Wednesday, November 27, 2013

Strategiczne polecenie



Ze wszystkich dyscyplin sportowych najbardziej lubię oglądać mecz koszykówki. Oglądając nieraz końcówkę meczu zauważyłem, że gdy na zegarze odliczającym czas do końca spotkania pojawią się ostatnie minuty, trener zwołuję naradę bojową. Myślę, że głównie chodzi o to, aby podać zawodnikom jak najbardziej strategiczne polecenia, zapewniające zwycięstwo.
W Nowym Testamencie słowo „zwycięstwo” najczęściej spotykamy w siedmiu listach do zborów, jakie Pan Jezus podyktował Swemu wiernemu słudze Janowi. Wszystkie te listy zostały zapisane w księdze Objawienia Pana Jezusa, z poleceniem przekazania ich do zborów. Dlatego osobiście uważam, że ich treść zawiera bardzo ważne słowa skierowane do Kościoła czasów ostatecznych.
Apostoł Jan, będąc na zesłaniu za głoszenie ewangelii, zobaczył w zachwyceniu Pana, który stał pomiędzy siedmioma świecznikami i głosem podobnym do szumu wielu wód, powiedział: „Napisz więc, co widziałeś i co jest, i co się stanie potem” (Obj. 1:19). Myślę, że Jan chwycił szybko pióro, wziął do ręki papirusowy zwój (szkoda, że nie miał iPad’a) i zaczął wiernie zapisywać słowa ostatniego dyktanda Głowy Kościoła. Było to niezwykłe polecenie, bo dotyczące sytuacji Kościoła tuż przed linią mety, tuż przed zakończeniem meczu. Gdy uważnie czytamy te listy, z pewnością uderza nas forma wydanych poleceń, od których będzie zależało zwycięstwo w końcówce. Treść tych listów obejmuje sytuacje, jakie były, czyli to, przez co Kościół już przeszedł, jest mowa o teraźniejszości, no a przede wszystkim, zawarte są w nich wskazówki, co należy zrobić teraz, aby dobiec do mety, zapewniając sobie zwycięstwo.
W kilku kolejnych rozważaniach podejmę się krótkiej analizy każdego z poszczególnych listów, lecz teraz chcę jedynie zwrócić uwagę na kilka charakterystycznych cech wspólnych dla każdego z nich.
Chrystus, mając wzrok przenikający rzeczy płomienistym ogniem do samego dna naszych serc, mówi ”znam uczynki twoje i trud” (Obj. 2:2). Słowo to jest adresowane do tych, którzy osiągnęli zbawienie z łaski, a nie przez uczynki, a pomimo tego poddaje ocenie to, co zrobili. Gdy słyszymy wokoło, że nie ważne jakie jest twoje życie, bo miłość Boża jest większa, niż nasze upadki, to coś tu nie pasuje. Dlatego musimy zasięgnąć informacji w Słowie Bożym, aby to pogodzić. Apostoł Jakub napisał, że „wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie” (Jak. 2:17). O jakie więc uczynki chodzi? Na pewno nie takie, którymi chcielibyśmy sobie zasłużyć na zbawienie, bo na to nikt nie ma szansy. Chodzi więc o uczynki, które są owocem Ducha Świętego, czyli takie „do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili” (Efez. 2:10). I dalej, Pan Jezus, jak gdyby wskazując na kilka prawidłowych zagrań drużyny, mówi o umiejętności rozpoznania fałszywych podań piłki. Niestety, zdarza się, że w Bożej drużynie może pojawić się gracz, który zagra dla przeciwnika. Tu znów mamy przykład, na jaki apostoł Paweł zwracał uwagę sługom Bożym, gdy spotkał się z nimi w Milecie. Paweł z całą powagą dla sytuacji, jakie zdarzą się w zborze, powiedział: „Ja wiem, że po odejściu moim wejdą między was wilki drapieżne, nie oszczędzając trzody, nawet spomiędzy was samych powstaną mężowie, mówiący rzeczy przewrotne, aby uczniów pociągnąć za sobą” (DzAp. 20:29,30). A Pan Jezus powiedział swoim uczniom, aby pociągali wszystkich do Niego, gdyż jedynie On jest Dobrym Pasterzem, który zapewnia obfitość zwycięskiego życia.
Dobry trener, który dba o swoich podopiecznych, otwarcie mówi im o ich faulach w grze. Nie szczędzi im uwag i reprymend, ponieważ chce, aby lepiej grali. Nieraz musi posłać zawodnika na ławkę, dając mu czas na przemyślenie złego zachowania. Musimy być pewni, że Pan Jezus, jako Wódz i dokończyciel naszej wiary, nie myli się w wydawaniu sądów o naszym postępowaniu. On nie odwołuje się do opinii „bocznych sędziów”, gdyż Jego wzrok przenika doskonale nasze motywy i zamiary. Jego Słowo „jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca” (Hebr. 4:12). Dlatego często, kierując się naszym dobrem, zapewnia nas o Swojej miłości, gdyż „kogo Pan miłuje, tego karze, i chłoszcze każdego syna, którego przyjmuje” (Hebr. 12:6). Nikt nie lubi wysłuchiwać krytycznych uwag pod swoim adresem, lecz tutaj nie chodzi o poniżenie i chociaż „żadne karanie nie wydaje się chwilowo przyjemne, lecz bolesne, później jednak wydaje błogi owoc sprawiedliwości tym, którzy przez nie zostali wyćwiczeni” (w. 11). O to właśnie chodzi Chrystusowi, abyśmy pod koniec naszego biegu do mety, nie popadli w zniechęcenie i zwątpili w zwycięstwo, lecz zostali odpowiednio posileni na te ostatnie minuty naszego biegu do mety.
Zwycięstwo zapewnia sam Chrystus, my natomiast musimy wytrwać do końca w Nim. Dlatego On nam ciągle przypomina o nagrodzie, jaką jest udział w Jego chwale. W poszczególnych listach Jezus mówi o spożywaniu owoców z drzewa żywota, o pokonaniu w Nim drugiej śmierci, o nowym imieniu. Jezus zapewnia nas też, że wraz z Nim będziemy mieć władzę nad przeciwnikami. Zapewnia również o tym, że tylko w Nim możemy stanąć przed obliczem wiecznie świętego Ojca. Mówi w końcu, że ten, kto wytrwa we wszystkich doświadczeniach i zachowa wierność do końca, temu pozwoli „zasiąść ze mną na moim tronie, jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem wraz z Ojcem moim na jego tronie” (Obj. 3:21).
Dlatego musimy posłuchać końcowego polecenia, jakie Chrystus skierował do każdego z tych zborów: „Kto ma uszy, niechaj słucha, co Duch mówi do zborów” (Obj. 3:22). A wierzę, że Duch ma wiele do powiedzenia, tylko czy Go posłuchamy?
Henryk Hukisz

Tuesday, November 26, 2013

Dzień indyka

 Każdego roku, w czwarty czwartek Listopada w Stanach Zjednoczonych obchodzi się jedno z najdziwniejszych świąt. Każdy nazywa je „Świętem Dziękczynienia”, „Thanksgiving Day”, lecz z dziękczynieniem łączy je jedynie nazwa. W przeddzień tego święta, tradycyjnie Prezydent kraju dokonuje ułaskawienia pary szczęśliwych ptaków, które nie skończą na świątecznym stole.

