Jednym z najbardziej znanych i najczęściej cytowanych
wersetów z Psalmu 119 jest bez wątpienia wers 105: „Twoje słowo jest
pochodnią dla stóp moich, światłem na mojej ścieżce”. Warto zauważyć, że
słowo „pochodnia” – w zależności od czasu powstania danego przekładu – często
tłumaczone jest również jako „lampa”. Skupmy się więc na lampie, a dokładniej
na oświetlaniu drogi, którą idziemy przez życie.
Dziś, gdy potrzebujemy podręcznego źródła światła, mamy do
dyspozycji latarki LED o mocy kilku, a nawet kilkudziesięciu tysięcy lumenów,
które potrafią prześwietlić mrok na odległość ponad pół kilometra. W czasach
Starego Testamentu, gdy powstawały Psalmy, a nawet później, w okresie spisania
listów apostolskich, nikt nie dysponował taką technologią. Ówczesne lampy miały
zasięg najwyżej kilku, może kilkunastu metrów.
„No dobrze – zapyta ktoś – ale co to ma wspólnego z wersetem
zacytowanym na wstępie?”. Ma to kluczowe znaczenie, co zaraz wyjaśnię.
Zacznijmy od samego światła emitowanego przez latarkę – nie
od jego fizycznej natury, ale od praktycznej użyteczności i celu, w jakim z
niego korzystamy. Kiedy wokół panuje ciemność, a my musimy coś dostrzec lub
dokądś przejść, światło staje się niezbędne. Im jest mocniejsze, tym lepiej.
Jednak by w ogóle ruszyć przed siebie w mroku, wystarczy nawet płomień zapałki,
który rozjaśni przestrzeń tuż pod naszymi nogami. Chodzi przecież o to, aby nie
wpaść w dziurę i nie potknąć się o żadną przeszkodę.
Nasze życie duchowe jest w Biblii często porównywane do
wędrówki. Apostoł Jan napisał: „Jeśli natomiast chodzimy w światłości,
podobnie jak On jest w światłości, to trwamy we wspólnocie z sobą, a krew
Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu” (1 Jn 1:7). Jak
widać, nasze chodzenie z Panem odbywa się w sferze światła, ponieważ On sam
jest światłością. Pojawia się jednak pytanie: czy w tym przypadku również
obowiązuje zasada, że im silniejszego światła użyjemy, tym lepiej dla nas? Otóż
niekoniecznie. Nasza relacja z Bogiem opiera się na zupełnie innych prawach niż
rzeczywistość fizyczna.
Nierzadko spotykam wierzących, którzy bardzo chcieliby
zajrzeć w odległą przyszłość i dowiedzieć się, co ich czeka. Takie oczekiwania
szczególnie mocno towarzyszą nam na początku nowego roku. Doświadczaliśmy tego
chociażby w czasie, gdy targały nami niepokoje związane z pandemią i
intensywnie zastanawialiśmy się nad jutrem. Myśleliśmy wtedy, jak cudownie
byłoby mieć lampę, która rozświetliłaby przyszłość i pokazała, kiedy wreszcie
skończy się ta zaraza. Bez takiej wiedzy czujemy się zagubieni – niczym wędrowiec
w ciemną noc bez latarki. Szukamy obietnic w Biblii, by odzyskać spokój, i
tęsknimy za prorokiem, który nakreśliłby nam jasną wizję nadchodzących
wydarzeń.
Biblia nie jest księgą przepowiedni spisaną na
wzór centurii Nostradamusa. Znajdziemy w niej za to wspaniałe wzorce życia,
zwłaszcza na stronach Nowego Testamentu. Do Starego Testamentu lepiej pod tym
kątem nie zaglądać, bo przez błędne zrozumienie tekstów można zacząć błądzić po
pustyni razem z narodem wybranym. Wprawdzie historia Izraela została spisana ku
pouczeniu, ale – jak zauważa apostoł Paweł – głównie po to, „abyśmy nie
pożądali złych rzeczy, jak oni pożądali” (1 Kor 10:6). I na tym w zasadzie
kończy się profetyczne zastosowanie tych obrazów. Nie możemy przecież dosłownie
naśladować wypowiedzi proroków dotyczących wypraw zbrojnych przeciwko Syrii czy
Egiptowi. Nikt rozsądny nie będzie dziś szukał Bożego prowadzenia w historii
proroka Ozeasza, któremu Pan nakazał ożenić się z konkretną kobietą. Podobnie
byłoby w sytuacji, gdy Bóg przez proroka Aggeusza wezwał do odbudowy
zrujnowanej świątyni w czasie, gdy kapłani „mieszkali w domach wyłożonych
płytami” (Agg 1:4) – choć może akurat w tym jednym przypadku tkwi jakaś
analogia?
