Zdaję sobie sprawę, że narażam się na powszechne potępienie
ze strony samozwańczych apologetów, uważam jednak, że o tej amatorszczyźnie
trzeba pisać odważnie. W sytuacjach, gdy liczy się każde słowo, a każdy wywód
może stać się dla oponentów argumentem do ośmieszania naszej wspólnej wiary,
kluczowe jest, aby wypowiadały się osoby odpowiednio przygotowane, a co
najważniejsze – powołane do tego przez Boga. Zasadniczą regułą panującą w
Kościele Jezusa Chrystusa jest prawda zapisana przez pierwszego i najlepszego
apologetę biblijnego, samego apostoła Pawła: „I tak Bóg ustanowił
w Kościele najpierw apostołów, po drugie proroków, po trzecie
nauczycieli...” (1 Kor 12:28). Tak jak ciało każdego z nas składa się z
niepowtarzalnych części i organów, tak prawdziwy, zdrowy Kościół Jezusa
Chrystusa tworzą różne służby: „Tak bowiem jak jest jedno ciało i ma
wiele członków, a wszystkie członki, chociaż jest ich wiele, są jednym
ciałem, tak też jest i z Chrystusem. Ciało bowiem to nie jest jeden
członek, lecz liczne” (1 Kor 12:12,14).
„Zaraz, zaraz!” – zawołają pewnie znawcy wszystkiego.
Przecież jest napisane czarno na białym, że mamy być „gotowi zawsze do
obrony wobec każdego, kto od was żąda słowa o tej nadziei, która jest
w was” (1 Ptr 3:15). Tak, to prawda – każdy z nas powinien być gotowy
do składania świadectwa własnym życiem i jasnego pokazywania, że pokłada
nadzieję w Bogu. Z dalszych słów apostoła Piotra wynika jednak, że chodzi tu
przede wszystkim o zachowanie czystego sumienia przed Chrystusem w obliczu
oskarżeń ze strony tego świata. A jeśli mowa o naszym sumieniu, musimy
pamiętać, że zostało ono oczyszczone krwią Baranka „z martwych uczynków,
abyśmy służyli Bogu żyjącemu” (Hbr 9:14). W kontekście obrony przed
zarzutami świata naszym zadaniem jest więc zachowanie tej czystości sumienia,
którą z łaski podarował nam sam Chrystus. Świat będzie z nas szydził, „że wy
nie nurzacie się wraz z nimi w tym samym zalewie rozpusty” (1 Ptr
4:4), i będzie atakował nas oszczerstwami. Nie ma tutaj jednak mowy o
akademickiej obronie zasad wiary czy argumentowaniu na rzecz podstaw naszych
przekonań. Chodzi wyłącznie o „słowa o tej nadziei, która jest w was”,
czyli o wyjaśnienie, dlaczego postępujemy inaczej niż reszta świata. Rozumiemy
przecież, że nasza decyzja o świętym życiu wynika z faktu, że Święty jest Bóg,
w którym pokładamy nadzieję. Dla wszystkich wierzących przyszłość z Bogiem ma
większą wartość niż jakikolwiek kompromis ze światem. I chyba się w tej kwestii
nie mylę.
Jeśli natomiast chodzi o samą obronę wiary – czyli o
wyjaśnianie, dlaczego tak, a nie inaczej rozumiemy Boga oraz Jego obietnice (co
bezpośrednio przekłada się na praktyczną stronę naszego codziennego
chrześcijaństwa) – to jest to już pewna sztuka, która wymaga głębszego
zrozumienia Bożych prawd. Apostoł Piotr pisał o tym później, gdy poruszał temat
rozumienia nauki apostolskiej w kontekście rzeczy przyszłych i teraźniejszych,
od czego przecież zależy znalezienie się w gronie tych, których ta przyszłość
dotyczy. Już wtedy byli „ludzie niewykształceni i niezbyt umocnieni”,
którzy „przekręcają – podobnie jak i pozostałe Pisma – na
własną zgubę” (2 Ptr 3:16). Dlatego Piotr ostrzega ówczesnych wierzących,
co – jak sądzę – dotyczy również naszego pokolenia: „miejcie się na
baczności, abyście, zwiedzeni przez błędy ludzi nieprawych, własnej stałości
nie doprowadzili do upadku” (w. 17). Kolejne zdanie wskazuje na
najskuteczniejszą metodę zachowania tej niewzruszonej postawy, a jest nią
nieustanne wzrastanie „w łasce i poznaniu naszego Pana
i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa” (w. 18).
Wdawanie się w spory z niewierzącymi wymaga ogromnych
umiejętności. Niestety, najczęściej mamy do czynienia z czczą dyskusją, przed
którą apostoł Paweł wyraźnie przestrzega. Pouczając młodego Tymoteusza, zachęca
go słowami: „Wzoruj się na zdrowej nauce, którą usłyszałeś ode mnie,
w wierze i miłości w Chrystusie Jezusie” (2 Tm 1:13),
ponieważ powierzono mu wielki skarb. Jako jego duchowy ojciec nakazuje mu
stanowczo: „Tymoteuszu, strzeż tego, co ci powierzono, unikaj pospolitej,
pustej mowy i sprzecznych twierdzeń fałszywej wiedzy” (1 Tm 6:20). Paweł ze
smutkiem musiał przyznać, że ci, którzy do takich czczych dyskusji przystąpili,
„pobłądzili w wierze” (w. 21).
