałoby uwzględnić tej propozycji. Inni oburzeni powiedzieli: Jak to? Przecież nie możemy zajmować się ofertą człowieka chorego, kłótliwego, niespokojnego i o słabej pamięci. Niektórzy czuli się nawet dotknięci tym, że taki kandydat miał odwagę złożyć im swoją propozycję.
Wówczas ktoś nieśmiało zapytał o nazwisko tego kandydata.
Pod ofertą widniał podpis – Apostoł Paweł."
Czytając niedawno Dzieje Apostolskie, zacząłem zastanawiać się nad tym, jakim duszpasterzem byłby dzisiaj apostoł Paweł. Obawiam się, że w wielu zborach nie miałby szansy na wybór na urząd pastora, ponieważ w demokratycznych wyborach, większość głosujących nie oddałaby na niego swego głosu. No bo jak można powierzyć nauczanie i duchową opiekę człowiekowi, który ma na swoim koncie tyle porażek.
Rozmyślałem o spotkaniu Pawła ze starszymi ze zboru efeskiego w Milecie. Apostoł przyznał, że służył zborowi w Efezie z pokorą przez trzy lata wśród łez i doświadczeń. Pomimo zasadzek ze strony przeciwników ewangelii, jak sam powiedział: „nie uchylałem się od zwiastowania wam wszystkiego, co pożyteczne, od nauczania was publicznie i po domach, wzywając zarówno Żydów, jak i Greków do upamiętania się przed Bogiem i do wiary w Pana naszego, Jezusa.” (DzAp. 20:20,21) Paweł poświęcił wiele uwagi kładąc podwaliny tego zboru, powiedział też, że nie jest winien niczyjej krwi, gdyż, jak oświadczył „nie uchylałem się bowiem od zwiastowania wam całej woli Bożej.” (w. 27) Apostoł nie należał do tych, którzy nauczają to, co łechce uszy słuchaczy.
Sądząc z treści późnejszego listu apostoła Pawła do tego zboru, gdzie znjadujemy bardzo istotne nauczanie na temat zboru, jego struktury i funkcjonowania, ten lokalny kościół miał podane wszystko, co było potrzebne dla normalnego funkcjonowania. Któż dzisiaj nie chciałby, aby w jego zborze sam Apostoł Paweł nauczał na seminarium na temat Kościoła. A jednak, Paweł przewidział, że „że po odejściu moim wejdą między was wilki drapieżne, nie oszczędzając trzody, nawet spomiędzy was samych powstaną mężowie, mówiący rzeczy przewrotne, aby uczniów pociągnąć za sobą.” (DzAp. 20:29,30)  
Rozumiem, gdyby nie było zdrowego nauczania, gdyby zbór został założony bez solidnego fundamentu apostolskiego, to wówczas byłoby możliwe, że jakiś samozwańczy przywódca, o jakim pisał Jan, że „lubi odgrywać ... kierowniczą rolę.” (3 Jan 9), miałby szansę pociągnąć za sobą. Ale tam, gdzie nauczał sam aposotoł Paweł? Jednak było również możliwe, aby i tam pojawiły się „drapieżne wilki”?
Nie sądzę, aby Paweł nie dopełnił czegoś w swojej trosce o ten zbór. Myślę, że zagubiono dzisiaj prawdziwą istotę Kościoła, jakim jest Ciało Chrystusa. Zamiast tego, buduje się coś w rodzaju klubu kierowanego ludzkimi regułami, aby podobał się większości, zamiast Głowie. Dlatego w takim „kościele” apostoł Paweł nie miałby żadnej szansy zostać pastorem.
Henryk Hukisz

Rowy pełne błogosławieństw

Gdy znjadujemy się na pustyni, nie ma wówczas większego błogosławieństwa, jak woda. Pamiętam, gdy w czasie pobytu w Izraelu wybieraliśmy się na całodniową wycieczkę z Jerozolimy do Jerycha lub nad Morze Martwe, przewodnik przypominał głównie o jednym, aby nie zapomnieć o butelce z wodą.
Pewnego razu, prawie trzy tysiące lat temu, gdy w Izraelu panował Jehoram, syn Achaba, podległy mu król Maobu Mesza, wymówił posłuszeństwo i przestał płacić daninę w postaci stu tysięcy owiec i wełnę, z podobnej ilości baranów. Najprostszym rozwiązaniem w tamtych czasach, była wyprawa wojenna przeciwko buntownikom, a gdy brakowało przewagi, tworzono koalicję z sąsiadami. W tym wypadku, przeciwko moabitom stanęło trzech króli ze swoimi wojskami - Jehoram, Jechoszafat, król judzki i król edomski. Według opisu biblijnego, przyjęto strategię zaskoczenia przeciwnika od tyłu, gdyż postanowiono pójść przez pustynię edomską, która znajduje się z południowej strony Moabu. Lecz, jak czytamy, „po siedmiu dniach drogi zabrakło wody dla wojska i bydła, które ciągnęło za nimi” (2 Król. 3:9), co w tej sytuacji należało rozumieć jako zapowiedź klęski.
Jehoram, król Izraela wpadł w panikę, czemu można się nie dziwić. Pomimo zburzenia posągów Baala, jaki zostawili mu w dziedzictwie jego ojciec i matka, nadal „brnął w grzechach, do których przywiódł Izraela Jeroboam, syn Nebata, i od nich nie odstąpił.” (2 Król. 3:3) Jechoszafat natomiast, król Judy, znał Boga i wiedział o istnieniu Elizeusza, Bożego proroka, mającego opinię, że „prawdziwie jest z nim słowo Pana.” (w. 12). Postanowiono więc zapytać się o wskazówki u Boga za pośrednictwem tego proroka. Elizeusz zdziwiony, że ten bezbożny król szuka rady Pana, zamiast u swoich odstępczych proroków, lecz ze względu na obecność Jechoszafata, postanowił szukać odpowiedzi u Boga. Po chwili uwielbiania Pana przy dźwiękach lutni, rzekł: „Tak mówi Pan: Wykopcie w tej dolinie rów przy rowie.” (w. 16) 
Rowy na pustyni, z dala od morza, to brzmi jak żart, lecz u Boga wszystko jest możliwe. Pełna odpowiedź brzmiała: „Nie poczujecie wiatru ani nie ujrzycie deszczu, a jednak dolina ta napełni się wodą tak, iż pić będziecie wy i wasze stada, i wasze bydło.” (w. 17). Aby nie było wątpliwości, że Bóg uczyni więcej, niż można byłoby sie spodziewać, Elizeusz zapowiada pełne zwycięstwo – „wyda też Moabitów w wasze ręce.” (w. 18)
Osobiście bardzo lubię ten obraz - pustynia przeorana wielką ilością rowów, oczekująca na wypełnienie ich orzeźwiającą wodą, prosto z Bożego źródła. Woda na pustyni jest znakiem pełni błogosławieństw, jakich oczekujemy od Pana, szczególnie w sytuacjach trudnych, gdy jest nam ciężko, gdy nie wiemy, jak potoczą się ważne dla nas sprawy.
Wiem, że dobrze znamy wiele Bożych obietnic, chociażby te z księgi Izajasza – „Nie bój się, bom Ja z tobą, nie lękaj się, bom Ja Bogiem twoim! Wzmocnię cię, a dam ci pomoc, podeprę cię prawicą sprawiedliwości swojej.” (Izaj. 41:10) Albo „Bo Ja, Pan, jestem twoim Bogiem, który cię ująłem za twoją prawicę i który mówię do ciebie: Nie bój się, Ja cię wspomogę!” (w. 13) Czy też „Ja jestem Bogiem i nadal nim będę, a nie ma nikogo, kto by mógł wyrwać z mojej ręki. Gdy ja coś czynię, któż to zmieni?” (Izaj. 43:13)  Mając te, i wiele innych obietnic, możemy śmiało iść nawet przez największą pustynię, która na słowo Pana może zamienić się w najpiękniejszy ogród pełen kwiatów.
Lecz rowy z zapowiedzi Elizeusza, jakie musieli wpierw wykopać wojownicy idący do boju, mają również wielkie znaczenie. Bóg mógłby zamienić niejedną pustynię w morze wypełnione rybami i otoczone zielonymi oazami. Lecz On jednak oczekuje od ludzi, którym chce błogosławić, aby „wykopali rowy”, które staną się kanałami Bożego błogosławieństwa. Czym więc mogą być te rowy?
Wierzę, że są to Boże prawa, przepisy i przykazania, jakie zostały nam dane. Wykopanie rowów jest uznaniem tych praw i przykazań, a przede wszystkim, jest to zupełne posłuszeństwo w zastosowaniu ich w naszym życiu.
Gdy izraelici wędrowali przez pustynne tereny, zanim mogli wejść do ziemi „mlekiem i miodem opływającej”, otrzymali Boże przykazania. Pan ukazał im wyraźny obraz tej ziemi, a raczej życia w niej - „Ziemia, do której się przeprawiacie, aby ją posiąść, to ziemia gór i dolin, zraszana z nieba wodą deszczu. Jest to ziemia, o którą Pan, Bóg twój, się troszczy. Stale spoczywają na niej oczy Pana, Boga twego, od początku roku do końca roku.” (5 Moj. 11:11,12)  Lecz Bóg nigdzie nie obiecał, że te błogosławieństwa mają zagwarantowane automatycznie, że nie muszą nic robić, aby je uzyskać. Mówiąc językiem Elizeusza, będa musieli kopać rowy, aby te błogosławieństwa mogły do nich spłynąć.
Mojżesz, gdy podał wszystkie przykazania, jakie Bóg mu podyktował, powiedział jasno: „A zatem, jeżeli słuchać będziecie moich przykazań, które Ja wam dziś daję, miłując Pana, Boga waszego, i służąc mu z całego serca swego i z całej swojej duszy, to On będzie spuszczał deszcz na waszą ziemię we właściwym czasie: jesienny i wiosenny, a ty będziesz zbierał swoje zboże, swój moszcz i swoją oliwę; on też będzie dawał na twoich polach trawę dla twego bydła, a ty będziesz jadał do syta.” (5 Moj. 11:13-15)
Aby nie było wątpliwości, apostoł Jakub wyjaśnia nam, że nie chodzi jedynie o słuchanie Bożych przykazań - „A bądźcie wykonawcami Słowa, a nie tylko słuchaczami, oszukującymi samych siebie.” (Jak. 1:22)
Niestety, obawiam się, że obecnie wielu wierzących oszukuje siebie samych, gdyż uważa, że błogosławieństwa należą im się tylko dlatego, że są wierzącymi. To tak, jak gdyby wychodząc w chłodny wilgotny wieczór z ciepłego mieszkania, nie zadbalibyśmy o odpowiedni ubiór, lecz liczyli na to, że nie przeziębimy się jedynie dlatego, że znamy obietnicę ochrony przed zarazami egipskimi. No bo przecież znamy obietnicę: „żadną chorobą, którą dotknąłem Egipt, nie dotknę ciebie, bom Ja, Pan, twój lekarz.” (2 Moj. 15:26) Zwróćmy jednak uwagę, że ta wspaniała obietnica rozpoczyna się słowami: „Jeżeli pilnie słuchać będziesz głosu Pana, Boga twego, i czynić będziesz to, co prawe w oczach jego, i jeżeli zważać będziesz na przykazania jego, i strzec będziesz wszystkich przepisów jego.”
Jeśli nawet sumienie nas nie ostrzega przed brakiem błogosławieństwa z powodu nie przestrzegania Jego przykazań i przepisów, to nasza pustynia pozostanie nadal pustynią. Jak powiedziałem poprzednio, sumienie można wytrenować odpowiednio do własnych potrzeb. Lecz czy w takiej sytuacji Boże Słowo jest ważniejsze od tego, co my uważamy za właściwe?
Boże błogosławieństwo może spłynąć rowami, jakie wykopiemy naszym posłuszeństwem wobec Jego Słowa.
Henryk Hukisz

