Thursday, August 2, 2012

Jezus ekumenista?

 Ekumenizm to zjawisko, które jak mało które budzi skrajne emocje – ma zarówno zagorzałych zwolenników, jak i zdeterminowanych przeciwników. Osobiście staram się zachować w tej kwestii postawę wypośrodkowaną. Był czas, gdy mocno angażowałem się w różne inicjatywy tego nurtu, ale zdarzało mi się również zdecydowanie krytykować dążenia działaczy ekumenicznych.

Zacznijmy od wyjaśnień – przede wszystkim, czym jest ekumenizm w swoim najszerszym znaczeniu? Według popularnej Wikipedii:

„Ekumenizm lub ruch ekumeniczny (z gr. οικουμένη – oikumene, czyli świat zamieszkany) to ruch w obrębie chrześcijaństwa dążący do przywrócenia pierwotnej jedności pomiędzy rozlicznymi wyznaniami chrześcijańskimi w ramach jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego Kościoła”.

I tu pojawia się pierwszy problem: jak właściwie rozumiemy pojęcie „jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”? Definicja odsyła do wspólnot przyjmujących Nicejsko-konstantynopolitańskie wyznanie wiary („Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół...”). Większość wyznań uznaje to credo, jednak w swoich wewnętrznych dokumentach doprecyzowuje znaczenie poszczególnych przymiotników. Oficjalne stanowisko Kościoła rzymskokatolickiego, zawarte w Katechizmie (KKK), brzmi następująco:

„Pełnię bowiem zbawczych środków osiągnąć można jedynie w katolickim Kościele Chrystusowym, który stanowi powszechną pomoc dla zbawienia. Wierzymy mianowicie, że jednemu Kolegium Apostolskiemu, któremu przewodzi Piotr, powierzył Pan wszystkie dobra Nowego Przymierza celem utworzenia jednego Ciała Chrystusowego na ziemi, z którym powinni zjednoczyć się całkowicie wszyscy, już w jakiś sposób przynależący do Ludu Bożego” (KKK 816).

Wiele organizacji uznawanych za ekumeniczne, takich jak misje międzywyznaniowe, jest nadzorowanych przez osoby, których celem jest zatrzymanie w łonie „kościoła jedynozbawczego” tych, którzy zaczynają interesować się żywą Ewangelią. Sam obserwowałem niegdyś działalność Ruchu Nowego Życia, będącego polskim odpowiednikiem Campus Crusade for Christ.

Wybitni przedstawiciele Kościoła katolickiego – bp Alfons Nossol, ks. Wacław Hryniewicz oraz ks. Stanisław C. Napiórkowski – opracowali dokument pt. „Koncepcja ekumenicznej współpracy w ewangelizacji – ocena i wnioski”. Autorzy przyznają w nim, że uznają „duży udział protestantów (głównie z Agape [Ruchu Nowego Życia – przyp. red.]) w osiągnięciach i rozwoju ruchu oazowego, udziału którego nie można by zastąpić niczym innym (...) dla wytworzenia więzi pożytecznych na drodze do zjednoczenia”.

W tym obszernym opracowaniu znajdują się wskazówki, jak odnosić się do działań tej i podobnych organizacji, aby nie utracić katolickiej tożsamości. Materiały Campus Crusade for Christ, wykorzystywane w szkoleniach katechumenów, uzupełniono o brakujące tematy, takie jak „Niepokalana”, „Kościół” i „Liturgia”, powierzając ich nauczanie katolickiemu Ruchowi Światło-Życie. Z dokumentu wynika również, że inicjator ruchu oazowego, ks. Franciszek Blachnicki, założył w Szwajcarii wydawnictwo „Maximilianum”, by pomóc w poprawnym tłumaczeniu literatury ewangelizacyjnej na język polski. Był on świadomy, że wielu ludzi zraża do ewangelizacji „zaśmiecanie języka polskiego swoistym żargonem protestancko-ewangelizacyjnym”.

