Friday, February 27, 2015

Podwójne obywatelstwo

Gdy obserwuję to, co dzieje się we współczesnym nam świecie - ciągły niepokój na Bliskim Wschodzie, terroryzm niemal w każdym zakątku naszej ziemi, odradzanie sia nacjonalizmów, z nazistowskim włącznie, to aż chce się śpiewać słowa piosenki z czasu mojej młodości "Świat nie jest domem mym".

Szkoda, że dziś już nie śpiewa się takich tekstów dla pokrzepienia serc w czasie niepokoju. Może dlatego, tak często wiedzę ludzi, którzy ślubują posłuszeństwo Chrystusowi, angażujących się równocześnie w sprawy "księcia" tego świata.

Chcę dlatego przypomnieć kilka strof z tego hymnu, aby uświadomić sobie i innym, że:

"Świat nie jest domem mym, jam tu przechodniem jest
Me skarby w niebie są, nie w tej dolinie łez
Do siebie, tam do gwiazd, anieli wabią mnie
Chciałbym stąd wyrwać się, obcym tu czuję się

Ref.
O Panie wiesz, ten świat jest obcym mi
Gdzież pójdę jeśli Ty, przede mną zamkniesz drzwi
Świat nie jest domem mym, blask nieba wabi mnie
Chciałbym stąd wyrwać się, obcym tu czuję się."

Zastanawiam się nieraz, gdzie jest granica naszego zaangażowana w różne sprawy, jakimi zajmujemy się w naszym życiu. Czy wchodzenie "na całego" z sprawy tego świata, jest właściwe dla dziecka Bożego? Czy nie musimy sobie często przypominać, że nasz Pan, nie był z tego świata, i wypełnić nasze myśli i serca bardziej sprawami Królestwa Niebieskiego? Obawiam się, iż zachowujemy się nieraz jak osoby posiadające podwójne obywatelstwo.

W 1879 roku, Kongres Stanów Zjednoczonych ustanowił prawo dające możliwość przyjęcia obywatelstwa amerykańskiego na drodze procesu legislacyjnego, zwanego tutaj „Naturalization Process”. Powszechnie określa się to jako nadanie obywatelstwa osobom, które są już obywatelami innych krajów. Podstawowym elementem tego procesu jest przysięga, którą muszą złożyć wszyscy chętni stania się Amerykanami. Pomimo tego, że wymaga się zrzeczenia dotychczasowego obywatelstwa, można je nadal zachować, lecz należy złożyć przyrzeczenie posłuszeństwa wobec konstytucji Stanów Zjednoczonych. Tak powstaje sytuacja podwójnego obywatelstwa.
Chciałbym jednakowoż zająć się podobną sytuacją w innym świecie, nie tym podzielonym granicami na różne państwa, lecz duchowym, określonym w Biblii jako królestwo ciemności. Zgodnie z tym, co mówi Bóg w Swoim Słowie, wszyscy mieszkańcy ziemi, od momentu pojawienia się grzechu, są obywatelami tego świata. Nawet ci, którzy dokonali wyboru Królestwa Bożego, dopóki żyją na tej ziemi, muszą przebywać na tym świecie, lecz tak, jak gdyby do niego już nie należeli
Chrystus przyszedł na ten świat i stał się Bożym ratunkiem dla wszystkich grzeszników królestwa ciemności. Jedynie On jest prawdziwą światłością, “która oświeca każdego człowieka” (Jan 1:9). Dlatego, tylko w Chrystusie można znaleźć prawdziwe życie, gdyż “w Nim było życie, a życie było światłością ludzi” (w. 4). Pan Jezus powiedział o sobie: “Ja jestem światłością świata; kto idzie za mną, nie będzie chodzić w ciemności, ale będzie miał światłość żywota” (Jan 8:12). Tylko On może nas wyprowadzić z królestwa ciemności. Jego wyzwolenie spod panowania księcia ciemności jest dziełem doskonałym i zupełnym, bez żadnych niedomówień. To znaczy, że wszyscy, którzy doświadczają tego wyzwolenia, nie należą już do świata, lecz do innego królestwa. W ten sposób stają się obywatelami Nieba. 
Lecz jest ktoś, komu zależy na tym, aby ludzie nie poznali Bożego planu wyzwolenia z królestwa ciemności. Jak czytamy w Biblii, “bóg świata tego zaślepił umysły niewierzących, aby im nie świeciło światło ewangelii o chwale Chrystusa, który jest obrazem Boga” (2 Kor. 4:4). Natomiast Bóg, który nas zbawia i w Chrystusie daje nam nowe życie, oczekuje od nas, abyśmy zademonstrowali, że jesteśmy już obywatelami Jego Królestwa. Apostoł Paweł, chociaż przez wiele lat swego życia znał Boże prawa, żył w królestwie ciemności. Dopiero, na skutek Bożej interwencji, gdy objawił mu się Chrystus, jako prawdziwa światłość, chociaż w pierwszej chwili oślepł, to w rzeczywistości dopiero teraz poznał prawdziwie, na czym polega życie w światłości.
Paweł, stojąc później przed królem Agryppą, dał świadectwo o swoim życiu, jakie otrzymał z łaski. Były faryzeusz z Tarsu, stał się największym apostołem, któremu sam Chrystus powierzył zadanie głoszenia ewangelii obywatelom tego świata, “aby otworzyć ich oczy, odwrócić od ciemności do światłości i od władzy szatana do Boga, aby dostąpili odpuszczenia grzechów i przez wiarę we mnie współudziału z uświęconymi” (Dz.Ap. 26:18). Dlatego pouczał ludzi, którzy już uwierzyli w Pana Jezusa, że “nasza zaś ojczyzna jest w niebie, skąd też Zbawiciela oczekujemy, Pana Jezusa Chrystusa” (Filip. 3:20).
Zarówno Paweł, jak i inni apostołowie, którzy pisali listy do zborów, wiedzieli, że życie tych, którzy uwierzyli, będzie nadal przebiegać przez terytorium tego świata. Dlatego Paweł pisał, że chociaż “niegdyś chodziliście według modły tego świata, naśladując władcę, który rządzi w powietrzu, ducha, który teraz działa w synach opornych” (Efe. 2:2), to teraz “wraz z Nim (Chrystusem) wzbudził, i wraz z nim posadził w okręgach niebieskich w Chrystusie Jezusie” (w. 6). Apostoł Paweł zaświadczył, że “wy wszyscy bowiem synami światłości jesteście i synami dnia. Nie należymy do nocy ani do ciemności” (1 Tes. 5:5). Innymi słowy, skoro staliśmy się już obywatelami Królestwa Światłości, nie należymy już do tego świata i nie powinniśmy zajmować się tym, czym książę ciemności stara się wypełniać ludzkie serca.
U Boga nie ma podwójnego obywatelstwa. Chociaż w tym świecie toleruje się takie sytuacje, to w Bożym Królestwie nie ma takiej możliwości. Apostoł Jakub poszedł dalej i napisał: “Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga” (Jak. 4:4). O takich, którzy uważają się podwójnymi obywatelami Bożego Królestwa i tego świata, Jakub pisał: “Przeto niechaj nie mniema taki człowiek, że coś od Pana otrzyma, człowiek o rozdwojonej duszy, chwiejny w całym swoim postępowaniu” (Jak. 1:7, 8).
Bóg oczekuje od nas, którzy Jemu zaufaliśmy, abyśmy określili się jednoznacznie, iż jesteśmy wyłącznie obywatelami Jego Królestwa. Ponieważ “wszystko, co jest na świecie, pożądliwość ciała i pożądliwość oczu, i pycha życia, nie jest z Ojca, ale ze świata” (1 Jan 2:16). Pan Jezus powiedział aż nadto wyraźnie: "Nikt nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego nienawidzić będzie, a drugiego miłować, albo jednego trzymać się będzie, a drugim pogardzi. Nie możecie Bogu służyć i mamonie" (Mat. 6:24).
W duchowym świece musimy zdecydować się na obywatelstwo tylko Bożego Królestwa, aby z czystym sumieniem zaśpiewać ostatnią zwrotkę piosenki z mojej młodości:

