Ja słyszałem o tym w domu, ponieważ mój ojciec służył w
tamtym czasie w Wojsku Polskim w Baranowiczach. O wydarzeniach z września 1939
roku wspominał jednak bardzo nieśmiało. Wiedział, że w powojennej Polsce nie o
wszystkim można mówić głośno i obawiał się, że nieostrożne słowa mogłyby
sprowadzić jakieś nieszczęście na naszą rodzinę. Dlatego jego wspomnienia
pojawiały się w naszych rozmowach jakby mimochodem, zawsze z pewną
ostrożnością, a jednak na tyle wyraźnie, że niektóre z nich pozostały w mojej
pamięci na całe życie.
Pamiętam, jak nieraz opowiadał o losach polskich żołnierzy,
którzy po rozbiciu swoich oddziałów wędrowali w rozproszeniu w kierunku
Rumunii, dokąd udał się już polski rząd. Szczególnie głęboko zapadła mi w
pamięć historia związana z jego własną ucieczką z transportu polskich żołnierzy
pochwyconych przez „krasnoarmiejców” i wiezionych na wschód, najprawdopodobniej
w kierunku Smoleńska i Katynia. Trudno mi dzisiaj wyobrazić sobie, co musiał
czuć człowiek, który znalazł się w takim położeniu, wiedząc, że wraz z innymi
żołnierzami jest wywożony w nieznane i że jego dalszy los pozostaje całkowicie
poza jego kontrolą.
Mój tata był już wtedy człowiekiem wierzącym w Jezusa i
swoje życie powierzał Bogu. W tamtej chwili musiał uczynić to w sposób
szczególny, ponieważ niewiele pozostawało mu możliwości polegania na własnych
siłach. Kiedy pociąg zatrzymał się na krótki postój w Baranowiczach, postanowił
wykorzystać tę okazję. Najpierw gorąco się pomodlił, prosząc Boga, aby
pilnujący transportu sowiecki żołnierz nie zwrócił na niego uwagi, a następnie,
korzystając z chwili nieuwagi, uciekł. W swoim prostym, żołnierskim języku mówił
później, że po prostu „dał nogę”.
Wrócił do rodzinnych Kuźmicz, ale również tam nie mógł czuć
się bezpiecznie. Za każdym razem, kiedy w pobliżu pojawiali się Rosjanie albo
Niemcy – zależnie od tego, które wojska w danym momencie zajmowały ten teren –
musiał się ukrywać. Jednym z takich miejsc był kopiec z ziemniakami. Dzisiaj,
gdy o tym myślę, trudno mi sobie wyobrazić, jak wiele strachu musiało
towarzyszyć człowiekowi, który nie wiedział, co przyniesie kolejna godzina, a
mimo to musiał znaleźć sposób, aby przeżyć i wrócić do swoich najbliższych.
Po wojnie rozpoczął się dla mojego ojca kolejny trudny etap
życia. Jako repatriant z terenów wschodniej Polski został przesiedlony na tak
zwane Ziemie Zachodnie. Najważniejszą troską stał się wtedy los rodziny i
znalezienie dla niej miejsca, w którym można byłoby wreszcie zamieszkać na
stałe. Najpierw osiedliliśmy się w Zofiowie, w poniemieckim gospodarstwie, a po
kilku latach kolejnej wędrówki znaleźliśmy stały adres w Poznaniu. Za Bugiem
pozostał wybudowany przez tatę dom, jedyny we wsi kryty drewnianym gontem.
Pozostała tam również część jego życia, wspomnienia młodości i ziemia, którą
znał od dzieciństwa.
W powojennej Polsce otrzymaliśmy poniemieckie zabudowania,
ale nie oznaczało to jeszcze poczucia pełnego bezpieczeństwa. Wciąż istniała
obawa, że sytuacja polityczna może się zmienić i znów przyjdzie nam opuścić
miejsce, które dopiero zaczynaliśmy nazywać domem. Zdobyty gdzieś odbiornik
radiowy Pionier pozwalał słuchać wiadomości nadawanych przez Radio Wolna
Europa. Było to dla nas ważne źródło informacji o świecie, który za oficjalną
granicą państwową wyglądał zupełnie inaczej, niż przedstawiano go w Polsce.
