Thursday, August 27, 2015
Czas uporządkowany
Wednesday, August 26, 2015
"Ordnung muss sein!"
Monday, August 24, 2015
Samoograniczanie?
Dziś do tej przestrogi moglibyśmy dodać również liczne
konsekwencje zdrowotne wynikające z braku kontroli nad ilością spożywanych
pokarmów. Apostoł Paweł na liście grzesznych uczynków ciała, tuż obok czystej
niemoralności, bałwochwalstwa i zabójstw, wymienia właśnie obżarstwo (Gal
5:19–21). Dlatego tak często zachęca się nas do ćwiczenia powściągliwości –
jako cechy charakteru niezwykle pomocnej w pokonywaniu tej skłonności.
Samoograniczenie i powściągliwość zakładają odrzucenie lub
zmniejszenie ilości czegoś, co samo w sobie nie jest złe. To nie sam pokarm
jest grzechem, ale dopiero jego nadmiar. Podobnie grzechem staje się nadmiar
wina wypijany do dobrego obiadu. W tym sensie dbanie o umiar jest koncepcją w
pełni biblijną i potrzebną.
Po tym krótkim wstępie chciałbym jednak przejść do głównej
myśli mojego rozważania. Werset, który mnie do tego skłonił, bywa niestety
dosyć często błędnie rozumiany przez zbyt szerokie traktowanie pojęcia
samoograniczenia. Apostoł Paweł napisał o sobie: „Umiem się ograniczyć,
umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony; umiem być
nasycony, jak i głód cierpieć, obfitować i znosić niedostatek” (Flp 4:12).
Sformułowanie „umiem się ograniczyć” pojawia się w
zasadzie tylko w przekładzie Biblii Warszawskiej. Inne polskojęzyczne
tłumaczenia oddają greckie słowo tapeinousthai znacznie trafniej. W
rzeczywistości chodzi w nim bowiem o uniżenie się, a nie jedynie o rezygnację z
obfitości, o której Paweł wspomina w dalszej części wersetu. Czasownik tapeinoō
oznacza dosłownie poniżać się, być pokornym – i ten sam zwrot niezwykle
często pojawia się w nauczaniu Jezusa.
Słowa tego Chrystus używał najczęściej wtedy, gdy pokazywał
właściwą postawę swoich uczniów. Doskonałym przykładem jest przypowieść o
celniku i faryzeuszu. Mówiąc o celniku, który przyszedł do świątyni, aby się
modlić, Pan Jezus podsumował: „Powiadam
wam: Ten poszedł usprawiedliwiony do domu swego, tamten zaś nie; bo każdy, kto
siebie wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony” (Łk
18:14).
Celnik, którego Chrystus postawił za wzór, nie „ograniczał
się” w sensie fizycznym. On po prostu szczerze i głęboko uniżył się przed
Bogiem: „(...) nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w pierś
swoją, mówiąc: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu” (Łk 18:13).
Szczególnie wymowne zastosowanie słowa tapeinoō
znajdujemy w nauczaniu Jezusa na temat relacji panujących w Królestwie Bożym. Z
pism apostolskich wiemy, że chociaż jako równi członkowie tworzymy jedno Ciało
Chrystusa, mamy w nim wyznaczone różne zadania i służby – gdyż „ciało nie
jest jednym członkiem, ale wieloma” (1 Kor 12:14).
Tłumacząc zasady funkcjonowania Kościoła, Pan Jezus
powiedział: „Kto zaś jest największy pośród was, niech będzie sługą waszym,
a kto się będzie wywyższał, będzie poniżony, a kto się będzie poniżał, będzie
wywyższony” (Mt 23:11–12).
Jako Głowa Kościoła, Chrystus ma pełne prawo wywyższać i
poniżać tych, których powołuje. Wywyższenie ze strony Pana jest formą uznania
za wierność i wytrwałość w służbie – i to On sam w swoim czasie nagradza swoich
sług wieńcem chwały. Natomiast jeśli chodzi o uniżenie, to my sami powinniśmy
świadomie przyjmować postawę pokory – najpierw wobec Boga, a następnie wobec
drugiego człowieka.
