Celowo umieściłem tytuł tego rozważania w cudzysłowie, gdyż
nie chcę nikogo obrazić dosadnością tego porównania. Niestety, obserwując
najnowsze trendy i zjawiska w krajowej społeczności ewangelikalnej, nic innego
nie przychodzi mi na myśl, jak właśnie to określenie.
Aby upewnić się co do współczesnego znaczenia tego
wyrażenia, „googlowałem” przez chwilę i ku memu zaskoczeniu na monitorze
zobaczyłem sporo linków do żłobków i przedszkoli o tej nazwie. Nie o placówkach
edukacyjnych chcę jednak pisać, lecz o zgromadzeniach ludzi wierzących w Boga –
o tym, co współcześnie można zaobserwować w wielu lokalnych kościołach.
Zacznę od spotkania zorganizowanego dla uczczenia
Reformacji, której pięćsetlecie niedawno obchodziliśmy. W naszym protestanckim
środowisku to kluczowa rocznica; to dzięki dziełu Marcina Lutra mamy Biblię w
ojczystym języku, a z kazalnic głoszona jest Ewangelia łaski, a nie obowiązek
wykupienia się z ognia piekielnego. Jeden z miejscowych zborów zaprosił
wiernych na specjalny koncert, podczas którego pewien Nigeryjczyk miał wyrazić
wdzięczność za dziedzictwo Reformacji. Ponieważ dość często uczestniczę w nabożeństwach
społeczności międzynarodowej w Poznaniu, gdzie spotykam Afrykańczyków, Azjatów,
Amerykanów i Europejczyków, nastawiłem się na budującą atmosferę.
Rzeczywistość jednak boleśnie rozminęła się z moimi
oczekiwaniami. Zamiast nawiązania do rocznicy, prowadzący spotkanie gość starał
się narzucić kilkunastu zgromadzonym osobom własną formę uwielbienia, włączając
w to śpiew „ku, ku, ko, ko” w obcym nam języku. Podskoki i ruchy, które
prezentował i do których naśladowania zmuszał pozostałych, przypominały mi
gesty istoty człekokształtnej, która skacząc, drapie się pod pachami. Wyszedłem
po kilkunastu minutach.
Między naśladownictwem a „małpowaniem”
„Małpi gaj” kojarzy się również z małpowaniem. Według
słownika języka polskiego oznacza to: „bezkrytycznie, ślepo naśladować kogoś
lub coś”. Gdy czytam Nowy Testament, aby poznać początki Kościoła Jezusa
Chrystusa, jego organizację i życie, widzę tam wiodącą rolę Ducha Świętego.
Jego moc, mądrość i Boża oryginalność są widoczne na każdym kroku. Piotr i
Jakub w Jerozolimie działali tak, jak prowadził ich Duch. Później, gdy na scenę
wszedł Paweł, dokonywał on wspaniałych dzieł, nie kopiując ślepo apostolskiej
dwunastki, lecz poddając się prowadzeniu Bożemu. Dzieje Apostolskie są tego
doskonałym przykładem.
Charakterystyczny zapis znajdujemy w słowach: „Tymczasem
kościół, budując się i żyjąc w bojaźni Pańskiej, cieszył się pokojem po całej
Judei, Galilei i Samarii, i wspomagany przez Ducha Świętego, pomnażał się”
(Dz 9:31). Aby tę tożsamość zachować, Paweł ostrzegał później wierzących w
Efezie: „abyśmy już nie byli dziećmi, miotanymi i unoszonymi lada wiatrem
nauki przez oszustwo ludzkie i przez podstęp, prowadzący na bezdroża błędu,
lecz abyśmy, będąc szczerymi w miłości, wzrastali pod każdym względem w Niego,
który jest Głową, w Chrystusa” (Ef 4:14-15). Żadnych ludzkich sztuczek.