Tuesday, September 25, 2012

Kryterium sumienia

Już wcześniej pisałem o naszym sumieniu, i wówczas zaznaczyłem, że jest to dość kontrowersyjny temat i wymaga obszerniejszej prezentacji. Postanowiłem powrócić do tej kwestii, gdyż uważam, że sumienie, w jakie zostaliśmy wyposażeni, odgrywa istotną rolę w naszym życiu. Nasze sumienie pomaga nam w podejmowaniu różnych decyzji, od moralnych do dogmatycznych włącznie. Dzięki sumieniu unikamy wielu sytuacji, aby zachować w czystości swoje serce. Sumienie nie pozwala nam ulegać namowom różnych nauczycieli, którzy za wszelką cenę chcą nas przekonać do swoich poglądów. Kierując się sumieniem, stosujemy kryterium prawdy, lecz niestety, nie zawsze jest to ta jedyna Prawda.
Za kryterium przyjmujemy jakiś miernik, który służy za podstawę oceny konkretnej sytuacji. Dlatego musimy wpierw uporać się z pojęciem, co uważamy za kryterium, które przyjmujemy za fundament naszego sumienia. Odpowiedź jest jedna – jest nią Prawda, jedyna jaką możemy znaleźć w tym świecie, teraz i przez wszystkie wieki, a jest nią Słowo Boże. Znajdujemy je w Biblii, którą uznajemy za jedyne natchnione źródło Bożego objawienia.
Z pewnością zauważyliśmy, że odwołując się do sumienia, spotykamy się często z odmienną opinią innych osób, które też odwołują się do swojego sumienia. Zastanawiamy się wówczas, kto ma rację, skoro każda strona powołuje się na obiektywne kryterium, zgodnie ze swoim sumieniem. Czy sumienie może być obiektywnym miernikiem opiniotwórczym?
Niestety, w dzisiejszym świecie podzielonym przez różne światopoglądy, nawet w świecie chrześcijańskim, trudno jest jednoznacznie to uznać. Każda grupa wyznaniowa, mam na uwadze przede wszystkim chrześcijańską, uważa się za jedyną ortodoksyjną spadkobierczynię interpretacji Pisma Świętego. Dla jednych, jedynym powszechnym kościołem jest ten, który jest zbudowany na opoce, którą jest Piotr, dla drugich natomiast, jedyną Opoką jest Chrystus, i dla nich powszechność kościoła oceniana jest według innego kryterium. Jedni i drudzy będą odnosić się do konkretnych wersetów biblijnych, broniąc zupełnie przeciwnych dogmatów. Jak więc widzimy, istnieje trudność w zastosowaniu właściwego kryterium, którym powinna być Prawda objawiona w Biblii.
Podobnie dzieje się w kwestii naszych sumień. Dochodzi często do spornych sytuacji, gdy każda ze stron broni swego sumienia, powołując się na to, co jest napisane w Biblii. Pojawia się tutaj różnica w interpretowaniu Słowa Bożego, a nie w nim samym. Osobiście uważam, i zawsze miałem takie zdanie, że Biblia, zawiera Słowo Boże, w którym nie ma sprzeczności. W związku z tym, nigdy nie może dojść do tego, że dwie osoby będą miały odmienne zdania, opierając się na Słowie Bożym. Jeśli dochodzi do różnic, to jedynie w sposobie interpretowania tego samego wersetu. Kto wówczas może być właściwym sędzią tego, która interpretacja jest poprawna? Największą przeszkodą w uznaniu prawidłowej interpretacji Słowa Bożego jest pycha, uważanie siebie za ważniejszego niż Biblia. Niestety, taka postawa prowadzi do podziałów, do niszczenia Bożej budowli, jaką jest Ciało Chrystusa.
Apostoł Paweł, któremu Bóg wyznaczył zadanie spisania nauki Kościoła, jaka została nam podana na stronicach Nowego Testamentu, uczynił to w mądrości pochodzącej z góry. Paweł pisał o tym, gdy przedstawiał dla wierzących w Efezie podstawy budowania zboru – „bo zapewne słyszeliście o darze łaski Bożej, która mi została dana dla waszego dobra, że przez objawienie została mi odsłonięta tajemnica, jak to powyżej krótko opisałem.” (Efez. 3:2,3) Widzimy więc, że odsłanianie Bożej tajemnicy jest darem łaski dla dobra wierzących. Z tego faktu wynika jasno, że przyjmowanie tego objawienia jest błogosławieństwem dla wierzących, powinniśmy więc przyjąć je tak, jak zostało podane. Błędem jest poddawanie dodatkowym interpretacjom tego, co zostało nam dane, ponieważ w ten sposób rzeczywisty obraz Prawdy, zostaje zaciemniony lub całkowicie przekręcony. Biblii ma to do siebie, że sama wyjaśnia swoją treść zgodnie z Bożym zamierzeniem.
Apostoł Piotr, ustosunkowując się do błędnych nauk na temat powtórnego przyjścia Chrystusa, wskazał na niebezpieczeństwo poddawaniu interpretacji tego, co zostało podane jako Boże objawienie. Nieprawidłowa interpretacja była dziełem ludzi, którzy sądzili, że lepiej wiedzą, jak należy rozumieć przyjście Pana. Za podstawę swojej interpretacji przyjmowali analizę aktualnej sytuacji, gdyż mówili: „odkąd bowiem zasnęli ojcowie, wszystko tak trwa, jak było od początku stworzenia.” (2 Ptr. 3:4)   Piotr uznawał, że to co Paweł napisał, jest Prawdą nie podlegającą dowolnej interpretacji, ponieważ została podana w Bożej mądrości – „jak i umiłowany brat nasz, Paweł, w mądrości, która mu jest dana, pisał do was.” (w. 15) Lecz, ludzie zamiast przyjmować z wiarą, to co zostało im podane, chcieli za wszelką cenę poddać analizie rozumu i uczynić przedmiotem interpretacji różnych nauczycieli. Piotr ujawnił ich prawdziwe oblicza, pisząc, że są to „ludzie niewykształceni i niezbyt umocnieni przekręcają ku swej własnej zgubie.” (w. 16)
Jednakowoż, wiele osób woli pozostać przy swoim własnym zrozumieniu, powołując się na swoje sumienie. Czy rzeczywiście można uważać swoje sumienie za właściwe kryterium oceny, gdy chodzi o Bożą Prawdę, która nie może podlegać dowolnej interpretacji? Spotkałem się tutaj, gdzie istnieje zjawisko nielegalnej imigracji z sytuacją, że nauka apostolska o uległości wobec ustanowionej przez Boga władzy, powinna być interpretowana inaczej, niż w pozostałych krajach. A przecież właśnie w związku z podporządkowaniem się władzy, Paweł napisał: „przeto trzeba jej się poddawać, nie tylko z obawy przed gniewem, lecz także ze względu na sumienie.” (Rzym. 13:5) Osoby, uważające się za ewangelicznie wierzące, nie tylko łamią prawo ustanowione przez tę władzę, pozostając bez ważnych dokumentów, lecz muszą później podawać się za „rezydentów” tego kraju, nie posiadając takiego statusu. Według mnie jest to sytuacja, w której powoływanie się na sumienie, zostaje poddane manipulacji. Mówiąc inaczej, sumienie zostało ukształtowane odpowiednio do własnych potrzeb, aby „zgodnie z sumieniem” robić to, co jest niezgodne z Prawdą. A przecież, biblijna Prawda jest jednakowa dla wszystkich wierzących.
Ponieważ żyjemy w czasie tzw. prawdy względnej, musimy uważać na to, jak reaguje nasze sumienie na Prawdę absolutną. Tym bardziej, że naszym przeciwnikiem jest „mistrz w oszukiwaniu”, diabeł, który potrafi podać nam swoje „prawdy” sprytnie ubrane w wersety biblijne tak, że nawet się nie zorientujemy, iż zostaliśmy zwiedzeni.
Apostoł Paweł zostawił nam świadectwo posługiwania się swoim sumieniem, które zachowywał w czystości. Dzięki temu, mógł powiedzieć: „Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, a poświadcza mi to sumienie moje w Duchu Świętym.” (Rzym. 9:1) Jedynie sumienie oczyszczone krwią Baranka Bożego i zachowane w tym stanie, może stać się instrumentem Ducha Świętego, Ducha Prawdy. Gdy jest brak tej czystości, sumienie może być narzędziem odwiedzenia od Prawdy.
Samson, starotestamentowy bohater stracił stopniowo tę czujność sumienia i gdy pomyślał sobie: „wyrwę się, jak za każdym razem dotąd i otrząsnę się”, lecz niestety, jego sumienie nie powiedziało mu, że „Pan odstąpił od niego.” (Sędz. 16:20)
Apostoł Paweł ostrzegał wierzących przed utratą czystości sumienia, bez której staje się ono mało przydatne, a wręcz niebezpieczne. „Dla czystych wszystko jest czyste, a dla pokalanych i niewierzących nic nie jest czyste, ale pokalane są zarówno ich umysł, jak i sumienie.” (Tyt. 1:15)
Módlmy się, abyśmy zawsze mieli przekonanie, „że mamy czyste sumienie, gdyż chcemy we wszystkim dobrze postępować.” (Hebr. 13:18)
Henryk Hukisz

