Monday, April 9, 2012

Wyznanie setnika

Gdy mija czas świąteczny, zwykle mówimy: „Święta, święta i po świętach”. To potoczne powiedzenie oznacza, że pora już wrócić do codziennych obowiązków. Chciałbym jednak postawić ważne pytanie: co zrobiliśmy z tym, co usłyszeliśmy w tym szczególnym czasie? Chodzi mi o nasz odbiór przesłania Słowa Bożego, które Bóg skierował do nas – czy to poprzez zwiastowanie w zborze, czy przez osobistą lekturę Biblii.

Z pewnością podczas minionych świąt uczestniczyliśmy w nabożeństwach wielkopiątkowych lub przynajmniej w niedzieli wielkanocnej. Osobiście w tym okresie przyjąłem kilka wspaniałych myśli, które głęboko mnie poruszyły. Chcę podzielić się z Wami refleksjami poświątecznymi, które zrodziły się zarówno pod wpływem wysłuchanych kazań, jak i po przejrzeniu różnych komentarzy w mediach społecznościowych.

Świadek z Golgoty

Rozpocznę od postaci setnika, który stał na Golgocie i obserwował przebieg ukrzyżowania Chrystusa. Dobrze znamy jego reakcję na śmierć Syna Bożego: „A widząc to setnik, który stał naprzeciwko niego, że tak oddał ducha, rzekł: Zaprawdę, ten człowiek był Synem Bożym” (Mk 15:39). Wielu z nas zadaje sobie pytanie: co ten zaprawiony w boju rzymski żołnierz zobaczył w Chrystusie, że wydał tak niezwykłe świadectwo?

Setnicy byli zawodowcami, budującymi karierę w krwawych walkach z wrogami Imperium. Prawie codziennie ocierali się o śmierć, więc jej widok nie robił na nich większego wrażenia. Dzięki ogromnemu doświadczeniu cieszyli się pełnym zaufaniem dowództwa. Mieli władzę podejmowania samodzielnych decyzji, które były bezdyskusyjnie wykonywane przez podległy im oddział stu żołnierzy. Setnik na Golgocie miał obowiązek dopilnować egzekucji i oficjalnie stwierdzić zgon skazańców. Im szybciej umierali, tym wcześniej mógł wrócić do domu – to dlatego łamano nogi ukrzyżowanym, by przyspieszyć ich śmierć.

Nowy Testament przedstawia nam kilku setników. Pierwszego spotykamy w Kafarnaum, gdy prosi Jezusa o uzdrowienie cierpiącego sługi. Pamiętamy jego reakcję na słowa Jezusa: „Przyjdę i uzdrowię go” (Mt 8:7). Jego wiara zadziwiła samego Chrystusa, który stwierdził, że nawet w Izraelu nie spotkał kogoś o tak wielkiej ufności.

Kolejny to właśnie ten spod krzyża. Rzymski żołnierz miał odwagę głośno wypowiedzieć opinię o skazańcu pochodzącym z narodu wrogiego Rzymowi. To, co powiedział, nie było jedynie efektem emocji wywołanych widokiem niewinnego, spokojnie umierającego człowieka. On musiał dostrzec w tym skazańcu coś znacznie głębszego.

Moc słowa i postawy

Chrystus swoją postawą i słowami zawsze wywoływał albo podziw, albo strach. Jedni mówili o Nim, że „uczył ich jako moc mający, a nie jak ich uczeni w Piśmie” (Mt 7:29). Inni, wysłani, by Go pojmać, wracali z pustymi rękami, wyznając z przerażeniem: „Nigdy jeszcze człowiek tak nie przemawiał, jak ten człowiek mówi” (Jn 7:46).

Następnego setnika spotykamy w Dziejach Apostolskich i znamy nawet jego imię – Korneliusz. Stacjonował w Cezarei, gdzie znajdował się główny garnizon wojskowy. Nie wiemy, skąd pochodził, ani dlaczego Łukasz od razu przedstawił go w tak pozytywnym świetle: jako człowieka „pobożnego i bogobojnego wraz z całym domem swoim, dającego hojne jałmużny ludowi i nieustannie modlącego się do Boga” (Dz 10:2). Można przypuszczać – i jest to moja osobista intuicja – że był to ten sam człowiek, który stał pod krzyżem. Dlaczego tak myślę? Ponieważ spotkanie z Chrystusem zawsze owocuje radykalną zmianą życia, zwłaszcza po tak niezwykłym wyznaniu.

