Jedna rzecz jest tu jednak fundamentalna: znaki jedynie wskazują
na rzeczywistość, która istnieje niezależnie od nich. Zakręty, niebezpieczne
wzniesienia czy rozwidlenia dróg nie powstają przecież z powodu tablic
ostrzegawczych. Znaki mają za zadanie wyłącznie o nich informować. I dopóki
stoją we właściwych miejscach na trasie, doskonale spełniają swoją funkcję.
Jeśli jednak zdejmiemy je z poboczy i zgromadzimy w jednym miejscu, stracą
swoje pierwotne przeznaczenie. Staną się jedynie martwymi eksponatami w
magazynie lub muzeum.
Biblia również posługuje się kategorią znaku. Co więcej,
poświęca jej ogromną przestrzeń. Zarówno na kartach Starego, jak i Nowego
Testamentu słowo „znak” pojawia się w ponad stu czterdziestu wersetach. W
języku hebrajskim słowo „owth” oznacza najczęściej znak, sygnał lub
pomnik. Z kolei w nowotestamentowej grece pojęcie „semeia” tłumaczy się
jako wskazówkę, cechę charakterystyczną lub oznaczenie czegoś.
Te biblijne określenia – dokładnie tak samo jak współczesne
symbole – niosą w sobie wyłącznie informację o celu, do którego zmierzamy.
Kiedy cel zostaje osiągnięty, a trudy podróży dobiegają końca, znaki naturalnie
przestają nas interesować. Jeśli podczas długiej drogi poczujemy głód i
zauważymy na horyzoncie charakterystyczne, złote łuki układające się w literę „M”, doskonale wiemy, że sam widok logotypu
nie zaspokoi naszego głodu. Musimy fizycznie przekroczyć próg restauracji fast
food. Znak nie jest posiłkiem – on jedynie wskazuje miejsce, w którym można go
otrzymać.
Na kartach Pisma Świętego pierwszy Boży znak pojawia się w
tragicznych okolicznościach: „Pan dał też Kainowi znak, aby go nikt nie
zabił, ktokolwiek go spotka” (Rdz 4,15). W późniejszej historii zbawienia
widzialne znaki nieustannie towarzyszyły Przymierzom, jakie Bóg zawierał z
ludzkością lub wybranym narodem. Noemu Bóg zagwarantował: „Mój łuk kładę na
obłoku, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią” (Rdz 9,13). Barwna
tęcza nie była jednak celem samym w sobie. Stanowiła jedynie drogowskaz
wskazujący na istotę Bożej łaski, którą była obietnica: „Już nigdy żadne
stworzenie nie zostanie zgładzone wodami potopu i już nigdy nie będzie potopu,
który zniszczyłby ziemię” (Rdz 9,11).
Podobnie było w życiu Mojżesza. Dla niego kluczowa nie była
pasterska laska, lecz żywe Słowo Najwyższego: „Będę z tobą, a to będzie dla
ciebie znakiem, że Ja cię posłałem: Gdy wyprowadzisz lud z Egiptu, będziecie
służyć Bogu na tej górze” (Wj 3,12). Przecież wszechmogący Bóg nie
potrzebował kawałka drewna, by dokonywać spektakularnych cudów; wielokrotnie
manifestował swoją potęgę bez jakichkolwiek rekwizytów.
Niezwykle wymowny moment miał miejsce podczas nocy
paschalnej w Egipcie: „Krew będzie dla was znakiem na domach, w których
będziecie przebywać. Gdy zobaczę krew, ominę was. I nie dotknie was plaga
niszczycielska, gdy uderzę w ziemię egipską” (Wj 12,13). Spójrzmy prawdzie
w oczy: to nie krew baranka miała w sobie magiczną moc ratowania synów Izraela
przed aniołem śmierci. Ocaliło ich suwerenne, Boże postanowienie o wyrwaniu ich
z domu niewoli. Krew była jedynie znakiem posłuszeństwa i wiary.
Już w trakcie exodusu z Egiptu pojawili się ludzie, którzy
przypisywali znakom nadrzędną wartość. Wokół narodu wybranego zaczęli kręcić
się samozwańczy prorocy, próbujący pociągnąć za sobą tłumy, które bardziej
ufały spektakularnym zjawiskom niż samemu Bogu. Dlatego Pan stanowczo
ostrzegał: „Jeśli powstanie wśród ciebie prorok albo ktoś, kto ma sny, i
zapowie ci znak albo cud, i spełni się ten znak albo cud, o którym ci mówił...”
(Pwt 13,2-3).