Nadal w kalendarzu widnieje poprawna nazwa tego świątecznego dnia, lecz na co dzień, to co ogląda się w telewizji, co jest treścią rozmów ludzi mieszkających w tym kraju, nie ma nic wspólnego z prawdziwym dziękczynieniem. Osobiście przypomina mi to pewien aforyzm, jaki kiedyś sobie zapisałem—„Najgorszą rzeczą dla ateisty jest to, że gdy jest wdzięczny, nie ma komu podziękować”.
Amerykańska wersja Święta Dziękczynienia oficjalnie nawiązuje do wydarzenia sprzed prawie 400 lat. W rok po przybyciu do portu Plymouth w Nowej Anglii, pielgrzymi dziękowali Bogu za przetrwanie tego trudnego czasu. Niewielka wówczas grupka przybyłych tu wygnańców religijnych z Anglii, próbowała stworzyć dla siebie i następnych pokoleń nowy dom, wolny od rządowych przymusów religijnych. W Anglii wprowadzono obowiązek uczestniczenia w nabożeństwach państwowego kościoła w każdą niedzielę pod groźbą zapłacenia kary w wysokości dzisiejszych 17.00 GBP. Oczywiście, ludzie ci nie uciekali głównie przed koniecznością płacenia grzywny, lecz przede wszystkim, przed prześladowaniami, jakie ich spotkały z powodu żywej wiary w Chrystusa, jaką zaczęli wyznawać.
Warunki, jakie zastali na nowej ziemi, nie należały do przyjaznych. Pierwszy rok urządzania się w dzikich warunkach, wśród nie znanych im mieszkańców tych ziem, Indian Wampanoag, spowodował, że zapragnęli wspólnie podziękować Bogu. Historia ustanowienia tego święta, jako już państwowy dzień wolny od pracy, sięga roku 1941, kiedy prezydent F. D. Roosevelt podpisał oficjalną rezolucję ustanawiającą czwarty czwartek listopada, jako „Thanksgiving Day”.
Ameryka, jaką pragnęli stworzyć przybyli tu chrześcijanie, miała być krajem ludzi wolnych, żyjących w zgodzie z Bożym prawem. Dlatego przy ustanawianiu podstawowych norm regulujących życie społeczne, kierowano się wartościami biblijnymi, odwołując się do Dekalogu. Zasadniczą normą życia było postępowanie zgodne z ewangelią. Pierwsze szkoły, jakie zakładano, miały na celu naukę pisania i czytania, aby udostępnić każdemu kontakt z Biblią. Święto Dziękczynienia, miało w swojej treści pragnienie wyrażenia wdzięczności Bogu za Jego opatrzność i łaskę, jakiej doświadczali w mijającym roku. Tak było, lecz to, co dzieje się obecnie, pasuje bardziej do wspomnianego wcześniej aforyzmu.
Pamiętam, gdy niedawno w głównym wydaniu wiadomości na lokalnym kanale FOX, jakiś specjalista od kształtowania opinii przekonywał, że najlepszą formą wyrażenia wdzięczności w tym dniu jest spędzenie czasu z rodziną w mall’u handlowym na zakupach, dziękując w ten sposób producentom za to, co wyprodukowali. Dzięki nim możemy nabywać różne towary, a najlepsza formą podziękowania jest kupno. Dlatego też obecnie, już nie pieczony indyk króluje w reklamach, lecz „Black Friday”, który praktycznie rozpoczyna się już wieczorową porą w czasie Thanksgiving. Chodzi o to, aby jak najprędzej zapędzić ludzi do sklepów. A „Black Friday” to dzień największych obrotów, jakie notują w ciągu roku sklepy każdej branży, od samochodów do biżuterii włącznie.
Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że ateizm, jaki zaczyna panować w tym kraju jest bardziej niebezpieczny, niż ten, jakiego doświadczałem w Polsce w latach tzw. komunizmu. Pamiętam lata, gdy chodziłem do szkół, gdy zaczynałem pracować w państwowych przedsiębiorstwach, wielu kolegów oficjalnie należało do „jedynej i słusznej partii”, aby ułatwić sobie dostęp do wielu świadczeń. Ludzie byli zbyt biedni, aby z przekonaniem odrzucać Boże zasady życia. Większość tzw. ateistów, brała śluby kościelne, chrzciła dzieci, wołali księdza do chorych członków rodzin, Nie mówię, że to było słuszne, ale tacy byli wówczas ateiści. Natomiast amerykańscy ateiści, nawet jeśli oficjalnie idą do jakiegoś kościoła, to w najczęściej myślą o meczu sportowym, o zakupach robionych po nabożeństwie, o nieskoszonym trawniku i wielu innych zajęciach, jakie zwyczajowo wykonuje się w niedziele. Dla usprawiedliwienia takiej postawy utworzono teologiczną teorię, że „lepiej jest być w niedzielę na stadionie i myśleć o Bogu, niż być na nabożeństwie i myśleć o meczu”. Jak bardzo pasuje do tego opinia Pana Jezusa, który powiedział: „Ponieważ mówisz: Bogaty jestem i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję, a nie wiesz, żeś pożałowania godzien nędzarz i biedak, ślepy i goły” (Obj. 3:17).
Nic dziwnego, że dla większości chrześcijan w tym kraju nie przeszkadza robić zakupy w „Thanksgiving Day”, a Pamiątkę Narodzin Chrystusa nazywać „holiday”, aby nie denerwować niewierzących. Niedawno jeden z baptystycznych pastorów oświadczył, że w związku z przyjęciem w Illinois prawa pozwalającego zawierać śluby osobom tej samej płci, będzie musiał opracować nową formę ceremonii ślubnej, aby otworzyć się na współczesne oczekiwania. Natomiast, jeśli chrześcijański nauczyciel w szkole publicznej opowie dzieciom prawdziwą historię o pielgrzymach, którzy dziękowali Bogu, albo opowie dzieciom, co wydarzyło się w Betlejemie dwa tysiące lat temu, aby wyjaśnić skąd wziął się „Christmas Day”, może stracić pracę. A kapelan wojskowy, będący na oficjalnym żołdzie rządowym, nie powinien wymieniać imienia Jezus w miejscach publicznych, nawet w czasie oficjalnej modlitwy.
Podsumowując to smutne rozważanie, mam w sercu tyko jeden werset z Biblii, który myślę, że oddaje najlepiej to, co czują ludzie wierzący w tym kraju, gdy widzą w tych dniach hasło „Happy Turkey Day” zamiast „Thanksgiving Day”. Jedyną szansa na powrót do tego, co było intencją twórców tego kraju, są słowa zapisane przez starożytnego proroka, który w prawdzie miał na uwadze inny naród, lecz pasują jak najbardziej do każdego współczesnego. Jest to Boża obietnica, na której powinno zależeć nam wszystkim – „I ukorzy się mój lud, który jest nazwany moim imieniem, i będą się modlić, i szukać mojego oblicza, i odwrócą się od swoich złych dróg, to Ja wysłucham z niebios, i odpuszczę ich grzechy i ich ziemię uzdrowię” (2 Kron. 7:14).
Lecz jednakowoż, ludzie wolą zasiąść do stołu z tłustym indykiem, myśląc o tym, jak jeszcze tego dnia zaoszczędzić parę dolarów na przecenionym towarze z okazji „Black Friday”.
Henryk Hukisz

