Wednesday, November 13, 2013

Być prawdziwie odważnym


W kraju, w którym mieszkałem dość długo, ukształtowane zostało pojęcie, że można stać się bogatym i podziwianym dzięki odwadze, która potrzebna jest do osiągana sukcesów. Dlatego też bohaterowie sportu, celebryci i biznesmeni muszą posiadać wielomilionowe wille, a najlepiej kilka a w garażu, co najmniej Cadillaca lub też kilka.

Niedawno pisałem też na temat odnoszenia sukcesów w życiu chrześcijanina (Sukces w drodze do celu). Teraz chciałbym zwrócić uwagę na wewnętrzna postawę człowieka wierzącego, jaką jest też odwaga  lecz zupełnie inna, niż rozumie się ją w znaczeniu ogólnym.
Najczęściej jednak słyszy się o tym, że należy wyzwolić w siebie drzemiący potencjał, dzięki jakiemu odniesiemy niesamowite sukcesy. W takiej sytuacji moja Biblia sama otwiera się na Psalmie 73-cim, gdzie znajduje Boże pouczenie na temat stawania się odważnym.
Psalmista Asaf myślał podobnie, jak wielu współczesnych nam zdobywcom wielkich sukcesów, gdyż wyznał: „zazdrościłem zuchwałym, widząc pomyślność bezbożnych” (Ps. 73:3). Oryginalne hebrajskie słówko „zuchwały” może być przetłumaczone współcześnie jako „celebryt”, czyli ktoś, kto przechwala się swoimi sukcesami. Psalmista podzielił się swoimi przemyśleniami z nami, aby ostrzec przed wpadnięciem w pułapkę, jaką jest chęć naśladowania ludzi zdobywających wielkie fortuny w świecie. Pisał z obawą, że „lud mój zwraca się do nich i nagannego nic w nich nie znajduje” (w. 10). Dlatego też otwarcie mówiono o nich: „zawsze szczęśliwi, gromadzący bogactwa” (w. 12).
Oddanie miejsca w swoich pragnieniach takim myślom może doprowadzić do niebezpiecznych wniosków – „Czy więc na próżno w czystości zachowywałem serce moje i w niewinności obmywałem ręce moje?” (w. 13). Skoro inni mogą dojść do takich sukcesów, mieć wspaniałe życie wśród bogactw i być podziwianymi przez resztę społeczeństwa, dlaczego ja nie miałbym spróbować osiągnąć tego samego?
Psalmista wyjaśnia dalej w tym Psalmie, jak wygląda prawdziwy obraz ówczesnych celebrytów, jaki można zobaczyć jedynie w świetle Bożego objawienia. Dlatego napisał wyraźnie – „Zaprawdę, stawiasz ich na śliskim gruncie, strącasz ich w zagładę. Jakże nagle niszczeją, znikają, giną z przerażenia” (Ps. 73:18,19). Po tym wyznaniu poczuł się zawstydzony przed Panem i określił siebie dosadnymi słowami: „Byłem głupi i nierozumny, byłem jak zwierzę przed tobą” (w. 22).
Uważam, że prawdziwą odwagą, na jaką zdobył się Asaf dzięki olśnieniu, jakie otrzymał po zbliżeniu się do Pana, było przyznanie się do błędnego poszukiwania szczęścia tam, gdzie go nie ma. Wystarczy zajrzeć do historii narodu Bożego, aby zobaczyć prawdziwie odważnych ludzi. Nie ma potrzeby szukać ich w tym świecie, który kieruje się swoimi regułami, na pewno nie Bożą inspiracją. Dlatego dziwi mnie gdy widzę, jak chrześcijańscy nauczyciele nawołują do poszukiwania wzorców wśród tych, którzy odważyli się zdobyć coś w tym świecie.
Wśród wielu bohaterów biblijnych, najbardziej widoczny przykład prawdziwej odwagi mogę zobaczyć u Jozuego. Bóg przewidział, że tym mężem, który wprowadzi Izraela do Ziemi Obiecanej, będzie właśnie Jozue. Spotykamy go już dużo wcześniej, gdy Mojżesz stał na wzgórzu z podniesionymi rękoma w geście zwycięstwa. Wówczas to „pobił Jozue Amalekitów i ich lud” (2 Moj. 17:13). Później, gdy Bóg postanowił pokazać ziemię, do której prowadził Swój naród, wśród dwunastu zwiadowców był Jozue. Jedynie on i Kaleb złożyli  pozytywne świadectwo wyrażające ufność w Bożą moc i Jego ochronę – „Jeżeli Pan ma w nas upodobanie, to wprowadzi nas do tej ziemi i da nam tę ziemię, która opływa w mleko i miód” (4 Moj. 14:8). Dlatego, gdy cały naród znalazł się w pobliżu Kanananu, tak że na własne oczy mogli go zobaczyć, Mojżesz powiedział do Jozuego, wobec całego narodu: „Bądź mocny, bądź odważny, gdyż ty wejdziesz z tym ludem do ziemi, którą Pan przysiągł dać ich ojcom, i ty im ją oddasz w dziedziczne posiadanie” (5 Moj. 31:7).
Jozue stał się najlepszym wzorem odwagi, jaką zaleca sam Bóg. Bez względu na czas, obowiązuje ta sama reguła – „Pan sam pójdzie przed tobą i będzie z tobą. Nie zawiedzie i nie opuści cię; nie bój się więc i nie trwóż się!” (w. 8). Przez wszystkie wieki Bożego działania w tym narodzie, Pan dawał zwycięstwo tym, którzy mieli odwagę stanąć po Jego stronie. Widzimy proroków, którzy odważnie wypowiadali Boże sądy nad tym narodem, chociaż wiedzieli, jaką cenę będą musieli za to zapłacić. Boża obecność i posłuszeństwo Jego sług wytworzyło najlepszy wzorzec do naśladowania przez ludzi, którzy chcą być odważni w Bogu, a nie spolegać na swoim potencjale.
Apostołowie, pozostawienie na ziemi z olbrzymim zadaniem, jakie wykraczało poza wszelkie ludzkie możliwości, wiedzieli, że Bóg jest dla nich jedynym źródłem odwagi. Dlatego, gdy spotkała ich naturalna reakcja ze strony Bożych przeciwników, gdy za uzdrowienie chromego w imieniu Jezusa zostali wtrąceni do lochu, liczyli jedynie na Bożą pomoc, a nie na siebie samych. W tym świecie odwagę rozumie się jako podjęcie ryzyka w obliczu niebezpieczeństwa, licząc na siebie samego. Natomiast w Bożym  Królestwie, nie ma żadnego ryzyka, gdyż całą ufność pokłada się we wszechmogącym Bogu.
Apostołowie w sytuacji, gdy groziło im kolejne uwięzienie, zwrócili się w modlitwie do Boga. Z ludzkiego punktu widzenia, modlitwa jest oznaką słabości, gdyż jest prośbą o pomoc. Człowiek odważny nie poniży się do tego, aby prosić o pomoc, musi raczej wykazać się odwagą i walczyć sam. Chrześcijańska odwaga opiera się na wyższej sile, na mocy Ducha Świętego. Oryginalne greckie słówko „parrhesia” znaczy bardziej szczerość i zaufanie, niż odwołanie się do własnych możliwości. Piotr i Jan wraz z całym zborem osób wierzących wołali w modlitwie: „Panie, spójrz na pogróżki ich i dozwól sługom twoim, aby głosili z całą odwagą Słowo twoje, gdy Ty wyciągasz rękę, aby uzdrawiać i aby się działy znaki i cuda przez imię świętego Syna twego, Jezusa” (Dz.Ap. 4:29,30).
Apostoł Paweł również szukał Bożej mocy, aby pomimo różnych przeszkód, odważnie zwiastować ewangelię. Wiedział, że jedynie łaska Boża może obdarować go taką zdolnością. Dlatego zostawił dla nas wszystkich osobiste świadectwo, mówiąc: „albowiem kiedy jestem słaby, wtedy jestem mocny” (2 Kor. 12:10). Uczniowie w pierwszych dniach zwiastowania ewangelii mieli Bożą odwagę, jakiej chętnie udzielił im Pan. Dlatego po skończonej modlitwie wstali i „napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i głosili z odwagą Słowo Boże” (Dz.Ap. 4:31).
Szczególny rodzaj odwagi okażemy w momencie, gdy Pan Jezus przyprowadzi nas przed oblicze Ojca, i powie, że to są ci, którzy Jemu zaufali. Apostoł Jan pisze o tej odwadze, używając tego samego słówka. W naszym przekładzie zostało ono oddane jako „ufność”. Jan wskazuje na źródło tej odwagi, jakim jest serce oczyszczone krwią Bożego Baranka – „Umiłowani, jeżeli nas serce nie oskarża, możemy śmiało (odważnie) stanąć przed Bogiem” (1 Jan 3:21). Aby tę odwagę zachować, potrzebne jest codzienne ćwiczenie doskonałej miłości, gdyż apostoł pisze dalej: „W tym miłość do nas doszła do doskonałości, że możemy mieć niezachwianą ufność (odwagę) w dzień sądu, gdyż jaki On jest, tacy i my jesteśmy na tym świecie” (1 Jan 4:17).
O takiej odwadze świat nie ma nawet pojęcia, więc dlaczego mamy wzorować się na ludziach odważnych w świecie?
Henryk Hukisz