Zwróćmy uwagę na kluczowy szczegół: Słowo Boże nie każe nam
ekscytować się samym faktem zaistnienia cudu. Cuda mogą się pojawiać, ale
weryfikacją ich autentyczności jest zawsze głoszona treść. Tamci fałszywi
prorocy, posługując się nadprzyrodzonymi manifestacjami, wzywali w
rzeczywistości do duchowego odstępstwa: „Pójdźmy za innymi bogami, których
nie znasz, i służmy im” (Pwt 13,3).
Takich kryzysów w historii Izraela było znacznie więcej.
Choć znaki, których Bóg dokonywał przez stulecia, stanowiły bezdyskusyjne
świadectwo Jego potęgi, nigdy nie były one punktem docelowym. Cała
starotestamentowa rzeczywistość zmierzała do jednego, konkretnego momentu, co
autor Listu do Hebrajczyków ujął słowami: „Wielokrotnie i na różne sposoby
przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków” (Hbr 1,1).
Ten ostateczny, najważniejszy cel w historii świata również
został zapowiedziany przez specyficzny znak. Pasterze na betlejemskich polach
usłyszeli od niebiańskiego posłańca: „A to będzie dla was znakiem:
Znajdziecie niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie” (Łk 2,12).
Niestety, dla ogromnej większości współczesnych chrześcijan ten sentymentalny
znak bezbronnego dzieciątka wciąż pozostaje ważniejszy niż dojrzała nauka
dorosłego Chrystusa, który zadeklarował z pełną mocą: „Ja jestem drogą,
prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”
(J 14,6).
Skoro jest prawdą, że Bóg „u kresu tych dni przemówił do
nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszystkiego, przez którego także
stworzył światy” (Hbr 1,2), to czy nadal powinniśmy biegać za znakami?
Przecież dzieło zbawienia w swojej kluczowej części już się dokonało. Dzięki
niemu otrzymaliśmy przebaczenie grzechów i zostaliśmy opieczętowani jako Boża
własność. Pełnia tego zbawienia objawi się wówczas, gdy Oblubieniec połączy się
z Oblubienicą na niebiańskiej uczcie weselnej. Jednak pewność naszego udziału w
tym wydarzeniu nie opiera się na oglądaniu cudów, lecz na doskonałej,
skończonej ofierze Baranka Bożego.
Dlaczego więc Jezus obiecał swoim uczniom, że ich służbie
będą towarzyszyć nadprzyrodzone przejawy? Ewangelista Marek zanotował te słowa:
„Tym zaś, którzy uwierzą, takie znaki będą towarzyszyć: W moim imieniu będą
wypędzać demony, będą mówić nowymi językami, węże będą brać do rąk, i choćby
wypili coś śmiertelnie trującego, nie zaszkodzi im; na chorych będą kłaść ręce,
a ci odzyskają zdrowie” (Mk 16,17-18). Dalej czytamy, że apostołowie „poszli
i głosili wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał słowo
towarzyszącymi mu znakami” (Mk 16,20). Księga Dziejów Apostolskich
wielokrotnie potwierdza, że „przez ręce apostołów działo się wśród ludu
wiele znaków i cudów” (Dz 5,12).
Ta sama księga opisuje jednak niezwykle pouczające
wydarzenie z Samarii, gdzie ewangelizacyjnym kazaniom przysłuchiwał się pewien
okultysta: „Nawet sam Szymon uwierzył, a gdy został ochrzczony, towarzyszył
Filipowi. Widząc znaki i wielkie cuda, jakie się działy, zdumiewał się” (Dz
8,13).
Z ludzkiej perspektywy: spektakularny sukces. Wielu
współczesnych chrześcijan uważa, że dokładnie tego brakuje dzisiejszemu
Kościołowi. Sądzą, że gdybyśmy masowo produkowali takie znaki i cuda, budynki
kościelne pękałyby w szwach. Tak podpowiada ludzka logika. Czy jednak myślenie
Boga jest tożsame z naszym? Doskonale wiemy z dalszej relacji biblijnej, jak
dramatycznie skończył Szymon Mag, pomimo swojego początkowego zauroczenia
cudami. Znak zachwycił jego oczy, ale nie przemienił jego serca.
Musimy zadać sobie fundamentalne pytanie: kto jest
suwerennym Panem Bożego żniwa? Czy Bóg w każdym okresie historycznym musi
działać według tego samego szablonu? Analizując historię narodu wybranego,
wyraźnie widać, że Bóg regularnie zmieniał swoją strategię. Gdy pojawiali się
fałszywi prorocy zwodzący lud fałszywymi manifestacjami, Bóg podejmował
radykalne działania ochronne, by ocalić biblijną „resztkę”.
