Podczas studiów teologicznych fascynowała mnie
historia Kościoła. Szukałem odpowiedzi na pytanie: w którym momencie i pod
wpływem jakich mechanizmów chrześcijaństwo zaczęło przypominać potężną
instytucję, tak daleką od swoich nowotestamentowych korzeni?
Analizując
źródła, trudno nie zauważyć, że liturgia i architektura z czasem przestały
odzwierciedlać prostotę pierwszych uczniów. W pierwszych dekadach życie
chrześcijan koncentrowało się wyłącznie wokół Osoby Jezusa Chrystusa. Wierzący
realnie uznawali Go za Głowę Kościoła, a Duch Święty był postacią tak
namacalną, że przy podejmowaniu kluczowych decyzji – jak ta opisana w Dziejach
Apostolskich (15:28) – zapisywano: „Postanowiliśmy bowiem, Duch
Święty i my...”. Nawet logistyka misyjna była wynikiem wsłuchiwania się w
głos Ducha, a nie osobistych układów – „Gdy pełnili służbę Panu i pościli,
Duch Święty powiedział: Wyznaczcie już Mi Barnabę i Szawła do dzieła, do
którego ich powołałem” (Dz 13:2).
Później
nastała era hierarchów, którzy poczuli się panami wspólnot. Wprowadzono sztywny
podział na „duchowieństwo” i „laikat”, wynosząc liderów na piedestały władzy. Z
czasem standard życia hierarchów zaczął konkurować z luksusem możnowładców tego
świata. Do serca Kościoła wkradła się polityka i pieniądze. Utworzono
scentralizowaną stolicę, przypisując jej wyłączną sukcesję apostolską.
Niewykształcony lud, wpatrzony w uczonych w piśmie duchownych, łatwo było
przekonać, że złoto bazylik i kardynalskie pałace to naturalna kontynuacja
drogi Szymona rybaka i Jezusa, syna cieśli.
Kiedy w
średniowieczu nadużycia sięgnęły szczytu – handlowano odpustami, a biednych
straszono mękami w czyśćcu – wybuchł protest Marcina Lutra. Reformacja była dla
ówczesnego świata wstrząsem. Wywołała reakcję w postaci Soboru Trydenckiego i
kontrreformacji, która z jednej strony próbowała uzdrowić moralność kleru, a z
drugiej – za pomocą Inkwizycji – bezwzględnie zwalczać nowe prądy religijne.
Choć dziś wiemy, że rola jezuitów była bardziej złożona, to faktem pozostaje,
że teologiczny spór o zbawienie z łaski był tłumiony siłą.
Przełom XIX
i XX wieku przyniósł falę ożywienia charyzmatycznego. Zwłaszcza w Stanach
Zjednoczonych jak „grzyby po deszczu” powstawały wspólnoty niezależne od
historycznych struktur. Wróciła wiara w bezpośrednie prowadzenie przez Ducha
Świętego i biblijna prawda, że „każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie
zbawiony” (Rz 10:13). Zbawienie stało się relacją, a nie
przynależnością do instytucji.
Jednak
patrząc na dzisiejsze chrześcijaństwo, widzę niepokojący powrót do błędów
przeszłości – choć w nowym opakowaniu. Dziś mamy nieograniczony dostęp do Pisma
Świętego i tekstów oryginalnych, a mimo to oddalamy się od wzorców apostolskich
bardziej niż kiedykolwiek.
Spotkania
wierzących przestają być przestrzenią, w której Duch Święty udziela darów „każdemu
z osobna tak, jak chce” (1 Kor 12:11). Zamiast biblijnej
różnorodności darów, jak napisał apostoł Paweł: „Kiedy się zbieracie, każdy ma jakiś dar:
śpiewania hymnów lub nauczania, lub objawiania tego, co zakryte, lub mówienia
językami, lub tłumaczenia. Wszystko niech służy ku zbudowaniu” (1 Kor
14:26), otrzymujemy precyzyjnie wyreżyserowane programy oparte na trendach
show-biznesu.
Pastorzy
stają się lokalnymi aktywistami lub influencerami, bardziej dbającymi o zasięgi
i PR niż o zwiastowanie upamiętania. Ewangelistów zastąpili mówcy motywacyjni. Ewangelię
zastąpiły programy artystyczne.
Współczesny
Kościół niebezpiecznie przypomina zbór w Laodycei. Nowoczesne „mega-kościoły”,
nasycone multimediami i najnowszą technologią, mówią o sobie: „Jestem bogaty
i niczego mi nie brak”. Tymczasem Chrystus diagnozuje ten stan surowo: „nie
wiesz, że jesteś nędzny, pożałowania godny, biedny, ślepy i nagi” (Ap
3:17).
Jezus,
prawdziwa Głowa Kościoła, często stoi dziś na zewnątrz współczesnych zborów.
Puka do drzwi, mając nadzieję, że ludzie ogłuszeni decybelami i oślepieni
laserami, usłyszą Jego głos. Pytanie, które postawił dwa tysiące lat temu: „Czy
jednak Syn Człowieczy zastanie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18:8),
wybrzmiewa dziś z nową, przerażającą siłą.
Ratunkiem
jest powrót do rady danej Laodycei: powrót do wiary wypróbowanej w ogniu, do
prawdziwej świętości i do „olejku dla oczu” – mocy Ducha Świętego, abyśmy „wiedzieli,
czym jest nadzieja, do jakiej was wezwała, czym jest bogactwo chwały Jego
dziedzictwa wśród świętych i jak wspaniały jest ogrom Jego mocy względem nas,
wierzących, według działania siły Jego potęgi. Tą właśnie mocą działał w
Chrystusie, gdy wskrzesił Go z martwych i posadził po swojej prawicy w
niebiosach” (Ef 1:18-20).
Niestety,
dopóki uszy wierzących będą przygłuszone jazgotem głośników, a oczy oślepione
blaskiem scenicznych efektów, wielu nie usłyszy „głosu wołającego na pustyni”.
Zamiast za Pasterzem, pobiegną za swoimi idolami.
Quo vadis, kościele?

No comments:
Post a Comment
Note: Only a member of this blog may post a comment.