Tuesday, January 5, 2021

Lampa moich stóp

Jednym z najbardziej znanych i najczęściej cytowanych wersetów z Psalmu 119 jest bez wątpienia wers 105: „Twoje słowo jest pochodnią dla stóp moich, światłem na mojej ścieżce”. Warto zauważyć, że słowo „pochodnia” – w zależności od czasu powstania danego przekładu – często tłumaczone jest również jako „lampa”. Skupmy się więc na lampie, a dokładniej na oświetlaniu drogi, którą idziemy przez życie.

Dziś, gdy potrzebujemy podręcznego źródła światła, mamy do dyspozycji latarki LED o mocy kilku, a nawet kilkudziesięciu tysięcy lumenów, które potrafią prześwietlić mrok na odległość ponad pół kilometra. W czasach Starego Testamentu, gdy powstawały Psalmy, a nawet później, w okresie spisania listów apostolskich, nikt nie dysponował taką technologią. Ówczesne lampy miały zasięg najwyżej kilku, może kilkunastu metrów.

„No dobrze – zapyta ktoś – ale co to ma wspólnego z wersetem zacytowanym na wstępie?”. Ma to kluczowe znaczenie, co zaraz wyjaśnię.

Zacznijmy od samego światła emitowanego przez latarkę – nie od jego fizycznej natury, ale od praktycznej użyteczności i celu, w jakim z niego korzystamy. Kiedy wokół panuje ciemność, a my musimy coś dostrzec lub dokądś przejść, światło staje się niezbędne. Im jest mocniejsze, tym lepiej. Jednak by w ogóle ruszyć przed siebie w mroku, wystarczy nawet płomień zapałki, który rozjaśni przestrzeń tuż pod naszymi nogami. Chodzi przecież o to, aby nie wpaść w dziurę i nie potknąć się o żadną przeszkodę.

Nasze życie duchowe jest w Biblii często porównywane do wędrówki. Apostoł Jan napisał: „Jeśli natomiast chodzimy w światłości, podobnie jak On jest w światłości, to trwamy we wspólnocie z sobą, a krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu” (1 Jn 1:7). Jak widać, nasze chodzenie z Panem odbywa się w sferze światła, ponieważ On sam jest światłością. Pojawia się jednak pytanie: czy w tym przypadku również obowiązuje zasada, że im silniejszego światła użyjemy, tym lepiej dla nas? Otóż niekoniecznie. Nasza relacja z Bogiem opiera się na zupełnie innych prawach niż rzeczywistość fizyczna.

Nierzadko spotykam wierzących, którzy bardzo chcieliby zajrzeć w odległą przyszłość i dowiedzieć się, co ich czeka. Takie oczekiwania szczególnie mocno towarzyszą nam na początku nowego roku. Doświadczaliśmy tego chociażby w czasie, gdy targały nami niepokoje związane z pandemią i intensywnie zastanawialiśmy się nad jutrem. Myśleliśmy wtedy, jak cudownie byłoby mieć lampę, która rozświetliłaby przyszłość i pokazała, kiedy wreszcie skończy się ta zaraza. Bez takiej wiedzy czujemy się zagubieni – niczym wędrowiec w ciemną noc bez latarki. Szukamy obietnic w Biblii, by odzyskać spokój, i tęsknimy za prorokiem, który nakreśliłby nam jasną wizję nadchodzących wydarzeń.

Biblia nie jest księgą przepowiedni spisaną na wzór centurii Nostradamusa. Znajdziemy w niej za to wspaniałe wzorce życia, zwłaszcza na stronach Nowego Testamentu. Do Starego Testamentu lepiej pod tym kątem nie zaglądać, bo przez błędne zrozumienie tekstów można zacząć błądzić po pustyni razem z narodem wybranym. Wprawdzie historia Izraela została spisana ku pouczeniu, ale – jak zauważa apostoł Paweł – głównie po to, „abyśmy nie pożądali złych rzeczy, jak oni pożądali” (1 Kor 10:6). I na tym w zasadzie kończy się profetyczne zastosowanie tych obrazów. Nie możemy przecież dosłownie naśladować wypowiedzi proroków dotyczących wypraw zbrojnych przeciwko Syrii czy Egiptowi. Nikt rozsądny nie będzie dziś szukał Bożego prowadzenia w historii proroka Ozeasza, któremu Pan nakazał ożenić się z konkretną kobietą. Podobnie byłoby w sytuacji, gdy Bóg przez proroka Aggeusza wezwał do odbudowy zrujnowanej świątyni w czasie, gdy kapłani „mieszkali w domach wyłożonych płytami” (Agg 1:4) – choć może akurat w tym jednym przypadku tkwi jakaś analogia?