Pan Jezus mówił o tym wprost na przykładzie uczty: „Lecz
gdy zostaniesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu, a gdy przyjdzie
ten, który cię zaprosił, rzecze do ciebie: Przyjacielu, usiądź wyżej! Wtedy
doznasz czci wobec wszystkich współbiesiadników” (Łk 14:10). W królestwie
Bożym obowiązuje bowiem niezmienna reguła: „Każdy bowiem, kto się wywyższa,
będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony” (Łk 14:11).
Apostołowie w swoich listach regularnie odwoływali się do
tej zasady, wskazując na jej duchowe konsekwencje. Apostoł Piotr, który na
własnych błędach nauczył się pokory w naśladowaniu Mistrza, radził: „Podobnie
młodsi, bądźcie ulegli starszym; wszyscy zaś przyobleczcie się w szatę pokory
względem siebie, gdyż Bóg pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje” (1
Pt 5:5).
Podobnie apostoł Jakub dostrzegał bezpośrednią zależność
między postawą serca a działaniem Boga: „Uniżcie się przed Panem, a wywyższy
was” (Jak 4:10).
Uniżanie się przed Bogiem oraz przed naszymi bliźnimi to
jedna z najbardziej podstawowych cech każdego dziecka Bożego. Nie należy jednak
mylić jej z samym tylko powściąganiem apetytu czy odmawianiem sobie codziennych
potrzeb.
Jeśli już mielibyśmy szukać wymiaru samoograniczenia w
postawie pokory wobec innych, to przejawia się ono raczej w rezygnacji ze
swoich praw, tytułów czy z chęci wyróżniania się z tłomu. Doskonale rozumiał to
apostoł Paweł, który wolal własnoręcznie szyć namioty, niż domagać się
finansowego utrzymania, do którego jako ewangelista miał pełne prawo. Zależało
mu wyłącznie na tym, aby Ewangelia docierała do ludzi, a nie na szczyceniu się
swoją apostolską pozycją.
Obyśmy i my potrafili przyjąć taką postawę, by z czystym
sumieniem móc powtórzyć retoryczne pytanie, które Paweł zadał Koryntianom: „Czy
popełniłem grzech, poniżając siebie samego, abyście wy byli wywyższeni, że za
darmo zwiastowałem wam ewangelię?” (2 Kor 11:7).
Thursday, August 13, 2015
Szczerość i wiarygodność
Mówienie prawdy
Saturday, August 8, 2015
Wolni od pychy
W 1724 roku wiodąca wówczas w świecie zachodnim organizacja
naukowa, British Royal Society, oficjalnie uznała ten system pomiarowy.
Niecałe dwadzieścia lat później szwedzki astronom, Anders Celsius, opracował
inny podział. Przyjął dwa czytelne punkty odniesienia – temperaturę zamarzania
wody (0) oraz wrzenia (100) – tworząc przejrzystą skalę dziesiętną.
Dziś niemal cały świat stosuje system metryczny i skalę
Celsjusza, z wyłączeniem m.in. Stanów Zjednoczonych. Niewielki błąd przy
przeliczaniu jednostek z Fahrenheita na Celsjusza doprowadził zresztą w 1999
roku do utraty wartej 125 milionów dolarów sondy kosmicznej NASA (Mars
Climate Orbiter), która rozbiła się w atmosferze Czerwonej Planety.
Innym przykładem, który dobrze ilustruje ten problem, jest
znana anegdota wojskowa. Pewna matka przyjechała na uroczystą przysięgę swojego
jedynego syna. Podczas oficjalnej parady, gdy żołnierze maszerowali przed
zgromadzonym tłumem, kobieta wypatrywała swojego jedynaka. Zauważywszy, że jej
syn idzie w zupełnie innym rytmie niż reszta oddziału, zawołała z przejęciem: „Spójrzcie!
Dlaczego wszyscy idą nie w nogę?”.
