Thursday, October 22, 2026

Pomiędzy odwagą i wygodą

Nikt z nas nie chce świadomie zadawać sobie bólu ani dobrowolnie godzić się na cierpienie. Nie mam nic przeciwko zażyciu tabletki przeciwbólowej i sam modlę się o siłę, gdy przechodzę przez trudne chwile. Zastanawiam się jednak, jak jako chrześcijanie powinniśmy podchodzić do sytuacji, w których dotyka nas cierpienie – czy mamy błagać o natychmiastowe uwolnienie, czy raczej poddać się Bożemu działaniu? Najlepszą odpowiedź znajdujemy w Biblii, która jest pełna wskazówek na ten temat. Gdy zadamy sobie trochę trudu, by zgłębić to zagadnienie, z pewnością zaskoczy nas, jak wielką mądrość możemy dzięki temu zdobyć.

Niedawno, podczas przyjacielskiej rozmowy z jednym z pastorów, usłyszałem ciekawe sformułowanie opisujące sytuacje, w jakich często stawia nas Bóg. Mój rozmówca użył pojęcia skrzyżowania typu „T” (T-crossing) – chodzi o skrzyżowanie, na którym nie da się jechać na wprost; musimy skręcić albo w lewo, albo w prawo. Zakładam, że wszyscy rozumiemy, na czym polega prowadzenie Ducha Świętego i że to do nas należy ostateczny wybór kierunku, gdy stajemy na takim rozdrożu. Duch Święty nie zmusza nas do zwrotu w jedną czy drugą stronę – On jedynie delikatnie nas nakłania, lecz decyzję podejmujemy sami. Jeśli dobrze znamy głos naszego Pasterza, pójdziemy tam, dokąd On chce nas poprowadzić. Co jednak zrobimy, gdy stojąc na rozdrożu, zauważymy, że jedyny właściwy drogowskaz wyraźnie wskazuje kierunek z napisem: „Cierpienie”?

Naturalnym ludzkim odruchem jest ucieczka od bólu. Jeśli jednak jesteśmy ludźmi duchowymi, narodziliśmy się na nowo i żyjemy „według Ducha”, nie możemy kierować się wyłącznie czysto cielesnymi reakcjami. Taki odruch cechuje ludzi nieodrodzonych, o czym pisał apostoł Paweł: „Natomiast człowiek poznający tylko zmysłami nie przyjmuje darów Ducha Bożego. Są one bowiem dla niego głupstwem i nie może ich zrozumieć, ponieważ można je badać jedynie w sposób duchowy” (1 Kor 2:14).

Rzutuje to na kluczowe pytanie: czy Bóg może świadomie dopuszczać w naszym życiu ból? W Biblii znajdziemy mnóstwo przykładów – od Hioba po samego Jezusa Chrystusa – które jednoznacznie potwierdzają, że odpowiedź brzmi: tak. Cierpienie było obecne w życiu największych mężów wiary. Obala to popularną tezę, z którą wciąż się spotykamy, że trudności dotykają wyłącznie ludzi o małej wierze. Często wzywa się nas dziś do tego, byśmy „przez wiarę” uwalniali się od każdego cierpienia. Ale czy Bóg naprawdę tego od nas oczekuje, czy to my sami szukamy łatwej ucieczki?

Oczywiście Bóg nie jest złym ojcem, który czerpie satysfakcję z widoku cierpiącego dziecka. Jednak jako Ojciec doskonały – przewyższający miłością ziemskich rodziców – wychowuje nas według własnych, niezawodnych zasad. Choć na pierwszy rzut oka mogą się one wydawać trudne lub wręcz niezrozumiałe, z pewnością prowadzą do celów, jakie On dla nas zamierzył. W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Pan bowiem karci tego, kogo kocha, chłoszcze zaś każdego, którego przyjmuje za syna” (Hbr 12:6). Warto w tym miejscu zauważyć, że w greckim oryginale użyto słowa „παιδευει” [paideuei], które oznacza dosłownie „trenować”, „wychowywać” czy „kształtować” – chodzi więc o proces przygotowujący nas na przyszłość, a nie o ślepą karę za popełnione błędy. Wychowanie to proces budujący nasze wnętrze, w wyniku którego nabieramy właściwych cech charakteru.

