To sam Jezus nakreślił fundament tej wspólnoty, gdy
zapowiedział Piotrowi: „… na tej skale zbuduję Mój Kościół,
a potęga śmierci go nie zwycięży” (Mt 16,18). Dlatego po Jego odejściu
apostołowie cierpliwie czekali na obleczenie w moc Ducha Świętego, aby stać się
Jego świadkami „w Jeruzalem i w całej Judei, w Samarii
i aż po krańce ziemi” (Dz 1:8). Chcę zwrócić uwagę na fakt, że
zapowiedź budowania Kościoła obejmuje nie tylko jego początki, lecz również
czasy ostateczne, aż Ewangelia dotrze na krańce ziemi.
Chrystus nie planował budowy bezradnej instytucji, lecz
dynamicznej wspólnoty, która w mocy Ducha Świętego ma inicjatywę i przełamuje
opór ciemności. Powierzając uczniom podstawową misję, nie wysłał ich, by
tworzyli bezpieczne, odizolowane enklawy, lecz nakazał im aktywny ruch w stronę
świata: „Idąc więc, czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je
w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, nauczając je
zachowywać wszystko, co wam nakazałem. A oto Ja jestem z wami przez
wszystkie dni aż do końca świata” (Mt 28,19-20).
Gdy Duch Święty ukształtował serca pierwszych chrześcijan,
Jezus stał się dla nich Panem nie tylko prywatnej pobożności, ale dosłownie
każdej sfery życia: sposobu, w jaki traktowali ubogich, jak prowadzili domy,
jak pracowali i jak stawiali czoła prześladowaniom.
To nie kultura kształtowała pierwotny Kościół – to Kościół,
przeniknięty mocą Boga, powoli i konsekwentnie przekształcał otaczający go
świat.
Jakże bolesny kontrast widoczny jest dzisiaj. Współczesny
chrześcijanin nierzadko manifestuje opór wobec Ducha Świętego. Zamiast pozwolić
Mu na głębokie, wręcz rewolucyjne przekształcenie swojego myślenia i nawyków,
wolimy bezpieczny kompromis ze światem. Oddzielamy wiarę od codzienności –
Chrystusowi oddajemy godzinę w niedzielę, podczas gdy w kwestiach etyki,
relacji, pracy czy wyborów życiowych pozwalamy, by formowała nas dominująca
kultura. Staliśmy się odbiorcami i naśladowcami świata, zamiast być jego solą i
światłem.
Zapominamy o gorącym apelu apostoła Pawła, który
przestrzegał przed duchowym konformizmem: „Nie dostosowujcie się do tego
świata, ale dajcie się przemienić przez odnowienie myśli, abyście potrafili
rozpoznać, co jest wolą Boga, co jest dobre, co Mu się podoba i co jest
doskonałe” (Rz 12,2).
Gdy brakuje tej wewnętrznej przemiany, chrześcijanie
przestają różnić się od otoczenia, a moc Ewangelii zostaje w ich życiu
zablokowana. Powinniśmy zadać sobie pytanie o istotę misji współczesnego
Kościoła, odwołując się do początków zwiastowania Dobrej Nowiny w czasach
apostolskich.
Apostoł Paweł precyzyjnie wyjaśniał, jak powinien wyglądać
dojrzały stosunek chrześcijan do świata. Kościół nie został powołany do tego,
by faryzejsko odcinać się od grzeszników czy ich potępiać z wysokości własnej
samowystarczalności. Naszym zadaniem jest pozyskiwanie ich dla Chrystusa
poprzez świadectwo miłości i prawdy. Paweł pisał do Koryntian o mądrej wolności
w relacji z ludźmi spoza Kościoła: „Napisałem wam w liście, abyście nie
utrzymywali kontaktów z rozpustnikami, ale nie z rozpustnikami tego
świata lub chciwcami, złodziejami czy bałwochwalcami, ponieważ musielibyście
opuścić ten świat” (1 Kor 5,9-10).
Zamiast uciekać przed światem, Paweł sam stawał się
przykładem elastyczności i gorliwości w docieraniu do każdego człowieka: „Tak
więc będąc wolny wobec wszystkich, samego siebie uczyniłem niewolnikiem
wszystkich, aby jak najwięcej ludzi pozyskać. (...) Dla słabych stałem się
słaby, aby pozyskać słabych. Dla wszystkich stałem się wszystkim, żebym
wszelkimi sposobami zbawił przynajmniej niektórych. Wszystko zaś czynię ze
względu na Ewangelię, abym stał się jej współuczestnikiem” (1 Kor 9,19.22-23).
Mechanizm duchowego wpływu na otoczenie pozostaje niezmienny
od wieków. Dojrzałość i wierność
chrześcijan nieuchronnie wywierają wpływ na kulturę. Gdy wierzący są głęboko
ukształtowani przez Pismo Święte, gdy Chrystus jest wywyższony w każdej
dziedzinie życia, a Ewangelia jest zarówno głoszona, jak i żywa na co dzień –
zmienia się wszystko: wspólnoty, rodziny, instytucje i całe kultury. Nie
dlatego, że transformacja kulturowa jest celem samym w sobie, ale dlatego, że
bywa ona naturalnym owocem realizowanej misji.
Przemiana kultury nie może być traktowana jako osobny,
polityczny czy społeczny projekt. Ona nie nastąpi w wyniku protestów czy
odwoływania się do samej tradycji. Będzie ona jedynie – i aż – naturalnym
owocem serc ukształtowanych przez Słowo Boże i Ducha Świętego. Kiedy
Chrystus naprawdę staje się Panem naszego życia zawodowego, naszej
seksualności, naszych finansów i relacji z ludźmi, spełniają się słowa Pawła o
roli Kościoła w planie Bożym: „To On uczynił jednych apostołami, innych
prorokami, innych głosicielami Dobrej Nowiny, jeszcze innych pasterzami
i nauczycielami, aby uzdolnić świętych do wykonywania dzieła służby, do
budowania Ciała Chrystusa, aż wszyscy dojdziemy do jedności wiary
i poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary dojrzałości
wynikającej z pełni Chrystusa” (Ef
4,11-13).
Prawdziwym wyzwaniem dla współczesnego Kościoła nie jest
więc szukanie nowych metod przypodobania się światu ani lęk przed kulturowym wykluczeniem.
Wyzwaniem jest zrzucenie pancerza oporu wobec Ducha Świętego. Kościół
potrzebuje dziś chrześcijan, którzy pozwolą Bożej łasce uformować się na nowo –
od środka. Gdy to się stanie, Ewangelia przestanie być tylko teorią, a znów
stanie się żywą mocą zdolną zmieniać serca grzeszników, rodziny, instytucje i
całe narody.
Ciągle aktualne jest wezwanie Chrystusa, Głowy Kościoła: „Nikt
nie zapala też lampy i nie przykrywa jej korcem, lecz stawia ją na
świeczniku, by dawała światło wszystkim domownikom. Tak niech jaśnieje
wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i oddawali
chwałę waszemu Ojcu w niebie” (Mt 5,15-16).
Henryk Hukisz

No comments:
Post a Comment
Note: Only a member of this blog may post a comment.