Monday, July 20, 2026

Muzeum znaków

Każdy, kto choć raz prowadził samochód, doskonale wie, jak kluczową rolę w ruchu drogowym odgrywają znaki. Pionowe, poziome, ostrzegawcze, nakazu, zakazu czy informacyjne – na naszych drogach jest ich całe mnóstwo. I choć czasami narzekamy na ich nadmiar, nikt z nas nie kwestionuje ich przydatności. Są niezbędne, by bezpiecznie i sprawnie dotrzeć do celu.

Jedna rzecz jest tu jednak fundamentalna: znaki jedynie wskazują na rzeczywistość, która istnieje niezależnie od nich. Zakręty, niebezpieczne wzniesienia czy rozwidlenia dróg nie powstają przecież z powodu tablic ostrzegawczych. Znaki mają za zadanie wyłącznie o nich informować. I dopóki stoją we właściwych miejscach na trasie, doskonale spełniają swoją funkcję. Jeśli jednak zdejmiemy je z poboczy i zgromadzimy w jednym miejscu, stracą swoje pierwotne przeznaczenie. Staną się jedynie martwymi eksponatami w magazynie lub muzeum.

Biblia również posługuje się kategorią znaku. Co więcej, poświęca jej ogromną przestrzeń. Zarówno na kartach Starego, jak i Nowego Testamentu słowo „znak” pojawia się w ponad stu czterdziestu wersetach. W języku hebrajskim słowo „owth” oznacza najczęściej znak, sygnał lub pomnik. Z kolei w nowotestamentowej grece pojęcie „semeia” tłumaczy się jako wskazówkę, cechę charakterystyczną lub oznaczenie czegoś.

Te biblijne określenia – dokładnie tak samo jak współczesne symbole – niosą w sobie wyłącznie informację o celu, do którego zmierzamy. Kiedy cel zostaje osiągnięty, a trudy podróży dobiegają końca, znaki naturalnie przestają nas interesować. Jeśli podczas długiej drogi poczujemy głód i zauważymy na horyzoncie charakterystyczne, złote łuki układające się w literę „M”, doskonale wiemy, że sam widok logotypu nie zaspokoi naszego głodu. Musimy fizycznie przekroczyć próg restauracji fast food. Znak nie jest posiłkiem – on jedynie wskazuje miejsce, w którym można go otrzymać.

Na kartach Pisma Świętego pierwszy Boży znak pojawia się w tragicznych okolicznościach: „Pan dał też Kainowi znak, aby go nikt nie zabił, ktokolwiek go spotka” (Rdz 4,15). W późniejszej historii zbawienia widzialne znaki nieustannie towarzyszyły Przymierzom, jakie Bóg zawierał z ludzkością lub wybranym narodem. Noemu Bóg zagwarantował: „Mój łuk kładę na obłoku, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią” (Rdz 9,13). Barwna tęcza nie była jednak celem samym w sobie. Stanowiła jedynie drogowskaz wskazujący na istotę Bożej łaski, którą była obietnica: „Już nigdy żadne stworzenie nie zostanie zgładzone wodami potopu i już nigdy nie będzie potopu, który zniszczyłby ziemię” (Rdz 9,11).

Podobnie było w życiu Mojżesza. Dla niego kluczowa nie była pasterska laska, lecz żywe Słowo Najwyższego: „Będę z tobą, a to będzie dla ciebie znakiem, że Ja cię posłałem: Gdy wyprowadzisz lud z Egiptu, będziecie służyć Bogu na tej górze” (Wj 3,12). Przecież wszechmogący Bóg nie potrzebował kawałka drewna, by dokonywać spektakularnych cudów; wielokrotnie manifestował swoją potęgę bez jakichkolwiek rekwizytów.

Niezwykle wymowny moment miał miejsce podczas nocy paschalnej w Egipcie: „Krew będzie dla was znakiem na domach, w których będziecie przebywać. Gdy zobaczę krew, ominę was. I nie dotknie was plaga niszczycielska, gdy uderzę w ziemię egipską” (Wj 12,13). Spójrzmy prawdzie w oczy: to nie krew baranka miała w sobie magiczną moc ratowania synów Izraela przed aniołem śmierci. Ocaliło ich suwerenne, Boże postanowienie o wyrwaniu ich z domu niewoli. Krew była jedynie znakiem posłuszeństwa i wiary.