Friday, September 21, 2012

Czy Sabat jest w Niedziele?

Od początku istnienia Kościoła trwa spór o Sabat – o to, który dzień należy święcić zgodnie z wolą Boga. Większość chrześcijaństwa przyjęła, że to pierwszy dzień po Sabacie (niedziela) jest czasem odpoczynku, upamiętniającym zmartwychwstanie naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Ponieważ jednak pierwszymi chrześcijanami byli Izraelici, początkowo nadal zachowywano Sabat wraz z jego licznymi, szczegółowymi przepisami.

Jeszcze przed powołaniem Kościoła Jezus kilkakrotnie wypowiadał się na temat Sabatu, co budziło oburzenie przywódców religijnych. Jego najważniejsza konkluzja w tej kwestii brzmi: „Sabat jest ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu. Tak więc Syn Człowieczy jest Panem również i sabatu” (Mk 2,27-28).

Niektórzy uznali, że rozwiązaniem teologicznego sporu jest po prostu traktowanie niedzieli jako „chrześcijańskiego Sabatu”. Nic bardziej błędnego. Obrońcy tradycyjnego Sabatu ripostują: przecież ten dzień ustanowił Bóg na długo przed wybraniem Izraela, dając przykazanie: „Pamiętaj o dniu sabatu, aby go święcić” (Wj 20,8). Skoro Bóg odpoczął siódmego dnia po stworzeniu świata, my winniśmy robić to samo. Koniec dyskusji? Niekoniecznie.

Siódmy dzień a pojęcie Sabatu

Warto wyjaśnić kilka kluczowych kwestii. Po pierwsze: co jest ważniejsze – Pan, czy dzień, który On stworzył? Odpowiedź wydaje się oczywista: Pan.

Przyjrzyjmy się opisowi stworzenia: „Tak zostały ukończone niebo i ziemia oraz cały ich zastęp. I ukończył Bóg w siódmym dniu dzieło swoje, które uczynił, i odpoczął dnia siódmego od wszelkiego dzieła, które uczynił” (Rdz 2,1-2). Bóg pobłogosławił ten dzień i go poświęcił (w. 3). Co istotne, w tym fragmencie nie pojawia się jeszcze słowo „Sabat”, lecz liczebnik „siódmy”. Bóg odpoczął, bo ukończył dzieło, i nie wrócił już do stwarzania. Jest to raczej obraz zamkniętego cyklu i „dnia odpocznienia” niż sztywny wzór tygodnia pracy.

Nazwa „Sabat” pojawia się dopiero podczas wyjścia z Egiptu, przy okazji zsyłania manny. Bóg uczynił wtedy cud: manna zbierana na zapas w dni powszednie psuła się, ale ta zebrana szóstego dnia zachowywała świeżość na dzień siódmy. Wtedy padły słowa: „Jutro będzie wypoczynek, poświęcony Panu, dzień sabatu” (Wj 16,23). Był to szczególny znak przymierza zawartego wyłącznie z narodem wybranym: „Synowie izraelscy będą przestrzegać sabatu […] jako przymierze wieczne. Między mną a synami izraelskimi będzie on znakiem na wieki” (Wj 31,16-17).

Pułapka litery Prawa

Sabat był dla Izraela znakiem tak istotnym, że jego łamanie karano śmiercią (Lb 15,35). Czy dzisiejsi zwolennicy przestrzegania Sabatu byliby gotowi kamienować tych, którzy go naruszają?

Historia pokazuje, że Izrael często zachowywał formę (ofiary, święta), ale tracił treść – prawdziwą pobożność. Bóg przez proroków upominał: „Posłuszeństwo lepsze jest niż ofiara” (1 Sm 15,22). Przez Izajasza mówił wprost, że sabaty i uroczyste zebrania stały Mu się obrzydłe, gdy nie szła za nimi wierność serca (Iz 1,13). Jezus, jako Pan Sabatu, przywrócił właściwą hierarchię wartości: uzdrawiał w tym dniu i pozwalał uczniom łuskać kłosy, pokazując, że człowiek jest ważniejszy niż przepis.

Prawdziwe odpocznienie w Chrystusie

Chrystus przyszedł, aby zdjąć z nas ciężar, którego nikt nie był w stanie udźwignąć – odpowiedzialność za własną świętość przed Bogiem. Dlatego zapraszał: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mt 11,28).