Magia obcych słów
A co proponują nam dzisiejsi liderzy kościołów? „Shoreline”
– co oznacza „linię brzegową”. Nazwa musi być anglojęzyczna, bo taka panuje
obecnie moda. Sklepy, firmy, organizacje czy stacje telewizyjne prześcigają się
w używaniu angielskich zwrotów. Gdzie podziali się poloniści – pytam
retorycznie, widząc tytuł programu „Survivalowa rodzina”? Tak działa ten świat.
Napisy na T-shirtach, okładki zeszytów, naklejki na zderzakach – wszystko musi
brzmieć obco, aby było „cool”.
Mamy również „LifeHouse”, czyli „Dom życia”. Ale po
angielsku brzmi to przecież lepiej, nowocześniej; można wtedy zaprosić na
„coffee and cake”, obiecać „worship”, „fun” i „mega” wrażenia. Jest też
tajemniczo brzmiące „I.C.F.” – bo po co nazwa ma się kojarzyć ze staroświeckim
kościołem?
Zarówno „Shoreline”, „LifeHouse”, jak i „I.C.F.” to
organizacje zagraniczne. Ich centrale znajdują się w Austin, Melbourne,
Berlinie czy Szwajcarii. Tam językiem urzędowym jest angielski lub niemiecki,
ale u nas? Nie chodzi tu tylko o nazewnictwo, lecz o bezkrytyczne kopiowanie
obcych nam kulturowo zwyczajów i form. Pastorzy naśladują styl i ubiór swoich
sponsorów, by wyglądać jak ich zagraniczni mocodawcy. Muzycy z kolei
obowiązkowo występują latem w wełnianych czapkach lub kapeluszach. Tak
wyglądają „rockmani” – wzorce, które usilnie się kopiuje.
Już 500 lat temu Mikołaj Rej pisał, że Polacy „nie gęsi” i
swój język mają. U nas jednak modne stało się małpowanie wszystkiego: od
zabawek dla dzieci po ceremonię pochówku. Musi być tak, jak nakazuje moda z
Zachodu – „po amerykańsku”. W telewizji królują reklamy związane z „Christmas”,
świętuje się „Halloween”, na kawę chodzi się do „Starbucksa”, a samochód musi
mieć „design” i być „suwem”. Istny małpi gaj.
Testosteron w świątyni?
Ostatnio przeczytałem o konferencji dla mężczyzn
zatytułowanej „Testosteron w kościele”. Jako teolog nie czuję się ekspertem w
dziedzinie medycyny, więc zajrzałem do słownika, by dowiedzieć się, o czym
właściwie będzie mowa. Otóż testosteron to „hormon wytwarzany głównie przez
jądra u mężczyzn, odpowiadający za wykształcenie drugorzędnych cech płciowych w
okresie dojrzewania”. Jego rolą jest m.in. „rozwój narządów płciowych,
obniżenie barwy głosu czy pojawienie się owłosienia łonowego”. Pozostaje
dla mnie tajemnicą, jak te biologiczne procesy przenieść na grunt duchowy
kościoła – chyba że celem jest jedynie pozyskanie basów do zespołu
uwielbieniowego.
Apostoł Paweł oświadczył wyraźnie: „Nie posłał mnie
bowiem Chrystus, abym chrzcił, lecz abym zwiastował dobrą nowinę, i to nie w
mądrości mowy, aby krzyż Chrystusowy nie utracił mocy. Albowiem mowa o krzyżu
jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy
zbawienia, jest mocą Bożą” (1 Kor 1:17-18). Osobiście jestem przekonany, że
kościół jest miejscem, w którym mówi się o krzyżu po to, by słuchacze Ewangelii
mogli doświadczyć zbawiennej łaski.
Zamiast modnego „no comment”, powiem po prostu: komentarz
pozostawiam czytelnikowi.
Henryk Hukisz

Zapewniam, że tematem konferencji nie jest testosteron w sensie medycznym a organizatorzy przygotowali bardzo ciekawy program, który wklejam poniżej.
