Friday, October 11, 2013

Przekłute ucho



 Gdy wraz z żoną jestem w centrum handlowym, mall-u, jak tu się powszechnie nazywa takie „świątynie handlu”, ona wpada między ciuchy, a ja wędruję po korytarzach, szukajac bardziej męskich tematów. Niedawno zdarzyło się w takiej sytuacji, że w oko wpadła mi informacja „Darmowe badanie słuchu”. Wówczas uświadomiłem sobie, że z racji wieku z pewnością już  dobrze nie słyszę, więc przyda się sprawdzić, jak działa mój zmysł słuchu.
Udałem się więc we wskazanym kierunku, gdzie miła pani recepcjonistka, po przywitaniu zapytała się, czy mam kłopty ze słuchem. Odpowiedziałem, że ostatnio coraz częściej zauważam, że nie zawsze słyszę co do mnie mówi żona. Uśmiechnęła się odpowiadajac, że na tę chorobę nie mają tutaj lekarstwa, ale dobrze będzie jednakowoż przebadać słuch, tak na wszelki wypadek. Umówiliśmy się na wizytę, i parę dni póżniej poszedłem do gabinetu laryngologa, aby dowiedzieć się czegoś więcej na temat mojego słuchu.
Już we wstępnej rozmowie z lekarzem okazało się, że jest synem pastora, i sam jest również osobą wierzącą, więc mogliśmy porozmawiać o sprawach duchowych. Po chwili jednak zajął się moim słuchem. Wpierw dokonał oględzin aparatu słuchowego, czyli zajrzał do wnętrza uszu i stwierdził, że musi dokonać oczyszczenia z nagromadzonej masy woskowej, gdyż stanowi ona przeszkodę w zdolności słuchowej. Później przystąpił do badania słuchu przy pomocy specjalistycznej aparatury, tak że po chwili pokazał mi wykres zdolności słyszenia dźwięków o różnej częstotliwości.
Po stwierdzeniu, że z moim słuchem nie jest tak źle, oraz że nie mogę usprawiedliwiać się przed żoną, że nie słyszałem co do mnie powiedziała, wróciłem do domu. Późnej zacząłem zastanawiać się nad tym, jak jest z moim słuchem w stosunku do tego, co Bóg do mnie mówi. Uświadomiłem sobie, że Bóg cały czas mówi, od początku, gdy stwarzał świat, gdyż jest napisane, „Bóg rzekł” i stało się to, co zamierzał stworzyć. Bóg nadal mówił, jak jest napisane: „Wielokrotnie i wieloma sposobami przemawiał Bóg dawnymi czasy do ojców przez proroków; ostatnio, u kresu tych dni, przemówił do nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszechrzeczy, przez którego także wszechświat stworzył” (Hebr. 1:1,2).
Skoro teraz Bóg przemawia do nas przez Swego Syna, to znaczy, że musimy zwracać szczególną uwagę na to, co mówi do nas nasz Dobry Pasterz. Znamy dobrze obraz Pasterza i owiec, którymi my jesteśmy. Jezus powiedział, że Jego owce „słuchają jego głosu”, gdyż On „po imieniu woła owce swoje, i wyprowadza je” (Jan 10:3). Ta osobista znajomość głosu Pasterza jest sprawą kluczową, gdyż stanowi o bezpieczeństwie pozostawania w owczarni. Nasz Pasterz jest pewien, że te owce, które znają Jego głos, „za obcym nie pójdą, lecz uciekną od niego, ponieważ nie znają głosu obcych” (w. 5). Niebezpieczeństwo zagubienia się polega na tym, że jeśli nie słyszymy głosu Pasterza, wówczas może dotrzeć do nas głos „obcego”, kogoś, komu zależy na sprowadzeniu nas na manowce. Dlatego, jeśli chcemy pozostawać zawsze w bliskiej relacji z naszym Panem, aby Go słyszeć, musimy zwracać uwagę na to, jak słyszymy głos Pana, i czy w ogóle Go słyszymy.
Samuel, jeden z pierwszych proroków Bożych wiedzial, że relacja z Bogiem zależy od zdolności słyszenia tego, co On mówi. Ten sługa Boży pojawił się w historii w czasie, gdy „Słowo Pańskie było w rzadkością” (1 Sam. 3:1). Dlatego też ludzie żyli w nieznajomości woli Bozej i „każdy czynił to, co było słuszne w jego oczach” (Sędz. 21:25 BT). Bóg jednak chciał być nadal słuchanym przez ludzi, dlatego powołał proroka Samuela, aby zwrócić ich uwagę na Jego Słowa. Dlatego Samuel, bedąc jeszcze pacholęciem, wiedział, że należy uczyć się słuchać Boga. Wysłuchał wpierw instrukcji, jakiej udzielił mu kapłan Heli, że gdy usłyszy wołanie Boga, to ma odpowiedzieć: „Mów, Panie, bo sługa twój słucha” (1 Sam. 3:9). Dokładnie tak postąpił, gdy ponownie usłyszał Pana, i od tego momentu „rósł Samuel, a Pan był z nim. I żadnego ze słów jego nie pozostawił nie spełnionym” (w. 19).
Boże Słowo, które Bóg wypowiada, ma w sobie moc, i jak powiedział Pan przez proroka Izajasza „nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem” (Izaj. 55:11). Może jednak zdarzyć się tak, że mocne Słowo Boże nie będzie w stanie dokonać tego co potrafi, z powodu niewiary słuchających. Nawet Pan Jezus, gdy znalazł się w pewnym rejonie, w którym ludzie nie uznali Jego Boskości, „nie uczynił tam wielu cudów z powodu ich niewiary” (Mat. 13:58). A przecież wiemy, że „wiara jest ze słuchania, a słuchanie przez Słowo Chrystusowe” (Rzym. 10:17). Więc znów wracamy do słuchania Słowa Bożego. Dlatego ważne jest to, abyśmy zawsze mieli uszy gotowe do słuchania.
Pan Jezus, kierując ostatnie polecenia do Kościoła przez Swego wiernego sługę apostoła Jana, gdy znajdował się na zesłaniu, siedmiokrotnie powiedział: „Kto ma uszy, niechaj słucha, co Duch mówi do zborów” (Obj. 2:7).
Pan nadal mówi, lecz czy zawsze jesteśmy gotowi i zdolni, aby Go słuchać?
Gdy przypominam sobie swoją wizytę w gabinecie laryngologicznym, zastanawiam się nad tym, czy mój duchowy słuch jest wystarczająco sprawny, aby słyszeć to, co Pan do mnie mówi. Czy czasami nie jest tak, jak w rymowance, jaką zapamiętałem z okresu mojego dzieciństwa:  „Cud się stał pewnego razu, Dziad przemówił do obrazu. Ale obraz ani słowa. Taka była ich rozmowa.” Może jest jakaś „woskowina”, która ogranicza zdolność usłyszenia głosu mojego Pasterza? Pan mówi, lecz ja tego nie słyszę, gdyż jestem zajęty czymś innym, albo jest jakaś duchowa przeszkoda. Myślę, że każdy może znaleźć w swoim życiu jakieś przeszkody, które ograniczają zdolność słuchania Boga. Nie będę tworzyć listy spraw, które skutecznie odwracają nasz słuch od Bożego Słowa. Mogą to być różne sprawy, które jedynie Duch Święty może nam trafnie pokazać.
Podstawowym warunkiem chętnego słuchania Boga jest nasz stosunek emocjonalny do Niego. Jeśli miłujemy „Pana Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej” (Mat. 22:37), to nie będzie żadnych trudności z tym, aby zawsze o Nim pamiętać. Ba, nawet więcej, uczynimy tak, jak to zdarzało się w dawnym Izraelu. Mojżesz otrzymał wskazówki od Pana odnośnie postępowania ze sługami, którzy będą chcieli pozostać w służbie na zawsze. Jeżeli powie taki sługa: „Miłuję mojego pana, moją żonę i moje dzieci i nie chcę wyjść na wolność, wtedy jego pan zaprowadzi go przed Boga, potem postawi go u drzwi albo u odrzwi i przekłuje mu pan jego ucho szydłem, i będzie niewolnikiem jego na zawsze” (2 Moj. 21:5,6). Oznaczało to, że jego ucho będzie zawsze otwarte na polecenia swego pana, którego darzy miłością.
Jeżeli nam również będzie zależało na tym, aby mieć czyste i otwarte uszy duchowe, aby wyraźnie słyszeć Boży głos, to pokornie przyjmiemy każde napomnienie i ze skruchą serca powiemy: „Mów, Panie, bo sługa twój słucha”  
Henryk Hukisz

