Thursday, September 17, 2026

Co znaczą te kamienie?

Chcę nawiązać do dzisiejszej daty, która w polskich kalendarzach zaczęła być zaznaczana dopiero w nowej Polsce. Wcześniej nie wolno było pytać o to, co wydarzyło się 17 września 1939 roku, ani otwarcie mówić o konsekwencjach tamtego dnia. Jedynie po cichu przekazywano sobie wiadomość, że właśnie wtedy wojska sowieckie wkroczyły na tereny wschodniej Polski. Była to wiedza, która przez wiele lat funkcjonowała przede wszystkim w rodzinnych opowieściach, przekazywana z pokolenia na pokolenie, często w atmosferze lęku i ostrożności.

Ja słyszałem o tym w domu, ponieważ mój ojciec służył w tamtym czasie w Wojsku Polskim w Baranowiczach. O wydarzeniach z września 1939 roku wspominał jednak bardzo nieśmiało. Wiedział, że w powojennej Polsce nie o wszystkim można mówić głośno i obawiał się, że nieostrożne słowa mogłyby sprowadzić jakieś nieszczęście na naszą rodzinę. Dlatego jego wspomnienia pojawiały się w naszych rozmowach jakby mimochodem, zawsze z pewną ostrożnością, a jednak na tyle wyraźnie, że niektóre z nich pozostały w mojej pamięci na całe życie.

Pamiętam, jak nieraz opowiadał o losach polskich żołnierzy, którzy po rozbiciu swoich oddziałów wędrowali w rozproszeniu w kierunku Rumunii, dokąd udał się już polski rząd. Szczególnie głęboko zapadła mi w pamięć historia związana z jego własną ucieczką z transportu polskich żołnierzy pochwyconych przez „krasnoarmiejców” i wiezionych na wschód, najprawdopodobniej w kierunku Smoleńska i Katynia. Trudno mi dzisiaj wyobrazić sobie, co musiał czuć człowiek, który znalazł się w takim położeniu, wiedząc, że wraz z innymi żołnierzami jest wywożony w nieznane i że jego dalszy los pozostaje całkowicie poza jego kontrolą.

Mój tata był już wtedy człowiekiem wierzącym w Jezusa i swoje życie powierzał Bogu. W tamtej chwili musiał uczynić to w sposób szczególny, ponieważ niewiele pozostawało mu możliwości polegania na własnych siłach. Kiedy pociąg zatrzymał się na krótki postój w Baranowiczach, postanowił wykorzystać tę okazję. Najpierw gorąco się pomodlił, prosząc Boga, aby pilnujący transportu sowiecki żołnierz nie zwrócił na niego uwagi, a następnie, korzystając z chwili nieuwagi, uciekł. W swoim prostym, żołnierskim języku mówił później, że po prostu „dał nogę”.

Wrócił do rodzinnych Kuźmicz, ale również tam nie mógł czuć się bezpiecznie. Za każdym razem, kiedy w pobliżu pojawiali się Rosjanie albo Niemcy – zależnie od tego, które wojska w danym momencie zajmowały ten teren – musiał się ukrywać. Jednym z takich miejsc był kopiec z ziemniakami. Dzisiaj, gdy o tym myślę, trudno mi sobie wyobrazić, jak wiele strachu musiało towarzyszyć człowiekowi, który nie wiedział, co przyniesie kolejna godzina, a mimo to musiał znaleźć sposób, aby przeżyć i wrócić do swoich najbliższych.

Po wojnie rozpoczął się dla mojego ojca kolejny trudny etap życia. Jako repatriant z terenów wschodniej Polski został przesiedlony na tak zwane Ziemie Zachodnie. Najważniejszą troską stał się wtedy los rodziny i znalezienie dla niej miejsca, w którym można byłoby wreszcie zamieszkać na stałe. Najpierw osiedliliśmy się w Zofiowie, w poniemieckim gospodarstwie, a po kilku latach kolejnej wędrówki znaleźliśmy stały adres w Poznaniu. Za Bugiem pozostał wybudowany przez tatę dom, jedyny we wsi kryty drewnianym gontem. Pozostała tam również część jego życia, wspomnienia młodości i ziemia, którą znał od dzieciństwa.

