Monday, July 27, 2026

Argument 966

Przypominam sobie wypowiedź jednego z prominentnych duchownych Kościoła katolickiego, który w mediach odniósł się do relacji z wyznawcami innych wspólnot chrześcijańskich — a konkretnie protestantami. Była to odpowiedź na pytanie zatroskanej matki, której córka przeszła do Kościoła protestanckiego. W ocenie kobiety jej dziecko, odchodząc z Kościoła katolickiego, utraciło relację z żywym Chrystusem obecnym w sakramentach.

Biskup wyjaśniał, że choć protestanci również wierzą w Boga, nie mają udziału w „pełni łaski zbawienia”, którą dysponuje wyłącznie Kościół katolicki. Wskazywał, że należy ich tolerować, ale obowiązkiem każdego katolika jest uświadamianie im tego znaczącego braku. Co prawda z ust duchownego nie padły wprost słowa o potępieniu protestantów, jednak wniosek narzucał się sam.

W swoim wywodzie na temat katolickiego pojęcia ekumenizmu autor powołał się m.in. na historyczną dokumentację Kościoła. Cytował instrukcje dotyczące wspólnych inicjatyw: „Zgodnie z naszym obowiązkiem apostolskim chcemy was pobudzić do troski i czujności biskupiej w usuwaniu z umysłów […] owej opinii równie bezbożnej, co śmiercionośnej, że droga zbawienia może być odnaleziona w każdej religii […] Trzeba oczywiście przyjąć jako prawdę wiary, że poza apostolskim rzymskim Kościołem nikt nie może być zbawiony”. Wymowny był już sam tytuł artykułu: „Ekumenizm nie może kończyć się na klepaniu po plecach, ale musi przechodzić do poważnej teologicznej debaty”.

Niedawno rozmawiałem o różnicach między wyznaniem katolickim a protestanckim. Mój rozmówca w obronie swojej wiary użył argumentu, że Polacy są chrześcijanami od przyjęcia chrztu w 966 roku i powinni przy tym pozostać. Pomyślałem wtedy o apostole Pawle. Był on niezwykle dumny ze swoich korzeni oraz wielowiekowej tradycji ojców, ale gdy poznał żywego Chrystusa, uznał dawne autorytety za drugorzędne w porównaniu z „przewyższającym wszystko poznaniem Chrystusa Jezusa, mojego Pana” (Flp 3,4–8).

Jeśli ktoś twierdzi, że szanuje rok 966 za to, że przyniósł Polsce Ewangelię, to najpełniejszym wyrażeniem tego szacunku jest otwarcie i czytanie tej Ewangelii, a nie traktowanie jej jak muzealnego eksponatu. Historycy podkreślają zresztą, że w 966 roku nie ochrzczono „Polski” w sensie całego społeczeństwa, lecz Mieszka I i jego dwór. Badania archeologiczne jednoznacznie pokazują, że pogańskie obrzędy grzebalne i dawne wierzenia trwały na naszych ziemiach jeszcze przez dekady, a nawet wieki po tej dacie.

Przyjęcie Chrystusa według Biblii jest indywidualnym dziełem Ducha Świętego, a nie manewrem politycznym. Pierwsze nowotestamentowe wezwanie do chrztu odnajdujemy w Dziejach Apostolskich: „Gdy to usłyszeli, przejęli się do głębi serca. Zapytali Piotra i pozostałych apostołów: Co mamy uczynić, bracia? Piotr odpowiedział: Nawróćcie się i niech każdy z was przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie waszych grzechów, a weźmiecie dar Ducha Świętego” (Dz 2,37–38).

Nauka apostolska opierała się na żywej relacji z Chrystusem poprzez wiarę, modlitwę i prowadzenie przez Ducha Świętego. Jednak w ciągu wieków Kościół katolicki przesuwał punkt ciężkości na szafarstwo sakramentów i pośrednictwo hierarchii. Zbawienie zaczęto postrzegać nie tyle jako dar łaski przyjmowany wiarą (sola gratia, sola fide), ile jako proces zarządzany przez instytucję za pośrednictwem rytuałów, dobrych uczynków i odpustów.

Apostołowie wyraźnie oddzielali Kościół od władzy świeckiej, przypominając słowa Jezusa: „Moje Królestwo nie jest z tego świata” (J 18,36). Mimo to historia pokazuje, że od czasów cesarza Konstantyna dochodziło do fuzji ołtarza z tronem, a chrześcijaństwo stało się oficjalną ideologią państwową. Zamiast budować nową tożsamość w opozycji do światowych wzorców, Kościół zaczął stosować przymus prawny, politykę, a niekiedy siłę (krucjaty, inkwizycja) do utrzymywania jedności wiary — co stoi w jaskrawej sprzeczności z duchem Ewangelii.

W procesie chrystianizacji Europy Kościół adaptował również dawne zwyczaje, święta i miejsca kultu pogańskiego, nadając im nowe, chrześcijańskie nazwy. Choć miało to ułatwić konwersję ludności, w praktyce doprowadziło do powstania pobożności ludowej, w której biblijne nauczanie wymieszało się z elementami dawnych rytuałów, magii i rozbudowanym kultem patronów.

Oceniając ten proces miarą Nowego Testamentu, mamy do czynienia z sakramentalno-kulturową formą religijności, która w wielu punktach rozminęła się z nauczaniem apostolskim. W tym modelu człowiek staje się „chrześcijaninem” poprzez przynależność do instytucji i rytuał (taki jak chrzest niemowląt), a nie poprzez osobiście przeżytą wiarę i metanoję — czyli głęboką przemianę myślenia. Biblijny chrzest jest świadomym aktem, symbolicznym zanurzeniem w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa.

Apostoł Paweł pisał o tym do chrześcijan w Rzymie: „Czy nie wiecie, że my wszyscy, którzy zostaliśmy zanurzeni w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zostaliśmy więc pogrzebani z Nim przez zanurzenie w śmierć, abyśmy tak, jak Chrystus został wskrzeszony z martwych dzięki chwale Ojca, i my prowadzili nowe życie” (Rz 6,3–4).

Odpowiadając na argument 966 roku jako ostatecznego wyznacznika naszej tożsamości, warto wyciągnąć prosty wniosek: chrzest Mieszka I wprowadził naszą kulturę w krąg Pisma Świętego — i za ten krok cywilizacyjny można być wdzięcznym. Mieszko otworzył nam jednak jedynie drzwi do biblijnej biblioteki. Warto z tego skorzystać i przekonać się osobiście, że Chrystus nie umarł na krzyżu za państwo ani za instytucję, ale za konkretnego człowieka.

Jedyną racjonalną i słuszną odpowiedzią na te słowa może być reakcja króla Agryppy na świadectwo apostoła Pawła: „Niewiele brakuje, a przekonasz mnie, bym został chrześcijaninem” (Dz 26,28). Tego życzę wszystkim moim rodakom.

Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.