Szczególnie niepokojące były wiadomości, że „Niemcy wrócą po swoje”. W takiej
atmosferze tata nadal szukał dla naszej wielodzietnej rodziny miejsca, w którym
moglibyśmy osiąść już na dobre.
Wychowywałem się więc w świecie, w którym historia nie była
jedynie przedmiotem szkolnym. Była częścią rodzinnego życia, obecna w
opowieściach ojca, w jego ostrożności, w rozmowach dorosłych i w pewnym
szczególnym przekonaniu, że nie wszystko, czego uczono nas w szkole, było
zgodne z prawdą. Wiedziałem, że między oficjalną historią a tym, co pamiętali
ludzie, którzy przeżyli wojnę, istnieje różnica. Nie zawsze rozumiałem jej
przyczyny, ale z czasem coraz wyraźniej dostrzegałem, że pamięć człowieka może przechowywać
prawdę nawet wtedy, gdy przez wiele lat nie wolno jej było wypowiadać.
Przez długie lata z lękiem mówiło się o napaści Armii
Czerwonej na Polskę 17 września 1939 roku, która nastąpiła w następstwie paktu
Ribbentrop–Mołotow. Później, gdy pragnienia wolności zaczęły przybierać coraz
szersze kręgi, o dacie 17 września można było mówić już bardziej otwarcie.
Wreszcie nadeszły czasy, w których można było bez obawy przypominać rzeczywisty
przebieg II wojny światowej na ziemiach polskich i mówić o sowieckiej agresji
na nasz kraj. Wydawało się wtedy czymś naturalnym, że 17 września będzie
zajmował w naszej pamięci miejsce podobne do tego, jakie od dawna zajmował 1
września 1939 roku.
Można odnieść wrażenie, że rocznica ważna dla wielu Polaków,
szczególnie dla tych, którzy pamiętają jeszcze tamte czasy albo znają ich
historię z opowieści swoich rodziców, coraz bardziej odsuwa się w cień
zbiorowej pamięci. Być może jest to naturalny proces. Odchodzą świadkowie
wydarzeń, zmieniają się pokolenia, pojawiają się nowe problemy i nowe tematy.
Pamięć jednak nie trwa sama z siebie. Jeżeli nie będzie przekazywana, w pewnym
momencie po prostu zniknie. I właśnie ta myśl sprawiła, że zacząłem zastanawiać
się nad czymś znacznie ważniejszym niż pamięć o wydarzeniach historycznych.
Jaki ma to związek z Biblią, skoro właśnie do niej chcę
przede wszystkim nawiązywać w moich rozważaniach? Myślę, że związek jest bardzo
głęboki, ponieważ Biblia wielokrotnie przypomina człowiekowi, aby nie zapominał
o tym, co wydarzyło się w jego życiu i czego dokonał Bóg. Ważne momenty, w
których doświadczamy Jego obecności i działania, nie powinny rozpływać się w
codzienności. Powinniśmy je zapamiętywać, a następnie przekazywać naszym
dzieciom, aby również one mogły poznać historię Bożej wierności.
Jestem wdzięczny Bogu za to, że mój tata, szczególnie w
ostatnich dniach przed swoim odejściem do Pana, opowiadał mi wiele wydarzeń ze
swojego życia – z czasów młodości, wojny i służby wojskowej. Dzisiaj jeszcze
bardziej doceniam te rozmowy. Kiedy ich słuchałem, dostrzegałem w nich coś, co
było jak wspólna, przewijająca się przez wszystkie lata życia mojego ojca nuta:
Bóg był obecny w jego życiu w każdym momencie, a w tych najtrudniejszych
chwilach był szczególnie blisko. Tata nie opowiadał o sobie jak o bohaterze.
Opowiadał raczej o tym, co się wydarzyło, a w tych wydarzeniach widział
działanie Boga.
Tę lekcję zapamiętałem bardzo dobrze. Dzisiaj, kiedy sam
przechodzę przez trudne chwile, wspomnienia mojego ojca są dla mnie czymś
więcej niż rodzinną historią. Są świadectwem, do którego mogę wracać.
Przypominają mi, że Bóg nie przestaje być obecny tylko dlatego, że człowiek
znalazł się w sytuacji, której sam nie rozumie i z której nie widzi wyjścia.