Wierzę, że gdy Bóg w raju wyróżnił siódmy dzień, zapowiadał odpocznienie, które przyniesie Jego Syn, uwalniając nas od ciężaru grzechu. Izrael nie wszedł w pełni do tego odpocznienia z powodu niewierności, dlatego – jak czytamy w Liście do Hebrajczyków – „pozostaje jeszcze odpocznienie dla ludu Bożego” (Hbr 4,9). Autor zachęca: „Starajmy się tedy usilnie wejść do owego odpocznienia” (w. 11).

To prawdziwe, wieczne ukojenie mamy w Chrystusie. Dzieło dokonane na Golgocie wypełniło się w pełni pierwszego dnia po Sabacie, gdy śmierć została pokonana przez zmartwychwstanie. To właśnie dlatego pierwsi chrześcijanie gromadzili się tego dnia na łamaniu chleba, co odnotował Łukasz: „A pierwszego dnia po sabacie, gdy się zebraliśmy na łamanie chleba” (Dz 20,7).

Podsumowanie

Starotestamentowe Sabaty wraz z ich rygorystycznymi przepisami dla Izraela przeminęły. Dziś żyjemy w nowym przymierzu, opartym na krwi i zmartwychwstaniu Chrystusa. Niedziela nie jest „nowym Sabatem” – jest dniem radosnego upamiętnienia zwycięstwa nad śmiercią.

Bardzo lubię brzmienie nazwy tego dnia w języku rosyjskim: „Woskresienie” (Zmartwychwstanie). To słowo najlepiej oddaje istotę tego dnia i wolność, jaką mamy w Panu.

Henryk Hukisz

Thursday, September 20, 2012

Jezus czy Jeszua?

Moda, według definicji Słownika Języka Polskiego PWN, to „zwyczaj, obyczaj przejściowy, zmienny, przeciwstawiający się dotychczasowej tradycji w danej dziedzinie”. Istnieje moda na konkretny styl ubierania się, fryzury, potrawy czy formy rekreacji – listę aktualnych trendów można by ciągnąć w nieskończoność. Jak widzimy, jest to zjawisko tymczasowe, które wypiera poprzednie wzorce. Mówimy, że coś „weszło w modę”, stało się „ostatnim krzykiem mody” lub z niej wyszło.

Z niepokojem obserwuję pojawianie się podobnych mód w chrześcijaństwie. Nie dotyczą one jednak ubioru, lecz samej formy pobożności. Choć są to zjawiska przejściowe, w momencie swojego rozkwitu bywają traktowane jak uniwersalne panaceum na brak rozwoju kościołów. Ogłasza się je jako objawienia jedynej drogi prowadzącej do przebudzenia. Musimy jednak pamiętać, że każda moda – także ta religijna – z natury jest chwilowa i z czasem ustępuje miejsca kolejnym nowinkom.

Żyję na tym świecie już dość długo, a jako świadomie wierzący chrześcijanin kroczę za Bogiem ponad pół wieku. Widziałem więc niejedno. Chciałbym teraz zwrócić uwagę na odradzające się dziś zamiłowanie do „mesjaństwa”. Oczywiście nie kwestionuję mesjaństwa Chrystusa – Biblia w sposób jednoznaczny wskazuje na ten charakter Jego służby. Jezus stał się ucieleśnieniem starotestamentowych zapowiedzi o Mesjaszu, który miał przyjść, aby wypełnić Boże obietnice dane całej ludzkości.

Samo określenie „Mesjasz” wywodzi się od hebrajskiego czasownika oznaczającego „pomazać” lub „namaścić”. W Starym Testamencie odnosiło się ono do kapłanów, królów i innych osób wybranych przez Boga do szczególnych zadań. Bezpośrednie odniesienie do Chrystusa najwyraźniej widać w Księdze Daniela. Prorok ten otrzymał wizję chronologii Bożego planu ratunku dla ludzi ze wszystkich narodów, a nie tylko z Izraela. Bóg wyjaśnił mu znaczenie tej wizji słowami: „Ty zaś zastanów się i zrozum: Od wydania rozkazu, dotyczącego powrotu i odbudowania Jerozolimy, aż do Pomazańca, Księcia, będzie siedem tygodni i sześćdziesiąt dwa tygodnie. Na nowo zostanie odbudowany dziedziniec i fosa, jednak będą to czasy ucisku. A po sześćdziesięciu dwóch tygodniach Pomazaniec zostanie stracony i już go nie będzie” (Dn 9:25,26).

Ewangelista Jan wspomina pierwszych uczniów Jezusa, którzy natychmiast rozpoznali w Nim obiecanego Wybawiciela: „Andrzej, brat Szymona Piotra, był jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim. Odszukał on najpierw swojego brata Szymona i powiedział do niego: Znaleźliśmy Mesjasza – to znaczy Chrystusa” (Jn1:40,41).

Hebrajskie określenie „Mesjasz” znaczy dokładnie to samo, co greckie „Chrystus” – czyli „Pomazaniec”. Podobne wyznanie padło przy studni w Sychar, gdy Samarytanka powiedziała Jezusowi: „Wiem, że przyjdzie Mesjasz, czyli Chrystus. Gdy On przyjdzie, objawi nam wszystko” (Jn 4:25).

Skoro Mesjasz znaczy to samo co Chrystus, czy używanie hebrajskiego brzmienia jest bardziej poprawne? Absolutnie nie. Obecnie panuje jednak moda na nazywanie Jezusa po hebrajsku: „Jeszua”, a nawet pełniej: „Jeszua HaMaszijach”, zamiast polskiego „Jezus Chrystus”. Samo w sobie nie jest to herezją. Niebezpieczne staje się jednak wtedy, gdy taką formę uznaje się za jedyną właściwą, sugerując podświadomie, jakoby Chrystus nie rozumiał modlitw w naszym ojczystym języku. Trudno bowiem inaczej interpretować usilne nakłanianie do stosowania hebrajskich terminów.

Zwolennicy tego trendu uważają się za „bardziej biblijnych” nie tylko ze względu na nazewnictwo, ale również przez kopiowanie starotestamentowych, żydowskich zwyczajów. Przypomina mi to moją wizytę w jednym z kościołów chrześcijan mesjańskich w Jerozolimie. Podczas nabożeństwa biegano z flagami wokół sali, co uzupełniano specyficznymi pląsami. Wyglądało to dość osobliwie – organizatorzy zgromadzenia w centrum Jerozolimy próbowali pokazać rodowitym Żydom, jak rzekomo należy „po żydowsku” wielbić Boga.

Gdy widzę próby przenoszenia tych wzorców na grunt polski, zastanawiam się, czy entuzjaści określenia „Jeszua HaMaszijach” znają Nowy Testament. Kościół jest dziełem Jezusa Chrystusa; jest Jego Ciałem, wspólnym dla wszystkich wierzących. Na początku chrześcijaństwa istniał wyraźny podział na judeochrześcijan oraz wierzących wywodzących się z pogan (Greków). Jednak Apostoł Paweł pisał do ówczesnych wiernych: „Teraz zaś w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, znaleźliście się blisko przez krew Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem. On, który w jedno połączył jednych i drugich, i zburzył w swoim ciele dzielący ich mur wrogości – Prawo przykazań w postanowieniach, które uznał za bezużyteczne, aby z obu stworzyć w sobie jednego nowego człowieka, wprowadzając pokój, i ponownie jednych i drugich pojednać z Bogiem w jednym ciele przez krzyż, w sobie samym zadając śmierć wrogości” (Ef 2:13-16).

Nie ma już podziałów, nie ma potrzeby celebrowania świąt i obyczajów, które były jedynie „cieniem”. Paweł, pisząc do Kolosan, wyjaśnił, że nie musimy wracać do tego, co przeminęło, ponieważ: „to wszystko jest cieniem rzeczy, które mają nastąpić, rzeczywistością zaś jest Chrystus” (Kol 2:17). Skoro mamy dostęp do Rzeczywistości, którą jest Chrystus, powracanie do cieni jest nietaktem wobec Niego. Warto przy tym zauważyć, że sam Paweł – choć był Hebrajczykiem – pisząc do Greków, nie używał terminu „HaMaszijach”, lecz greckiego „Christos”. Dlaczego więc my, Polacy, mielibyśmy rezygnować z naszego „Chrystusa”?

Uważam, że ta moda to nic innego jak próba ponownego wznoszenia muru, który w Chrystusie został zburzony. To coś poważniejszego niż niewinna zmiana słownictwa – to brak posłuszeństwa wobec Bożego Słowa i dzieła, którego Jezus dokonał na krzyżu. W Bożym Królestwie jesteśmy już jednym ludem. Apostoł Piotr ujął to słowami: „Wy jednak jesteście potomstwem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem wykupionym, abyście opowiadali o cnotach Tego, który was wezwał z ciemności do swojej niezwykłej światłości” (1 Ptr 2:9).

