Wednesday, January 14, 2026

Dokąd zmierzasz kościele?

Podczas studiów teologicznych fascynowała mnie historia Kościoła. Szukałem odpowiedzi na pytanie: w którym momencie i pod wpływem jakich mechanizmów chrześcijaństwo zaczęło przypominać potężną instytucję, tak daleką od swoich nowotestamentowych korzeni?

Analizując źródła, trudno nie zauważyć, że liturgia i architektura z czasem przestały odzwierciedlać prostotę pierwszych uczniów. W pierwszych dekadach życie chrześcijan koncentrowało się wyłącznie wokół Osoby Jezusa Chrystusa. Wierzący realnie uznawali Go za Głowę Kościoła, a Duch Święty był postacią tak namacalną, że przy podejmowaniu kluczowych decyzji – jak ta opisana w Dziejach Apostolskich (15:28) – zapisywano: „Postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my...”. Nawet logistyka misyjna była wynikiem wsłuchiwania się w głos Ducha, a nie osobistych układów – „Gdy pełnili służbę Panu i pościli, Duch Święty powiedział: Wyznaczcie już Mi Barnabę i Szawła do dzieła, do którego ich powołałem” (Dz 13:2).

Później nastała era hierarchów, którzy poczuli się panami wspólnot. Wprowadzono sztywny podział na „duchowieństwo” i „laikat”, wynosząc liderów na piedestały władzy. Z czasem standard życia hierarchów zaczął konkurować z luksusem możnowładców tego świata. Do serca Kościoła wkradła się polityka i pieniądze. Utworzono scentralizowaną stolicę, przypisując jej wyłączną sukcesję apostolską. Niewykształcony lud, wpatrzony w uczonych w piśmie duchownych, łatwo było przekonać, że złoto bazylik i kardynalskie pałace to naturalna kontynuacja drogi Szymona rybaka i Jezusa, syna cieśli.

Kiedy w średniowieczu nadużycia sięgnęły szczytu – handlowano odpustami, a biednych straszono mękami w czyśćcu – wybuchł protest Marcina Lutra. Reformacja była dla ówczesnego świata wstrząsem. Wywołała reakcję w postaci Soboru Trydenckiego i kontrreformacji, która z jednej strony próbowała uzdrowić moralność kleru, a z drugiej – za pomocą Inkwizycji – bezwzględnie zwalczać nowe prądy religijne. Choć dziś wiemy, że rola jezuitów była bardziej złożona, to faktem pozostaje, że teologiczny spór o zbawienie z łaski był tłumiony siłą.

Przełom XIX i XX wieku przyniósł falę ożywienia charyzmatycznego. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych jak „grzyby po deszczu” powstawały wspólnoty niezależne od historycznych struktur. Wróciła wiara w bezpośrednie prowadzenie przez Ducha Świętego i biblijna prawda, że „każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Rz 10:13). Zbawienie stało się relacją, a nie przynależnością do instytucji.

Jednak patrząc na dzisiejsze chrześcijaństwo, widzę niepokojący powrót do błędów przeszłości – choć w nowym opakowaniu. Dziś mamy nieograniczony dostęp do Pisma Świętego i tekstów oryginalnych, a mimo to oddalamy się od wzorców apostolskich bardziej niż kiedykolwiek.

Spotkania wierzących przestają być przestrzenią, w której Duch Święty udziela darów „każdemu z osobna tak, jak chce” (1 Kor 12:11). Zamiast biblijnej różnorodności darów, jak napisał apostoł Paweł:  „Kiedy się zbieracie, każdy ma jakiś dar: śpiewania hymnów lub nauczania, lub objawiania tego, co zakryte, lub mówienia językami, lub tłumaczenia. Wszystko niech służy ku zbudowaniu” (1 Kor 14:26), otrzymujemy precyzyjnie wyreżyserowane programy oparte na trendach show-biznesu.

Pastorzy stają się lokalnymi aktywistami lub influencerami, bardziej dbającymi o zasięgi i PR niż o zwiastowanie upamiętania. Ewangelistów zastąpili mówcy motywacyjni. Ewangelię zastąpiły programy artystyczne.

Współczesny Kościół niebezpiecznie przypomina zbór w Laodycei. Nowoczesne „mega-kościoły”, nasycone multimediami i najnowszą technologią, mówią o sobie: „Jestem bogaty i niczego mi nie brak”. Tymczasem Chrystus diagnozuje ten stan surowo: „nie wiesz, że jesteś nędzny, pożałowania godny, biedny, ślepy i nagi” (Ap 3:17).

Jezus, prawdziwa Głowa Kościoła, często stoi dziś na zewnątrz współczesnych zborów. Puka do drzwi, mając nadzieję, że ludzie ogłuszeni decybelami i oślepieni laserami, usłyszą Jego głos. Pytanie, które postawił dwa tysiące lat temu: „Czy jednak Syn Człowieczy zastanie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18:8), wybrzmiewa dziś z nową, przerażającą siłą.

Ratunkiem jest powrót do rady danej Laodycei: powrót do wiary wypróbowanej w ogniu, do prawdziwej świętości i do „olejku dla oczu” – mocy Ducha Świętego, abyśmy „wiedzieli, czym jest nadzieja, do jakiej was wezwała, czym jest bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i jak wspaniały jest ogrom Jego mocy względem nas, wierzących, według działania siły Jego potęgi. Tą właśnie mocą działał w Chrystusie, gdy wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy w niebiosach” (Ef 1:18-20).

Niestety, dopóki uszy wierzących będą przygłuszone jazgotem głośników, a oczy oślepione blaskiem scenicznych efektów, wielu nie usłyszy „głosu wołającego na pustyni”. Zamiast za Pasterzem, pobiegną za swoimi idolami.

Quo vadis, kościele?

Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.