Już w trakcie exodusu z Egiptu pojawili się ludzie, którzy przypisywali znakom nadrzędną wartość. Wokół narodu wybranego zaczęli kręcić się samozwańczy prorocy, próbujący pociągnąć za sobą tłumy, które bardziej ufały spektakularnym zjawiskom niż samemu Bogu. Dlatego Pan stanowczo ostrzegał: „Jeśli powstanie wśród ciebie prorok albo ktoś, kto ma sny, i zapowie ci znak albo cud, i spełni się ten znak albo cud, o którym ci mówił...” (Pwt 13,2-3).

Zwróćmy uwagę na kluczowy szczegół: Słowo Boże nie każe nam ekscytować się samym faktem zaistnienia cudu. Cuda mogą się pojawiać, ale weryfikacją ich autentyczności jest zawsze głoszona treść. Tamci fałszywi prorocy, posługując się nadprzyrodzonymi manifestacjami, wzywali w rzeczywistości do duchowego odstępstwa: „Pójdźmy za innymi bogami, których nie znasz, i służmy im” (Pwt 13,3).

Takich kryzysów w historii Izraela było znacznie więcej. Choć znaki, których Bóg dokonywał przez stulecia, stanowiły bezdyskusyjne świadectwo Jego potęgi, nigdy nie były one punktem docelowym. Cała starotestamentowa rzeczywistość zmierzała do jednego, konkretnego momentu, co autor Listu do Hebrajczyków ujął słowami: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków” (Hbr 1,1).

Ten ostateczny, najważniejszy cel w historii świata również został zapowiedziany przez specyficzny znak. Pasterze na betlejemskich polach usłyszeli od niebiańskiego posłańca: „A to będzie dla was znakiem: Znajdziecie niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie” (Łk 2,12). Niestety, dla ogromnej większości współczesnych chrześcijan ten sentymentalny znak bezbronnego dzieciątka wciąż pozostaje ważniejszy niż dojrzała nauka dorosłego Chrystusa, który zadeklarował z pełną mocą: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14,6).

Skoro jest prawdą, że Bóg „u kresu tych dni przemówił do nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszystkiego, przez którego także stworzył światy” (Hbr 1,2), to czy nadal powinniśmy biegać za znakami? Przecież dzieło zbawienia w swojej kluczowej części już się dokonało. Dzięki niemu otrzymaliśmy przebaczenie grzechów i zostaliśmy opieczętowani jako Boża własność. Pełnia tego zbawienia objawi się wówczas, gdy Oblubieniec połączy się z Oblubienicą na niebiańskiej uczcie weselnej. Jednak pewność naszego udziału w tym wydarzeniu nie opiera się na oglądaniu cudów, lecz na doskonałej, skończonej ofierze Baranka Bożego.

Dlaczego więc Jezus obiecał swoim uczniom, że ich służbie będą towarzyszyć nadprzyrodzone przejawy? Ewangelista Marek zanotował te słowa: „Tym zaś, którzy uwierzą, takie znaki będą towarzyszyć: W moim imieniu będą wypędzać demony, będą mówić nowymi językami, węże będą brać do rąk, i choćby wypili coś śmiertelnie trującego, nie zaszkodzi im; na chorych będą kłaść ręce, a ci odzyskają zdrowie” (Mk 16,17-18). Dalej czytamy, że apostołowie „poszli i głosili wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał słowo towarzyszącymi mu znakami” (Mk 16,20). Księga Dziejów Apostolskich wielokrotnie potwierdza, że „przez ręce apostołów działo się wśród ludu wiele znaków i cudów” (Dz 5,12).

Ta sama księga opisuje jednak niezwykle pouczające wydarzenie z Samarii, gdzie ewangelizacyjnym kazaniom przysłuchiwał się pewien okultysta: „Nawet sam Szymon uwierzył, a gdy został ochrzczony, towarzyszył Filipowi. Widząc znaki i wielkie cuda, jakie się działy, zdumiewał się” (Dz 8,13).

Z ludzkiej perspektywy: spektakularny sukces. Wielu współczesnych chrześcijan uważa, że dokładnie tego brakuje dzisiejszemu Kościołowi. Sądzą, że gdybyśmy masowo produkowali takie znaki i cuda, budynki kościelne pękałyby w szwach. Tak podpowiada ludzka logika. Czy jednak myślenie Boga jest tożsame z naszym? Doskonale wiemy z dalszej relacji biblijnej, jak dramatycznie skończył Szymon Mag, pomimo swojego początkowego zauroczenia cudami. Znak zachwycił jego oczy, ale nie przemienił jego serca.