Sunday, November 24, 2013

Sprawdzian autentyczności kościoła


 Rynki całego świata zalewają produkty nazywane popularnie „podróbkami”. Dzisiaj ten, kogo nie stać na autentyczny towar, tzw. „firmowy”, idzie na bazar lub do pierwszego lepszego sklepiku z „chińszczyzną” i staje się posiadaczem „Addidasów”, „Naiki”, albo innego upragnionego towaru. Ponieważ trend zalewania rynku podróbkami rozszerza się coraz bardziej, producenci autentycznych towarów domagają się od władz, którym płacą spore podatki, kontroli rynku. Dlatego coraz częściej możemy czytać o zatrzymaniu całych kontenerów takich towarów już w portach i na lotniskach. Dzięki temu, jeśli ktoś chce posiadać autentyczny produkt jakiejś marki, może czuć się bezpiecznie, że nie został oszukany.
Czy kościół może ulec podróbce? Ktoś powie, że skoro Jezus zapewnił, że „zbuduję mój Kościół, a potęga śmierci go nie zwycięży” (Mat. 16:18), to nikt nie będzie w stanie wykonać jego falsyfikatu. Czy na pewno?
Nie muszę nikogo przekonywać, że jest ktoś, kto stara się wszelkimi sposobami podrobić Boże dzieła, aby zwieść ludzi, którzy interesują się jedynie tym, co Bóg czyni autentycznie. Diabeł jest kłamcą i jego najlepszą metodą zwodzenia, jest podrzucanie „podróbek”, aby ludzie myśleli, że mają to, czego na prawdę szukali. Jego metoda, zwana oryginalnie w języku greckim „methodeia”, co znaczy „zastawić pułapkę” lub „kłamać z marszu”, potrafi skutecznie zwieść wielu, nawet wierzących. Dlatego apostoł Paweł ostrzega świętych w zborach Pańskich, aby już nie byli dziećmi „niesionymi falami i powiewem wiatru jakiejkolwiek nauki, którą chytrze posługują się ludzie, zwodząc na manowce” (Efez. 4:14). W naszym przekładzie słowo "manowce" może nie oddaje tego najlepiej, lecz inne wskazują na tę właśnie diabelską metodę – „podejścia” [Biblia Gdańska], czy „zdradę” [Biblia Brzeska]. Jest to coś w rodzaju "RSB", czyli metoda powszechnie stosowana kiedyś w Iraku, czy w Afganistanie – „roadside bomb”. Nieprzyjaciel podkłada ładunek wybuchowy w taki sposób, że go nie widać aż do chwili, gdy najedzie na nią pojazd wojskowy. Dlatego apostoł Paweł, z całą powagą dla niebezpieczeństwa, jakie grozi każdemu wierzącemu, napisał dalej w tym samym liście: „przywdziejcie pełną zbroję Bożą, abyście mogli stawić czoła zasadzkom (methodeia) diabła(Efez. 6:11).
Jestem przekonany, że diabeł posiada w swoim arsenale całą serię pomysłów, jak podrabiać typowe dla kościoła cechy, aby zwieść jak najwięcej nieuważnych wierzących. Apostoł Piotr ostrzega nas, podobnie jak jego kolega Paweł, pisząc w swoim liście, że „diabeł, jak lew ryczący krąży i szuka, kogo pożreć” (1 Ptr. 5:8). Z tych słów raczej wynika, że diabeł nie będzie wpierw machać chorągiewką sygnalizując swoje złe zamiary. On działa sprytnie, zastawiając pułapkę stosowną do aktualnej sytuacji. Myślę, że on również wie, że jego czas się kończy, dlatego zwiększa aktywność w produkowaniu różnych podróbek, na które szczególnie łatwo dają się nabrać tzw. „konsumpcyjni” chrześcijanie. On wie, że szczególnie młodzi udzie szukają dobrej zabawy, dlatego podsuwa różnego rodzaju "ewenty" z nazwy religijne, lecz nie mające nic z autentyczności Ciała Chrystusa. Byle młodzi dobrze się bawili.
Format tego rozmyślania nie pozwala mi podać pełnej listy jego podstępnych sztuczek, dlatego pozwolę sobie jedynie wskazać na najbardziej charakterystyczne w czasach ostatecznych. Studiując listy pastoralne Pawła wiemy, że szczególną cechą kościoła tych czasów jest powszechne odstępstwo od zdrowej nauki, jaką głosili apostołowie. Jak pisze Paweł, ludzie będą „samolubni, chciwi na pieniądze, aroganccy, pyszni, bluźnierczy, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, bezbożni, nie czuli, bezlitośni, rzucający oszczerstwa, nieopanowani, gwałtowni, niemiłujący dobra, zdrajcy, lekkomyślni, nadęci, kochający bardziej przyjemności, niż Boga” (2 Tym. 3:2-4). Jak już poprzednio zauważałem na moim blogu, nie chodzi tu o ludzi znajdujących się poza kościołem, lecz wewnątrz niego. Musimy pamiętać, że kościół jest zawsze taki, jacy są ludzie, którzy go tworzą. Dlatego apostoł ostrzega nas, że będą pojawiać się ludzie, „udający pobożność, ale odrzucający jej moc”. Paweł nie żartuje, dlatego nie każe okazywać im przychylności, kierując się miłością, i wprost nakazuje: „od takich ludzi trzymaj się z daleka” (2 Tym. 3:5).
Wierzę, że często Bóg poddaje nas sprawdzianowi na autentyczność kościoła, czy jesteśmy prawdziwie posłuszni Duchowi Świętemu, Duchowi Prawdy, czy jesteśmy jedynie bańką mydlaną, nastawioną na zwiększanie liczebnej objętości.
Apostoł Paweł przypomina, znane w hebrajskim środowisku, imiona dwóch magów egipskich, którzy zaskoczyli faraona swoimi sztuczkami, podrabiając znak, jakim Mojżesz miał udowodnić, że jest autentycznym posłańcem Bożym. Chociaż ich produkt wyglądał prawie tak samo jak ten prawdziwy, to jednak wszyscy wkrótce przekonali się, że jest tandetną podróbką. Paweł zapewnił, że za każdym razem w prawdziwym kościele, który dba o swoją autentyczność, stanie się podobnie, gdyż ci, którzy jedynie udają pobożnych, „daleko nie zajdą, bo ich głupota będzie znana wszystkim, podobnie jak to się stało z tamtymi” (2 Tym. 3:9).
Znam osobiście sytuację, gdy w pewnym zborze pojawili się „pobożni” liderzy, którzy dość szybko wywołali zamieszanie, aby zrealizować swój plan pociągnięcia za sobą ludzi. Pomimo, że sporo ludzi im zaufało, to jednak po pewnym czasie wyszło na jaw ich „szaleństwo”, jak to zostało oddane w Biblii Brzeskiej. Niedawno, znów dowiedziałem się, że buntowniczo nastawiony lider w innej społeczności porwał za sobą grupę ludzi, którzy zostali zauroczeni jego zdolnościami, lecz po jakimś czasie zostało ujawnione jego niemoralne postępowanie. Myślę, że takich przykładów jest dużo więcej.
Ludzie, którzy jedynie „udają pobożność”, nie utrzymają się długo w autentycznym kościele, ponieważ nie wytrzymają próby wiary. Tam, gdzie jest prawdziwa światłość, wszelka nieprawda i sztuczność ujawni się w naturalny sposób. Pan Jezus wyjaśniał swoim uczniom tę zasadę słowami: „Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światłości i jej unika, aby jego czyny nie zostały ujawnione. Każdy natomiast, kto postępuje w prawdzie, przychodzi do światłości, aby stało się widoczne, że jego czyny są dokonane w Bogu” (Jan 3:20,21). Jeśli natomiast „falsyfikaty” cieszą się uznaniem ludzi w kościele, może to jedynie świadczyć o braku prawdziwej światłości, o braku autentyczności kościoła. Dlatego dobrym sprawdzianem prawdziwości kościoła, jest to, w jaki sposób reaguje się na różnego rodzaju zjawiska, które nie mają swojego źródła w Bożym Słowie. Jeśli nie odrzuca się rzeczy obcych kościołowi, to bądźmy ostrożni, aby nie wpaść w diabelskie sidła. Apostoł Jan ostrzega nas przed duchem antychrysta, który "nadchodzi, a nawet już jest na świecie" (1 Jan 4:3).
Niestety, obecnie w wielu społecznościach brakuje odpowiedniego światła, nie naucza się biblijnych prawd o Kościele, który buduje Chrystus. Dziś organizuje się okołokościelne wydarzenia, które mają jedynie przyciągnąć tłum, aby się dobrze bawić. Dlatego diabeł wprowadza do zborów ludzi, którzy potrafią szybko zawładnąć umysłami, a szczególnie sercami wielu nieświadomych chrześcijan.
Bądźmy Bogu wdzięczni za każdy test wiary, za każdą próbę ognia, który wypala wszelkie zanieczyszczenia lepiej, niż oczyszczane jest złoto w tyglu złotnika. Bóg oczyszcza Swój Kościół „na sławę, chwałę i cześć przy objawieniu się Jezusa Chrystusa” (1 Ptr. 1:7).
Henryk Hukisz 

Polecam róznież "Fasadowe chrześcijaństwo".

Saturday, November 23, 2013

ירושלם שלום

Mam ciągle w pamięci pewien piątkowy wieczór spędzony w gronie przyjaciół przy szabasowych świecach. Wprawdzie nie była to typowa wieczerza w domu Izraelskim, lecz ciekawa prezentacja ukazująca znaczenie tej bardzo ważnej społeczności rodzinnej. Na stole stały wszystkie elementy, jakie tradycyjne znajdują się na stołach w żydowskich domach - była menora, dwie świeczki, dwie chały przykryte białą serwetką i kielich wina. Lektor z małżonką, wykonując kolejno czynności przy stole, wyjaśniał ich znaczenie, a cała ceremonia uzupełniona była śpiewem hebrajskich pieśni.

Ilustracją zachęcającą do modlitwy o pokój dla Jerozolimy była anegdota o źle zapiętej marynarce. Nie znałem jej, dlatego zwróciłem uwagę na bardzo istotne przesłanie w niej zawarte. Chodzi o to, że gdy włożymy pierwszy guzik marynarki w niewłaściwą dziurkę, wszystkie pozostałe będą też źle zapięte. Tak samo, jeśli nie ma pokoju w Jerozolimie, nie będzie go na całym świecie. Bardzo mocne stwierdzenie, lecz bardzo prawdziwe szczególnie w obecnym czasie, gdy znów rozgorzał konflikt palestyński. Tym razem okazją do ataków i prowokacji jest kolejna rocznica powstania państwa Izrael.

