Thursday, May 31, 2012

Język Boga

 W czasie mojej pierwszej podróży na Zachód w 1970 roku, znalazłem sie w Holandii w domu bardzo serdecznych ludzi wierzących. W czasie tej wizyty pojawił się jeden problem, oni nie znali innego języka poza holenderskim, a ja też nie znałem tego języka. Pamiętam,że próbowaliśmy rozmawiać na jakiś biblijny temat, posługując się swoimi Bibliami, ja pokazywałem wersety w mojej, a oni odpowiadali, pokazując mi wersety w swojej. Nawet osiągnęliśmy pewnego rodzaju zrozumienie w omawianej kwestii. Niestety, dziś już nie pamiętam szczegółów, gdyż miało to miejsce ponad czterdzieści lat temu.
Bóg mówi do nas - tak najczęściej odbieramy Jego słowa, gdy czytamy Biblię. Jezus, odwieczny Logos, jest ucieleśnieniem Bożych słów, skierowanych do człowieka, jedynego inteligentnego stworzenia, które może zrozumieć mowę Boga. Ewangelista Jan rozpoczyna swoją relację o życiu i działalności Mesjasza słowami: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo” (Jan 1:1). To brzmi podobnie, jak rozpoczyna się nasza Biblia – „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię” (1 Moj. 1:1), i zaraz potem czytamy: „I rzekł Bóg: Niech stanie się światłość. I stała się światłość” (w. 3). Przez kolejne sześć dni, wielokrotnie z ust Bożych padały pełne stwórczej mocy słowa „niech się stanie”, aż do szczególnego polecenia: „Uczyńmy człowieka na obraz swój” (w. 27).
Autor Listu do Hebrajczyków podaje nam definicję wiary pisząc, że jest „pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy” (Heb. 1:1). Dzięki tej szczególnej zdolności  poznajemy również, „że światy zostały ukształtowane słowem Boga, tak iż to, co widzialne, nie powstało ze świata zjawisk” (w. 3). Wiara karmi się tym, co pochodzi z ust Bożych, i prawdę mówiąc, Boże Słowo jest jej jedyną odżywką, w przeciwnym przypadku, byłaby przesądem lub domysłem. Bóg określił jednoznacznie, że Jego słowa będa pokarmem dającym człowiekowi prawdziwe życie. Manna, jaką karmił swój naród przez czterdzieści lat wędrówki po pustyni, była znakiem, aby poznali, „iż człowiek nie samym chlebem żyje, lecz że człowiek żyć będzie wszystkim, co wychodzi z ust Pana” (5 Moj. 8:3). Gdy diabeł próbował zwieść Chrystusa, podsuwając Mu kilka kamiennych „kromek”, usłyszał to samo – „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mat. 4:4).
Jakim językiem posługuje sie Bóg? Hebrajskim, greckim, wszystkimi naraz, każdym pojedyńczo? Znamy jedną z pierwszych historii jaka wydarzyła się tysiące lat temu w krainie Synear. Panujący tam możnowładca Nimrod, prawnuk Noego, postanowił zbudować wysoką wieżę, aby sięgnąć nieba z jej szczytu. Charakterystyką tamtych czasów było to, że „cała ziemia miała jeden język i jednakowe słowa” (1 Moj. 11:1). A że Bogu ten pomysł nie spodobał się, więc postanowił pomieszać robotnikom języki, „aby nikt nie rozumiał języka drugiego” (w. 7). Działanie Boga było tak skuteczne, że zaniechali budowy wieży, i rozproszyli się po całej ziemi, gdyż przestali siebie na wzajem rozumieć.
Dziś na świecie istnieje około 6-7 tysięcy różnych odmian języka. Powstają różne szkoły uczenia się języków, aby pomóc ludziom porozumiewać się ze sobą. Ja pamiętam czas, gdy w polskich szkołach obowiązywała nauka obcego języka i był nim rosyjski. Później nastąpiła wielka polityczna przemiana, i większość zaczęła uczyć się jezyka angielskiego. Każdy chce rozumieć więcej, niż jest to możliwe przy znajomości swojego języka ojczystego, dlatego uczymy się języków przydatnych w życiu.
Gdy rozpoczynałem studia teologiczne, oprócz języka ojczystego, znałem już dość dobrze rosyjski, słabiej francuski. Na studiach musiałem, i bardzo tego chciałem, uczyć się języków biblijnych, czyli hebrajskiego i starożytnej greki, że o łacinie nie wspomnę. Dodatkowo mogłem uczyć się niemieckiego i angielskiego. Znajomość języków pomaga w życiu, szczególnie gdy znajdujemy się wśród ludzi posługujących się innymi językami. Wszyscy płacimy za zwariowany pomysł Nimroda, wiemy bowiem, że nie ma łatwej metody opanowania obcego języka.
Biblia, Boże Słowo, została napisana w językach ludzi, którzy w czasie jej powstawania żyli na ziemi, dlatego istnieje możliwość jej zrozumienia. W czasach Starego Testamentu zrozumienie Pism Świętych było o tyle łatwe, gdyż dotyczyło jednego narodu. Bóg przemawiał językiem zrozumiałym dla wszystkich obywateli tego narodu. Gdy Mojżesz mówił w imieniu Pana, każdy wiedział o co chodzi. Prorocy, mówiący z natchnienia, posługiwali się językiem zrozumiałym przez wszystkich. 
Czasy Nowego Testamentu wypadają na okres hellenistyczny. Chociaż imperium Aleksandra Wielkiego już nie istniało, lecz pozostał ogromny wpływ kultury greckiej i dość powszechne używanie greki, obok języka aramejskiego. Wszystkie Pisma Nowego Testamentu zostały napisane w tym właśnie języku, chociaż już martwym, patrząc z pozycji naszego czasu, to jednak był to język zrozumiany dla większości w tamtym czasie.
Znajomość Biblii, przetłumaczonej na język łaciński, znana była jedynie kapłanom i teologom kościoła, którym rządzili papieże. Dopiero w średniowieczu, dzięki Lutrowi, Pismo Święte stało się dostępne dla każdego, kto znał niemiecki. Ludzie nie byli już więcej zdani na słowne wyjaśnianie treści Biblii przez uczonych, którzy reprezentowali politykę Watykanu, a nie intencje Boga. Wiemy, że po wielu wiekach, nauka tego kościoła odeszła dość daleko od tego, czego nauczał Jezus i Apostołowie. To właśnie spowodowało, że Marcin Luter postanowił dać ludziom Biblię w ich języku.
Dzisiaj Biblia została juz przetłumaczona na kilka tysięcy jezyków. Dziękujemy Bogu za to wielkie dzieło, które w historii chrześcijaństwa pochłonęło wiele ofiar. Nie wszyscy przywódcy dużych kościołów chcieli udostępnić Pismo Święte dla wszystkich. Dobrze, że obecnie możemy wejść do księgarni i nabyć własny egzemplarz w języku i przekładzie, jaki nam odpowiada. Dzięki współczesnej technologii, można posiadać dowolny przekład Biblii na swoim smartfonie, aby w każdej chwili móc usłyszeć, co Bóg mówi do nas w naszym języku.
Kilka dni temu wszedłem do dużej księgarni na przedmieściach Chicago. Jak zwykle, poszedłem do działu religijnego, gdzie znajduje się regał z Bibliami. Uderzyła nie ilość różnych wydań i przekładów tej Księgi. Od KJV (King James Version) przez NIV (New International Version) do Message, czyli parafrazy tekstu biblijnego. Oprócz różnych tłumaczeń, istnieje niezliczona ilość wersji - dla pastorów, apologetów, studentów, archeologów, kobiet, dzieci, weteranów, nastolatków, z komentarzami różnych nauczycieli i obecnie coraz więcej pojawiających się nauczycielek Słowa Bożego. Można dostać kręćka!
Obawiam się, że jeśli dziś na jednym miejscu spotka się kilka osób, z których każda czyta inne wydanie Biblii, nie będzie wcale tak łatwo porozumieć się, chociaż wszyscy będą posługiwać się tym samym językiem. Umiejętność żonglowania różnymi przekładami, dobranymi odpowiednio do ludzkiej myśli, to już inna kwestia, może o tym innym razem. Obawiam się bowiem, że wyraźne przesłanie Boże, jakie znajduje się w Biblii, zostaje zamazane przez redaktorów różnych wydań tej wspaniałej Księgi ksiąg.
Henryk Hukisz

