Tuesday, September 8, 2026

Wonność Chrystusa

Jednym z najbardziej znanych wydarzeń z okresu wędrówki Izraela przez pustynię była wizyta dwunastu zwiadowców w Ziemi Obiecanej. O szpiegach śpiewają już dzieci – o tym, że tylko dwóch z nich okazało się bohaterami, ponieważ zaufali Bogu bardziej niż własnym oczom. Ta historia niesie ze sobą głębokie przesłanie dla naszego codziennego życia chrześcijańskiego.

W ciągu pierwszego roku drogi do ziemi „mlekiem i miodem płynącej” Izraelici doświadczyli całej serii cudów. Bóg dał im wodę na pustyni, zdejmując z ich barków niewyobrażalny ciężar noszenia zapasów w bukłakach. Gdy byli głodni, codziennie karmił ich świeżą manną. Kiedy zapragnęli mięsa, dostarczył im przepiórki – dziś wykwintny rarytas w ekskluzywnych restauracjach.

Pod górą Synaj otrzymali Dziesięć Przykazań – prawo pozwalające zachować świętość i zbliżyć się do Boga. Mieli już Namiot Spotkania, nad którym unosił się obłok chwały świadczący o Jego obecności. Wewnątrz spoczywała Arka Przymierza – ta sama, przed którą pogańskie bożki rozpadały się w pył. Do celu brakowało zaledwie kilkudziesięciu mil na północ. Wystarczyło wejść do Ziemi Obiecanej od południa i zamieszkać w niej na zawsze, ciesząc się jej obfitością.

Gdy obóz wyruszał spod Synaju, Bóg Sam przygotowywał miejsca kolejnych postojów, posyłając Arkę na czele ludu: „Arka Przymierza PANA szła przed nimi, by znaleźć dla nich miejsce postoju” (Lb 10:33). Niestety, zamiast ufności i posłuszeństwa, szybko pojawiło się kolejne narzekanie. Blizny po biczach egipskich dozorców jeszcze dobrze nie zaschły, a ludziom znów zapragnęło się dawnych smaków. Mówili: „Pamiętamy ryby, które darmo mogliśmy jadać w Egipcie, ogórki, melony, pory, cebulę i czosnek” (Lb 11:5). W efekcie, zamiast spokojnego odpoczynku, „ogień PANA zapalił się przeciw nim i pochłonął obrzeża obozu” (Lb 11:1). Boże serce z pewnością się zasmuciło – Bóg wiedział, jak wiele dobra już im wyświadczył i co pięknego przygotował dla nich w ziemi obiecanej Abrahamowi. Mimo to odpowiedział Mojżeszowi: „Czy ręka PANA jest za krótka? Teraz zobaczysz, czy Moje słowo spełni się, czy też nie” (Lb 11:23).

Aby dodać ludowi otuchy i zachęcić go przed ostatecznym krokiem, Bóg postanowił pokazać im cel ich podróży. Rzekł do Mojżesza: „Wyślij ludzi i niech zbadają ziemię Kanaan, którą daję Izraelitom. Wyślijcie po jednym z każdego plemienia – samych przywódców” (Lb 13:2). Przypomina to obraz dziecka stojącego przed witryną sklepu ze słodyczami tuż przed otwarciem. Wystarczy chwila cierpliwości, by wejść do środka i rozkoszować się wszystkimi wspaniałościami.

Wybrani liderzy weszli do Ziemi Obiecanej i przemierzyli ją wzdłuż i wszerz – aż po ośnieżone szczyty w okolicach Hebronu. W dolinie Eszkol zobaczyli tak bujną roślinność i gigantyczne owoce, że „odcięli gałąź z jedną kiścią winogron i nieśli ją we dwóch na drągu. Zabrali także trochę jabłek granatu oraz fig” (Lb 13:23). Dostrzegli jednak coś jeszcze: potężne, warowne miasta oraz zamieszkujących je olbrzymów.