"W chwalebnym kraju tym, będziemy wiecznie żyć
Z żywota drzewa jeść, ze źródła życia pić
Tam uwielbienia pieśń, z ust wszystkich wzniesie się
Chciałbym stąd wyrwać się, obcym tu czuję się"

Szczerze więc odpowiedzmy na pytanie: "
Czy rzeczywiście czuję się tu obco?"

Henryk Hukisz

Thursday, February 26, 2015

Kościelny marketing

Zanim podjąłem świadomą decyzję naśladowania Chrystusa, jako mojego Pana i Zbawiciela, uczestniczyłem już w nabożeństwach lokalnego zboru w Poznaniu. Na przełomie lat 50-siątych i 60-siątych, niewielka gromadka wierzących zgromadzała się w małym pokoiku przy ulicy Łuczniczej na nabożeństwa, na które dojeżdżało również parę osób z okolicznych miejscowości. Pamiętam do dziś pewną sytuację, gdy jedna z niewiast przywoziła świeże jajka, prosto od kury, ponieważ już wówczas byli zwolennicy ekologicznej żywności. Pewnego razu, tuż przed rozpoczęciem nabożeństwa, wspomniana siostra sięgając w głąb torebki, wyciągnęła wylewające się jajko, które uległo rozbiciu w podróży. Powstało wówczas spore zamieszanie, a w małym pomieszczeniu rozszedł się zapach świeżego jajka.
Wspominam tę odległą w czasie historię, jako tło do rozważania na temat kościelnego handlowania, jakie ma miejsce we współczesnych zborach. Być może dziś już nikt nie przywozi świeżych jajek, szczypiorku, czy białego sera, lecz istnieje wiele innych form handlowania. I wcale nie chodzi mi o handlowanie Słowem Bożym, lecz o najzwyklejszy marketing, jakim zajmuje się wiele osób. Oczywiście, nie mam nic przeciwko marketingowi ani zaangażowaniu ludzi wierzących w tę formę pracy zarobkowej. Chodzi mi jedynie o to, że społeczność ludzi wierzących, gdy zgromadza się na wspólnych zebraniach, czyni to w innym celu, niż dokonywanie transakcji handlowych.
Apostoł Paweł, największy bodajże nauczyciel Kościoła, pisze: „Gdy się schodzicie, jeden z was służy psalmem, inny nauką, inny objawieniem, inny językami, inny ich wykładem; wszystko to niech będzie ku zbudowaniu” (1 Kor. 14:26). Paweł określił również bardzo wyraźnie co jest celem tego wszystkiego, co dzieje się podczas wspólnego zgromadzenia ludzi wierzących, a mianowicie, że ma to dziać się „ku zbudowaniu i napomnieniu, i pocieszeniu” (1Kor. 14:3). Lud Boży schodzi się razem, aby budować się wzajemnie, „aż dojdziemy wszyscy do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do męskiej doskonałości, i dorośniemy do wymiarów pełni Chrystusowej” (Efez. 4:13). Te sprawy dominują w zgromadzeniu ludzi wierzących, w miejscu, gdzie działa Duch Święty, aby „kościół, budując się i żyjąc w bojaźni Pańskiej, cieszył się pokojem (...), i wspomagany przez Ducha Świętego, pomnażał się” (Dz.Ap. 9:31).
W czasie wielu lat posługiwania w różnych społecznościach chrześcijańskich, niejednokrotnie zauważałem, że pojawiali się ludzie wykorzystujący tę wspólnotę do swoich marketingowych celów. Potrafili dość sprytnie wykorzystać przychylność osób wierzących, oferując swoje produkty, jako najlepsze na rynku, a do tego, polecane ze szczerego serca. Wielu nabywców, w takiej sytuacji kieruje się ograniczoną ostrożnością, sądząc, że inna osoba wierząca jest godna zaufania. Znam wiele przypadków, gdy nabywcy polis ubezpieczeniowych, różnych kosmetyków, czy środków paramedycznych, dopiero po pewnym czasie zorientowali się, że zostali, mówiąc popularnie, nabici w butelkę. Lecz nie mieli już możliwości złożenia reklamacji, gdyż wędrowny handlarz, po dotarciu z ofertą do wszystkich w danym zborze, znikał z pola widzenia.
Inną stroną takiego nieuczciwego marketingu na niewłaściwym „rynku”, jest oferowanie produktów „biblio-pochodnych”, jako najbardziej odpowiednich dla ludzi pobożnych. Szczególnie w Stanach Zjednoczonych, w kraju znanym ze swojej historii, jako bardzo chrześcijański od podstaw, pojawia się wiele ofert towarów posiadających biblijne referencje. Sprzedaje się chleb Zachariasza, rybę Św. Piotra, soczewicę Abigail czy sałatkę Jakuba. Odrębnym tematem jest ziołolecznictwo, które uważa się, że jest najbardziej biblijną metodą leczenia.
Wiele osób wierzących przyjmuje łatwowiernie receptury mające im zapewnić zdrowe odżywianie się, a w razie jakichkolwiek dolegliwości, wystarczy zastosować ziołowe cuda, przywracające natychmiast zdrowie i dobre samopoczucie. Problem, jaki widzę, polega na tym, ze wielu tzw. marketingowców, polecających te produkty, wykorzystuje środowiska zborowe, aby jak najłatwiej zdobyć klientów. Raz jeszcze podkreślam to, że osobiście nie mam nic przeciwko marketingowi, jako pracy zarobkowej, jedynie chcę zwrócić uwagę, że nie każde miejsce jest właściwe do uprawiania tego handlu.
W dobie internetu, pojawia się nowa platforma docierania do określonych środowisk - serwisy społecznościowe, jak Facebok, Twitter, Linkedin czy Myspace. Osoby posiadające w nich swoje profile, z reguły gromadzą wokół siebie dość spore grona ludzi o podobnych zainteresowaniach. Dlatego też wiele osób zajmujących się marketingiem określonych produktów, stara się dotrzeć do tego środowiska, aby za wszelką cenę pozyskać nowych klientów.
Ostatnio pojawiło się sporo osób polecających olejki eteryczne, jako najskuteczniejsze w leczeniu i zapobieganiu przed chorobami. Niepokoi mnie brak zdrowego krytycyzmu, gdyż materiały jakie krążą w internecie wskazują na bardzo niebiblijne idee towarzyszące działaniu tych olejków. Firma Young Living, produkująca wspomniane olejki  wyjaśnia na czym polega wyjątkowość ich produktu. Przedstawiciel tej firmy zapewnia, że dzięki specjalnej technologii filtrowania, uzyskują czysty olejek zawierający życiodajną energię. Osoby stosujące ich olejki, mają dostęp do tej energii, co jest zagwarantowane firmową pieczęcią na każdym opakowaniu.
Apostoł Paweł nie daje nam innej możliwości, jak uznać, że „dla nas istnieje tylko jeden Bóg Ojciec, z którego pochodzi wszystko i dla którego istniejemy, i jeden Pan, Jezus Chrystus, przez którego wszystko istnieje i przez którego my także istniejemy” (1 Kor. 8:6). Nie ma innego źródła energii, jak Bóg we własnej Osobie, który przyszedł w Osobie Chrystusa, Swego Syna. Pan Jezus wyjaśnił uczniom, że „ciało nic nie pomaga. Słowa, które powiedziałem do was, są duchem i żywotem” (Jan 6:63). Chrystus, będąc Panem Kościoła, zostawił Swoim uczniom obietnicę - „weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was” (Dz.Ap. 1:8). Jedyną energię działającą w tych, którzy uwierzyli i posiadają nowe życie.
Oby Chrystus nie musiał znów pojawić się w wielu świątyniach, aby zrobić to, co uczynił w Jerozolimie, gdy wszedł „do świątyni, i wyrzucił wszystkich, którzy sprzedawali i kupowali w świątyni, a stoły wekslarzy i stragany handlarzy gołębiami powywracał” (Mat. 21:12).
Henryk Hukisz