Nie ma drugiego takiego miasta na całym świecie jak to, które zostało nazwane przez Boga miastem pokoju. Żydzi mówią -  ירושלם „Ir Szalom”, reszta świata, w zależności od własnego języka - Jerusalem, Jerozolima, Иерусалим, エルサレム, lub بيت المقدس. Osobiście wierzę, że Bóg nieustannie kontroluje wszystko, co dzieje się na świecie. Dlatego pokój w innych regionach świata nastanie dopiero wtedy, gdy wpierw zazna go to Boże miasto pokoju. Wie też o tym Boży przeciwnik, diabeł, dlatego robi wszystko, aby w tym najważniejszym miejscu panował niepokój. Pisałem o tym wcześniej w rozważaniu Centrum świata, że najważniejszym miejscem na naszej planecie jest ten malutki skrawek ziemi, nazwany przez Boga ארץ ישראל [eretz israel].

Najbardziej znanym miejscem w Biblii na ten temat, jest modlitwa zawarta w Psalmie 122. Słowa tej modlitwy zapisał Dawid, gdy tęsknił za Bożym miastem, gdy jego największym pragnieniem było przekroczyć próg miasta pokoju i wejść do domu Pana.

Ucieszyłem się, gdy mi powiedziano: Pójdziemy do domu PANA! 
Właśnie stanęły nasze stopy w twoich bramach, Jerozolimo. 
O Jerozolimo, zbudowana jako miasto stanowiące zwartą całość, do ciebie pielgrzymują plemiona, plemiona PANA, zgodnie z prawem Izraela, by chwalić imię PANA. 
Tam bowiem stoją trony sędziowskie, trony domu Dawida. 
Proście o pokój dla Jerozolimy! 
Niech żyją w spokoju ci, którzy cię miłują, niech pokój będzie w twoich murach, dobrobyt w twoich pałacach! 
Przez wzgląd na moich braci i przyjaciół będę ci życzył pokoju. 
Przez wzgląd na dom PANA, naszego Boga, będę się modlił o twoją pomyślność

Gdy myślę o pokoju, to nie mam na uwadze jedynie sytuacji, gdy nie ma wojen, gdy nie giną ludzie od bomb zamachowców, gdy nie spadają na jej mieszkańców wrogie rakiety. Dziś wiemy, że takich chwil praktycznie nie ma na całej ziemi. Gdzieś zawsze ktoś do kogoś strzela, zabija, gwałci, stosuje przemoc kierowany nienawiścią. Mam raczej na uwadze taki stan, gdy panuje wewnętrzna harmonia, jedność i zgoda pomiędzy ludźmi. Wiadomo, że taka sytuacja jest możliwa jedynie tam, gdzie wśród ludzi jest żywy Bóg. Mam na uwadze obecność Boga nie zamkniętego w świątyniach, do którego przychodzi się jedynie z prośbami, jak do automatu sprzedającego słodycze, lecz niczym nie zakłócona społeczność ze świętym Bogiem.

Ponieważ jesteśmy spadkobiercami tego samego dziedzictwa, jakie otrzymaliśmy w spadku od Adama i Ewy, musimy przyjąć jedyne rozwiązanie problemu, jakie zostało nam przygotowane przez samego Boga. Apostołowie uznali to za jedyną możliwość, gdy wyznali: „Nie ma w nikim innym zbawienia. Nie dano bowiem ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4:12). A to zbawienie, jakie otrzymujemy jedynie w Panu Jezusie, jest zupełnym usprawiedliwieniem w oczach świętego Boga. Wówczas możemy powiedzieć: „Usprawiedliwieni z wiary, mamy pokój z Bogiem przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Przez Niego, dzięki wierze, mamy także dostęp do tej łaski, w której trwamy, i radujemy się nadzieją chwały Boga” (Rz 5:1,2).

Dawid w swojej modlitwie o pokój dla Jerozolimy spodziewa się błogosławieństwa i pomyślności. Hebrajskie słowo שלום [shalom], przetłumaczone w naszym wydaniu Biblii jako „pokój”, znaczy szczęście, pomyślność i bezpieczeństwo. Bóg jest w stanie to uczynić, gdyż Jego myśli o nas są właśnie takie – „Ja bowiem znam zamiary, jakie mam względem was – wyrocznia PANA – zamiary dotyczące pomyślności, a nie nieszczęścia, aby dać wam przyszłość i nadzieję” (Jr 29:11). Przecież wiemy, że Bóg nie chce, abyśmy zginęli na wieki w czeluściach piekielnych, lecz On „pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2:4).

Prawda Boża, to cała Biblia a nie tylko wybrane fragmenty, które osobiście nam odpowiadają. Gdy poznajemy w całości to, co Bóg uczynił, co obecnie robi i co będzie się jeszcze działo, dopiero wówczas dochodzimy do poznania całej prawdy. Już na początku, gdy Bóg powołał Abrama, gdy obiecał mu, że uczyni z niego wielki naród i obdarzy go Swoim błogosławieństwem, to przyrzekł: „Będę błogosławił tym, którzy tobie błogosławią, a tych, którzy ciebie przeklinają, będę przeklinał. W tobie będą błogosławione wszystkie plemiona ziemi” (Rdz 12:3). Nigdzie w Biblii nie czytamy, aby Bóg zmienił zdanie odnośnie tego zapewnienia. Dlatego nadal wszystko rozpoczyna się od tego centralnego miejsca, na górze Syjon, gdzie Bóg potwierdził to jeszcze raz, składając w ofierze Swego Syna. Chrystus jest dla nas usprawiedliwieniem i źródłem wiary, dla Izraela stanie się ich wybawicielem, jak wyjaśnia to apostoł Paweł, cytując w Liście do Rzymian 11:26, słowa proroka Izajasza: "Na Syjon jednak przybędzie jako wybawiciel, i do synów Jakuba, którzy nawrócili się z grzechów – wyrocznia PANA" (Iz 59:20). Stanie się tak, ponieważ "nieodwołalne są bowiem dary i powołanie Boże" (Rz 11:29).

Autor Listu do Hebrajczyków, czyli do Żydów rozproszonych wówczas po całym  rzymskim świecie, starał się przekonać ich, że teraz Bóg wypełnia wszystkie Swoje obietnice, gdyż „w tych ostatnich dniach przemówił do nas przez Syna. Jego ustanowił dziedzicem wszystkiego, przez Niego też stworzył wszechświat” (Hbr 1:2). Tak więc wszystko, co zostało stworzone i co Bóg powiedział od stworzenia świata, zostało nam ofiarowane w Jego Synu, naszym Panu i zbawicielu, Jezusie Chrystusie.

My, którzy żyjemy w czasie ostatecznym, możemy stać się świadkami wypełnienia zapowiedzi, jakie Bóg skierował do Swojego wybranego narodu. Autor tego szczególnego Listu skierowanego do Żydów wyjaśnie, że teraz podeszliśmy „do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebiańskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zgromadzenie, do Kościoła pierworodnych, zapisanych w niebiosach, do Boga, sędziego wszystkich, do duchów sprawiedliwych, uczynionych doskonałymi, do Jezusa, pośrednika Nowego Przymierza, do pokropienia krwią, która przemawia mocniej niż krew Abla” (Hbr 12:22-24).

Dlatego tak ważne jest, abyśmy oczekując na przyjście Księcia Pokoju, gdy Jego nogi staną na Górze Oliwnej, aby wejść do miasta pokoju, nieustanne modlili się o pokój dla Jerozolimy!

Czyńmy to szczególnie w obecnym czasie, gdyż jedynie Boży pokój jest rozwiązaniem każdego konfliktu.