Po powrocie zwiadowcy złożyli raport. Najpierw pokazali przyniesione plony i potwierdzili słowa Boga: „Udaliśmy się do ziemi, do której nas posłałeś, i rzeczywiście jest to ziemia mlekiem i miodem płynąca, a takie są jej owoce” (Lb 13:27). Gdy jednak wspomnieli o potężnych synach Anaka, wśród słuchaczy wybuchła panika. Kaleb natychmiast próbował podnieść lud na duchu: „Gdy wyruszymy, weźmiemy ją w posiadanie, bo z pewnością zdołamy ją zająć” (Lb 13:30). Ale dziesięciu pozostałych zwiadowców wciąż miało przed oczami jedynie uzbrojonych gigantów na murach. Oświadczyli przerażeni: „Wydawało się nam, że przy nich jesteśmy mali jak szarańcza. Za takich również oni nas uważali” (Lb 13:33).

W tekście oryginalnym mowa jest o pasikonikach – wyjątkowo płochliwej odmianie szarańczy. Entomolodzy opisują te owady jako płochliwe stworzenia, które przyjmują barwy otoczenia, by utrzymać się w ukryciu, a w stanie zagrożenia uciekają, wydzielając nieprzyjemny zapach.

Jozue i Kaleb konsekwentnie próbowali obudzić w ludzie wiarę: „Ziemia, którą przemierzyliśmy, aby przeprowadzić zwiad, to wspaniała ziemia. Jeśli PAN nam sprzyja, to wprowadzi nas do niej i nam ją da. Tylko nie buntujcie się przeciwko PANU ani nie bójcie się ludu tej ziemi, ponieważ go pochłoniemy. Ich ochrona już z nich opadła, a PAN jest z nami!” (Lb 14:7–9). Zamiast opamiętania i uznania Bożych obietnic, odpowiedź tłumu była agresywna – w stronę Jozuego i Kaleba poleciały kamienie.

Postawę dziesięciu zwiadowców można nazwać „kompleksem pasikonika”. To postawa serca oparta wyłącznie na tym, co widzą fizyczne oczy, z ignorowaniem tego, co mówi Słowo Boże. Choć trudne fakty bywają prawdziwe, wiara widzi więcej – dostrzega obecność Boga i Jego moc do spełnienia obietnic. Wszak „wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, dowodem istnienia rzeczy, których nie widzimy” (Hbr 11:1).

Człowiek z „kompleksem pasikonika” widzi jedynie przeszkody nie do pokonania. Nawet jeśli zna obietnice Boga, zaraz dodaje słynne: „tylko że...” (Lb 13:28). Taka postawa paraliżuje, zmusza do ucieczki do kryjówki i zamiast świadectwa Bożej mocy roztacza wokół jedynie „zapach strachu”. Prowadzi to wprost do tragicznych deklaracji: „Wybierzmy sobie wodza i wracajmy do Egiptu!” (Lb 14:4). W takich momentach fałszywi liderzy pojawiają się błyskawicznie – nie ma dla nich znaczenia, dokąd prowadzą, byle tylko sprawować władzę. Apostoł Paweł ostrzegał Tymoteusza przed ludźmi o wypaczonym umyśle i niesprawdzonym w wierze, dodając: „Ale daleko nie zajdą, bo ich głupota stanie się jawna dla wszystkich” (2 Tm 3:8–9). Niestety, gdy ta głupota wychodzi na jaw, na powrót często bywa już za późno.

Bóg nie mógł zostawić tak negatywnego świadectwa o Sobie na oczach innych narodów. Wydał jednoznaczny wyrok: ten, kto Mu nie ufa, „nie zobaczy ziemi, którą przysięgłem ich ojcom. Nie zobaczy jej żaden z tych, którzy Mną wzgardzili” (Lb 14:23). Za czterdzieści dni zwiadu lud zapłacił czterdziestoma latami tułaczki po pustyni. Żaden z dorosłych, którzy wyszli z Egiptu, nie wszedł do Ziemi Obiecanej – wyjątkiem byli jedynie dwaj wierni zwiadowcy. Cena niewiary okazuje się wysoce dotkliwa.