Tuesday, February 3, 2015

Dzieci, młodzieńcy i ojcowie

Być może nieraz zastanawialiśmy się nad tym szczególnym fragmentem z listu apostoła Jana, w którym kieruje kilka uwag do oddzielnych adresatów. Jan wymienia w nim dzieci, młodzieńców i ojców. O kogo tak na prawdę chodzi w tym fragmencie? Czy ten sędziwy już sługa ewangelii ma na uwadze trzy grupy wiekowe uczestników nabożeństw, gdyż swój list kieruje do ludzi wierzących, którzy tworzą społeczność z Bogiem i pomiędzy sobą?
 Z pewnością Jan pisze do wszystkich, którzy gdy uwierzyli, weszli w tę szczególną relację z Bogiem, i mają „społecznością z Ojcem i z Synem jego, Jezusem Chrystusem” (1 Jan 1:3). Autorowi tych trzech wyjątkowych listów zależy na tym, aby ci, którzy poznali zbawienna łaskę, wytrwali do końca w wierze, aby „gdy się objawi, mogli śmiało stanąć przed nim i nie zostali zawstydzeni przy przyjściu jego” (1 Jan 2:28).
Jan wie, że życie ludzi wierzących nie jest pozbawione przeciwności i jest nieustannie narażane na zwodzenie. Dlatego pisze wprost: „Umiłowani, nie każdemu duchowi wierzcie, lecz badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na ten świat” (1 Jan 4:1). A najlepszą obroną przed fałszem jest trwanie w prawdzie. Jan, w tych trzech listach zadaje proste pytania, które mogą pomóc poznać faktyczny stan duchowy człowieka wierzącego. Są to, jak powiedziałem, proste sprawdziany, na przykład: „Kto czyni dobrze, z Boga jest, kto czyni źle, nie widział Boga” (3 Jan 11).
Tekst, nad którym chciałbym zastanowić się w tym rozważaniu, brzmi odmiennie niż pozostała treść tych trzech listów. W niektórych wydaniach Biblii, redaktorzy tego fragmentu nadali tym trzem wersetom formę poetycką, podkreślając w ten sposób ich wyjątkowość.
Myślę, że nie zrobię żadnej krzywdy dla oryginalności tekstu biblijnego, jeśli zacytuję ten fragment w zestawieniu równoległym, aby uwypuklić treści skierowane do trzech różnych adresatów -
„Piszę wam, dzieci, gdyż odpuszczone są wam grzechy dla imienia jego.
Napisałem wam, dzieci, gdyż znacie Ojca
Piszę wam, młodzieńcy, gdyż zwyciężyliście złego.
Napisałem wam, młodzieńcy, gdyż jesteście mocni i Słowo Boże mieszka w was, i zwyciężyliście złego.
Piszę wam, ojcowie, gdyż znacie tego, który jest od początku.
Napisałem wam, ojcowie, gdyż znacie tego, który jest od początku” (1 Jan 2:12-14).
Osobiście uważam, że apostoł Jan, nie ma na uwadze trzech grup wiekowych, lecz trzy etapy duchowego rozwoju człowieka wierzącego.
Jan, wpierw pisze do dzieci, czyli do tych, o których w Biblii nieraz czytamy, że znajdują się jeszcze na początkowym etapie duchowego rozwoju. Apostoł Paweł, na przykład, pisząc do wierzących w Koryncie, zwracał się do nich, „jako do niemowląt w Chrystusie” (1 Kor. 3:1). Ze tego też względu, musiał nadal karmić ich „mlekiem, nie stałym pokarmem” (w. 2). Autor listu do Hebrajczyków natomiast, stwierdza, że odbiorcy tego listu są nadal niezdolni do przyjęcia „pokarmu stałego” (Hebr. 5:12), gdyż ten, kto „nie pojmuje jeszcze nauki o sprawiedliwości, jest niemowlęciem” (w. 13).  
Apostoł Jan w tym fragmencie używa dwóch różnych słówek na określenie tego etapu na drodze do duchowej dojrzałości. Zarówno „teknion”, jak i „paidion” określają stan dziecięctwa, który każdy człowiek przechodzi na początku swej egzystencji. Nic w tym ujmującego, gdyż sam apostoł Paweł powiedział o sobie: „Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jak dziecię, myślałem jak dziecię, rozumowałem jak dziecię; lecz gdy na męża wyrosłem, zaniechałem tego, co dziecięce” (1 Kor. 13:11). Chodzi jednak to, aby każdy przestał być kiedyś dzieckiem.