ReplyDeleteW czasie konferencji chcemy odpowiedzieć na trudne pytania, między innymi:
Jacy mają być mężczyźni w Kościele? Aktywni, waleczni, pełni zapału, miłości, uległości i pokory?
Szukasz dziewczyny, żony i nie wiesz do końca, jak do tego zabrać się fachowo, by czegoś nie popsuć ?
Jesteś blisko kobiety, którą kochasz. Ona na Ciebie patrzy, a Ty nie umiesz powiedzieć jej tego, co o niej myślisz ?
Potrzebujesz dobrej, stabilnej pracy. Jak tę pracę znaleźć ?
Jesteś mężczyzną, podejmujesz wiele decyzji. Nie zawsze te decyzje są trafne. Męska duma nie pozwala Ci do tego przyznać się. Zaczyna wszystko burzyć się. Jak z tego wybrnąć ?
Jesteś głową rodziny. Wypłata nie dotarła na czas. Zawalił się budżet domowy. Nie ma kasy na opłatę rachunków. Jak sobie poradzić ?
Ciężko pracujesz. Wracasz zmęczony do domu i nie chce Ci się już nic, a żona namawia Cię usilnie, żebyś spędził z nią czas na zakupach w centrum handlowym. Co zrobić ?
Twoje dzieci są chore i potrzebują opieki ojca, a szef wypomina Ci, że powinieneś popracować intensywniej, bo jesteś mało wydajny. Jak reagować ?
Jesteś mężczyzną. Ty to widzisz. Co zrobić by inni też to zauważyli ?
Jaki jest męski punkt widzenia w tematach, których nie poruszamy w Kościele?
Bóg działa przez mężczyzn w Kościele. Usłyszysz wiele świadectw, które będą Bożą drogą do rozwiązania Twoich problemów.
Serdecznie dziękuję za informację na temat treści tej konferencji. Też uważam, że należy zachęcać mężczyzn, aby stawali na wysokości zadania, jakie Bóg powierzył mężczyznom. Biblia jest wspaniałym źródłem takiej zachęty. Uważam jednak, że w tytule tej potrzebnej konferencji zostało niefortunnie użyte słowo zupełnie obce językowi biblijnemu. W Biblii znajduje się wiele wspaniałych określeń odnoszących się do męstwa i odwagi. Osobiście nie widzę potrzeby, aby uatrakcyjniać biblijne nauczanie wyrażeniami sugerującymi jakieś podtekst.
DeleteOrganizatorom i uczestnikom konferencji życzę Bożego błogosławieństwa.
A to się Pastor zdenerwował ;). Mnie się zazwyczaj - kiedy widzę i słyszę te wszystkie obco brzmiące nazwy - przypomina komediowy Pawlak kiedy wybrał się do "Czikago". Na lawinę tych wszystkich wspaniałości - to największe tamto najdroższe - odpowiedział z prostotą "A w Krużewnikach był ?"
ReplyDeleteA tak poważniej to kiedy widzę w programie konferencji (też nieudane określenie) kolejny "łorszip" albo "łikendowe spotkanie" to bardziej niż sama nazwa zastanawia mnie pytanie KOMU to ma służyć.
Pewnie wiele zborów skrzywdzę tym stwierdzeniem ( i tych przepraszam) ale coraz częściej nasze zgromadzenia przypominają towarzystwo wzajemnej adoracji zamiast Kościół. Cały czas mam wtedy z tyłu głowy "Kościołowi nie potrzeba pustych słów ale potęgi działania".
Postawiłem sobie za cel zrealizować z własnych środków jadłodajnię dla najbiedniejszych. Miejsce i czas na głoszenie Słowa też się znajdzie. Gedeonici pomogą z rozpowszechnianiem Nowego Testamentu. Chciałbym móc kiedyś odpowiedzieć "Widzisz bracie a my tu biednym pomagamy".