Jozue i Kaleb zyskali natomiast Boże uznanie. Jozue, jako następca Mojżesza, wprowadził naród przez Jordan do obiecanej ziemi. Kaleb w nagrodę otrzymał górzysty teren wokół Hebronu – obszar, na którym wciąż mieszkali Anakici. Mając osiemdziesiąt pięć lat, wciąż pełen sił i wiary, prosił Jozuego: „Daj mi więc ten górzysty teren, o którym mówił wtedy PAN. Słyszałeś sam, że żyją tam Anakici, a miasta są wielkie i warowne. Jeśli PAN będzie ze mną, wytępię ich, tak jak zapowiedział” (Joz 14:12).

Wybór należy do nas, możemy iść śladami bohaterów wiary albo ulec „kompleksowi pasikonika”. Od tego wyboru będzie zależało, czy nasze życie będzie świadectwem wiary, czy pozostawimy niemiły zapach tchórzliwego pasikonika.

Uważam, że ten obraz miał na uwadze apostoł Paweł, gdy pisał: „Jesteśmy bowiem wonnością Chrystusa dla Boga wśród tych, którzy dostępują zbawienia, jak i wśród tych, którzy idą na zatracenie. Dla jednych jest to zapach śmierci ku śmierci, dla drugich zapach życia ku życiu” (2 Kor 2:15,16). W ujęciu duchowym nasze życie i głoszenie Ewangelii zawsze wywołują reakcję w naszym otoczeniu.

Henryk Hukisz

Saturday, September 5, 2026

Człowiek z Gerazy

Spotkanie Jezusa z opętanym w krainie Gerazeńczyków (Mk 5,1–20) to wstrząsający, a zarazem zachwycający obraz tego, co łaska zbawienia czyni z człowiekiem pogrążonym w mroku grzechu i niewoli. Ewangeliczny epizod nie jest jedynie historycznym zapisem egzorcyzmu; to głęboki obraz Chrystusa, który zstępuje w najciemniejsze otchłanie ludzkiej egzystencji, by z chaosu, ruin i zbezczeszczenia wyprowadzić życie ku pełnej harmonii, aby nadać mu sens i obdarować wewnętrznym pokojem.

Wypędzanie złych duchów przez Chrystusa nie miało charakteru widowiskowego pokazu. Było czytelnym znakiem nadejścia nowej ery: „Jeżeli natomiast Ja wypędzam demony mocą Ducha Bożego, to rzeczywiście nadeszło już do was Królestwo Boga”  (Mt 12,28).

Gdy Jezus przekracza Jezioro Galilejskie i staje na pogańskim brzegu, naprzeciw Niego wychodzi człowiek będący uosobieniem totalnego chaosu. Opętany przez „ducha nieczystego” (pneuma akatharton), żyje pośród grobowców – w przestrzeni śmierci, odrzucenia i ciągłej nieczystości. Jego codzienność to ciągły krzyczący ból, agresja i samookaleczanie kamieniami. Żadne ludzkie więzy ani spętanie nie są w stanie zatrzymać jego destrukcji. To przejmujący obraz grzesznika, który oddzielony od Boga zatraca własną godność: jego dusza staje się chaotyczną przestrzenią, w której wielość niszczycielskich sił – wręcz „Legion” bezimiennych lęków, zniewoleń i namiętności – targa nim w różne strony, pozbawiając go wolnej woli i zdolności do budowania relacji ze wspólnotą.

W tę przestrzeń mroku i egzystencjalnej dezintegracji wkracza Chrystus. Istotą Ewangelii nie jest badanie siły zła ani uleganie sensacyjnej fascynacji demonologią. Złe duchy nie mają tu nic do powiedzenia; truchleją w obecności Syna Bożego, ulegając Jego suwerennej władzy. Słowo Jezusa – czyste, proste i pełne mocy – rozbija mury niewoli. Boża Świętość nie ulega skażeniu otaczającą nieczystością, lecz wnikając w serce ciemności, pochłania ją i unicestwia.