Musimy zadać sobie fundamentalne pytanie: kto jest suwerennym Panem Bożego żniwa? Czy Bóg w każdym okresie historycznym musi działać według tego samego szablonu? Analizując historię narodu wybranego, wyraźnie widać, że Bóg regularnie zmieniał swoją strategię. Gdy pojawiali się fałszywi prorocy zwodzący lud fałszywymi manifestacjami, Bóg podejmował radykalne działania ochronne, by ocalić biblijną „resztkę”.

Gdy uczniowie, patrząc na potężne mury świątyni jerozolimskiej, usłyszeli od Jezusa zapowiedź, że „nie zostanie tu kamień na kamieniu”, natychmiast zapytali: „Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znak Twojego przyjścia i końca świata?” (Mt 24,3). Odpowiedź Chrystusa była niezwykle praktyczna i stanowiła potężne ostrzeżenie: „Uważajcie, aby was ktoś nie zwiódł. Wielu bowiem przyjdzie w moim imieniu i będą mówić: Ja jestem Chrystusem. I wielu zwiodą” (Mt 24,4-5). Całą długą listę kosmicznych i społecznych zjawisk poprzedzających koniec epoki Jezus podsumował bezlitosną diagnozą: „Powstaną bowiem fałszywi Chrystusowie i fałszywi prorocy i czynić będą wielkie znaki i cuda, aby – jeśli to możliwe – zwieść także wybranych” (Mt 24,24).

Czyżbyśmy byli świadkami powtórki z historii? Wszystko na to wskazuje. Apostoł Paweł, odwołując się do błędów starożytnego Izraela, ostrzega nas bezpośrednio: „A to wszystko przydarzyło się im jako przykład dla nas i zostało zapisane ku przestrodze dla nas, do których dotarł kres wieków” (1 Kor 10,11).

„Kres wieków” rządzi się innymi prawami niż dynamiczny początek Kościoła. W historii biblijnej widać wyraźną prawidłowość: na samym starcie nowego etapu Bóg dokonywał potężnych cudów, które autoryzowały Jego posłańców i wskazywały na Jego wielkość. Jednak dzisiaj, w dobie gigantycznego ryzyka zwiedzenia podróbkami i demonicznymi manifestacjami, Bóg nie musi już epatować masowymi znakami.

Prorok Izajasz zapisał niegdyś porażające słowa Boga skierowane do religijnego, ale zepsutego narodu: „Gdy wyciągacie wasze ręce, odwracam od was moje oczy. Choćbyście mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham, bo wasze ręce są pełne krwi” (Iz 1,15). Musimy właściwie zinterpretować te słowa w kontekście współczesności. Żyjemy w czasach, w których Bóg już ostatecznie i kompletnie przemówił do nas przez swojego Syna (por. Hbr 1,2). Dlatego nowotestamentowe wezwanie, „abyśmy czasem nie zeszli z drogi” (Hbr 2,1), jest ostrzeżeniem przed kurczowym trzymaniem się naszych własnych, przestarzałych wyobrażeń o tym, jak Bóg „powinien” dziś działać.

Owszem, był specyficzny czas w historii, gdy „Bóg potwierdzał to znakami, cudami i różnymi przejawami mocy oraz darami Ducha Świętego, rozdzielanymi według Jego woli” (Hbr 2,4). Czy nie nadeszła już pora, byśmy zaczęli szukać samej woli Bożej i Jego świętego charakteru, zamiast niezdrowo ekscytować się spektakularnymi metodami?

Obserwując krajobraz współczesnego chrześcijaństwa, w którym w wielu miejscach na siłę generuje się „znaki i cuda”, by sztucznie napompować statystyki i zwiększyć popularność liderów, dochodzę do bolesnego wniosku: Bóg w tym nie uczestniczy. Pismo jasno deklaruje: „Nie oszukujcie się: Bóg nie pozwoli z siebie szydzić” (Ga 6,7). Nie ma sensu mnożyć w tym miejscu konkretnych, gorszących przykładów z internetu czy wielkich konferencji – wystarczy zachować trzeźwość myślenia i rozejrzeć się wokół.

Bardzo często tam, gdzie najgłośniej krzyczy się o cudach i uzdrowieniach, w rzeczywistości buduje się jedynie muzeum znaków. Ludzie gromadzą tam historyczne opisy, kopiują dawne formuły i imitują zachowania apostołów, jednak brakuje tam autentycznego, przemieniającego życie działania Ducha Świętego. Znaki zamknięte w takim religijnym skansenie stają się bezużyteczne. Nie prowadzą już nikogo do realnego celu – można je jedynie bezkrytycznie podziwiać, stojąc w miejscu.

Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.