Tuesday, October 8, 2013

Tyłem do Boga



 Z pewnością każdy z nas ma jakieś zabawne wspomniania ze swojej przeszłości. A skoro mam już „swoje lata”, to wspomnień tego rodzaju już się trochę uzbierało.
Mam nadzieję, że osoby w moim wieku i starsze, będące w latach 60-tych w Warszawie, pamiętają pewnego wyjątkowego brata, który odwiedzał Zbór Stołeczny, przyjeżdżając gdzieś ze wschodniego kierunku.
Brat Tomasik był znany z nietuzinkowych powiedzonek, jakie tworzył na poczekaniu. Był również niestrudzonym świadkiem Jezus Chrystusa. Nie było dla niego żadnego progu, aby bać się go przekroczyć dla złożenia świadectwa o Bożej miłości. Bardzo lubiłem słuchać jego opowiadań z podróży, gdyż jadąc pociągiem do Warszawy, wykorzystywał czas na mówienie o Jezusie.
Przypomniałem sobie teraz pewne zdarzenie, o którym opowiadał mój bohater, a mianowicie o tym, jak rozmawiał z księdzem, który nieświadomy misyjnych skłonności współpasażera, usiadł na przeciwko w przedziale kolejowym. Brat Tomasik, widząc osobę duchowną, co rozpoznał po koloratce, zadał bezpośrednie pytanie: „Dlaczego ksiądz odwraca się tyłem do Boga?” Można łatwo wyobrazić sobie zdziwienie księdza, który był adresatem takiego pytania, gdyż można je było odebrać jako prowokację. Lecz duchowny spokojnie spojrzał na rozmówcę, i powiedział wprost: „Nie wiem, może więc pan mi wytłumaczy, co przez to rozumie?”
Na to tylko czekał nasz brat, otworzył swoją podniszczoną już Biblię, przekartkował wiele stron, aż zatrzymał się w Księdze proroka Jeremiasza i spokojnie przeczytał: „odwrócili się do mnie tyłem, a nie twarzą, a chociaż uczyłem ich nieustannie i gorliwie, nie słuchali i nie dali się pouczyć” (Jer. 32:32).
„Dlaczego pan to adresuje do mnie?” – zapytał zaskoczony ksiądz.
„No, bo widzi ksiądz – rzekł nasz misjonarz – gdy patrzę na księdza koszulę, to widzę, że jest zapięta z tyłu, dlatego sądzę, że księdza twarz też jest z tyłu”
Opowiadanie, chociaż prawdziwe, można włożyć między anegdoty. Z góry oświadczam, że osobiście nie utożsamiam się z taką argumentacją. Przypomniałem sobie tę historię na widok moich kolegów, pastorów w Kościele Zielonoświątkowym, którzy z uporem wkładają koloratki, chociaż nie ma takiego zwyczaju.
Koloratka jest ubiorem osoby duchownej (nie mylić z osobą duchową), zwyczajowo księdza katolickiego, również niektórych protestanckich. Różne są wyjaśnienia znaczenia i pochodzenia tego słowa. Zacytuję jedynie wyjaśnienie księdza, jakie znalazłem na katolickim portalu <niedziela.pl>, które chyba najlepiej oddaje to, co rozumiemy przez to słowo - „Słowo „koloratka” powstało od łacińskiego słowa collare, co znaczy obroża. Biała koloratka na szyi kapłana ma przypominać obrączkę i obrożę - nasze zaślubiny z Chrystusem i Kościołem oraz oddanie Chrystusowi naszej wolności i pozwolenie Mu na całkowite kierowanie naszym życiem”.  
Zadam proste pytanie: „Czy Bóg oczekuje, aby Jego słudzy wyróżniali się odmiennym strojem?”
Tradycja biblijna nie zostawiła dla nas ani jednego przykładu, aby tak czyniono na początku. Nauka apostolska również nie daje najmniejszej przesłanki, aby po latach, a nawet po kilkunastu wiekach, dojść do takiego przekonania.
Historia chrześcijaństwa, a raczej historia kościoła katolickiego informuje nas, że dopiero w połowie VI wieku nakazywano osobom duchownym noszenie strojów odróżniających ich od osób świeckich. Natomiast w XV i XVI wieku przyjęto zwyczaj noszenia długich sutann zapiananych na 33 guziki (liczba lat życia Chrystusa na ziemi).
Apostoł Piotr, a według nauki kościoła katolickiego, pierwszy papież, zapisał w swoich listach wiele pouczeń na temat życia ludzi wierzących, którzy są naśladowcami Chrystusa. Pisał również o starszych, o tych, którzy sprawują jakieś urzędy w kościele, ponieważ zostali powołani do służby Bożej. Piotr pisze do starszych, a raczej napimina ich, aby paśli trzodę Bożą, „nie jako panujący nad tymi, którzy są wam poruczeni, lecz jako wzór dla trzody” (1 Ptr. 5:3). To w tym świecie jest tak, że panujący nad ludźmi podkreślają swoją odmienność tytułami i ubiorem. W Kościele Jezusa Chrystusa, w którym Bóg nie czyni różnicy pomiędzy ludźmi, Piotr radzi: „wszyscy zaś przyobleczcie się w szatę pokory względem siebie, gdyż Bóg pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje” (w. 5).
Myślę, że dobrze znamy radę apostoła Pawła – „w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie” (Filip. 2:3), która rówież nie sugeruje jakiejkolwiek myśli, aby przywdziewać stroje, które z założenia ukazują odmienność.
Załączone zdjęcie do tego rozważania wziąłem z galerii jednego ze zborów zielonoświątkowych. Bez podania tej informacji, z pewnością większość nawet by się nie domysliła, że w purpurowej koloratce występuje pastor, którego zapamiętałem z tego, że nie nakładał krawata, gdyż uważał to za przejaw pychy.
Sądzę, że brat Tomasik, miał jednak wiele racji w swoim argumencie. Dzisiejsza prasa zamieszcza wypowiedź biskupa kościoła, w którym spora ilośc duchownych w koloratkach, dopuszcza się molestowania dzieci, że winę za ich grzeszne czyny ponoszą rodzice tych dzieci, dlatego, że się rozwiedli. Utożsamianie się z tą grupą osób, wyróżniających się koszulami zapiętymi z tyłu, jest raczej niezbyt mile odbierane przez społeczeństwo.
Tak mi się skromnie wydaje, a może nie mam racji?
Henryk Hukisz

