Friday, June 26, 2026

Proszę o cierpliwość

Kiedy czytam biografie wybitnych działaczy na niwie Bożej i patrzę na to, czego dokonali, naturalnie pojawia się pytanie: „A co ja zrobiłem dla Boga?”. Ewangeliści z pasją dzielą się imponującymi liczbami słuchaczy, którym zanieśli dobrą nowinę, a uzdrowiciele wyliczają najcięższe przypadki chorób, które ustąpiły pod wpływem ich modlitwy. Dobroczyńcy opisują, jak wielką pomoc okazali pokrzywdzonym przez los, a liderzy piastujący ważne stanowiska przekonują, iż dzięki ich odważnym decyzjom ludziom żyje się po prostu lepiej.

Gdyby ktoś zapytał mnie o to, co ty zrobiłeś dla Boga?, musiałbym chwilę poszukać w pamięci, aby podać konkretne liczby – na przykład to, ile osób ochrzciłem, jak wielkim społecznościom zwiastowałem Chrystusa czy ile razy realnie pomogłem potrzebującym. W zestawieniu z spektakularnymi świadectwami, jakie czasem słyszymy, te moje działania mogą wydawać się skromne. Czy jest to jednak powód do zniecierpliwienia lub rozczarowania? Wprost przeciwnie!

W momentach takich refleksji z uśmiechem spoglądam na podkładkę pod myszkę komputerową, którą bardzo lubię (patrz zdjęcie). Chociaż czas odcisnął na niej swoje piętno, za nic nie chcę się jej pozbyć. Niesie ona bowiem niezwykle uwalniające przesłanie i głębokie pocieszenie, którego każdy z nas potrzebuje każdego dnia. Widnieje na niej zdanie: „Bóg działa. Proszę o cierpliwość... Bóg jeszcze ze mną nie skończył!”. Lub ujmując to bardziej poetycko: „Trwają Boże prace. Proszę o cierpliwość... Bóg jeszcze nie dokończył Swojego dzieła we mnie!”.

To kieruje moje myśli ku kluczowemu pytaniu, które warto sobie zadać: „Co tak naprawdę jest ważniejsze – to, co ja próbuję zrobić dla Boga, czy to, co On z miłością robi dla mnie?”. Cudowną odpowiedzią na tę wątpliwość jest historia proroka Jeremiasza, gdy Bóg skierował do niego słowa: „Wstań i zejdź do domu garncarza. Tam sprawię, że usłyszysz Moje słowa” (Jr 18:2). Doskonale znamy ten poruszający obraz: prorok przygląda się, jak rzemieślnik bierze do rąk niekształtną, lepka bryłę gliny i z cierpliwością „zaczął od nowa wyrabiać inne naczynie, jak garncarzowi wydawało się, że należy zrobić” (w. 4). Wtedy padły te piękne słowa Boga: „Oto jak glina w ręku garncarza, tak i wy jesteście w Moim ręku, domu Izraela!” (w. 6).

Głęboko wierzę, że dokładnie tak, jak Bóg prowadził Izrael, tak samo z czułością prowadzi dziś każdego z nas. On pragnie mieć w Swoim domu naczynia ukształtowane według Jego doskonałego, unikalnego planu. Apostoł Paweł rozwija to piękne porównanie w liście do Tymoteusza: „W dużym domu znajdują się nie tylko naczynia złote i srebrne, ale także drewniane i gliniane. Jedne służą do użytku zaszczytnego, inne do pospolitego” (2 Tm 2:20). To, jaką rolę i formę otrzymujemy w Bożym domu, zależy wyłącznie od Niego – i to jest najwspanialsze, bo wszystko, co Bóg z nami czyni, wypływa z Jego bezwarunkowej łaski. Nasze działania są oczywiście ważne i służą Bożym celom, ale naszą największą radością jako sług powinno być wykonanie powierzonego zadania z serca, by móc z pokorą i ulgą powiedzieć: „Sługami nieużytecznymi jesteśmy, spełniliśmy swój obowiązek” (Łk 17:10).

Gdy apostoł Paweł dotarł do Aten, rzuciła mu się w oczy niezwykła religijność mieszkańców. Przemawiając na Areopagu, zauważył, że ci gorliwi Grecy robią wszystko, by własnymi siłami zadowolić bóstwa – nawet te, których zupełnie nie znają. Paweł, który zawsze mówił z inspirującą prostotą, wyjaśnił im, że prawdziwy Bóg „jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką ani nie jest uzależniony od posługi rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko” (Dz 17:24,25). To niesamowita nowina! Bóg w swojej wielkości nie potrzebuje naszych ludzkich osiągnięć ani nerwowych wysiłków, by realizować swoje plany.