Saturday, May 26, 2012

Gołębich skrzydeł szum...

Gdy w 2001 roku byliśmy z całą rodziną na Florydzie, mieliśmy okazję odwiedzić naszą siostrę w Panu. Kiedy już wracaliśmy do miejsca, gdzie gościliśmy, usłyszeliśmy głośny szum, jak gdyby pędzących aut. Ponieważ szliśmy prawie że równolegle do przebiegającej głównej drogi w tej miejscowości, nie zwracałem szczególnej uwagi na ten hałas. Natomiast gospodarz, który nas prowadził w tej wyprawie, nagle krzyknął: „uciekajmy jak najszybciej do domu, bo za chwilę lunie jak z cebra”. A, że do jego domu było już niedaleko, zdążyliśmy uciec, gdyż rzeczywiście, po chwili spadła tropikalna ulewa. Szum, w uszach mieszkańca Florydy był znakiem zapowiadajacym silną ulewę, jakie tam nie są rzadkością. Pomyślałem później o innym szumie, jaki apostołowie usłyszeli w dniu, gdy Bóg wypełnił obietnicę zesłania Pocieszyciela.
Gdy współcześnie myślę o zesłaniu Ducha Świętego mam problem pojęciowy, ponieważ osobiście nie lubię określenia „zielone świątki”, gdyż mam świadomość, że to słowo pochodzi od pogańskiego święta, które oczywiście nie ma nic wspólnego z Biblią. Do dzisiaj nie mogę pojąć, jak doszło do tego, że Zielonoświątkowcy postanowili pozostać przy tym określeniu, natomiast Katolicy, w Biblii Tysiąclecia używają poprawną nazwę tego święta - „Pięćdziesiątnica”.
Ale nie o tym chcę pisać, lecz o zesłaniu Ducha Świętego. Myślę, że dobrze znamy słowa, jakimi Łukasz rozpoczyna drugi rozdział księgi, poświęconej czasom apostolskim – „Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu” (DzAp. 2:1 [BT]).
Chcę zwrócić uwagę na słówko „wreszcie” – ono wskazuje na dramatyzm sytuacji, jaka wówczas zaistniała. Możemy sobie z łatwością wyobrazić narastające napięcie, gdy uczniowie Jezusa, w liczbie około stu dwudziestu, posłusznie czekali zgodnie z poleceniem Mistrza: „Nie oddalajcie się z Jerozolimy, lecz oczekujcie obietnicy Ojca, o której słyszeliście ode mnie” (DzAp. 1:4). Mijały kolejne dni, i nic, tylko dalsze trwanie w modlitwie; jak długo jeszcze? Z pewnościa to pytanie cisnęło się do głów apostołów gotowych biec na cały świat z radosną wieścią: „Jezus żyje! On powstał z martwych! Widzieliśmy Jego grób – jest naprawdę pusty!” Jedynie święte posłuszeństwo słowom Jezusa sprawiało, że nie ruszali się z miasta. Aż tu nagle, jest!  Wreszcie nastał dzień Pięćdziesiątnicy, dzień święta plonów, jakie obchodzili pobożni Żydzi. Teraz i oni, wreszcie będą mogli pojść na Boże żniwa, gdyż zostali wyposażeni w najważniejsze narzędzie do zdobywania dusz dla Bożego Królestwa, zgodnie z obietnicą Mistrza: „weźmiecie moc moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was, i będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi” (w. 8)
Tytuł tego rozważania wziąłem z piosenki „Gdy Noe dryfował” z nagrania „Maranata”, jakie ukazało się ponad ćwierć wieku temu na kasecie wydanej przez Zbór w Poznaniu.  Ta piosenka jest o Noem, który po wielu dniach dryfowania po wodach potopu, wreszcie usłyszał szum skrzydeł gołębia, który przyniósł gałązkę, jako znak nastania nowego życia. Co za ulga, już nie muszą czekać, mogą wyjść na ląd i rozpocząć nowe życie, jak dowiadujemy się z dalszego opisu - naznaczone łaską, dzięki tęczy, jaką zobaczyli na niebie.
Niedawno opisywałem swoje wrażenia z Góry Karmel. Nawiązałem wówczas do wydarzenia z dawnych czasów, gdy modlący się na niej porok Boży Eliasz słyszał już szum nadchodzącego deszczu. Jego sługa, dopiero za siódmym razem,  gdy spoglądał z góry na morze, zobaczył maleńką chmurkę. Po chwili „niebo pokryło się chmurami, zadął wiatr i spadł ulewny deszcz” (1 Król. 18:45). W tym momencie wydarzyło się coś niezwykłego, jak czytamy dalej „Eliasza zaś ogarnęła moc Pana, bo przepasawszy swoje biodra, biegł przed Achabem aż do wejścia do Jezreelu” (w. 46). Zanim na spragnioną deszczu ziemię spłynęły strumienie ulewnego deszczu, w uszach sług Bożych zabrzmiał szum zapowiedzi tego błogosławieństwa. 
Uczniowie, zanim zostali napełnieni mocą z wysokości, też usłyszeli szum – „nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali” (DzAP. 2:2 [BT]).  Ten szum był też zwiastunem ulewy, nie deszczu, lecz mocy od Boga, potrzebnej dla Jego dzieci, aby mogły żyć w zwycięstwie i skutecznie zwiastować Dobrą Nowinę. „I napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i zaczęli mówić innymi językami, tak jak im Duch poddawał” (w. 4). Później poszli, zgodnie z zapowiedzią, do Jerozolimy, Judei, Samarii i dalej. Po krańce ziemi, to już nasze zadanie, dlatego, aby je właściwie kontynuować, musimy wpierw otrzymać to szczególne namaszczenie. Wierzę, że Bóg pragnie go udzielać. Czy słyszymy ten radosny szum zapowiedzi? Może należy wpierw przeczyścić duchowe uszy, aby usłyszeć, co "Duch mówi do zborów".
Uczniowie Jezusa Chrystusa stali się w tym dniu świadkami zesłania Bożego deszczu zbawiennej łaski. Ich zadaniem było spowodować, aby jej strumienie popłynęły na cały świat, zalewając serca ludzi spragnionych sprawiedliwości. Lecz zgodnie z zapowiedzią proroka Joela, do której nawiązał Apostoł Piotr, wyjaśniając to co się stało, Bóg powiedział: „A potem wyleję mojego Ducha na wszelkie ciało, i wasi synowie i wasze córki prorokować będą, wasi starcy będą śnili, a wasi młodzieńcy będą mieli widzenia. Także na sługi i służebnice wyleję w owych dniach mojego Ducha” (Joel 3:1,2). Wylanie Ducha Świętego zostało porównane do ulewnego deszczu. W Izraelu występowały dwie pory deszczowe, wczesna i późna. „A wy, dzieci Syjonu, wykrzykujcie radośnie i weselcie się w Panu, swoim Bogu, gdyż da wam obfity deszcz jesienny i ześle wam, jak dawniej deszcz, deszcz jesienny i wiosenny” (Joel 2:23).
Czy, podobnie jak pierwsi uczniowie, my również oczekujemy w wytrwałej modlitwie na ten późniejszy deszcz? Czy nastawiamy nasze duchowe uszy, aby usłyszeć szum nadchodzącego Ducha Swiętego, w potężnej mierze, tak, aby Boże żniwo mogło zostać dokończone? Najlepszym zajęciem w czasie oczekiwania jest modlitwa, wytrwałe wołanie do Boga, podobnie jak to było zaraz na początku, gdy pojawiły się przeszkody -„Ci zaś, gdy to usłyszeli, podnieśli jednomyślnie głos do Boga i rzekli: Panie, Ty, któryś stworzył niebo i ziemię, i morze, i wszystko, co w nich jest ... A teraz, Panie, spójrz na pogróżki ich i dozwól sługom twoim, aby głosili z całą odwagą Słowo twoje” (DzAp. 4:24,29).  I poszli, dzięki czemu ewangelia była zwiastowana dalej, aż do naszego kraju. Czy możemy zatrzymać ten potok błogosławionego deszczu?
Jest czas modlitwy, jest i czas działania. Oni nie musieli długo czekać, „a gdy skończyli modlitwę, zatrzęsło się miejsce, na którym byli zebrani, i napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i głosili z odwagą Słowo Boże” (w. 31). Może za mało modlimy się o to, aby Boże przebudzenie nadal przetaczało się po oblicz naszej ziemi?
Jezus, mówiąc o modlitwie, chciał zawstydzić niedowiarków – „Jeśli więc wy, którzy jesteście źli, umiecie dobre dary dawać dzieciom swoim, o ileż bardziej Ojciec niebieski da Ducha Świętego tym, którzy go proszą” (Łuk. 11:13)
Czy o to prosimy? Czy słyszymy szum nadchodzącego Bożego działania? Być może słuchamy innych szumów, nie tego Bożego, który zapowiada działanie Ducha Świętego.
Henryk Hukisz