Prawdziwy cud zbawienia objawia się w pełni dopiero po wypędzeniu nieczystych sił. Mieszkańcy miasta, zwabieni wieścią o tym wydarzeniu, zastają widok, który zdumiewa bardziej niż sama demonstracja mocy: człowiek, który dotąd wył w grobach i budził powszechny strach, „siedzi ubrany i przy zdrowych zmysłach”  (Mk 5,15) u stóp Jezusa.

Słowo użyte przez Ewangelistę na określenie tego stanu – σωφρονοῦντα (sōphronounta) – odsłania najgłębszy wymiar Chrystusowej mocy. Oznacza ono umysł przywrócony do trzeźwości, zrównoważony, zdolny do właściwego osądu i moralnej jasności. Łaska zbawienia nie pozostawia w człowieku emocjonalnego chaosu ani duchowej pustki. Zbawczy dotyk Chrystusa wnosi ułożenie, spójność i wewnętrzną dojrzałość. Człowiek, który był rozbity na tysiące kawałków, odzyskuje swoją tożsamość, odzienie godności i jasność widzenia świata.

Ta przemiana jest żywym obrazem przejścia ze śmierci do życia, z niewoli grzechu do wolności dzieci Bożych. Jezus nie tylko wyzwala od ciężaru zła, ale natychmiast włącza wyzwolonego w nową misję. Odzyskanemu dla życia człowiekowi daje powołanie: „Wracaj do domu, do swoich, i opowiedz im, co Pan uczynił dla ciebie i jak okazał ci miłosierdzie” (Mk 5,19). W ten sposób ten, który był symbolem zniszczenia, staje się pierwszym zwiastunem nadziei, wnoszącym światło Boże tam, gdzie dotąd panował mrok.

Doświadczenie opętanego z Gerazy nie jest jedynie odległym epizodem z kart Ewangelii – to uniwersalny wzorzec tego, co dzieje się we wnętrzu człowieka, kiedy dotyka go łaska nawrócenia. Każdy z nas, na różny sposób i w różnym natężeniu, doświadcza w życiu stanów wewnętrznego rozbicia, chaotycznych myśli, lęków czy zniewoleń, które przypominają ów ewangeliczny „stan przed spotkaniem z Chrystusem”.

Rozważając to przejście w wymiarze osobistym i codziennym, można dostrzec kilka kluczowych etapów odzyskiwania pokoju serca.

Często żyjemy w przeświadczeniu, że musimy sami uporządkować własny chaos, zanim zbliżymy się do Boga. Człowiek z Gerazy nie był w stanie sam się uspokoić ani przyoblec w szaty. Pierwszym krokiem do odzyskania pokoju jest stanie w prawdzie przed Chrystusem z całym swoim skomplikowaniem – z lękami, uzależnieniami, nawracającymi słabościami i poczuciem winy. Zamiast ukrywać swoje ograniczenia, pozwalamy, aby Jezus wszedł w sam środek naszej nieczystości i wewnętrznej ciemności.

Zanim ten człowiek zaczął cokolwiek robić czy głosić, wpierw siedział u stóp Jezusa. W codziennym życiu odzyskiwanie trzeźwości ducha (sōphrosynē) zaczyna się od zatrzymania. W świecie pełnym bodźców i ciągłego szumu, pokój serca rodzi się w modlitwie, w przestrzeni milczenia, gdzie pozwalamy słowu Boga wyciszyć nasze wewnętrzne głosy i uporządkować priorytety. Uczenie się trwania w obecności Chrystusa stopniowo leczy naszą psychikę i ducha.

Ewangelia podkreśla, że uwolniony człowiek był „ubrany”. Odzienie w języku biblijnym symbolizuje godność i status. Nawrócenie to nie tylko odrzucenie grzechu, ale przede wszystkim uznanie prawdy o tym, kim naprawdę jesteśmy – umiłowanymi dziećmi Bożymi. Zamiast ciągłego biczowania się własną przeszłością (jak owe kamienie, którymi ranił się opętany), zaczynamy patrzeć na siebie oczami Chrystusa: z miłosierdziem, szacunkiem i nadzieją.