Jan, pisząc o dzieciach zwraca uwagę, że po wyjściu z okresu duchowego niemowlęctwa, pozostają nadal pod działaniem dwóch prawd – doznanie odpuszczenia grzechów i doświadczenie osobistej relacji z Ojcem. Apostoł Jan, na określenie wejścia w relację z Ojcem, używa wyrazu „ginosko”, który znaczy poznać coś lub kogoś przez osobiste doświadczenie. W języku greckim istnieje inne określenie poznania, „oida”, które znaczy poznać coś lub kogoś teoretycznie. Innymi słowy, nie wystarczy poznać Boga na drodze czytania lub słuchania o Nim, lecz każdy wierzący musi poznać Go w osobistym spotkaniu się z Nim.
Młodzieńcy reprezentują ten etap duchowego rozwoju, na którym z osobistej potyczki z pokusami i przeciwnościami, wychodzi się zwycięsko. Apostoł Paweł napisał, że w tych wszystkich życiowych doświadczeniach „zwyciężamy przez tego, który nas umiłował” (Rzym. 8:37). W życiu osoby wierzącej, każde przeżycie, dobre jak i złe, obraca się zawsze w zwycięstwo. Jak to zostało ujęte w jednym z jego Listów - "A wiemy, iż tym, którzy miłują Boga, wszystkie rzeczy dopomagają ku dobremu, to jest tym, którzy według postanowienia Bożego powołani są" (Rzym. 8:28). Apostoł Piotr natomiast, pisząc o dochodzeniu do duchowej dojrzałości, zwraca uwagę na konieczność dokładania wszelkich starań, aby umacniać wiarę. A wiara nie wzrasta inaczej, jak jedynie przez Słowo Boże. Dlatego Jan pisze do tej grupy ludzi wierzących, że odnoszą zwycięstwa dzięki sile, jaką daje im mieszkające w nich Słowo Boże.
Ojcowie, reprezentują zaś ludzi dojrzałych. Tę grupę wierzących charakteryzuje wytrwałość w postanowieniu, jakie uczynili na początku swego życia wiary. Pan Jezus w Swoim osobistym liście do zboru w Efezie zarzucił - „mam ci za złe, że porzuciłeś pierwszą twoją miłość” (Obj. 2:4). Ojcowie, to ci, którzy poznali (ginosko) w osobistym doświadczeniu, że Bóg „daje dowód swojej miłości ku nam przez to, że kiedy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za nas umarł” (Rzym. 5:8). Dlatego Jan w tym liście stwierdza: „A myśmy poznali i uwierzyli w miłość, którą Bóg ma do nas. Bóg jest miłością, a kto mieszka w miłości, mieszka w Bogu, a Bóg w nim” (1 Jan 4:16). Natomiast życie, które rozpoczyna się od doświadczenia Bożej miłości, dzięki duchowemu wzrastaniu prowadzi do takiej dojrzałości, w której odnosi się zwycięstwa nad grzechem. Jan kończy ten List stwierdzeniem, "że żaden z tych, którzy się z Boga narodzili, nie grzeszy, ale że ten, który z Boga został zrodzony, strzeże go i zły nie może go tknąć" (1 Jan 5:18). Ojcowie, to tacy wierzący, którzy dobrze zaczęli, a na końcu usłyszeli, że "za błogosławionych uważamy tych, którzy wytrwali" (Jak. 5:11). Dlatego też apostoł Paweł dodaje: "abyśmy już nie byli dziećmi, miotanymi i unoszonymi lada wiatrem..." (Efez. 4:14).
Miłość jest gwarantem, że będziemy w stanie pokonać każdą przeszkodę, aby wytrwać do końca. Dlatego musimy codziennie dbać o to, aby nasza miłość do Boga nie słabła, gdyż „kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością” (1 Jan 4:8).
Henryk Hukisz

Friday, January 30, 2015

Wybaczam, lecz nie zapomnę

Nie zgadzam się z popularnym poglądem, że prawdziwe przebaczenie polega na całkowitym wymazaniu winy z pamięci. Zapominanie bywa ułomnością, na którą cierpią zwłaszcza osoby starsze. Tymczasem naturalną rzeczą jest to, że staramy się pamiętać wszystko, co wydarzyło się w naszym życiu – chyba że są to chwile, o których wolelibyśmy nie pamiętać.

Osiągnąłem już wiek, w którym niestety coraz częściej pojawiają się bolesne momenty, gdy w pamięci powstaje jakaś dziwna luka. Nie potrafię wtedy przypomnieć sobie czyjegoś nazwiska, choć twarz na oglądanym zdjęciu jest mi doskonale znana. Staram się wówczas na wszelkie sposoby je odtworzyć i nieraz dopiero po jakimś czasie przychodzi nagłe olśnienie. Wołam wtedy z zachwytem: „Już wiem!”. Co za ulga – z moją pamięcią nie jest jeszcze tak źle.

Wzorem wszelkiego przebaczenia jest doskonały akt łaski, jaki okazał nam Bóg, nasz Ojciec niebieski. Jego Syn wziął na siebie nasze grzechy i oddał swoje życie na krzyżu, wołając: „Wykonało się!”. Czy można sądzić, że w tym momencie święty Bóg nagle stracił pamięć? Absolutnie nie!