Friday, May 25, 2012

Małżeństwo i ewolucja

Osobiście uważam, że istnieje silny związek pomiędzy coraz szerzej tolerowaną tendencją do odchodzenia od tradycyjnego pojęcia małżeństwa a powszechnie uznawaną teorią ewolucji. Wszyscy biblijnie wierzący chrześcijanie powinni stać na stanowisku obrony małżeństwa w kształcie, w jakim określił je na początku Stwórca: „Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoją i złączy się z żoną swoją, i staną się jednym ciałem” (1 Moj. 2:24).

Gdy kiedyś rozmawiałem z jednym z pastorów na temat kreacjonizmu (dla niewtajemniczonych: jest to teoria przeciwna ewolucji), usłyszałem, że jest to dla niego mało istotne, ponieważ jako nauczyciel Słowa Bożego koncentruje się na głoszeniu ewangelii o zbawieniu. Twierdził, że nie ma znaczenia, czy świat powstał w ciągu sześciu dni, czy w ciągu miliardów lat. Czy rzeczywiście jest to nieistotne? Jeśli tak, to jaka jest różnica pomiędzy Słowem Bożym, które stwierdza, że Wszechmogący Bóg stworzył świat mocą Słowa w ciągu kilku dni, a prawdą, że nasze grzechy zostały doskonale zmyte krwią Baranka Bożego? Obie te prawdy zapisane są w tej samej Biblii, będącej w całości natchnionym Słowem Bożym.

Trwająca wiele dziesięcioleci batalia ideologiczna w szkołach, głosząca, że świat powstał z niczego, sprawiła, że większość społeczeństwa uznaje, iż życie wyłoniło się w wyniku wielkiego „boom”. Powszechnie uważa się, że każdy inteligentny człowiek uznaje tę teorię za jedyną naukową metodę zrozumienia powstania świata i życia.

Teoria ewolucji powstała jako alternatywna koncepcja początku życia. Jej podstawowym założeniem jest brak Stwórcy, który mądrze wszystko uczynił i nadał temu sens. Teoria ta niesie w sobie ideologię, której głównym celem jest zaprzeczenie istnieniu Boga. Skoro nie ma Boga, to nie ma również zasad moralnych obowiązujących na tym świecie. Taka ideologia wiedzie wprost do bałwochwalstwa, które wcale nie musi polegać na oddawaniu czci posągom. Bałwochwalstwem jest zastąpienie wiary w Boga inną ideologią, która daje ludziom możliwość uznania „boga”, który nie ma wymagań moralnych. Takich bogów ludzie chętnie wyznają i czczą, bo jest to wygodne i zgodne z grzeszną naturą człowieka – nie ma bowiem potrzeby nawrócenia przez pokutę i porzucenia grzesznego życia.

Wyznając poglądy wywodzące się z teorii ewolucji, można swobodnie akceptować tak powszechne dziś zjawiska jak aborcja, śluby homoseksualne, współżycie pozamałżeńskie czy eutanazja. Wszystkie te postawy mają swoje źródło w założeniu, że człowiek jest jedynie wyższą formą zwierzęcia, ponieważ powstał z tego samego źródła – z materii, która w niewytłumaczalny sposób ożyła miliardy lat temu.

Uważam, że dla każdego wierzącego największym autorytetem w poznawaniu prawdy jest Jezus Chrystus. Czy Jezus wypowiadał się na temat małżeństwa i powstania świata? Ewangeliści przytaczają słowa Nauczyciela: „Czyż nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył mężczyznę i kobietę?” (Mat. 19:4). W tym krótkim stwierdzeniu Ten, który uczestniczył w stworzeniu świata i jest naocznym świadkiem tego zdarzenia, wskazuje na czas, w którym człowiek został powołany do życia. Chrystus jasno daje do zrozumienia, że akt stworzenia człowieka miał miejsce „na początku”, a nie po miliardach lat. Z tego zdania nie wynika żadna możliwość stopniowego rozwoju od bakterii do skomplikowanego organizmu, jakim jest człowiek, noszący w sobie obraz Stworzyciela.