Biblia nie jest zbiorem przepowiedni ani chrześcijańskim horoskopem, który miałby rozpraszać mrok odległej przyszłości. Słowo Boże nie działa jak wielolumenowa latarka LED, pokazująca, co wydarzy się za kilka miesięcy. W czasach narodzin Kościoła, gdy ewangelia docierała do zagubionych ludzi w mocy Ducha Świętego, ówcześni ewangeliści i prorocy nie zajmowali się wróżeniem. Wzywali raczej do bezgranicznego zaufania Bożemu Słowu, które potrafi zachować człowieka przy Panu nawet w najciemniejszą noc. Jedyne, co było wtedy pewne na przyszłość, to ogólna prawda, że „przez wiele ucisków trzeba nam wejść do Królestwa Boga” (Dz 14:22) – i nikt nie dorabiał do tego indywidualnych przepowiedni.

W tym pełnym przeciwności i mroku świecie naszą nadzieją pozostaje fakt, że Jezus Chrystus przyszedł jako „światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (Jn 1:9). Doskonały przykład działania tego światła widzimy w historii kobiety przyłapanej na cudzołóstwie, którą chciano ukamienować. Chrystus objawił wtedy prawdziwe oblicze Boga – Boga, którego celem jest ratowanie człowieka, a nie jego potępienie. Dlatego na zakończenie tego spotkania Jezus powiedział: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość życia” (Jn 8:12). To kolejny dowód na to, że do naśladowania Jezusa niezbędne jest światło.

Każdy, kto idzie za Chrystusem, ma pewność, że nie będzie błąkał się po omacku. Co do wieczności, sprawa jest całkowicie jasna – wiemy, dokąd zmierzamy, ponieważ On sam nas zapewnił: „Abyście tam, gdzie Ja jestem, i wy byli” (Jn 14:3). Ta pewność opiera się na fundamentalnych słowach: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (Jn 14:6). Pytanie brzmi jednak inaczej: jak daleko w przód możemy spojrzeć, zanim ostatecznie dojdziemy do domu Ojca?

Przytoczony na początku werset z Psalmu 119: „Twoje słowo jest pochodnią dla stóp moich, światłem na mojej ścieżce”, precyzyjnie definiuje zasięg Bożego światła. Ono oświetla przestrzeń wokół naszych stóp. Nie jest to reflektor dalekosiężny, który pokaże nam bieg wydarzeń na cały rok, najbliższe miesiące czy choćby tygodnie. Jestem głęboko przekonany, że intencją Boga jest dawanie nam światła potrzebnego wyłącznie do zrobienia kolejnego, pojedynczego kroku, a nie odsłanianie tego, co wydarzy się za kilka lat.

Wyobraźmy sobie wędrówkę w ciemną noc po nieznanej, pełnej wybojów i kamieni drodze. Zamiast mocnej latarki czy rozświetlonego ekranu smartfona mamy w ręku tylko zwykłą świecę lub łuczywo. W takiej sytuacji będziemy stawiać kroki z ogromną ostrożnością, dokładnie sprawdzając miejsce, w którym ma spocząć nasza stopa. Właśnie tak postępowali Izraelici, gdy zdobywali Ziemię Obiecaną. Bóg dał im konkretną obietnicę: „Każde miejsce, po którym przejdzie wasza stopa, oddałem wam, jak obiecałem Mojżeszowi” (Joz 1:3). I w ten sposób, krok po kroku, przejmowali ziemię opływającą w mleko i miód. Każdy skrawek, na którym stanęli, stawał się ich własnością.