O Jezusie powiedziano, że jest „światłością prawdziwą, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (Jn 1:9). Powrót do cieni jest ruchem w przeciwnym kierunku. Naszym celem jest chodzenie w światłości, zgodnie z obietnicą: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość życia” (Jn 8:12).

Wolność w Chrystusie to także wolność od systemów, które nie były w stanie wyzwolić człowieka z niewoli grzechu. Paweł pisał o wolności w Duchu Świętym: „To bowiem, czego Prawo nie mogło dokonać, ponieważ było osłabione przez ciało, tego dokonał Bóg, gdy posłał swojego Syna w postaci grzesznego ciała i z powodu grzechu potępił grzech w ciele” (Rz 8:3).

Uporczywe wypełnianie nakazów Zakonu i kopiowanie starych rytuałów jest w istocie powrotem do niewoli ciała.

Henryk Hukisz

Inny Jezus?

 I znów większość mediów przez jakiś czas będzie zajmować się Jezusem. Tym razem, będziemy przekonywani zdjęciem kawałka jakiegoś papirusu, zapisanego jakimiś znakami, który ma być autentycznym dowodem na to, że Jezus miał żonę.
To co mnie najbardziej dziwi, to że żaden dziennikarz nie interesuje się źródłem, skąd pochodzi ten niby dowód, a jedynie kilkoma wyrazami, które mają przekonać cały chrześcijański świat, że wierzą nie w tego Jezusa, jaki jest w rzeczywistości.
Ten fragment papirusu, ponoć z IV wieku jest tłumaczeniem innego tekstu, napisanego w języku greckim, który jest fragmentem dyskusji na temat Jezusa, czy był żonaty. Poza tym, nie wiadomo o jakiego Jezusa chodzi, bo przecież to imię nosiło w tym czasie więcej mężczyzn. Wiarygodność autentyczności tego skrawka tekstu nie zbadano, prawdopodobnie został podrzucony do zbiorów starożytnych tekstów na temat historii chrześcijaństwa.
Lecz to wszystko nie jest ważne, cały kontekst się nie liczy, bo chodzi znów o to, aby zniesławić Jezusa, naszego Zbawiciela i Pana. Wiadomo, kto jest autorem tych ataków, bo już podczas ziemskiej wędrówki Chrystusa, diabeł pokazał swoje zamiary. Począwszy od narodzin, gdy Herod chciał zniszczyć Jezusa zabijając niewinne dzieci, poprzez częste ataki fizyczne (kamieniowanie), czy podważanie Jego autentyczności (podstępne pytania) do poddania w wątpliwość na krzyżu („czy nie jesteś Chrystusem?). Tak, Jezus został zabity, ale Jego śmierć obróciła się w zwycięstwo, ponieważ będąc bezgrzesznym, śmierć nie miała nad nim mocy. Ten fakt jest źródłem naszego odkupienia. Jezus na krzyżu jest sztandarem zwycięstwa nad śmiercią dla milionów wierzących w Niego.
Od początku zwycięskiego marszu Kościoła, bo nic nie jest w stanie zatrzymać Prawdy, Jezus jest autentycznym Zbawicielem i Panem. Ewangeliści przedstawiają Go jako Syna Bożego i Syna Człowieczego w jednej postaci. Tej zagadki dla ludzkich umysłów nikt nie może rozwiązać według poznawczych norm naszego rozumu. Jedynie serce pragnące Boga jest w stanie przyjąć wszytkie prawdy o Jezusie, jakie są zapisane dla nas w Biblii. Dlatego diabeł, ojciec kłamstwa i morderca od poczatku robi wszystko, aby nie wierzono Biblii. Stąd kolejny atak na wiarygodność Pisma Świętego.
Ludzie jednak szukają nadal innego Jezusa, nie tego z Biblii. Dlatego z łatwością przyjmują każdy skrawek informacji na temat Chrystusa. Znamy choćby z kilku ostatnich lat wielkie znaleziska innych ewangelii, Judasza, Jakuba, lecz nikt nie zastanawia się, dlaczego po krótkim czasie te rewelacje znikają z pola zainteresowania. Po prostu, nie są prawdziwe, tak samo, jak i to najnowsze odkrycie.
Apostoł Paweł, w swoim drugim liście do Koryntian napisał: „Bo gdy przychodzi ktoś i zwiastuje innego Jezusa, którego myśmy nie zwiastowali, lub gdy przyjmujecie innego ducha, którego nie otrzymaliście, lub inną ewangelię, której nie przyjęliście, znosicie to z łatwością.” (2 Kor. 11:4)  Podobnie, jak nie ma innej ewangelii, o czym Paweł pisał do wierzących w Galacjii, którzy byli niepokojeni przez zwiastunów nowinek w Kościele: „dziwię się, że tak prędko dajecie się odwieść od tego, który was powołał w łasce Chrystusowej do innej ewangelii, chociaż innej nie ma; są tylko pewni ludzie, którzy was niepokoją i chcą przekręcić ewangelię Chrystusową.” (Gal. 1:6,7) To, co mnie uderza w tych dwóch tekstach Pawła, to łatwość i szybkość przyjmowania czegoś, co brzmi innaczej, niż było zwiastowane, gdy uwierzyli z Chrystusa. To nastawienie pozostało niezmienne do dziś, tak szybko ludzie dają wiarę nowościom.
Warto jest zastanowić się, skąd biorą się „inni ludzie”, którzy mają za zadanie niepokoić wierzących. Dzisiaj możemy powiedzieć, że jeśli nawet profesor z Harvardu będzie ogłaszać coś innego na temat Jezusa, „niech będzie przeklęty!” (w. 8)
Skłonność do szukania czegoś innego, bardziej sensacyjnego, niż jest napisane w Biblii, jest przejawem grzesznej natury człowieka. Diabeł, który ma pod swoją kontrolą dusze niezbawionych, robi wszystko, co w jego mocy, aby ludzie nie wierzyli. W takiej sytuacji znalazł się Apostoł Paweł i Barnaba podczas ich pierwszej podróży misyjnej. Gdy przybyli do Pafos na Cyprze i w synagogach głosili ewangelię, prokonsul Sergiusz zainteresował się tym, co zwiastuja, gdyż „pragnął posłuchać Słowa Bożego.” (DzAp. 13:7) Nie trzeba było długo czekać, ponieważ pragnienie poznania Dobrej Nowiny było bardzo silne, diabeł posłał swego sługę, czarnoksiężnika o imieniu, nomen omen, Bar Jezus. Ponieważ Paweł, był slugą Bożym i działał w pełni Ducha Świętego, diabeł nie miał żadnej szansy, ale nie rezygnował z odwiedzenia prokonsula od uwierzenia w Chrystusa. Diabelskie ukryte zamysły nie są obce sługom Boży, i Paweł „napełniony Duchem Świętym, utkwił w nim wzrok i rzekł: O, pełny wszelkiego oszukaństwa i wszelkiej przewrotności, synu diabelski, nieprzyjacielu wszelkiej sprawiedliwości! Nie zaprzestaniesz ty wykrzywiać prostych dróg Pańskich?” (w. 9,10)
Możemy być spkojni o Kościół, Jego Głowa czuwa nad wszystkim, co się dzieje w jego granicach, Jezus powiedział: „zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go.” (Mat. 16:18) Zastanawia mnie tylko jedno, o czym pisałem niedawno w rozważaniu o gwałtownikach porywających Królestwo Niebios, ilu wierzących w Jezusa, którzy ogłosili Go swoim Panem, stanie publicznie i powie, że to co dzisiaj ogłaszają o Nim jest bzdurą, albo kolejnym atakiem diabelskim. Obawiam się, ze w imię fałszywie pojętej wiarygodności informacji z gazet i telewizji, wielu będzie milczeć. Niestety, nadal prawdą jest, że ludzie bardziej wierzą temu, co jest napisane w gazetach, niż w Biblii.
Paweł powiedział: „Albowiem nie wstydzę się Ewangelii Chrystusowej, jest ona bowiem mocą Bożą ku zbawieniu każdego, kto wierzy, najpierw Żyda, potem Greka, bo usprawiedliwienie Boże w niej bywa objawione, z wiary w wiarę, jak napisano: A sprawiedliwy z wiary żyć będzie.” (Rzym. 1:16,17) 
Lubię aforyzmy, więc zakończę jednym z nich - Prawdziwy chrześcijanin nie wstydzi się Ewangelii, ani nie przynosi jej wstydu.”
Henryk Hukisz