Kolejna wielka prawda zawarta w tym wersecie wskazuje, że Bóg stworzył mężczyznę i kobietę jako dwie istoty zróżnicowane płciowo, aby mogło powstać małżeństwo, którego zadaniem jest przekazywanie życia. W doskonałym Bożym dziele stworzenia nie ma miejsca na „niedoróbkę” w postaci nieokreślonej płci. Tak nauczał Jezus, taką naukę otrzymał w objawieniu Apostoł Paweł, który jednoznacznie stwierdził, że grzeszni ludzie odrzucili wiarę w Boga. W wyniku porzucenia Bożej nauki o stworzeniu: „kobiety zamieniły przyrodzone obcowanie na obcowanie przeciwne naturze, podobnie też mężczyźni zaniechali przyrodzonego obcowania z kobietą, zapałali jedni ku drugim żądzą, mężczyźni z mężczyznami popełniając sromotę i ponosząc na sobie samych należną za ich zboczenie karę” (Rzym. 1:26-27).

Małżeństwo według Bożego planu zawiera w sobie wspaniały obraz harmonii, jaka istnieje w Bogu Trójjedynym. Dobre małżeństwo, budowane w miłości, jest najlepszym świadectwem, że jedynym Stwórcą jest Bóg. Nie pozwólmy, aby obca ideologia niszczyła Boży obraz w nas. Wyznając Boga Stworzyciela świata i życia, uwielbimy Go zgodnie z Jego oczekiwaniem: „Ojciec takich szuka, którzy by mu tak cześć oddawali. Bóg jest duchem, a ci, którzy mu cześć oddają, winni mu ją oddawać w duchu i w prawdzie” (Jan 4:23-24).

Uważam, że wszystkich ewangelicznie wierzących ludzi obowiązuje jedna teoria pochodzenia życia, a jest nią teoria stworzenia, czyli kreacjonizm. Nie ma w niej miejsca na wprowadzenie nawet cienia idei, że Bóg posłużył się ewolucją, aby stworzyć świat. Pomimo że takie stanowisko przyjmuje największa grupa chrześcijan – Kościół Rzymskokatolicki – to jeśli mamy szacunek do Słowa Bożego, musimy uznać, że istnieje tylko jedna prawda: ta, którą znajdujemy w Biblii.

Wiem, że wielu wierzących wstydzi się głośno przyznać, że są zwolennikami kreacjonizmu, aby nie narazić się na ośmieszenie przed tymi, którzy uważają ewolucjonizm za jedyną teorię naukową. Warto jednak zastanowić się nad słowami Apostoła Pawła – człowieka wszechstronnie wykształconego, a jednocześnie głęboko wierzącego w Bożą prawdę objawioną w Pismach: „Napisano bowiem: Wniwecz obrócę mądrość mądrych, a roztropność roztropnych odrzucę. Gdzie jest mądry? Gdzie uczony? Gdzie badacz wieku tego? Czyż Bóg nie obrócił w głupstwo mądrości świata? Skoro bowiem świat przez mądrość swoją nie poznał Boga w jego Bożej mądrości, przeto upodobało się Bogu zbawić wierzących przez głupie zwiastowanie” (1 Kor. 1:19-21).

Henryk Hukisz

Monday, May 21, 2012

Przemienione życie

  Z pewnością wielu z nas pamięta to tragiczne wydarzenie sprzed lat, gdy na drodze nr. 175 w Teksasie z olbrzymią ciężarówka zderzył się osobowy samochód, którym jechał Dawid Wilkerson. Zderzenie posiadało tak wielką siłę, że kierowca nie miał żadnej szansy na przeżycie. Są sytuacje, które mają wypisany z góry wiadomy skutek.Podobnie jest przy spotkaniu się z Jezusem – musi nastąpić ogromna zmiana, mająca skutek na resztę życia. 
Pewien pastor spoźnił się na nabożeństwo, na którym miał wygłosić kazanie. Gdy już znalazł się za kazalnicą, zdyszanym głosem wyjaśnił powód spóźnienia. Opowiedział o tym, że na ulicy został przejechany przez ogromną cieżarówkę, po czym wstał, otrzepał brud, poprawił na sobie garnitur - i oto jest gotowy aby wygłosić zaplanowane kazanie.
Wierni z niedowierzeniem słuchali wyjaśnień swego pastora, ponieważ nie było na nim żadnych śladów potwierdzających tego rodzaju zdarzenie. Po chwili usłyszeli, że tak naprawdę, to nic takiego nie miało miejsca, a całą historię wymyslił, aby pokazać, że często ludzie opowiadają o swoim spotkaniu z Jezusem, lecz w ich życiu nie ma żadnych śladów tak wielkiego zdarzenia, jakim jest tego rodzaju doświadczenie.
Narodzanie się na nowo nie może nie pozostawić po sobie żadnych śladów - muszą być widoczne znaki, podobnie jak po zderzeniu się z ogromną ciężarowką.
Gdy słyszę, że ludzie w kościele muszą dostosować się do stylu życia grzeszników, aby zachęcić ich do przekroczenia progu ich zboru, przypomima mi się zawsze ta anegdota. Jeśli pastor ubiera się w łachmany, aby w ten sposób zachęcić podobnie ubierajacych się do przychodzenia, to jesteśmy o krok od twierdzenia, że sposobem na zachęcenie homoseksualistów, aby przyszli posłuchać ewangelii, jest zaangażowanie kaznodziei o takich smych skłonnościach.
Ewangelia przemienia życie tych, którzy ją przyjmują z rozwagą i odpowiedzialnością, inaczej nie jest to prawdziwa ewangelia. Rozumiem sens składania świadectw przez osoby, które były narkomanami, homoseksualistami, alkoholikami lub prowadziły inny grzeszny styl życia, lecz spotkali się z żywym i zmartwychwstałym Chrystusem i w ich życiu nastąpiła widoczna przemiana. Apostoł Paweł pisał do wierzących w Koryncie, że kiedyś byli grzesznikami różnego rodzaju, lecz teraz zostali "obmyci, uświęceni, i usprawiedliwieni w imieniu Pana Jezusa Chrystusa i w Duchu Boga naszego” (1 Kor. 6:11). Przemienione życie musi być dowodem mocy, jaką jest ewangelia, inaczej będzie jedynie anegdotą, w którą nikt nie uwierzy.
Ewangelia, jaka była zwiastowana od początku, nie była ludzką ideologią, ani programem resocjalizacyjnym, lecz Bożą prawdą. Apostoł Paweł uwierzył w taką ewangelię i jedynie taką chciał zwiastować. Jak pisał do Koryntian: „Albowiem mowa o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor. 1:18). Słowo ewangelii jest natchnione przez Ducha Śwętego, tego samego, który Chrystusa wzbudził z martwych, dlatego uczniowie czekali na przyobleczenie mocą z wysokości, bez której nie byliby w stanie dokonać tego, co Bóg czynił przez ich ręce i usta. Jezus powiedział im wyraźnie, aby nie oddalali się z Jerozolimy, lecz oczekiwali na obietnicę Ojca – „ale weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was, i będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi” (DzAp. 1:8).
Dokądkolwiek później się udali, aby zwiastować ewangelię, mogli oglądać jej przemieniającą życie moc, jak na przykład w Tesalonikach, Apostoł Paweł pisał, że „ewangelia zwiastowana wam przez nas, doszła was nie tylko w Słowie, lecz także w mocy i w Duchu Świętym, i z wielką siłą przekonania” (1 Tes. 1:5). Dlatego mógł napisać dalej w tym liście, zachęcając tych, którzy spotkali się ze Słowem ewangelii, aby „prowadzili życie godne Boga, który was powołuje do swego Królestwa i chwały” (1 Tes. 2:12). Moc Słowa ewangelii ukryta jest w jego pochodzeniu i widoczna jest w działaniu przemieniającym życie słuchaczy. Apostoł Paweł zaświadczył osobiście: „A przeto i my dziękujemy Bogu nieustannie, że przyjęliście Słowo Boże, które od nas słyszeliście nie jako słowo ludzkie, ale, jak jest prawdziwie, jako Słowo Boże, które też w was wierzących skutecznie działa” (w. 13). 
 Ewangelia, to nie tylko dobra nowina o zbawieniu z łaski, lecz również dalsze, przemienione życie, jakie jedynie może podobać się Bogu. Paweł pisał: „A poza tym, bracia, prosimy was i napominamy w Panu Jezusie, abyście stosownie do otrzymanego od nas pouczenia, jak macie postępować i podobać się Bogu, jak zresztą postępujecie, abyście tym bardziej obfitowali” (1 Tes. 4:1). I wcale nie chodzi tu o tzw. życie duchowe, obejmujące wewnętrzną relację w Duchu Świętym z Ojcem. Wolą Bożą jest: „uświęcenie wasze, żebyście się powstrzymywali od wszeteczeństwa, aby każdy z was umiał utrzymać swe ciało w czystości i w poszanowaniu, nie z namiętności żądzy, jak poganie, którzy nie znają Boga” (w. 3-5), gdyż przez ewangelię, Bóg powołał nas nie  „do nieczystości, ale do uświęcenia” (w. 7).
Apostoł Paweł przypominał tym, którzy uwierzyli ewangelii, przyjmując ją w mocy Bożej, która przemieniła ich życie, że są winni złożenia świadectwa wobec niewierzących. „My zaś napominamy was, bracia, żebyście tym bardziej obfitowali i gorliwie się starali prowadzić żywot cichy, pełnić swe obowiązki i pracować własnymi rękami, jak wam przykazaliśmy, tak abyście wobec tych, którzy są poza zborem, uczciwie postępowali i na niczyją pomoc nie byli zdani” (w. 10-12). 
W tym liście Apostoł Paweł pokazuje bardzo wyraźnie, że ci, którzy uwierzyli ewangelii, żyją w ciągłym oczekiwaniu na spotkanie z Panem, który „przyjdzie jak złodziej w nocy.” (1 Tes. 5:2).
Dzięki mocy ewangelii, możemy stanowczo powiedzieć: „nie należymy do nocy ani do ciemności” (w. 5). I jeśli będziemy posłuszni wezwaniu - „od wszelkiego rodzaju zła z dala się trzymajcie” (w. 22), wówczas sam Bóg sprawi Swoją mocą, że „cały duch wasz i dusza, i ciało niech będą zachowane bez nagany na przyjście Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (w. 23).
Myślę, że właśnie dlatego, iż tak ważne jest ukazanie przemienionego przez moc ewangelii naszego życia, Paweł kończy ten list apelem: „Zaklinam was na Pana, aby ten list był odczytany wszystkim braciom.” (w. 27).
Henryk Hukisz