Wierzę, że dokładnie taka sama strategia dotyczy Bożego prowadzenia Jego dzieci przez ziemski padół. To oczywiste, że droga do domu Ojca nierzadko wiedzie przez „dolinę cienia śmierci” (Ps 23:4). W takich momentach bezpieczniej jest iść powoli, krok za krokiem, wyczekując kolejnych wskazówek Dobrego Pasterza. Taka postawa wymaga pełnego zaufania do aktualnych instrukcji, a nie znajomości całego planu podróży. Dokładnie tak samo postąpił wierny sługa Abram, gdy Bóg wezwał go do opuszczenia rodzinnego miasta, dając mu tylko jedno polecenie: „Wyjdź ze swego kraju, z miejsca swojego urodzenia i z domu swego ojca do ziemi, którą ci wskażę” (Rdz 12:1). Autor Listu do Hebrajczyków, wspominając ten wielki akt wiary, napisał krótko: „Wyruszył, nie wiedząc, dokąd zmierza” (Hbr 11:8). Z kolei apostoł Paweł, wskazując na postawę Abrahama, przypomniał słowa Pisma: „Abraham uwierzył Bogu i zostało mu to poczytane za sprawiedliwość” (Rz 4:3).

Ktoś mógłby jednak zauważyć: „No tak, ale Abraham żył w innych realiach i musiał osobiście wypełniać nakazy, by podobać się Bogu. My mamy Jezusa, który zrobił wszystko za nas, więc nie musimy już nic robić”. Spójrzmy jednak na uczniów Chrystusa. Gdy Jego ziemska służba dobiegała końca, zapewnił ich, że nie zostaną sami. Powiedział: „Ja poproszę Ojca i da wam innego Orędownika, aby był z wami na wieki, Ducha Prawdy [...] On nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem” (Jn 14:16, 26). Uczniowie mieli zagwarantowane duchowe prowadzenie, dokładnie tak samo, jak w dniach, gdy ich Mistrz był fizycznie obok nich. Orędownik – Trzecia Osoba Boska – miał być z nimi w każdej sytuacji. Dlatego Paweł pisał później do Kolosan: „Słowo Chrystusa niech mieszka w was obficie” (Kol 3:16), aby jego światło stale rozjaśniało ich drogę za Panem.

Głęboko wierzę, że zadaniem Ducha Świętego jest przeprowadzanie nas przez ciemne doliny poprzez przypominanie nam odpowiednich słów, idealnie dopasowanych do sytuacji, w której się znajdujemy. Nie musimy znać odległej przyszłości. Podobnie jak Abraham i wielu innych bohaterów wiary, możemy oprzeć się na ich świadectwie i ufnie biec przed siebie, „wpatrując się w Jezusa, który nas w wierze umacnia i prowadzi do doskonałości” (Hbr 12:2). Pamiętajmy też, że owce Dobrego Pasterza idą za Nim, ponieważ znają Jego głos. Ta pewność jest w zupełności wystarczająca, jeśli ufamy Mu bezgranicznie.

Czasami zastanawiam się, czy wiedza o tym, co przyniesie przyszłość, rzeczywiście byłaby dla nas dobra. Jestem jednak przekonany, że o wiele bezpieczniej jest znać głos Dobrego Pasterza i całkowicie na Nim polegać, idąc krok za krokiem według Jego bieżących wskazówek. Jednego jestem pewien: On nigdy się nie pomyli i nigdy nie spóźni. Jego Słowo zawsze będzie wystarczającym światłem dla moich stóp, bym mógł szczęśliwie dotrzeć do celu.

Przekonałem się o tym osobiście podczas trudnych doświadczeń – najpierw, gdy walczyłem z chorobą nowotworową, a później, gdy zatrzymało się moje serce. Jak dobrze, że nie wiedziałem o tym wszystkim wcześniej. W samym środku tych doświadczeń miałem jednak absolutną pewność, że Jezus stoi tuż obok i mocno trzyma mnie za rękę. Nie ma większej radości niż możliwość powtórzenia za apostołem Pawłem: „Wyrwie mnie Pan z każdej złej przygody i zachowa dla królestwa swego niebieskiego; Jemu niech będzie chwała na wieki wieków. Amen” (2 Tm 4:18).

Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.