Jezus nie pozwala wyzwolonemu człowiekowi uciec od dawnego środowiska – posyła go do jego własnego domu i bliskich. Nasze dawne słabości, zranienia czy przebyte kryzysy, po dotknięciu przez Bożą łaskę, przestają być powodem do wstydu, a stają się źródłem autentycznego świadectwa. Naszą osobista korzyścią jest wewnętrzna harmonia i „zdrowe zmysły” nie są więc jednorazowym stanem emocjonalnym, ale owocem codziennej relacji z Tym, który ma moc uciszyć każdą burzę w naszym sercu.

Człowiek, który sam doświadczył wyjścia z mroku, ma największą wrażliwość i zdolność do niesienia nadziei innym, którzy wciąż walczą o swój wewnętrzny pokój. Natomiast to najbardziej zaskakuje w tej historii, to postawa świadków tego cudu łaski.

Reakcja mieszkańców Gerazy (Mk 5,14–17) stanowi najbardziej dramatyczny i niepokojący zwrot w całej narracji. Gdy wieść o niezwykłym wydarzeniu dociera do miasta i okolicznych wsi, tłum przybywa na miejsce nie po to, by świętować odzyskanie człowieka, ale by stanąć w obliczu rzeczywistości, która głęboko ich przeraża. Widok, który zastają, wstrząsa ich dotychczasowym światem. Oto człowiek, który od lat był uosobieniem chaosu, wył w grobach i ciął się kamieniami, teraz siedzi ubrany i przy zdrowych zmysłach u stóp Jezusa. Słowo Boże przyniosło ład w miejsce zamętu, przywracając temu człowiekowi trzeźwość i wewnętrzną harmonię ducha. Mogłoby się wydawać, że taki widok wywoła falę wdzięczności i zachwytu. Tymczasem Ewangelia opisuje reakcję zdumiewająco chłodną i pełną lęku: „Wtedy zaczęli Go prosić, aby odszedł z ich okolicy” (Mk 5,17).

U podstaw tego lęku leży świadomość, że przyjęcie Chrystusa i Jego łaski nie jest darmową atrakcją, lecz wymaga osobistej decyzji, która okazuje się niezwykle kosztowna. Widzialną ceną interwencji Chrystusa stała się strata stada dwóch tysięcy świń, które zginęły w falach jeziora. Dla pogańskiej społeczności Gerazy świnie reprezentowały konkretny majątek, stabilność ekonomiczną i dotychczasowy porządek gospodarczy. Mieszkańcy dostrzegają niebezpieczny dla nich mechanizm: obecność Chrystusa narusza ich doczesne zabezpieczenia, a zbawienie jednego człowieka zniszczyło ich źródło zysku. Lęk przed Chrystusem staje się lękiem przed utratą tego, na czym dotąd opierali swoje poczucie bezpieczeństwa. Boją się, że jeśli pozwolą Mu zostać, Jego świętość zażąda od nich dalszych wyrzeczeń, przewartościowania biznesu, nawyków i sprawdzonych form życiowej wygody.

Co więcej, przemiana opętanego wymuszała na społeczności natychmiastową zmianę postaw. Nie można już było spychać tego człowieka na margines. Należało przyjąć go z powrotem, wybaczyć dawne krzywdy, zburzyć etykiety i podjąć trud budowania z nim dojrzałych relacji. Osobista decyzja o pójściu za Chrystusem wymagałaby od każdego z nich porzucenia własnej nieczystości, obłudy i moralnych kompromisów. Zobaczywszy, z jaką łatwością Jezus rozbija potęgę nieczystego ducha, zrozumieli, że w Jego obecności żaden grzech ani brak miłości nie pozostanie ukryty.