Gdy uczniowie, patrząc na potężne mury świątyni
jerozolimskiej, usłyszeli od Jezusa zapowiedź, że „nie zostanie tu kamień na
kamieniu”, natychmiast zapytali: „Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki
będzie znak Twojego przyjścia i końca świata?” (Mt 24,3). Odpowiedź
Chrystusa była niezwykle praktyczna i stanowiła potężne ostrzeżenie: „Uważajcie,
aby was ktoś nie zwiódł. Wielu bowiem przyjdzie w moim imieniu i będą mówić: Ja
jestem Chrystusem. I wielu zwiodą” (Mt 24,4-5). Całą długą listę
kosmicznych i społecznych zjawisk poprzedzających koniec epoki Jezus podsumował
bezlitosną diagnozą: „Powstaną bowiem fałszywi Chrystusowie i fałszywi
prorocy i czynić będą wielkie znaki i cuda, aby – jeśli to możliwe – zwieść
także wybranych” (Mt 24,24).
Czyżbyśmy byli świadkami powtórki z historii? Wszystko na to
wskazuje. Apostoł Paweł, odwołując się do błędów starożytnego Izraela, ostrzega
nas bezpośrednio: „A to wszystko przydarzyło się im jako przykład dla nas i
zostało zapisane ku przestrodze dla nas, do których dotarł kres wieków” (1
Kor 10,11).
„Kres wieków” rządzi się innymi prawami niż dynamiczny
początek Kościoła. W historii biblijnej widać wyraźną prawidłowość: na samym
starcie nowego etapu Bóg dokonywał potężnych cudów, które autoryzowały Jego
posłańców i wskazywały na Jego wielkość. Jednak dzisiaj, w dobie gigantycznego
ryzyka zwiedzenia podróbkami i demonicznymi manifestacjami, Bóg nie musi już
epatować masowymi znakami.
Prorok Izajasz zapisał niegdyś porażające słowa Boga
skierowane do religijnego, ale zepsutego narodu: „Gdy wyciągacie wasze ręce,
odwracam od was moje oczy. Choćbyście mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham, bo
wasze ręce są pełne krwi” (Iz 1,15). Musimy właściwie zinterpretować te
słowa w kontekście współczesności. Żyjemy w czasach, w których Bóg już
ostatecznie i kompletnie przemówił do nas przez swojego Syna (por. Hbr 1,2).
Dlatego nowotestamentowe wezwanie, „abyśmy czasem nie zeszli z drogi”
(Hbr 2,1), jest ostrzeżeniem przed kurczowym trzymaniem się naszych własnych,
przestarzałych wyobrażeń o tym, jak Bóg „powinien” dziś działać.
Owszem, był specyficzny czas w historii, gdy „Bóg
potwierdzał to znakami, cudami i różnymi przejawami mocy oraz darami Ducha
Świętego, rozdzielanymi według Jego woli” (Hbr 2,4). Czy nie nadeszła już
pora, byśmy zaczęli szukać samej woli Bożej i Jego świętego charakteru, zamiast
niezdrowo ekscytować się spektakularnymi metodami?
Obserwując krajobraz współczesnego chrześcijaństwa, w którym
w wielu miejscach na siłę generuje się „znaki i cuda”, by sztucznie napompować
statystyki i zwiększyć popularność liderów, dochodzę do bolesnego wniosku: Bóg
w tym nie uczestniczy. Pismo jasno deklaruje: „Nie oszukujcie się: Bóg nie
pozwoli z siebie szydzić” (Ga 6,7). Nie ma sensu mnożyć w tym miejscu
konkretnych, gorszących przykładów z internetu czy wielkich konferencji –
wystarczy zachować trzeźwość myślenia i rozejrzeć się wokół.
Bardzo często tam, gdzie najgłośniej krzyczy się o cudach i
uzdrowieniach, w rzeczywistości buduje się jedynie muzeum znaków. Ludzie
gromadzą tam historyczne opisy, kopiują dawne formuły i imitują zachowania
apostołów, jednak brakuje tam autentycznego, przemieniającego życie działania
Ducha Świętego. Znaki zamknięte w takim religijnym skansenie stają się
bezużyteczne. Nie prowadzą już nikogo do realnego celu – można je jedynie
bezkrytycznie podziwiać, stojąc w miejscu.
Henryk Hukisz

No comments:
Post a Comment
Note: Only a member of this blog may post a comment.