Sunday, October 25, 2015

Więcej niż pieśń

Wierzę, że każdy chrześcijanin ma swoje ulubione pieśni — albo tę jedną szczególną, po którą sięga w czasie burzy, nie tylko tej atmosferycznej. Nieraz pisałem na blogu, że moim ulubionym stylem jest Southern Gospel, ale chętnie słucham i nucę też utwory z innych nurtów muzyki uwielbienia, zwłaszcza gdy jestem sam. Do tej grupy należy utwór, który za każdym razem głęboko mnie porusza — tak bardzo, że nieraz pojawiają się łzy. Chodzi o pieśń „The Heart of Worship” angielskiego lidera uwielbienia i wykonawcy, Matta Redmana.

Słowa tej pieśni powstały w wyjątkowych okolicznościach. W kościele Soul Survivor w Watford na przedmieściach Londynu pastor Mike Pilavachi na jakiś czas zrezygnował z używania jakichkolwiek instrumentów podczas nabożeństw. Powodem tej radykalnej decyzji była refleksja, że oprawa muzyczna zaczęła przysłaniać samą treść i istotę uwielbienia. Matt, rozmyślając wtedy w samotności nad tym, czym jest prawdziwe wielbienie Boga we wspólnocie, napisał tekst, który szybko stał się międzynarodowym hymnem szczerego uwielbienia.

Pamiętam moment, gdy pod koniec pewnego nabożeństwa lider uwielbienia zaintonował pierwsze słowa: „When the music fades...”. Poczułem wtedy niesamowite poruszenie w sercu. Śpiewaliśmy razem słowa przypominające o tym, że Bóg nie oczekuje od nas samej muzyki czy pięknej formy. On patrzy głębiej — patrzy na serce i na to, z czym do Niego przychodzimy. Prawdziwe uwielbienie nie skupia się na nas ani na oprawie. Wszystko sprowadza się do Niego: It’s all about You, Jesus.

Bóg — Król o nieskończonej wartości — oczekuje czci, jaką mogą Mu oddać tylko ci, którzy zostali przez Niego duchowo zrodzeni na nowo. To odrodzenie czyni z nas nowe stworzenie. Jest aktem wielkiej Bożej miłości, która daje nam zdolność oddawania Mu chwały z czystego serca. Wiadomo, że nie chodzi tu o bezmyślne wyuczenie się kilku zwrotek i odśpiewanie ich w kościele. To potrafi zrobić każdy, nawet najbardziej zagubiony człowiek. Niedawno sam widziałem, jak podczas śpiewu najmocniej gestykulował i wymachiwał rękami mężczyzna, który przyszedł na nabożeństwo pod wpływem alkoholu.

Niestety muszę wrócić do bolesnego tematu: pozornego uwielbienia. Liderzy, nauczyciele i pastorzy, którzy angażują do zespołów uwielbienia osoby nieodrodzone i tworzą grupy śpiewające jedynie wyuczone religijne teksty, wyrządzają wielką szkodę — zarówno Kościołowi, jak i samym śpiewającym. Zauważyłem, że takie wydarzenia bywają często ogłaszane jako zwiastuny duchowego przebudzenia. Jeśli jednak prawdziwe nawrócenie — będące owocem pokuty i wyznania grzechów Chrystusowi — zastępuje się po prostu wspólnym śpiewaniem piosenek o religijnej treści, mamy do czynienia z zejściem z prawdy o nowym narodzeniu.

Tylko Bóg zna serce człowieka. Jeśli jednak widzi się ludzi, którzy z zaangażowaniem śpiewają o Bożej miłości, a zaraz po nabożeństwie wracają do tradycji będących zaprzeczeniem biblijnej prawdy, trudno wierzyć, że ich serca doświadczyły oczyszczającej mocy krwi Baranka.

Apostoł Paweł, zanim poznał Chrystusa, gorliwie trwał w tradycji żydowskiej i był przekonany o własnej sprawiedliwości. Gdy jednak dotarło do niego światło Ewangelii, zrozumiał, że musi porzucić wszystko, co było jedynie cieniem rzeczywistości objawionej w Jezusie. Nie chciał dłużej trwać w czymś, co stwarzało jedynie „pozory mądrości przez samowolną pobożność, poniżanie siebie i surowość wobec ciała” (Kol 2:23).

Dlatego wzywał wierzących do porzucenia dawnych praktyk. Sam złożył jasne świadectwo: „Ale to wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. Więcej nawet: wszystko uznaję za stratę wobec doniosłości poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana. Dla Niego wyzbyłem się wszystkiego i uznaję to za śmieci, bym pozyskał Chrystusa” (Flp 3:7–8). Od tego momentu Paweł nie pokładał już nadziei w świątynnych obrzędach, lecz żył sprawiedliwością wynikającą z wiary w Chrystusa.

Przenosząc to na nasze czasy: jeśli ktoś śpiewa pieśni o Bożej łasce, a jednocześnie szuka zbawienia w obrzędach, liturgiach czy oddawaniu czci obrazom i posągom, mija się z działaniem Ducha Świętego. Jezus wyraźnie zapowiedział rolę Duch Świętego: „Gdy On przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie” (J 16:8). Kiedy Duch Święty naprawdę dotyka człowieka, następuje przełom — tak jak w Efezie, gdzie po głoszeniu Słowa ludzie wyznawali swoje grzechy, a praktykujący magię przynosili i publicznie palili wartościowe księgi (Dz 19:18–19). Nie kalkulowali ich wartości, bo poznawszy Chrystusa, nie chcieli wracać do dawnego życia.

Efekt? „Słowo Pańskie rosło w moc i umacniało się” (Dz 19:20). Dziś często rośnie jedynie frekwencja na nabożeństwach — dlatego że „ładnie śpiewają”.

Pamiętajmy: Bogu nie chodzi o samą pieśń, ale o nasze serca. A kiedy serce naprawdę doznaje odrodzenia, będzie uwielbiać Boga nie tylko w rytm muzyki, ale każdego dnia — wydając owoc Ducha Świętego.

Henryk Hukisz

Rozmyślania o podobnej treści:
Kura czy jajko, co było pierwsze?

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.