Ceną obecności Chrystusa jest prawda, a prawda bywa dla ludzkiego serca najbardziej kosztowna. Wybierając spokój swoich portfeli i przewidywalność dotychczasowego życia, mieszkańcy wybierają znany, bezpieczny mrok. Wolą żyć w świecie, gdzie zło jest oswojone, a człowiek cierpi na uboczu, niż ponieść cenę ewangelicznej przemiany.

W końcu Jezus nie narzuca się ze swoją miłością. Wchodzi do łodzi i odpływa, szanując wolność ludzi, dla których cena Jego łaski okazała się zbyt wysoka.

Henryk Hukisz

Friday, September 4, 2026

Wolni na zawsze

Jedną z największych zdobyczy ludzkości jest wolność — wartość, której należy bronić za wszelką cenę. Niestety, także dzisiaj wielu niewinnych ludzi ginie dlatego, że zostali wysłani na fronty wojen, aby bronić wolności politycznej swoich narodów. Istnieje jednak wolność znacznie ważniejsza od każdej wolności politycznej czy społecznej. Dla mnie jest nią wolność w Chrystusie.

Apostoł Paweł stanął w obronie tej wolności już u początków Kościoła, kiedy pojawiło się poważne zagrożenie: nauczanie, że człowiek uwolniony przez Chrystusa powinien powrócić pod jarzmo Zakonu. Paweł poświęcił temu zagadnieniu szczególnie dużo miejsca w Liście do Galacjan. Kluczowe słowa brzmią: „Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli” (Ga 5:1).

Skoro zostaliśmy uwolnieni przez Chrystusa, powinniśmy tej wolności strzec i świadomie z niej korzystać. Już w czasach apostolskich była ona zagrożona z wielu stron. Diabeł — odwieczny przeciwnik Boga — mimo że został pokonany przez Chrystusa na Golgocie, nie rezygnuje ze swoich podstępnych działań. Nadal próbuje ograbiać wierzących z wolności, którą otrzymali w Chrystusie.

Jest przecież kłamcą. Nic więc dziwnego, że próbuje wmówić człowiekowi wierzącemu, iż jego wolność jest niewystarczająca i że musi zostać ponownie „wyzwolony”, ponieważ ciążą na nim jakieś przekleństwa, związki duchowe czy okultystyczne obciążenia odziedziczone po przodkach. Powstaje więc pytanie: Czy można wyzwalać ludzi, którzy już zostali wyzwoleni w Chrystusie?

Zadaję to pytanie świadomie, ponieważ coraz częściej pojawiają się różne poglądy, szkoły, konferencje i techniki „uwalniania” ludzi, którzy wcześniej uwierzyli w Chrystusa i zostali przez Niego wyzwoleni. Zanim jednak odpowiemy na pytanie, czy potrzebujemy kolejnego uwolnienia, powinniśmy odpowiedzieć na inne, znacznie bardziej podstawowe pytanie: Na czym właściwie polega wolność w Chrystusie?

Źródłem poznania tej wolności jest Pismo Święte — i nic więcej. Żadne efektowne nauki, choćby brzmiały niezwykle przekonująco i duchowo, nie są w stanie zastąpić tego, co Bóg już objawił w swoim Słowie. Mogą natomiast zawładnąć naszym umysłem, wzbudzić lęk i doprowadzić do niepotrzebnych rozterek duchowych. Dlatego warto wrócić do początku.

Na początku swojej publicznej służby, po odparciu pokuszenia diabła w mocy Ducha Świętego, Jezus wszedł do synagogi w Nazarecie. Otworzył zwój proroka Izajasza i przeczytał: „Duch Pański nade mną, przeto namaścił mnie, abym zwiastował ubogim dobrą nowinę, posłał mnie, abym ogłosił jeńcom wyzwolenie, a ślepym przejrzenie, abym uciśnionych wypuścił na wolność” (Łk 4:18).

Warto zwrócić uwagę na słowo „wolność”. Misją Chrystusa było bowiem wyzwolenie człowieka z niewoli grzechu i jego konsekwencji. W tekście greckim użyte jest tutaj słowo aphesis — oznaczające uwolnienie, wypuszczenie, darowanie czy odpuszczenie. W kontekście grzechu wskazuje więc na rzeczywiste uwolnienie człowieka od jego winy.