Wierzymy przecież w Boga Wszechmogącego – Boga „El Elion”, który zawierając przymierze z Abrahamem, hojnie zaopatrzył go we wszystko, co stworzył. Nasz Bóg jest w pełni samowystarczalny. On nie szuka współpracowników dlatego, że brakuje Mu sił, ale dlatego, że zaprasza nas do relacji! Sam realizuje Swój odwieczny plan, uwalniając nas „z niewoli rozkładu do wolności chwały dzieci Boga” (Rz 8:21). To On sprawił, że my, którzy „mamy pierwsze plony Ducha, wzdychamy, oczekując usynowienia, odkupienia naszego ciała” (w. 23). Autor Listu do Hebrajczyków rzuca kolejne snopy światła na tę prawdę, pisząc o doskonałej ofierze Bożego Baranka: Bóg „przez tę jedną ofiarę przecież uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy dostępują uświęcenia” (Hbr 10:14). Do tego doskonałego dzieła nic już nie trzeba, ani nawet nie da się dodać!

Najważniejszym celem naszego zbawienia jest powrót do bliskiej, nierozerwanej już więzi z Ojcem. Bożym największym pragnieniem jest to, abyśmy na zawsze bezpiecznie przebywali w Jego obecności. Dlatego całą naszą doczesność od momentu nowego narodzenia Bóg zamienia w fascynujący proces – proces pięknej obróbki, jakiej poddana jest glina w dłoniach Mistrza. On ma dla nas wspaniały cel: chce, abyśmy „stali się podobni do obrazu Jego Syna” (Rz 8:29). Świadomość tego sprawia, że wszystko wokół zaczyna współdziałać ku dobremu, „aż wszyscy dojdziemy do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary dojrzałości wynikającej z pełni Chrystusa” (Ef 4:13). Tego niezwykłego dzieła dokonuje sam Bóg i zrobi to w absolutnie najlepszy sposób. Naszą rolą jest po prostu ufnie Mu się poddać i z radością współpracować, zamiast przeszkadzać Mu własnymi koncepcjami.

Dlatego z nadzieją patrzę w przyszłość, wierząc, że Bóg ma wobec mnie jeszcze wiele wspaniałych planów, by przygotować mnie na moment spotkania twarzą w twarz z Jego świętym obliczem. To ekscytujące, że zanim zawoła nas do Siebie, On sam zadba o ten „ostatni szlif” – tak, aby Jego własna chwała mogła lśnić w odbiciu naszych przemienionych twarzy. Kiedy tam staniemy, nie będziemy musieli nerwowo prezentować listy naszych ziemskich dokonań. Zamiast tego z zachwytem ukażemy czysty, nieskażony blask Jego chwały, który On sam w nas wypracował.

Dziękuję Bogu każdego dnia za to, że wciąż nade mną pracuje, abym mógł stanąć przed Nim w całym tym pięknie. Jakże inspirujące i pełne ciepła jest życzenie, które apostoł Paweł skierował do Tesaloniczan: „Sam Bóg pokoju niech was w pełni uświęci, aby cały wasz duch, dusza i ciało zostały zachowane bez zarzutu na ponowne przyjście naszego Pana Jezusa Chrystusa” (1 Tes 5:23).

Mając przed oczami tę wielką perspektywę, pomyślmy z wdzięcznością i zachwytem: jak cudowne, wielkie i pełne miłości dzieło realizuje w nas każdego dnia Bóg, nasz wspaniały Ojciec!

Henryk Hukisz

Friday, June 19, 2026

Najpierw załóż maskę sobie

Lot samolotem przez Atlantyk trwa wiele godzin, jest więc sporo czasu, aby zanurzyć się w rozmyślaniach o życiu. Kiedy znajdujesz się na wysokości dwunastu tysięcy metrów i wyobrazisz sobie, że nagle dochodzi do dekompresji kabiny, możesz wpaść w panikę. Wyobrażasz sobie, że ciśnienie drastycznie spada, w uszach huczy, a z sufitu automatycznie wypadają żółte maski tlenowe. Wówczas uświadamiasz sobie wagę słów stewardesy wypowiedzianych przed startem, na które praktycznie nikt z pasażerów nie zwraca uwagi: „Zanim zaczniesz pomagać innym, najpierw załóż maskę sobie”. Dlaczego? Ponieważ bez dopływu czystego tlenu masz zaledwie kilkadziesiąt sekund, zanim stracisz przytomność z powodu niedotlenienia.