Bóg oświadczył przez swojego proroka, że jest w stanie zmazać nasze winy: „Chodźcie, rozsądźmy! – mówi PAN: Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, to staną się białe jak śnieg, choćby były czerwone jak purpura, to staną się jak wełna” (Iz 1:18). Nigdzie jednak nie zapowiedział własnej amnezji, czyli totalnego zapomnienia o naszych nieprawościach. Powiedział natomiast: „To Ja, Ja sam wymażę twoje przestępstwa przez wzgląd na siebie samego i twoich grzechów nie będę wspominać” (Iz 43:25).

Prorok Jeremiasz rozwinął tę myśl i zapowiedział w imieniu Pana, że nastanie czas Nowego Przymierza: „Każdy swego sąsiada i każdy swego brata nie będzie już więcej uczyć, mówiąc: Poznajcie PANA! Oni wszyscy bowiem będą Mnie znać od najmniejszego do największego – wyrocznia PANA – ponieważ odpuszczę ich winę, a o ich grzechu nie będę już wspominać” (Jr 31:34). Aby nie było wątpliwości, o jakie odpuszczenie chodzi, autor Listu do Hebrajczyków przypomniał te słowa: „Takie jest Przymierze, które zawrę z nimi po tych dniach, mówi Pan. Złożę Moje prawa w ich sercach i napiszę je na ich umysłach, i ich grzechów ani nieprawości nie będę już pamiętał” (Hbr 10:16-17).

W dalszej części tego nowotestamentowego tekstu czytamy o krwi Jezusa, dzięki której mamy otwarte „wejście do świątyni, które On otworzył dla nas jako drogę nową i żywą przez zasłonę, to jest przez swoje ciało” (Hebr. 10:19-20). Gwarancją naszego wejścia do Bożej świątyni jest Nowe Przymierze, „gdyż wierny jest Ten, który złożył obietnicę” (w. 23). Tak więc to nie brak pamięci Boga daje nam pewność, że nie będzie On domagać się od nas zapłaty za grzechy, lecz słowa obietnicy: „twoich grzechów nie będę wspominać”. Właśnie dlatego podczas tej najważniejszej wieczerzy Jezus „wziął kielich i po dziękczynieniu podał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy, to jest bowiem Moja krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26:27-28).

Pewność przebaczenia nie tkwi w Bożej niepamięci, lecz we krwi Baranka Bożego. Obraz krwi był doskonale znany Izraelitom. Bóg zapewnił ich przecież, że w tę wielką noc, gdy będzie szedł, by porazić Egipcjan, „zobaczy krew na nadprożu i odrzwiach z obu stron, wtedy PAN przejdzie koło drzwi i nie pozwoli Niszczycielowi, aby wszedł do waszych domów i zadał cios” (Wj 12:23). Nas przed Bożym gniewem chroni krew Jego Syna – i to jest największa gwarancja, że Bóg nigdy nie wypomni nam naszych grzechów.

„Nie wspominać” oznacza nie wyciągać konsekwencji. Wiemy, że „zapłatą bowiem za grzech jest śmierć”, lecz „darem łaski Boga życie wieczne w Chrystusie Jezusie, naszym Panu” (Rz 6:23). Apostoł Paweł wyjaśnia w swoich listach fundament Bożego przebaczenia. Pisze, że „Bóg natomiast okazuje nam swoją miłość przez to, że gdy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za nas umarł. O wiele więc bardziej usprawiedliwieni, teraz, dzięki Jego krwi, zostaniemy przez Niego wybawieni od gniewu” (Rz 5:8-9). Możemy być pewni, że Bóg nie będzie wypominał nam grzechów, mimo że ma doskonałą pamięć – a gwarantuje to Jego niezłomna miłość.

Jeśli chodzi o to, jak my powinniśmy wybaczać sobie nawzajem, zasada jest podobna do tego doskonałego, Bożego aktu. My również nie musimy zapominać o doznanych krzywdach, musimy jednak zobowiązać się, że nigdy więcej nie będziemy ich wypominać. Wiem, że to niezwykle trudne. Dlatego – wzorem uczniów Jezusa, którzy słysząc nakaz wybaczania bez końca, prosili Pana: „Dodaj nam wiary” (Łk 17:5) – my także musimy stale o tę wiarę prosić.

Tak jak Bóg, kierując się miłością, postanowił nie wspominać naszych grzechów, tak i my potrzebujemy daru takiej miłości. Tylko ona pozwoli nam – mimo pamięci o wyrządzonych krzywdach – kochać naszych bliźnich tak, jakby nigdy nic złego nam nie zrobili.

Z pomocą przychodzi nam apostoł Jan, który w swoim liście wskazuje na źródło tej postawy. Znajduje się ono w samym Bogu, „gdyż Bóg jest miłością” (1 Jn 4:8). Dalej ten sędziwy już sługa pisze: „My poznaliśmy miłość, którą Bóg ma do nas i jej zawierzyliśmy” (w. 16). Jeśli naprawdę zaufaliśmy miłości, którą Bóg nam okazał, będziemy w stanie wybaczać tak jak On. Wówczas, zachowując pełną pamięć o doznanym złu, będziemy gotowi kochać i wybaczać naszemu winowajcy, nawet „jeśliby siedemkroć na dzień zgrzeszył przeciwko tobie, i siedemkroć zwrócił się do ciebie, mówiąc: Żałuję tego” (Łuk. 17:4 [BW]).

Henryk Hukisz

Thursday, January 29, 2015

Imitacja przebaczenia

Pamiętam, jak przed wielu laty w lokalnym zborze wybuchł konflikt pomiędzy kilkoma osobami. Ktoś wpadł wtedy na pomysł, aby rozwiązać tę sprawę w bardzo praktyczny sposób. Zaproponował, żeby każda ze stron sporu sporządziła listę zarzutów wobec swoich przeciwników, a po wspólnej modlitwie obie listy zostały podarte na strzępy i zniszczone. Nie znano jeszcze wówczas niszczarek do papieru, które z pewnością ułatwiłyby zamknięcie tego ciągnącego się od dłuższego czasu konfliktu.

Zapamiętałem tę sytuację, ponieważ uważałem, że nie tędy prowadzi droga do przebaczania krzywd, jakie ludzie wyrządzają sobie nawzajem. Zresztą nadal stoję na stanowisku, że wybaczenie bliźniemu nie jest sprawą łatwą i nie można tutaj uciekać się do technicznych wybiegów. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy powszechnie komunikujemy się drogą elektroniczną – za pomocą telefonów komórkowych i internetu – przebaczenie może stać się czymś niezwykle powierzchownym, będąc jedynie imitacją prawdziwego pojednania.