Wednesday, September 19, 2012

Kruszenie swojej duszy

Chrystus, umierając za nas na krzyżu, rozprawił się raz na zawsze z naszą grzeszną naturą. Stary człowiek, naturalnie skłonny do grzeszenia, umiera w momencie uwierzenia w Jezusa i przyjęcia wiarą Jego ofiary złożonej za nas. Najbardziej znany werset, ukazujący tę prawdę, to słowa z Listu do Koryntian  - „Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe” (2 Kor. 5:17).
 Lecz dopóki nasza wola, uczucia i umysł są aktywne niezgodnie z nową naturą otrzymaną w darze nowonarodzenia, krzyż nie ma mocy nad naszym ciałem. W rezultacie, takie życie będzie przebiegać nadal pod kontrolą ciała, a nie Ducha Świętego. Nasza dusza powinna spełniać rolę „naczynia”, jakie Duch Święty będzie używać w celu przejmowania kontroli nad naszym postępowaniem.
Czym jest dusza? Aby zadowalająco odpowiedzieć na to pytanie, należałoby wyłożyć dość szeroki temat, jakim zajmuje się psychologia. Nie wiem dlaczego, ale niektórzy wierzący bardzo boją się tej dziedziny, a przecież jest to tak samo bezpieczna nauka, jak anatomia człowieka. Psychologia zajmuje się opisywaniem i badaniem życia wewnętrznego człowieka, które opiera się na pięciu zmysłach poznawczych, komunikujących się z naszym ciałem, to jest; wzrok, słuch, węch, smak i dotyk. Tak zostaliśmy stworzeni i dobrze jest lepej poznać procesy zachodzące w naszej psychice, tak samo jak dobrze jest znać funkcjonowanie róznych organów, działających w naszym ciele.
Dusza zajmuje się, jeśli można tak powiedzieć skrótowo, sferą poznawczą, czyli jest naszym intelektem, sferą uczuciową, czyli nasze emocje oraz sferą wolicjonalną, co rozumiemy jako naszą wolę, czyli zdolność podejmowania decyzji. Tyle na temat psychologii.
Jednym z podstawowych wersetów biblijnych ukazujących naszą pełną strukturę, jest zalecenie apostoła Pawła - „A sam Bóg pokoju niechaj was w zupełności poświęci, a cały duch wasz i dusza, i ciało niech będą zachowane bez nagany na przyjście Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (2 Tes. 5:23). W tym rozważaniu chciałbym zająć sie jedynie naszą duszą, a dokładnie tym, dlaczego należy ją kruszyć, lub mówiąc słowami Jezusa, „zapierać się siebie samego”.
W nawiązaniu do powyższego wersetu, można powiedzieć odnośnie naszej duszy, że Trójjedyny Bóg, który zamieszkuje w duchu człowieka odrodzonego, pragnie manifestować siebie poprzez „naczynie duszy”, czyli cechy osobowościowe. W takim przypadku, nasza wola będzie całkowicie podporządkowana woli Bożej, odnowiony umysł zostanie oświecony przez Ducha Świętego, a emocje będą kontrolowane również przez Ducha, dla dobra człowieka. Któż z nas nie ma pragnienia, aby tak wyglądało nasze codzienne życie.
Największy problem w tym, że nasza dusza stawia opory. Ciało zostało już pozbawione mocy i możemy uważać „siebie za umarłych dla grzechu, a za żyjących dla Boga w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rzym. 6:11).  Lecz cóż z tego, jeśli nasza dusza, nasz intelekt, uczucia i wola nie idą w parze z tym wyznaniem. Jeśli źle rozumiemy, na czym polega wolość, jaką mamy w Chrystusie, nadal będziemy służyć pożądliwościom ciała. Nie mam na uwadze od razu, najgorszych jego przejewów w postaci lubieżności, wszeteczeństwa, czy morderstwa. Będą to z pewnością tzw, „niewinne” pożądliwości, jak np. samolubstwo, gadulstwo, obżarstwo, ... i wiele innych, uważanych często przez nas za małogroźne. A jednak, Bóg oczekuje od nas zupełnego poświęcenia się dla Niego.
Apostoł Paweł zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie stanowi dla człowieka odrodzonego, pozostawanie w zasięgu nadal drzemiącej mocy grzechu w naszym skazitelnym ciele. Dlatego ostrzega wierzących przed niewłaściwym użyciem danej nam wolności - „Bo wy do wolności powołani zostaliście, bracia; tylko pod pozorem tej wolności nie pobłażajcie ciału, ale służcie jedni drugim w miłości” (Gal. 5:13) Moc grzechu pozostanie martwa tylko wówczas, gdy my, czyli w naszej duszy uznamy ją za taką (patrz Rzym. 6:11) 
Podobnie Jakub, pisząc do wierzących, wyjaśnia jak działa grzech, który rodzi się wpierw jako pożądliwość – „Lecz każdy bywa kuszony przez własne pożądliwości, które go pociągają i nęcą; potem, gdy pożądliwość pocznie, rodzi grzech, a gdy grzech dojrzeje, rodzi śmierć” (Jak. 1:14,15).  Jak więc widzimy, grzech, zanim zrodzi w nas swój śmiertelny skutek, pojawia się jako zalążek w postaci „własnych pożądliwości”. Zwracam uwagę na to, że są to nasze pożądliwości, nie obce, narzucone z zewnątrz, dlatego należy je niszczyć w sobie, kruszyć w swojej duszy.
Pan Jezus również wskazywał na zagrożenie ze strony pożądliwości, jakie budzą się w nas gdy przyjmujemy zwiastowane Słowo Boże. „A innymi, zasianymi między ciernie, są ci, którzy usłyszeli słowo, ale troski tego wieku i ułuda bogactw i pożądanie innych rzeczy owładają nimi i zaduszają słowo, tak iż plonu nie wydaje” (Mar. 4:18,19). 
Oczywiście autorem tych złych pragnień jest diabeł, nikt inny, bo jemu zależy na naszym upadku i zastoju w duchowym rozwoju. Jego charakterystykę najlepiej ukazuje Jezus, gdyż zna go od początku, od chwili jego upadku. W rozmowie z tymi, którzy jemu służyli, powiedział wprost: „Ojcem waszym jest diabeł i chcecie postępować według pożądliwości ojca waszego. On był mężobójcą od początku i w prawdzie nie wytrwał, bo w nim nie ma prawdy. Gdy mówi kłamstwo, mówi od siebie, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (Jan 8:44). 
Nie powinniśmy się krępować, aby nazywać rzeczy po imieniu, co pochodzi z piekła jest naszym wrogiem. Diabeł wie o tym, dlatego przychodzi do nas w pięknym garniturku, jak powiedział Paweł: „nic dziwnego; wszak i szatan przybiera postać anioła światłości” (2 Kor. 11:14). Dlatego warto jest zajrzeć jeszcze raz do listu Jakuba, gdzie również bardzo wyraźnie jest pokazane rzeczywiste źródło takiego działania – „Nie jest to mądrość, która z góry zstępuje, lecz przyziemna, zmysłowa, demoniczna” (Jak. 3:15). Musimy wiedzieć, że w oryginale, w tym wersecie mądrość zmysłowa, jest określona jako „duszewna” [psychike].
Dlatego powinniśmy z pełnym zrozumieniem przyjąć dobrą radę Pana Jezusa – „Kto stara się zachować życie swoje, straci je, a kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je” (Mat. 10:39). Warto zauważyć, że Pan Jezus mówiąc o naszym życiu, jakie powinniśmy dla Niego stracić, użył słowa „psyche”, czyli miał na uwadze naszą duszę.
Czy gotowi jesteśmy skruszyć swą duszę, tak aby Duch Święty, który zamieszkał w nas w czasie narodzenia się na nowo, mógł rodzić Swój owoc? Czy pozwolimy Duchowi Świętemu aby nas prowadził we wszystkich chwilach, gdy podejmujemy decyzje odnośnie rożnych spraw w naszym życiu? Jest to z pewnością ograniczanie wolności, tak można na to spojrzeć, lecz w rzeczywistości wolnością będzie możliwość poddania się Duchowi Świętemu, zamiast spełniania zachcianek naszej duszy.
Ci, którzy nie narodzili się z Ducha, nie mają możliwości poddania się prowadzeniu Ducha, ponieważ są zniewoleni w naturalny sposób, przez swoje ciała. Apostoł Paweł, gdy wyjaśniał wierzącym w Koryncie, na czym polega rzeczywiste duchowe życie, powiedział: „Ale człowiek zmysłowy nie przyjmuje tych rzeczy, które są z Ducha Bożego, bo są dlań głupstwem, i nie może ich poznać, gdyż należy je duchowo rozsądzać” (1 Kor. 2:14). I tu znów, odwołuję sie do oryginału, gdzie człowiek zmysłowy jest określony jako „psychikos”, czyli duszewny, kierujący się pragnieniami swojej duszy.
Henryk Hukisz

