Monday, May 11, 2026

Don Colossus czy sługa?

Wydarzenia na Florydzie, gdzie postać Donalda Trumpa urasta do rangi niemal mitycznej, prowokują do postawienia trudnych pytań o granice podziwu i lojalności w Kościele. Określenie „Don Colossus” w kontekście posągu Trumpa na Florydzie może brzmieć mocno, a nawet przesadnie. Przyznaję – należę do pokolenia, u którego te słowa wywołują historyczne (podkreślam: historyczne, a nie histeryczne) drgawki. 
Ta wizualna manifestacja potęgi stała się idealnym tłem dla refleksji nad naturą przywództwa. Obraz lidera odlanego w złocie, niezależnie od intencji twórców, zbyt mocno przypomina mroczne karty z dziejów ludzkości, by przejść obok niego obojętnie.

Według historyków, kult jednostki „związany był ze sprawowaniem władzy przez jednoosobowe, autorytarne jednostki. Polegał na wprowadzeniu do powszechnej świadomości uwielbienia dla rządzącego, przekonaniu o jego wielkości, ponadprzeciętności, a także nieomylności (władzy przypisuje się cechy nadprzyrodzone)” (net). To samo źródło podaje również charakterystyczną cechę takich przywódców, a mianowicie, że nie tolerują żadnej krytyki swojej „nadprzyrodzonej” władzy. Gdy polityka zaczyna przypominać religię, a lidera otacza nimb nieomylności, wkraczamy na niebezpieczny grunt.

Kościół nie jest jednak wolny od tego rodzaju przywództwa. Mam na uwadze skrajne przypadki znane z historii chrześcijaństwa, gdy papieże sprawowali władzą absolutnego dyktatu. Posługiwano się wówczas tzw. „brachium seaculare”, czyli egzekwowaniem swoich decyzji za pomocą świeckiej władzy porządkowej. Znane są również przypadki przywódców sekt religijnych, którzy budowali swój autorytet na całkowitym uzależnieniu wiernych od swoich decyzji, powołując się na inspirację Bożą.

Jednak nie o tym chcę pisać. Mam na uwadze raczej takie sytuacje, gdy w lokalnym kościele pojawia się jednostka apodyktyczna, która samoistnie narzuca swoją władzę całej wspólnocie wierzących. Może to być pastor, lider młodzieżowy, lider uwielbiania, czy inna osoba, która wykorzystuje swoją wyjątkową fachowość, i domaga się uznawania swoich decyzji przez cały zbór. Zdarza się tak również, gdy np. zdolny biznesmen zostaje powołany do zarządzania jakimś działem życia zboru. Przypominam, że kościół kieruje się zupełnie innymi regułami, niż działalność biznesowa. Jeśli przykładowo, zdolny elektronik lub inżynier dźwięku zasiądzie za zborowym mikserem, może narzucić swoją absolutną władzę nad tą służbą.

Zjawisko to często rodzi się w ciszy, pod pozorem dbałości o jakość i profesjonalizm. Bardzo często do takiego wynaturzenia doprowadzają inni swoim „uwielbianiem” okazywanym liderowi. Potencjalny „dyktator” zaczyna wówczas uważać siebie za omal nieomylnego fachowca, który nie będzie liczyć się już z żadną inna opinią. Jeśli nawet zdarzy się, że ktoś zwróci mu uwagę, iż można zrobić coś inaczej, to albo zignoruje, albo obrazi się śmiertelnie i porzuci służbę.

Jakże inaczej wygląda model przywództwa wyrysowany na kartach Nowego Testamentu. Apostoł Paweł, wzór do naśladowania dla wszystkich działaczy kościelnych, najchętniej określał siebie jako „sługa”, używając greckiego określenia „dulos”, które przede wszystkim znaczy „niewolnik”. Prawie każdy swój list rozpoczynał takim właśnie przedstawieniem siebie. Nikt chyba nie posądza tego pokornego sługi Bożego o to, że były to jedynie kurtuazyjne słowa pozdrowienia, aby zrobić dobre wrażenie na czytelnikach. Dlatego, w jednym ze swoich listów napisał o sobie „ja, Paweł, więzień Chrystusa Jezusa, proszę za was, pogan.” (Ef 3:1).

W innym liście, gdy borykał się z dylematem, czy chcieć „umrzeć i być z Chrystusem”, czy „pozostać zaś w ciele", stwierdził jednoznacznie, gdyż to jest bardziej potrzebne ze względu na was” (Flp 1:22-24). Taka postawa wynikała z faktu, że dla niego „życie to Chrystus, a śmierć to zysk” (w. 21). Ten wierny Boży sługa nigdy nie liczył się z poklaskiem, nie budował swojego autorytetu mówieniem o tym, jak wielkie rzeczy czynił dla Boga.

A przecież wiadomym było, że doświadczał niesamowitych momentów duchowego uniesienia, którymi mógłby się chwalić. Można byłoby powiedzieć, że gdyby opowiadał o tym, co widział w czasie zachwycenia do trzeciego nieba, to oddałby chwałę Bogu. On jednak skromnie napisał o sobie: „Znam człowieka w Chrystusie” (2 Kor 12:2). Dlatego, gdy odmawiano mu prawa do apostolstwa, zamiast pisać o dokonaniach, napisał odważnie: „Dlatego upodobałem sobie słabości, obelgi, niedostatki, prześladowania i uciski z powodu Chrystusa, bo gdy niedomagam, wtedy jestem mocny. Stałem się szaleńcem! Wy mnie do tego zmusiliście, a przecież przez was powinienem być polecany. Niczego bowiem mi nie brakuje w porównaniu z wielkimi apostołami, jeśli nawet jestem niczym” (2 Kor 12:10,11).

Powiedzieć o sobie „jestem niczym”, może jedynie ten, kto postępuje zgodnie z zasadą: „Nie kierujcie się kłótliwością i próżną chwałą, ale z pokorą jedni drugich uznawajcie za ważniejszych od siebie” (Flp 2:3).

Apostoł Piotr, chociaż mógłby nieustannie powoływać się na władzę „kluczy”, jakie otrzymał od samego Chrystusa, pisał o sobie również, że jest sługą Chrystusa. Dlatego zaleca tym, którzy są „kimś” w kościele, aby troszczyli się o powierzoną trzodę Bożą, „nie jak ci, którzy mają władzę nad powierzonymi sobie, ale jak ci, którzy stają się wzorem dla trzody” (1 Ptr 5:3).

W świecie, który chce stawiać liderom złote posągi i bić pokłony przed ich rzekomą wielkością, Ewangelia pozostaje niewygodnym, ale ocalającym głosem rozsądku. Prawdziwy autorytet nie potrzebuje krzykliwej oprawy ani bezkrytycznego uwielbienia – on objawia się w cichej służbie i umiejętności bycia „niczym”, by Chrystus mógł być wszystkim.

Henryk Hukisz

No comments:

Post a Comment

Note: Only a member of this blog may post a comment.