I właśnie tutaj znajduje się fundament chrześcijańskiej wolności. Nie chodzi o chwilowe doświadczenie, emocjonalne przeżycie ani o serię kolejnych rytuałów mających człowieka „uwalniać”. Chodzi o to, czego dokonał Chrystus.

W Wieczerniku, ustanawiając Nowe Przymierze, Jezus wypowiedział słowa, które zmieniły sposób rozumienia Bożego planu zbawienia: „Albowiem to jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów” (Mt 26:28). Także tutaj pojawia się słowo aphesis — odpuszczenie, darowanie grzechów.

Chrystus nie przyszedł więc jedynie poprawić ludzkiego życia. Przyszedł uwolnić człowieka z niewoli grzechu. Jego krew jest podstawą tego uwolnienia. Wolność od winy i od potępienia, jakie niesie ze sobą grzech, stanowi fundament Nowego Przymierza. Dlatego po swoim zmartwychwstaniu, w odniesieniu do uczniów, Jezus „otworzył im umysły, aby mogli zrozumieć Pisma” (Łk 24:45), a następnie powiedział: „Jest napisane, że Chrystus miał cierpieć i trzeciego dnia zmartwychwstać i że, począwszy od Jerozolimy, w imię jego ma być głoszone wszystkim narodom upamiętanie dla odpuszczenia grzechów” (Łk 24:46–47). Ponownie pojawia się tutaj aphesis — odpuszczenie grzechów, czyli uwolnienie człowieka od winy.

Kiedy więc w dniu Pięćdziesiątnicy ludzie, którzy usłyszeli zwiastowanie Piotra, zapytali: „Co mamy czynić, mężowie bracia?” (Dz 2:37). Piotr odpowiedział zgodnie z nauką Chrystusa: „Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego” (Dz 2:38). Także tutaj odpuszczenie grzechów jest wyrażone słowem aphesis.

Nie znajdujemy tu jednak wezwania do późniejszego, wielokrotnego odzyskiwania tego samego uwolnienia. Fundamentem jest upamiętanie, wiara w Chrystusa, odpuszczenie grzechów i dar Ducha Świętego.

Kiedy Paweł dotarł z Ewangelią do Antiochii Pizydyjskiej, wszedł do synagogi i zwiastował Chrystusa. Po przedstawieniu historii zbawienia i wskazaniu na Jezusa jako obiecanego Mesjasza doszedł do sedna swojej nauki: „Niechże więc będzie wam wiadome, mężowie bracia, że przez tego zwiastowane wam bywa odpuszczenie grzechów i że w nim każdy, kto wierzy, bywa usprawiedliwiony w tym wszystkim, w czym nie mogliście być usprawiedliwieni przez zakon Mojżesza” (Dz 13:38–39). Paweł nie mógł zwiastować innej wolności niż ta, którą daje Chrystus. Choć nie należał do grona Dwunastu, sam Chrystus powołał go do służby. Paweł usłyszał: „Wybawię cię od ludu tego i od pogan, do których cię posyłam, aby otworzyć ich oczy, odwrócić od ciemności do światłości i od władzy szatana do Boga, aby dostąpili odpuszczenia grzechów i przez wiarę we mnie współudziału z uświęconymi” (Dz 26:17–18). Zwróćmy uwagę na kolejność: od ciemności do światłości, od władzy szatana do Boga, od winy do odpuszczenia grzechów.

To jest właśnie wolność, którą przynosi Chrystus.

Ta sama prawda stała się osią sporu, który Paweł opisuje w Liście do Galacjan. Galacjanie uwierzyli w Chrystusa, lecz później pojawili się ludzie, którzy próbowali przekonać ich, że samo dzieło Chrystusa nie wystarcza i że muszą powrócić pod jarzmo Zakonu. Paweł stanowczo sprzeciwia się takiemu nauczaniu. Wspomina między innymi Tytusa, Greka, którego próbowano zmusić do obrzezania: „Nie bacząc na fałszywych braci, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli, aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie, żeby nas podbić w niewolę” (Ga 2:4). To niezwykle ważne słowa.