Henryk Hukisz

Friday, November 22, 2013

Centrum świata

Chociaż cały świat spogląda uważnie na to, co dzieje sie w Ukrainie, to jednak w centralnym punkcie wydarzeń znajduje się Izrael. Z pewnością na naszej planecie dzieją się sprawy, które odgrywają ważniejszą rolę niż to, co aktualnie dzieje się na terenie „Ha eretz", to jednak musimy stwierdzić, że nie ma drugiego takiego kraju, jakim jest Izrael.
Jeśli wpiszemy w Google nazwę Izrael w angielskojęzycznej wersji „Israel", to błyskawicznie ukaże się ponad 1,5 miliarda linków na temat tego niewielkiego państwa. Natomiast w Biblii, najważniejszej dla nas księdze, znajdziemy ponad 2,5 tysiąca odniesień do Izraela, co w przeciętnym wydaniu, daje statystyczny wynik – dwa razy na każdej stronie.
W codziennej prasie, w radiu i telewizji żadne miejsce na świecie nie cieszy się taką popularnością, jak ten mały skrawek naszej planety. Starodawne imperia odeszły w cień zapomnienia. Wielkie narody powstały i upadły. Interesują się nimi jedynie historycy i archeologowie i co najwyżej, przypadkowo pojawiają się na łamach światowych doniesień. Izrael ze swoja historyczną stolicą Jerozolimą był, jest i będzie największym punktem zainteresowania z powodu wagi wydarzeń związanych z tym miejscem. Niestety, muszę to stwierdzić z całym przekonaniem, iż większość światowych doniesień na temat Izraela, to „fake newsy", albo wroga propaganda podsycana ciągle aktywnym antysemityzmem.
Pierwszy raz w Biblii spotykamy Izrael, jeszcze nie jako państwo, lecz jako imię nadane jednemu z synów Izaaka. Jakub, gdy wracał z cała swoją rodziną do ziemi, jaką Bóg wyznaczył Abrahamowi na wieczne zamieszkanie, spotkał w  nocy posłańca Bożego, z którym mocował się do białego rana. Tam została złamana stara natura Jakuba, męża chytrego i podstępnego, tam usłyszał swoje nowe imię – „Izrael, gdyż walczyłeś z Bogiem i ludźmi i zwyciężyłeś” (Rdz 32:28). Gdy nowonarodzony Izrael dotarł z powrotem do ojcowskiej ziemi, kupił pole, na którym postawił swój namiot i obok niego „postawił ołtarz i nazwał go El, Bóg Izraela” (Rdz 33:20).
Od tego momentu Izrael nie jest związany jedynie z historią jednego rodu, lecz całej ludzkości, gdyż jest spełnieniem obietnicy danej Abrahamowi, którego Bóg ustanowił „ojcem wielu narodów” (Rdz 17:5). Izrael staję się nierozłącznie związanym z Bogiem, jest Jego narzędziem na ziemi i zgodnie z otrzymanymi zapewnieniami, będzie pełnił taką rolę w końcu czasu na naszej ziemi.
Izrael, jako naród wybrany odgrywał zasadniczą rolę w objawieniu się Boga wszystkim narodom świata. Chociaż ten wybrany naród nie spełnił tej roli należycie, to jednak Boży plan odkupienia ludzkości z przekleństwa grzechu nadal związany jest z tym narodem. Nie chodzi jedynie o to, że Bóg wybrał młodą Izraelitkę z Nazaretu o wdzięcznym imieniu Miriam, aby z jej łona wyszedł nasz Zbawiciel, lecz cały naród będzie włączony w realizację Bożego planu. Jeden z wielkich proroków zapowiedział wiele wydarzeń z udziałem Izraela, jakie będa odnosiły się do całego świata – Nadchodzą dni, kiedy Jakub zapuści korzenie, Izrael zakwitnie i się rozpleni, owocami napełni powierzchnię ziemi (Iz 27:6). I chociaż historia zapisała wiele smutnych momentów w dziejach tego narodu, to jednak Bóg spełni wszystkie Swoje obietnice dane Izraelowi – Pamiętaj, Jakubie, i ty, Izraelu, że jesteś Moim sługą! Ukształtowałem cię, ty jesteś Moim sługą. Izraelu, nie zapomnę o tobie! (Iz 44:21).
Jedne z największych obietnic związanych z Izraelem otrzymał jego król Dawid. Ogromną nadzieję w sercach ludzkich wywołuje obietnica narodzin Mesjasza, którego wiernie oczekiwano przez długi czas. Wprawdzie niewielu w Izraelu było gotowych, aby rozpoznać dany od Boga czas nawiedzenia, to jednak ten naród nadal jest ujęty w Bożym planie. Izajasz prorokował: Nadstawcie ucha, przyjdźcie do Mnie! Słuchajcie, a będziecie żyli! Chcę zawrzeć z wami wieczne przymierze, zgodnie z niezawodnymi łaskami obiecanymi Dawidowi. Oto ustanowiłem go świadkiem dla ludów, przywódcą i zwierzchnikiem ludów. Wezwiesz naród, którego nie znałeś, naród, który cię nie znał,  pospieszy do ciebie ze względu na PANA, twojego Boga, i na Świętego Izraela, gdyż On ciebie wsławił(Iz 55:3-5).
Jedną z największych krzywd, jakie zostały wyrządzone Kościołowi, była sprzeczna z Biblią teoria znana jako „teologia zastępstwa”. Już od starożytnych czasów, Orygenes, Augustyn, Tomasz z Akwinu i później Jan Kalwin i Marcin Luter, wprowadzali błędną naukę o zastąpieniu Izraela przez Kościół, jako „Nowy Izrael".  Pomimo wielkiego wkładu wielkiego Reformatora w przywrócenie pojęcia zbawienia z łaski przez wiarę, uznał on, że rola narodu Izraelskiego jest skończona. Taki pogląd dał początek zwiastowania „ewangelii" wrogości wobec tego, nadal Bożego ludu. Średniowieczna Bawaria stała się kolebką nauczania, że Żydzi zabili Chrystusa, dlatego należy ich wyeliminować z życia społecznego. Jak wiemy, w takim środowisku narodził się faszyzm, jeden z najtragiczniejszych systemów politycznych prowadzący do anihilacji całego narodu. Holokaust, jedyny w swoim tragicznym znaczeniu, nie może być użyty jako określenie każdej innej tragedii, jaką „ludzie ludziom zgotowali". Historia Iareala jest wyjątkowa w każdym aspekcie.
Bóg ma jednak kontrolę nad wszystkim i Jego plan bez przeszkód jest realizowany. Pomimo rozproszenia Izraelitów wśród wszystkich narodów świata, pomimo asymilacji kulturowej przez prawie dwa tysiąclecia, spełniła się Boża obietnica wypowiedziana przez Ezechiela – „Wyprowadzę je spośród narodów, zbiorę z krajów i wprowadzę do ich ziemi. Będę je pasł na górach Izraela, przy potokach i we wszystkich osiedlach kraju” (Ez 34:13).
Apostołowie mówili jasno o losach tego narodu. Chociaż ewangelia zbawienia wszystkich ludzi przez Chrystusa dociera do wszystkich narodów świata, to jednak Bóg nie odwrócił się od obietnic danych Izraelowi. Apostoł Paweł, przyznając się często do swoich żydowskich korzeni, był gotowy „być przeklęty i odłączony od Chrystusa dla moich braci, krewnych według ciała(Rz 9:3). Wierzył jednak, iż nastanie czas przewidziany przez Boga, że ten naród wróci znów do Jego łaski. Zadał wówczas retoryczne pytanie: Czy Bóg odrzucił swój lud? To niemożliwe! I ja przecież jestem Izraelitą, potomkiem Abrahama, z plemienia Beniamina. Bóg nie odrzucił swojego ludu, który wcześniej poznał (Rz 11:1,2). Musiały więc wypełnić się wszystkie wyrocznie dotyczące tego narodu, aby mógł ponownie wrócić do Swojej ziemi.
Świadczy o tym już nowoczesna historia, czyli ta, która dotyczy nas, gdyż na naszych oczach spełniają się wydarzenia zapowiadane przez starożytnych proroków. I tak, 14 maja 1948 roku ogłoszono powstanie niepodległego państwa Izrael w „Eretz Israel”. Niestety, nie wszyscy ucieszyli się z tego spełnienia Bożej obietnicy. Już następnego dnia nastąpiła inwazja armii sąsiadujących z Izraelem krajów arabskich. Wojna najbardziej zagorzałych wrogów Izraela trwa do dzisiaj. Deklaracje „wymazania Izraela z mapy świata" są ogłaszane na nowo. Podczas międzynarodowych konferencji dotyczących tych wydarzeń, najwięksi sprzymierzeńcy Izraela nabierają wody w usta, lecz nic nie jest w  stanie przesunąć zainteresowania polityków całego świata z tego newralgicznego punktu na naszej planecie. Obserwując wydarzenia w tym rejonie geograficznym odnosimy wrażenie, że „coś wisi w powietrzu". Jesteśmy wszyscy świadkami wielkiego preludium do najważniejszego etapu Bożego planu dziejów świata.
Pan Jezus, nasz Zbawiciel zapowiedział, że gdy już dokona dzieła pojednania nas z Ojcem, to powróci i zabierze Swój Kościół do chwały w niebie. Tak jak za pierwszym razem, gdy Syn Boży przyszedł jako światłość świata, aby zbawić grzeszny świat i pojawił się w Izraelu, tak Jego powtórne przyjście związane jest też w tym samym miejscem. Starotestamentowy prorok Zachariasz wskazał geograficzny punkt i to bardzo dokładny, mówiąc: W tym dniu Jego nogi 
staną na Górze Oliwnej, która jest na wschód od Jerozolimy, a ona na pół się rozpadnie od wschodu na zachód, i powstanie bardzo wielka dolina. Połowa góry odsunie się na północ, a druga połowa na południe(Za 14:4).
Pamiętam moment, gdy wiele lat temu byłem w Jerozolimie i podczas zwiedzania Góry Oliwnej, stanąłem na wprost Złotej Bramy. Ciarki przeszyły mnie od góry do dołu na myśl o tym, co pewnego dnia wydarzy się na tym miejscu. Ta brama, dzisiaj jeszcze zamurowana na wejście Mesjasza, zostanie szeroko otworzona dla Pana panów i Króla wszystkich królów.
Dwa tysiące lat temu na tym samym miejscu, uczniowie Jezusa pytali się o to, co też często zaprząta myśli wielu wierzących. Ewangeliści opisali nam ten moment - „Gdy siedział na Górze Oliwnej, podeszli do Niego uczniowie i pytali na osobności: Powiedz nam, kiedy to nastąpi i co będzie znakiem Twojego przyjścia i końca świata?” (Mt 24:3). Na tej samej górze, kilka dni wcześniej, Jezus ostrzegał Swoich uczniów „Módlcie się, abyście nie ulegli pokusie” (Łk 22:40). On sam zaś odszedł nieco od nich i z krwawym potem na skroniach oddał się zupełnie woli Ojca, aby wykupić nas na Swoją własność.
Bóg spogląda na historię wszystkich narodów przez pryzmat wydarzeń, jakie wydarzyły się w tym miejscu. Dlatego, dla naszego Ojca w niebie jest to centralny punkt świata, który jest Jego dziełem, gdyż  w tym miejscu dokonał odkupienia człowieka, jakiego stworzył dla Swojej chwały.
Henryk Hukisz