Monday, November 11, 2013

Czy o "take Polske" chodzi?



 Trudno w dniu, o jaki walczono w Polsce powojennej nie pisać, gdy światowe media przekazują niepokojące informacje o sposobie świętowania niepodległości. Jestem Polakiem gdyż urodziłem się w polskiej rodzinie i na polskiej ziemi. Chociaż z daleka, lecz przy współczesnych środkach przekazu informacji, można uczestniczyć w wydarzeniach na dowolnym miejscu na ziemi. Dziś, od samego rana zaglądałem na strony internetowe z Polski, i powiem szczerze, że wstydzę się z powodu braku władzy w moim kraju.
Niepodległość jest wartością podstawową dla istnienia narodu. W czasie, gdy nadal na świecie jest wiele krajów, których mieszkańcy nie wiedzą, co to znaczy wolność i demokracja, w Polsce, w samym centrum nowoczesnej Europy, tłum ludzi opanowuje ulice miasta stołecznego, niszczy ambasadę obcego kraju, używa polskich flag do robienia zadymy w najgorszym tego słowa znaczeniu.
Czy ja, będąc nauczycielem Słowa Bożego, powinienem pisać o wydarzeniach politycznych? Sądzę, że jak najbardziej. Pewnego razu do Pana Jezusa podeszli ludzie, i zapytali, „Czy godzi się nam płacić podatek cesarzowi, czy nie?” (Łuk. 20:22). Wiemy, że zapytano o to Pana w celu sprowokowania Go do niepoprawnej politycznie odpowiedzi. Przecież rzymianie byli okupantami w Izraelu, więc każdy spodziewał się, że Jezus poprze ówczesnych „narodowców”.
Odpowiedź pana Jezusa przeszła do historii, tak, że dzisiaj znają ją nawet najzagorzalsi ateiści. Odwołanie się do podobizny cesarza było tak przekonywujące, że gdy prowokatorzy „nie zdołali go złapać na słowie przed ludem, a nie mogąc wyjść z podziwu nad jego odpowiedzią, zamilkli” (w. 26).
Myślę, ze przebywający w tym czasie w Jerozolimie faryzeusz imieniem Saul, znał tę szokująca w swej prostocie odpowiedź Chrystusa. Dlatego, później, już jako apostoł Paweł, nauczał ludzi wierzących w Jezusa, że „nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione” (Rzym. 13:1). A przecież, izraelici nadal znajdowali się pod panowaniem okupanta. Jak więc można było napisać coś tak niepoprawnego, jak przyznanie Bożego ustanowienia dla każdej władzy? Sam apostoł nie miał skrupułów przyznać się do posiadania obywatelstwa rzymskiego i odwołać się do prawa tego kraju, aby znaleźć obronę przed atakującymi go ciągle przywódcami religijnymi.
Paweł wyjaśnia, że Bóg „z jednego pnia wywiódł też wszystkie narody ludzkie, aby mieszkały na całym obszarze ziemi, ustanowiwszy dla nich wyznaczone okresy czasu i granice ich zamieszkania(DzAp. 17:26). Zgodnie z tą teorią, władza ustanowiona w każdym narodzie ma określony przez Boga cel – „Rządzący bowiem nie są postrachem dla tych, którzy pełnią dobre uczynki, lecz dla tych, którzy pełnią złe. Chcesz się nie bać władzy? Czyń dobrze, a będziesz miał od niej pochwałę; jest ona bowiem na służbie u Boga, tobie ku dobremu” (Rzym. 13:3,4). Tym dobrem, nad jakim ma czuwać ustanowiona przez Boga władza, jest moje osobiste bezpieczeństwo. Jeśli stosuję się do prawa, jakie obowiązuje w moim kraju, to władza nie jest dla mnie postrachem. Nie musze płacić mandatów, jeśli przestrzegam przepisy o ruchu drogowym. Apostoł uwrażliwia wierzących, że ich uległość wobec władzy ma wypływać „nie tylko z obawy przed gniewem, lecz także ze względu na sumienie” (w. 5).
Paweł wiedział, że Boże ustanowienie władzy nie dotyczy tylko jego narodu, lecz w każdym kraju i na każdej wyspie, Gdy pisał do Tytusa, któremu nakazał uporządkować pewne sprawy wewnątrz kościoła na Krecie, zwracał uwagę również i na relacje zewnętrzne. Nakazał Tytusowi, aby przypominał w kościele, „aby zwierzchnościom i władzom poddani i posłuszni byli, gotowi do wszelkiego dobrego uczynku, aby o nikim źle nie mówili, nie byli kłótliwi, ale ustępliwi, okazujący wszelką łagodność wszystkim ludziom” (Tyt. 3:1,2).
Wiem, że przesłanie mojego bloga nie trafia do tych, którzy zajmują się organizowaniem „zadym” tego pokroju, jakie dzisiaj musiałem oglądać na polskich portalach. Jednak nieraz z niepokojem obserwuję, że wśród wierzących w Pana Jezusa, przewija się idea buntu wobec władzy. Ja uwierzyłem i zostałem duchowo ukształtowany w czasie tzw. „Polski komunistycznej”, jak to dzisiaj często się mówi o minionym okresie zależności od ZSRR. Jednak nigdy nie miałem problemów z ówczesną władzą, ponieważ znałem biblijną naukę na ten temat. Wierzę, że Bóg w Swoim planie miał ustalone już wcześniej wydarzenia dotyczące Polski, jakich byliśmy świadkami w minionym trzydziestoleciu. Dlatego z wdzięcznością mogę dziś myśleć o niepodległości mojego kraju, lecz ze smutkiem  muszę obserwować fakt wykorzystywania święta narodowego przez tych, którzy szukają jedynie okazji do rozróby, gdyż wyższych celów nie są w stanie zrozumieć.
Kończąc musze dodać dla jasności sprawy, że istnieje biblijna granica posłuszeństwa wobec władzy. Apostołowie już na samym początku istnienia Kościoła musieli zdecydować się, kogo mają słuchać w pierwszej kolejności, gdy zabraniano im mówić i nauczać w imieniu Jezusa – „Czy słuszna to rzecz w obliczu Boga raczej was słuchać aniżeli Boga, sami osądźcie” (DzAp. 4:19).
Lecz dzisiaj w Warszawie nie o to chodziło.
Henryk Hukisz