Piekła nie ma?

„Hulaj dusza — piekła nie ma” — to powiedzenie dobrze oddaje sposób myślenia człowieka, który chciałby uwolnić się od odpowiedzialności za swoje czyny. Jeśli nie ma ostatecznego sądu ani konsekwencji przekraczających granicę śmierci, można żyć tak, jakby nasze wybory nie miały żadnego trwałego znaczenia.

Co ciekawe, zupełnie inaczej myślimy wtedy, gdy chodzi o nagrodę za dobre postępowanie. Wówczas jak najbardziej oczekujemy sprawiedliwej zapłaty i wierzymy w istnienie nieba.

Piekło jest dziś słowem niepopularnym. Kojarzy się ze średniowieczem, demonami i obrazami wiecznych mąk. Mitologia, popularne dowcipy oraz kultura masowa sprawiły, że niewiele osób traktuje je poważnie. Większość ludzi, nawet jeśli dopuszcza możliwość istnienia miejsca wiecznego potępienia, skłonna jest raczej uważać je za symbol cierpienia lub przejściowego doświadczenia czegoś wyjątkowo strasznego. W znaczeniu religijnym piekło można określić jako „miejsce czasowej lub wiecznej kary, na którą skazane są dusze zmarłych; siedziba złych duchów i dusz potępionych”. Taką definicję podaje Słownik języka polskiego PWN.

W codziennym języku słowa tego używamy jednak znacznie swobodniej. Mówimy o piekle, mając na myśli miejsce lub sytuację, w której panują wyjątkowo ciężkie warunki. Kiedy przeżywamy coś niezwykle trudnego, mówimy: „Przechodzę piekło”.

A co na ten temat mówi Biblia?

Według świadectwa Pisma Świętego piekło nie jest ludzkim wymysłem ani metaforą trudnych doświadczeń. Biblia mówi o nim wielokrotnie. Co więcej, może się to wydawać zaskakujące, ale Pan Jezus wielokrotnie ostrzegał przed sądem i jego konsekwencjami. Kiedy wysyłał swoich uczniów, aby głosili nadchodzące Królestwo Boże, uzdrawiali chorych i wypędzali demony, dodawał im otuchy słowami: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą; bójcie się raczej tego, który może i duszę, i ciało zniszczyć w piekle” (Mt 10,28). Jezus mówił również o miejscu, w którym „będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 8,12).

Pomimo tego, że Biblia wielokrotnie porusza temat sądu i ostatecznego losu człowieka, współcześnie stosunkowo rzadko słyszymy o piekle w kazaniach. Jeszcze rzadziej staje się ono głównym tematem zwiastowania Słowa Bożego. Dlatego z pewnym zaskoczeniem przyjąłem kazanie, którego niedawno wysłuchałem w kościele, do którego obecnie uczęszczam. Całe zwiastowanie zostało poświęcone właśnie temu tematowi.

Już na początku pastor wyjaśnił, dlaczego postanowił mówić o sprawie, która — choć niewygodna i niepopularna — bez wątpienia należy do biblijnego nauczania. W tamtym czasie wśród chrześcijan ewangelikalnych dużym zainteresowaniem, ale również niemałymi kontrowersjami, cieszyła się książka o bardzo zachęcającym tytule Love Wins — Miłość zwycięża. Jej autorem był Rob Bell, pastor jednego z amerykańskich megakościołów — Mars Hill Bible Church w stanie Michigan. Książka wywołała tak duże poruszenie, że zainteresowały się nią również świeckie media. Pojawiały się wymowne tytuły informujące, że pastor kwestionuje istnienie piekła i tradycyjne chrześcijańskie rozumienie życia po śmierci.

Jeżeli spotykamy artykuł, książkę lub inny materiał kwestionujący istnienie piekła, którego autorem jest ateista albo ktoś otwarcie sceptyczny wobec Biblii, nie jest to szczególnie zaskakujące. Inaczej jednak wygląda sytuacja, gdy podobne poglądy głosi pastor dużego kościoła, liczącego około dziesięciu tysięcy członków. Wówczas nie można przejść obok takiego nauczania obojętnie.