Niedawno otrzymałem SMS-a od osoby, która wcześniej mnie oczerniała. Napisała, że jest jej przykro z tego powodu, ale jednocześnie dodała, że postąpiłaby dokładnie tak samo, gdyby ta sytuacja się powtórzyła. Czy można uznać to za prawdziwe przeprosiny?

Biblijny fundament relacji

W Biblii znajdziemy wskazówki na każdy temat dotyczący naszego życia, również te mówiące o regulowaniu nieprawidłowych relacji pomiędzy osobami wierzącymi. Jestem głęboko przekonany, że najwspanialszą naukę w tej kwestii zostawił nam Pan Jezus. Odnajdujemy ją w Kazaniu na Górze, gdzie Nauczyciel mówił o konieczności pojednania się i uzyskania przebaczenia, zanim w ogóle zdecydujemy się złożyć Bogu jakikolwiek dar. Pisałem już o tym wcześniej w rozważaniu pt. „Wyrównaj rachunek z bliźnim”. Teraz chciałbym jednak skoncentrować uwagę na szczerości w podchodzeniu do spraw spornych – zwłaszcza wtedy, gdy czujemy, że powinniśmy przeprosić kogoś, kogo w jakikolwiek sposób skrzywdziliśmy.

Uważam, że tej kwestii nie wolno bagatelizować ani uciekać się do technicznych sztuczek, żyjąc w przekonaniu, że skoro zrobiliśmy to, co do nas należało, to ewentualny żal drugiej strony jest już tylko jej problemem. Zgodnie z nauczaniem Pana Jezus Bóg przebaczy: „nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” (Mat. 6:12).

Jestem przekonany, że te słowa modlitwy wypowiadamy dość często. Czy jednak zawsze zdajemy sobie sprawę z powagi i głębi tych kilku słów? Jasno z nich wynika, że Boże przebaczenie jest bezpośrednio uzależnione od tego, czy my sami przebaczamy osobie, która zawiniła wobec nas. Uważam, że fundamentem przebaczenia jest poczucie winy człowieka, który wyrządził krzywdę, a nie jednostronna decyzja osoby pokrzywdzonej. Przebaczenie w sytuacji, gdy winny nie uznaje swojego błędu, staje się puste i nie przynosi żadnego realnego efektu.

Warunek prawdziwego pojednania

Przebaczenie może mieć miejsce wyłącznie tam, gdzie winowajca dostrzega i uznaje swoją winę. Pamiętam, jak pewnego razu do moich drzwi zapukała osoba ze zboru i już od progu oświadczyła, że przyszła mnie przeprosić. Gdy zapytałem, za co konkretnie mnie przeprasza, usłyszałem w odpowiedzi, że przecież nic złego mi nie zrobiła. Czyżby chodziło o przepraszanie dla samego przepraszania?

Nie można traktować tej kwestii lekkomyślnie i tylko dla lepszego samopoczucia iść do kogoś, by przepraszać za coś, czego się nie popełniło. W tym miejscu chcę ponownie odwołać się do nauczania Pana Jezusa. Pewnego razu Chrystus rozmawiał ze swoimi uczniami o zgorszeniach, które pojawiają się między ludźmi. Powiedział im, że tych, którzy powodują upadek „maluczkich”, czeka kara gorsza niż utonięcie w morskich głębinach z kamieniem młyńskim u szyi. Wtedy też ostrzegł ich słowami: „Miejcie się na baczności. Jeśliby zgrzeszył twój brat, strofuj go, a jeśli się upamięta, odpuść mu” (Łuk. 17:2).

W tym jednym, prostym zdaniu Jezus podaje oczywisty warunek odpuszczenia winy – jest nim upamiętanie się (czyli opamiętanie i zmiana postawy) winnego. Bez tego nie ma mowy o prawdziwym odpuszczeniu; będzie ono jedynie namiastką, wspomnianą imitacją lub – używając współczesnego języka – zwykłą „podróbką”.

Owszem, powinniśmy sobie nawzajem zawsze przebaczać, lecz zgodnie ze wskazówką Pana Jezusa dzieje się to wtedy, gdy winny wyznaje, że żałuje swojego czynu. Chrystus nauczał, by odpuszczać wszelkie przewinienia, nawet: „jeśliby siedemkroć na dzień zgrzeszył przeciwko tobie, i siedemkroć zwrócił się do ciebie, mówiąc: Żałuję tego, odpuść mu” (Łuk. 17:4). Dla uczniów Chrystusa nie była to łatwa lekcja. Powiem więcej: było to zadanie wymagające szczególnej wiary, skoro odpowiedzieli Panu: „Przydaj nam wiary” (w. 5).

Droga do pełnego owocu

Apostoł Paweł uczył wierzących w Efezie, aby: „postępowali, jak przystoi na powołanie wasze, z wszelką pokorą i łagodnością, z cierpliwością, znosząc jedni drugich w miłości” (Efez. 4:1-2). Po wymienieniu kilku trudnych sytuacji życiowych, jakie mogą się między nimi pojawić – takich jak kłamstwo, gniew czy używanie niewłaściwych słów – wzywa ich do jednoznacznego uregulowania konfliktów: „Bądźcie jedni dla drugich uprzejmi, serdeczni, odpuszczając sobie wzajemnie, jak i wam Bóg odpuścił w Chrystusie” (Efez. 4:32).

Odpuszczenie grzechów, które otrzymujemy z Bożej łaski, jest nierozerwalnie uwarunkowane naszą pokutą i upamiętaniem. Niestety, coraz częściej współcześni ewangeliści i nauczyciele pomijają ten kluczowy temat. Zachęcają ludzi do przyjęcia zbawienia, ale bez wezwania do upamiętania. Myślę, że właśnie stąd bierze się późniejszy brak zrozumienia dla samej idei upamiętania, czyli do gotowości przyznania się do winy w sytuacji konfliktowej wewnątrz społeczności wierzących.

Zamiast tego kładzie się nacisk na przebaczenie dla samego przebaczenia. Niestety, taka postawa jest jedynie imitacją, która nie jest w stanie doprowadzić do pełnego pojednania – a to przecież ono powinno być zawsze prawdziwym owocem każdego przebaczenia.