Sunday, November 10, 2013

Chrześcijanin w muzeum


Z dużym zainteresowaniem obejrzałem jakiś czas temu na kanale telewizyjnym program o polskiej Syrence. Zapamiętałem go, ponieważ program był angielski i dotyczył oryginalnie polskiego „z krwi i kości” samochodu. Przypomniałem sobie przy okazji, że ponad pół wieku temu, siedziałem za kierownicą takiego auta z tablicą „Nauka jazdy”.
Redaktor programu „Wheeler Dealers” wybrał się do Polski, aby odszukać i kupić ten jedyny oryginalnie polski samochód, czyli Syrenkę. Postanowił ją bowiem odrestaurować i sprzedać z zyskiem w swoim kraju. Po chwili poszukiwania, znalazł odpowiedni model wystawiony do sprzedaży, utargował cenę i przetransportował go do Wielkiej Brytanii. W specjalistycznym warsztacie samochodowym, Syrence 105L przywrócono młodość tak, że uzyskała sprawność lepszą, niż posiadała w chwili gdy zjeżdżała z taśmy fabrycznej. Odrestaurowane autko została pomalowane w polskie barwy narodowe, aby dodatkowo wzbudzić zainteresowanie, gdyż jak mówił pomysłodawca całej sprawy, po jego stronie Kanału La Manche, łatwiej jest spotkać Lombargini, niż Syrenkę. Nawet polski konsul w Londynie zainteresował się odrestaurowanym autem i został przewieziony lśniącą nowym lakierem Syrenką po ulicach brytyjskiej stolicy.
Kiedy zobaczyłem, że polską Syrenę 105 L kupiła właścicielka muzeum samochodowego w Lincolnshire, pomyślałem sobie, po co wydano na remont silnika, skrzyni biegów, zawieszenia i układu kierowniczego trzykrotnie więcej, niż ten samochód kosztował, skoro ma być jedynie eksponatem w muzeum. Przecież, skoro tym samochodem już nikt nie będzie jeździć, wystarczyłoby ją zrewitalizować, dając nowy lakier na zewnątrz, i co najwyżej odnowić tapicerkę, zderzaki i kołpaki.
Pewna refleksja, dlaczego tak się stało, przyszła w czasie rozważania Słowa Bożego o naszym zbawieniu.
Zbawienie, jakie zostało nam oferowane, jest doskonałym dziełem Bożym, i jest oparte na całkowitej ofierze, jaką Chrystus złożył dwa tysiące lat temu na krzyżu. Żadne w tym odkrycie, gdyż do tego, co Bóg dla nas uczynił w Swoim Synu, już niczego dodać nie można. Jak czytamy w Słowie Bożym, zostaliśmy „usprawiedliwieni darmo, Jego łaską, przez odkupienie w Jezusie Chrystusie. Jego to Bóg ustanowił narzędziem przebłagania przez wiarę, dzięki Jego krwi, żeby okazać Swoją sprawiedliwość przez odpuszczenie grzechów, które zaistniały wcześniej, w czasie pobłażliwości Boga, i żeby okazać Swoją sprawiedliwość teraz, w tym czasie, aby okazało się, że On sam jest sprawiedliwy i usprawiedliwia tego, kto wierzy w Jezusa” (Rzym. 3:24-26). Tak więc, przez wiarę w Jezusa, zostajemy odkupieni, i odnowieni, czyli zregenerowani do stanu pełnej sprawności. Tak jak samochód stworzony jest po to, aby mógł jeździć, tak i my zostaliśmy odnowieni do stanu, jaki Bóg przewidział dla człowieka w momencie, gdy go stworzył. Celem Bożym jest doprowadzenie nas do takiego stanu, abyśmy służyli dla Niego i chodzili (jeździli) w nowości życia, oddając Mu wiekuistą chwałę.
Pan Jezus w rozmowie z niewiastą Samarytańską na temat prawdziwej czci, jaką winniśmy oddawać Stwórcy, powiedział wyraźnie, że „Bóg jest duchem, a ci, którzy mu cześć oddają, winni mu ją oddawać w duchu i w prawdzie” (Jan 4:24), dlatego „Ojciec takich szuka, którzy by mu tak cześć oddawali” (w. 23). I o to chodzi w zregenerowaniu nas do stanu pełnej przydatności, abyśmy mogli teraz oddawać Ojcu cześć, tak, jak On tego oczekuje od Swego stworzenia.
Wiemy również, że oddawanie czci Bogu nie polega jedynie na śpiewaniu nabożnych pieśni. Tego może nauczyć się każdy, lecz wówczas śpiewać będą jedynie usta, a nie serce. Bóg oczekuje od nas, że będziemy oddawać Mu część całym naszym życiem, codziennym postępowaniem. A to wymaga już od nas większego zaangażowania, niż być tylko zregenerowanym. Bóg nie przeznaczył nad do tego, abyśmy stali się błyszczącymi blaskiem odnowienia eksponatami muzealnymi, lecz abyśmy będąc zdolnymi żyć nowym życiem, wyjechali na ulice tego świata i dali się prowadzić Bożemu Duchowi.
Tak, to prawda, że w czasie jazdy samochód może ulec kolizji. Na lśniącym lakierze mogą pojawić się zadrapania i plamy. Przeznaczeniem samochodu jest ulica, nie muzeum. Tak samo musimy pamiętać, że nasze miejsce jest w tym świecie a nie w muzeum. Jezus to przewidział, dlatego też modlił się do Ojca o nas – „Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, lecz abyś ich ustrzegł od złego” (Jan 17:15). 
Bóg, który jest światłością, przewidział, że „jeśli natomiast chodzimy w światłości, podobnie jak On jest w światłości, to trwamy we wspólnocie z sobą, a krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu” (1 Jan 1:7). Jeśli w tym świecie zabrudzimy odnowioną szatę sprawiedliwości, to mamy wspaniałą możliwość daną nam przez samego Chrystusa, że „jeśli wyznajemy nasze grzechy, to Bóg, który jest wierny i sprawiedliwy, odpuści nam grzechy i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (w. 9).
Lecz niestety, wielu chrześcijan, aby nie stracić blasku odnowienia, ucieka do muzeum. Nasze zbawienie nie polega na tym, aby przeczekać całe swoje życie do momentu odejścia z tej ziemi w jakimś kościelnym muzeum. Bóg zapłacił niewyobrażalnie wysoką cenę po to, abyśmy w tym ciemnym świecie stali się Jego światłością. Tylko w takich okolicznościach możemy doświadczyć tego, co mamy zapewnione w Jezusie, że „światłość świeci w ciemności i ciemność jej nie ogarnęła” (Jan 1:5).
W blasku muzealnych reflektorów, nigdy nie staniemy się światłością Bożą, którą inni będą mogli zobaczyć, lecz stanie się to tylko wówczas, gdy "wyjedziemy" na ulice tego ciemnego świata. Skoro zostaliśmy w pełni zregenerowani do nowego życia, a nie jedynie zrewitalizowani, przez zewnętrzne odmalowanie, bądźmy tam, gdzie Bóg nas posyła. Przypomnę polecenie Pana Jezusa - "Oto Ja posyłam was jak owce między wilki" (Mat. 10:16).
Henryk Hukisz