Właśnie dlatego z dużą uwagą wysłuchałem wspomnianego kazania. Postanowiłem również napisać o tym na blogu, ponieważ tego rodzaju zagrożenia teologiczne nie zatrzymują się na granicach państw. To, co pojawia się dzisiaj w amerykańskich kościołach, jutro może dotrzeć również do Polski.

W środowiskach ewangelikalnych w Stanach Zjednoczonych pojawiły się liczne reakcje na książkę Roba Bella. Z jednej strony miały one ostrzegać przed tym, co autorzy krytyki uznawali za zwodniczy charakter przedstawionego nauczania, z drugiej zaś przypominać biblijną naukę dotyczącą sądu i wieczności. Jeden z pastorów, Kevin DeYoung, napisał obszerną recenzję, w której przedstawił swoje zastrzeżenia wobec książki Love Wins. W skrócie jego ocena sprowadzała się do następującego rozumienia poglądów Bella:

Rob Bell przedstawia piekło jako rzeczywistość, którą człowiek tworzy dla siebie przez odrzucenie Bożej miłości. Może ono być doświadczeniem obecnym, ale również przyszłą rzeczywistością dla tych, którzy umierają nieprzygotowani na spotkanie z Bogiem. Według tej interpretacji piekło nie miałoby jednak trwać wiecznie. Ostatecznie Bóg miałby znaleźć sposób, aby każdy człowiek zwrócił się ku Niemu i został pojednany z Bogiem — czy to w obecnym życiu, czy po śmierci. Nie byłoby więc wiecznie trwającej kary, ponieważ ostatecznie miłość Boga miałaby zwyciężyć wszelkie zło.

Właśnie z takim sposobem rozumienia piekła nie zgadzam się.

Biblia mówi o ostatecznym sądzie i o poważnych konsekwencjach odrzucenia Bożej łaski. Człowiek nie jest pozostawiony bez ratunku — Bóg ofiarował mu zbawienie w Jezusie Chrystusie — ale jednocześnie Pismo Święte nie przedstawia niewiary i odrzucenia Ewangelii jako czegoś pozbawionego konsekwencji. Pan Jezus powiedział: „Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego z aniołami swymi i wtedy odda każdemu według uczynków jego” (Mt 16,27).

W tych słowach zawarta jest zarówno dobra, jak i zła wiadomość. Dobrą wiadomością jest to, że dla tych, którzy zaufali Chrystusowi i przyjęli przez wiarę Jego usprawiedliwienie, nie ma już potępienia. Apostoł Paweł napisał: „Przeto teraz nie ma żadnego potępienia dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie” (Rz 8,1). To jest jedna z najwspanialszych obietnic Ewangelii. Jednak Jezus mówi również: „Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim” (J 3,36).

Dla człowieka, który świadomie odrzuca Chrystusa, jest to wiadomość niezwykle poważna. Każdy będzie musiał stanąć przed Tym, który nie tylko jest Sędzią, ale który również przyszedł na świat, aby zbawić człowieka. Chrystus cierpiał i umarł także za tych, którzy odrzucają Jego łaskę. Odrzucenie takiego zbawienia nie może być więc traktowane jako decyzja pozbawiona konsekwencji.

Apostoł Paweł również bardzo wyraźnie mówił o losie tych, którzy odrzucają Ewangelię: „Wymierzając karę tym, którzy nie znają Boga, oraz tym, którzy nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa. Poniosą oni karę: zatracenie wieczne, oddalenie od oblicza Pana i od mocy chwały jego” (2 Tes 1,8–9).

Biblia mówi również: „A jak postanowione jest ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Hbr 9,27). Śmierć nie kończy więc historii człowieka. Po niej następuje sąd. Jednych czeka życie wieczne, innych zaś potępienie. Księga Objawienia mówi o ostatecznym losie szatana: „I będą dręczeni dniem i nocą na wieki wieków” (Ap 20,10).

Nie można jednak głosić prawdy o sądzie w oderwaniu od Ewangelii. Biblia nie mówi o piekle po to, aby człowieka jedynie przestraszyć. Mówi o nim również po to, aby pokazać, jak wielkim darem jest zbawienie. Jeżeli nie istnieje żadne zagrożenie, przed którym człowiek musi zostać uratowany, trudno zrozumieć, dlaczego Chrystus musiał umrzeć na krzyżu.

Boża miłość nie polega na tym, że Bóg przymyka oczy na grzech i usuwa jego konsekwencje bez względu na to, jaką postawę przyjmuje człowiek. Miłość Boga objawiła się najpełniej właśnie w tym, że Chrystus wziął na siebie konsekwencje grzechu i otworzył drogę zbawienia każdemu, kto w Niego uwierzy.

Dlatego nie powinniśmy pozwolić, aby piękna prawda o Bożej miłości została wykorzystana do podważania innych prawd objawionych w Piśmie Świętym. Nie dajmy się zwieść słowami o Bożej miłości, które brzmią dobrze, ale prowadzą do pomniejszania powagi grzechu, sądu i potrzeby zbawienia.

Prawdziwa Boża miłość nie usuwa prawdy o sądzie. To właśnie dlatego, że Bóg tak umiłował świat, dał swojego Syna, aby człowiek nie musiał zginąć.