Biblia nie jest zbiorem przepowiedni ani chrześcijańskim
horoskopem, który miałby rozpraszać mrok odległej przyszłości. Słowo Boże nie
działa jak wielolumenowa latarka LED, pokazująca, co wydarzy się za kilka
miesięcy. W czasach narodzin Kościoła, gdy ewangelia docierała do zagubionych
ludzi w mocy Ducha Świętego, ówcześni ewangeliści i prorocy nie zajmowali się
wróżeniem. Wzywali raczej do bezgranicznego zaufania Bożemu Słowu, które
potrafi zachować człowieka przy Panu nawet w najciemniejszą noc. Jedyne, co
było wtedy pewne na przyszłość, to ogólna prawda, że „przez wiele ucisków
trzeba nam wejść do Królestwa Boga” (Dz 14:22) – i nikt nie dorabiał do
tego indywidualnych przepowiedni.
W tym pełnym przeciwności i mroku świecie naszą nadzieją
pozostaje fakt, że Jezus Chrystus przyszedł jako „światłość prawdziwa, która
oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (Jn 1:9). Doskonały
przykład działania tego światła widzimy w historii kobiety przyłapanej na
cudzołóstwie, którą chciano ukamienować. Chrystus objawił wtedy prawdziwe
oblicze Boga – Boga, którego celem jest ratowanie człowieka, a nie jego
potępienie. Dlatego na zakończenie tego spotkania Jezus powiedział: „Ja
jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności,
ale będzie miał światłość życia” (Jn 8:12). To kolejny dowód na to, że do
naśladowania Jezusa niezbędne jest światło.
Każdy, kto idzie za Chrystusem, ma pewność, że nie będzie
błąkał się po omacku. Co do wieczności, sprawa jest całkowicie jasna – wiemy,
dokąd zmierzamy, ponieważ On sam nas zapewnił: „Abyście tam, gdzie Ja
jestem, i wy byli” (Jn 14:3). Ta pewność opiera się na fundamentalnych
słowach: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca
inaczej, jak tylko przeze Mnie” (Jn 14:6). Pytanie brzmi jednak inaczej:
jak daleko w przód możemy spojrzeć, zanim ostatecznie dojdziemy do domu Ojca?
Przytoczony na początku werset z Psalmu 119: „Twoje słowo
jest pochodnią dla stóp moich, światłem na mojej ścieżce”, precyzyjnie
definiuje zasięg Bożego światła. Ono oświetla przestrzeń wokół naszych stóp.
Nie jest to reflektor dalekosiężny, który pokaże nam bieg wydarzeń na cały rok,
najbliższe miesiące czy choćby tygodnie. Jestem głęboko przekonany, że intencją
Boga jest dawanie nam światła potrzebnego wyłącznie do zrobienia kolejnego,
pojedynczego kroku, a nie odsłanianie tego, co wydarzy się za kilka lat.
Wyobraźmy sobie wędrówkę w ciemną noc po nieznanej, pełnej
wybojów i kamieni drodze. Zamiast mocnej latarki czy rozświetlonego ekranu
smartfona mamy w ręku tylko zwykłą świecę lub łuczywo. W takiej sytuacji
będziemy stawiać kroki z ogromną ostrożnością, dokładnie sprawdzając miejsce, w
którym ma spocząć nasza stopa. Właśnie tak postępowali Izraelici, gdy zdobywali
Ziemię Obiecaną. Bóg dał im konkretną obietnicę: „Każde miejsce, po którym
przejdzie wasza stopa, oddałem wam, jak obiecałem Mojżeszowi” (Joz 1:3). I
w ten sposób, krok po kroku, przejmowali ziemię opływającą w mleko i miód.
Każdy skrawek, na którym stanęli, stawał się ich własnością.
