Biskup wyjaśniał, że choć protestanci również wierzą w Boga,
nie mają udziału w „pełni łaski zbawienia”, którą dysponuje wyłącznie Kościół
katolicki. Wskazywał, że należy ich tolerować, ale obowiązkiem każdego katolika
jest uświadamianie im tego znaczącego braku. Co prawda z ust duchownego nie
padły wprost słowa o potępieniu protestantów, jednak wniosek narzucał się sam.
W swoim wywodzie na temat katolickiego pojęcia ekumenizmu
autor powołał się m.in. na historyczną dokumentację Kościoła. Cytował
instrukcje dotyczące wspólnych inicjatyw: „Zgodnie z naszym obowiązkiem
apostolskim chcemy was pobudzić do troski i czujności biskupiej w usuwaniu z
umysłów […] owej opinii równie bezbożnej, co śmiercionośnej, że droga zbawienia
może być odnaleziona w każdej religii […] Trzeba oczywiście przyjąć jako prawdę
wiary, że poza apostolskim rzymskim Kościołem nikt nie może być zbawiony”.
Wymowny był już sam tytuł artykułu: „Ekumenizm nie może kończyć się na
klepaniu po plecach, ale musi przechodzić do poważnej teologicznej debaty”.
Niedawno rozmawiałem o różnicach między wyznaniem katolickim
a protestanckim. Mój rozmówca w obronie swojej wiary użył argumentu, że Polacy
są chrześcijanami od przyjęcia chrztu w 966 roku i powinni przy tym pozostać.
Pomyślałem wtedy o apostole Pawle. Był on niezwykle dumny ze swoich korzeni
oraz wielowiekowej tradycji ojców, ale gdy poznał żywego Chrystusa, uznał dawne
autorytety za drugorzędne w porównaniu z „przewyższającym wszystko poznaniem
Chrystusa Jezusa, mojego Pana” (Flp 3,4–8).
Jeśli ktoś twierdzi, że szanuje rok 966 za to, że przyniósł
Polsce Ewangelię, to najpełniejszym wyrażeniem tego szacunku jest otwarcie i
czytanie tej Ewangelii, a nie traktowanie jej jak muzealnego eksponatu.
Historycy podkreślają zresztą, że w 966 roku nie ochrzczono „Polski” w sensie
całego społeczeństwa, lecz Mieszka I i jego dwór. Badania archeologiczne
jednoznacznie pokazują, że pogańskie obrzędy grzebalne i dawne wierzenia trwały
na naszych ziemiach jeszcze przez dekady, a nawet wieki po tej dacie.
Przyjęcie Chrystusa według Biblii jest indywidualnym dziełem
Ducha Świętego, a nie manewrem politycznym. Pierwsze nowotestamentowe wezwanie
do chrztu odnajdujemy w Dziejach Apostolskich: „Gdy to usłyszeli, przejęli
się do głębi serca. Zapytali Piotra i pozostałych apostołów: Co mamy uczynić,
bracia? Piotr odpowiedział: Nawróćcie się i niech każdy z was przyjmie chrzest
w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie waszych grzechów, a weźmiecie dar Ducha
Świętego” (Dz 2,37–38).
Nauka apostolska opierała się na żywej relacji z Chrystusem
poprzez wiarę, modlitwę i prowadzenie przez Ducha Świętego. Jednak w ciągu
wieków Kościół katolicki przesuwał punkt ciężkości na szafarstwo sakramentów i
pośrednictwo hierarchii. Zbawienie zaczęto postrzegać nie tyle jako dar łaski
przyjmowany wiarą (sola gratia, sola fide), ile jako proces zarządzany
przez instytucję za pośrednictwem rytuałów, dobrych uczynków i odpustów.
Apostołowie wyraźnie oddzielali Kościół od władzy świeckiej,
przypominając słowa Jezusa: „Moje Królestwo nie jest z tego świata” (J
18,36). Mimo to historia pokazuje, że od czasów cesarza Konstantyna dochodziło
do fuzji ołtarza z tronem, a chrześcijaństwo stało się oficjalną ideologią
państwową. Zamiast budować nową tożsamość w opozycji do światowych wzorców,
Kościół zaczął stosować przymus prawny, politykę, a niekiedy siłę (krucjaty,
inkwizycja) do utrzymywania jedności wiary — co stoi w jaskrawej sprzeczności z
duchem Ewangelii.
W procesie chrystianizacji Europy Kościół adaptował również
dawne zwyczaje, święta i miejsca kultu pogańskiego, nadając im nowe,
chrześcijańskie nazwy. Choć miało to ułatwić konwersję ludności, w praktyce
doprowadziło do powstania pobożności ludowej, w której biblijne nauczanie
wymieszało się z elementami dawnych rytuałów, magii i rozbudowanym kultem
patronów.
Oceniając ten proces miarą Nowego Testamentu, mamy do
czynienia z sakramentalno-kulturową formą religijności, która w wielu punktach
rozminęła się z nauczaniem apostolskim. W tym modelu człowiek staje się
„chrześcijaninem” poprzez przynależność do instytucji i rytuał (taki jak
chrzest niemowląt), a nie poprzez osobiście przeżytą wiarę i metanoję —
czyli głęboką przemianę myślenia. Biblijny chrzest jest świadomym aktem, symbolicznym
zanurzeniem w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa.
Apostoł Paweł pisał o tym do chrześcijan w Rzymie: „Czy nie
wiecie, że my wszyscy, którzy zostaliśmy zanurzeni w Chrystusa Jezusa,
zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zostaliśmy więc pogrzebani z Nim przez
zanurzenie w śmierć, abyśmy tak, jak Chrystus został wskrzeszony z martwych
dzięki chwale Ojca, i my prowadzili nowe życie” (Rz 6,3–4).
Odpowiadając na argument 966 roku jako ostatecznego
wyznacznika naszej tożsamości, warto wyciągnąć prosty wniosek: chrzest Mieszka
I wprowadził naszą kulturę w krąg Pisma Świętego — i za ten krok cywilizacyjny
można być wdzięcznym. Mieszko otworzył nam jednak jedynie drzwi do biblijnej
biblioteki. Warto z tego skorzystać i przekonać się osobiście, że Chrystus nie
umarł na krzyżu za państwo ani za instytucję, ale za konkretnego człowieka.
Jedyną racjonalną i słuszną odpowiedzią na te słowa może być
reakcja króla Agryppy na świadectwo apostoła Pawła: „Niewiele brakuje,
a przekonasz mnie, bym został chrześcijaninem” (Dz 26,28). Tego życzę
wszystkim moim rodakom.
Henryk Hukisz

No comments:
Post a Comment
Note: Only a member of this blog may post a comment.