Historia mojego ojca przypomina mi, że wiara nie jest obietnicą życia bez
trudności, ale zaufaniem Bogu również wtedy, gdy tych trudności nie potrafimy
sami przezwyciężyć.
Kiedy Jozue wprowadzał naród izraelski przez Jordan do Ziemi
Obiecanej, Bóg polecił uczynić coś szczególnego. Przedstawiciel każdego z
dwunastu rodów miał wziąć jeden kamień z dna Jordanu i przenieść go na drugi
brzeg, aby z tych kamieni zbudować pomnik upamiętniający wydarzenie, którego
właśnie byli świadkami. Nie chodziło jednak o sam pomnik. Chodziło o pamięć.
Bóg wiedział, że przyjdą następne pokolenia, które nie zobaczą już na własne
oczy tego, co wydarzyło się nad Jordanem. Dlatego kamienie miały przypominać o
Bożym działaniu i pobudzać dzieci do zadawania pytań.
Jozue powiedział: „Aby to było znakiem pośród was, gdy
wasze dzieci w przyszłości pytać się będą: Co znaczą dla was te kamienie?”
(Joz 4:6). Odpowiedź na to pytanie miała być jednocześnie opowieścią o Bogu.
Rodzice mieli wyjaśnić swoim dzieciom, że wody Jordanu zostały rozdzielone
przed Skrzynią Przymierza Pana, kiedy Izrael przechodził przez rzekę, a
kamienie miały pozostać „dla synów izraelskich pamiątką na wieki” (Joz
4:7).
Pamiątka nie miała więc być jedynie wspomnieniem minionego
wydarzenia. Miała przypominać o Bogu, który dokonał tego wydarzenia. Miała
sprawić, że kiedy po latach dziecko zapyta: „Co znaczą dla was te kamienie?”,
ojciec lub matka będą mogli opowiedzieć historię Bożego działania. W ten sposób
pamięć jednego pokolenia stawała się początkiem wiary następnego.
Myślę, że podobnych „kamieni pamięci” potrzebujemy również w
naszych rodzinach. Nie muszą to być rzeczy materialne. Mogą nimi być rodzinne
fotografie, listy, stare dokumenty, zapisane wspomnienia, a przede wszystkim
historie, które opowiadamy naszym dzieciom. Każda rodzina ma przecież swoje
wydarzenia, których nie powinna pozwolić sobie zapomnieć. Szczególnie ważne są
jednak te chwile, w których doświadczyliśmy Boga.
Warto więc zapytać siebie, czy nasze dzieci wiedzą, jak ich
rodzice poznali Boga i jak rozpoczęła się ich wiara. Czy wiedzą, kiedy po raz
pierwszy doświadczyliśmy Bożej łaski? Czy słyszały o modlitwach, na które Bóg
odpowiedział, o sytuacjach, w których nas prowadził, ratował i dawał siłę? Czy
znają historie, w których zobaczyliśmy Jego obecność wtedy, gdy po ludzku nie
widzieliśmy już żadnego rozwiązania? Czy potrafimy wskazać konkretne chwile,
które stały się dla nas dowodem Bożej wierności?
Psalmista Asaf przypomina ludowi Bożemu, że takie
wspomnienia nie mogą zostać zachowane wyłącznie dla siebie. Wzywa, aby nie
zatajać przed dziećmi tego, co słyszeli ich ojcowie, lecz opowiadać następnym
pokoleniom „chwalebne czyny Pana i moc jego oraz cudowne dzieła, których
dokonał” (Ps 78:4). Dalej mówi, że wszystko to ma służyć temu, aby następne
pokolenie poznało Boga, pokładało w Nim nadzieję i nie zapominało o Jego
dziełach. Jest to niezwykle ważna odpowiedzialność, ponieważ wiara nie jest
czymś, co możemy po prostu założyć, że nasze dzieci odziedziczą. Możemy
przekazać im wiedzę, możemy nauczyć je słów, możemy pokazać im drogę, ale
musimy również opowiadać o tym, czego sami doświadczyliśmy z Bogiem.
Asaf ostrzega, że zaniedbanie tego obowiązku może sprawić,
iż następne pokolenie stanie się podobne do swoich ojców – „pokoleniem
przekornym i niewiernym, pokoleniem niestałego serca, którego duch nie był
wierny Bogu” (Ps 78:8). Nie chodzi więc jedynie o zachowanie rodzinnych
wspomnień. Chodzi o coś znacznie głębszego: o przekazanie świadectwa Bożej
wierności.