Fałszywi bracia nie próbowali pozbawić chrześcijan religijności. Próbowali pozbawić ich wolności w Chrystusie. I właśnie dlatego Paweł tak zdecydowanie sprzeciwia się każdemu nauczaniu, które człowieka uwolnionego przez Chrystusa ponownie umieszcza pod jarzmem.

Wolność w Chrystusie jest darem łaski. Otrzymujemy ją przez upamiętanie i wiarę w usprawiedliwienie, którego podstawą jest dokonana przez Chrystusa ofiara. Paweł pisał do wierzących w Efezie: „W nim mamy odkupienie przez krew jego, odpuszczenie grzechów, według bogactwa łaski jego” (Ef 1:7). To nie człowiek wypracowuje swoją wolność. Nie zdobywa jej dzięki kolejnym duchowym doświadczeniom. Nie musi jej sobie zapewniać za pomocą specjalnych technik. Ojciec „uczynił nas zdolnymi do uczestniczenia w dziedzictwie świętych w światłości” i „wyrwał nas z mocy ciemności, i przeniósł do Królestwa Syna swego umiłowanego, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów” (Kol 1:12–14).

To jest obraz człowieka, który został przeniesiony z jednego królestwa do drugiego. Z ciemności do światłości. Z niewoli do wolności. Spod władzy szatana pod panowanie Chrystusa.

Co więc zrobić, kiedy ktoś mówi nam, że ciąży na nas jakieś stare przekleństwo? Że jesteśmy związani praktykami naszych przodków? Że ponieważ prababcia zajmowała się wróżbiarstwem, my również potrzebujemy specjalnego uwolnienia? Jeżeli człowiek przez wiarę należy do Chrystusa, jego odpowiedzią nie powinien być strach, lecz zaufanie Bożemu Słowu. Pismo mówi: „Bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia” (Hbr 9:22).

A Chrystus już przelał swoją krew. Dlatego nie potrzebujemy szukać innej ofiary, innego źródła wolności ani kolejnego duchowego pośrednika, który miałby uwolnić nas z tego, z czego Chrystus już nas uwolnił.

Nie oznacza to oczywiście, że wierzący nie doświadcza pokus, duchowych zmagań czy konsekwencji własnych grzechów. Chrześcijanin nadal potrzebuje pokuty, uświęcenia, posłuszeństwa i codziennego chodzenia z Chrystusem. Czym innym jest jednak walka o świętość, a czym innym przekonanie, że dzieło Chrystusa pozostawiło nas pod jakąś duchową niewolą, którą trzeba później usunąć za pomocą dodatkowych technik.

Chrystus nie dokonał połowicznego dzieła. Zostaliśmy uwolnieni raz na zawsze. Autor Listu do Hebrajczyków mówi o Chrystusie: „On złożył raz na zawsze jedną ofiarę za grzechy, usiadł po prawicy Bożej, oczekując teraz, aż nieprzyjaciele jego położeni będą jako podnóżek stóp jego. Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni” (Hbr 10:12–14). To właśnie tutaj znajduje się bezpieczeństwo naszej wolności. Nie w technikach uwalniania. Nie w poszukiwaniu kolejnych duchowych doświadczeń. Nie w lęku przed tym, co mogło wydarzyć się w historii naszej rodziny. Nasza wolność ma swoje źródło w Chrystusie i w Jego dokonanym dziele.

Dlatego Paweł mówi: „Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli” (Ga 5:1).

Wolność można jednak źle wykorzystać. Można używać jej jako pretekstu do życia według ciała i własnych pragnień. Wolność w Chrystusie nie oznacza wolności od Boga, lecz wolność dla Boga. „Pan jest Duchem; gdzie zaś Duch Pański, tam wolność” (2 Kor 3:17).

Henryk Hukisz