Monday, October 7, 2013

Wrzuć monetę


 Nie wiem ilu ludzi w dobie telefonów komórkowych pamięta jeszcze automat telefoniczny, w którym po wybraniu numeru, w słuchawce pojawiał się komunikat: „Wrzuć monetę”. Po dokonaniu tej czynności, automat łączył nas z wybranym numerem. W obecnym czasie nadal korzystamy w wielu automatów działających po wrzuceniu przysłowiowej już monety, które ułatwiają nam życie, oczywiście, jeśli się nie popsują. 

Najbardziej popularne obecnie są tzw. automaty sprzedające, nazywane tutaj „vending machines”, w których można dokonać szybkiego zakupu drobnych towarów, lub nawet usług, takich jak opłata za parking. Spotykamy je prawie na każdym kroku, nawet w przedsionkach wielu kościołów, bo w każdej sytuacji może zdarzyć się, że nagle zapragniemy napić się, lub zjeść batona. 

Automaty sprzedające są wygodne, lecz równocześnie kształtują naszą świadomość konsumpcyjną. Jesteśmy coraz bardziej świadomi prawa do posiadania czegokolwiek, jeśli wykonamy określoną czynność, jeśli spełnimy jakieś warunki. Wystarczy wrzucić monetę lub wsunąć kartę płatniczą w mechanizm czytnika, aby dostać to, czego w danej chwili zapragnęliśmy. Jeśli nie dostaniemy, to najczęściej walimy pięścią w obudowę maszyny, lub kopiemy w jej podstawę, bo należy się nam to, za co zapłaciliśmy.

Podobne nastawienie na posiadanie Bożej opatrzności przenosimy również do naszej relacji z Bogiem. Uważamy, że jeśli wystarczająco dobrze się pomodlimy, a do tego dopłacimy jeszcze postem lub jakąś jałmużną w postaci dobrego uczynku, to mamy prawo domagać się od Boga spełnienia naszych oczekiwań. Jeśli nie dostaniemy, to, … i tu już możemy sami dopisać, jakie myśli pojawiają się w takim momencie, gdy czujemy się zawiedzeni. Może nie kopiemy od razu Boga „po kostkach”, lecz dopuszczamy do serca zbuntowane myśli o pobożności. Po co się wysilać, skoro i tak nie dostaliśmy tego, co według nas jest konieczne w życiu.

Przeglądając nieraz profile „fejsbukowe” spotykam całą masę haseł wypisanych na karteczkach udekorowanych przepiękną grafiką Najpiękniej wyglądają wersety biblijne na tle zachodzącego słońca na bajecznie kolorowym niebie, lub śliczna filiżanka świeżo zaparzonej kawy, tak że prawie czuć jej aromat. Te dzieła domowej sztuki stanowią pewnego rodzaju środek płatniczy dający nam poczucie pewności, że Bóg musi spełnić przedstawioną w ten sposób prośbę, jak automat sprzedający batoniki po wrzuceniu monety. Nawet jeśli to są wersety z Biblii wyrażające Boże obietnice, nie znaczy jeszcze, że Bóg musi spełniać nasze życzenia. 

Pisałem już wcześniej, że Bóg może, lecz nie musi odpowiadać na nasze modlitwy zgodnie z naszymi oczekiwaniami. W tamtym rozważaniu wspominałem o trzech biblijnych bohaterach z czasów niewoli babilońskiej, którzy oświadczyli wobec śmiertelnego zagrożenia, że „jeżeli Bóg nasz, któremu służymy, zechce nas wyprowadzić z rozpalonego pieca i uwolnić z rąk twoich, to na pewno to uczyni.  A jeśli nawet nie uczyni tego, to żebyś wiedział, o królu, że twojemu bogowi służyć nie będziemy ani też nie będziemy oddawać czci posągowi wzniesionemu przez ciebie” (Dan. 3:17,18 [B.W-P]). A przecież mogliby powoływać się na wiele wersetów zapewniających o Bożej ochronie, jakie z pewnością znali z Psalmów Dawida. Lecz zamiast czerwieni nieba z zachodzącym słońcem, zobaczyli siedem razy bardziej rozpalony piec, do którego Bóg pozwolił wrzucić Swych wiernych sług. Dlaczego Panie nas to spotkało? - Wołało by wielu chrześcijan naszych czasów, wychowanych na kazaniach nauczycieli zapewniających, że „Boga należy chwycić za Słowo”, aby mieć to, czego tylko zapragniemy.

Wiem, że znajdziemy w Biblii, a szczególnie w Nowym Testamencie wiele obietnic typu: „proście o cokolwiek byście chcieli, stanie się wam” (Jan 15:7). Przecież są to słowa samego Pana Jezusa, który oddał za nas Swoje życie. Wiem, że apostoł Paweł jak gdyby mając na uwadze to zapewnienie Chrystusa, dopisał - „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale go za nas wszystkich wydał, jakżeby nie miał z nim darować nam wszystkiego?” (Rzym., 8:32). Po tych słowach wielu wierzących w Pana Jezusa tworzy własne listy żądań, lecząc na to, że Bóg nie ma wyboru i będzie musiał spełnić ich zachcianki.