Henryk Hukisz


Tuesday, January 27, 2015

Warunkowa miłość Boża

 Odwiedzając kiedyś pewien Zbór, moją uwagę zwrócił napis umieszczony nad drzwiami kaplicy - „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mat. 11:28). Natomiast, gdy już opuszczałem to pomieszczenie, wewnątrz nad drzwiami widniał inny werset: „Ja cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz” (Jan 8:11).
Osobiście zgadzam się jak najbardziej z tą ideą, że Chrystus zaprasza do Siebie wszystkich grzeszników. Natomiast po spotkaniu z Panem Jezusem, odchodzimy do naszej codzienności z narzuconym przez Pana zobowiązaniem porzucenia grzechu. Jest to jak najbardziej warunek, który musimy spełniać, aby żyć z Chrystusem.
Piszę o tym powodowany spotykanym, szczególnie w kraju w którym jakiś czas mieszkałem, powszechnym zapewnianiem wierzących, że Boża miłość jest bezwarunkowa (unconditional love). Począwszy od popularnych piosenek religijnych, zapewniających w swojej treści, że na tym polega Boża miłość, iż przyjmuje każdego w takim stanie, w jakim się człowiek znajduje, a skończywszy na wezwaniach ewangelistów do przyjęcia zbawienia, jakie Bóg daje grzesznikom z łaski, upowszechnia się pojęcie bezwarunkowej miłości Boga do każdego grzesznika.  Oczywiście, jest to wielką prawdą o Bożej miłości, określonej w języku greckim jako „agape”, że Bóg kocha każdego człowieka. Najbardziej znany werset w całej Biblii „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał...” (Jan 3:16) sugeruje nam, że Bóg okazuje Swą miłość, nie stawiając żadnych warunków wstępnych. Lecz jeśli zwrócimy uwagę na dokończenie tego zdania, „aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”, to zauważymy warunek, że życie wieczne otrzymują tylko ci, którzy uwierzą w Chrystusa. Już na podstawie tylko tego jednego wiersza, nie można mówić, że wszyscy ludzie będa zbawieni, ponieważ Jezus umarł za grzechy całego świata.
Co na to sam Chrystus? Jego wypowiedzi odnośnie zbawienia są największym autorytetem w tej materii. Pewnej nocy, gdy przyszedł do Pana Jezusa jeden z pobożnych Żydów, Nikodem, to usłyszał z ust Nauczyciela: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego” (Jan 3:5). Znajdujące się w tym zdaniu jedno słówko świadczy dobitnie, iż człowiek musi spełnić jasno określony warunek, aby wejśćć do Królestwa Bożego. Tym warunkiejm jest narodzenie się na nowo, a to coś znaczy, i to bardzo dużo.
Aby nie było niejasności, muszę wyraźnie stwierdzić, że Boża miłość jest uniwersalna, to znaczy, że skierowana jest do wszystkich ludzi na całym świecie. Bóg dał Swego Syna, który „jest ubłaganiem za grzechy nasze, a nie tylko za nasze, lecz i za grzechy całego świata” (1 Jan 2:2), lecz Jezus określił wyraźnie, kto jedynie będzie zbawiony. Znamy dobrze sytuację, gdy Chrystus wziął małe dziecię i wskazując na nie, powiedział do uczniów: „Zaprawdę powiadam wam, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mat. 18:3). Czyż to nie jest warunkiem otrzymania zbawienia, o jakim Chrystus powiedział w tym zdaniu?
No dobrze, powiedzą zwolennicy bezwarunkowej miłości, ojciec przyjął w otwarte ramiona syna marnotrawnego, nie stawiając mu żadnych warunków. To jest doskonały obraz Ojca Niebieskiego, który przymuje w ten sam sposób każdego grzesznika. Czyżby?
Być może, ten ojciec z przypowieści nie wiedział, lecz z pewnością Ojciec Niebieski wie, że ten biedak, leżac przy świńskim korycie podjął decyzję: „A wejrzawszy w siebie, rzekł: (...) Wstanę i pójdę do ojca mego i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i przeciwko tobie, już nie jestem godzien nazywać się synem twoim, uczyń ze mnie jednego z najemników swoich” (Łuk. 15:17-19). To wejrzenie w siebie, które można inaczej nazwać pokutą, lub szczerym nawróceniem, było spełnienim warunku, o jakim mówił Pan Jezus, gdy wskazał na dziecię, stojące wśród uczniów.
Apostołowie, wysłani przez Chrystusa, szli i głosili ewangelię, wzywając wszystkich tymi samymi słowami, jakie padały z ust Zbawiciela: „Wypełnił się czas i przybliżyło się Królestwo Boże, upamiętajcie się i wierzcie ewangelii” (Mar. 1:15). Nikt z apostołów nie praktykował wezwania do podnoszenia rąk na znak przyjęcia Chrystusa i powstarzania słów „modlitwy grzesznika”. Gdy apostoł Piotr wygłaszał swoje pierwsze kazanie, słuchacze zapytali o to, w jaki sposób mogą być zbawieni. Wówczas, ten wierny sługa ewangelii, powiedział wprost o warunku, jaki musza spełnić – „Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego” (DzAp. 2:38). Apostoł Paweł nauczał później, że nie wystarczy jedynie okazać skruchę w sercu, lecz istnieje jeszcze inny warunek – „Bo jeśli ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i uwierzysz w sercu swoim, że Bóg wzbudził go z martwych, zbawiony będziesz” (Rzym. 10:9).
Podobnie jest później, gdy już uwierzymy w Pana Jezusa i przyjmiemy Go jako naszego Pana i Zbawiciela. Słowo Boże wskazuje wyraźnie na wiele warunków, jakie musimy wypełniać. Przede wszystkim, jak pisał apostoł Paweł, ci, których Bóg pojednał w Chrystusie muszą spełnić warunek wytrwałości - „jeśli tylko wytrwacie w wierze, ugruntowani i stali, i nie zachwiejecie się w nadziei, opartej na ewangelii, którą usłyszeliście, która jest zwiastowana wszelkiemu stworzeniu pod niebem” (Kol. 1:23). A do Tymoteusza pisał również o konieczności wytrwania, używając tego samego słowa określającego warunek – „jeśli z nim wytrwamy, z nim też królować będziemy; jeśli się go zaprzemy, i On się nas zaprze; jeśli my nie dochowujemy wiary, On pozostaje wierny, albowiem samego siebie zaprzeć się nie może” (2 Tym. 1:12,13).
Wiemy, że nie początek, lecz koniec życia świadczy o wytrwaniu w postanowieniu przyjęcia oferowanego nam z łaski zbawienia. Dlatego pragnę zachęcać każdego, kto uwierzył i otrzymał wieczną nadzieję, aby trwał w Chrytsusie, który jedynie jest mocen doprowadzić nas do domu Ojca, gdyż jak sam powiedział: „Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (Jan 14:6).
Pamiętajmy, że trwanie w Chrystusie, jest naszym codziennym obowiązkiem, gdyż od tego warunku zależy to, czy w ogóle jesteśmy nowym stworzenuiem – „Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe” (2 Kor. 5:17).
Henryk Hukisz