Tuesday, September 18, 2012

Związana wolność

Chyba najbardziej wolnym stworzeniem jest ptak. Gdy widzimy orła szybującego po niebie, możemy pozazdrościć mu możliwości poruszania sie bez granic i bez zmęczenia, mówimy wówczas – „Być wolnym jak ptak.” Prorok Izajasz odwołuje się do tego pięknego obrazu, pisząc o wolności i świeżości w Panu – „lecz ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają.” (Izaj. 40:31)
Znamy chyba dobrze mitologicznych bohaterów latania, Dedala i jego syna Ikara. Gdy zostali zniewoleni przez króla Minosa na Krecie, postanowili uwolnić się naśladując ptaki. Uczynili sobie skrzydła z wykorzystaniem wosku, i udali się w podniebną podróż do Aten. Przed odlotem, ojciec pouczył swego syna: „Nie można lecieć ani zbyt wysoko, gdyż słońce roztopiłoby wosk, ani zbyt nisko, ponieważ wówczas pióra nasiąkną wilgocią od wody i staną się ciężkie.” Niestety, Ikar nie posłuchał rady ojca, wzbił się wysoko w górę, gdyż poczuł się wolny jak ptak. Gorące promienie słońca roztopiły wosk, skrzydła się rozsypały i Ikar zginął, spadając do morza. Możemy wyciągnąć morał z tej opowieści, że każda wolność ma swoje ograniczenia.
Apostoł Paweł pisząc do wierzących w Galacji na temat wolności w Chrystusie, udzielił równocześnie przestrogi: „Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli.” (Gal. 5:1)  On sam praktykował bardzo skuteczną zasadę i zalecał ją innym – „Wszystko wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne; wszystko wolno, ale nie wszystko buduje.” (1 Kor. 10:23) Paweł wiedział, że prawdziwa wolność polega na czynieniu tego, co jest zgodne z wolą Bożą. Pisał do młodego zboru w Rzymie, że wierzący, narodzeni do życia dla Boga, będą doświadczać wewnętrznych zmagań z istniejącymi nadal pragnieniami ciała. Sam doznawał na codzień tej walki, dlatego szczerze wyznał: „Wiem tedy, że nie mieszka we mnie, to jest w ciele moim, dobro; mam bowiem zawsze dobrą wolę, ale wykonania tego, co dobre, brak.” (Rzym. 7:18) Dlatego zdawał się zupełnie na Chrystusa, który stał się jego Panem – „Bogu niech będą dzięki przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc ja sam służę umysłem zakonowi Bożemu, ciałem zaś zakonowi grzechu.” (w. 25) 
Kolejny rozdział tego listu jest kontynuacją zwycięskiego życia w wolności Ducha, który dany jest wierzącym w tym właśnie celu. Grzech został już pokonany w naszych ciałach, jego śmiertelna moc została unicestwiona przez Chrystusa.  Prawo grzechu, skazujące nas na śmierć już nie działa, gdyż Chrytsus „stał się za nas grzechem” gdy wisiał na krzyżu i ten śmiertelny cios spadł na Niego. Teraz poddani jesteśmy nowemu prawu, zakonowi Ducha, jak oddaje to przekład Biblii Warszawskiej - „Bo zakon Ducha, który daje życie w Chrystusie Jezusie, uwolnił cię od zakonu grzechu i śmierci.” (Rzym. 8:2) 
Co to jest Zakon Ducha? A przecież jesteśmy już wolni od Zakonu, od obowiązku wypełniania Prawa. Tak wielu myśli i wpada w pułapkę żadzy ciał, jaka nadal jest aktywna, i będzie tak długo, dopóki nasze ciała nie zostaną przemianione w zmartwychwstaniu, albo w pochwyceniu Kościoła. Wówczas „wszyscy będziemy przemienieni w jednej chwili, w oka mgnieniu, na odgłos trąby ostatecznej; bo trąba zabrzmi i umarli wzbudzeni zostaną jako nie skażeni, a my zostaniemy przemienieni.” (1 Kor. 15:51,52) Dopiero wtedy „pochłonięta jest śmierć w zwycięstwie!” (w. 54), a do tego czasu możemy powiedzieć: „Bogu niech będą dzięki, który nam daje zwycięstwo przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa.” (w. 57) Bez trwania w Chrystusie, w Jego mocy i zwycięstwie, nic nie potrafimy, gdyż On sam tak powiedział: „beze mnie nic uczynić nie możecie.” (Jan 15:5)
 Apostoł Jakub, w swoim bardzo praktycznym liście do wierzących, pisał o „doskonałym zakonie wolności.” Ten zakon działa przez posłuszeństwo wobec Słowa Bożego i ten, kto tak postępuje, „będzie błogosławiony w swoim działaniu.” (Jak. 1:25)  Wiara, dzięki której żyjemy, wykonuje się w działaniu, na tym polega praktyczne życie chrześcijanina. Przykazania są nadal Bożymi przykazaniami, są dla Jego dzieci, aby wypełniając je, okazywali jak bardzo Go miłują. Jakub mówi, że ci którzy wypełniaja Boże przykazania, „mają być sądzeni przez zakon wolności.” (Jak. 1:12) A niektórzy myślą, że już nie będą sądzeni. W jak wielkim są błędzie, jeśli tak uważają.  
Dlatego, gdy zajrzymy do listu apostoła Piotra, to możemy nauczyć się więcej, na czym polega nasza wolność w Chrystusie. Ten sędziwy sługa Boży, i wierny uczeń Chrystusa, wskazuje również na praktyczną stronę naszego życia, mówi o wielu ograniczeniach, jakie musimy narzucić na naszą wolność. „Umiłowani, napominam was, abyście jako pielgrzymi i wychodźcy wstrzymywali się od cielesnych pożądliwości, które walczą przeciwko duszy; prowadźcie wśród pogan życie nienaganne, aby ci, którzy was obmawiają jako złoczyńców, przypatrując się bliżej dobrym uczynkom, wysławiali Boga w dzień nawiedzenia.” (1 Ptr. 2:11,12) Właśnie przy tej okazji, Piotr wskazuje na niebezpieczeństwo wynikające z niewłaściwego pojmowania wolności, pisze abyśmy postępowali „jako wolni, a nie jako ci, którzy wolności używają za osłonę zła, lecz jako słudzy Boga.” (w. 16)  A to znaczy, że nasza wolność będzie wyrażać się w podporządkowaniu się Bożym przykazaniom.
Wracając do podstawowego tekstu na ten temat, do Pawłowej obrony wolności przed narzucaniem obowiązku wykonywania Zakonu, do czego doszło w zborach Galackich, widzimy znów rolę Ducha Świętego w naszym życiu. Na tym ona polega, aby Duch mógł rodzić w nas Jego owoc. Jeśli poddawać się będziemy prowadzeniu Ducha, czynić będziemy z własnej woli, a nie z przymusu to, co podoba się Bogu. „Mówię więc: Według Ducha postępujcie, a nie będziecie pobłażali żądzy cielesnej. Gdyż ciało pożąda przeciwko Duchowi, a Duch przeciwko ciału, a te są sobie przeciwne, abyście nie czynili tego, co chcecie.” (Gal. 5:16,17)
 Zawsze spotkamy ludzi, którzy będa nauczać niezgodnie z Bożym Słowem. Dlatego mamy wiele przestróg w Biblii, abyśmy uważali jakim pokarmem posilamy nasze serca. Duch prowadzi nas w wolności, nakłania nas do czynienia tego, co oddaje chwałę Ojcu.
Apostoł Paweł nazwał siebie nie tylko sługą Chrystusa, lecz Jego niewolnikiem i w tym zniewoleniu dla Pana, doświadczał największą wolność Chrystusową. W przeciwnym razie, byłby nadal zniewolony swoim ciałem.
Zastanawiam się, jak często nasza wolność jest związana nie tym, co chwali Pana, lecz cielesnymi żądzami? Każdy z nas może, szczerze przed Panem, osobiście odpowiedzieć na to pytanie.
Henryk Hukisz