Podobny kontrast widzimy u łotrów konających obok Jezusa. Jeden z nich urągał Mu: „Ratuj siebie i nas” (Łk 23:39). Drugi prosił pokornie: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy wejdziesz do Królestwa swego” (w. 42). Reakcja na śmierć Chrystusa zawsze jest dwojaka: albo odrzucenie i niewiara, albo przyjęcie Go z ufnością.

Współczesne głosy

Obserwowałem ostatnio dyskusję na profilu jednego z moich przyjaciół na Facebooku. Skoro wpisy są publiczne, pozwolę sobie na ich skomentowanie. Moją uwagę przykuł komentarz człowieka, który niegdyś podawał się za naśladowcę Chrystusa, lecz uznał, że nowotestamentowe fakty to „bzdura wymyślona w głowach chrześcijan”. Teraz kpi z wierzących i twierdzi, że biblijne wydarzenia nie są prawdziwe.

To przykład postawy podobnej do pierwszego złoczyńcy z krzyża. Nasuwa mi się tu refleksja: jak ocenić kogoś, kto po dwóch tysiącach lat uważa się za lepszego znawcę faktów niż naoczni świadkowie tamtych wydarzeń? Gdybym go spotkał, powiedziałbym mu wprost: „Nie wierzysz w Boga, bo sam postawiłeś siebie w Jego miejscu”. Świadczą o tym jego własne słowa: „Wierzę w to, że nastanie dzień, kiedy ogromna część ludzkości (...) zrozumie, że świat niematerialny istnieje tylko w mózgach zwiedzionych nieszczęśników”. Swoją tyradę kończy stwierdzeniem: „Bóg nie istnieje”. W domyśle należałoby dodać: „Ja istnieję i to ja mam rację”.

Spotkanie z Jezusem zawsze wymusza decyzję: albo wejście przez ciasną bramę na „wąską drogę, która prowadzi do żywota” (Mt 7:14), albo pozostanie na „przestronnej drodze, która wiedzie na zatracenie” (w. 13). Nie ma trzeciej drogi, choć wielu sądzi, że można zachować neutralność. Nawet Piłat, umywając ręce, musiał zadać pytanie: „Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego zowią Chrystusem?” (Mt 27:22).

Zaufanie wbrew wszystkiemu

Kolejna poświąteczna refleksja dotyczy słów Marty, siostry Łazarza. Powitała ona Jezusa z wyrzutem, gdy Ten w końcu przybył do Betanii: „Panie! Gdybyś tu był, nie byłby umarł brat mój” (Jn 11:21). Jak często nasza ufność do Boga wygląda podobnie? Czy mamy pretensje do Pana, któremu powierzyliśmy życie, gdy On postanawia zrobić coś „po swojemu”? Sprawdzianem prawdziwej wiary jest sytuacja, w której sprawy toczą się zupełnie inaczej, niż planowaliśmy.

Potrafimy sprawnie znajdować biblijne uzasadnienia, by domagać się od Boga realizacji naszych planów. Marta znała Pisma, miała swoją poprawną teologicznie koncepcję zmartwychwstania, a mimo to w tamtym momencie nie ufała Panu w pełni. Historia z domu Łazarza powinna nas zachęcać do całkowitego oddania się Bogu – nawet wtedy, gdy nasz plan już od kilku dni „cuchnie”. Jeśli naszym celem będzie to, „aby Syn Boży był przez to uwielbiony” (Jn 11:4), nic nie zdoła pokrzyżować Bożych zamierzeń.

Mimo że święta dobiegły końca, Bóg nadal działa z tą samą mocą. Jezus niezmiennie powtarza: „Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (Jn 11:25). Gdyby Pan Jezus zapytał dziś każdego z nas osobiście: „Czy wierzysz w to?”, co byśmy Mu odpowiedzieli?
Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.