Należy jednak pamiętać, że Bóg nie jest automatem sprzedającym nam Swoje obietnice za wrzucone monety w postaci naszych modlitw i postów. On jest najlepszym Ojcem ze wszystkich ojców ziemskich razem wziętych. On kieruje się Swoją mądrością i wiedzą, dając nam to, co jest dla nas najlepsze, a nie to czego my zapragniemy. Jego Syn, Jezus Chrystus, zapewnia nas, że skoro nasi ojcowie dają dobre rzeczy swoim dzieciom, „o ileż więcej Ojciec wasz, który jest w niebie, da dobre rzeczy tym, którzy go proszą” (Mat. 7:11). Boża skala dobroci różni się znacznie od naszej, dlatego mamy nieraz problem z zaakceptowaniem Bożej odpowiedzi na nasze modlitwy, w których przedstawiamy listy naszych oczekiwań.

Apostoł Jan, który znał osobiście Pana Jezusa, zapewnia nas w swoim świadectwie o Ojcu, że „co widzieliśmy i słyszeliśmy, to i wam zwiastujemy, abyście i wy społeczność z nami mieli” (1 Jan 1:3). Jan wiedział, że dla Boga najwyższym dobrem jest społeczność ze Swoimi dziećmi. Jan wiedział również, że wiele rzeczy, o które będziemy chcieli prosić Ojca w modlitwach, mogą stać się przeszkodą w trwaniu w tej społeczności, dlatego napisał, że „wszystko, co jest na świecie, pożądliwość ciała i pożądliwość oczu, i pycha życia, nie jest z Ojca, ale ze świata” (1 Jan 2:16).

Abyśmy potrafili właściwie odnieść się do tego, czego możemy oczekiwać w odpowiedzi Ojca na nasze modlitwy, musimy wpierw poznać jaka jest Jego wola wobec nas. Gdy będziemy już trwać w ścisłej społeczności z Nim, wówczas posiądziemy ufność „jaką mamy do niego, iż jeżeli prosimy o coś według jego woli, wysłuchuje nas” (1 Jan 5:14).

Automat sprzedający dobra doczesne działa zgodnie z naszą wolą, ponieważ sami wybieramy przycisk, aby dostać to, co chcemy. Bóg natomiast, sam określa co chce nam dać, my jedynie musimy wyrazić na to zgodę. Niestety, nasza wola jest tak silna w nas, że nieraz Bóg musi wpierw popracować nad tym, abyśmy zrezygnowali w własnej, aby wyrazić zgodę na Jego wolę.

Apostoł Piotr radzi nam - „Wszelką troskę swoją złóżcie na niego, gdyż On ma o was staranie” (1 Ptr. 5:7). Aby jednak dojść do takiego zaufania. Musimy wpierw posłuchać wcześniejszej rady - „Ukórzcie się więc pod mocną rękę Bożą, aby was wywyższył czasu swego” (w. 6). Niestety, najczęściej jest tak, że zamiast poddać się Jego woli, staramy się oczarować Boga pięknymi słówkami, zapisanym na kolorowym tle zachodzącego słońca.

Henryk Hukisz

Sunday, October 6, 2013

Balonowy przywódca



 Pamiętam wydarzenie sprzed lat, gdy na spacerze z wnukami, podziwialiśmy kolorowy balon, płynący cicho po błękitnym niebie . Czteroletni wówczas wnuczek, unosząc rączkę w jego kierunku, powiedział: „Dziadzia, it’s a hot air balloon”, jak oficjalnie nazywa się za oceanem te piękne olbrzymy. Uroku dodaje nieraz sytuacja, gdy możemy podziwiać większą ilość kolorowych balonów sunących bezszelestnie po bezchmurnym niebie. Lecz nie o tych podniebnych statkach chcę pisać, lecz o zjawisku patologicznym, jakie niestety występuje coraz częściej w naszej społeczności duchowej.