Friday, November 8, 2013

Moc manipulacji


 Myślę, że każdemu kierowcy, gdy stał na czerwonym świetle, jadąc na wprost przez wielopasmowe skrzyżowanie, zdarzyło się nieświadomie przestawić nogę na pedał gazu, gdy kątem oka zobaczył zielony kolor strzałki wskazującej jazdę w lewo, zanim zapaliło się zielone światło na wprost. Dzieje się tak, ponieważ nasza podświadomość reaguje na kolor uprawniający do jazdy, natomiast świadomość jazdy na wprost każe czekać, aż zapali się to światło, które pozwala jechać w tym kierunku.
Nasz mózg składa się z dwóch integralnych części, świadomej i podświadomej. Tą naturalną zdolność podejmowania decyzji w wyniku działania bodźców na tę właśnie sferę naszego umysłu wykorzystują reklamy, agenci ubezpieczeniowi, specjaliści od nakłaniania nas do podjęcia decyzji, które dopiero po świadomym namyśle okazują się niezbyt dla nas korzystne. W tej części naszego umysłu przechowywane są dobrze wyuczone umiejętności, które prowadzą do decyzji, których konsekwencje poznajemy dzięki świadomym zdolnościom. Lecz najczęściej jest już za późno, ponieważ złożyliśmy podpis, za którym kryją się konsekwencje, jakie musimy później świadomie ponosić.
W obecnym świecie opanowanym przez ludzi pędzących do osiągania sukcesów za wszelka cenę, należy zdobyć jak najwyższy stopień przekonywania, zwany również perswazją. Agenci rynkowi szkolą się na fakultetach prowadzenia rozmów handlowych z wykorzystaniem wszelkich dostępnych technik manipulowania słowem, aby dotrzeć do ludzkiej podświadomości. Piszę o tym, ponieważ z niepokojem obserwuję jak współcześni kaznodzieje i nauczyciele biblijni stosują te same techniki w przekazywaniu słuchaczom swoich idei, nie zawsze biblijnych. Dla nich liczy się jedynie sukces polegający na zdobyciu słuchaczy i poklasku, który zapewnia im dalszy napływ nowych zwolenników ich nauk.
Religie i kulty posługują się takimi metodami od wieków. Ludzi można nauczyć wszystkiego, dzięki odpowiednim umiejętnościom, jakie stosują mówcy. Kilkadziesiąt lat temu, gdy chrześcijaństwo zastało zagrożone przez promotorów nowego trendu zwanego powszechnie „New Age”, pojawił się materiał filmowy ukazujący reguły działania manipulatorów tego ruchu. Ich technika była prosta - dotrzeć do sfery podświadomości młodych umysłów, często zbuntowanych wobec tradycyjnych form pobożności. W atmosferze odpowiednio dobranych melodii, przy długotrwałym bombardowaniu słownym, umysły słuchaczy były gotowe podjąć każda decyzję, zadać sobie ból a nawet śmierć. Bawienie się podświadomością jest niebezpieczne, gdyż może doprowadzić do trwałych zmian w psychice człowieka, nie mówiąc o pogrążeniu się w praktykach okultystycznych.
Pisałem już wcześniej o dość łatwo akceptowanym w wielu zborach nauczaniu o konieczności uwalniania od przekleństw i demonicznego opętania ludzi odkupionych krwią Chrystusa. Nie będę powtarzać mojego zrozumienia nauki biblijnej, która bardzo jednoznacznie pokazuje, że człowiek nowonarodzony jest wolny w Chrystusie, i będąc częścią Jego Ciała, jest niedostępny dla sił demonicznych. Przypomnę jedynie tytuły rozważań na ten temat – „Egzorcysta z certyfikatem” i „Uwalnianie wolnych”.
Obejrzałem niedawno materiał filmowy zrealizowany podczas seansu egzorcystycznego w jednym ze zborów, w którym prowadzona jest szkoła przygotowująca egzorcystów. Brzmi to trochę ja opowiadanie ze średniowiecza, lecz niestety, dzieje się to w dwudziestym pierwszym wieku. Cały seans trwa dużo ponad godzinę i polega na wytrwałym powtarzaniu za nauczycielem niekończących się modlitw. Słuchacze muszą wyznawać w formie osobistej spowiedzi swoje grzechy, muszą wyrzekać się mocy ciemności i praktyk okultystycznych, własnych i krewnych aż do dziesiątego pokolenia. Lista demonów, jakich wyrzekają się na komendę uczestnicy seansu ciągnie się przez kilkanaście minut, od lubieżności przez lenistwo do nieposłuszeństwa. Lektor dyktuje całą listę chorób, od raka do kataru włącznie, które jednogłośnie wszyscy uczestnicy gromią w sobie i w krewnych aż do dziesiątego pokolenia.