Gdy katoliccy moderatorzy zaczęli wycofywać się z kontaktów z protestantami, zostali zachęceni do ich podtrzymania specjalnym pismem Komisji Ekumenicznej Episkopatu, podpisanym przez jej sekretarza, ks. prof. Hłodawskiego. Czytamy w nim:

„Życie nie znosi próżni. Kontakty ekumeniczne płynące do tej pory oficjalnymi kanałami, w poszanowaniu dyscypliny i doktryny Kościoła katolickiego, zaczęły rozwijać się samorzutnie, powodując niejednokrotnie odrzucenie nie tylko pewnych zwyczajów i praktyk katolickich, ale i samego Kościoła katolickiego na rzecz wspólnot ewangelicznych, wolnych lub zielonoświątkowych. Wydaje się, że tego zjawiska (apostazji) nie sposób było absolutnie wykluczyć. Doświadczenie RŚŻ uczy, jak niebezpieczna może być izolacja ekumeniczna. Dopóki w tzw. centrali RŚŻ biło ekumeniczne serce, do wspólnot oazowych w terenie wysyłano ludzi niebudzących zastrzeżeń co do ich chrześcijańskiego autentyzmu i ekumenicznego nastawienia do Kościoła katolickiego. Gdy zabrakło tego ośrodka, kontakty w wielu miejscach były nadal nieoficjalnie rozwijane, co zwiększało prawdopodobieństwo pojawienia się tendencji polemicznych wobec katolicyzmu, a nawet sekciarskich i fundamentalistycznych”.

Z powyższego wynika, że współpraca z protestantami w ramach ruchu ekumenicznego ma zapobiegać odchodzeniu wiernych do wspólnot wolnych i zielonoświątkowych. Wniosek jest prosty: chodzi o zatrzymanie w Kościele katolickim młodzieży fascynującej się sposobem głoszenia Ewangelii właściwym dla nurtów ewangelicznych.

W tym krótkim rozważaniu nie mam miejsca, by poruszyć wszystkie niuanse ruchu ekumenicznego, dlatego przejdę do kluczowego pytania: czy Jezus był ekumenistą?

Jezus był Żydem i działał wewnątrz własnej grupy religijnej. Miał więc prawo, jako „swój”, mówić prawdę o ówczesnej religijności. Chrystus najczęściej gromił przywódców religijnych, wytykał im obłudę i ostrzegał ludzi przed ich destrukcyjnym wpływem. Ponieważ faryzeusze i uczeni w Piśmie nauczali Prawa Mojżeszowego, sama ich nauka nie budziła zastrzeżeń Jezusa. Stwierdził on: „Wszystko więc, cokolwiek by wam powiedzieli, czyńcie i zachowujcie, ale według uczynków ich nie postępujcie; mówią bowiem, ale nie czynią” (Mt 23,3). O nich samych powiedział jednak wprost: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że zamykacie Królestwo Niebios przed ludźmi, albowiem sami nie wchodzicie ani nie pozwalacie wejść tym, którzy wchodzą” (w. 13).

Pan Jezus, odchodząc do Ojca, pozostawił na ziemi uczniów, którym powierzył konkretne zadanie: głoszenie Ewangelii. Nie nauczał ich ekumenizmu, lecz mówił bez ogródek: „Oto Ja posyłam was jak owce między wilki, bądźcie tedy roztropni jak węże i niewinni jak gołębice” (Mt 10,16). Dalej padły słowa, które współcześni ekumeniści często pomijają, choć ekumeniczny przekład Biblii oddaje je następująco:

„Nie sądźcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię. Nie przyszedłem, aby przynieść pokój, ale miecz. Przyszedłem bowiem przeciwstawić syna ojcu, córkę matce, a synową teściowej. I nieprzyjaciółmi człowieka będą jego domownicy” (w. 34-36).

Oznacza to, że pójście za Chrystusem niejednokrotnie wiąże się z koniecznością zerwania relacji nawet z najbliższymi.

Jeden ze znanych polskich muzyków chrześcijańskich, mówiąc o ekumenicznym szacunku, cytuje dr. Petera Hockena: „Braku jedności często towarzyszy arogancja. A tam, gdzie arogancja, tam będzie podział. Tam gdzie pokora, tam nie będzie podziałów...”.

Czy to oznaczałoby, że Pan Jezus był arogantem?

Piosenkarz niech śpiewa, my jednak słuchajmy Nauczyciela.

Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.