Thursday, June 7, 2018

Atrakcyjność ewangelii

Przeczytałem niedawno zaproszenie na nabożeństwo, w którym na pierwsze miejsce wybijała się przynęta: „Będzie dobra kawa, ciasteczko i coś jeszcze?”. Chytre, nieprawdaż? Znak zapytania może sugerować coś jeszcze lepszego niż dobra kawa. Pojawia się coraz więcej społeczności, z nazwy chrześcijańskich, które starają się podnieść atrakcyjność spotkań, aby przyciągnąć jak najwięcej ludzi.

Na początek postawmy sobie zasadnicze pytanie: Czy Ewangelia powinna być atrakcyjna? Jeśli tak, to w jaki sposób należy zapewnić jej jak największą siłę przyciągania? Przecież chodzi o to, aby jak najwięcej osób zareagowało na jej zwiastowanie.

Czym właściwie jest atrakcyjność?

Po wpisaniu tego słowa do internetowej wyszukiwarki znajdziemy mnóstwo linków do stron na temat atrakcyjności kobiet, mężczyzn lub przedmiotów. Nie o taką atrakcyjność z pewnością chodzi głosicielom Dobrej Nowiny o zbawieniu.

Spójrzmy najpierw na pojęcie słownikowe. W Słowniku Języka Polskiego możemy przeczytać, że atrakcyjne jest to, „co jest szczególnie interesujące i dostarcza przyjemności lub rozrywki”. Nie o to nam chodzi, gdyż definicja ta prowadzi wprost do pojęcia atrakcyjności fizycznej. Szukając dalej rozwinięcia tego terminu w popularnej Wikipedii, można poczytać o okrągłych biodrach, smukłej twarzy i zgrabnej sylwetce.

Szukamy więc dalej. Z Polskiej Encyklopedii Humanistycznej można dowiedzieć się, że „pojęcie atrakcyjności może być traktowane jako swoista kategoria estetyczna, definiowana jako siła przyciągania widza, która obecna jest w dziele sztuki lub w innym przedmiocie (‘atrakcja’, ‘siła atrakcji’)”. Następnie możemy poczytać o modelach wywoływania atrakcyjności, takich jak podejście psychoanalityczne, behawiorystyczne i gestaltystyczne. Jedną z form podniesienia atrakcyjności w celu wywołania zainteresowania jest uznanie kogoś za przyjaciela. I tu dochodzimy do procesów komunikacyjnych, z których najbardziej odpowiednim dla doznań religijnych z pewnością jest agape – czyli forma miłości, którą definiuje brak oczekiwania wzajemności. Pojęcie to wywodzi się z chrześcijańskiej koncepcji miłości, a jako cechy agape wymienia się także opiekuńczość, szczególne zaangażowanie oraz taktowność.

Szkoła Mistrza

Oszczędzę moim czytelnikom dalszych wywodów na temat wywoływania atrakcyjności w działaniach Kościoła, którego naczelnym zadaniem powinno być zwiastowanie Ewangelii wszystkim narodom. Chrystus, wysyłając swoich naśladowców, rozkazał: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i zostanie ochrzczony, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, zostanie potępiony” (Mk 16,15-16). Rozumiemy więc, że należy uczynić wszystko, aby zwiastowanie Ewangelii spotkało się z jak najszerszym przyjęciem ze strony słuchaczy, ze względu na dobro, jakiego mogą doświadczyć.

Uczniowie nie zostali posłani do wypełniania tego zadania bez przygotowania. Zostali przeszkoleni w najlepszej szkole, o jakiej można marzyć. Uczyli się u stóp samego Mistrza ewangelizacji, Jezusa Chrystusa, który od początku swojej misji mówił: „Nadszedł czas, Królestwo Boga jest już blisko, nawróćcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1:15). Dlatego też Chrystus wysłał ich wpierw dwójkami, aby czynili to samo, co widzieli u swojego Nauczyciela.

Uczniowie otrzymali prostą instrukcję, co należy robić, aby osiągać takie same efekty jak ich Mistrz. Mieli iść do zgubionych owiec i mówić im: „Blisko już jest Królestwo Niebios” (Mt 10:7). Dlatego nakazał im wprost: „Nie bierzcie z sobą do sakiewek żadnych pieniędzy złotych, srebrnych ani miedzianych. Nie bierzcie w drogę torby ani dwóch koszul, ani sandałów, ani laski” (w. 9-10). Chodziło o to, aby nie czynili wielkich przygotowań mających budować atmosferę po to, by słuchacze poczuli się dobrze i doznali „przyjemności lub rozrywki”. Polecenie brzmiało jasno: „Uzdrawiajcie chorych, przywracajcie życie umarłym, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie demony. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10:8).

