Friday, October 16, 2026

Anatomia ludzkiego zepsucia

Większość z nas z pewnością pamięta żart ze szkolnych lat, gdy na pytanie o stopniowanie przymiotnika „chory”, odpowiadało się z czarnym humorem: „chory, chorszy, trup”. Istnieją słowa, z którymi mamy problem przy tworzeniu trzeciego stopnia intensywności, ponieważ granica absolutna wydaje się nieprzekraczalna. Przymiotnik „zły” posiada stopniowanie nieregularne – mówimy „zły, gorszy, najgorszy” – lecz w ludzkich kategoriach nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić, czy istnieje stopień jeszcze bardziej zdegenerowany od tego, co uznaliśmy za najgorsze. To pojęcie będzie zawsze względne, zależne od naszej wiedzy, punktu odniesienia czy kontekstu.

Jeśli twierdzę, że wspominam najgorszy moment, ocena ta zależy od skali: czy porównuję ostatnie nieudane wakacje, czy też traumatyczne wydarzenie z całego swojego życia. Podobnie jest, gdy mówimy o ludziach: możemy jedynie bardzo powierzchownie określić stopień zepsucia człowieka w porównaniu z jakimś przyjętym przez społeczeństwo kryterium. Na przykład najgorszy nauczyciel w szkole wcale nie musi być w ogólnej ocenie najgorszym człowiekiem na świecie.

Z pewnością zgodzimy się wszyscy z tym, że generalnie można powiedzieć, iż człowiek jest z gruntu zły, ponieważ jest grzesznikiem. Warto w tym miejscu przypomnieć znany teologiczny aksjomat: „Człowiek grzeszy, ponieważ jest grzesznikiem, a nie jest grzesznikiem dlatego, że grzeszy”.

W tym na pierwszy rzut oka zawiłym stwierdzeniu kryje się klucz do zrozumienia ludzkiej kondycji – grzech nie jest jedynie zewnętrznym potknięciem, ale problemem natury każdego człowieka.

Chciałbym jednak zadać pytanie: na ile zły jest człowiek w rzeczywistości? Jak głęboko zdeprawowana jest ludzka natura po upadku? Przecież gołym okiem widać, że nie każdy człowiek wokół nas wykazuje dokładnie taki sam stopień moralnego zepsucia. W dyskusjach teologicznych spotykamy się nieraz z radykalnym twierdzeniem, że każdy ludzki byt jest w jednakowym stopniu zdolny do popełnienia najbardziej potwornej zbrodni, a nie czyni tego wyłącznie dlatego, że brakuje mu ku temu silnej woli lub sprzyjającej sposobności.

W tym miejscu muszę zgłosić stanowcze votum separatum wobec dogmatu uznawanego przez ortodoksyjnych zwolenników kalwinizmu, znanego jako „total depravity”, czyli „całkowite (zupełne) zepsucie”. Argumentem na rzecz mojego stanowiska są słowa samego Pana Jezusa, który powiedział: „Jeśli więc wy, choć jesteście źli, potraficie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej wasz Ojciec w niebie da, co dobre tym, którzy Go proszą” (Mt 7,11).

Uważam zatem, że nawet nienarodzony na nowo, upadły człowiek zachował w sobie zdolność do czynienia relatywnego, doczesnego dobra. Tak przynajmniej uważał Jezus, a z Jego zdaniem musimy się liczyć przede wszystkim.

Oczywiście, wszyscy bez wyjątku zaliczani jesteśmy do tej samej kategorii istot upadłych: „ponieważ wszyscy zgrzeszyli i są pozbawieni chwały Boga” (Rz 3,23). Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości, ponieważ wszyscy wywodzimy się z tego samego  zniszczonego źródła w Adamie i ponosimy identyczne konsekwencje: „Dlatego, tak jak przez jednego człowieka grzech przyszedł na świata, i przez grzech śmierć, tak też na wszystkich ludzi przeszła śmierć, bo wszyscy zgrzeszyli” (Rz 5,12). Zgadzamy się również bezapelacyjnie, że „zapłatą bowiem za grzech jest śmierć” (Rz 6,23).

Problem interpretacyjny pojawia się w momencie, gdy próbujemy precyzyjnie określić, jak głęboko sięga ta deprawacja. Czy człowiek w swoim naturalnym, upadłym stanie jest w stanie w ogóle zapragnąć zbawienia, jakie Bóg oferuje mu w Chrystusie? Czy też jest do tego organicznie i totalnie niezdolny? Radykalni zwolennicy tego poglądu twierdzą, że człowiek nienawrócony jest tak głęboko zepsuty, iż w jego umyśle nie może zrodzić się nawet najmniejsza, autonomiczna myśl o powrocie do Boga. Uważa się wręcz, że każdy grzesznik zieje taką nienawiścią do Stwórcy, że jego serce jest absolutnie zaimpregnowane na jakiekolwiek dobro.

Najczęściej cytowanym fragmentem na obronę tego stanowiska jest wypowiedź Jezusa na temat wnętrza ludzkiego: „We wnętrzu bowiem, w ludzkim sercu, rodzą się złe myśli, rozwiązłość, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, niegodziwość, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, bluźnierstwa, pycha i głupota. Całe to zło pochodzi z wnętrza człowieka i czyni go skalanym” (Mk 7,21-23).