Henryk Hukisz

Friday, May 18, 2012

Uwielbianie Boga ze strachu

 Dziś istnieją różne szkoły uwielbiania Boga. Pamiętam czas, jak przed wielu laty do Polski dotarła nowa forma uwielbiania Pana podczas nabożeństw, popularnie określana jako „śpiew z ekranu”.   „Śpiewniki Pielgrzyma” poszły w kąt, a w kaplicach i w domach modlitwy zaczęły pojawiać się ekrany, lub przynajmnej białe prześcieradła na ścianie. Klawisze i gitary stopniowo otrzymywały wsparcie ze strony innych instrumentów, z perkusją włącznie. Pojawiła się nowa służba w lokalnych zborach – lider uwielbiania, którego wysyłano na szkolenia, albo miał okazję zaliczyć którąś z popularnych w Ameryce szkół dla „worship leaderów”. Pojawiła się teoria, prawie że teologia, jak należy uwielbiać Boga. Jest bodajże, pięć poziomów biblijnego uwielbiania. Kto miał okazję być gościem w różnych zborach, mógł zaobserwować szeroki wachlarz form uwielbiania, jakie obecnie się praktykuje.  Lecz nie o formie prowadzenia śpiewu pieśni czy refrenów chcę tym razem pisać, a o tym, co powoduje w nas to pragnienie, aby wielbić Pana.
Dużą rolę w uwielbianiu odgrywa atmosfera panująca w zgromadzeniu. Ten nastrój można wytworzyć przy pomocy środków technicznych, jak wystrój sali, światła i kolorowe podświetlenia. W niektórych zborach sale zgromadzeń przypominają bardziej sale koncertowe z rampami obwieszonymi reflektorami i lampami scenicznymi, niż salę modlitewną. Ale, w końcu, modlić się można wszędzie, w każdym miejscu, szczególnie gdy ma się zamknięte oczy. Wpływ na atmosferę ma również osobisty nastrój poszczególnych uczestników, z jakim przychodzą na nabożeństwo. Dlatego dobrze jest na samym początku, wyciszyć wewnętrzne napięcia, wtapiając się w pierwsze tony muzyki, która swym łagodnym brzmieniem działa jak leczący balsam. Po chwili już nie pamięta się o zdenerwowaniu wywołanym porannymi zgrzytami, jakie zelektryzowało moment wybierania się na nabożeństwo, lub uwagami na temat zdolności prowadzenia samochodu w drodze do zboru. „Muzyka łagodzi obyczaje” – mówi znane porzekadło, i po chwili jest już uśmiech na ustach, uniesione ręce i narastający rytm muzyki kolejnych refrenów.
Wielką rolę odgrywa lider prowadzący uwielbianie, coraz częściej w Polsce nazywany z angielska „łorszip lider”. Z racji prowadzenia śpiewu, musi znać się na muzyce, a obecnie ten kunszt można z łatwością wyrobić, oglądając i słuchając na You Tube, światowe, z najwyższych półek wzięte zespoły zawodowych „uwielbiaczy”. Zauważyłem, że styl śpiewu i muzyka jakie prezentuje popularny Hillsong, opanowuje coraz więcej zborów, jest prawie że głównym źródłem inspiracji dla wielu liderów uwielbiania.
Tu zrobię przerwę, aby nie narazić się moim drogim czytelnikom. Obawiam się, że mógłbym być potraktowany, o ile już nie jestem, za przeciwnika uwielbiania Boga refrenami. Nie, proszę nie oceniajcie mnie tak po tych kilku akapitach, jakie wyżej napisałem. Osobiście bardzo lubię uczestniczyć w śpiewie refrenów, lubię też stare, prawie że nieśmiertelne hymny ze śpiewników. Lubię współczesną muzykę w dobrym wykonaniu, jako akompaniament do śpiewanych słów, którymi uwielbiam mojego Ojca, Syna i Ducha Świętego.
Lubię też spoglądać wstecz, i to dość daleko, bo prawie dwa tysiące lat do tyłu. Lubię przyglądać się moim pierwszym braciom i siostrom w Chrystusie. Często czytam Dzieje Apostolskie, aby lepiej zrozumieć jak oni przeżywali Boga i Jego łaskę. Co powodowało, że przyjmowali zbawienie, co robili, aby uwielbić Boga swoim życiem. Przecież każdy z nas chciałby doświadczać takiego samego działania Ducha Świętego w zgromadzeniu, jak to się działo na początku. Wszyscy znamy  i wierzymy, że „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki” (Hebr. 13:8). Oczekujemy na wypełnienie się zapowiedzi proroka Joela – „I stanie się w ostateczne dni, mówi Pan, Że wyleję Ducha mego na wszelkie ciało I prorokować będą synowie wasi i córki wasze, I młodzieńcy wasi widzenia mieć będą, A starcy wasi śnić będą sny” (DzAp. 2:17).
Jak bardzo byśmy pragnęli, aby na naszych nabożeństwach słuchacze zwiastowanej Ewangelii reagowali podobnie jak za tamych dni – „A gdy to usłyszeli, byli poruszeni do głębi i rzekli do Piotra i pozostałych apostołów: Co mamy czynić, mężowie bracia?" (DzAp. 2:37). Nie byłoby potrzeby, aby ewangelista wielokrotnie wzywał grzeszników, aby wyszli do przodu w celu przyjęcia wspaniałego życia wolnego od grzechu, chorób i braku pieniędzy.
Niedawno zostałem zapytany, dlaczego obecnie ludzie nie boją się piekła, a przecież powszechnie uważa się, że jest to miejsce wieczystej męki. Myślę, że się nie pomylę jeśli powiem, iż obecnie w kościołach brakuje obecności Ducha Świętego. Według słów Jezusa, który zapowiadał nastanie czasu działania Pocieszyciela, On ma być inspiratorem wszelkich form aktywności Kościoła. On ma zająć miejsce głównego nauczyciela – „Lecz Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w imieniu moim, nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem” (Jan 14:26). Jego zadaniem jest stworzenie atmosfery, w ktorej Jezus będzie uwielbiony – „On mnie uwielbi, gdyż z mego weźmie i wam oznajmi” (Jan 16:14). On również będzie powodować, że ludzie będą wołać, jak słuchacze Apostoła Piotra w Dniu Pięćdziesiątnicy – „Co mamy czynić, mężowie bracia? To sam Jezus powiedział, że „gdy przyjdzie (Duch Święty), przekona świat o grzechu i o sprawiedliwości, i o sądzie; o grzechu, gdyż nie uwierzyli we mnie; o sprawiedliwości, gdyż odchodzę do Ojca i już mnie nie ujrzycie; o sądzie zaś, gdyż książę tego świata został osądzony” (Jan 16:8-11).
Moim ulubionym mężem Bożym naszych czasów jest ewangelista Reinhard Bonnke, który będąc już na emeryturze, spędza więcej czasu w zborach amerykańskich. Nie wiem, czy stąd doszedł do zdania, jakie napisał w swoim rozważaniu na Facebook’u – „Gdy w kościele jest mniej Ducha Świętego, podaje się więcej kawy”. Ludzi trzeba czymś przyciągać do kościoła. Liderzy dążą do stworzenia takiej atmosfery podczas nabożeństywa (o ile można jeszcze użyć tego słowa), aby lokalna społeczność czuła sią dobrze, aby przyprowadzano dzieci i znajomych, aby każdy miał coś, co go interesuje.
A jak było na początku Kościoła? Jaka była opinia o wierzących w tamtych czasach? Czy była specjalna służba „first impression”, witająca z uśmiechem każdego wchodzącego?
Łukasz relacjonując nam jak wyglądało życie pierwszych chrześcijan, pisze: „z postronnych jednak nikt nie ośmielał się do nich przyłączać; ale lud miał ich w wielkim poważaniu” (DzAp. 5:13). Obawiam się, że dziś wyrzucono by takiego pastora, ponieważ ludzie bali się przychodzić na nabożeństwo.
Na zakończenie, polecam dokładniejsze przestudiowanie sytuacji, jaka powstała w Efezie, gdy  dotarł tam Apostoł Paweł ( DzAp. 19: 1-20). Proszę zwrócić uwagę na to, co powodowało, że ludzie uwielbiali imię Jezusa (w. 17).
Będę wdzięczny za podzielenie się ze mną swoimi uwagami lub komentarzami, na tym blogu, na Facebook’u lub emailem.
Henryk Hukisz