Dokładnie to samo dzieje się z nami w wymiarze duchowym, kiedy dopada nas stan paniki i paraliżujący lęk. Dusimy się. Atmosfera tego świata – pełna złych wiadomości, pośpiechu i niepewności o jutro – zaczyna nas dławić. Jak ważne są wówczas słowa, które zapisał apostoł Paweł: „O nic się nie troszczcie, ale w każdej modlitwie i błaganiu powierzajcie z dziękczynieniem wasze pragnienia Bogu. A pokój Boży, który przewyższa wszelkie zrozumienie, będzie strzegł serc i myśli waszych w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 6-7).

Modlitwa to nic innego jak założenie maski tlenowej. To oddychanie atmosferą nieba w świecie, w którym nagle zabrakło powietrza. Gdy wokół szaleje burza, Słowo Boże z Listu do Filipian przychodzi do nas jak konkretna instrukcja ratunkowa. Pokazuje nam, jak krok po kroku odzyskać oddech i zyskać wolność od zmartwień.

Kiedy dopada cię lęk, Biblia zachęca, aby nie dusić go w sobie. Słowa: „powierzajcie z dziękczynieniem wasze pragnienia Bogu” oznaczają zrzucenie tego ciężaru. W psychologii nazywa się to wentylacją emocji – nazywasz dokładnie to, czego się boisz, i oddajesz to Bogu, prosząc o Jego pokój, który działa nawet wtedy, gdy nasz umysł nie widzi logicznego wyjścia z sytuacji.

Lęk niemal zawsze dotyczy przyszłości – tego, co może się stać. Jezus w Ewangelii Mateusza daje bardzo trafną, psychologiczną i życiową radę: „Nie martwcie się o dzień jutrzejszy, bo jutro zatroszczy się samo o siebie. Każdy dzień ma dość własnego utrapienia” (Mt 6, 34).

Jak to zastosować w stanie, gdy wpadasz w panikę? W stanie paniki twój mózg próbuje rozwiązać problemy z całego przyszłego miesiąca lub roku naraz. Biblijna rada brzmi: skup się tylko na tym, co masz zrobić w ciągu najbliższej godziny, dzisiejszego dnia. Jutro dostaniesz nową siłę, by zmierzyć się z jutrem. W stanie lękowym nasz umysł wpada w pętlę czarnych scenariuszy. Biblia radzi, aby świadomie (na ile to możliwe) przekierować uwagę na rzeczy dobre i pewne: „Wreszcie, bracia, myślcie o tym, co prawdziwe, szlachetne, sprawiedliwe, nieskalane, przyjazne, chwalebne, co jest cnotą i co jest godne pochwały” (Flp 4, 8).

Kiedy dopada cię panika, nie musisz rzucać się od razu na głęboką wodę. Paweł przedstawia w cytowanym wersecie trzy rodzaje modlitwy jako proces stopniowego schodzenia z poziomu chaosu do poziomu totalnego ukojenia. Pozwól, że przedstawię to w szczegółowej analizie użytych w tym tekście słów.

1. Modlitwa – świadomość zaistniałej sytuacji i zmiana perspektywy jej postrzegania

W języku nowotestamentowym słowo proseuche odnosi się do modlitwy o charakterze adoracyjnym, pełnym szacunku i czci. To nie jest moment, w którym od razu mówisz, co cię boli. To moment, w którym zauważasz, z Kim rozmawiasz.

Zauważ, że kiedy dopada cię panika, twój świat kurczy się do rozmiarów twojego lęku. Widzisz tylko zagrożenie, które wydaje się gigantyczne, a ty czujesz się malutki. Modlitwa to celowe odwrócenie wzroku od problemu i spojrzenie na Boga. To przypomnienie sobie: „Bóg jest tu, ze mną. On jest większy niż ten atak paniki. On stworzył wszechświat i trzyma mnie w ręku”.

W praktyce może to polegać na powtarzaniu imienia Jezus (np. „Panie, Ty jesteś tutaj”) albo czytaniu na głos psalmu. Nie tłumaczysz Bogu sytuacji – po prostu wchodzisz w Jego obecność i pozwalasz, by świadomość, że nie jesteś sam, zaczęła uspokajać twój układ nerwowy.

2. Błaganie – wylanie emocji i zgoda na bezsilność

Słowo deesis oznacza bardzo żarliwe wołanie, które rodzi się z poczucia głębokiego braku, niedostatku lub udręki. To modlitwa człowieka, który dociera do ściany i wie, że sam sobie nie poradzi.