Dlatego nie nakłaniam tutaj do obchodzenia konkretnych
rocznic historycznych. Tym powinni zajmować się rodzice, nauczyciele i ci,
którzy odpowiadają za kształtowanie pamięci historycznej. Chcę jedynie,
korzystając z okazji tej rocznicy, przypomnieć o czymś, co wydaje mi się
znacznie ważniejsze. Tak jak naród potrzebuje pamiętać o wydarzeniach, które
ukształtowały jego historię, tak człowiek wierzący powinien pamiętać o
wydarzeniach, przez które Bóg prowadził jego życie.
Może warto więc dzisiaj zadać sobie pytanie: co moje dzieci
będą kiedyś pamiętać z mojej wiary? Czy pozostaną im tylko obrazy rodziców
chodzących do kościoła, czytających Biblię i modlących się, czy też będą znały
historie o tym, jak Bóg odpowiadał na nasze modlitwy, jak przeprowadzał nas
przez trudne chwile i jak Jego obecność była dla nas rzeczywistością? Czy
będziemy mieli im coś opowiedzieć o Bożej łasce, przebaczeniu, prowadzeniu i
wierności?
Każdy z nas ma przecież w swoim życiu takie chwile, które
warto zachować jak kamienie wyjęte z dna Jordanu. Mogą to być wydarzenia, które
w danym momencie wydawały się zwyczajne, ale po latach dostrzegamy w nich Bożą
rękę. Mogą to być trudne doświadczenia, przez które przechodziliśmy z lękiem, a
które później stały się świadectwem Bożej obecności. Mogą to być modlitwy,
których odpowiedź przyszła zupełnie inaczej, niż oczekiwaliśmy, albo sytuacje,
w których dopiero po wielu latach zrozumieliśmy, dlaczego Bóg prowadził nas
właśnie taką drogą.
Mój ojciec pozostawił mi takie kamienie pamięci. Nie są
wykonane z kamienia i nie stoją nad Jordanem. Są zapisane w mojej pamięci i w
opowieściach, które słyszałem od niego. Kiedy dzisiaj wspominam jego ucieczkę z
transportu, jego modlitwę w Baranowiczach, ukrywanie się w kopcu z ziemniakami,
powojenną tułaczkę i troskę o rodzinę, widzę w tych wydarzeniach nie tylko
historię człowieka, który przeżył trudne czasy. Widzę również świadectwo
człowieka, który nauczył się ufać Bogu i który do końca życia pamiętał, że w
najtrudniejszych chwilach nie był sam.
Być może właśnie dlatego tak bardzo potrzebujemy pamięci.
Nie po to, aby żyć przeszłością, lecz aby wiedzieć, skąd przyszliśmy i komu
zawdzięczamy to, że jesteśmy tutaj. Historia może ostrzegać, uczyć i
przypominać. Jednak dla człowieka wierzącego pamięć ma jeszcze jeden wymiar –
pozwala spojrzeć wstecz i dostrzec w minionych wydarzeniach obecność Boga.
17 września 1939 roku jest dla mnie więc nie tylko datą
historyczną. Jest również częścią rodzinnej pamięci. Ta rocznica jest związana
z historią mojego ojca, z jego strachem, ucieczką, modlitwą i późniejszym
życiem. A poprzez jego historię stał się również częścią mojego własnego
świadectwa.
Życzę każdemu z nas wielu doświadczeń obecności Pana i wielu
powodów, aby Mu dziękować. Życzę również, abyśmy nie pozwolili, by te
doświadczenia zaginęły wraz z upływem czasu, lecz zachowali je w pamięci i
przekazali naszym dzieciom oraz kolejnym pokoleniom. Niech pozostaną po nas nie
tylko wspomnienia o tym, kim byliśmy i co robiliśmy, ale przede wszystkim
świadectwo tego, co Bóg uczynił w naszym życiu.
Bo pamięć o człowieku kiedyś przeminie, lecz świadectwo
Bożej wierności może zostać przekazane dalej.
Henryk Hukisz

No comments:
Post a Comment
Note: Only a member of this blog may post a comment.