Thursday, May 17, 2012

Wyrzucona kazalnica

W ubiegłą niedzielę usługiwałem na nabożeństwie, które odbywało się w wynajętej sali konferencyjnej w hotelu w centrum Poznania. Zanim jednak zacząłem zwiastować, poprosiłem o ustawienie w centralnym miejscu mównicy, aby mieć choćby namiastkę kazalnicy.
Zauważyłem bowiem, szczególnie w ostatnich latach, że we współczesnych miejscach zgromadzania się ludzi wierzących w Boga, zaczyna brakować kazalnic. Wiem, że nie mebel jest istotny dla zdrowej nauki, lecz dobry nauczyciel Słowa Bożego. Lecz niestety, wraz z usuwaniem kazalnic, zanika troska o nauczanie, a co za tym idzie, coraz mniej uwagi przywiązuje się do podawania zgromadzonym zdrowej nauki biblijnej. Nabożeństwa zamienia się na coś w rodzaju koncertów muzycznych, na różnym poziomie artystycznym. Kolejna obserwacja, jaka poczyniłem, to montowanie we frontowej części sali zgromadzeń rusztowań z zamontowanymi reflektorami i całą aparaturą sceniczną. Podczas śpiewu, można dostać oczopląsu od migających kolorowych lampek led-owych i wirujących po głowach błysków świetlnych.
Zapomina się, że jednym z głównych błogosławieństw reformacji było umiejscowienie kazalnicy w centrum nabożeństwa. Podczas prowadzenia wykładów z homiletyki w Seminarium Biblijnym w Ustroniu, położyłem mocny akcent na zachowanie zwiastowania Słowa Bożego w odpowiedniej proporcji do czasu przeznaczonego na uwielbianie. Wówczas jeden ze słuchaczy nie zgodził sie ze mną. Miał oczywiście do tego prawo, lecz nie miał racji, gdyż nabożeństwo bez nauczania przestaje być spotkaniem Kościoła. Uwielbianie natomiast, jest środkiem przygotowującym glebę serca słuchaczy do odbioru „ziarna”, jakim jest Słowo.
Jezus Chrystus, Pan i Głowa Kościoła buduje Swoje Ciało zgodnie z regułami, jakie objawił gdy przyszedł ogłaszać nadejście Królestwa Bożego. Ewangeliści zgodnie relacjonują Jego służbę, podkreślając tę bardzo istotną cechę, jaką było nauczanie – „I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w ich synagogach i głosząc ewangelię o Królestwie i uzdrawiając wszelką chorobę i wszelką niemoc wśród ludu” (Mat. 4:23). Z pewnością wielu spośród słuchaczy, którzy szli za Nim, uległo wrażeniu cudownych uzdrowień, jakie wiedzieli. Lecz warto jest zauważyć, że nauka jaką słyszeli, przyciągała do stóp Nauczyciela również wielkie tłumy - „Tedy Jezus, widząc tłumy, wstąpił na górę. A gdy usiadł, przystąpili do niego jego uczniowie, i otworzywszy usta swoje, nauczał ich” (Mat. 5:1,2).
A przecież nie chodzi o jakąś tam naukę, lecz, jak powiedział Chrystus: „Nauka moja nie jest moją, lecz Tego, który mnie posłał” (Jan. 7:16). Skoro sam Jezus, będąc Synem Bożym, nie zaniedbywał zwiastowania Bożej nauki, nakazał Swoim uczniom, aby idąc na cały świat czynili uczniami tych, którzy uwierzą. Dlatego, odchodząc z tej ziemi, powiedział:, aby zwiastowali wszystkim narodom Ewangelię, „ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem” (Mat. 28:20).  Przyobiecał też Pocieszyciela, bez którego nie byłoby Kościoła i bez którego trudno jest dziś nazwać Kościołem zgromadzenie, które zachowuje jedynie chrześciajńską tradycję. O Nim powiedział Chrystus, że On „nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem” (Jan. 14:26).
Powinniśmy częściej spoglądać na życie pierwszych chrześcijan, na ich zgromadzanie się i ich praktyczne życie, jako wiernych naśladowców Chrystusa. Łukasz, opisując w Dziejach Apostolskich historię Kościoła pierwszego wieku, zwracał uwagę na ten istotny element ich życia - „Ci więc, którzy przyjęli słowo jego, zostali ochrzczeni i pozyskanych zostało owego dnia około trzech tysięcy dusz. I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach” (Dz.Ap. 2:41,42). 
Nieprzyjaciele prawdziwego Kościoła zdawali sobie sprawę ze znaczenia nuczania Słowa Bożego. Dlatego, aby powstrzymać ekspansję Ewangelii, „przywoławszy ich, nakazali im, aby w ogóle nie mówili ani nie nauczali w imieniu Jezusa” (Dz.Ap. 4:18). Obawiam się, że gdyby zaistniała podobna sytuacja w naszych czasach, w wielu zborach nie byłoby konieczności zabraniania głoszenia nauki, ponieważ już tego nie czynią. Kazalnice stały się już nie potrzebne. W internecie pojawiają się coraz częściej oferty oddania tego zbędnego już mebla. I jakoś nie ma chętnych, gdyż oferta "wisi" w necie dłuższy czas.
Bóg ustanowił w Kościele między innymi nauczycieli, aby urząd nauczania zachowano do końca, aż przyjdzie Pan i dopiero wtedy nie będzie już potrzeby, aby kogokolwiek nauczać. Póki co, we wszystkich zborach obowiązuje polecenie Apostoła Pawła, jakie skierował do Tymoteusza: „Głoś Słowo, bądź w pogotowiu w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczaniem. Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, i odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom” (2 Tym. 4:2-4).
Mam jeszcze jedną uwagę odnośnie miejsca i roli kazalnicy w naszych zborach. Zauważyłem bowiem, że tam gdzie kazalnice są prawidłowo ustawione i nawet mocno przyśrubowane do podłogi, słuchacze mają dziwny stosunek do tego mebla. Boją się go jak ognia. Bo jak inaczej można zrozumieć to, że wielu uczestników nabożeństw, zajmuje miejsca jak najdalej od kazalnicy. Ostatnie rzędy z ledwością mieszcza słuchaczy, gdy tymczasem w pierwszych rzędach siedzi jedynie kilka osób. Nie potrafię przewidzieć reakcji w polskich zborach, gdyby zrobiono tak, jak to często czyni się w zborach amerykańskich. Dostęp do ostatnich rzędów krzeseł lub ławek oddziela się sznurem, i dopiero w miarę wypełnienia sali z przodu, udostępnia się ostatnie miejsca.
Ewangelista Łukasz zapisał dla nas dość ciekawy szczegół z czasów Jezusa. „Pewnego razu, gdy On stał nad jeziorem Genezaret, a tłum tłoczył się dokoła niego, by słuchać Słowa Bożego” (Łuk. 5:1). Ewangelista Marek też zwraca naszą uwagę na podobny szczegół – „i zeszło się wielu, tak iż się i przed drzwiami już pomieścić nie mogli, a On głosił im słowo” (Mar. 2:2). W wielu zborach jedynie pobożnym życzeniem jest, aby nie można było pomieścić chętnych słuchania Słowa Bożego.
Zastanawiam się, dlaczego dziś słuchacze Ewangelii i nauczania Słowa Bożego uciekaja od tego, który zwiastuje? Jeśli powodem jest, że kaznodzieja ma tzw. „mokrą mowę”, można zastosować ekran, podobny do tego, jaki ustawia się wokół perkusji.
Drodzy słuchacze, chcę zwrócić uwagę, że uciekanie od kaznodziei, ukrywanie się w ostatnich rzędach na balkonie, może być odebrane jako brak szacunku do mówcy. Albo istnieje podejrzenie, że ktoś przychodzi do zboru z ciekawą książką (dziś może to być iPad, iPhone z fajną grą), tylko po to, aby się pokazać.
Jeśli Słowo Boże mieszka w naszych sercach, to gdy zejdziemy się razem, wówczas będzie mogło spełnić się to, o czym pisał Apostoł Paweł - „we wszelkiej mądrości nauczajcie i napominajcie jedni drugich przez psalmy, hymny, pieśni duchowne, wdzięcznie śpiewając Bogu w sercach waszych” (Kol. 3:16).
I tak czyńmy, aż przyjdzie Pan.
Henryk Hukisz