W czasie paniki ludzie wierzący często próbują być „dzielni” przed Bogiem. Filtrują swoje myśli, starają się modlić ładnie i składnie, co w stanie lękowym wywołuje jeszcze większe napięcie. Na czym właściwie polega błaganie? Biblia wręcz nakazuje zerwanie tych masek. Błaganie to zgoda na totalną bezbronność. To moment, w którym pozwalasz sobie na płacz, krzyk i wypowiedzenie najtrudniejszych emocji. Przelanie tych emocji na modlitwę działa jak zawór bezpieczeństwa w szybkowarze.

To szczera, surowa rozmowa: „Boże, panikuję. Boję się, że oszaleję, że zaraz stanie mi się coś złego. Nie mam już siły udawać, że wszystko jest w porządku. Czuję się bezsilny, pomóż mi!”. To biblijne „wylewanie serca” przed Bogiem: „Zawsze Mu ufaj, otwórzcie wszyscy przed Nim swoje serca, Bóg jest naszym schronieniem!” (Ps 62, 9).

3. Prośba – precyzyjne nazwanie potrzeb

Trzecie słowo, aitēmata, oznacza bardzo konkretne, formalne i precyzyjne przedstawianie określonych spraw. To przejście od ogólnego krzyku rozpaczy do punktowego zdefiniowania problemu.

Należy pamiętać o tym, że lęk ma to do siebie, iż jest rozproszony – boisz się „wszystkiego i niczego”, a w głowie masz wielką, czarną chmurę myśli. Natomiast ten rodzaj modlitwy zmusza twój umysł do racjonalizacji. Kiedy wykrzyczałeś już swoje emocje w błaganiu (deesis), twój poziom stresu nieco opada, a wtedy możesz włączyć logiczne myślenie i precyzyjnie nazwać to, czego w tej sekundzie potrzebujesz. Przejście do konkretnych próśb pozwala odzyskać kontrolę nad rozbieganymi myślami.

W praktyce, zamiast chaotycznego: „Wszystko się wali!”, zaczynasz prosić punkt po punkcie. Na przykład: „Boże, proszę Cię teraz o spokój mojego serca, żeby przestało tak mocno bić”, albo: „Proszę o jasność umysłu na jutrzejszym spotkaniu”, lub: „Proszę o mądrość dla lekarza, do którego idę”.

Zobacz, jak idealnie układa się to w całość? Najpierw witasz się z Bogiem i przypominasz sobie, że On jest potężny (Modlitwa). Potem wyrzucasz z siebie cały ból, strach i płacz, nie udając bohatera (Błaganie). A na koniec, gdy emocje trochę opadną, mówisz Bogu konkretnie, co trzeba w tej sytuacji zrobić (Prośba).

Kiedy przejdziesz przez te etapy – kiedy założysz maskę tlenową modlitwy i zaczniesz oddychać niebem – dzieje się coś nadprzyrodzonego. Biblia obiecuje: „A pokój Boży, który przewyższa wszelkie zrozumienie, będzie strzegł serc i myśli waszych w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 7).

Być może nadal myślisz, że wygląda to niezbyt logicznie. Twój umysł może wciąż mówić: „Sytuacja jest trudna”, ale twoje serce i myśli są bezpieczne. Boży pokój staje u wrót twoich myśli jak uzbrojony strażnik. Kiedy paniczna myśl próbuje się włamać, odbija się od tej Bożej ochrony.

Apostoł Paweł wyjaśnia tę zasadę słowami: „Oręż naszej walki nie jest z ciała, lecz z mocy Boga, dla burzenia warownych twierdz. Obalamy rozumowania i każdą wyniosłość, która powstaje przeciwko poznaniu Boga, i wszelki umysł zniewalamy do posłuszeństwa Chrystusowi” (2 Kor 10, 4-5).

Nie jesteś skazany na duszenie się lękiem. Gdy czujesz, że tracisz grunt pod nogami, pamiętaj o instrukcji z samolotu: zatrzymaj się, załóż maskę modlitwy, wykrzycz ból, podziękuj za Bożą obecność i powierz Mu swoje obawy.

Henryk Hukisz

Sunday, June 14, 2026

Sidła w Ziemi Obiecanej

Przed odejściem do Ojca Pan Jezus w swojej modlitwie określił wyraźnie jaką pozycję wobec tego świata powinni zająć Jego naśladowcy: „Teraz zaś idę do Ciebie i mówię to, będąc na świecie, aby w pełni mieli w sobie Moją radość. Przekazałem im Twoje słowo, lecz świat ich znienawidził, bo nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, lecz abyś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata” (Jn 17:13-16).