Sunday, November 17, 2013

Jezus Pocieszyciel



 Jestem przekonany, że wszyscy pragniemy doświadczać radość, nie taką, wywołaną dobrym momentem, lecz niezależą od tego, przez co w życiu przechodzimy. Właśnie taką radość daje nam nasz Pan.
Prawdziwa radość wynika z pokoju, jaki uzyskujemy w swoich sercach na skutek usprawiedliwienia z łaski – „Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa(Rzym. 5:1). Gdy brakuje Bożego pokoju w sercach, trudno jest doświadczać prawdziwą radość, gdyż przysłania ją cień niepokoju. A źródłem wszelkiego niepokoju w życiu dziecka Bożego jest jedynie grzech, w każdej jego postaci. To on powoduje, że Duch Święty nie może objawić w nas Swego owocu, którym jest również radość. Dlatego Paweł radzi świętym i usprawiedliwionym w Efezie – „nie zasmucajcie Bożego Ducha Świętego, którym jesteście zapieczętowani na dzień odkupienia” (Efez. 4:30). Cóż więc robić, gdy pojawi się grzech jako nieproszony gość i zasmuci nas wewnętrznie?
Apostoł Jan mówi otwarcie, żebyśmy nie oszukiwali siebie, wmawiając sobie nieskazitelność – „Jeśli mówimy, że grzechu nie mamy, sami siebie zwodzimy, i prawdy w nas nie ma” (1 Jan 1:8). Spotkałem ludzi, którzy tego stwierdzenia nie uznają. Nie sądzę, że nie znają tego wersetu, lecz ignorują zawartą w nim prawdę. Apostoł idzie dalej w swojej realistycznej wizji naszego życia i pisze: „Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, kłamcę z niego (z Boga) robimy i nie ma w nas Słowa jego” (w. 10).
Myślę, że dobrze znamy świadectwo apostoła Pawła o jego walce z „zakonem grzechu”. Pisze on wyraźnie: „Albowiem nie rozeznaję się w tym, co czynię; gdyż nie to czynię, co chcę, ale czego nienawidzę, to czynię” (Rzym. 7:15). Swoje osobiste wyznanie na temat walki ze swoim ciałem podsumowuje błagalnym wołaniem: „Nędzny ja człowiek! Któż mnie wybawi z tego ciała śmierci?” (w. 24). Paweł znał odpowiedź, nadał jedynie tej kwestii trochę dramaturgii, aby podkreślić jej realistyczny wymiar. Kolejny werset brzmi już z wyczuwalną ulga, gdyż czytamy: „Bogu niech będą dzięki przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc ja sam służę umysłem zakonowi Bożemu, ciałem zaś zakonowi grzechu(w. 25).
Nadal działa w naszym życiu „zakon grzechu”, czyli skłonność do czynienia tego, co sprzeciwia się pragnieniom Ducha Świętego, który w nas mieszka. To, że zgrzeszymy, jest naturalne, lecz nie konieczne, gdyż sami tego nie chcemy. Dlatego musimy znaleźć jakiś środek na poprawę wewnętrznego nastroju, gdyż w momencie uświadomienia sobie popełnienia jakiejś nieprawości, tracimy radość.
Chciałbym jeszcze na chwilkę zatrzymać się przy skłonności do grzeszenia, nie po to, aby złagodzić zagrożenie, lecz abyśmy lepiej zrozumieli „mechanizm” pokuszenia. Apostoł Jakub uspokaja nas pisząc, że „każdy bywa kuszony przez własne pożądliwości, które go pociągają i nęcą” (Jak. 1:14). Pożądliwość poczyna grzech, to znaczy powoduje jego ożywienie, lecz dopiero „gdy grzech dojrzeje, rodzi śmierć” (w. 15).
Oryginalne znaczenie słowa „hamartano”, jakie znamy w naszym języku jako „grzeszyć”, znaczy dokładnie „nie trafić do celu” (ang. „miss the mark”). Myślę, że to wyjaśnienie pomoże nam lepiej zrozumieć, że będąc narodzonymi na nowo z Ducha Świętego, pragniemy „trafić do celu”, czyli wykonać dobry uczynek, lecz na skutek diabelskiego kuszenia, trafiamy obok. Naturalną cechą nowej natury jest czynić to, do czego nakłania nas Duch Święty, lecz dopóki chodzimy w tym ciele i żyjemy w tym świecie, jesteśmy narażani na chybienie celu, co znaczy w potocznym języku, że grzeszymy.
Słowo Boże zachęca nas do tego, abyśmy uważali na zastawione diabelskie pułapki. Musimy liczyć się z tym, że Boży i nasz przeciwnik stara się nas zwieść za wszelką cenę. Dlatego apostoł Jan pociesza, że „jeśliby kto zgrzeszył, mamy orędownika u Ojca, Jezusa Chrystusa, który jest sprawiedliwy” (1 Jan 2:1). Chrystus, który nas usprawiedliwił, teraz czuwa nad tym, abyśmy zawsze mogli korzystać z Jego orędownictwa.
W oryginalnym tekście listu apostoła Jana użyte jest słowo „parakletos”, które  w naszym przekładzie oddane jest jako „orędownik”. Jest to, to samo słowo, którego użył pan Jezus, gdy zapowiadał uczniom nadejście Orędownika, Pocieszyciela, czyli Ducha Świętego. Jan używa tego słowa w napisanej przez siebie Ewangelii w zapowiedzi nadejścia Pocieszyciela. Znaczy ono „Pocieszyciel” albo „Adwokat”. Angielskojęzyczne przekłady listu Jana określają Chrystusa jako naszego Adwokata. Uważam, ze jest to trafne tłumaczenie, gdyż oddaje faktyczną rolę Chrystusa, który nadal nas przedstawia przed Bogiem Ojcem jako usprawiedliwionych. Tylko On może to uczynić, ponieważ On „jest ubłaganiem za grzechy nasze” (1 Jan 2:2). Słowo „ubłaganie” w oryginale znaczy „odkupić” lub  „uczynić zadośćuczynienie”, dlatego tylko Pan Jezus może wystąpić w roli naszego adwokata przed świętym Bogiem.
Jest tylko jedna rzecz, jaka należy do nas, a mianowicie, musimy przyjść od Pana Jezusa i uznać nasz grzech. Oczywiście nie wystarczy samo przyznanie się do „nie trafienia do celu”, lecz musimy żałować tego, co uczyniliśmy. Prawdziwy żal polega na postanowieniu nie czynienia więcej tego, co zrobiliśmy. Jan podaje nam wspaniałą receptę, gdy opanuje nas zasmucenie spowodowane grzechem – „Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości” (1 Jan 1:9).
Czyż nie jest to najlepszym pocieszeniem dla zmartwionego serca, w którym pojawił się smutek spowodowany grzechem, gdy uświadomimy sobie jak wspaniałego mamy Adwokata? Dlatego uważam, że oprócz Ducha Świętego, Jezus jest również naszym Pocieszycielem.
Pan Jezus, gdy wyjaśniał Swoim uczniom, na czym polega zwycięskie życie wypełnione owocem Ducha Świętego, radził im, aby trwali w Nim. To jest jedyny stan, który może zapewnić nieustającą radość. Chrystus, Swoje największe pragnienie wyraził słowami: „aby radość moja była w was i aby radość wasza była zupełna” (Jan 15:11).
Dlatego On jest naszym Pocieszycielem.
Henryk Hukisz