Apologetyka, bo tak nazywa się dziedzina nauki zajmująca się
obroną prawd biblijnych, wymaga szczególnej umiejętności odpowiadania na
zarzuty przeciwników – i to w taki sposób, by dochować wierności nakazom
Jezusa. Wszyscy znamy słowa Chrystusa, które we współczesnym społeczeństwie
bywają dość trudne do zastosowania: „Tego, co święte, nie dawajcie psom, a
pereł nie rzucajcie przed wieprze, aby ich nie podeptały, nie rzuciły się na
was i nie rozszarpały” (Mt 7:6). Choć jest to metafora lub przysłowie,
którego kontekstu dziś nie wyczuwamy w pełni, kryje się w nim uniwersalna
prawda, przekazana przez Jezusa nie tylko bezpośrednim uczniom, ale i kolejnym
pokoleniom, aż do naszych czasów. Pisałem już o tym wcześniej w tekście „Psy,
wieprze i perły”, choć wtedy patrzyłem na sprawę pod kątem samego
zwiastowania. Ta sama zasada dotyczy jednak sytuacji o charakterze
apologetycznym – nie zawsze powinniśmy angażować się w dyskusje z ludźmi,
których jedynym celem jest ośmieszenie dzieci Bożych. Jezus doskonale radził
sobie z tymi, którzy podchodzili Go celowo, by podważyć Jego rosnący autorytet.
Kto z nas może jednak poszczycić się taką pełnią Ducha i mądrością, by znać
odpowiedzi na pytania, zanim w ogóle zostaną zadane?
Apostoł Paweł, pisząc do Koryntian (którzy zdążyli się już
podzielić na tych uważanych za lepszych i gorszych), stwierdził otwarcie, że
ludzie różnią się od siebie. Zaakceptowanie tego faktu mogłoby pomóc nam we
wzajemnym szacunku – o ile w ogóle jest on możliwy. Może brzmi to trochę jak
przechwałka, ale Paweł napisał wprost: „Nam natomiast Bóg objawił to przez
Ducha” (1 Kor 2:10). Co dokładnie Bóg nam objawił? Właśnie to, czego „człowiek
poznający tylko zmysłami nie przyjmuje darów Ducha Bożego. Są one bowiem dla
niego głupstwem i nie może ich zrozumieć, ponieważ można je badać jedynie
w sposób duchowy” (w. 14). Czyli to, „czego oko nie ujrzało ani
ucho nie usłyszało, ani co nie wstąpiło do serca człowieka, Bóg przygotował
tym, którzy Go miłują” (w. 9).
Człowiek „zmysłowy” (w grece psychikos), czyli mówiąc
precyzyjnie: człowiek nieodrodzony duchowo, to ktoś, kto porusza się wyłącznie
w sferze naturalnych zmysłów. Nie chodzi tu o jego poniżanie, lecz o
stwierdzenie faktu, że nie jest on w stanie pojąć prawd duchowych. Dla niego są
one „głupstwem, i nie może ich poznać, gdyż należy je duchowo rozsądzać” (w.
14). Rozmawianie z nim o sprawach, których z definicji „nie może poznać”, jest
po prostu nierozsądne. Co więcej, uwłacza to samej dyskusji, ponieważ dotyczy
ona spraw czysto duchowych.
Spójrzmy na przykład apostoła Pawła. Gdy znalazł się w
Koryncie – mieście głębokiej dekadencji moralnej – powiedział mieszkańcom, że
nie przyszedł do nich „głosić wam tajemnicę Boga nie za pomocą górnolotnych
słów lub mądrości” (1 Kor 2:1). Dlaczego? Odpowiedź jest oczywista. Chciał,
jak sam ujął, aby „słowo i moje głoszenie nie opierały się na przekonujących
słowach mądrości, ale na ukazywaniu Ducha i mocy” (w. 4). W rezultacie
takiego zwiastowania w sercach tych zepsutych moralnie słuchaczy narodziła się
wiara, która „nie opierała się na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Boga”
(w. 5).
W takich okolicznościach żadna naukowa apologetyka nie
dokonałaby tego, co sprawiły słowa wypowiedziane w mocy Ducha Świętego.
Do głoszenia ewangelii w mocy Ducha Świętego powołani
jesteśmy wszyscy. Jednak do obrony doktryny powinni stawać ci, których Bóg do
tego specjalnie powołał i wyposażył – ludzie, „którzy będą w stanie („ἱκανός” [ikanos] – kompetentny,
odpowiedni) nauczać także innych” (2 Tm 2:2). O tym również wspominałem
już we wcześniejszym artykule – „Kompetentni nauczyciele”.
Henryk Hukisz