Postawa „ja kontra cała reszta” to postawa, która niszczy
ludzkie społeczności – w tym również wspólnoty ludzi wierzących. W języku
biblijnym problem ten nazywa się pychą lub egoizmem.
Gdy ktoś wychodzi z założenia, że tylko on ma rację, a jego
rozumienie Biblii i świata jest jedynym słusznym, wpada w pułapkę pychy. A to
skutecznie niszczy zarówno relację z Stwórcą, jak i z drugim człowiekiem. Ewa,
matka wszystkich żyjących, zrobiła to, co sama uznała za właściwe, ignorując
jasne polecenie Boga. Gdy zobaczyła konsekwencje swojego wyboru, natychmiast
zrzuciła winę na węża – nieświadoma, że dała się zmanipulować samemu diabłu.
Jeśli ufamy Słowu Bożemu, wiemy, że przeciwnik wciąż stosuje
tę samą taktykę. Przestrzega przed tym apostoł Paweł: „Obawiam się jednak,
ażeby, jak wąż chytrością swoją zwiódł Ewę, tak i myśli wasze nie zostały
skażone i nie odwróciły się od szczerego oddania się Chrystusowi” (2 Kor
11:3). Aby nie wpaść w tę samą pułapkę, musimy czuwać nad swoimi myślami – to w
nich ma swój początek każde ludzkie działanie.
Jaką zatem przyjąć strategię, aby ustrzec się przed
zasadzkami pychy? Z pomocą znów przychodzi Paweł, opisując duchową walkę z
naszym największym wrogiem: naszą własną, upadłą naturą. Warto przyjrzeć się
postawie tego pokornego sługi Chrystusa. Choć głosił prawdę, nie przypisywał
sobie z tego powodu żadnej wyższości. Pisał o sobie: „Ja sam, Paweł,
napominam was przez cichość i łagodność Chrystusową, ja, który, gdy jestem u
was osobiście, rzekomo jestem pokorny, a gdym daleko, jestem ponoć śmiały wobec
was” (2 Kor 10:1).
Kawałek dalej Paweł wskazuje na jedyne źródło zwycięstwa nad
własną samowystarczalnością: „Chociaż bowiem w ciele żyjemy, nie walczymy
orężem cielesnym” (2 Kor 10:3). W tym miejscu kryje się subtelna różnica
między przekonaniem o własnej racji (wynikającym z grzesznej natury) a
odwołaniem się do Chrystusa, którego uczyniliśmy Panem naszych myśli.
Apostoł wyjaśnia mechanizm dający zwycięstwo nad własnym
egoizmem: „Gdyż oręż nasz, którym walczymy, nie jest cielesny, lecz ma moc
zburzenia warowni dla sprawy Bożej; nim też unicestwiamy złe zamysły i wszelką
pychę, podnoszącą się przeciw poznaniu Boga, i zmuszamy wszelką myśl do
poddania się w posłuszeństwo Chrystusowi” (2 Kor 10:4–5).
Czym jest ten duchowy oręż? Paweł wyjaśnia to m.in. w
Listach do Rzymian i Koryntian. Chodzi o przyjęcie nowej natury poprzez
utożsamienie się z Chrystusem w Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Punktem
zwrotnym jest świadoma decyzja wiary i chrzest. Dlatego apostoł zachęca: „Tak
i wy uważajcie siebie za umarłych dla grzechu, a za żyjących dla Boga w
Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6:11). Uwolnieni od samowoli naszej
dawnej natury, możemy zrobić coś, co wcześniej było niemożliwe: „(...)
oddawajcie siebie Bogu jako ożywionych z martwych, a członki swoje Bogu na oręż
sprawiedliwości” (Rz 6:13).
Poddanie swoich myśli Chrystusowi jest decyzją, którą
podejmujemy każdego dnia. Skoro w naszym życiu „noc przeminęła, a dzień się
przybliżył”, mamy możliwość „przyobleczenia się w zbroję światłości”
(Rz 13:12).