Co przekonało Jana i tłumy?

Chciałbym przywołać sytuację z życia Jana Chrzciciela, który zapowiadając nadejście Mesjasza, po pewnym czasie zwątpił, czy to rzeczywiście On, czy należy oczekiwać innego. Nie wiemy, co dokładnie wywołało taką reakcję u człowieka, o którym Chrystus powiedział, że „wśród urodzonych z kobiet nikt nie jest większy od Jana” (Łk 7:28). Gdy do Pana Jezusa dotarło, co Jan przeżywa, posłał mu wiadomość: „Niewidomi znowu widzą, kulawi dobrze chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli wstają do życia, a ubogim jest głoszona Dobra Nowina” (Mt 11:5). Czy można wyobrazić sobie większą atrakcyjność niż to, co zobaczyli słudzy Jana Chrzciciela, obserwując Chrystusa głoszącego Ewangelię?

W pierwszym dniu Kościoła, gdy uczniowie zostali napełnieni mocą Ducha Świętego, Piotr zwiastował pod natchnieniem w taki sposób, że słuchacze jednogłośnie zawołali: „Co mamy uczynić, bracia?” (Dz 2:37). A przecież część gapiów drwiła, mówiąc: „Upili się młodym winem” (w. 13). Coś jednak wywołało u niektórych tak silne wrażenie, że postanowili odmienić swoje życie. W rezultacie „ci więc, którzy przyjęli jego naukę, zostali ochrzczeni. Przyłączono tego dnia około trzech tysięcy ludzi” (w. 41). Piotr w odpowiedzi na to pytanie nie stosował żadnych sztuczek ani psychotechniki. Powiedział to samo, co od początku mówił Jezus: „Nawróćcie się i niech każdy z was przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie waszych grzechów” (w. 38).

Pułapka „kawy i ciastka”

Dlaczego więc dziś wielu kaznodziejów stara się uczynić Ewangelię bardziej atrakcyjną, dodając do programu znane nazwiska artystów, mówców motywacyjnych czy celebrytów? Prezentują ich życiorysy, tytuły i osiągnięcia, aby zwrócić uwagę słuchaczy na coś bardziej „atrakcyjnego” niż sama Dobra Nowina. Wspomniane na wstępie „kawa i ciastko” stają się niemal obowiązkowym elementem współczesnych nabożeństw. Można wręcz zauważyć, że dla wielu ważniejsza jest kawiarenka po spotkaniu niż samo „nabo” – jak wielu nazywa zgromadzenie wierzących.

Obawiam się, że osoby „złapane” na tego rodzaju atrakcyjność, jeśli nawet zostaną w kościele, zawsze będą domagać się podobnych atrakcji. Jeśli ich oczekiwania nie zostaną spełnione, odejdą szukać nowych wrażeń, gdyż magnesem, który ich przyciągnął, nie była Ewangelia, lecz sztuczne dodatki. Każdy taki dodatek nie pomaga w zwiastowaniu, lecz pozbawia Ewangelię jej naturalnych właściwości, w które wyposaża ją Duch Święty.

Apostoł Paweł mógłby opowiadać o swoich niezwykłych doznaniach, mądrości i religijności. Zamiast tego powiedział wprost: „Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego” (1 Kor 2:2). On znał osobiście Tego, o kim mówił: „Przeciwnie, głosimy mądrość Boga, pełną tajemnicy i zakrytą, którą Bóg przeznaczył przed wiekami dla naszej chwały, której nie poznał żaden z władców tego świata” (w. 7-8).

Łatwiej jest jednak tworzyć własne atrakcje, niż poznawać Bożą tajemną mądrość. Pozwólcie, że przypomnę znaną maksymę Reinharda Bonnke: „Tam, gdzie brakuje obecności i mocy Ducha Świętego, podaje się więcej kawy”. Jak widzimy, jest w tym wiele prawdy – smutnej prawdy.

Boża Ewangelia nie potrzebuje żadnych atrakcyjnych dodatków, które jedynie mogłyby odwrócić uwagę od Chrystusa. Po co więc te wszystkie próby uatrakcyjniania?

Pytam: Po co?

Henryk Hukisz


No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.