Monday, September 17, 2012

Już zapomniana rocznica

 Chcę nawiązać do dzisiejszej daty, zaznaczanej w kalendarzach dopiero w nowej Polsce, bo poprzenio nie wolno było pytać się o to, co wydarzyło się 17 Września 1939 roku. Jedynie po cichu mówiono, że w tym dniu, wojska sowieckie wkroczyły na tereny wschodniej Polski. Ja słyszałem o tym w domu, gdyż mój ojciec, służąc w tamtym czasie w Polskim Wojsku w Baranowiczach, jedynie nieśmiało o tym wspominał, bojąc się sprowadzić jakieś nieszczęście na nasz dom.
Pamiętam, jak nieraz opowiadał o losach polskich żołnierzy wędrujących w rozproszeniu w kierunku Rumunii, dokąd udał się już polski rząd. Szczególnie głęboko wryła się w mojej pamięci historia związana z jego ucieczką z transportu polskich żołnierzy pochwyconych przez „krasnoarmijców” i wiezionych na wschód, najprawdopodobniej w rejon Smoleńska i Katynia. Ponieważ tata był już człowiekiem wierzącym w Jezusa, swoje życie złożył z ufnością w ręce Boga, a ten moment szczególnie. Gdy pociąg zatrzymał się na krótki postój w Baranowiczach, tata postanowił skorzystać z okazji, i po gorącej modlitwie, aby pilnujący transportu żołnierz sowiecki za nim się nie oglądał, „dał nogę”, mówiąc potocznie. Później w rodzinnych Kuźmiczach, ukrywał się w kopcu z ziemniakami za każdym razem, gdy w pobliżu znajdowali się rosjanie, albo niemcy, w zależności od tego które wojska aktualnie zajmowały ten teren.
Po wojnie, jako repatriant z terenów wschodniej Polski na tzw. Ziemie Zachodnie, w trosce o los swojej rodziny, tata  szukał pewnego miejsca zamieszkania. Po osiedleniu się wpierw w Zofiowie, na poniemieckiej gospodarce, po kilku latach wędrówki, znaleźliśmy stały adres w Poznaniu. Za Bugiem pozostał wybudowany przez tatę dom, jedyny we wsi kryty drewnianym gontem. W powojennej Polsce dostaliśmy poniemieckie zabudowania, lecz nie było pewności, czy nie będziemy musieli znów opuścić tego miejsca. Zdobyty gdzieś odbiornik radiowy Pionier, pozwalał nasłuchiwać wiadomości nadawanych przez radio "Wolna Europa". Niepokojące były informacje, że „Niemcy wrócą po swoje”, więc dalej szukaliśmy nowego miejsca, gdzie nasza wielodzietna rodzina mogłaby osiąść już na dobre. Wychowany w tej atmosferze wiedziałem, że wiadomości przekazywane mi w szkole na lekcjach historii, rozmijają się z prawdą. Gdy w końcu czerwca 1956 roku, tata wrócił wcześniej z pracy, wyobraziłem sobie, że strajk jest czymś dobrym, bo mogłem z ojcem spędzać więcej czasu, gdyż przez kilka dni pozostawał w domu. Dopiero później poznałem smutne dane o „Poznańskim Czerwcu” i to, ile osób przypłaciło życiem ten wolnościowy zryw.
Z lękiem w sercu mówiło się poprzednio o napaści Armii Czerwonej na Polskę na podstawie Paktu Ribbentrop-Mołotow. Później, gdy odruchy wolnościowe przybierały coraz szersze kręgi, mówiło się już bardziej otwarcie o dacie „17 Września”. A kiedy już nastały nowe czasy dla Polski, i można było już swobodnie mówić o tym, jak rzeczywiście przebiegała II Wojna Światowa na terenie Polski, domagano się obchodzenia rocznicy napaści sowieckiej na nasz kraj, podobnie jak dotychczas pamiętano o dacie „1 Września 1939”.
Dzisiaj przeglądałem kilka stron internetowych z wiadomościami z Polski, i ku  memu zaskoczeniu, nie znalazłem żadnej informacji o "17 Września", żadnych wspomnień. Na portalu TVN24, dopiero na 15-stej pozycji przeczytałem o tej rocznicy. Wcześniej były ważniejsze informacje polityczne i sportowe, jak na przykład o tym, że piłkarz Juventusu opluł rywala. Widać, że już ta ważna rocznica dla wielu Polaków, którzy jeszcze pamiętają o tym, co naprawdę się wydarzyło tego dnia, zostaje już oficjalnie odsuwana w niepamięć historyczną.
Jaki jednak ma to związek z Biblią, gdyż do niej chcę przede wszystkim nawiązywać w moich rozważaniach?
Ważne momenty w naszym życiu, gdy doświadczamy Boga i Jego działania, powinniśmy zapamiętywać i przekazywać swoim dzieciom. Cieszę się, że mój tata, szczególnie w ostatnich dniach przed odejściem do Pana, opowiadał mi wiele zdarzeń ze swojego życia, z czasów swojej młodości i tych wojskowych chwil. Jedno w tych opowiadaniach przebijało główną nutą – Bóg był obecny w jego zyciu w każdym momencie, a w tych najtrudniejszych, był szczególnie bliski. Tę lekcję zapamiętałem bardzo dobrze i teraz, gdy sam przechodzę trudne chwile, mam w sobie bardzo wyraźne świadectwo mojego taty, które jest dla mnie zawsze dużym pokrzepieniem.
Gdy Jozue wprowadzał naród izraelski przez Jordan do Ziemi Obiecanej, Bóg polecił uczynić coś szczególnego, nakazał zbudować pomnik dla upamiętnienia tego wydarzenia. Jozue rozkazał przedstawicielom każdego rodu wziąć po jednym kamieniu z dna Jordanu, aby po drugiej stronie zbudować pomnik. W jakim celu? Wyjaśnienie znajdujemy w tym samym opisie - „Aby to było znakiem pośród was, gdy wasze dzieci w przyszłości pytać się będą: Co znaczą dla was te kamienie?” (Joz. 4:6).  Po latach pamiętano o tym wielkim wydarzeniu dzięki temu pomnikowi, jak powiedział Jozue: „Odpowiecie im, że wody Jordanu zostały rozdzielone przed Skrzynią Przymierza Pana, gdy przechodziła przez Jordan; zostały rozdzielone wody Jordanu, i te kamienie są dla synów izraelskich pamiątką na wieki” (w. 7).
Pamiątka na wieki, to znaczy na długi czas. Jak zauważyłem wcześniej, we współczesnej Polsce już nie wspomina się o tym, co wydarzyło się 17 Września 1939 roku. Pozwolę sobie na cytat z wypowiedzi Józefa Piłsudskiego - "Naród, który nie szanuje swojej  przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości." 
Warto jest zastanowić się czy nasze dzieci znają wydarzenia, jakie ich rodzice mieli z Bogiem. Czy ojcowie i matki opowiadają o tym, jak sami doznali łaski przebaczenia, czy znają chociaż daty tych przeżyć?
Psalmista Asaf wzywa lud Boży do zachowywania w pamięci „dziejów starodawnych”. Prosi, aby nie zatajać przed dziećmi tego, co słyszeli ich ojcowie. Nakłania do opowiadania następnym pokoleniom „chwalebne czyny Pana i moc jego, oraz cudowne dzieła, których dokonał" (Ps. 78:4). Nawet podnosi ten nakaz do rangi zakonu w Izraelu - „Aby głosili go synom swoim, aby poznało go następne pokolenie, a synowie, którzy się urodzą, znów opowiadali go dzieciom swoim: że mają pokładać nadzieję w Bogu i nie zapominać o dziełach Bożych, lecz strzec przykazań jego” (w. 5-7).  W przeciwnym przypadku, jeśli zaniedbane zostanie przekazywanie kolejnym pokoleniom świadectwa o Bożych dziełach, staną się jak ich ojcowie – „pokoleniem przekornym i niewiernym, pokoleniem niestałego serca, którego duch nie był wierny Bogu” (w, 8).
Nie nakłaniam do obchodzenia pamiątek historycznych, tym powinni zajmować się rodzice i nauczyciele, chcę jedynie przypomnieć przy okazji tej zapomnianej już rocznicy, że mamy dużo poważniejsze zadanie – przypominanie swoim dzieciom o wielkich dziełach Bożych w naszym życiu. Jeśli jest w ogóle co wspominać, ale to już zupełnie inna sprawa.
Życzę każdemu wielu doświadczeń w obecności Pana, i pozostawienia pamiątki dla następnych pokoleń.
Henryk Hukisz