W powojennej Polsce otrzymaliśmy poniemieckie zabudowania, ale nie oznaczało to jeszcze poczucia pełnego bezpieczeństwa. Wciąż istniała obawa, że sytuacja polityczna może się zmienić i znów przyjdzie nam opuścić miejsce, które dopiero zaczynaliśmy nazywać domem. Zdobyty gdzieś odbiornik radiowy Pionier pozwalał słuchać wiadomości nadawanych przez Radio Wolna Europa. Było to dla nas ważne źródło informacji o świecie, który za oficjalną granicą państwową wyglądał zupełnie inaczej, niż przedstawiano go w Polsce. Szczególnie niepokojące były wiadomości, że „Niemcy wrócą po swoje”. W takiej atmosferze tata nadal szukał dla naszej wielodzietnej rodziny miejsca, w którym moglibyśmy osiąść już na dobre.

Wychowywałem się więc w świecie, w którym historia nie była jedynie przedmiotem szkolnym. Była częścią rodzinnego życia, obecna w opowieściach ojca, w jego ostrożności, w rozmowach dorosłych i w pewnym szczególnym przekonaniu, że nie wszystko, czego uczono nas w szkole, było zgodne z prawdą. Wiedziałem, że między oficjalną historią a tym, co pamiętali ludzie, którzy przeżyli wojnę, istnieje różnica. Nie zawsze rozumiałem jej przyczyny, ale z czasem coraz wyraźniej dostrzegałem, że pamięć człowieka może przechowywać prawdę nawet wtedy, gdy przez wiele lat nie wolno jej było wypowiadać.

Przez długie lata z lękiem mówiło się o napaści Armii Czerwonej na Polskę 17 września 1939 roku, która nastąpiła w następstwie paktu Ribbentrop–Mołotow. Później, gdy pragnienia wolności zaczęły przybierać coraz szersze kręgi, o dacie 17 września można było mówić już bardziej otwarcie. Wreszcie nadeszły czasy, w których można było bez obawy przypominać rzeczywisty przebieg II wojny światowej na ziemiach polskich i mówić o sowieckiej agresji na nasz kraj. Wydawało się wtedy czymś naturalnym, że 17 września będzie zajmował w naszej pamięci miejsce podobne do tego, jakie od dawna zajmował 1 września 1939 roku.

Można odnieść wrażenie, że rocznica ważna dla wielu Polaków, szczególnie dla tych, którzy pamiętają jeszcze tamte czasy albo znają ich historię z opowieści swoich rodziców, coraz bardziej odsuwa się w cień zbiorowej pamięci. Być może jest to naturalny proces. Odchodzą świadkowie wydarzeń, zmieniają się pokolenia, pojawiają się nowe problemy i nowe tematy. Pamięć jednak nie trwa sama z siebie. Jeżeli nie będzie przekazywana, w pewnym momencie po prostu zniknie. I właśnie ta myśl sprawiła, że zacząłem zastanawiać się nad czymś znacznie ważniejszym niż pamięć o wydarzeniach historycznych.

Jaki ma to związek z Biblią, skoro właśnie do niej chcę przede wszystkim nawiązywać w moich rozważaniach? Myślę, że związek jest bardzo głęboki, ponieważ Biblia wielokrotnie przypomina człowiekowi, aby nie zapominał o tym, co wydarzyło się w jego życiu i czego dokonał Bóg. Ważne momenty, w których doświadczamy Jego obecności i działania, nie powinny rozpływać się w codzienności. Powinniśmy je zapamiętywać, a następnie przekazywać naszym dzieciom, aby również one mogły poznać historię Bożej wierności.

Jestem wdzięczny Bogu za to, że mój tata, szczególnie w ostatnich dniach przed swoim odejściem do Pana, opowiadał mi wiele wydarzeń ze swojego życia – z czasów młodości, wojny i służby wojskowej. Dzisiaj jeszcze bardziej doceniam te rozmowy. Kiedy ich słuchałem, dostrzegałem w nich coś, co było jak wspólna, przewijająca się przez wszystkie lata życia mojego ojca nuta: Bóg był obecny w jego życiu w każdym momencie, a w tych najtrudniejszych chwilach był szczególnie blisko. Tata nie opowiadał o sobie jak o bohaterze. Opowiadał raczej o tym, co się wydarzyło, a w tych wydarzeniach widział działanie Boga.