Po chwili słuchania tej pokazowej sesji jak praktykować egzorcyzmy, pomyślałem sobie, szkoda, że nie ma wśród nich Pana Jezusa, bo z pewnością, mógłby się wiele nauczyć. Przy tym co zobaczyłem w tym materiale filmowym, działalność Pana Jezusa opisana przez ewangelistów trąci amatorszczyzną. Tutaj dopiero widać fachowość w podejściu do zagadnienia.
Umysł ludzki może nauczyć się wielu rzeczy, może przyznać słuszność każdej teorii, jaką mu się podaje. Usta mogą powtarzać za nauczycielem każde słowo, lecz po ponadgodzinnym bombardowaniu słownym, nie sądzę, że świadoma część umysłu jest w stanie właściwie reagować Lecz Bóg zna się na sercach ludzkich i nie patrzy na to, co wypowiadają usta. Już w czasach proroka Izajasza, Pan powiedział o Izraelu: „Ponieważ ten lud zbliża się do mnie swoimi ustami i czci mnie swoimi wargami, a jego serce jest daleko ode mnie, tak że ich bojaźń przede mną jest wyuczonym przepisem ludzkim” (Izaj. 29:13).
Pan Jezus nie uprawiał wielomówstwa. Powtarzanie słów wyuczonych lub pod dyktando, nie świadczy o pragnieniu serca. Człowiek, jeśli czegoś chce, to mówi z serca, „Albowiem z obfitości serca mówią usta” (Mat. 12:34), powiedział Pan Jezus, i takie słowa z pewnością podobają Mu się bardziej, niż klepane na komendę.
Apostoł Paweł był kaznodzieją Słowa, które działało w mocy Ducha Świętego, a nie dzięki manipulacji. Pisząc list do wierzących w Tesalonikach, zwracał im uwagę na te właściwość Słowa Bożego, gdyż jedynie moc Boża mogła obdarzyć ich wolnością, jaką otrzymali z łaski a nie pod wpływem powtarzanych modlitw. Ewangelia zwiastowana od samego początku w Kościele Jezusa Chrystusa, tym się charakteryzowała, że przekonywała słuchaczy mocą Bożego tchnienia. Paweł pisał: „gdyż ewangelia zwiastowana wam przez nas, doszła was nie tylko w Słowie, lecz także w mocy i w Duchu Świętym, i z wielką siłą przekonania” (1 Tes. 1:5). Dzięki tej mocy, ludzie doznawali przemiany i uwolnienia od mocy ciemności, jak Paweł to określił: „wszyscy bowiem synami światłości jesteście i synami dnia. Nie należymy do nocy ani do ciemności” (1 Tes. 5:5).
Nigdzie w całej Biblii nie znajdziemy nawet cienia stosowania praktyki zmuszania słuchaczy do powtarzania modlitw. Jeśli czyni się to obecnie, znaczy to, że za nic ma się przykład i naukę biblijną. Natomiast wykorzystywanie technik opanowania umysłu dzięki manipulowaniu słowem, nawet jeśli są to wersety z Biblii, jest niebezpieczne, gdyż osiągane efekty nie są Bożego autorstwa.
Jakiego? Sami odpowiedzcie.
Henryk Hukisz

Thursday, November 7, 2013

Odchodzący wierny sługa

W Asheville w Północnej Karolinie, w rodzinnym domu Billy Grahama dobyło się dziś doniosłe spotkanie w gronie 700 zaproszonych gości. Okazją była 95 rocznica urodzin słynnego kaznodziei amerykańskiego, który za swego życia wywarł dość znaczny wpływ na losy tego kraju, jako częsty gość w białym Domu. Z jego opinią liczyło się wielu poprzednich Prezydentów Stanów Zjednoczonych, a szczególnie Ronald Reagan oraz wielu republikańskich polityków.

Najbardziej oczekiwanym wydarzeniem była prezentacja przemówienia, głośno zapowiadanego jako „last message”. Ponieważ stan zdrowia solenizanta, nie pozwolił już na bezpośrednie wygłoszenie jego ostatniego poselstwa na żywo, odtworzono przygotowany półgodzinny zapis video, przeplatany zdjęciami z bogatej historii tego męża Bożego. Poselstwo pod tytułem „My Hope for America” ma być emitowane w najbliższym czasie przez większość kanałów telewizyjnych. Jego treść nawiązuje do ostatnich uwag, jakimi Billy Graham dzielił się ze swoim synem Franklinem Grahamem, gdy mógł jeszcze odwiedzać inne miasta tego kraju. Był coraz częściej zasmucony zmianami, jakie zachodziły w życiu Amerykanów. Najbardziej wymowne są słowa: „Płakałem nad Ameryką, widząc jak daleko ludzie odeszli od Boga”.