Obraz dużego kolorowego balonu przyszedł mi kiedyś na pamięć w czasie nabożeństwa, gdy pastor mówił na temat cech charakteryzujących współczesne chrześcijaństwo na podstawie  Drugiego Listu apostoła Pawła do Tymoteusza 3: 1-5. Niektóre określenia, jakie Paweł umieścił na liście osiemnastu cech ludzi wierzących czasów ostatecznych, są mało zrozumiałe dla współczesnych chrześcijan. Może dlatego zbytno się nimi nie przejmujemy, z dużą szkodą dla nas samych. Błędem jest odnosić je do świata, czyli ludzi nie będących w żywym kościele Jezusa Chrystusa
Jak z pewnością zauważyli pilniejsi czytelnicy mojego bloga, dość często piszę właśnie na ten temat, ponieważ uważam, że dobrze jest nie być zaskoczonym, gdy nadejdzie już ten ostateczny dzień. Dobrze jest, gdy ma się taką możliwość, odczytać oryginalne znaczenia tych wyrażeń, aby zrozumieć ich rzeczywiste znaczenie. Na przykład, wyraz w naszym popularnym przekładzie Biblii słowo „okrutni”, w oryginale brzmi „dzicy”, czyli nieokiełzani lub niepohamowani, jak oddaje to Biblia Tysiąclecia. Cecha ta staje się prawie że normą współczesnej młodzieży tego świata. Problem w tym, że wielu liderów zborowych tak chętnie zapożycza właśnie takie wzorce postępowania, tłumacząc to tym, że łatwiej będzie dotrzeć do środowiska ludzi niewierzących, jeśli przyjmie się ich styl postępowania.
W dzisiejszym rozważaniu chcę zająć się określeniem „nadęci”, (2 Tym. 3:4), jak to zostało oddane we wszystkich polskojęzycznych przekładach. Tłumaczenia anglojęzyczne prezentują szerszą gamę wyrazów, dzięki czemu można lepiej odebrać to, co miał na uwadze autor tego listu. I tak mamy, począwszy od KJV, „highminded” – uważanie siebie za wzniosłego, przez ASV, „puffed up” – nadęty, aż do ABP, „being deluded” – łudzący się, oszukujący siebie. A jak to jest w oryginale? Greckie słówko "τυφω" [tuphoo] znaczy „napełniony własną zarozumiałością”, lub „uniesiony własną pychą”. I to ostatnie określenie wywołało z mojej pamięci kolorowy balon, który udało mi się niedawno uchwycić obiektywem mojego aparatu, co też zamieszczam jako załącznik do tego rozważania.
To greckie słówko w pełnej formie gramatycznej w tym wierszu brzmi „tetuphomenoi” i określa kogoś, kto napełnił się własną zarozumiałością na dobre, gdyż użyty jest czas dokonany w przeszości ze skutkami trwającymi w teraźniejszości. Piszę o tych zawiłościach gramatycznch, gdyż chcę pokazać, że nieraz konieczne jest zgłębienie jakiegoś zagadnienia przy pomocy dostępnych środków nauczających. Rdzenny wyraz „tuphoo” znaczy dosłownie „robić dym”, lub „spalać się powoli bez ognia”.
To określenie występuje tylko trzy razy w Nowym Testamencie. Oprócz tego miejsca, o którym mówię, spotykamy je jeszcze dwa razy w Pierwszym Liście do Tymoteusza. Apostoł Paweł, gdzie apostoł ostrzegając przed pochopnym wyznaczaniem do służby w lokalnym kościele, pisze, że „nie może to być dopiero co nawrócony, gdyż mógłby wzbić się w pychę i popaść w potępienie diabelskie” (1 Tym. 3:6). Widzimy tutaj, jak blisko może być od pragnienia służenia Bogu w kościele, do popadnięcia w potępienie diabelskie. Drugie miejsce, w którym spotykamy to samo słówko, jest również związane z nauczaniem w kościele, a bardziej z odstępstwem od zdrowej nauki. Apostoł Paweł w tych listach pisał sporo na temat trzymania się zdrowej nauki oraz o odpowiedzialnym potraktowaniu tych, którzy świadomie od tej nauki odciągają. Paweł wyrażnie ostrzegał wierzących przed człowiekiem, który „inaczej naucza i nie trzyma się zbawiennych słów Pana naszego Jezusa Chrystusa oraz nauki zgodnej z prawdziwą pobożnością” (1 Tym. 6:3). Takiego nauczyciela można rozpoznać własnie po tej charakterystycznej postawie, a mianowicie, że jest „zarozumiały, nic nie umie, lecz choruje na wszczynanie sporów i spieranie się o słowa, z czego rodzą się zawiść, swary, bluźnierstwa, złośliwe podejrzenia” (w. 4).
Myślę, że jednym z powodów, dlaczego nie widzimy dzisiaj rozwoju w zborach, o jakim czytamy w księdze Dziejów Apostolskich, jest chęć wywyższania się tych, którzy przewodzą. Tytułomania, zwracanie uwagi na siebie, podkreślanie własnych dokonań gubi dzisiaj wielu nauczycieli, a to prowadzi do stagnacji, o ile nie do rozpadu całych społeczności. A szczególnie w ostatnim czasie, można zaobserwować wielu liderów, którzy - jak to kiedyś określił mój przyjaciel w swoim komentarzu - "mają parcie na wielkość (i wielkie pieniądze) stąd chyba taka potrzeba zaistnienia w wielkich gremiach". Chodzi w tym przypadku o chęć występowania w "ewentach" organizowanych wspólnie z duchownymi z kościoła katolickiego. Takie wydarzenia zwracaja na siebie uwagę ludzi i mediów i w ten sposób można znaleźć się nawet na pierwszych stronach gazet. A, jak zauważył już wspomniany przyjaciel w swoim komentarzu, historię świata zmieniła niewielka grupka skromnych naśladowców Chrystusa, dzięki napełnieniu mocą Ducha Świętego, a nie "układami ze światem".  Dlatego uważam, że lista tych osiemnastu cech charakteryzujących chrześcijan czasów ostatecznych (2 Tym. 3:1-5), powinna być potraktowana poważnie.