Widzę pewne podobieństwo do sytuacji, gdy Bóg wprowadzał Swój wybrany naród do Ziemi Obiecanej. W Księdze Powtórzonego Prawa Bóg określił wyraźnie zadania, jakie wyznaczył im do wypełnienia wobec zamieszkujących tam narodów: „Gdy wytępi PAN, twój Bóg, narody, do których idziesz, aby je wydziedziczyć, gdy weźmiesz je w posiadanie i zamieszkasz w ich ziemi, wówczas strzeż się, abyś nie został zwiedziony, idąc za nimi. A po ich wytępieniu przed tobą, byś nie szukał ich bogów, mówiąc: Jak służyły te narody swoim bogom, tak i ja będę czynił. Nie będziesz tak czynił PANU, twemu Bogu, gdyż dla PANA to wszystko jest obrzydliwością i nienawidzi tego, co czyniły one dla swych bogów, gdyż nawet swoich synów i córki spalały w ogniu dla swoich bogów” (Pwt 12:29-31).

Pan Bóg przygotował Swój umiłowany naród do konfrontacji z niebezpieczeństwami, jakie z pewnością na nich czekały. Wszechmogący Pan wyposażył ich w obietnice pełnego błogosławieństwa, dał im Słowo zapewniające sukcesy i upragnioną stabilizację. Nagle, na samym progu tego nowego etapu, usłyszeli surowy, wręcz rygorystyczny głos Boga: „Strzeż się, abyś nie został zwiedziony, idąc za nimi... i byś nie szukał ich bogów, mówiąc: Jak służyły te narody swoim bogom, tak i ja będę czynił” (Pwt 12:30).

Z pewnością wielu doświadczonych w wielu sytuacjach w czasie wędrówki pomyślało: „Po co te zakazy? Przecież jesteśmy dorośli. Znamy Boga. Nic nam nie grozi. Chcemy tylko zobaczyć, jak żyją inni, zrozumieć ich świat, dopasować się, żeby nie wyjść na zacofanych”. I dokładnie w tym miejscu, w tej genialnie podsyconej ciekawości, diabeł zaczyna rozstawiać swoje sidła, zastawia swoje sprytne pułapki.

Diabeł nie przychodzi z rogami i widłami, krzycząc: „Porzuć Boga i idź do piekła!”. On jest zbyt inteligentny na tak tani prymitywizm. Jego taktyka opiera się na powolnym, niemal niezauważalnym wciąganiu chrześcijanina w „świeckie zwyczaje”. Wszystko zaczyna się od zmiany otoczenia i rzekomo niegroźnego towarzystwa.

Genialną anatomię tej pułapki – ten powolny taniec staczania się w dół – opisuje już Dawid w Psalmie 1. Ukazuje w nim dramat człowieka, który traci swoją świętość przez stopniowe zacieranie granic: „Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych Ani nie stoi na drodze grzeszników, Ani nie zasiada w gronie szyderców” (Ps 1:1).

Spójrz na tę przerażającą, diabelską dynamikę trzech kroków, która idealnie tłumaczy, jak chrześcijanin wpada w sidła i zaczyna pełnić wolę zła:

1. Krok pierwszy - Chodzenie (Ciekawość i tolerancja).

Najpierw tylko przechodzisz obok. Idziesz tą samą drogą, słuchasz „rad bezbożnych” – ich filozofii życia, ich definicji sukcesu, ich podejścia do moralności. Otwierasz drzwi dla świeckich standardów w kwestii rozrywki, języka czy relacji. Mówisz: „To nic złego, tylko słucham, przecież od tego nie umrę, muszę wiedzieć, czym żyje świat”.

2. Krok drugi - Stanie (Kompromis i naśladownictwo).

Już nie tylko tędy przechodzisz – zaczynasz się zatrzymywać. „Stajesz na drodze grzeszników”. To faza, w której świeckie zwyczaje przestają cię razić, a stają się twoją codziennością. Zaczynasz przejmować ich styl życia, usprawiedliwiać kompromisy. Twoja modlitwa wygasa, niedzielna społeczność staje się pustym nawykiem, a standardy Bożego Słowa zaczynasz elastycznie naginać do swoich nowych, „świeckich” potrzeb.