Friday, November 15, 2013

Nauka o tolerancji



 Często spotykamy się z zjawiskiem braku tolerancji wobec osób odmiennie myślących od ogólnie uznanego światopoglądu, czy, jak to się teraz często podkreśla, od wyznawanych wartości przez większość. Nie zamierzam odnosić się do ostatnich wypowiedzi niektórych liderów politycznych na wiecach wyborczych - może innym razem. Teraz chciałbym postawić pytanie: "Czy Pan Jezus był osobą tolerancyją?"
Na moim blogu pisałem już wielokrotnie na ten temat, że przypomną tylko kilka rozważań, które bezpośrednio nawiązują do kwestii tolerancji - "Jezus ekumenista", "No compromise" oraz "Czy tolerować". Dla przypomnienia, przytoczę definicję słowa „tolerancja”, aby mieć wyraźne odniesienie do tego pojęcia. Słownik Języka Polskiego (PWN), zamieszcza następującą definicją znaczenia tego słowa – «uznawanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, czyjegoś postępowania, różniących się od własnych; wyrozumiałość». Tak również potocznie pojmuje się tolerancję, gdy chodzi o sposób odnoszenia się do cudzych poglądów, upodobań czy nawet postępowania.
Ponieważ jest to obszerny temat, pozwolę sobie na skoncentrowanie uwagi na tym, czy Pan Jezus nauczał o tolerancji, a przede wszystkim, jak On sam odnosił się do poglądów, upodobań i postępowania innych osób w czasie, gdy nauczał podczas Jego ziemskiej bytności.
Fragment biblijny, który w popularnej "brytyjce" został oznaczony tytułem „Nauka o tolerancji” znajduje się w Ewangelii Łukasza. Gdy Pan Jezus w odpowiedzi na błagalne wołanie ojca, aby uleczył jedynego syna, który był tarmoszony przez złego ducha, oddał go zdrowym w ojcowskie ręce, a „wszyscy zaś byli zdumieni potęgą Boga” (Łuk. 9:43). Inny ewangelista wyjaśniał później, że właśnie po to przyszedł Chrystus, „aby zniszczyć dzieła diabła” (1 Jan 3:8), a nie aby zadziwiać ludzi cudami, dlatego bezpośrednio po tym zdarzeniu, powiedział do Swoich uczniów: „Weźcie sobie mocno do serca te słowa: Syn Człowieczy zostanie wydany w ręce ludzi” (Łuk. 9:44). Lecz oni tego nie rozumieli, i zajęli się dyskusją o tym, który z nich może być najważniejszym. Wówczas Chrystus, rozejrzał się wokoło, i zobaczył małe dziecko, postawił je koło siebie i rzekł: „Kto przyjąłby to dziecko w Moje imię, Mnie przyjmuje, a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto bowiem wśród was wszystkich jest najmniejszy, ten jest wielki” (w. 48). Możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jest to nauka Pana Jezusa o prawdziwej wielkości. Uczniowie, jakby nie rozumieli tego co On im powiedział, szturchnęli Jana, który miał opinię „umiłowanego ucznia”, aby zwrócił uwagę Mistrzowi, że oni są już wielcy, że są po właściwej stronie, ponieważ są z Nim.
Wiadomo, że najlepiej jest wyróżnić siebie, wskazując palcem na kogoś innego, kto nie posiada tej samej wielkości, kto nie jest razem z nimi. Dokładnie tak uczynił Jan, mówiąc: „Mistrzu, zabaczyliśmy kogoś, jak w Twoje imię wypędzał demony i zabroniliśmy mu, bo nie chodzi z nami” (Łuk. 9:49). Uczniowie byli świadomi, że Chrystus udzielił im autorytetu „związywania i rozwiązywania”, dlatego tak potraktowali kogoś, kto nie jest z nimi. Niestety, oni znali jedynie fakt, że wygania demony w imieniu Jezusa, nic więcej. Jezus natomiast wiedział o nim to, co wyjaśnia ewangelista Marek, że „nie ma bowiem nikogo, kto czyniłby cuda w Moje imię i natychmiast mógłby Mi złorzeczyć. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, jest z nami” (Mar. 9:39,40). Myślę, że to zdarzenie między innymi sprawiło to, że Jan pisząc ewangelię, napisał, że gdyby wszystkie wydarzenia i o wszystkich ludziach napisano, to „cały świat nie pomieściłby ksiąg, które należałoby napisać” (Jan 21:25).
Czy więc Jezus tolerował wszystkich, którzy podejmowali się działania w Jego imieniu? Na pewno nie! W tym przypadku Chrystus wiedział, że ten człowiek, w prawdzie nie znany Jego uczniom, był wiernym Jego naśladowcą. Jezus wiedział, że ten człowiek jest razem z nimi, chociaż nie należał do wybranej dwunastki. Poza tym, ten tajemniczy uczeń Chrystusa, znał autorytet swojego Pana i mówił o Nim dobrze. Czego więcej chcemy od człowieka, który posiada takie kwalifikacje, a do tego ma odwagę wypędzać demony, tak jak to uczynił Chrystus na początku tej historii. 
Lecz musimy pamiętać o tym, że samo wezwanie imienia Chrystusa, nie czyni nikogo automatycznie uczniem Pana Jezusa. Przypomnę tylko bardzo nietolerancyjne stanowisko Chrystusa w innej sytuacji, gdy został oskarżony, że wypędza demony mocą Beelzebuba. Wówczas Pan Jezus zareagował natychmiast, stwierdzając: „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie, a kto nie zbiera ze Mną, ten rozprasza” (Łuk. 11:23). Chrystus powiedział również, aby wszystko było jasne: „Nie każdy, kto mówi do Mnie: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; ale ten, kto spełnia wolę Mego Ojca, który jest w niebie” (Mat. 7:21). Podobnych wypowiedzi Pana Jezusa można byłoby zacytować przynajmniej jeszcze kilka, aby mieć całkowitą pewność, że nie tolerwował fałszywych i obłudnych postaw ludzi, którzy jedynie udają, że są razem z Nim.
Wymagania Pan Jezusa są bardzo wysokie wobec tych, którzy chcą uważać się za Jego uczniów. Chrystus wyraził się w tej kwestii jednoznacznie: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godny(Mat. 10:38). Dlatego, gdy kiedyś wszyscy staniemy przed tronem Bożym, wówczas Pan Jezus wyciągnie Swoje przebite ręce i wskaże wyraźnie jedynie na jedną stronę i powie: „Zbliżcie się, błogosławieni Mojego Ojca, weźcie w posiadanie Królestwo, przygotowane wam od założenia świata” (Mat. 25:34). Zero tolerancji wobec pozostałych. Tego zaproszenia nie usłyszą rzesze stojące po drugiej stronie Chrystusa, chociaż będą powoływać się na swoją działalność, wymieniając długą listę dokonań w Jego imieniu. Bez żadnego przejawu tolerancji usłyszą: „Odejdźcie ode Mnie przeklęci w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom” (w. 41). Nawet, jeśli wypędzali demony w imieniu Pana, lecz nie zachowywali wszystkiego, czego nauczał.
Zwracam uwagę na fakt, że nie da się oszukać Sędziego, który osądzi sprawiedliwie uczynki wszystkich, dobre, czy złe. On nie okaże żadnej tolerancji wobec tych, którzy zadziwiali innych znakami i cudami, dokonanymi rzekomo w Jego imieniu. Jan, u schyłku pierwszego wieku pisał: "Nie mam większej radości od tej, gdy słyszę, że moje dzieci postępują zgodnie z prawdą" (2 Jan 4), dając w ten sposób świadectwo, że Kościół zachowywał "wierność prawdzie". Pan Jezus, w osobistym liście do Zboru w Efezie nawiązuje również do wierności i zdecydowanej postawy wobec tych, którzy są niby apostołami, lecz tak na prawde nimi nigdy nie byli -"Znam twoje czyny, trud, wytrwałość i to, że nie możesz znieść złych. Poddałeś również próbie tych, którzy nazywają siebie apostołami, a nimi nie są, i odkryłeś, że są kłamcami" (Obj. 2:2)

To co nie dziś smuci, to fakt, że ludzie bardziej szukają znaków i cudów, niż zdrowej nauki Słowa Bożego. Wielu biega za "cudotwórcami", nie bacząc na ostrzeżenie samego Pana Jezusa - "Pojawią się bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i będą dokonywać wielkich znaków i cudów, żeby, o ile to możliwe, zwieść nawet i wybranych" (Mat. 24:24).