Dziś wieczorem obejrzałem krótki wywiad, jakiego Billy Graham udzielił niedawno dla ABC News. Zapytany przez dziennikarkę o ulubioną pieśń, powiedział bez wahania: Moja ulubioną pieśnią jest hymn „What a Friend we have in Jesus” (Przyjacielem naszym Jezus). Spodziewam się w najbliższym czasie zobaczyć więcej materiałów o tym wielkim słudze ewangelii.
Myślę, ze wielu zgodzi się ze mną, że jest to rzeczywiście wierny sługa ewangelii. Wprawdzie bez wielkiego nabożeństwa, jednak powinniśmy oddać honor człowiekowi, który od początku służby, do końca, gdy tylko jeszcze pozwalało mu na to zdrowie, nie odstępował od zwiastowania prostej ewangelii o zbawieniu z łaski. Jego przewodnim hasłem było nieodmiennie słowo Jezusa z Jana 14:6 „Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie”.
Widziałem wiele kampanii ewangelizacyjnych, pamiętam jego pierwszą wizytę w Polsce, i w Poznaniu, zawsze poważny, prostolinijny, z braterskim podejściem do wszystkich, z którymi się spotykał. Wielu moich gości, jacy mnie tutaj odwiedzili, zawoziłem do niedalekiego Wheaton, gdzie Billy Graham studiował w Wheaton Bible College. Znajduje się tam stała wystawa zwana potocznie „Muzeum Billy Grahama”, która zawiera wiele eksponatów ukazujących historię chrześcijaństwa ewangelikalnego z Stanach Zjednoczonych. Dużą część tej historii tworzył Billy Graham, od kampanii pod ogromnym namiotem, do największych stadionów sportowych włącznie, na których zgromadzało się ponad sto tysięcy słuchaczy naraz. Z pewną dozą drżenia wchodziłem na oryginalną kazalnicę, jaką ten znany kaznodzieja używał na wielu ewangelizacjach.
W przyszłym roku zapowiadana jest w Polsce wielka kampania ewangelizacyjna. W prawdzie organizowana przez Billy Graham Evangelistic Association, lecz już bez jego udziału. Jedno jest pewne, będzie głoszona ta sama ewangelia, jaka zlecił Pan Jezus na samym początku ery Kościoła.  
Henryk Hukisz