Sunday, January 25, 2015

Jestem fundamentalistą

 Określenie „fundamentalny” ma współcześnie złą konotację. Tym zwrotem najczęściej określa się fanatyków religijnych, którzy są zacofani w swoich poglądach i życiowej postawie. Nikt nie chce nawet rozmawiać z fundamentalistami, gdyż są nieugięci w swoich poglądach.
Gdy chcemy wyrobić sobie w miarę obiektywne pojęcie na temat fundamentalizmu religijnego, musimy wpierw dokonać małej analizy znaczenia i genezy tego określenia.
Słownik Języka Polskiego (PWN), podaje bardzo ogólnę definicję, że „fundamentalizm” to  „tradycjonalistyczny i ortodoksyjny stosunek do wyznawanej religii”. Jednak nieco dalej wyjaśnia, że jest to „radykalizm w wyznawaniu jakiejś idei, odmawiający innym racjom prawa istnienia”. Dlatego powszechnie uważa się fundamentalistów za ludzi zacofanych, z którymi nie można nawet rozmawiać, gdyż są nieustępliwi. Tak negatywne pojęcie znaczenia tego określenia ugruntowali zwolennicy wszelkiego rodzaju liberalizmów, od kultury, przez religię do polityki włącznie. A jak jest na prawdę?
Zajmę się jedynie fundamentalizmem chrześcijańskim. Ze względu na formę mego rozważania, nie mam zamiaru wchodzić w szeroki zakres pojęciowy tego określenia, gdyż musiałbym poruszyć kwestie polityczne, kulturowe, a przede wszystkim inne religie, jak islam, gdyż ten rodzaj fundamentalizmu jest szczególnie bardzo niebezpieczny.
Fundamentalizm chrześcijański, mówiąc ogólnie, jest to „konserwatywny kierunek w teologii protestanckiej, który powstał jako reakcja na pojawienie się teologii liberalnej” (Wikipedia). I w tym miejscu fundemantalizm dostaje już zabarwienia bardziej pozytywnego, gdyż liberalizm w teologii nie wróży nic dobrego, jak tylko odstępstwo od prawdy biblijnej. Samo pojęcie „fundamentalizm” zostało wprowadzone w środowisku biblistów amerykańskich, w obronie ortodoksyjnej wiary protestanckiej, głównie dotyczącej Trójcy Świętej, dziewiczego narodzenia Chrystusa, zastępczej ofiary złożonej na Golgocie, zmartwychwstania i powtórnego przyjścia Pana Jezusa.   
Fundamentalizm chrześcijański, to przede wszystkim uznanie dosłownego natchnienia całej Biblii, z pominięciem ksiąg wtórno kanonicznych, czyli apokryficznych. Dlatego też, fundamentaliści uznają fakt stworzenia świata w ciągu sześciu dni, czyli tzw. teorię młodej ziemi, że została stworzona około szęść tysięcy lat temu. Jeśli chodzi o praktyczne życie chrześcijańskie, to uważa się, że ludzi wierzących obowiązują Boże nakazy podane w przykazaniach. Dlatego uznaje się małżeństwo jedynie pomiędzy mężczyzną i kobietą, oraz, że życie rozpoczyna się w momencie poczęcia i jedynie Bóg może zdecydować o jego zakończeniu.
Dlaczego ja jestem fundamentalistą? Przede wszystkim dlatego, że Pan Jezus, kończąc Swoje „kazanie na górze” powiedział o dwóch rodzajach odbiorców Bożego Słowa. Chcę należeć do tych słuchaczy Jego nauki, o których Pan Jezus powiedział: „Każdy więc, kto słucha tych słów moich i wykonuje je, będzie przyrównany do męża mądrego, który zbudował dom swój na opoce” (Mt 7:24). Zgodnie ze słowami Chrystusa, chcę, aby moje życie budowane było na jedynej Opoce, która ma moc sprawić, że przetrwa każdą burzę, jaka mnie spotka.
Apostoł Paweł, chociaż najprawdopodobniej nie słuchał „kazania na górze", lecz dzięki objawieniu jakie otrzymał od Pana, napisał: „Według łaski Bożej, która mi jest dana, jako mądry budowniczy założyłem fundament (...) Albowiem fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, który jest założony, a którym jest Jezus Chrystus” (1 Kor 3:10,11). Na te słowa możemy powiedzieć jedynie „Amen”, gdyż bez tego fundamentu, nie możemy zbudować niczego trwałego w swoim życiu.
Wierzę, że apostoł Paweł, będąc jeszcze faryzeuszem Saulem, znał Boże słowa kierowane przez proroków do Izraela, wskazujące na znaczenie fundamentu. Prorok Izajasz nakazał w imieniu Pana: „Twoi ludzie odbudują prastare gruzy, podźwigniesz fundamenty poprzednich pokoleń i nazwą cię naprawiaczem wyłomów, odnowicielem, aby w nich można było mieszkać” (Iz 58:12). Dlatego też, gdy pisał już jako sługa ewangelii Chrystusowej, wskazał na ten jedyny fundament, który jak skała towarzyszył ludowi Bożemu, „a skałą tą był Chrystus” (1 Kor 10:4).
Dziś Chrystus jest obecny w naszym życiu w swoim Ciele, czyli w Kościele, który On sam buduje. Skoro sam Chrystus zapewnia nas, że „bramy piekielne nie przemogą go” (Mt 16:18), dlatego możemy mieć pewność, że przetrwamy każde doświadczenie, jakie nas spotka  w tym życiu.
Apostoł Paweł, który doświadczył w swoim życiu tak wielu sprzeciwów i niebezpieczeństw, zachęca nas słowami: „Jak więc przyjęliście Chrystusa Jezusa, Pana, tak w Nim chodźcie, wkorzenieni weń i zbudowani na nim, i utwierdzeni w wierze, jak was nauczono, składając nieustannie dziękczynienie” (Kol. 2: 6,7).
Dlatego jestem fundamentalistą, gdyż wiem Kto jest moim fundamentem i od Niego nie odstąpię ani na trochę.
Henryk Hukisz