Paweł radzi wierzącym, aby we wszystkim okazywali się
sługami Bożymi: „(...) w Duchu Świętym, w miłości nieobłudnej, w słowie
prawdy, w mocy Bożej; przez oręż sprawiedliwości ku natarciu i obronie” (2
Kor 6:6–7).
Wednesday, August 5, 2015
Denominacjonalizm
Denominacjonalizm – zanim gładko wypowiesz to słowo,
możesz poczuć ból wykręcanego języka. Można je śmiało postawić obok klasycznych
łamańców językowych o stole bez nóg, tańczącej panience z Konstantynopola czy
chrząszczu brzmiącym w trzcinie w Szczebrzeszynie.
Z reguły,
gdy chcemy użyć jakiegoś słowa – szczególnie mało znanego – powinniśmy najpierw
poznać jego znaczenie. Jednym z takich terminów jest „denominacja” oraz
pochodzące od niej określenie zjawiska dotyczącego przynależności ludzi do
różnych grup wyznaniowych, czyli właśnie „denominacjonalizm”. W środowisku
chrześcijan ewangelicznych często szerzą się opinie, że denominacji należy
unikać jak ognia piekielnego. W ustach niektórych przeciwników termin ten brzmi
wręcz złowieszczo, więc na wszelki wypadek wypowiadają go tylko w
ostateczności.
Osobiście
najczęściej korzystam ze Słownika Języka Polskiego PWN. Gdy jednak szukałem w
nim hasła „denominacjonalizm”, nie znalazłem nic. Kiedy natomiast wpisałem to
słowo w Google, na pierwszym miejscu pojawił się link, pod którym „pan Czesiu z
Kalifornii” wyjaśnia zawiłości tego pojęcia. Opierając się na objawieniach
niejakiego Krisa Vallottona opisanych w książce Ulewny deszcz, nasz
rodak tłumaczy, że denominacjonalizm opiera się na hierarchiach, które:
„Najczęściej
tworzą się poprzez porządek dziobania. A w kurniku kurczaki organizują swoją
społeczność, dziobiąc się nawzajem, aby ustalić, który z nich jest
najsilniejszy, który najsłabszy oraz na jakich szczeblach hierarchii znajdują
się pozostałe” (z bloga pana Czesia).
Ponieważ
nikt nie chce być „dziobany”, lepiej unikać wszelkich denominacji. Domyślam
się, że skoro książka Ulewny deszcz została wydana po polsku, stąd też
wzięła się niechęć do tego zjawiska w naszym kraju.
Słowo
„denominacja” figuruje już jednak w internetowym słowniku językowym. Wpisując
je w wyszukiwarkę na stronie PWN, znajdziemy konkretne definicje. Po pierwsze,
denominacja to „wymiana pieniędzy związana ze zmianą nazwy lub obniżeniem
nominału”. Przeciwnikom struktur religijnych raczej nie o to chodzi, bo nikt
nie lubi, gdy jego banknoty tracą na wartości. Po drugie, oznacza to „nazwanie
czegoś lub kogoś inną nazwą”. To również wydaje się nieszkodliwe – w końcu
nazywanie rzeczy po imieniu jest naturalne.
Na szczęście
istnieje jeszcze jedno znaczenie. Słownik wyjaśnia, że denominacja to również: „w
Europie Zachodniej: grupa religijna, która oddzieliła się od macierzystej
organizacji; w USA: każda grupa wyznaniowa”. I tu pojawia się problem, bo jak
to zwykle bywa: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. W Europie
Zachodniej denominacją nazwiemy grupę wyłonioną z dominującego Kościoła. W USA
wystarczy należeć do dowolnej grupy religijnej, by „podpaść” pod tę definicję.
A co mają zrobić mieszkańcy Europy Wschodniej lub zjednoczonej UE? Pozostawiam
to pytanie bez odpowiedzi, gdyż wiarygodne źródła milczą na ten temat.