Dymiąca góra


 Jeśli wpiszemy w internetową przeglądarkę hasło „Smokey Mountain”, na ekranie ukarze się wspaniały krajobraz górski położony pomiędzy Północną Karolina i Tennessee. Coś tak pięknego, jak na załączonym obok zdjęciu. Jest to jeden z piękniejszych i najbardziej odwiedzanych w Stanach Zjednoczonych Parków Narodowych.
Dla kilkudziesięciu milionów ludzi zamieszkujących archipelag ponad siedmiu tysięcy wysp, znany jako Republika Filipin, od ponad 40 lat ta nazwa kojarzy się z olbrzymią górą śmieci. Smokey Mountain jest największym na świecie wysypiskiem odpadów produkowanych przez 11 milionów mieszkańców olbrzymiej aglomeracji, jaką jest stolica tego kraju, Manila. Prawie połowa ludzi mieszkających w  tym rejonie mieszka w slumsach, a 30 tysięcy z nich utrzymuje się z pracy na tym wysypisku. Mieszkają w kartonowych budach na obrzeżu góry, która daje im możliwość utrzymania się przy życiu. Ich praca polega na sortowaniu odpadów i odsprzedaży uzyskanych surowców.
W lipcu 1989 roku miałem przywilej uczestniczenia w II Międzynarodowym Kongresie na temat Ewangelizacji, jaki został zorganizowany w Manili przez Ruch Lozański. Pobyt w tym egzotycznym rejonie geograficznym zaowocował również poznaniem go od strony turystycznej. Jedną z „atrakcji” był wjazd „jeepneyem”, popularnym tutaj pojazdem przerobionym z wojskowego Jeepa, na Smokey Mountain. Przewodnicy uprzedzili nas o konieczności założenia maski na nos i usta, ponieważ odór rozkładających się odpadów biologicznych nie należy do przyjemnych.
 Dla mnie osobiście, było to niezwykłe doświadczenie. Widok ludzi mieszkających w slumsach wokół tej góry wywołał już głęboki smutek. Lecz miejscowy przewodnik wyjaśnił, że ludzie ci mieszkają tu z własnej woli, odrzucając proponowane im przez organizacje rządowe mieszkania w blokach. Stąd mają bliżej do pracy, co dla nich przekłada się na możliwość zebrania większej ilości surowców, gdyż prędzej znajdą się na tej górze. Pracujący na tym śmietniku dzielą się na warstwy uprawniające do szybszego dostępu do śmieciarki wiozącej odpady. Najbardziej uprzywilejowana grupa ma prawo do sortowania śmieci już w czasie jazdy samochodu na terenie miasta.
Wielkie wezwanie do zwiastowania ewangelii wszystkim narodom obejmuje również i tę grupę społeczną. Chociaż Filipiny są w 90 procentach narodem chrześcijańskim, z czego 80 % stanowią katolicy, to jakoś losem tej grupy obywateli nikt się nie przejmuje. Od kilkudziesięciu lat misjonarze, a głównie misjonarki z Norwegii upatrzyli sobie ludzi pracujących na Smokey Montain za cel misyjny. Na początku, dojeżdżali codziennie z miasta w rejon tego wysypiska, aby rozmawiać o Jezusie i pomagać im w pokonywaniu trudów ich życia. Po jakimś czasie, zauważono, że istnieje jakaś niewidzialna bariera uniemożliwiająca im nawiązywanie bliższych relacji. Misjonarki zorientowały się, że cały czas są traktowane jak „obce”, ponieważ przychodziły z zewnątrz ich środowiska. Wówczas postanowiły wybudować kościół na samym szczycie tej góry, gdzie również zamieszkały. To zrobiło na mnie największe wrażenie, jakie do dzisiaj zachowałem w swojej pamięci.
Zawsze, gdy myślę o moim Panu, o tym, że Syn Boży zdecydował się na opuszczenie odległego nieba, aby zamieszkać wśród zwykłych ludzi, wśród grzeszników, jak żywy staje przede mną obraz kościółka stojącego na szczycie tego ogromnego śmietnika. Apostoł Paweł, malując nam obraz Chrystusa, abyśmy okazywali Jego usposobienie wobec siebie na wzajem, napisał, że Ten „który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej” (Filip. 2:6-8).
Gdy porównujemy dwa zdjęcia, na których możemy zobaczyć dwie dymiące góry, to które jest obrazem Parku Narodowego, wskazuje na ogrom piękna i urok Bożego stworzenia. Jestem jednak przekonany, że nawet to piękno jest niczym w porównaniu z chwałą niebios, jaka opuścił dla nas Chrystus. Autor Listu do Hebrajczyków, wskazując Żydom na ogrom Bożej miłości do tego narodu, chciał pokazać, że Bóg przemówił szczególnym Słowem, posyłając Jezusa, „który jest odblaskiem chwały i odbiciem jego istoty i podtrzymuje wszystko słowem swojej mocy” (Hebr. 1:3). Lecz wiemy, że szczególnie Żydzi, do których przyszedł jako dziecię Marii, pobożnej Żydówki, nie przyjęli Go. Dlatego czytamy, że ci „którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię jego” (Jan 1:12).
Dwa tysiące lat temu, w małym miasteczku pod Jerozolimą, wśród pasterzy i bydła, w niezbyt dobrze pachnącej oborze, „Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas, i ujrzeliśmy chwałę jego, chwałę, jaką ma jedyny Syn od Ojca, pełne łaski i prawdy” (Jan 1”13). Boży Syn zamieszkał wśród grzesznych ludzi, aby dotrzeć do ich serc, aby zbudować relację, dzięki której, ci którzy uwierzą i przyjmą dar łaski, stają się uczestnikami tej samej chwały.
Gdy Mojżesz wszedł na dymiąca górę Synaj, przebywał w Bożej chwale czterdzieści dni, tak, że jego twarz nabrała blasku. Żydzi nie mogli nawet spojrzeć na jego twarz z powodu „jasności oblicza jego” (2 Kor. 3:7). Dzięki doświadczeniu, jakim jest narodzenie się na nowo, „my wszyscy tedy, z odsłoniętym obliczem, oglądając jak w zwierciadle chwałę Pana, zostajemy przemienieni w ten sam obraz, z chwały w chwałę, jak to sprawia Pan, który jest Duchem” (w. 18).
Chrystus, gdy wykonał zadanie, jakie Ojciec Mu zlecił, gdy wziął pod Swoją opiekę tych, którzy Mu zaufali, wyznał Bogu: „Ja cię uwielbiłem na ziemi; dokonałem dzieła, które mi zleciłeś, abym je wykonał, a teraz Ty mnie uwielbij, Ojcze, u siebie samego tą chwałą, którą miałem u ciebie, zanim świat powstał” (Jan 17:4,5). Wcześniej Pan Jezus zapewnił Swoich uczniów, że musi wrócić do Ojca, aby przygotować dla nich miejsce, a gdy już je przygotuje, powiedział: „przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście, gdzie Ja jestem, i wy byli” (Jan 14:3).
Póki co, zanim Pan przyjdzie, Jego wolą jest, abyśmy w tym świecie pozostali, jako Jego misjonarze wśród ludzi żyjących w grzechu. Chrystus wie, że Jego słudzy, „nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata” (Jan 17:16), dlatego modlił się do Ojca: „Nie proszę, abyś ich wziął ze świata, lecz abyś ich zachował od złego” (w. 15).
Gdy znajdziemy się w sytuacji podobnej do tej, jaką opisuję z mojej podróży do Manili, pamiętajmy, że jesteśmy otoczeni modlitwą i pragnieniem Pana Jezusa, który powiedział; „Ojcze! Chcę, aby ci, których mi dałeś, byli ze mną, gdzie Ja jestem, aby oglądali chwałę moją, którą mi dałeś, gdyż umiłowałeś mnie przed założeniem świata” (Jan 17:24). Błogosławieństwo naszego życia znajduje się w Chrystusie, w naszym wcieleniu się w Jego misję, jaką przyszedł wypełnić. Apostoł Paweł zrozumiał to dopiero, gdy znalazł się w Chrystusie, wówczas wyznał: „w Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nienaganni przed obliczem jego; w miłości, przeznaczył nas dla siebie do synostwa przez Jezusa Chrystusa według upodobania woli swojej, ku uwielbieniu chwalebnej łaski swojej, którą nas obdarzył w Umiłowanym” (Efez. 1:4-6).

Henryk Hukisz

Tuesday, November 5, 2013

Czyste naczynie


  Niedawno natknąłem się na stary plik w moim komputerze, który zawiera zbiór śmiesznych pytań i odpowiedzi, coś w rodzaju humoru z zeszytów szkolnych. Uśmiałem się znów na widok pytania -  Od czego herbata jest słodka? - Wiadomo - od mieszania. Po co w takim razie sypie się cukier? Odpowiedź brzmi: "Żeby było wiadomo jak długo mieszać.” Tym razem moją uwagę przykuło inne pytanie z tej serii – „Dlaczego myje się szklanki?” Odpowiedź brzmi: „Żeby zmieściło się więcej herbaty”.