Tę lekcję zapamiętałem bardzo dobrze. Dzisiaj, kiedy sam przechodzę przez trudne chwile, wspomnienia mojego ojca są dla mnie czymś więcej niż rodzinną historią. Są świadectwem, do którego mogę wracać. Przypominają mi, że Bóg nie przestaje być obecny tylko dlatego, że człowiek znalazł się w sytuacji, której sam nie rozumie i z której nie widzi wyjścia. Historia mojego ojca przypomina mi, że wiara nie jest obietnicą życia bez trudności, ale zaufaniem Bogu również wtedy, gdy tych trudności nie potrafimy sami przezwyciężyć.

Kiedy Jozue wprowadzał naród izraelski przez Jordan do Ziemi Obiecanej, Bóg polecił uczynić coś szczególnego. Przedstawiciel każdego z dwunastu rodów miał wziąć jeden kamień z dna Jordanu i przenieść go na drugi brzeg, aby z tych kamieni zbudować pomnik upamiętniający wydarzenie, którego właśnie byli świadkami. Nie chodziło jednak o sam pomnik. Chodziło o pamięć. Bóg wiedział, że przyjdą następne pokolenia, które nie zobaczą już na własne oczy tego, co wydarzyło się nad Jordanem. Dlatego kamienie miały przypominać o Bożym działaniu i pobudzać dzieci do zadawania pytań.

Jozue powiedział: „Aby to było znakiem pośród was, gdy wasze dzieci w przyszłości pytać się będą: Co znaczą dla was te kamienie?” (Joz 4:6). Odpowiedź na to pytanie miała być jednocześnie opowieścią o Bogu. Rodzice mieli wyjaśnić swoim dzieciom, że wody Jordanu zostały rozdzielone przed Skrzynią Przymierza Pana, kiedy Izrael przechodził przez rzekę, a kamienie miały pozostać „dla synów izraelskich pamiątką na wieki” (Joz 4:7).

Pamiątka nie miała więc być jedynie wspomnieniem minionego wydarzenia. Miała przypominać o Bogu, który dokonał tego wydarzenia. Miała sprawić, że kiedy po latach dziecko zapyta: „Co znaczą dla was te kamienie?”, ojciec lub matka będą mogli opowiedzieć historię Bożego działania. W ten sposób pamięć jednego pokolenia stawała się początkiem wiary następnego.

Myślę, że podobnych „kamieni pamięci” potrzebujemy również w naszych rodzinach. Nie muszą to być rzeczy materialne. Mogą nimi być rodzinne fotografie, listy, stare dokumenty, zapisane wspomnienia, a przede wszystkim historie, które opowiadamy naszym dzieciom. Każda rodzina ma przecież swoje wydarzenia, których nie powinna pozwolić sobie zapomnieć. Szczególnie ważne są jednak te chwile, w których doświadczyliśmy Boga.

Warto więc zapytać siebie, czy nasze dzieci wiedzą, jak ich rodzice poznali Boga i jak rozpoczęła się ich wiara. Czy wiedzą, kiedy po raz pierwszy doświadczyliśmy Bożej łaski? Czy słyszały o modlitwach, na które Bóg odpowiedział, o sytuacjach, w których nas prowadził, ratował i dawał siłę? Czy znają historie, w których zobaczyliśmy Jego obecność wtedy, gdy po ludzku nie widzieliśmy już żadnego rozwiązania? Czy potrafimy wskazać konkretne chwile, które stały się dla nas dowodem Bożej wierności?

Psalmista Asaf przypomina ludowi Bożemu, że takie wspomnienia nie mogą zostać zachowane wyłącznie dla siebie. Wzywa, aby nie zatajać przed dziećmi tego, co słyszeli ich ojcowie, lecz opowiadać następnym pokoleniom „chwalebne czyny Pana i moc jego oraz cudowne dzieła, których dokonał” (Ps 78:4). Dalej mówi, że wszystko to ma służyć temu, aby następne pokolenie poznało Boga, pokładało w Nim nadzieję i nie zapominało o Jego dziełach. Jest to niezwykle ważna odpowiedzialność, ponieważ wiara nie jest czymś, co możemy po prostu założyć, że nasze dzieci odziedziczą. Możemy przekazać im wiedzę, możemy nauczyć je słów, możemy pokazać im drogę, ale musimy również opowiadać o tym, czego sami doświadczyliśmy z Bogiem.