Niezwykłą lekcję na temat roli cierpienia w życiu dziecka Bożego odnajdujemy w 2 Liście do Koryntian. Przechodząc przez utrapienia – do których niewątpliwie należy cierpienie – doświadczamy pocieszenia, jakiego nie poznalibyśmy w żaden inny sposób, ponieważ nasz Bóg jest „Ojcem miłosierdzia i Bogiem wszelkiego pokrzepienia” (2 Kor 1:3). Bóg nie robi niczego bez powodu – każdy Jego krok ma głęboki sens. W tym przypadku chce On, abyśmy mieli udział w „cierpieniach Chrystusowych”, gdyż „jak bowiem wzrastają w nas cierpienia Chrystusa, tak też przez Chrystusa wzrasta nasze pokrzepienie” (w. 5). Apostoł Paweł dodaje poruszające świadectwo, pisząc, że wraz z towarzyszami „bez miary i ponad siły zostaliśmy przygnieceni, tak iż straciliśmy nawet nadzieję na uratowanie życia” (w. 8). Nie wiem, czy ktokolwiek z nas mógłby poszczycić się podobnym świadectwem. W jakim celu Bóg dopuścił tak ogromne utrapienia na swoich wiernych sług? Paweł odpowiada wprost: „tak że przestaliśmy ufać sami sobie, a zaufaliśmy Bogu, Temu, który wskrzesza umarłych. On od grozy śmierci już nas wybawił i wybawi. W Nim też pokładamy nadzieję, że nadal będzie wybawiał” (w. 9–10). Jeśli więc chcemy nauczyć się polegać na Bogu, a nie na własnych siłach, musimy dokonać właściwego wyboru, gdy znajdziemy się na skrzyżowaniu typu „T”.

Apostoł Piotr dzieli się z nami własnym doświadczeniem zapowiedzianym mu przez samego Chrystusa. Jezus powiedział do niego: „Gdy jednak się zestarzejesz, wyciągniesz swoje ręce i ktoś inny cię przepasze, i poprowadzi, dokąd nie chcesz. To zaś powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga” (Jn 21:18–19). Tymczasem my często ulegamy złudzeniu, że najwyższą cześć Bogu oddajemy wtedy, gdy wygodnie siedząc w kościelnym fotelu, przy akompaniamencie zespołu muzycznego śpiewamy wpadające w ucho refreny.

Właśnie dlatego Piotr mógł z pełnym przekonaniem napisać: „Dlatego cieszcie się, chociaż teraz trzeba, abyście z powodu różnych doświadczeń trochę byli zasmuceni” (1 Ptr 1:6). W takim rozumieniu radości Piotr nie jest osamotniony. Wtóruje mu Jakub, zachęcając: „Radujcie się w pełni, moi bracia, gdy spadną na was różne doświadczenia” (Jk 1:2). Obaj apostołowie doskonale rozumieli, że cierpienie i trudne doświadczenia mają pozytywny wpływ na jakość naszej wiary. Piotr podkreśla, że dzięki nim nasza wiara staje się „cenniejsza od zniszczalnego złota, próbowanego w ogniu, na sławę, chwałę i cześć przy objawieniu się Jezusa Chrystusa” (1 Ptr 1:7). Jakub dodaje: „Wiecie przecież, że z wypróbowania waszej wiary rodzi się wytrwałość. Wytrwałość zaś niech się przejawia w doskonałym dziele, abyście byli doskonali, nienaganni, bez żadnych braków” (Jk 1:3–4). Jak widać, trudne doświadczenia i ból nie są przejawem słabej wiary, lecz narzędziem, które ją umacnia. Skoro tak, to czy naszemu Ojcu nie zależy właśnie na tym, abyśmy posiadali dokładnie taką – wypróbowaną i dojrzałą – wiarę?

Wracając na nasze skrzyżowanie w kształcie litery „T” – nie chodzi o to, by szukać kłopotów na siłę. Absolutnie nie! Jeśli jednak Pan zamierzył ukształtować i udoskonalić nasz charakter, nie ma do tego lepszego narzędzia niż ucisk. Garncarz nie ulepi naczynia o zaplanowanym kształcie, jeśli nie przyciśnie gliny własnymi dłońmi. Pan mówi przez proroka Jeremiasza: „Oto jak glina w ręku garncarza, tak wy jesteście w moim ręku, domu Izraela!” (Jr 18:6).

Musimy pamiętać o próbie, jakiej wszyscy zostaniemy poddani, gdy Pan przyjdzie po swój lud. Będzie to czas szczególnego sprawdzianu. Jak pisze apostoł Piotr: „Wówczas niebiosa z hukiem przeminą, żywioły zaś zostaną zniszczone w ogniu, i ziemia, i te dzieła, które na niej zostaną znalezione” (2 Ptr 3:10). Paweł zaś przypomina, że to, co zbudowane z „drewna, siana i słomy”, nie przetrwa próby ognia. Z tego powodu Piotr stawia nam poruszające pytanie: „Skoro to wszystko zostanie zniszczone, to jacy wy powinniście być w świętym postępowaniu i pobożności, oczekując przyjścia dnia Boga i starając się je przyspieszyć. Z powodu tego dnia niebiosa płonąc, zostaną zniszczone, a żywioły rozpłyną się w ogniu” (2 Ptr 3:11–12).

Jedno jest pewne: w czasie próby nie będziemy osamotnieni. Bóg będzie przy nas tak, jak był z trzema wiernymi młodzieńcami w piecu ognistym za czasów Daniela: „Oto ja widzę czterech rozwiązanych mężczyzn, przechadzających się pośród ognia i nie dzieje im się nic złego, wygląd zaś czwartego podobny jest do syna bożego” (Dn 3:25).

Bądźmy więc czujni i pełni ufności, ilekroć znajdziemy się pomiędzy fotelem i ognistym piecem.

Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.