Coraz częściej spotykam na różnych stronach kościelnych lub zborowych informacje o organizowanych konferencjach dla liderów. Bardzo dobrze, bo kościół potrzebuje dobrych liderów. Uważam, że skoro Chrystus, będąc Głową Swego Ciała, przewidział ten rodzaj służby w Kościele, ważne jest, aby i dzisiaj wspólnotami ludzi wierzących zarządzali właściwi liderzy. Wiem, że od razu najeżą się zwolennicy kościołów bez biblijnych przywódców, którzy uważają, powołując się na słowa Pana Jezusa, że każda grupka, „gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje” (Mat. 18:20), jest już kościołem.
Znam osobiście sytuację, gdy w niewielkim zborze nawrócił się człowiek będący dyrektorem dużej państwowej firmy. Od razu upatrzono w nim potencjalnego lidera i powierzono mu prowadzenie spraw administracyjnych, gdyż mówiono, że on zna się na tym najlepiej. Człowiek ten potrafił szybko pozyskać spore uznanie wśród członków tej wspólnoty, gdyż od pierwszego spotkania każdemu proponował, aby mówił mu po imieniu. Nie minęło dużo czasu, gdy ten zdolny zarządca dużego przedsiębiorstwa, zorganizowała w zborze opozycyjną grupę młodzieży, która pod hasłem „wyjścia z Egiptu”, opuściła zbór.
Czy każdy, kto posiada naturalne predyspozycje lidera, może stać się dobrym sługą Jezusa Chrystusa, aby powierzyć mu przywództwo w kościele? Jezus wskazywał na zasadnicze różnice pomiędzy dwoma królestwami. W tym świecie, mówił Chrystus, „królowie narodów panują nad nimi, a władcy ich są nazywani dobroczyńcami” (Łuk. 22:24). W Bożym Królestwie natomiast, panują inne zasady. Pan Jezus zostawił dla nas doskonały wzór do naśladowania, wskazując na Siebie powiedział, że On „nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służył i oddał życie swoje na okup za wielu” (Mat. 20:28). Dlatego ci, którzy chcą być liderami w Bożym Kościele, muszą przyjąć Boży dar zarządzania, polegający na tym, że „ten, który przewodzi, niech będzie jako usługujący” (Łuk. 22:26). Tej zdolności nie można nauczyć się na żadnej konferencji ani w szkole, nawet z nazwy biblijnej. Znam wielu dobrych przywódców służb zborowych, którzy przed narodzeniem się na nowo, byli "nikim" w tym świecie. Paweł zauważył tę prawdę już na początku działalności Kościoła, pisząc do wierzących i uświęconych w Koryncie, że to "co jest niskiego rodu u świata i co wzgardzone, wybrał Bóg, w ogóle to, co jest niczym, aby to, co jest czymś, unicestwić" (1 Kor. 1:28). I wcale tu nie chodzi o to, że nie powinniśmy zdobywać wykształcenia, gdyż Bóg tego nie potrzebuje, lecz "aby żaden człowiek nie chełpił się przed obliczem Bożym" (w. 29).
Apostoł Paweł nie tylko nauczał wierzących, lecz napominał ich, aby postępowali zgodnie z Bożym powołaniem. Chrystus, który „ludzi darami obdarzył” (Efez. 4:8), w Swoim Kościele „ustanowił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami” (w. 11). Celem służby tych sług jest przygotowywanie „świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego” (Efez. 4:12).
Innym bardzo ważnym miejscem w Biblii na temat struktury funkcjonowania Kościoła są listy apostoła Pawła, głównie do Rzymian i do Koryntian. Paweł pisze w nich o darach łaski, czyli charyzmatach, jakich Duch Święty udziela „ku wspólnemu pożytkowi” (1 Kor. 12:7). Po wymienieniu kilku darów łaski, jakie są konieczne, aby Kościół funkcjonował na Bożych zasadach, Paweł oświadczył: „wszystko to zaś sprawia jeden i ten sam Duch, rozdzielając każdemu poszczególnie, jak chce” (w. 11).
W Liście do Rzymian, Paweł pisze również o darach łaski, o charyzmatach, które tak samo posiadają duchową naturę. Pomiędzy wymienionymi tutaj, znajduje się dar zarządzania, a mianowicie „kto jest przełożony, niech okaże gorliwość” (Rzym. 12:8). Greckie słówko „proistemi” znaczy „przodować”, „utrzymywać porządek” oraz „zarządzać”, tak więc jest to służba zarządzania lub pilnowania porządku, lecz nie na zasadach tego świata, lecz tak jak Chrystus, służąc drugim.
W Liście do Tymoteusza, apostoł Paweł, który znał świetnie znaczenie tego słowa, napisał o starszych, jakich należy powoływać w zborach, że ma to być człowiek, „który by własnym domem dobrze zarządzał, dzieci trzymał w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości, bo jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży?” (1 Tym. 3:4,5).
Nie ma więc tutaj miejsca na naturalne zdolności, jakie posiada człowiek. Narodzenie na nowo nie oznacza, że naturalne zdolności zostaną uświęcone. Podobnie jak ze zdolnościami artystycznymi, muzyk rockowy czy heavemetalowy, nie powinien w służbie uwielbiania Boga uprawiać ten sam styl muzyczny. Zdolny lider i zarządca przedsiębiorstwa nie staje się automatycznie biblijnym przywódcą w Kościele. Wielkim nieporozumieniem jest kształtowanie liderów zborowych na zasadach, jakie stosowane są w tym świecie. To są dwa zupełnie inne środowiska, kierujące się odmiennymi regułami. Apostoł Jan piszę wyraźnie o tej różnicy – „Bo wszystko, co jest na świecie, pożądliwość ciała i pożądliwość oczu, i pycha życia, nie jest z Ojca, ale ze świata” (1 Jan 2:16). Nie trzeba być wybitnym egzegetą biblijnym, aby zrozumieć, że słowo „wszystko” zawsze znaczy „wszystko”. A to znaczy, że w Bożym Królestwie nic z tego świata nie może mieć zastosowania.
Dlatego Słowo Boże mówi wyraźnie, że „jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe” (2 Kor. 5:17). I tu znów muszę odwołać się do najprostszej egzegezy tekstu biblijnego i wskazać na słówko „wszystko”, które znaczy, że nowy człowiek posiada wszystko nowe, a wszystko co stare, przeminęło.
A co wspólnego ma z tym szklanka, od której rozpocząłem to rozważanie? Odwołam się do apostoła Pawła, który powiedział, że „jeśli tedy kto siebie czystym zachowa od tych rzeczy pospolitych, będzie naczyniem do celów zaszczytnych, poświęconym i przydatnym dla Pana, nadającym się do wszelkiego dzieła dobrego” (2 Tym. 2:21).
Jeśli chcemy zachować cokolwiek ze starego życia, myśląc, że Bóg to uświęci, możemy stracić możliwość wypełnienia naszego naczynia pełnią łaski Bożej. Bóg daje nam możliwość uśmiercania tego co stare, aby „Ten, który Jezusa Chrystusa z martwych wzbudził, ożywił i wasze śmiertelne ciała przez Ducha swego, który mieszka w was” (Rzym. 8:11).
Stara natura ma naturalną skłonność przyznawania zasług sobie, nowa natomiast, całą chwałę oddaje Bogu. Zgodnie ze słowami Pana Jezusa, „beze mnie nic uczynić nie możecie” (Jan 15:5), wszystko co potrafimy uczynić, pochodzi od Niego.  Chyba rozumiemy co znaczą słówka „nic” i "wszystko".
Henryk Hukisz