3. Krok trzeci - Siedzenie (Sidła i pełnienie jego woli).

Finał pułapki. „Siedzisz w gronie szyderców”. Siedzenie oznacza zakorzenienie, zadomowienie się w grzechu. Tracisz duchową suwerenność. Stajesz się niewolnikiem opinii innych, nałogów, lęku o jutro, chciwości czy pogoni za seksem i sukcesem za wszelką cenę. Najbardziej przerażające jest to, że chrześcijanin, który „rozgościł się” na tym krześle, często nadal uważa się za wolnego. Nie widzi, że sznur wokół jego szyi zaciska się z każdym dniem, a jego życie przestało rodzić jakiekolwiek owoce świętości. To jest właśnie moment, o którym pisał apostoł Paweł, aby „oprzytomnieli i wyzwolili się z sideł diabła, przez którego zostali pochwyceni i podporządkowani jego woli” (2 Tm 2:26).

Przejście na świecki styl życia ma jeden główny cel: zneutralizować Twoją świętość. Świętość to nie chodzenie z głową w chmurach. Świętość (hebr. kadosz) to oddzielenie. To bycie „innym” – czystym, transparentnym, niosącym Bożą obecność w brudny świat. O tym mówił w Swojej modlitwie Jezus: „Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata” (Jn 17:16)

Świat nie znosi tej inności. Dlatego kusi cię: „Bądź taki jak my. Po co ci ta radykalność? Nie przesadzaj z tą wiarą”. Kiedy dajesz się na to nabrać, z chodzenia przechodzisz w stanie, a ze stania w siedzenie pośród pogańskich obyczajów współczesnego Kanaanu. Zamiast zmieniać świat, świat zaczyna zmieniać ciebie. Przestajesz świecić, stajesz się letni. A letniość to ulubiona temperatura diabła.

Bóg nie ostrzegał Izraela z zazdrości. Ostrzegał ich, bo ich kochał. Wiedział, że pogańskie praktyki Kanaanu – choć z zewnątrz barwne, wolne i atrakcyjne – niosły ze sobą śmierć, zepsucie i duchowe niewolnictwo.

Dzisiaj Bóg mówi to samo do Ciebie: „Strzeż się, abyś nie został zwiedziony, idąc za nimi” (Pwt 12:30). Zwróć uwagę na to, z kim chodzisz, gdzie się zatrzymujesz i z kim siadasz do stołu. Nie badaj głębokości grzechu, nie testuj, jak blisko przepaści możesz stanąć, żeby nie spaść. Apostoł Paweł zwraca na to uwagę Tymoteuszowi, mówiąc: „od wszelkiego zła się powstrzymujcie” (1 Tes 5:22).

Wejście do Ziemi Obiecanej wymaga czujności. Jeśli chcesz żyć w wolności, którą wywalczył dla ciebie Chrystus, musisz przeciąć więzi ze świeckim stylem myślenia. Nie daj się usidlić. Posłuchaj ostrzeżenia, jakie Paweł skierował do wierzących w Koryncie: „Lękam się jednak, żeby, tak jak w swojej przebiegłości wąż zwiódł Ewę, tak i wasze umysły nie zostały przypadkiem odwiedzione od prostoty i czystości wobec Chrystusa” (2 Kor 11:3).

Twoje życie ma zbyt wielką wartość, by stać się narzędziem w rękach zwodziciela. Wybierz świętość – ona jako jedyna gwarantuje prawdziwą, niezachwianą wolność. Apostoł Paweł również do tych samych wierzących pisał, przypominając im: „Czy nie wiecie, że wasze ciało jest świątynią obecnego w was Ducha Świętego, którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Zostaliście bowiem nabyci za wielką cenę. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6:19,20).

Henryk Hukisz

Friday, June 12, 2026

Umiłowanie prawdy

Uważam, że o prawdzie powinniśmy mówić jak najczęściej. Jest ona fundamentem naszej wiary, a co za tym idzie – zależy od niej całe nasze życie, ponieważ „sprawiedliwy z wiary będzie żył” (Ga 3:11). Dlatego właśnie na moim blogu ten temat pojawia się tak regularnie. W rozważaniu „Boża Prawda” pisałem o tym, że istnieje tylko jedna Prawda, dlatego powinniśmy wystrzegać się wszelkich jej podróbek i odmian. W naszym codziennym boju, jako dobrzy żołnierze Jezusa Chrystusa, musimy zawsze mieć na swoich biodrach „Pas prawdy”. W dzisiejszym świecie, w niemal każdej dziedzinie życia, królują przecież prawdy relatywne. Z kolei w tekście pod tytułem „Podwalina prawdy” poruszałem temat jedynej stabilnej podstawy, na której można zbudować zdrowe małżeństwo.