Możemy
oczywiście kontynuować poszukiwania. Nie powinniśmy jednak używać słów, których
znaczenia nie rozumiemy, aby nie popełnić błędu, o którym ostrzegał Jezus: „W
dniu sądu człowiek będzie musiał się rozliczyć z każdego niepotrzebnego słowa”
(Mt 12:36). Jeśli ktoś zarzeka się, że nigdy nie wejdzie do żadnej
denominacji, lub widzi w niej odstępstwo od wiary porównywalne z Antychrystem,
ufam, że wie, co mówi.
Inne źródła
podają jeszcze inne definicje. Środowiska katolickie pod pojęciem denominacji
rozumieją zazwyczaj inne wyznania chrześcijańskie (często traktując je jako
sekty). Protestanci traktują denominacje najbardziej poważnie – jako związki
wyznaniowe skupiające ludzi wokół wspólnego rozumienia doktryny biblijnej.
Według Wikipedii to po prostu „wspólnota religijna posiadająca własną nazwę,
naukę i strukturę”.
Zatem: czy
denominacja to wróg prawdziwej pobożności? Czy należy jej unikać jako zła,
które ogranicza wolność w Bogu?
Osobiście
uważam, że denominacja w sensie religijnym wskazuje na pewną stabilizację
ruchu. Każda nowa inicjatywa w fazie początkowej nie ma jasno zdefiniowanych
zasad ani struktur. Te tworzą się naturalnie, wraz z potrzebami wynikającymi z
życia.
Spójrzmy na
pierwszych chrześcijan. Dzieje Apostolskie i Listy Pawła pokazują, że dopiero
gdy w pierwszych zborach pojawiły się problemy, zaczęto porządkować życie
wspólnoty. Czytamy, że „gdy liczba uczniów wzrastała, helleniści zaczęli
szemrać przeciwko Hebrajczykom, że podczas codziennego posługiwania ich
wdowy są zaniedbywane” (Dz 6:1). Apostołowie, wyznaczeni do
organizowania życia wierzących, zwołali wszystkich i ustanowili diakonów, by
zajęli się tym problemem, sami decydując: „My natomiast oddamy się wyłącznie
modlitwie i posłudze Słowa” (w. 4).
Po
kilkunastu latach, gdy zborów było już wiele, a chrześcijanie z różnych kultur
mieli odmienne zdania na temat pobożności, zwołano w Jerozolimie pierwszy sobór
(synod). Postanowiono wówczas: „Duch Święty i my” (Dz 15:28),
aby we wszystkich zborach przyjęto wspólne zasady.
Apostoł
Paweł dbał o to, by chrześcijanie wierzyli tak samo i postępowali według
przyjętych reguł. Dotyczyło to także porządku nabożeństw. Gdy w Koryncie
zapanował chaos, napisał: „Kiedy się zbieracie, każdy ma jakiś dar:
śpiewania hymnów lub nauczania, lub objawiania tego, co zakryte, lub mówienia
językami, lub tłumaczenia. Wszystko niech służy ku zbudowaniu” (1 Kor
14:26). Czy ograniczał Ducha Świętego? Absolutnie nie, gdyż „Bóg bowiem
nie jest Bogiem nieładu, lecz pokoju” (w. 33).
To brzmi jak
regulacja obowiązująca w całym Kościele. Czyż nie jest to cecha denominacji, w
której obowiązują konkretne reguły? Paweł stwierdził jasno: „Wszystko jednak
niech się odbywa z godnością i we właściwym porządku” (1 Kor 14:40).
W greckim oryginale słowo „porządek” to taksis, co oznacza „ustaloną
regułę przekazywaną do przestrzegania”.
Obawiam się,
że u wielu współczesnych chrześcijan w tym momencie rodzi się bunt. Przecież
nikt nie ma prawa ograniczać ich wolności! Warto jednak pamiętać, że Duch
Święty – będąc Bogiem – po prostu lubi porządek.
A może zła
należy upatrywać w patologiach, które zdarzają się w różnych strukturach, a nie
w samym fakcie istnienia denominacji?






