W obecnym, silnie spolaryzowanym społeczeństwie z łatwością
sięgamy po kamień, by rzucić nim w drugiego człowieka. Przecież zawsze prościej
jest znaleźć powód do oskarżenia bliźniego, niż przyjąć do wiadomości, że każdy
ma prawo do własnego, odmiennego spojrzenia. Problem ten dotyka szczególnie
społeczności wierzących. Mając pod ręką biblijne wersety – najczęściej
bezlitośnie wyrwane z kontekstu – potrafimy bez głębszego zastanowienia
wymierzać sprawiedliwość według własnego, ciasnego pojęcia.
Ewangelista Jan opisuje autentyczne wydarzenie: przed
Jezusem staje kobieta przyłapana na cudzołóstwie. Uderzające jest to, że
przyprowadzono wyłącznie ją. Przecież do popełnienia tego grzechu potrzeba
dwojga. Przepisy Prawa Mojżeszowego mówiły jasno, że w takim przypadku karę
ponoszą obie strony: „zostanie ukarany śmiercią, zarówno cudzołożnik, jak i
cudzołożnica” (Kpł 20:10). Nic jednak dziwnego – tę niewiastę osądzali sami
mężczyźni. Kto wie, może cudzołożnikiem był jeden z nich?
Pan Jezus znał całą prawdę o tamtej sytuacji. Wiedział
doskonale, kto z kim zgrzeszył, dlatego wolał pisać „palcem po ziemi”, zamiast
wdawać się w jałowe dyskusje o tym, kto ponosi większą winę. Dopiero gdy
zaczęto natarczywie domagać się wyroku zgodnego z literą prawa, rzucił krótkie
pytanie: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamieniem”
(Jn 8:7). Obawiam się, że dzisiaj w niejednym zborze takie postawienie
sprawy byłoby zbyt ryzykowne. Z pewnością znaleźliby się „sprawiedliwi”, gotowi
natychmiast wykonać tę biblijną karę za jawny grzech. Szybko też pojawiłoby się
słuszne uzasadnienie: trzeba to zrobić ku przestrodze, by inni bali się
grzeszyć. Jezus wiedział jednak, że nikt z oskarżycieli nie miał w sobie
tamtego dnia na tyle bezczelności, by podnieść kamień jako pierwszy.
Wszyscy doskonale znamy tę ewangeliczną historię i jej
poruszający finał. Chrystus ogłosił: „Ja również ciebie nie potępiam. Idź, i
od tej chwili nie grzesz więcej” (Jn 8:11). Faryzeusze zniknęli, odchodząc
jeden po drugim, a jak zaznacza ewangelista: „zaczynając od starszych”
(w. 9). Na placu „pozostał tylko On i kobieta stojąca pośrodku”. Stali
się głównymi bohaterami dramatu, choć rolę tę chcieli odegrać ci, którzy
uważali się za moralne autorytety. Czytając początek ósmego rozdziału Ewangelii
Jana, każdy z nas może utożsamić się z tą kobietą – przecież wszyscy
zgrzeszyliśmy. To my rozpaczliwie potrzebujemy Chrystusa. Bez Niego bylibyśmy
bezbronni wobec tłumu „sprawiedliwych”, którzy bez przerwy domagają się naszego
ukamienowania.
Bez względu na to, jak mroczna była nasza przeszłość,
sytuacja wygląda tak, jak w starożytnym Koryncie: „ani rozpustnicy, ani
bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani ci, którzy współżyją z
mężczyznami, ani złodzieje, ani chciwcy, ani pijacy, ani oszuści, ani zdziercy
nie odziedziczą Królestwa Boga”. Jednak dzięki ofierze Chrystusa zostaliśmy „obmyci,
uświęceni, usprawiedliwieni w imię Pana Jezusa Chrystusa i przez Ducha naszego
Boga” (1 Kor 6:9-11). Nikt nie ma już prawa rzucać kamieniem w kogoś, komu
Jezus prosto w oczy powiedział: „Ja również ciebie nie potępiam. Idź, i od
tej chwili nie grzesz więcej”. Jego uniewinnienie to suwerenne dzieło Bożej
miłości – ostateczne, doskonałe i mające wieczny wymiar.
Apostoł Paweł, który sam przecież zmagał się z
ograniczeniami i żądzami śmiertelnego ciała, napisał dobitnie: „Żadne więc
teraz potępienie nie zagraża tym, którzy są w Jezusie Chrystusie” (Rz 8:1).
Oczywiście to nasze codzienne chodzenie w Duchu Świętym potwierdza, że
autentycznie doświadczyliśmy łaski przebaczenia za grzechy dawnego życia. Idąc
śladem apostoła, możemy ogłosić z absolutną pewnością, że „ani śmierć, ani
życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe,
ani moce, ani to, co wysoko, ani to, co głęboko, ani żadne inne stworzenie nie
zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, naszym
Panu” (Rz 8:38, 39).
Niestety, wciąż spotykamy ludzi z uniesioną dłonią, gotowych
kamienować na oślep, bo znacznie bardziej odpowiada im starotestamentowy rygor
i surowe egzekwowanie kar. Pamiętam sytuację z czasów mojego pobytu w Stanach
Zjednoczonych. Nasz zbór odwiedził wtedy człowiek, któremu w życiu mocno się
pogmatwało – jego małżeństwo legło w gruzach. Choć była to sprawa z odległej
przeszłości, dawno wyznana i uporządkowana przed Bogiem, jeden z diakonów
ostentacyjnie nie podał mu ręki. Co gorsza, kategorycznie zabronił również mnie
jakichkolwiek bliższych kontaktów z tym człowiekiem. Obawiam się, że gdyby
tamten diakon stał wtedy na jerozolimskim placu pośród uczonych w Piśmie i
faryzeuszy, jako pierwszy chwyciłby za głaz, by cisnąć nim w skrzywdzoną
kobietę.
Apostoł Paweł, pisząc do wiernych w Efezie, wskazywał na
doskonały wzór, jaki zostawił nam Chrystus. Wzywał, byśmy przyoblekli się „w
nowego człowieka, który został stworzony na obraz Boga, w sprawiedliwości i
prawdziwej świętości” (Ef 4:24). Taki był Jezus – jedyny, który naprawdę
żył w czystości i sprawiedliwości, a mimo to zamiast potępienia przyniósł nam
przebaczenie. Dlatego, gdy widzimy, że ktoś upada lub błądzi, Paweł daje nam
konkretną radę: „Bądźcie jedni dla drugich łaskawi i miłosierni,
przebaczając sobie nawzajem, tak jak i Bóg przebaczył wam w Chrystusie” (Ef
4:32).
Reguła jest prosta: jeśli ktoś nigdy osobiście nie przyjął i
nie przeżył darmowej łaski Bożego przebaczenia, nie będzie potrafił
autentycznie przebaczyć drugiemu człowiekowi. Zamiast tego z determinacją
zacznie szukać kamieni, by wymierzać sprawiedliwość – tyle że własną, a nie
Bożą.
Niestety, w takich sytuacjach najwygodniejszymi kamieniami
stają się biblijne wersety. Jednak ich litera, jeśli zostanie odarta z Bożego
Ducha, po prostu zabija. Natchnione Słowo Boże ma moc ożywiać, ale tylko ci,
których realnie prowadzi Duch Święty, potrafią głosić Słowo niosące życie, a
nie śmierć.

No comments:
Post a Comment
Note: Only a member of this blog may post a comment.