Najczęściej prezentujemy chłodne – czyli, w naszym rozumieniu, stanowcze – podejście do prawdy. Uważamy, że do tak fundamentalnego tematu nie wolno podchodzić emocjonalnie, gdyż uczucia bywają zwodnicze. Z drugiej strony czujemy się dobrze (a to przecież też emocja!), gdy tworzymy naukowe dogmaty wyrażające nasz sposób rozumienia rzeczywistości. Pisałem już o tym kiedyś w rozważaniu „Paradygmat Prawdy”, wskazując na fakt, że nad Bożą Prawdą się nie dyskutuje – ją trzeba po prostu przyjąć dla własnego zbawienia. Boże Słowo, które jest Prawdą, służy do postawienia prawidłowej diagnozy naszego wnętrza (o czym pisałem w tekście „Prawdziwa diagnoza”). Pokazuje ono realny obraz, o wiele dokładniejszy niż najlepsze EKG, USG czy rezonans (MRI). Słowo to działa jak doskonały Boży tomograf, który obnaża prawdziwy, duchowy stan naszego serca. Właśnie dlatego najlepszą postawą wobec Prawdy jest jej umiłowanie, czyli autentyczne zachwycenie się Bożym Prawem („Pokochać prawo”).

Miłość najlepiej wyraża nasze prawdziwe przywiązanie do kogoś lub czegoś. Jeśli naprawdę kochamy, nie istnieją dla nas żadne przeszkody, by przedmiot tej miłości objąć z całej siły i nie wypuścić go już do końca życia. Żadna przeszkoda się wtedy nie liczy, a żadna cena nie jest za wysoka. Pamiętam, jak ponad pięćdziesiąt lat temu powiedziałem mojej dziewczynie, że ją kocham i jestem gotowy poświęcić dla niej resztę mojego życia. Dziś żałuję jedynie tego, że nie miałem możliwości zrobić tego wcześniej. Wiem też, że tylko miłość do niej, okazywana każdego dnia, daje mi siłę na kolejne lata – tyle, ile Pan dla nas zaplanował. Bardzo lubię jeden z wielu aforyzmów na ten temat: „Miłość od pierwszego wejrzenia kończy się często małżeństwem do ostatniego tchnienia”.

Czy można zatem kochać prawdę? Powiem wprost: jest to wręcz nasz obowiązek, ponieważ to Prawda pierwsza nas umiłowała. Bóg jest miłością, a Jezus Chrystus przyszedł na ziemię, aby tę miłość ucieleśnić. Oddał swoje życie na Golgocie za grzeszników, gdyż „umiłował swoich w świecie, i to umiłował ich do końca” (Jn 13:1). Największym Bożym pragnieniem jest, „aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2:4). Chcę mocno podkreślić coś, co często umyka nam podczas lektury tego kluczowego wersetu: poznanie prawdy jest równorzędne z przyjęciem zbawienia. Nie ma jednego bez drugiego!

Apostoł Paweł, pisząc do wierzących w Tesalonikach o wydarzeniach czasów ostatecznych, kiedy ma objawić się „niegodziwiec”, ostrzega przed jego oszustwami również nas. Ów zwodziciel będzie działał w mocy ducha antychrysta, pojawiając się „z całą mocą wśród znaków i fałszywych cudów, wśród całego zwodzenia nieprawości – wobec tych, którzy dają się wygubić, ponieważ nie przyjęli prawdy miłości, by zostali zbawieni” (2 Tes 2:9-10). Jedynym skutecznym antidotum na kłamstwo jest prawda. Dlatego tak ważne jest jej poznanie i wierne trzymanie się jej aż do samego końca. Paweł wyraźnie wskazuje przyczynę, która prowadzi do odpadnięcia od łaski zbawienia: jest nią brak wzajemności w przyjęciu „miłości prawdy” – „ponieważ nie przyjęli prawdy miłości, by zostali zbawieni” (w. 10).