Wierzę, że dokładnie taka sama strategia dotyczy Bożego
prowadzenia Jego dzieci przez ziemski padół. To oczywiste, że droga do domu
Ojca nierzadko wiedzie przez „dolinę cienia śmierci” (Ps 23:4). W takich
momentach bezpieczniej jest iść powoli, krok za krokiem, wyczekując kolejnych
wskazówek Dobrego Pasterza. Taka postawa wymaga pełnego zaufania do aktualnych
instrukcji, a nie znajomości całego planu podróży. Dokładnie tak samo postąpił
wierny sługa Abram, gdy Bóg wezwał go do opuszczenia rodzinnego miasta, dając
mu tylko jedno polecenie: „Wyjdź ze swego kraju, z miejsca swojego urodzenia
i z domu swego ojca do ziemi, którą ci wskażę” (Rdz 12:1). Autor Listu do
Hebrajczyków, wspominając ten wielki akt wiary, napisał krótko: „Wyruszył,
nie wiedząc, dokąd zmierza” (Hbr 11:8). Z kolei apostoł Paweł, wskazując na
postawę Abrahama, przypomniał słowa Pisma: „Abraham uwierzył Bogu i zostało
mu to poczytane za sprawiedliwość” (Rz 4:3).
Ktoś mógłby jednak zauważyć: „No tak, ale Abraham żył w
innych realiach i musiał osobiście wypełniać nakazy, by podobać się Bogu. My
mamy Jezusa, który zrobił wszystko za nas, więc nie musimy już nic robić”.
Spójrzmy jednak na uczniów Chrystusa. Gdy Jego ziemska służba dobiegała końca,
zapewnił ich, że nie zostaną sami. Powiedział: „Ja poproszę Ojca i da wam
innego Orędownika, aby był z wami na wieki, Ducha Prawdy [...] On nauczy was
wszystkiego i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem” (Jn 14:16,
26). Uczniowie mieli zagwarantowane duchowe prowadzenie, dokładnie tak samo,
jak w dniach, gdy ich Mistrz był fizycznie obok nich. Orędownik – Trzecia Osoba
Boska – miał być z nimi w każdej sytuacji. Dlatego Paweł pisał później do
Kolosan: „Słowo Chrystusa niech mieszka w was obficie” (Kol 3:16), aby
jego światło stale rozjaśniało ich drogę za Panem.
Głęboko wierzę, że zadaniem Ducha Świętego jest
przeprowadzanie nas przez ciemne doliny poprzez przypominanie nam odpowiednich
słów, idealnie dopasowanych do sytuacji, w której się znajdujemy. Nie musimy
znać odległej przyszłości. Podobnie jak Abraham i wielu innych bohaterów wiary,
możemy oprzeć się na ich świadectwie i ufnie biec przed siebie, „wpatrując
się w Jezusa, który nas w wierze umacnia i prowadzi do doskonałości” (Hbr
12:2). Pamiętajmy też, że owce Dobrego Pasterza idą za Nim, ponieważ znają Jego
głos. Ta pewność jest w zupełności wystarczająca, jeśli ufamy Mu bezgranicznie.
Czasami zastanawiam się, czy wiedza o tym, co przyniesie
przyszłość, rzeczywiście byłaby dla nas dobra. Jestem jednak przekonany, że o
wiele bezpieczniej jest znać głos Dobrego Pasterza i całkowicie na Nim polegać,
idąc krok za krokiem według Jego bieżących wskazówek. Jednego jestem pewien: On
nigdy się nie pomyli i nigdy nie spóźni. Jego Słowo zawsze będzie
wystarczającym światłem dla moich stóp, bym mógł szczęśliwie dotrzeć do celu.
Przekonałem się o tym osobiście podczas trudnych doświadczeń
– najpierw, gdy walczyłem z chorobą nowotworową, a później, gdy zatrzymało się
moje serce. Jak dobrze, że nie wiedziałem o tym wszystkim wcześniej. W samym
środku tych doświadczeń miałem jednak absolutną pewność, że Jezus stoi tuż obok
i mocno trzyma mnie za rękę. Nie ma większej radości niż możliwość powtórzenia
za apostołem Pawłem: „Wyrwie mnie Pan z każdej złej przygody i zachowa dla
królestwa swego niebieskiego; Jemu niech będzie chwała na wieki wieków. Amen”
(2 Tm 4:18).
Henryk Hukisz

No comments:
Post a Comment
Note: Only a member of this blog may post a comment.