Asaf ostrzega, że zaniedbanie tego obowiązku może sprawić, iż następne pokolenie stanie się podobne do swoich ojców – „pokoleniem przekornym i niewiernym, pokoleniem niestałego serca, którego duch nie był wierny Bogu” (Ps 78:8). Nie chodzi więc jedynie o zachowanie rodzinnych wspomnień. Chodzi o coś znacznie głębszego: o przekazanie świadectwa Bożej wierności.

Dlatego nie nakłaniam tutaj do obchodzenia konkretnych rocznic historycznych. Tym powinni zajmować się rodzice, nauczyciele i ci, którzy odpowiadają za kształtowanie pamięci historycznej. Chcę jedynie, korzystając z okazji tej rocznicy, przypomnieć o czymś, co wydaje mi się znacznie ważniejsze. Tak jak naród potrzebuje pamiętać o wydarzeniach, które ukształtowały jego historię, tak człowiek wierzący powinien pamiętać o wydarzeniach, przez które Bóg prowadził jego życie.

Może warto więc dzisiaj zadać sobie pytanie: co moje dzieci będą kiedyś pamiętać z mojej wiary? Czy pozostaną im tylko obrazy rodziców chodzących do kościoła, czytających Biblię i modlących się, czy też będą znały historie o tym, jak Bóg odpowiadał na nasze modlitwy, jak przeprowadzał nas przez trudne chwile i jak Jego obecność była dla nas rzeczywistością? Czy będziemy mieli im coś opowiedzieć o Bożej łasce, przebaczeniu, prowadzeniu i wierności?

Każdy z nas ma przecież w swoim życiu takie chwile, które warto zachować jak kamienie wyjęte z dna Jordanu. Mogą to być wydarzenia, które w danym momencie wydawały się zwyczajne, ale po latach dostrzegamy w nich Bożą rękę. Mogą to być trudne doświadczenia, przez które przechodziliśmy z lękiem, a które później stały się świadectwem Bożej obecności. Mogą to być modlitwy, których odpowiedź przyszła zupełnie inaczej, niż oczekiwaliśmy, albo sytuacje, w których dopiero po wielu latach zrozumieliśmy, dlaczego Bóg prowadził nas właśnie taką drogą.

Mój ojciec pozostawił mi takie kamienie pamięci. Nie są wykonane z kamienia i nie stoją nad Jordanem. Są zapisane w mojej pamięci i w opowieściach, które słyszałem od niego. Kiedy dzisiaj wspominam jego ucieczkę z transportu, jego modlitwę w Baranowiczach, ukrywanie się w kopcu z ziemniakami, powojenną tułaczkę i troskę o rodzinę, widzę w tych wydarzeniach nie tylko historię człowieka, który przeżył trudne czasy. Widzę również świadectwo człowieka, który nauczył się ufać Bogu i który do końca życia pamiętał, że w najtrudniejszych chwilach nie był sam.

Być może właśnie dlatego tak bardzo potrzebujemy pamięci. Nie po to, aby żyć przeszłością, lecz aby wiedzieć, skąd przyszliśmy i komu zawdzięczamy to, że jesteśmy tutaj. Historia może ostrzegać, uczyć i przypominać. Jednak dla człowieka wierzącego pamięć ma jeszcze jeden wymiar – pozwala spojrzeć wstecz i dostrzec w minionych wydarzeniach obecność Boga.

17 września 1939 roku jest dla mnie więc nie tylko datą historyczną. Jest również częścią rodzinnej pamięci. Ta rocznica jest związana z historią mojego ojca, z jego strachem, ucieczką, modlitwą i późniejszym życiem. A poprzez jego historię stał się również częścią mojego własnego świadectwa.

Życzę każdemu z nas wielu doświadczeń obecności Pana i wielu powodów, aby Mu dziękować. Życzę również, abyśmy nie pozwolili, by te doświadczenia zaginęły wraz z upływem czasu, lecz zachowali je w pamięci i przekazali naszym dzieciom oraz kolejnym pokoleniom. Niech pozostaną po nas nie tylko wspomnienia o tym, kim byliśmy i co robiliśmy, ale przede wszystkim świadectwo tego, co Bóg uczynił w naszym życiu.

Bo pamięć o człowieku kiedyś przeminie, lecz świadectwo Bożej wierności może zostać przekazane dalej.

Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.