Umiłowanie prawdy to nic innego jak odwzajemnienie miłości, którą ona nas darzy. Dokładnie tak samo jak w relacji dwojga ludzi – prawdziwa miłość istnieje tylko wtedy, gdy znajduje odbicie w sercu ukochanej osoby. Skoro prawda nas umiłowała, to nie mamy wyboru. To nie jest jedna z opcji, ale naturalna reakcja: albo miłujemy ją z całego serca, albo w ogóle jej nie znamy. W relacji zakochanych osób naturalnie pojawiają się dowody uczuć. Podobnie jest z naszą postawą wobec prawdy – musimy ją udowodnić. Paweł pisze do Koryntian, stawiając za wzór samego siebie: „Nie stosujemy żadnych wybiegów ani nie fałszujemy Słowa Boga, ale, jawnie głosząc prawdę, poddajemy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia wszystkich ludzi” (2 Kor 4:2). Nasze umiłowanie prawdy kosztuje. Ceną jest rezygnacja z własnych, prywatnych opinii na wiele tematów i uznanie wyłącznie autorytetu prawdy biblijnej. Nie możemy już mówić: „ja tak uważam”, lecz przyjmujemy stanowisko Słowa Bożego. Nie da się inaczej wyrazić miłości do Prawdy, jak tylko przez całkowite jej uznanie.

Prawdziwa miłość, o której czytamy w najpopularniejszym fragmencie Biblii, to taka, która „nie raduje się z niesprawiedliwości, ale raduje się prawdą” (1 Kor 13:6). Radość – podobnie jak miłość – to przecież nasze uczucia. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć króla Dawida, który był wręcz zakochany w Bożych przykazaniach i prawach objawiających Prawdę. Modlił się on słowami: „Naucz mnie, PANIE, Twojej drogi, bym postępował zgodnie z Twoją prawdą. Nakłoń moje serce do bojaźni Twojego imienia” (Ps 86:11). Apostoł Paweł radzi nam z kolei: „obleczcie się w nowego człowieka, który został stworzony na obraz Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości” (Ef 4:24).

Prawda ma to do siebie, że „czuje się” (jeśli można tak powiedzieć) najlepiej wśród tych, którzy ją miłują. W Biblii znajdziemy mnóstwo ostrzeżeń, by unikać ludzi, którzy prawdy nie strzegą, a wręcz zajmują się jej fałszowaniem. Czasy ostateczne charakteryzują się przecież masowym szerzeniem fałszywych nauk i przekręcaniem faktów. Apostoł Jan wyznał szczerze: „Nie mam większej radości od tej, gdy słyszę, że moje dzieci postępują zgodnie z prawdą” (3 Jn 4). Dlatego pisał do swojego umiłowanego przyjaciela Gajusa, że ogromnie uradował się na wieść o tym, „gdy przyszli bracia i dali świadectwo o twojej wierności prawdzie – jak ty zgodnie z prawdą postępujesz” (w. 3). Jan radzi, aby dbać o dobre towarzystwo ludzi, którzy mają podobny stosunek do tej kwestii: „takich więc powinniśmy przyjmować, abyśmy się stali współpracownikami prawdy” (w. 8).

Niepokoi mnie postawa, z jaką się spotykam nawet wśród wierzących. Słyszę nieraz pytania: „A kto to wie, jaka jest prawda?”. Prawda jest tylko jedna. To ludzie często próbują ją odmieniać przez wszystkie przypadki dla własnej wygody lub po to, by uniknąć ceny, jaką trzeba zapłacić za wierność tej jedynej prawdzie. Wyznając biblijną prawdę, nierzadko narażamy się na ośmieszenie lub odrzucenie ze strony najbliższego środowiska – rodziny czy przyjaciół. Zwróćmy uwagę na bezpośrednie słowa Pana Jezusa: „Przyszedłem bowiem przeciwstawić syna ojcu, córkę matce, a synową teściowej. I nieprzyjaciółmi człowieka będą jego domownicy” (Mt 10:35-36).

Pismo Święte jasno ostrzega nas, że z Prawdą nie ma żartów – apostoł Paweł ostrzega: „Nie dajcie się zwodzić, Bóg nie pozwala szydzić z siebie” (Ga 6:7). Czytamy: „Gdybyśmy bowiem świadomie grzeszyli po tym, jak otrzymaliśmy poznanie prawdy, to nie ma już dla nas ofiary za grzechy” (Hbr 10:26). Dokładnie tak jak w ludzkiej miłości niewierność prowadzi do rozpadu związku, tak nasza apatia i obojętność wobec prawdy może skończyć się tragicznie – oczywiście dla nas. Apostoł Paweł przypomina: „Jeśli jesteśmy niewierni, On pozostaje wierny, bo nie może się wyprzeć samego siebie” (2 Tm 2:13).

Starajmy się więc za wszelką cenę wiernie okazywać nasze umiłowanie Prawdy. Paweł zostawił na kartach Biblii niezwykle smutne świadectwo: „Demas bowiem mnie opuścił, gdyż umiłował ten świat...” (2 Tm 4:10). Kochać można tylko jedno: albo Bożą Prawdę, albo kłamstwa tego świata.

Henryk Hukisz