Henryk Hukisz

Thursday, November 14, 2013

W starym albumie



W dobie fotografii cyfrowej, mało kto posiada jeszcze albumy. Nasze zasoby pamiątkowych zdjęć z podróży dookoła świata i z wszystkich uroczystości rodzinnych „zdygitalizowaliśmy” i mamy zgromadzone na twardym dysku, w opisanych katalogach. Łatwiej jest przywołać wspomnienia jednym kliknięciem, niż wertowaniem niezliczonej ilości stron w domowych albumach. Jednakowoż przyznaję, że pomimo przeniesienia archiwalnych zdjęć do pamięci komputera, to gdy trzymam w ręku fotografię gdy miałem trzy latka (zdjęcie obok), to wzruszam się naturalnie, nie cyfrowo.
Nadal posiadam  tradycyjne albumy różnej wielkości i grubości. Niektóre są opisane, na grzbietach znajdują się oznaczenia lat, tak więc, gdy chcę znaleźć coś z roku, np. 1974, wiem gdzie szukać. Może nie jest aż tak idealnie, bo nadal sporo odbitek fotograficznych znajduje się w różnych kopertach i pudełkach. Co za przyjemność zakopać się w takim zbiorze, wówczas nawet czas nie ma znaczenia, dopiero po kilku godzinach wracam do rzeczywistości, otrząsając się z kurzu wspomnień minionych zdarzeń i osób, które kiedyś się znało. Coraz częściej zdarza się, że gdy zobaczę jakąś osobę na starym zdjęciu, za żadną cenę nie mogę sobie przypomnieć jej imienia. To boli, ale po jakim czasie pamięć wraca, i ból przechodzi.
Coraz częściej zauważam, że wiele osób jakie znajdują się na moich fotografiach, już nie ma. Odeszli do Pana, trochę mi smutno z tego powodu, a i trochę zazdroszczę, że mnie już wyprzedzili. Bo przecież wszyscy idziemy tam, gdzie będzie lepiej, gdzie nie będzie już zaniku pamięci, gdy popatrzymy na stare fotografie.
Gdy przeglądam stare fotografie, zdarza się, że na niektórych widzę osoby, których wolałbym już nie spotkać. Przecież to jest takie ludzkie, lubimy tych, którzy nas lubią, natomiast z niektórymi, wolelibyśmy już nie występować, nawet na wspólnych fotografiach. Nic na to nie poradzę, nie będę przecież obcinać zdjęcia, niech już tak zostanie. Lecz w mojej pamięci zostały zarejestrowane zmiany, które bardzo odczuwalnie wpływają na to, czy chcę o tych osobach nadal pamiętać, czy wolałbym już o nich zapomnieć. No tak, ale skoro z moją pamięcią nie jest jeszcze tak źle, gdyż jakoś nie mogę z niej wymazać tych osób, więc muszę się zdecydować, jak o nich myśleć po latach.
Chyba już czas postawić pytanie, „Co na to Biblia?” Można sprawę uprościć do jednego zdania, że należy wybaczyć i pokochać miłością Jezusa, który powiedział: „Miłujcie waszych wrogów i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mat. 5:44). Tak, to święta prawda, lecz to wcale nie znaczy, że wybaczenie jest równoznaczne z akceptacją tego, co ktoś robi, jeśli my się z tym nie zgadzamy. Mam na uwadze sprawy istotne, nie typu „jedzenie mięsa ofiarowanego bałwanom”, lecz takie, które potrafią poróżnić na dobre. Może to być kwestia wierności powołaniu, zachowania prawdy w obliczu powszechnego kompromisu, albo brak wytrwałości w zachowaniu wiary. Najczęściej myślimy tak o kimś, kto nas zdradził, oczernił i spowodował wiele bólu w naszym sercu. Lista może być tak długa, jak niespodziewane są okoliczności naszego chodzenia za Panem.
Oto kilka sytuacji biblijnych, i to z najwyższej półki. Apostoł Paweł, gdy wybierał się w druga podróż misyjną, chciał iść z Barnabą, lecz ten postanowił zabrać jeszcze Marka. W tym momencie Paweł zajrzał do albumu ze zdjęciami z pierwszej podróży, i przypomniał sobie, że w trudnym momencie on ich opuścił, jak czytamy: „Jan (Marek) natomiast odłączył się od nich i wrócił do Jerozolimy” (Dz.Ap. 13:13). Teraz, mając w pamięci tamto zdarzenie „Paweł jednak nie uważał za słuszne zabierać z sobą tego, który odszedł od nich w Pamfilii i nie brał udziału w ich pracy” (Dz.Ap. 15:38). Ta sytuacja wywołała w pierwszej chwili nieporozumienie, „w rezultacie którego się rozdzielili. Barnaba wziął Marka i popłynął na Cypr” (w. 39), a Paweł powędrował w kierunku Syrii i Cylicji, zwiastując ewangelię w mocy Ducha Świętego.
W innym przypadku, gdy Paweł spotkał się w Antiochii z apostołem Piotrem, nazywanym również Kefasem, przypomniał sobie zdjęcie z innego albumu, na którym było wyraźnie widać, jak ten pobożny naśladowca Chrystusa, siedzi przy stole z poganami. Na drugim zaś zdjęciu, Piotr na widok innych Żydów, odsunął się od pogan, aby podkreślić swoją żydowską narodowość. Paweł, pomimo nieukrywanego szacunku, jakim darzył tego sługę Pańskiego, powiedział wprost: „Jeżeli ty, będąc Żydem, żyjesz zgodnie z obyczajami pogan, a nie Żydów, dlaczego zmuszasz pogan, aby żyli zgodnie z judaizmem?” (Gal. 2:14). Piotr wcale się nie obraził na Pawła i nie pogroził mu swoim autorytetem Chrystusowego klucznika.  Ja natomiast, niejeden raz znalazłem się w sytuacji, gdy powiedziałem komuś z wierzących coś, co uważałem za konieczne, ponieważ ich postępowanie było naganne. Niestety, w moim przypadku skończyła się przyjaźń, a nawet usłyszałem pogróżki, że teraz odczuję nieprzychylność, jaką będzie mi ten ktoś okazywać. A wiele tych osób znajduję na moich fotografiach.
Zastanawiam się nieraz, czy Paweł nie umiał wybaczać tym, którzy okazali się niewierni, którzy opuścili go w najtrudniejszych momentach. Zamiast tego, to pisząc listy do zborów, wymienia te osoby z imienia, i wspomina, co uczynili, zachęcając innych do stronienia od tych osób. Wierzę, że apostołowi zależało na tym, aby już z nim nie łączono tych osób, które umiłowały bardziej życie doczesne niż służbę ewangelii. Paweł nie chciał już być na wspólnym zdjęciu z tymi osobami. Dlatego ostrzegał swoich czytelników, aby również nie przestawali z tym, kto „nie posłucha słów naszego listu, to zwróćcie na niego uwagę i odsuńcie się od niego, aby się zawstydził” (2 Tes. 3:14).
Zachowując zdecydowaną postawę wobec prawdy Bożej, nie może iść na kompromis „przyjacielskich” relacji z ludźmi, którzy przez swoją nieszczerość, być może na to miano nie zasługują. Prawdą jest, że takie sytuacje pomiędzy braćmi i siostrami mogą mieć charakter chwilowy. Dlatego nasza zdecydowana postawa może pobudzić do refleksji nad niewłaściwym postępowaniem tych osób. Paweł zwrócił uwagę czytelnikom swojego listu do wierzących w Tesalonikach, aby „się odsunęli” od człowieka napiętnowanego, doprowadzając go do tego, „aby się zawstydził” (2 Tes. 3:14).
Apostoł Paweł nie nosił w swoim sercu gniewu wobec Marka, lecz pisząc po latach list do wierzących w Kolosach, wspomniał, że „pozdrawia was ... i Marek, kuzyn Barnaby” (Kol. 4:10). Widocznie już nie stało nic na przeszkodzie, aby mogli później razem pracować na niwie Pańskiej.
Henryk Hukisz