Analizując ten tekst, warto jednak zauważyć, że Chrystus wcale nie stwierdził, iż wymienione wady stanowią jedyną, absolutną i wyłączną zawartość ludzkiego serca. Celem wypowiedzi Zbawiciela było wykazanie faryzeuszom, że prawdziwym, rytualnym brudem nie są rzeczy zewnętrzne i nieumyte ręce, lecz to, co rodzi się wewnątrz człowieka. Prawdą jest, że takie nieczystości mieszkają w ludzkim sercu, ale czy Pismo Święte twierdzi, że nie ma tam już zupełnie niczego innego?

Dlaczego o tym piszę? Uważam, że wmawianie ludziom, iż w każdym calu pałają świadomą nienawiścią do Boga i są absolutnie pozbawieni jakichkolwiek wyższych odruchów, tworzy fałszywy, skrajnie zniekształcony obraz zarówno Stwórcy, jak i człowieka.

Owszem, na kartach Listu do Rzymian Paweł maluje ciemny obraz ludzkości, która odwróciła się od Boga i wybrała własną pseudomądrość (por. Rz 1,18-32). Przeciwko tym, którzy świadomie i z premedytacją odrzucają objawioną prawdę, Bóg zachowuje swój święty gniew. Ci, którzy wybierają drogę świadomego buntu, muszą ponieść konsekwencje. Warto jednak zauważyć, że ten konkretny fragment Słowa Bożego dotyczy w pierwszym rzędzie doczesnych, namacalnych skutków grzesznego życia jako konsekwencji odrzucenia światła objawienia.

Apostoł Paweł pisze o życiu w usprawiedliwieniu, które staje się realnym udziałem człowieka przez wiarę. Przeciwieństwem tego jest egzystencja bez Boga i Jego mądrego prawa. Zwróćmy uwagę, że apostoł pisze o „gniewie Bożym” w czasie teraźniejszym: „Gniew Boży objawia się z nieba przeciwko wszelkiej bezbożności i niesprawiedliwości ludzi – którzy prawdę w niesprawiedliwość obracają” (Rz 1,18). W tym konkretnym wersecie nie chodzi o ostateczne, wieczne potępienie na sądzie ostatecznym, lecz o gniew przejawiający się jako bezpośrednia, naturalna konsekwencja łamania Bożego porządku stworzenia.

Ci, którzy świadomie decydują się na to, „aby hańbili swoje ciała między sobą” (Rz 1,24), w konsekwencji „dlatego sami na sobie ponoszą karę należną za zboczenie” (Rz 1,27). Czy Apostoł, wskazując na ludzi, którzy „uważali, że są mądrzy, a dali się ogłupić” (Rz 1,22), mówi o całej ludzkości en bloc, czy też o konkretnej grupie, która w sposób radykalny i ostentacyjny odrzuciła Boga?

Karę za te moralne dewiacje ludzie często ponoszą już w tym życiu, w swoich ciałach i psychice. Doskonale widać to na przykładzie Koryntu. W tamtejszym kościele, pośród świętych, znajdowali się ludzie o fatalnej przeszłości – dawni rozpustnicy, złodzieje czy współżyją z mężczyznami, o których Paweł pisał wprost, że w tamtym stanie „nie odziedziczą Królestwa Boga”. A jednak dodaje kluczowe słowa: „A takimi właśnie byli niektórzy z was. Ale zostaliście obmyci, uświęceni, usprawiedliwieni w imię Pana Jezusa Chrystusa i przez Ducha naszego Boga” (1 Kor 6,11).

Być może zanim przeżyli opamiętanie, doznawali w swoich ciałach doczesnych skutków Bożego gniewu w postaci chorób lub degradacji społecznej, będących naturalną konsekwencją ich grzechu. Jeśli starożytnemu złodziejowi ucięto rękę w ramach ówczesnego wymiaru sprawiedliwości, to po jego nawróceniu do Boga ta ręka w cudowny sposób nie odrastała – konsekwencja doczesna pozostawała.

Warto w tym kontekście wnikliwie przeanalizować werset z Listu do Rzymian 1,20: „To bowiem, co w Nim niewidzialne, Jego wieczna moc i boskość, są od stworzenia świata widoczne w dziełach, dlatego nie mają nic na swoją obronę”.

Skoro od samego początku istnienia świata, czyli również wtedy, gdy człowiek znalazł się już poza rajskim ogrodem, Boża moc i boskość mogą być przez ludzkość „widzialne dla umysłu przez Jego dzieła” [BT], to oznacza to jedno: Bóg doskonale wie, że ludzki intelekt i sumienie nie zostały doszczętnie i totalnie zresetowane. Człowiek wciąż posiada aparat poznawczy zdolny do zauważenia śladów Stwórcy w otaczającym go świecie.

Fakt, że jako ludzie nie jesteśmy w jednakowym stopniu zdemoralizowani, nie oznacza wcale, iż zbawienia potrzebują wyłącznie ci najgorsi kryminaliści. Na tym świecie nie ma ani jednego człowieka na tyle dobrego, aby mógł obejść się bez Chrystusa jako Jedynej Drogi.

Święty Bóg wymaga bowiem sprawiedliwości doskonałej, porównywalnej wyłącznie z Jego własną świętością. I dokładnie taką doskonałą sprawiedliwość oferuje nam w swoim Synu, Jezusie Chrystusie, który zadeklarował bezkompromisowo: „To dzięki Niemu jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby, jak napisano, ten, kto się chlubi, chlubił się w Panu” (1 Kor 1,30,31).

Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.