Kolorowe balony są piękne na bezchmurnym niebie, ale na tym powinien kończyć się nasz podziw. Jeśli w naszej okolicy pojawiają się „nadęci” zwiastuni nowych nauk, którzy nie dopuszczają myśli, że są w błędzie, to stanowią duże zagrożenie dla siebie samych i dla nieświadomych odbiorców głoszonych nowinek. Być może są z siebie zadowoleni, gdy wielu podziwia ich „duchowość” i pędzą po niebie jak chmury „bez wody unoszone przez wiatry” (Jud. 12). Najczęściej są to jednak wiatry „nauki przez oszustwo ludzkie i przez podstęp, prowadzący na bezdroża błędu” (Efez. 4:14).
Lubię kolorowe balony na niebie, lecz na tym kończy się mój zachwyt. Natomiast gdy widzę „balonowych” nauczycieli, niepokoi mnie dym, jaki później po nich zostaje, gdyż jeszcze długo gryzie w oczy niewinnych ludzi, którzy ulegli oczarowaniu naukami, jakie im głosili.
Henryk Hukisz

Polecam również rozważanie - "Zero bojaźni Bożej

Wednesday, October 2, 2013

Skowyt pokonanego




Niejednokrotnie już pisałem, że najlepszą bronią, jaką posługuje się szatan, jest kłamstwo. Nic dziwnego, przecież sam Pan Jezus powiedział, że „w nim nie ma prawdy. Gdy mówi kłamstwo, mówi od siebie, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (Jan 8:44).
Zbliżają sie święta upamiętniające narodziny Pana Jezusa, więc jak zwykle w tym kraju, w ogólnych mediach pojawia się jakiś temat związany z Panem Jezusem. Dzięki nagłośnieniu przez największe stacje telewizyjne, temat ten jest zawzięcie dyskutowany przez gospodarzy bardzo popularnych tu programów tzw. „show” przeróżnej orientacji, od lewicowych do radykalnych po prawej stronie sceny politycznej.
Zastanawiałem się, co w tym roku przygotują na ten świąteczny okres – no i już mamy. Bill O’Reilly, jeden z pularnych dziennikarzy, autor wielu programów na kanale FOX, czyli człowiek radykalny i oficjalnie podkreślający, że jest wierzącym i praktykującym katolikiem. Ostatnio zaczął wydawać książki historyczne i po napisaniu historii prezydenta Lincolna „Killing Lincoln”, wydał książkę pod tytułem „Killing Jesus”. Oświadczył, że nie jest to książka religijna, a więc jest uznana za historyczną.
W ostatnich dniach, na większości kanałów w wiadomościach podawana jest informacja o dyskusyjnym fragmencie ze wspomnianej książki. W udzielanych wywiadach Bill O’Reilly mówi, że zostało udowodnione, iż Pan Jezus  umierając za krzyżu, nie mógł powiedzieć słów „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią”, ponieważ w tej pozycji, nie mógł nawet wyszeptać ani jednego słówka. Słuchając tego autora, dotychczas lubianego przeze mnie, miałem wrażenie, że podczas ukrzyżowania Chrystusa stał obok krzyża. Mówił z takim przekonaniem, że uczniowie Jezusa,  którzy stali w większej odległości, na pewno nie mogli szłyszeć żadnego słowa, gdyby nawet Pan Jezus mógł coś powiedzieć.
Instytuty zajmujące się śledzeniem takich wydawnictw pod kątem ekonomicznym obliczyli, że ta pozycja przyniosła już dochód rzędu 10 milionów dolarów. Natomiast sam autor twierdzi publicznie, że jego dzieło jest najbardziej kupowaną książką na świecie. Zadziwiające jest to, że zarówno ludzie wypowiadajacy się przed kamerami na temat tej książki nie widzą w niej nic zdrożnego, jak i duchowni różnej maści, od katolickich do ewangelicznych, nie traktują tej kwestii jako próby zafałszowania prawdziwego obrazu biblijnego na temat Jezusa. A przecież chodzi tu o sprawę najważniejszą, gdyż sprawa dotyczy słów Jezusa, które mają zasadnicze znaczenia w kwestii naszego zbawienia.
Jak wiemy z opisów ewangelistów, jednak naocznych świadków śmierci Jezusa, Chrystus będąc na krzyżu wypowiedział kilka bardzo istotnych zdań. Jednym z najważniejszych w dziele odkupienia nas z mocy szatana są słowa „Wykonało się!” (Jan 19:30). Diabłu zależy więc na tym, aby osłabić znaczenie tych słów, dlatego stara się na różne sposoby szerzyć kłamliwe wersje.opisujące to wielkie wydarzenie.
Apostoł Paweł, gdy doświadczył mocy zmartwychwstania w swoim życiu, uświadomił sobie, że śmierć Chrystusa dała mu zupełną wolność od grzechu i jego skutków. Dlatego napisał do ludzi wierzących w Jezusa, że ukrzyżowany Chrystus „rozbroił nadziemskie władze i zwierzchności, i wystawił je na pokaz, odniósłszy w nim triumf nad nimi” (Kol. 2:15). Diabeł został pokonany, raz na zawsze. Jego głowa została zmiażdżona zgodnie z zapowiedzią, jaką Bóg dał już pierwszym grzesznikom, wydając wyrok na szatana - „I ustanowię nieprzyjaźń między tobą a kobietą, między twoim potomstwem a jej potomstwem; ono zdepcze ci głowę, a ty ukąsisz je w piętę” (1 Moj. 3:15).
Wprawdzie diabeł, jako ojciec kłamstwa będzie posługiwał się różnymi informacjami, jakimi będzie starał się zwieść, nawet wybranych, lecz wszytko, co mówi jest kłamstwem. Przykre jest jedynie to, że tym razem, zamiast wcielania się w chytrego węża, wcielił się w popularnego dziennikarza. Jest to jednak tylko skowyt pokonanego wroga naszego zbawienia.
Henryk Hukisz

