W latach 80. ubiegłego wieku w ramówce Polskiego Radia
znajdowała się audycja zatytułowana „Wesoły autobus”, która propagowała
piosenkę biesiadną. Ponieważ większość współczesnych czytelników mojego bloga
nie pamięta tak odległych czasów, muszę przypomnieć treść utworu, który w moich
uszach wciąż brzmi znajomo. W czołówce programu rozbrzmiewała skoczna melodia i
słowa:
Piosenka jest tylko piosenką, jednak istotne pozostaje jej
przesłanie: najważniejsza jest beztroska zabawa. Redaktorzy programu dokładali
wszelkich starań, by dostarczyć słuchaczom obiecaną „beczkę śmiechu”,
wypełniając czas anegdotami i utworami, których treść oraz melodia miały
wywoływać ogólną wesołość.
Osobiście nie mam nic przeciwko wesołości, uważam jednak, że
musimy umieć odróżnić ją od radości, której w pełni możemy doświadczyć jedynie
w Duchu Świętym. Pisałem o tym już wcześniej w rozważaniu „Ewangelia na
wesoło”. Powracam do tematu, gdyż zauważyłem, że nie wszyscy dostrzegają tę
różnicę. Sytuacja staje się szczególnie niebezpieczna, gdy liderzy kościołów –
chcąc zadowolić swoich odbiorców – zamieniają nabożeństwa w czystą rozrywkę.
Moim zdaniem Kościół powinien zapewniać wierzącym rozwój duchowy prowadzący do
dojrzałości, której szczytem jest całkowita uległość Chrystusowi, a nie
beztroskie spędzanie czasu na zabawie. Ostatnio spotkałem się nawet z zachętą
skierowaną do członków zboru, by korzystali z darmowych lekcji tańca w
zaprzyjaźnionym klubie. W ofercie tych zajęć znalazł się również dobrze
zaopatrzony bar (choć za drinki trzeba już było słono zapłacić).
Pewien pastor stworzył nawet swoistą „teologię wesołości”,
aby zapewnić swojej społeczności dobry „ubaw”. Tego typu trendy najczęściej
docierają do nas zza oceanu, gdzie miałem okazję przez pewien czas mieszkać.
Niejednokrotnie wspominałem, że w amerykańskich zborach pastorzy coraz częściej
starają się dostarczać wiernym rozrywki. Dla mnie, wychowanego w tradycji, w
której zgromadzonych witano słowami „Chwała Panu” lub „Chwała Jezusowi”, obco
brzmi pytanie: „Are you having fun?” (Czy dobrze się bawicie?).
Wspomniany pastor ogłasza na stronie internetowej zboru: „Zalecam
wesołość wszystkim, którzy pragną pozyskiwać dusze”. Aby hasło to nabrało
powagi, podpiera się cytatem z „księcia kaznodziejów”, Charlesa Spurgeon’a,
który rzekomo pisał o tym w swoim podręczniku.
Jako człowiek dociekliwy sięgnąłem do oryginału tego dzieła.
Znalazłem tam następujące zalecenie słynnego kaznodziei: „I commend
cheerfulness to all who would win souls; not levity and frothiness, but a
genial, happy spirit” (Lectures to my students. Volume I). W wiernym
tłumaczeniu na język polski brzmi to tak: „Wszystkim, którzy chcą zdobywać
dusze, polecam pogodę ducha; nie lekkomyślność i pustą wesołość, lecz
serdecznego, radosnego ducha”. Tymczasem twórca „teologii wesołości”
powołał się na niezbyt precyzyjny przekład z komentarza Barclaya do Ewangelii
Jana: „Zalecam wesołość wszystkim, którzy pragną pozyskiwać dusze. Nie
groźby, nie pienienie się, ale duch szczerości i szczęśliwości”.
Charles Spurgeon w cytowanym dziele uczy przyszłych
kaznodziejów, jak posługiwać się głosem, aby zwiastowane Słowo zostało
właściwie odebrane przez słuchaczy. Jego ogólna rada brzmi: „A needful rule
is — always suit your voice to your matter”, czyli: „Ważna zasada brzmi:
zawsze dostosuj swój głos do tematu, który poruszasz”. Nie sądzę, abyśmy w
Biblii znaleźli treści, które należy odczytywać w sposób mający wywołać u
słuchaczy pusty śmiech.
Biblia mówi jedno, a współcześni zwiastuni bardziej dbają o
„łechtanie uszu” słuchaczy niż o wierny przekaz Bożego Słowa. Mnie uczono, że
najważniejszym zadaniem Kościoła jest głoszenie Ewangelii. A Ewangelia to
przesłanie o śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa. Nie uważam zatem, aby ten
przekaz mógł być formowany w atmosferze biesiadnej wesołości. Spurgeon nauczał,
że nawet ton głosu musi współbrzmieć ze znaczeniem przekazywanych słów.
Apostoł Paweł, żyjący wiele wieków przed autorem tego bloga
czy Charlesem Spurgeon’em, napisał: „Postanowiłem bowiem będąc wśród was,
nie znać niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I
stanąłem przed wami w słabości, i w bojaźni, i z wielkim drżeniem” (1
Kor 2,2-3).

Dzięki. Nic mnie tak nie denerwowało jak tekściki o tym, że trzeba słuchaczom dowcip opowiedzieć w czasie kazania. Żeby ich " odśmiać", to się nie będą nudzić.�� Pozdrawiam.
ReplyDelete