Tuesday, October 1, 2013

Daremna gra



  Do serii rozważań o rzeczach daremnych, dorzucę kolejne, o daremnej grze. Pisałem już o daremnej czci, pewności, zwiastowaniu i wierze, teraz chce zwrócić naszą uwagę na brak reakcji na Boże działanie w naszym życiu. Zdarza się nieraz, że jesteśmy świadkami jakiegoś wydarzenia, o którym można by powiedziać, że nosi znamiona Bożej interwencji, lecz nie robi to na nas większego wrażenia . Zamiast odebrać to jako Boży znak wskazujący na konieczność dokonania zmiany w swoim życiu, przechodzimy do porządku dziennego, i nadal żyjemy po staremu.
Niedawno, pewien znajomy opowiadał mi o cudowanym zdarzeniu, jakiego doświadczył kilka lat temu. Wracał do domu samochodem podczas śnieżycy, tak strasznej, że nie było widać drogi. Po pewnej chwili samochód wpadł w poślizg i zatrzymał się w głębokim śniegu na poboczu drogi. Nie było żadnej możliwości wydostania się spowrotem na drogę. Siedząc wewnątrz auta, zastanawiał się co robić dalej, gdy nagle ktoś zastukał w szybę. Gdy opuścił ją w dół, zobaczył jakąś postać majacząca w padajacym śniegu, która powiedziała wyraźnie: „Wysiądź”. Wtedy ten człowiek usiadł za kierownicą, powoli wyjechał z głębokiego śniegu i gdy znalazł się już na drodze, wyszedł i powiedział, że dalej mogę już sam jechać. Zanim ruszył z miejsca, otworzył drzwi i wyszedł z samochodu, aby zobaczyć dokąd udał się nieznajomy, lecz pomimo wytężania wzroku, nikogo już nie było, postać rozpłynęła się w padającym śniegu. Czy to nie był anioł? – zapytał mnie znajomy. Czy wierzysz w istnienie aniołów? - pytał dalej.
W moim życiu słyszałem wiele podobnych opowiadań, lecz nie o tych wydarzeniach chcę teraz pisać, lecz o naszej reakcji na to, gdy Bóg czyni coś niezwykłego. Czy odbieramy to jako Bożą wskazówkę, aby dokonać zmiany, aby coś poprawić w swoim życiu? Mój znajomuy, sądzac po jego stylu życia, zbytnio się tym nie przejął, gdyż żył tak, jakgdyby Boga w ogóle nie było.
Ta historia przywiodła mi na pamięć pewne zdarzenia z życia Pana Jezusa. Miało to miejsce w rojonie, gdzie Chrystus dokonał najwięcej cudów. W północnej Galilei Pan Jezus wygłosił najważniejsze mowy, tam powołał uczniów, wysyłając ich do ludzi z ewangelią. Tam spotkali Jezusa uczniowie Jana Chrzciciela, który będąc w więzieniu, zaczął wątpić, czy to jest naprawdę Chrystus.
Pan Jezus zwrócił uwagę ludziom, którzy Go otaczali, że doświadczają czegoś szczególnego. Ich oczy mogą oglądać człowieka, o którym powiedział, że jest kimś więcej, niż prorokiem. Nawet, mówił dalej Jezus, „nie powstał z tych, którzy z niewiast się rodzą, większy od Jana Chrzciciela” (Mat. 11:11). Wtedy też, Jezus nazwał Jana Chrzciciela Eliaszem tych czasów, co z pewnością miało przypomnieć wielkie wydarzenie sprzed kilku wieków na górze Karmel, gdy prorok Eliasz wezwał cały naród, aby ludzie dokonali wyboru, kto jest ich Bogiem.
Pan Jezus odwołał się do pewnego zjawiska, jakie miało miejsce na codzień w izraelskich miasteczkach. Użył go jako obrazu ukazującego, że to pokolenie „podobne jest do dzieci, które siadają na rynku i wołają na swoich rówieśników i mówią: Graliśmy wam na flecie, a nie tańczyliście, śpiewaliśmy wam żałobne pieśni, a nie płakaliście” (Mat. 11:16). Dzisiaj, po dwóch tysiącach lat nasze dzieci nie grają w takie gry, dlatego nie rozumiemy tego przesłania tak, jak mogli je odebrać ludzie w czasach Jezusa.
Dzisiaj, gdy rodzice zajmują  się ważnymi sprawami i nie chcą, aby ich dzieci im przeszkadzały, włączają telewizor, grę komputerową albo dają do ręki tablet, i mają spokój. W tamtym czasie, dzieci bawiły się bardziej naturalnie, bawiły się w to, co robią dorośli. Najbardziej powszechnymi wydarzeniami społecznymi, w jakich ludzie brali wspólny udział, były wesela i pogrzeby. Uczestniczenie w tych wydarzeniach było prawie że obowiązkowe, nie wysyłano wówczas zaproszeń, jak to czynimy obecnie. Dlatego dzieci najczęściej bawiły się w wesela i pogrzeby, naśladując dorosłych. Na weselach przeważała wesoła muzyka, dlatego dzieci grały na instrumentach, zachęcajac innych do zabawy i tańca. Gdy bawiły się w pogrzeb, śpiewały żałobne pieśni, aby wywołać płacz, jaki zwykle słyszy się w czasie tych uroczystości.
Pan Jezus zwrócił uwagę, że jak w czasie zabawy dzieci, ich gra powinna wywołać określone reakcje, których niestety, nie mógł zaobserwować u ludzi Jego pokolenia. Pomimo wielu cudów i słów głoszonych w mocy Ducha Świętego, ludzie zamiast pokuty i nawrócenia do Boga, potraktowali Jana Chrzciciela jak opętanego, mówiąc, że ma demona, a Syna Człowieczego nazwali pijakiem i żarłokiem. Rozumiemy również słowa Pana Jezusa, który jest prawdziwą światłością, że „ludzie bardziej umiłowali ciemność, bo ich uczynki były złe, każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światłości i nie zbliża się do światłości, aby nie ujawniono jego uczynków” (Jan 3:19).
Myślę, że spotykamy się niejednokrotnie z podobną reakcją ludzi na zwiastowanie ewangleii w naszych czasach. Ludzie bardziej zwracają swoją uwagę na zjawiska zewnętrzne, na przykład na to, że w kaplicy nie ma świeczek i ołtarzy, a nie na treść zwiastowanego Słowa Bożego. Przestrogę przed obojętnością możemy odebrać w odwołaniu się Pana Jezusa do innych wydarzeń z historii ludzkości. Wyrok, jaki wydał na obojętność mieszkańców miasteczek, w których dokonał wielu cudów, był przerażający, gdyż, jak powiedział: „gdyby się w Sodomie dokonały te cuda, które się stały u ciebie, stałaby jeszcze po dzień dzisiejszy” (Mat. 11:23). Dalsze słowa są naprawdę godne uwagi – „Lżej będzie ziemi sodomskiej w dniu sądu aniżeli tobie” (w. 24).
Lecz jest i druga strona tej kwestii, a mianowice przyczyną braku właściwych reakcji u ludzi, jacy nas otaczają, może być niezbyt czytelne świadectwo, jakie wydaje nasze życie. Przyczyną braku odzewu na ewangelię może być też brak żywego Słowa w zwiastowaniu, w którym jest więcej plew niż ziarna.
Apostoł Paweł, w prawdzie miał bezpośrednio na uwadze nieco inne zagadnienie z życia kościoła, to można dopatrzyć się podobieństwa, gdyż odwołał się do gry instrumentów. Pisał do koryntian, że „gdyby trąba wydała głos niewyraźny, któż by się gotował do boju?” (1 Kor. 14:8). Myślę, że podobnie jest z naszym świadectwem, jeśli nie wskazuje wyraźnie na Chrystusa, ludzie nie zrozumieją na czym tak naprawdę polega zbawienie.
Jedynym celem, jaki Chrystus wyznaczył Kościołowi, który jest Jego Ciałem, jest wezwanie wszystkich do pokuty i szczerego nawrócenia się do Boga, który „nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania” (2 Ptr. 3:9). Dlatego Pan Jezus wyposażył Swoich, w najbardziej skuteczną rzecz, jaka może wywołać u ludzi zainteresowanie i pragnienie Boga. Jezus powiedział: „Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali” (Jan 13:34). Jedynie miłość, jaką nam okazał Pan Jezus, może wywołać pragnienie u ludzi wszystkich pokoleń, aby szukały Pana. Jest to jedyny znak, jaki został dany chrześcijaństwu, aby wydało świadectwo o Zbawicielu – „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie” (w. 35).
Jeśli tego znaku brakuje, to całe nasze życie, nasza pobożność i religijna gra, na nic się nie przyda, jest daremna.
Henryk Hukisz

Sunday, September 29, 2013

Wieloryb we wnętrzu Jonasza



 Oczywiście, że to jest niemożliwe w świecie realnym. Każdy czytelnik Biblii wie, że było odwrotnie, to Jonasz znalazł się we wnętrznościach wieloryba. Czy jednak wszyscy w to wierzą? Z pewnością spotkaliśmy sceptyków mówiących, że to tylko taki obraz, że w rzeczywistości to się nie wydarzyło.
Mój ojciec był prostym człowiekiem, czytał Biblię i wierzył we wszystko, co w niej jest napisane. Pewnego razu spotkał go człowiek uczony i postanowił zakpić z wiary mego ojca. Powiedział, że z naukowego punktu widzenia jest niemożliwe, aby wielka ryba, tak jak jest napisane w Biblii, połknęła całego człowieka, który później przez trzy dni mógłby przebywać w jej wnętrzu. To jest bzdura, jak można w takie rzeczy wierzyć, przekonywał mego ojca. Ja, mając wówczas nieco ponad dziesięć lat, z uwagą przysłuchiwałem się tej rozmowie. Pomyśłałem sobie, ciekawe jak sobie teraz tata z tym poradzi, przecież nie posiada odpowiedniego wykształcenia, aby wytłumaczyć dlaczego tak wierzy.
Tata, po chwili namysłu powiedział: „Wie pan co, ja wierzę we wszystko co jest napisane w Biblii, ponieważ jest ona Słowem Bożym. Gdyby - kontynuował tata - było napisane, że Jonasz połknął wieloryba, to też bym w to uwierzył.” Byłem dumny ze swego ojca.
Po latach, gdy miałem już osobistą relację z Bogiem, opartą na Chrystusie, moim Panu i Zbawicielu, nieraz przypominałem sobie to wydarzenie.  Zawsze gdy czytam swoją Biblię, wierzę we wszystko, co w niej się znajduje, nawet jeśli nie wszystko jeszcze pojmuję, to jednak wierzę w biblijne prawdy, ponieważ są natchnionym Słowem Bożym.
Dlaczego jednak wielu ludzi ma problem z zaakceptowaniem prawd bibilinych? Pomimo tego, że wierzą w to, iż Pismo Święte jest Bożą księgą, to nie uznają wszystkiego co zawiera. Myślę, że największym problemem jest to, że starają się przyjmować biblijne prawdy przez pryzmat własnego zrozumienia. Jeśli coś, o czym czytają, nie pasuje do przyjętego już pojęcia, szukają różnych powodów, aby nie uznać tej prawdy, tak jak jest zapisana. A to język jest obrazowy, to tłumaczenie jest niedokładne, albo znajdują tysiące innych powodów, aby nie uwierzyć. Gotowi są raczej prowadzić nieskończone dyskusje, aby dowieść swojej prawdy, niż uznać Bożą prawdę
Nasz stosunek do Biblii nie może być obojętny, musimy wierzyć jeśli nazywamy się wierzącymi. Obawiam się, że wielu czytelników Biblii, tak naprawdę nie wierzy Bogu, gdyż Jego wersja prawd biblijnych im nie odpowiada. Czy w takiej sytuacji można w ogóle mówić o tym, że ktoś jest wierzącym, jeśli nie przyjmuje Bożych prawd? Tak łatwo jest wpaść w pułapkę „badacza” Pism, z jakimi spotykał się Pan Jezus.
Chrystus mówił otwarcie o Swojej zależności od Ojca. Chociaż był Bogiem, będąc również w pełni człowiekiem, powiedział o sobie: „nie może Syn sam od siebie nic czynić, tylko to, co widzi, że Ojciec czyni; co bowiem On czyni, to samo i Syn czyni” (Jan 5:19).  Znam wielu pilnych „badaczy” Pisma Świętego, którzy na tej podstawie wierzą, że Jezus nie był Bogiem. Zgodnie z naszą logiką, oznacza to, że był mniejszy od Ojca, lecz On sam powiedział, że „Ja i Ojciec, jedno jesteśmy” (Jan 10:30). Jak to pojąć? Naszym rozumem z pewnoscią nie potrafimy, lecz wiarą możemy uznać tę podstawową prawdę o Panu Jezusie.
W czasach Jezusa było wielu znawców Pism, nawet nazywano ich „uczonymi w Piśmie”, lecz tak naprawdę, oni nie wierzyli w to, czego nauczał Pan Jezus. Kiedy Chrystus powiedział: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, kto słucha słowa mego i wierzy temu, który mnie posłał, ma żywot wieczny i nie stanie przed sądem, lecz przeszedł ze śmierci do żywota” (Jan. 5:24). Zaraz, zaraz, wołali ci znawcy Zakonu, przecież my spędzamy większość czasu na czytaniu i badaniu Pism, czy sprawy mają się właściwie. Wówczas Jezus wypowiedział swoją opinię o nich: „Badacie Pisma, bo sądzicie, że macie w nich żywot wieczny; a one składają świadectwo o mnie” (Jan 5:39). Życie wieczne posiada się na podstawie bezgranicznej wiary i zaufania Bożym prawdom, a nie znajomości Pism. Jedyną drogą do Boga jest Chrystus, dlatego On zaprasza wszystkich do Siebie, aby móc ich doprowadzić do Ojca. „Badacze” Pism wolą jednak pozostać przy swoim badaniu, dlatego Jezus rzekł: „ale mimo to do mnie przyjść nie chcecie, aby mieć żywot” (Jan 5:40).
W ubiegłym roku pisałem o zachowaniu właściwego szacunku do Biblii, która jest Słowem Bożym (Rozbiór Słowa). Osobiście staram się zawsze uznawać wyższość treści bibijnej nad wszelką inna treścią. Jednym z wyraźniejszych przykładów na to, że nasze zrozumienie i przyjęcie prawd biblijnych napotyka na trudności, jest kwestia uznania faktu, iż Bóg jest Stworzycielem wszytkiego co istnieje. Nauka o przyrodzie, jako jeden z podstawowych przedmiotów nauczania w szkołach, spowodowała tak wielkie uprzedzenie do prawdy objawionej w Biblii, że większość wierzących nie ma problemu z uznaniem teori ewolucji. Ktoś powie - po co robić sobie problem, skoro można sprawę pogodzić uznając, że Bóg stworzył świat na drodze ewolucji. „Wilk syty i koza cała” mówi znane przysłowie. Czy rzeczywiście?
W prawdzie w Biblii nie jest napisane, że Jonasz połknął wieloryba, lecz znajdziemy wiele innych prawd, jak np. „A synowie izraelscy szli środkiem morza po suchym gruncie, wody zaś były im jakby murem po ich prawej i lewej stronie” (2 Moj. 14:22), albo – „powiedział Jozue do Pana wobec Izraela:Słońce, zatrzymaj się w Gibeonie, A ty, księżycu, w dolinie Ajalon! I zatrzymało się słońce, i stanął księżyc, dopóki naród nie zemścił się na swoich nieprzyjaciołach” (Joz. 10:12,13). Takich przykładów świadczących, że treść Biblii nie idzie w parze z powszechną nauką jest dużo więcej.
Tak, zgoda, powiedzą „badacze” Pism, to należy rozumieć obrazowo, bo w rzeczywistości jest to niemożliwe. Biblijna prawda o wiecznym potępieniu, jest też jedynie obrazem. Bóg jest przecież miłością, dlatego nie może męczyć na wieki biednych grzeszników. Dobrze, powiem, w takim więc razie prawda o śmierci i zmartwychwstaniu, też może być rozumiana jako pewnien obraz. No nie, mówią „badacze”, to są fakty, natomiast wieczne potępienie należy do rzeczy przyszłych, które w Biblii są przedstawione obrazowo. Przecież cała Księga Objawienia jest jedną wielką alegorią, a tam jest napisane najwięcej o rzeczach, które dopiero będą się działy.
Jezus powiedział, stając przed grobem Łazarza: „Jam jest zmarwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (Jan 11:25).  W Księdze Objawienia czytamy natomiast, że w przyszłości Bóg „otrze wszelką łzę z oczu ich, i śmierci już nie będzie” (Obj. 20:4), tak więc w wieczności już nic nie będzie, ani śmierci, ani piekła, ani życia wiecznego. Do takiego wniosku można dojść, jeśli będzie się jedynie badać Pisma, a nie wierzyć i przyjmować to, co powiedział Bóg.
Dwaj uczniowie Jezusa, zaraz po Jego ukrzyżowaniu, ogarnięci rozpaczą, że nie stało się tak, jak się spodziewali, w drodze do Emaus spotkali Mistrza. Pan Jezus w wielkiej trosce o to, aby byli w stanie wierzyć i przyjmować Słowo Boże, „wykładał im, co o nim było napisane we wszystkich Pismach” (Łuk. 24:27). Bez tego, sami nie byliby w stanie pojąć o co chodzi z tym ukrzyżowaniem i zmartwychwstaniem.
Jezus powiedział, że my również, sami nie pojmiemy ani nie uwierzymy, jeśli nie posłuchamy Tego, „którego Ojciec pośle w imieniu moim, nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem” (Jan 14:26). To, co sami potrafimy, to dobrze pobłądzić, jak owca, która nie słucha głosu swego Pasterza.
Henryk Hukisz